Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eschatologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eschatologia. Pokaż wszystkie posty

Katolicka mowa pogrzebowa

Po pierwsze, słowa pożegnania wygłaszane przez osoby świeckie nie powinny mieć miejsca w liturgii, ponieważ w liturgii jest miejsce wyłącznie na urzędowe nauczanie wiary katolickiej. Właściwym miejscem takiej mowy jest cmentarz i to po zakończeniu właściwego obrzędu pogrzebowego. 

Po drugie, pytanie jest o tyle słuszne, że także taka mowa w wykonaniu katolika powinna się kierować zasadami wiary katolickiej i też zwyczajów zgodnych z tą wiarą. W tym świetle nic nie przemawia za tym, by nie miały to być wspomnienia osób bliskich. Aczkolwiek należy wziąć pod uwagę, że mowa publiczna musi brać pod uwagę obecność różnych odbiorców. Tym samym właściwe jest, by to były słowa osobiste, choć z pewnym wyważeniem, czyli ograniczeniem do tego, co powinno czy może być pożyteczne dla słuchających. 

Co do zwracania się do osoby zmarłej w drugiej osobie już wyraziłem zastrzeżenia wraz z uzasadnieniem (por. tutaj). Mówiąc w skrócie, powodem jest prosty fakt tego rodzaju, że nie wiemy, czy i na ile dusza jest w stanie odebrać słowa wypowiadane w doczesności, a ciało osoby zmarłej na pewno nie jest tego w stanie uczynić. Katolicka rozwaga i rozumność muszą się z tym faktem liczyć, gdyż nie wolno powodować nieporozumienia u osób postronnych, ani narażać wiary katolickiej na wyśmianie czy wręcz szydzenie, które w takim wypadku byłoby poniekąd zrozumiałe. Wiadomo, że serce bliskich osób wręcz wyrywa się do przemawiania do zmarłej osoby, co jest po ludzku zrozumiałe. Jako spontaniczny odruch nie jest to złe samo w sobie, jeśli jest przejawem wiary w obcowanie świętych. Jednak czym innym jest wystąpienie publiczne i to zarówno osoby świeckiej jak też tym bardziej kapłana, który jeszcze bardziej jest zobowiązany do umiaru i roztropności ze względów teologicznych. 


Dlaczego Kościół sprzeciwia się kremacji?


Po krótce:

1. Kościół nigdy nikogo nie palił na stosie. Czyniła to owszem władza świecka, nie władze kościelne. To jest elementarz historii, wbrew fałszywej antykościelnej propagandzie uprawianej przez wszelkiej maści lewactwo i debilstwo. A stosy płonęły akurat przede wszystkim w państwach protestanckich, czyli dość długo po średniowieczu.

2. Chodzi o karę znaną już w starożytności, która miała po pierwsze zadań okrutne cierpienie skazańcowi, po drugie miała go upokorzyć, a po trzecie miała zapobiec kultowi przy jego grobie.

3. Kremacja jest czymś innym, mianowicie z takim sposobem obchodzenia się z ciałem osoby zmarłem, że wyraża to mniej więcej określone wyobrażenie o tym, co dzieje się po śmierci, a wiąże się to zwykle z wiarą w reinkarnację, czyli wędrówkę dusz. Kremacja ma jakby pomóc duchowi człowieka w wyzwolenia się z ciała. Co jest oczywiście fałszywe i absurdalne. Nowożytna masoneria uczyniła kremację jednym ze swoich głównych postulatów, mianowicie jako manifestacja odrzucenia wiary w zmartwychwstanie ciał.

Dlaczego Kościół modli się za dusze zmarłych?


Jednym z najbardziej haniebnych nowości wprowadzonych przez tzw. reformę liturgii po Vaticanum II jest zamiana modlitwy za dusze zmarłych przez modlitwę za zmarłych

Należy zacząć od tego, za kogo jest to modlitwa. Otóż według wiary Kościoła modlimy się za dusze, które przebywają w czyśćcu, czyli odbywają oczyszczającą karę doczesną przed przejściem do wiecznej szczęśliwości. Modlitwa Kościoła, w tym także odpusty, przyczyniają się do skrócenia tych kar, czyli pomagają duszom w rychłym wejściu do nieba. O tym właśnie mówią wszystkie modlitwy za zmarłych, przynajmniej te tradycyjne. Natomiast nowe, "zreformowane" modlitwy za zmarłych nie tylko zaciemniają właściwy, zgodny z wiarą katolicką cel i sens tych modlitw, lecz systematycznie pozbawione są słowa i pojęcia duszy, co sprawiło, iż - jak twierdzą zwolennicy i apologeci tego posunięcia - teraz mamy się modlić za "całego człowieka", nie tylko za jego duszę. To zdanie, niby zrozumiałe, jest właściwie fałszywe i to bardzo. 

Po pierwsze, wyrugowanie modlitwy za dusze zmarłych oznacza de facto zanegowanie katolickiego pojęcia śmierci, katolickiej antropologii, a ostatecznie katolickiej eschatologii. Według antropologii, która jest działem nauki o dziele stworzenia, człowiek składa się z czynnika materialnego czyli ciała oraz z czynnika duchowego czyli duszy. Istotą śmierci jest oddzielenie duszy od ciała, co powoduje jego obumieranie i rozkład. Moderniści lubują się w akcentowaniu prawdy o zmartwychwstaniu, często nawet nie odróżniając między Zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa a zmartwychwstaniem ciał na Sąd Ostateczny (stąd się bierze rugowanie koloru czarnego oraz śpiewanie pieśni wielkanocnych na pogrzebach). Niektórzy mało rozgarnięci głoszą z dumą, że do tego właśnie odnoszą się "zreformowane" modlitwy, co jest to akurat dość absurdalne, ponieważ zmartwychwstanie ciał na Sąd Ostateczny dotyczy wszystkich ludzi, więc modlitwa o zmartwychwstanie jest zupełnie debilna i nie do pogodzenia z wiarą katolicką. Po co prosić Pana Boga o coś, co nieuchronnie nastąpi? Bez sensu jest także ograniczenie modlitwy do tych zmarłych, którzy mają pójść do nieba, gdyż wyrok już zapadł na sądzie po śmierci i żadna modlitwa nie jest w stanie tego wyroku zmienić. 

W końcu modlitwa za zmarłych zamiast za dusze zmarłych oznacza przynajmniej zaciemnienie i zatarcie prawdy wiary o czyśćcu, czyli zbliżenie do heretyków protestanckich i wschodniackich, oraz sprowadzenie obrzędów pogrzebowych i żałobnych do wspominania zmarłych, zamiast modlitwy o skrócenie kar czyśćcowych. Jest to więc także duchowa zbrodnia na duszach w czyśćcu przez pozbawianie ich modlitw, których potrzebują, a których nie otrzymują wskutek systemowego - jako że "liturgicznego" - osłabienia wiary w czyściec, bądź przynajmniej we właściwy sens i wagę modlitwy za dusze zmarłych. 

