Zwiedziony zwodziciel? (jeszcze raz)

(Ponownie umieszczam, gdyż poprzedni wpis jest podobno dla wielu niedostępny z niewiadomych przyczyn)


W związku z filmem opublikowanym na portalu zwiedzeni.pl o Marcinie Zielińskim, rozpętała się burzliwa dyskusja. Powstał list potępiający film, sygnowany przez duchownych i świeckich związanych z tzw. charyzmatyzmem w Polsce. Jednym z sygnatariuszy jest o. Adam Szustak OP, który dodatkowo nagrał około półgodzinny filmik w tej sprawie. Jest on o tyle cenny, że podejmuje jakąś polemikę z filmem o Marcinie, podczas gdy rzeczony list jest pustym protestem, bez wartości merytorycznej. Wygląda na to, że o. Szustak z powodu swego talentu i popularności ma za zadanie skutecznie rozprawić się z filmem, czyniąc to w imieniu całego grona sygnatariuszy, wykorzystując swoją medialność. Jest też osobiście zaangażowany w temat. Od dłuższego czasu popiera Marcina, udostępniając jego wystąpienia na swoim kanale. Ponadto przyznaje się do osobistych związków z charyzmatyzmem, konkretnie do "namaszczenia" przez xięży włosko-brazyliskich, Enrique Porcu i Antonello Cadeddu, byłych misjonarzy, uprawiających obecnie działalność "charyzmatyczną".
https://youtu.be/Df9J68y2YeA?t=1970

Warto zwrócić uwagę, że sam o. Szustak uważa, iż przed "przebudzeniem" spowodowanym przez owych "charyzmatyków" był "niewierzący", choć był duszpasterzem akademickim. Stąd nasuwa się pytanie o jego stan duchowny, skoro formacja zakonna, życie duchowe oraz studia teologii nie wystarczyły, by uważał się za wierzącego. Jak mógł ukończyć formację zakonną, przyjąć święcenia i duszpasterzować, nie będąc wierzącym, nie wierząc w to, co głosi? Czyż nie było to życie i działanie w zakłamaniu?

Tutaj nieco więcej o tych, którzy go "namaścili":
https://misericordia.com.br/fundadores/

Są to dwaj xięża pochodzący z Sardynii, którzy wraz ze świecką kobietą założyli w Brazylii wspólnotę charyzmatystyczną pod nazwą "Przymierze Miłosierdzia". W internecie nie ma bliższych informacyj na ich temat i wspólnoty. Jednak warto zwrócić uwagę na ich praktyki "liturgiczne":
https://youtu.be/22JvBPDgd_k?t=635


Na takie praktyki zapewne nie mieliby przyzwolenia w Europie, przynajmniej wtedy, gdy zakładali swoją wspólnotę. To jest prawdopodobnie powód przeniesienia działalności do Brazylii. Dopiero w ostatnich latach rozszerzyli ją na Europę, przede wszystkim na Polskę, gdzie hasło "miłosierdzie" znajduje obecnie szczególnie podatny grunt.

Nie sposób nie zauważyć, że o. Szustak wykazuje brak znajomości podstawowych praw wiary katolickiej, zawartych już chociażby w Piśmie św., co jest w przypadku kogoś posługującego się w swoich wystąpieniach stale Pismem św. szczególnie skandaliczne i demaskujące. Oto przykład:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/czy-pan-jezus-zosta-wskrzeszony-czy.html

Warto zapoznać się także z ogólniejszymi uwagami na jego temat:
http://kontrowersje.net/m_dro_ci_z_toi_toia_ojca_adama_szustaka_op

Należy przyjrzeć się bliżej jego działalności, na kanwie chociażby wystąpienia odnośnie M. Zielińskiego, gdyż jest ono znamienne i najbardziej aktualne. Najpierw omówmy poszczególne argumenty i zarzuty ze strony o. Szustaka.

1. Na początku o. Sz. przytacza wypowiedź z końca filmu, gdzie autor przewiduje pojawienie się ataków, co dominikanin nazywa "samo spełniającym się proroctwem". Jest to wstępne fałszerstwo, którego celem jest wyszydzenie filmu już na wstępie, bez jakiejkolwiej merytorycznej krytyki. Wszak nic nie wskazuje na to, by słowa w filmie miały zamiar czy choćby podtext prorocki. Jest to jedynie przewidywanie reakcji na film, które nie ma jakichkolwiek aspiracyj do bycia nadprzyrodzonym natchnieniem (bo tym jest proroctwo). Tym samym o. Sz. w sposób perfidny imputuje autorowi filmu coś, do czego nie ma choćby najmniejszych podstaw.

2. We wstępie o. Sz. autorytatywnie ogłasza, że "wszystko, co się dzieje wokół Marcina Zielińskiego, co są po prostu czyste bzdury", oraz przyznaje, że obejrzał tyko pierwsze 16 minut (z ponad dwugodzinnego filmu), a potem tylko przeskakiwał co 2 minuty. Na wstępie oznajmia, że została złożona skarga do Konferencji Episkopatu Polski odnośnie działalności strony zwiedzeni.pl, "żeby coś z tym zrobić, bo takich rzeczy w Kościele być nie powinno". Postuluje wytropienie, "kto za tym stoi", zapewne w celu zakazu działalności i ukarania ludzi demaskujących tzw. ruch charyzmatyczny, zwłaszcza M. Zielińskiego. To jest widocznie główny "argument" o. Sz. - odgrażanie się i straszenie władzami kościelnymi. To mówi samo za siebie. Ten najmocniejszy "argument" ma zapewne sprawić wrażenie, jakoby M. Z. był niewinną ofiarą, która powinna być chroniona przez biskupów. Na koniec swego wystąpienia o. Sz. powraca do tego wątku, co świadczy o jego szczególnej wadze w polemice, aczkolwiek przyznaje tym razem, że być może nie będzie upragnionej przez niego reakcji Konferencji Episkopatu. Tak więc w tym "argumencie" chodzi zarówno o zastraszenie autorów filmu, jak też o sugerowanie, jakoby MZ miał prawo do ochrony ze strony biskupów przed krytyką ze strony katolików. Nie wiem, czy sam o. Sz. wierzy w to, co tutaj wyraża, gdyż to uwłacza nawet przeciętnej inteligencji. Takie odwoływanie się do władzy "starszego i silniejszego" jest zabiegiem oznaczającym przyznanie się do braku merytorycznych argumentów.

3. Następnym "argumentem" jest apel skierowany wprost do odbiorców: "bardzo was zachęcam, nie zaglądajcie" do tego filmu. Tak więc o. Sz. nie tylko przyznaje, że sam nie obejrzał rzetelnie filmu, lecz wzywa swoich fanów, by go w ogóle nie oglądali. Wg niego odbiorcy powinni znać film jedynie z jego relacji, mimo że sam nie podszedł do niego uczciwie. Widać to w sposobie przedstawienia przez niego tegoż treści: o. Sz. przekręca, jakby znał tylko fragmenty, i też po prostu kłamie. Rzetelne przedstawienie zarzutów wraz z dowodami i argumentacją przeciwną nie ma tutaj miejsca. O. Sz. ogranicza się do obelg pod adresem filmu i jego twórców, które odbiorcy mają przyjąć od niego na wiarę. To jest polecenie typu przywódcy destrukcyjnej, totalitarnej sekty, nie kogoś szanującego zdolność do samodzielnego myślenia u swoich odbiorców.

4. Innym charakterystycznym składnikiem tego niekrótkiego wystąpienia jest strzelanie zarzutami jakby z karabinu maszynowego, seryjnie  w jednym zdaniu i bez choćby próby ich uzasadnienia. O. Szustakowi nie podoba się:  forma, sposób przedstawiania, muzyka, smutne twarze, że rzekomo film nie podaje faktów (co jest ewidentnym kłamstwem), że występujący czytają przygowany text, a "nie wyrażają własnej opinii", że są "nieautentyczni", że "faktów nie ma żadnych w tym filmie", że są to w końcu  "insynuacje i pomówienia". W tym miejscu o. Sz. stosuje taktykę pomieszania rzeczywistych warsztatowych niedoskonałości filmu (który wszak nie jest dziełem profesjonalistów, jak w przypadku grubo sponsorowanych wystąpień o. Sz.), z ewidentnymi kłamstwami ze swojej strony, które są oszczerstwami i manipulacją.