"Doświadczenie bliskiej śmierci" czyli daleko idąca ignorancja x. Wiktora Szponara


W ostatnich latach pewną popularność - i zapewne także sukces biznesowy - zyskał x. Wiktor Szponar z Archidiecezji Gdańskiej, a to dzięki tematowi, który jest bardzo chodliwy od kilku dekad, mianowicie tzw. śmierci klinicznej oraz doświadczeń z tym fenomenem związanych czy około tego fenomenu (NDE czyli "near death experience"). Sam x. Szponar przedstawia się jako pionier podejmowania tej kwestii ze strony katolika i duchownego katolickiego. Opublikował już dwie książki w związku z tym i zapowiada trzecią. Chwali się przy tym, że zdobył od władzy kościelnej "imprimatur" oraz "nihil obstat", czyli pozwolenie na publikację. Przyznaje się także do tego, że przed wstąpieniem do seminarium duchownego zajmował się dziennikarstwem. To jest o tyle istotne, że książki są właściwie dziennikarskie, nie teologiczne, choć mają otoczkę niby teologiczną. Autor chwali się przy tym znajomością dzieł św. Tomasza z Akwinu, św. Teresy z Avila, św. Katarzyny ze Sjeny, a  nade wszystko "Dzienniczka" s. Faustyny Kowalskiej, przy czym - wobec treści przez niego prezentowanych - jedynie ta ostatnia znajomość wygląda na wiarygodną i rzeczywistą. 

Należy zacząć od tego, że x. Szponar miesza podstawowe pojęcia jak śmierć kliniczna, śmierć mózgu, a zwłaszcza śmierć w znaczeniu filozoficzno-teologicznym, które to pojęcie jest mu widocznie zupełnie obce, mimo że regularnie chwali się znajomością pism św. Tomasza z Akwinu. Nawet jego rozumienie śmierci biologicznej - co przedstawia jako przejście od definicji krążeniowo-respiracyjnej do pojęcia tzw. śmierci mózgu (źródło tutaj) - jest najwyżej dyletanckie i z całą pewnością nienaukowe, lecz zaczerpnięte z kłamliwej ideologii przemysłu transplantacyjnego. Skoro ktoś w elementarnych pojęciach ma gruntownie pomieszane i brakuje mu zasadniczej wiedzy, to oczywiście nie można się spodziewać rzetelnego potraktowania tematu. 

Nie lepiej jest z jego wiedzą teologiczną. Otóż uparcie twierdzi on, że nie ma dowodów na istnienie Boga, oraz że Pismo św. - bez choćby wzmianki o Tradycji Kościoła - jest źródłem prawd wiary. 

Nie wiadomo, w jaki sposób x. Szponar szukał i zbierał "świadectwa" osób, które rzekomo przeżyły NDE, jak do nich dotarł i jak weryfikował ich słowa. Załóżmy, że przynajmniej w tym wykazał się rzetelnością przynajmniej dziennikarską, gdyż ona wystarczy w tego typu przedsięwzięciach. Problem polega na tym, że x. Szponar traktuje owe świadectwa jako źródło teologiczne, nawet pretendując do roli "głosu Kościoła" w tej kwestii. Głównym jego argumentem jest powszechność  geograficzna, kulturowa, a nawet religijna "doświadczeń bliskiej śmierci" według określonego schematu, co ma pozwolić na kwalifikację przeżyć wykraczających ponad sferę doświadczeń subiektywnych i tym samym niesprawdzalnych. Wspomina wprawdzie, że tego typu "przeżycia" były pierwotnie popularyzowane przez ludzi powiązanych z ezoteryką, jednak nie wyciąga z tego odpowiednich wniosków, za to domagając się od czytelników przyjęcia na wiarę podawanych przez niego "świadectw". 

Poważnym błędem jest także utożsamianie tych przeżyć z przejściem do wieczności czyli ponadczasowości. W ten sposób x. Szponar tłumaczy to, że bogate treściowo przeżycia w stanie "śmierci klinicznej" wydarzyły się - mierząc po naszej stronie, czyli stronie czasowej - w czasie zaledwie kilkudziesięciu sekund. Także tutaj widać daleko idące skutki pomieszania pojęć czyli braku ustalenia momentu i stanu śmierci. 

Otóż haniebna dla teologa jest nie tylko ignorancja stanu badań naukowych w temacie, o którym się wypowiada, mianowicie co do biologicznej definicji śmierci, zupełnie bezkrytycznie zakładając tzw. teorię śmierci mózgu. Nie do przyjęcia jest już brak choćby wzmianki o śmierci w znaczeniu teologicznym, czyli o odłączeniu duszy duchowej od ciała, które to odłączenie jest w porządku naturalnym zawsze i bez wyjątku nieodwracalne. Oznacza to, że - zresztą zgodnie z samą nazwą NDE - dane osoby nie przeżyły własnej śmierci lecz mogły doświadczyć jedynie bliskości swojej śmierci. 

Podsumowując: książki x. Szponara nie mają wartości nawet dziennikarskiej, gdyż nie respektują elementarnej wiedzy zarówno biologiczno-medycznej jak też filozoficzno-teologicznej. To są najwyżej narzędzia - i to dość niskiej jakości - zarabiania na chodliwym temacie, a to kosztem powagi stanu kapłańskiego i zwykłej uczciwości intelektualnej. 

Nie oznacza to, że nie należy zajmować się tym tematem z pozycji katolickiej. Pozycja katolicka jednak zawsze wymaga elementarnej rzetelności metodologicznej i merytorycznej. Tego kryterium pisanina x. Szponara niestety nie spełnia. 

W sumie wygląda na to, że te opowiadania o doświadczeniu bliskiej śmierci są na usługach przemysłu transplantologicznego, który w głównej mierze - zwłaszcza gdy chodzi o narządy nieparzyste - polega na mordowaniu ludzi z orzeczeniem rzekomej "śmierci mózgu". Skoro ci rzekomi powrotnicy z progu śmierci tak pięknie i błogo wspominają tamte przeżycia i niechętnie wracali do życia, to zabicie ich - oraz innych ludzi znajdujących się w takiej sytuacji - nie jest zbrodniczym zabiciem lecz spełnieniem ich pragnienia zapewnionego szczęścia. Zapewne dlatego branża "medyczna" chętnie się dzieli z x. Szponarem (rzekomymi) doświadczeniami tych swoich pacjentów. 

Ten przykład ukazuje, jak kiepski, wręcz haniebnie niski jest obecnie poziom edukacji w seminariach duchownych, skoro w takim stanie intelektualnym wypuszczany jest ktoś jeszcze w miarę inteligentny, aczkolwiek sprytniejszy w biznesie paradziennikarsoim niż w solidnej wiedzy choćby nawet teologicznej. Niestety odbywa się to kosztem zbawienia dusz. Skoro każdy, niezależnie od stanu duszy, ma takie piękne przeżycia u progu wieczności - a według x. Szponara już za tym progiem, co jest oczywiście kłamstwem - to zalatuje to dość wyraźnie negacją istnienia piekła, a nawet sądu Bożego. Nie przypadkowo x. Szponar tak nachalnie promuje równocześnie faustyno-sopoćkizm. W sumie kółko się zamyka, co nie powinno dziwić. 