5. O. Sz. przyczepia się do występującego w filmie sformułowania "nie sposób odnieść wrażenia" i "nie sposób myśleć inaczej", co interpretuje: "pokazują jakieś fakty, które de facto mogą oznaczać wszystko, i po zbiorze trzech, czterech faktów nagle główny prowadzący (...) wypowiada takie zdanie, no nie sposób odnieść wrażenia po tym". Według o. Szustaka, "każdy może sobie odnieść wrażenie, jakie chce", zaś autor powinien był przedstawić "fakty nie budzące żadnych wątpliwości". Zatem "wszystko, co jest w tym fllmie zrobione, to są insynuacje i pomówienia". Tutaj o. Sz. buduje swój zarzut nie potrafiąc, a może nawet nie chcąc zacytować faktycznych słów z filmu. On je po prostu diametralnie przekręca. W filmie jest sformulowanie "nie sposób NIE odnieść wrażenia". Oczywiście jest to sformułowanie słabe i problematyczne, wynikające z braku wyrobienia dziennikarsko-retorycznego, co o. Sz. bezlitośnie wykorzystuje. Jednak jest to jedynie kwestia doboru słów, nie meritum. De facto autorzy filmu prezentują niezbijalne, rzetelnie udokumentowane fakty. Że swoje rzetelne wnioski ubierają w niecałkiem adekwatne sformułowanie, które nie stanowi meritum sprawy, lecz słabość retoryczną, uczciwy odbiorca przy odrobinie dobrej woli potrafi odpowiednio potraktować. O. Sz. tego nie robi, z czego można wnioskować o ukierunkowaniu jego woli.

6. Korzenie czyli powiązania z protestantami. Ten zarzut o. Sz. uważa za "kuriozalny". Według niego
- "mniej więcej połowa współczesne biblistyki katolickiej powstala w oparciu o osiągnięcia również biblistyki protestanckiej",
- "protestanci to są nasi bracia w wierze",
- przypomina słowa Pana Jezusa: "kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami",
- wyraża "nadzieję, że nadejdzie taki czas, że będziemy razem wspólnie uwielbiać Pana Jezusa i czytać Jego słowo, a nie się ciągle dzielić".
- twierdzi, że "jeśli Marcin to robi, to robi tak, jak robi cały Kościół"  oraz porównuje MZ do Jana Pawła II w Asyżu, który "modlił się razem z innowiercami" i też z protestantami.
Tutaj o. Sz. ponownie poważnie przekręca treść filmu, czy to ze zwykłego niechlujstwa (u niego nierzadkiego braku szacunku dla kogoś o innych poglądach), czy zamiaru oszukiwania odbiorców (którym poleca nie zaglądać do filmu). Otóż:
Po pierwsze Marcin nie studiuje teologii, lecz sięga do poglądów i rad protestantów odnośnie prowadzenia swojej wspólnoty.
Po drugie podejście i interpretacja Pisma św. przez protestantów opiera się na zasadach diamentralnie sprzecznych z katolicką hermeneutyką biblijną, o czym także o. Sz. powinien wiedzieć ze studiów teologii, choćby nawet marnej jakości. Czym innym jest korzystanie z poszczególnych tez naukowych, a czym innym uczenie się podstaw oraz danej interpretacji.
Po trzecie, o. Sz. kłamliwie pomija fakt, że teologia, także egzegeza protestancka powstała i rozwijała się w opozycji, właściwie w proteście i przeciw teologii i egzegezie katolickiej.
Po czwarte, o. Sz. albo nie zna, albo świadomie odrzuca chociażby takie dokumenty watykańskie jak "Dyrektorium Ekumeniczne", które określa granice dialogu i spotkań z protestantami.
W końcu fałszywe, poniekąd także groteskowe, jest porównanie MZ do Jana Pawła II, który z całą pewnością nie po to się spotykał z protestantami i innymi innowiercami, by szukać u nich wskazówek do prowadzenia Kościoła czy uczyć się od nich interpretacji Pisma św. czy jakichś praktyk.

7. Kolejną zafałszowaną prezentacją treści filmu jest oskarżenie o "magiczne" pojmowanie nałożenia rąk praktykowanego w pentekostaliźmie i charyzmatyźmie (wersji pentekostalizmu na terenie katolicyzmu). O. Sz. oznajmia: "tak nie działa rzeczywistość duchowa". Wzmiankuje  wypowiedź x. Mariana Rajchela, ale albo jej rzetelnie nie wysłuchał, albo z premedytacją okłamuje odbiorców, równocześnie zarzucając autorom filmu "wmanipulowanie" kapłana, który jest znanym exorcystą Archidiecezji Przemyskiej. X. Rajchel mówi wyraźnie, że trzeba uważać, kto wkłada ręce, że jest niedopuszczalne, by czyniły to osoby nie będące w łasce uświęcającej, tym samym także innowiercy. O. Sz. pomija te słowa milczeniem.

8. Zamiast tego sprowadza sprawę do namaszczenia rąk w obrzędzie święceń prezbiteratu. Wedlug o. Sz. namaszczenie to jest jedynie  "obrzędem wyjaśniającym", bez istotnego znaczenia. Widocznie nie przestudiował solidnie sakramentologii katolickiej, choć powinien przynajmniej coś wiedzieć o sakramentaliach. Po pierwsze, według teologii namaszczenie  Krzyżmem podczas święceń ma charakter sakramentale, czyli udziela łaskę, tym samym nie jest pozbawione znaczena w porządku nadprzyrodzonym. Po drugie, nawet jako tylko obrzęd "wyjaśniający" wskazuje na istotę Sakramentu Święceń, którą jest wyposażenie w moc działania w Osobie i w imieniu Jezusa Chrystusa. Tym samym dla każdego, kto ma choćby nikłe pojęcie o teologii katolickiej, nie jest bez znaczenia, czy osoba nakładająca ręce jest kapłanem czy nie. Dla o. Sz. widocznie nie stanowi to różnicy.

7. O. Sz. twierdzi, że mówienie o "ogniu" w wykonaniu M. Zielińskiego i ostatecznie w Toronto Blessing jest wzięte z Pisma św., bo Pan Jezus "chciał, żeby ogień zapłonął na ziemi" i tym samym to, co robi MZ, "jest w najczystszym nurcie Kościoła". Jest to następne oszustwo dominikanina, gdyż zupełnie odrywa ten wątek od faktycznej treści filmu w kontekście nauczania i działalności MZ. Jest zwykłym kłamstwem twierdzenie, jakoby nauczanie i działalność MZ była tożsama z tym, co robi Kościół. Żaden biskup nie prowadzi tego typu wspólnoty, nie gromadzi ludzi na "uwielbieniu" z rzekomym uzdrowieniami itd.  Są owszem poszczególni duchowni, którzy to robią i są tym samym podobni zarówno do protestantów pentekostalnych jak i do MZ. Ale twierdzenie, jakoby to odpowiadało choćby nawet liturgii Kościoła, jest po prostu bezczelnym kłamstwem.

8. O. Sz. kłamliwie insynuuje wybiórcze traktowanie stanowiska biskupa. Film przedstawia świadectwa byłych członków wspólnoty M. Zielińskiego, którzy podają, że po pierwsze zachowania na spotkaniu z biskupem zostały starannie zaaranżowane i nie odpowiadały zachowaniu na co dzień, oraz że biskup oparł się głównie na opinii proboszcza. Nie ma to nic wspólnego z wybiórczością, gdyż nie chodzi w żaden sposób ani o całościowy stosunek autorów filmu do biskupa diecezji łowickiej, ani o ocenę jego stanowiska. Film mówi wyłącznie o metodzie MZ i jego wspólnoty zastosowanej wobec biskupa. Nic więcej. Słusznie natomiast o. Sz. podaje kryterium oceny, mianowicie "czy dany biskup działa zgodnie z nauką Kościoła". W świetle tej zasady akurat można mieć przynajmniej wątpliwości odnośnie aprobaty biskupa miejsca, skoro ta wspólnota czy jej lider praktykuje i naucza tak a nie inaczej.

9. O. Sz. szydzi z ankiety przeprowadzonej wśród członków wspólnoty MZ. Próbuje ją podważyć, stawiając absurdalny wymóg, że musiałaby obejmować wszystkich członków wspólnoty, czego oczywiście nie czyni żadne badanie socjologiczne. Wyraża swoje "przypuszczenie", że autorzy filmu wykorzystali do ankiety przeciwników wspólnoty, co jest bezpodstawnym pomówieniem. Równocześnie jednak widocznie przyjmuje wiarygodność ankiety, omawiając temat różnicy w nauczaniu "dla nowicjuszy". Tutaj popełnia kolejne kłamliwe pomieszanie. Otóż w zarzucie ze strony autorów filmu chodzi o niezgodność między wersją dla początkujących i dla zaawansowanych. Konkretnie chodzi o maryjność: dla adeptów są zachowane pozory katolickości, które już nie obowiązują wtajemniczonych. To jest właśnie znamienne dla sekt. Jest to coś zupełnie innego niż stopniowe wprowadzanie, które jest normalną i powszechną metodą pedagogiczną. Przykład Ignacjańskich Ćwiczeń Duchowy jest trafny: nie ma najmnejszej sprzeczności między Fundamentem a którymkolwiek z tygodni Ćwiczeń, choć św. Ignacy zaleca, by podawać każde ćwiczenie pojedynczo, nie wybiegając w następne. Tak więc albo o. Sz. ma sekciarskie doświadczenia w swoim zakonie, albo po prostu znowu oszukuje na doraźny użytek.