Świeckie "uroczystości" pogrzebowe


Nie do końca rozumiem pytanie. W każdym razie wydaje się ono złożone z kilku kwestyj. 

1. Pogrzeb katolicki, czyli obrzędy pogrzebowe sprawowane przez katolickiego duchownego, przysługują każdemu członkowi Kościoła katolickiego, który nie popełnił formalnego aktu apostazji czy wyrzeknięcia się wiary katolickiej i tym samym przynależności do Kościoła. 

2. W razie, gdy osoba zmarła czy to w stanie ciężkiego grzechu publicznego jak złamanie węzła małżeńskiego, pogrzeb katolicki nadal przysługuje, o ile dana osoba nie wyrzekła się wiary katolickiej formalnie lub wobec świadków. Wówczas jednak obrzęd powinien mieć formę skróconą czyli mniej uroczystą (uroczysta forma składa się z trzech stacyj: w domu, Msza św. żałobna, modlitwy przy grobie). 

3. Nie wolno mieszać obrzędów kościelnych z "obrzędami" świeckimi. W te drugie Kościół nie ingeruje i im też nie wolno ingerować w przebieg obrzędu kościelnego. Ma to znaczenie zwłaszcza dla stacji przy grobie: obrzęd katolicki kończy się wraz z umieszczeniem trumny z ciałem w grobie. 

4. Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1176) zaleca usilnie pochówek ciała, a jedynie dopuszcza kremację, jeśli nie została ona wybrana z pobudek sprzecznych z wiarą katolicką. Niestety nie precyzuje w tym miejscu, co należy uczynić, gdy taki przypadek zachodzi. Z kontextu wynika jednak, że wówczas należy odmówić pochówku katolickiego, gdy zachodzi wyrzeknięcie się wiary katolickiej, aczkolwiek nieformalne. 

Przy tej okazji muszę wspomnieć niestety powszechne w Polsce nadużycie, polegające na sprawowaniu obrzędów pogrzebowych z urną, czyli po kremacji. Jest to sprzeczne z zasadami Kościoła. Wydaje się, że taka haniebna praktyka została dopuszczona jedynie przez Konferencję Episkopatu Polski, czyli akurat w Polsce i chyba tylko w Polsce. Nawet w krajach niemieckojęzycznych dopuszczalne jest sprawowanie obrzędów pogrzebowych wyłącznie PRZED kremacją. Sprawowanie ich z urną po kremacji jest widocznym legitymizowaniem kremacji, stawiając ją na równi z katolickim zwyczajem grzebania ciał. Kremacja jest zwyczajem pogańskim i masońskim, powiązanym ideologicznie z negacją zmartwychwstania ciał i odrzuceniem szacunku dla ciała ludzkiego jako świątyni Ducha Świętego. Oczywiście kremacja nie jest w stanie przeszkodzić w zmartwychwstaniu, jest jednak znakiem, jakby symbolicznym szydzeniem ze zmartwychwstania. 

Czy śmierć jest powrotem do "domu Ojca"?


Ten frazes ma dość dokładnie 20 lat, gdyż zyskał popularność dzięki ogłoszeniu śmierci Jana Pawła II przez ówczesnego argentyńskiego arcybiskupa Leonardo Sandri, wówczas substytuta w Sekretariacie Stanu: 

Teraz go użył kardynał Kevin Farrell, pochodzący z Irlandii, obecnie w funkcji kamerlinga Świętego Kościoła Rzymskiego, czyli sprawującego rządy w państwie watykańskim w okresie vacatio sedis:

Wygląda na to, że ten frazes jest rdzennie wojtyliański. Na pewno pasuje do "poetyckiego" stylu papieża Polaka, który dość często jest nie tylko wieloznaczny, lecz nawet absurdalny (jak np. "oczyszczenie pamięci" w związku z rokiem jubileuszowym 2000), a w tym wypadku nawet wręcz heretycki. Wszak w każdym katechiźmie katolickim można przeczytać, że jest pięć rzeczy ostatecznych: śmierć, sąd, niebo, piekło, czyściec. Frazes jest heretycki także wtedy, gdy przez "dom Ojca" rozumie się niebo, bowiem nigdy nie ma pewności, że dana osoba trafiła do nieba, chyba że zostanie ogłoszona jako święta czyli kanonizowana. Zaś kanonizację musi poprzedzić proces kanoniczny, który nawet w bardzo opiłowanej wersji z całą pewnością nie może zostać przeprowadzony już w dniu śmierci danej osoby. 


Czy dzieci nieochrzczone mogą być zbawione? (z post scriptum)


Pytanie dotyczy zwłaszcza kwestii tzw. limbus puerorum, czyli miejsca (stanu) dzieci zmarłych w stanie grzechu pierworodnego, czyli bez przyjęcia Chrztu św. i bez popełnienia osobistego grzechu ciężkiego. 

Teza teologiczna o tzw. limbusie (limbus oznacza tyle co skraj, przedsionek, jakby margines) jest próbą przełożenia na język teologii słów z Ewangelii św. Jana 3,5 z rozmowy Pana Jezusa z Nikodemem: 

"Odpowiedział Jezus: zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli kto nie odrodzi się z wody i Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego."

απεκριθη ο ιησους αμην αμην λεγω σοι εαν μη τις γεννηθη εξ υδατος και πνευματος ου δυναται εισελθειν εις την βασιλειαν του θεου

Jak zwykle, próba budowania teorii czy odpowiedzi na problem teologiczny na podstawie jednego fragmentu Pisma św. bez uwzględnienia możliwie szerokiego kontextu zarówno biblijnego jak też w Tradycji Kościoła jest zawsze i także w tym wypadku dość ryzykowna. 

W historycznej kolejności św. Grzegorz z Nazjanzu wydaje się pierwszym, który wypowiedział się w temacie. Według niego - i według większości teologów scholastycznych i nowożytnych - dzieci zmarłe w grzechu pierworodnym nie cierpią kar piekielnych (poena sensus), lecz są skazane jedynie na karę pozbawienia oglądania Boga (poena damni) czyli wykluczenia z nadprzyrodzonej tzw. wizji uszczęśliwiającej. 

Z kolei św. Augustyn i wraz z nim wielu teologów łacińskich uważało, że takie dzieci idą do piekła, aczkolwiek odbywana przez nie kara wieczna jest najłagodniejsza z możliwych (mitissima omnium poena). 

Św. Tomasz podaje jak zwykle bardzo wyważone i miarodajne zdanie (De malo q5 a3):

Possumus tamen utrumque coniungentes mediam viam tenere, ut dicamus quod animae puerorum naturali quidem cognitione non carent, qualis debetur animae separatae secundum suam naturam, sed carent supernaturali cognitione, quae hic in nobis per fidem plantatur, eo quod nec hic fidem habuerunt in actu, nec sacramentum fidei susceperunt. Pertinet autem ad naturalem cognitionem quod anima sciat se propter beatitudinem creatam, et quod beatitudo consistit in adeptione perfecti boni; sed quod illud bonum perfectum, ad quod homo factus est, sit illa gloria quam sancti possident, est supra cognitionem naturalem. Unde apostolus dicit, I ad Cor. II, 9, quod nec oculus vidit, nec auris audivit, nec in cor hominis ascendit quae praeparavit Deus diligentibus se: et postea subdit: nobis autem revelavit Deus per spiritum suum: quae quidem revelatio ad fidem pertinet. Et ideo se privari tali bono, animae puerorum non cognoscunt, et propter hoc non dolent; sed hoc quod per naturam habent, absque dolore possident.

W skrócie: dzieci zmarłe w grzechu pierworodnym mają naturalne poznanie Boga czyli zaznają naturalnej szczęśliwości i nie cierpią żadnych mąk właściwych dla piekła.  

Zwolennicy protestanckiego rygoryzmu, który powołuje się czy to biblistycznie na samo Pismo św. czy też na św. Augustyna, wskazują ponadto często na rzekome orzeczenia Magisterium Kościoła wydane rzekomo w tej kwestii. Tego typu myślenie prezentują pseudotradycjonaliści, skądinąd w słusznej sprawie obrony tradycyjnego nauczania Kościoła, aczkolwiek faktycznie bardziej idąc za protestanckim fundamentalizmem niż za rzetelnym, uczciwym traktowaniem źródeł teologii katolickiej. 

Gdy bowiem wskazują na fragmenty w Enchiridion Symbolorum, popełniają zasadniczy błąd, nie uwzględniając miejsca, gatunku i rangi danego zdania. Otóż:

- Fragment z akt Soboru Lyońskiego II, na który powołują m. in. lefebvrianie, nie pochodzi z dekretu ani tym bardziej kanonu soborowego, lecz z "wyznania wiary" cesarza Michała Paleologa skierowanego do papieża, i tym samym nie stanowi nauczania Magisterium Kościoła:


"Zaś dusze tych, który umierają w grzechu śmiertelnym albo w samym grzechu pierworodnym, natychmiast zstępują do piekła, aczkolwiek dla ukarania różnymi (innymi) karami."

- Fragment z akt Soboru Florenckiego jest niczym innym jak powtórzeniem tego samego zdania, mianowicie z dekretu dla Greków, wydanego w celu zawarcia unii z Rzymem:


Tak więc nie mamy tutaj do czynienia z nauczaniem Magisterium Kościoła we właściwym sensie, lecz z opinią teologiczną. A już zupełnie nie może być tutaj mowy o nauczaniu dogmatycznym, ponieważ brakuje w tym po pierwsze wyłożenia tej nauki w oparciu o źródła teologiczne (Pismo św. i Tradycji), a po drugie potępienia nauczania przeciwnego. 

- Następnym rzekomo magisterialnym źródłem, na który powołują się pseudotradycjonaliści, jest list papieża Innocentego III do jednego z biskupów:


Także ten text nie ma wprawdzie żadnej rangi magisterialnej, czyli oficjalnego nauczania papieskiego, ponieważ nie jest skierowany do całego Kościoła. Jednak papież dość wyraźnie przejmuje nauczanie św. Tomasza, mówiąc, że karą za grzech pierworodny jest pozbawienie oglądania Boga (visio beatifica), a nie kary piekielne. 

- Fragment z konstytucji Piusa VI "Auctorem fidei" potępiającej schizmatycki sobór w Pistoia jest dosłownie skierowany przeciw pelagianom, którzy wprowadzili "stan" pośredni między potępieniem wiecznym a Królestwem Bożym, i tym samym nie stanowi żadnego wyjaśnienia czy tym bardziej rozstrzygnięcia kwestii losu dzieci zmarłych w grzechu pierworodnym:


Pośród teologów nowożytnych z jednej strony św. Robert Bellarmin (De amiss. gratiae VI 2) uznaje za heretyckie zdanie, że kara za grzech pierworodny (poena damni) powiązana jest z naturalną szczęśliwością, z drugiej jednak tacy teologowie jezuiccy jak Franciszek Suarez (De peccatis et vitiis 9,6) i Leonard Lessius (De perf. div. XII,22) uważają to zdanie za bardziej prawdopodobne teologicznie. Trzeba mieć na uwadze, że nie ma magisterialnego rozstrzygnięcia tej kwestii. 

Widać więc, że dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej z 2007 r. zasadniczo się nie myli, a krytyka ze strony tzw. tradycjonalistów wykazuje tutaj niestety dość niski, wręcz haniebnie niski poziom. 

Podsumowując:

1. Teologicznie, w tym także magisterialnie pewne jest, że dzieci zmarłe w grzechu pierworodnym nie idą do piekła. 

2. Równocześnie nie są rozstrzygnięte zmagania teologiczne co do dokładniejszego określenia ich losu, zgodnie z jednej strony z koniecznością Chrztu według słów w Ewangelii św. Jana 3,5, a z drugiej z Bożą sprawiedliwością, która nie może oznaczać karania za niepopełnioną winę. 

3. Moim zdaniem najpoważniejszym rozwiązaniem tej kwestii - proponowanym już przez szereg teologów - jest przyjęcie analogicznego tzw. chrztu pragnienia (votum baptismi, votum Ecclesiae), czyli zbawczej, quasi "sakramentalnej" roli pragnienia rodziców, by ich dziecko było ochrzczone. Nie jest to nowością, lecz analogicznym zastosowaniem nauczania Kościoła o "chrzcie krwi" w przypadku katechumenów czy też św. Niewiniątek Jerozolimskich. 

Innymi słowy: W zgodzie z Tradycją, a także z większością teologów zarówno patrystycznych, scholastycznych i nowożytnych uważam, iż dzieci zmarłe bez Chrztu sakramentalnego mogą doznać łaski zbawczej na mocy pragnienia ich rodziców, którzy pragnęli dla swego dziecka Chrztu świętego i włączenia do Kościoła. W przypadku rodziców niekatolików czy niewierzących (będących w stanie nieprzezwyciężalnej niewiedzy co do dzieła Zbawienia w Chrystusie) może mieć zastosowanie tzw. niewyraźne pragnienie przynależności do Kościoła. Moim zdaniem takie rozwiązanie najbardziej odpowiada szerszemu kontextowi całego Bożego Objawienia podanego w Piśmie św. i Tradycji Kościoła. 