10. Podobnie postępuje, broniąc "maryjności" M. Zielińskiego. Także w tym temacie albo nie zna czy nie chce znać treści filmu, albo ją z rozmysłem kłamliwie przedstawia. Film podaje jednoznaczne świadectwa na pierwotną antymaryjność M. Zielińskiego i jego wspólnoty, która zmieniła się dopiero niedawno, co jest dość wyraźnie motywowane względami taktycznymi dla zdobywania zwolenników i zwalczenia krytyki. Ten zarzut o. Sz. zbywa jednym zdaniem, szydząc z rzekomego czytania w myślach, i zakłamując tym samym faktyczne wypowiedzi w filmie, gdzie podane są odnośne fakty, nie przypuszczenia odnośnie wnętrza MZ. Istotne w tej sprawie uwagi zawarte są w moim wcześniejszym tekście:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/jak-w-swietle-teologii-katolickiej.html

11. O. Sz. twierdzi, że w filmie jest "mnóstwo ludzi z zamazanymi twarzami", mówiąc tym samym ponownie nieprawdę. Świadectwa osób anonimowych stanowią jedynie nikłą część filmu i zawierają treści nieistotne dla całości przekazu. Film byłby równie treściwy i mocny, gdyby takich świadectw nie było. Ich obecność świadczy o charakterze tej wspólnoty i ogólnie środowiska tzw. charyzmatyków, czego przykładów jest wiele (sam tego również doświadczyłem, gdy po tekście odnośnie MZ w marcu br. posypały się groźby i to niebagatelne). Stąd nazywanie tych osób "tchórzami" jest kolejnym popisem perfidii i bezczelności.

12. Na koniec o. Sz. broni gościnnych występów MZ na swoim kanale. W filmie pojawia się zarzut, że prezentowana w nich maryjność jest pozorna, gdyż zdecydowana większość czasu i treści nie jest poświęcona Maryi lecz samemu Marcinowi Z. Także ten zarzut spotyka się z szyderstwem o. Sz. Porównuje on wystąpienia swego protegowanego do całego Pisma św., a właściwie do pism historycznych Starego Testamentu, gdzie więcej miejsca poświęcone jest patriarchom niż Bogu. Porównuje też do Ewangelij, w których jest mało mowy o Maryi. Nasuwa się więc przede wszystkim pytanie, czy o. Sz. to porównanie traktuje poważnie, czy żartem, czy może w zapędzie szyderstwa i pogardy nie tylko dla szkalowanego filmu i ich autorów, lecz także dla słuchających go lemingów nie całkiem zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Czyżby nie znał i nie zauważał różnicy między księgami Pisma św. a 10-minutowym wystąpieniem, które według deklarowanego zamiaru ma być poświęcone danemu tematowi, konkretnie Maryi? Czyżby uważał swoich odbiorców za tak tępych umysłowo, że można im serwować tego typu prymitywny i zarazem perfidny zabieg?

W podsumowaniu o. Sz. po raz kolejny powtarza swój repertuar kłamliwych obelg i wyzwisk pod adresem filmu, jego autorów i osób występujących w nim, że to "paszkwil, złośłliwy, fałszywy, płotkarski, nie poparty żadnymi dowodami". Zarzuca, kłamliwie zmyślając: "posługujecie się nieustannie słowami, że Marcin jest skrajnie głupi i wykazuje się skrajną głupotą i debilizmem i tak dalej". Wskazania na cytaty czy przynajmniej na miejsca w filmie oczywiście brak. Nie przeszkadza to jednak słynnemu dominikaninowi nazwać ten film "złożeniem fałszywego świadectwa", choć to określenie dokładnie i wybitnie pasuje akurat do jego wystąpienia.