Post scriptum

Otrzymałem słuszne uwagi krytyczne:



Odpowiadam:

Rozumiem, że chodzi o analogię do św. Niewiniątek. Rzeczywiście wygląda na to, że w dotychczasowych zmaganiach o rozwiązanie tej teologicznej kwestii za mało, a właściwie w ogóle nie brano pod uwagę świadectwa liturgii, jakim jest święto św. Młodzianków, a które powinno mieć wysoką rangę w argumentacji, gdyż liturgia sprawowana przez wieki w szczególnie wyraźny i mocny sposób wyraża i przekazuje wiarę Kościoła, o wiele bardziej niż rozważania teologów.

Wydaje mi się, iż można przyjąć, że każde dziecko zabite w łonie matki jest ofiarą nienawiści szatańskiej, nawet jeśli matka i inni sprawcy nie są tego wyraźnie świadomi. 

Kwestia dotyczy jednak wszystkich dzieci nieochrzczonych, także tych otoczonych miłością i troską rodziców. Myślę, że naturalna troska rodziców może mieć także wartość "zbawczą" w znaczeniu niewyraźnego pragnienia bycia w Kościele (votum Ecclesiae implicitum), jako że odpowiada pochodzącemu od Boga porządkowi naturalnemu. 

Rzeczywiście poważnym zarzutem jest wskazanie na problem powiązania decyzji i stanu dusz rodziców z losem wiecznym ich dziecka. Wszak dziecko nie ponosi odpowiedzialności za moralność swoich rodziców i jest indywidualną osobą ludzką. Tutaj sprawa wymaga zgłębienia. Z jednej strony niezaprzeczalna jest godność ludzka dziecka, zarówno tylko poczętego jak też już urodzonego. Z drugiej strony raczej oczywisty - choć teoretycznie podważalny - jest brak woli i tym samym odpowiedzialności moralnej dziecka co do wyboru istotnego dla zbawienia duszy. Tak więc z jednej strony dziecko ma duszę nieśmiertelną i jest osobą stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, z drugiej jednak nie mamy póki co podstaw do przyjęcia, że niemowlę jest zdolne do aktów woli, które można by zakwalifikować choćby do niewyraźnego pragnienia bycia w Kościele. 

Dochodzimy się do pytania: jaki sens ma stworzenie przez Boga ludzi, którzy nie dochodzą do możliwości choćby niewyraźnego pragnienia życia z Bogiem? Czyż brak możliwości zbawienia wiecznego dla tych ludzi nie jest sprzeczny z prawdą o Bogu podaną w Objawieniu? 

Myślę, że są to kluczowe pytania. Moim zdaniem teologicznie pewne jest, że Pan Bóg każdej osobie ludzkiej, którą powołuje do istnienia, daje możliwość osiągnięcia szczęśliwej wieczności. Póki co nie wiemy, jak to jest możliwość w przypadku dzieci nieochrzczonych. Tutaj jest miejsce na dalszy rozwój reflexji teologicznej. 

Czy przemawianie do zmarłych jest zgodne z wiarą katolicką?


W ostatnich latach upowszechnił się zwyczał zwracania się do zmarłych w drugiej osobie nie tylko w przemówieniach członków rodziny czy innych świeckich lecz także w kazaniach czyli słowach kierowanych przez duchownych podczas liturgii. Zwyczaj ten przeniknął z obrzędów świeckich i nie ma żadnej podstawy w Tradycji katolickiej. Nasuwa się pytanie, czy jest on zgodny z wiarą katolicką.

Naczelną zasadą jest oczywiście nauczanie Kościoła o rzeczach ostatecznych czyli śmierci, sądzie, niebie, piekle oraz czyśćcu. Wiąże się z tym także sprawa modlitwy za zmarłych.

Śmierć jest przejściem duszy nieśmiertelnej do wieczności poprzez sąd Boży indywidualny, w którym rozstrzyga się wieczny los człowieka: wieczna szczęśliwość w niebie - ewentualnie poprzez czyściec czyli karę czasową za grzechy przebaczone a nieodpokutowane - albo wieczne potępienie czyli piekło. W śmierci następuje oddzielenie duszy od ciała, tym samym także od wszystkich władz zmysłowych, które są w sposób naturalny związane z ciałem. Innymi słowy: ciało zmarłego na pewno nie słyszy, nie widzi, nie czuje. Do kogo więc kierowane są przemówienia i kazania kierowane do osoby zmarłej? Czy do duszy? Takie jest chyba mniemanie osób stosujących tę praktykę. Aczkolwiek stosują je nierzadko także osoby wprost deklarujące się jako niewierzący w nieśmiertelność duszy i życie wieczne. W takim wypadku jest to jedynie czy to forma literacko-retoryczna, czy metoda psychoterapii w sytuacji żałoby. Jednak powiązania - przynajmniej faktyczne, nawet jeśli nie są świadome i zamierzone - mogą być i de facto są dalsze i głębsze. Pomijając spontaniczne, odruchowe zachowanie osób bliskich, bolejących nad stratą i pragnących utrzymać komunikację z osobą zmarłą, przemawianie do zmarłych jest właściwie zwyczajem spirytystycznym czyli sekt okultystycznych. Jak się to ma do wiary i nauczania Kościoła?

Teologia katolicka jest także w tej kwestii trzeźwa, oparta na twardych danych zarówno Bożego Objawienia jak też poznania czysto racjonalnego, zwłaszcza zdrowego rozsądku i doświadczenia. Jak zaznaczone już, nie ma żadnych podstaw do przyjęcia, by ciało zmarłego czy także dusza osoby zmarłej słyszała, widziała, czuła itd. Ciało ulega rozkładowi, z czasem całkowitemu. Dusza bez ciała nie ma kontaktu ze światem doczesnym, gdyż jako stworzenie duchowe nie ma bezpośredniego kontaktu ze światem materialnym, lecz jedynie poprzez ciało. Jedynie Bóg ma bezpośredni kontakt ze wszystkimi swoimi stworzeniami. Także aniołowie - zarówno duchy święte jak też upadłe czyli szatan i demony - nie mają bezpośredniego kontaktu ze światem materialnym, lecz jedynie poprzez dusze ludzkie, innych aniołów oraz na mocy specjalnego działania Bożego.

Innymi słowy: zmarli nie wiedzą nic o naszych słowach, uczuciach itp. skierowanych do nich, chyba że Pan Bóg im to okaże. Tym samym próba pominięcia Pana Boga w tym "kontakcie" jest właściwie absurdalna. Na taką próbę wygląda zwracanie się do osoby zmarłej tak jakby słyszała, czuła, widziała. Z punktu widzenia teologicznego jest to zwyczaj przynajmniej bezmyślny, a nawet zalatujący spirytyzmem.

Kościół stosował zawsze jedynie modlitwę za zmarłych, nie przemawianie do nich. Modlitwa za nich owszem może mieć formę rozbudowaną, opowiadającą o ich życiu, wyrażającą wdzięczność, także ból i żal. Wówczas odpowiada zarówno wierze katolickiej jak też potrzebie chwili do wyrażenia uczuć.

Dopiero od orzeczenia Kościoła w akcie beatyfikacji wolno publicznie zwracać się do osób zmarłych beatyfikowanych z prośbą o wstawiennictwo czy z podziękowaniem. Lekceważenie tej zasady jest właściwie podważaniem sensu i znaczenia beatyfikacji. Nie przypadkowo zwyczaj zwracania się do zmarłych na pogrzebie przeniknął z protestantyzmu czy wręcz z kręgów ateistycznych czy agnostyckich, gdzie jest to oczywiście tylko forma retoryczna dla wyrażenia uczuć. Katolikom nie godzi się praktykowanie tego zwyczaju, przynajmniej z powodu możliwości nieporozumień teologicznych i tym samym zgorszenia.

Przy okazji parę innych uwag związanych z tematem.

1. Także podczas pogrzebu oraz pełnienia warty honorowej przy trumnie w świątyni obowiązuje zasada, że mężczyznom nie wolno mieć nakrycia głowy, także mundurowym. Jedynym dopuszczalnym nakryciem głowy strój liturgiczny (mitra biskupia, biret duchownych). Wyjątek może być w razie niepogody.

2. Czarny kolor liturgiczny nie został ani unieważniony ani zakazany. Oznacza on wyjątkowość obrzędu polegającą na modlitwie za zmarłych. Kolor fioletowy jest natomiast kolorem pokutnym i tym samym powoduje nieporozumienie, jakoby chodziło o pokutę czyli nawrócenie wraz z własnowolnym karaniem siebie. Natomiast kolor czarny oznacza rzeczywistość ostateczną po wyroku Sądu Bożego, czyli nieznany los zmarłej osoby, w powiązaniu z modlitwą za nią. Fioletowy jako pokutny albo wskazuje na pokutę żyjących, albo na pokutę duszy w czyśćcu: w pierwszym wypadku jest negacją sensu i wagi modlitwy za zmarłych, czyli negacją czyśćca (tym samym podzielaniem herezji protestanckiej i wschodniackiej), w drugim jest bezpodstawnym mniemaniem o losie danej duszy, tzn. że jest ona w czyśćcu. W każdym razie fiolet powoduje wieloznaczność i fałszuje sens obrzędu.

3. Zasadą jest, że ciało wiernych świeckich wystawione w świątyni ma być zwrócone twarzą ku ołtarzowi, tak samo jak podczas liturgii za życia. Natomiast ciało kapłana ma być zwrócone twarzą ku ludowi, gdyż oznacza to godność kapłańską, która trwa także po śmierci. Ciało kapłana w trumnie jest odziane w szaty mszalne koloru fioletowego, co oznacza ducha pokuty, w jakim odszedł z tego świata. 

Czy mamy pewność zbawienia?

 


Według wiary i teologii katolickiej nie możemy mieć pewności, że osiągniemy zbawienie, czyli że dana osoba osiągnie zbawienie. Teologicznie pewne jest, że Pan Bóg każdemu człowiekowi daje możliwość osiągnięcia wiecznego zbawienia.

Nie możemy mieć pewności co do własnego zbawienia zwłaszcza z następujących powodów:

- nie wiemy, czy do końca wytrwamy w łasce uświęcającej, nawet jeśli obecnie żyjemy w łasce,

- to Pan Bóg nas osądzi, a nie my samych siebie.

Z naszej strony możemy i powinniśmy dołożyć wszelkich możliwych starań, żeby żyć w łasce uświęcającej, oraz żywić ufność w łaskę Bożą, nie w nasze zasługi.

Owszem, w momencie śmierci zdarzają się oznaki, że dana osoba idzie prosto do nieba, gdy np. umiera spokojnie i pogodnie, niekiedy wręcz z uśmiechem. To jednak nie stanowi pewności, zwłaszcza nie w ten sposób, by dana osoba mówiła o sobie, że idzie do nieba, ponieważ idzie najpierw na sąd Boży. 

Tym samym te cytowane słowa Jana Pawła II są albo inscenizacją (która jest raczej nieprawdopodobna w momencie śmierci), albo wymysłem, czyli kłamstwem. Być może Jan Paweł II kiedyś wypowiedział te słowa na jakiś czas przed śmiercią, mając na myśli, że przygotowuje się na odejście z tego świata. Natomiast jeśli wierzył po katolicku, to z całą pewnością nie powiedział tych słów w momencie swojej śmierci, gdyż byłoby to coś w rodzaju autokanonizacji, czyli oszustwa nie licującego ani z powagą chwili, ani z urzędem, ani z wiarą katolicką. 

Pewność zbawienia ma natomiast miejsce w herezji protestanckiej, oczywiście fałszywa pewność. Wynika ona z tego, że według tej herezji wystarczy akt wiary w zasługi Chrystusa, by mieć tę pewność, niezależnie od uczynków, czyli wkładu człowieka w swoje zbawienie przez współdziałanie z łaską. Jednak nigdy nie możemy mieć pewności, że czynimy wszystko, czego wymaga to współdziałanie, a przede wszystkimi powinniśmy w pokorze uniżać się przez Majestatem Bożym, w uznaniu naszej grzeszności i niegodności, a ufając w dobroć Bożą. Stąd właśnie bierze się powaga i wyjątkowy charakter tradycyjnych obrzędów żałobnych, czego wyrazem jest czarny kolor liturgiczny. 

Określenie "odejście do domu Ojca" jako synonim odejścia do wieczności czyli śmierci jest po prostu herezją o znamionach zarówno negacji piekła i czyśćca, jak też fałszywej pewności zbawienia w duchu protestanckim. 

Za kogo cierpią dusze w czyśćcu?


Aż przykro znów pisać. Jednak muszę sprostować następne kłamliwe bzdety w serii od lat produkowanych wręcz taśmowo przez tego człowieka tryskającego niewzruszonym zadowoleniem ze siebie, bez jakiejkolwiek autorefleksji, autokrytyki, tym bardziej poprawy. Oto najnowszy popis:


Przede wszystkim on myli cierpienie (i jego ofiarowanie) ze wstawiennictwem. Otóż żaden z katolickich teologów nigdy nie twierdził, jakoby dusze czyśćcowe mogły ofiarować swoje cierpienie - które jest oczyszczające, jako kara doczesna za nieodpokutowane grzechy - za inne osoby, chociażby żyjących, czyli za Kościół walczący. On widocznie nawet nie ma pojęcia o tym, czym jest w istocie i na czym polega cierpienie czyśćcowe, czyli że jest to kara, a swojej kary nie można ofiarować za kogoś, ponieważ jest ona dziełem sprawiedliwości Bożej i jest wypłacana Bogu samemu, nie innym ludziom. 