Cóż można na koniec powiedzieć? Wygląda na to, że w tym wystąpieniu o. Sz. przeszedł samego siebie w kłamliwości, ignorancji, bucie i perfidii. Widocznie nerwy mu poważnie puściły. Aczkolwiek nie są to nowe cechy, ani u niego, ani u innych osób związanych z tzw. charyzmatyzmem. Ktokolwiek ma doświadczenie z tym środowiskiem i zarazem trzeźwe spojrzenie z pewnego dystansu, ten wie, że zasadniczą główną jego cechą jest zakłamanie i pycha. To wystąpienie, dość emocjonalne zresztą, tym samym w miarę autentyczne, jest tegoż dobitnym przykładem. Dokładnie ilustruje, że merytoryczna dyskusja z tzw. charyzmatykami de facto praktycznie nie jest możliwa, gdyż na rzeczowe argumenty i zarzuty reagują czysto emocjonalną agresją, posuwając się od kłamstw, oszczerstw, perfidnych zagrań. Bronią bowiem nie obiektywnych racyj, lecz swoich osobistych przeżyć, zwykle grupowych. Nie sposób im wprawdzie odmówić pewnej sprawności intelektualnej, ale używana jest ona nie do szukania i ukazywania prawdy, lecz dla zaspokojenia poczucia własnej wartości, własnych przeżyć, i dla zwalczenia każdego i wszystkiego, co temu przeszkadza. Mówiąc krótko: nie prawda się liczy, lecz własne przeżycia i poczucie własnej wartości.

Na koniec wspomnę jeszcze przykład w związku z działalnością o. Szustaka. Około rok temu napisał do mnie 17-letni chłopak z Głogowa czy okolic. Miał trudny okres, dość poważne problemy życiowe. Wyznał, że jest pilnym słuchaczem wystąpień o. Szustaka oraz bpa Rysia. Wyznał mi też, że ma za sobą kilka prób samobójczych, o których opowiadał zadziwiająco swobodnie, powiedzmy na luzie. Próbowałem z nim poważnie o tym porozmawiać. Wówczas dowiedziałem się, że inspiracją były dla niego słowa o. Szustaka i że chciał po prostu zobaczyć Pana Boga. To była jego motywacja do samobójstwa...

W związku z tym z całą odpowiedzialnością zaznaczam, że uważam działalność o. Szustaka za wysoce niebezpieczną dla dusz i dla Kościoła. Ma on niewątpliwie talent showmastera i zdolność zdobywania sobie sympatii w wystąpieniach, w których się ewidentnie świetnie czuje i bawi. To jest kwestia techniki i narzędzi. Niestety wiele wskazuje na to, że swoją działalnością obecną powoduje wielkie szkody, głównie dla wiarygodności Kościoła. Posługując się zakłamaniem i zwodzeniem, prowadzi wielu młodych ludzi na manowce. Zastanawiam się, ilu młodych ludzi np. popełniło samobójstwo pod wpływem jego słów inspirujących do ciekawości tego, co jest po śmierci, bez przekazania powagi i skutków.

Zaś kluczem zarówno do jego osobowości jak i działalności jest jego własne opowiadanie autobiograficzne, wskazane powyżej: nie ma w nim ani pół słowa o nawróceniu koniecznym do zbawienia, jest natomiast tylko o doświadczeniu akceptacji grzesznika. Niestety jest to protestancki schemat myśleniał, gdzie usprawiedliwienie polega nie na uświęceniu, lecz na przykryciu ohydy grzechu. To wyjaśnia też doglębne i systematyczne zakłamanie, jaskrawo widoczne zwłaszcza w wystąpieniu w obronie M. Zielińskiego.

Dobrze, że powstał film. Zdemaskował on nie tylko "charyzmatyka" ze Skierniewic...

2 komentarze:

  1. Pod tym listem broniącym MZ, podpisał się też Jacek W. Trafiłam kiedyś na jego przedstawienie. To było nazwane kurs biblijny, ale to było przedstawienie. Manipulacja cytatami z Pisma Świętego, słowotok, mowa tylko o dobrobycie, Bóg wszystko da, gdy ma się wiarę. Zero refleksji o Woli Bożej. A w jakimś momencie JW ogłosił się świętym, że on już jest święty. Uciekłam stamtąd.. to było przerażające.. później mu napisałam na FB wiadomość i przekazałam mu moje obawy co do jego posługi, ale mi nie odpowiedział.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Czy wolno w stanie grzechu ciężkiego przystępować do Komunii św.?

  Odpowiedź jest podana powyżej w kanonie z Kodexu Prawa Kanonicznego z 1983 r. Jednak nie jest ona do końca jasna.  Wersja oryginalna brzm...