Dusze czyśćcowe mogą natomiast wstawiać się za Kościołem walczącym, czyli za wiernymi w życiu doczesnym, ponieważ są w stanie łaski uświęcającej i łączy je z nami miłość Boża. Taka jest przeważająca opinia teologów katolickich, zwłaszcza nowożytnych, mimo że św. Tomasz (STh II II q.  83 a. 11) twierdził inaczej. Synody prowincjonalne we Wiedniu (1858) oraz w Utrechcie (1865) potwierdziły tę nowszą opinię teologiczną, a papież Leon XIII wydał w 1889 r. modlitwę opatrzoną odpustem, wzywającą dusze czyśćcowe o ich wstawiennictwo u Boga. Wprawdzie nowsze oficjalne wydania modlitw opatrzonych odpustami (1937 i 1950) nie zawierają tej modlitwy, jednak nie należy tego rozumieć jako jej odrzucenia czy potępienia. 

Oczywiście wzywanie dusz czyśćcowych o ich wstawiennictwo nie jest oddawaniem im czci, tzn. nie jest tym samym co kult świętych w niebie. 

Co do zmarłych wiemy tylko o ważnie kanonizowanych świętych, że są w niebie, więc możemy konkretną osobę kanonizowaną wzywać o jej wstawiennictwo. Co do innych osób możemy żywić uzasadnioną nadzieję, że są przynajmniej w czyśćcu. Takie osoby możemy ogólnie prosić o wstawiennictwo. Wprawdzie nie ma kościelnego zakazu prywatnego wzywania konkretnych dusz o wstawiennictwo, jednak osobiście radziłbym ostrożność. Jedynie do osób zmarłych w opinii świętości czy przynajmniej opatrzonych sakramentami można bezpiecznie kierować prośby o wstawiennictwo. 

Czy tzw. nadzieja powszechnego zbawienia jest zgodna z wiarą katolicką?



Najpierw należy ustalić znaczenie pojęć i przedmiot pytania. Rozumiem, że chodzi o nadzieję na to, iż ostatecznie żaden człowiek nie będzie potępiony wiecznie w piekle. Otóż niezależnie od motywów czy argumentów (bardzo słabych zresztą, co widać chociażby w wypowiedziach x. Hryniewicza) na korzyść takowej nadziei, należy przede wszystkim stwierdzić, że nie ma ona podstaw ani w Piśmie św., ani w Tradycji Kościoła, ani w nauczaniu Magisterium nieomylnego. 

Po drugie, takowa nadzieja raczej przeczy treści Pisma św. zarówno Starego jak też Nowego Testamentu. 

Po trzecie, jest ona sprzeczna z podstawami soteriologii katolickiej, nawet wręcz z fundamentalnymi prawdami wiary. Mówiąc najprościej: skoro żaden człowiek nie zasługuje na potępienie, to zbyteczne jest dzieło Zbawienia. Zaś dzieło Zbawienia odbywa się przez wezwanie do nawrócenia i wiary w Boże Objawienie w Jezusie Chrystusie, a to oznacza z kolei wolność woli człowieka i tym samym możliwość odrzucenia tegoż wezwania i Objawienia. Musi być to możliwość realna, nie tylko hipotetyczna. Doświadczenie zarówno historyczne jak też osobiste każdego człowieka zawiera nie mało przykładów takiego odrzucenia, gdzie brakuje jakichkolwiek choćby nikłych oznak przyjęcia Zbawienia. Oczywiście słuszne jest współczucie i ból z powodu takich przypadków. Słuszne jest też pragnienie, by żaden człowiek nie został ostatecznie potępiony. Jednak nic nas nie upoważnia do twierdzenia ("nadziei"), że tak będzie, skoro sam Pan Jezus według świadectwa Pisma świętego mówi o "ogniu wiecznym", "mrokach zewnętrznych" itd.

Należy zwrócić też uwagę na skutki praktyczne owej fałszywej "nadziei": jeśli ostatecznie nikt nie ma trafić do piekła, to nie tylko wezwanie do nawrócenia pozbawione by było swej powagi, lecz także wszelkie wybory moralne i każdy grzech. Tym samym ta koncepcja może mieć jedynie katastrofalne skutki także dla doczesności, gdyż pozbawia motywacji do wiary i moralności, która odgrywa zasadniczą rolę u większości ludzi, jeśli nie u wszystkich (w różnym stopniu). Innymi słowy: jedynie realna możliwość wiecznego potępienia jest ostatecznie w stanie powstrzymać wielu ludzi przed zatwardziałym grzeszeniem.

Dlatego można podsumować następująco: owa pięknie brzmiąca "nadzieja powszechnego zbawienia wszystkich ludzi" jest właściwie niczym innym jak tylko elegancką i pseudoteologiczną wersją powiedzonka "hulaj dusza, piekła nie ma".

Czy piekło jest puste?


(wzięte z tutaj)


Tłumaczenie tej wypowiedzi brzmi:

"To, co powiem, nie jest dogmatem wiary, lecz czymś moim osobistym: lubię myśleć, że piekło jest puste, mam nadzieję, że taka jest rzeczywistość."

Wypowiedź nawiązuje do poglądu wyrażonego przez szwajcarskiego teologa, x. Hans'a Urs'a von Balthasar'a (więcej tutaj), byłego jezuity, który dla swoich planów życiowych w związku z protestancką mężatą lekarką pseudomistyczką Adrienne von Speyr (w 1940 r. konwertowała na katolicyzm), wystąpił z zakonu. Na koniec życia został mianowany przez Jana Pawła II - dzięki protekcji głównie kard. J. Ratzinger'a - kardynałem, lecz wkrótce po nominacji zmarł, nie doczekawszy kreacji kardynalskiej. W swoich dwóch pisemkach w temacie (Was dürfen wir hoffen, Kleiner Diskurs über die Hölle) usiłował on podważyć tradycyjne, ciągłe nauczanie Kościoła w kwestii piekła jako kary wiecznej (więcej tutaj). Jego pogląd w tej sprawie zwykle jest prymitywnie streszczany w wyrażeniu nadziei, że piekło jest puste. Sam von Balthasar wprawdzie nie wyraził tego aż tak prymitywnie, gdyż wpadł na "genialny" pomysł, że w piekle pozostaną same grzechy, oddzielone od potępionych ludzi i diabłów. Tym samym zasygnalizował problem, czyli pośrednio przyjął, że wyobrażenie o pustym piekle jest absurdalne teologicznie. Od siebie dodam: jest bluźniercze. 

A jest bluźniercze z tego powodu, iż istnienie pustego piekła byłoby bezsensowne, gdyż Bóg nie czyni niczego bezużytecznego, zaś sugerowanie, jakoby Bóg stworzył coś bezsensownego, jest bluźnierstwem. 

Dlaczego dzieci umierają?

 


Okres świąt i same święta, w szczególności święta Bożego Narodzenia, które są świętem rodznnym, bywają bolesne dla osieroconych rodziców. Podczas gdy inni rodzice są zajęci przygotowaniem prezentów dla swoich dzieci, to rodzice, którym śmierć odebrała dziecko, przeżywają wspomnienia przynajmniej z nostalgią, zadumą i tęsknotą, a zwykle z odświeżonym bólem po stracie. Jak teolog może pomóc takim rodzicom, oprócz zrozumienia i współczucia? Za dramatycznym osobistym pytaniem: "dlaczego Pan Bóg dopuścił na mnie coś takiego?" znajduje się pytanie ogólne, teologiczne: dlaczego Pan Bóg nie tylko dopuszcza taki dramat rodziców i rodziny, lecz widocznie umieścił go w swoim planie stworzenia i zbawienia? Rozważenie tego pytania nie tylko wymaga pewnego uspokojenia emocji, zarówno buntu jak też współczucia, by być w stanie do racjonalnej reflexji. Reflexja w świetle wiary pomaga i warunkuje uspokojenie odruchów i uczuć. 

Po pierwsze, śmierć dziecka, także dorosłego, oznacza, że wychowujemy dzieci nie dla siebie i ostatecznie nie dla potrzeb i zadań doczesnych, lecz dla wieczności, do życia wiecznego. Niezbędna jest więc troska o duszę dziecka, o jej kondycję i zbawienie. O tym właśnie zwykle zapominają nawet rodzice wierzący i uważający się za dobrych katolików. 

Po drugie, odejście dziecka do wieczności, a to w nadzieji szczęśliwości wiecznej, odnawia i wzmacnia naszą tęsknotę ku niebu, ku życiu z Bogiem, gdzie będziemy bezpieczni. Ta nadzieja jest szczególnie aktualna w sytuacji utraty doczesnej każdej ukochanej osoby, także dorosłej i starszej. Jednak w przypadku odejścia dziecka jego nieobecność oznaczająca utratę ziemskich planów, pragnień i nadzieji jest szczególnym wyzwaniem i próbą nadprzyrodzonej cnoty nadziei, wypływającej z wiary. 

W świetle tych prawd takie bolesne doświadczenie jawi się jako szczególna pomoc w zbawieniu dusz nas, którzy jeszcze żyjemy w doczesności. 

Co jest wypalane w czyśćcu? (z post scriptum)



No i mamy niestety kolejny popis ignorancji w postaci dość fantazyjnej "teologii" garażowej w wykonaniu słynnego x. Szymona Bańka FSSPX:

Trzeba być wybitnie nadętym i bezmyślnym ignorantem, by w kilku zdaniach zmieścić aż dwie poważne herezje:

- jakoby w czyśćcu wypalane były "złe skłonności",

- jakoby czyściec był "ogniem wiecznym". 

A oto dowód, że on nie popełnił przypadkowej pomyłki czy przejęzyczenia, lecz ponownie, w wystąpieniu w temacie czyśćca obszerniej wykazuje swoją wręcz skandaliczną ignorancję co do tego, czym jest czyściec według wiary katolickiej:

Wyjaśniam:

Według nauczania Kościoła - na Soborze Lyońskim i Soborze Florenckim - w czyśćcu (purgatorium) odbywa się oczyszczenie dusz z grzechów lekkich oraz z kar doczesnych (za odpuszczone, a jeszcze nie odpokutowane grzechy). Mówi o tym chociażby katechizm katolicki kardynała Gasparri'ego, na który chętnie powołuje się FSSPX:

Czymś zupełnie innym są złe skłonności, przywiązania, czy skłonności do grzeszenia, zwane też pożądliwościami. W przypadku dusz będących w stanie łaski uświęcającej - a tylko takie mogą iść do czyśćca - pożądliwości kończą się w momencie śmierci, wraz z pokusami, gdyż ich siedliskiem jest ciało, od którego odchodzi dusza. 

Oczywiście czyściec NIE jest ogniem wiecznym, lecz karą tymczasową, przejściową, która kończy się najpóźniej w Dniu Ostatecznym. 

To jest materiał katechizmowy na poziomie właściwie już szkoły podstawowej. Może uczniowie "Szkoły Akwinaty" udzieliliby swojemu dyrektorowi korepetycji z katechizmu?


Post scriptum 1

Jest też reakcja delikwenta, który zachowuje się jak obrażona księżniczka:


Tak więc, zamiast odnieść się do problemu, który nawet jego fani dostrzegają, próbuje zemścić się przez porównanie mnie do x. Woźnickiego, uderzając perfidnie w moje dobre imię. 

Zgodnie z życzeniem słuchacz sformułował pytanie w samej sprawie i oto odpowiedź delikwenta:


No cóż. On widocznie ma ludzi za debili i wydaje mu się, że pokrętnym nawijaniem wraz z wymachiwaniem paluszkami uda mu się stworzyć wrażenie, że nie powiedział żadnego bełkotu, z którego powinien się wycofać. 
- Nie dociera do niego, że czym innym są złe skłonności, a czym innym grzechy lekkie i kary za grzechy? 
- Że skłonność nie jest ani grzechem, ani karą za grzech? 
- Że według wiary katolickiej czyściec polega na oczyszczeniu z grzechów lekkich i odbycie kary za odpuszczone grzechy -  i NIC więcej?
- Że zarówno złe skłonności jak też grzeszenie kończy się w momencie śmierci, a do czyśćca dusza idzie już tylko z karami za odpuszczone grzechy i z popełnionymi grzechami lekkimi? 
- Na jakiej podstawie ten nadęty pychą i bezmyślny, a perfidny ignorant twierdzi, że w czyśćcu wypalane są złe skłonności? 
Z całą pewnością dla tego twierdzenia nie ma choćby cienia podstawy u jakiekolwiek teologa katolickiego, ani tym bardziej w nauczaniu Magisterium. 

Odbiorca, będący zapewne wyznawcą FSSPX, który widocznie nawet nie raczył uważnie posłuchać pierwotnych słów delikwenta, pragnie także wyjaśnienia co do wieczności czyśćca, a to delikwent dość wyraźnie powiedział i z całą pewnością nie była to moja "nadinterpretacja":


Tutaj delikwent widocznie uważa, iż swoim bezczelnym śmieszkowaniem będzie w stanie zadowolić swoich wyznawców. Skoro twierdzi, że nie pamięta, co powiedział publicznie na vlogu dwa tygodnie temu, to albo rzeczywiście nie wie, co powiedział, i to by wskazywało na demencję (co jest oczywiście bardzo mało prawdopodobne), albo jednak doskonale wie, ale obłudnie nie chce się przyznać do palnięcia bełkotu, bo pycha mu nie pozwala na uderzenie się piersi. No cóż. Pycha, obłuda i zakłamanie to główne znamiona jego repertuaru. 

I jeszcze ostatnia kwestia, która wzbudziła ciekawość odbiorców:


Rzeczywiście kwestia wymaga wyjaśnienia. Pożądliwości mają swoje siedlisko w ciele w tym znaczeniu, że nie ma ich w duszy, która w stanie łaski uświęcającej oddziela się od ciała, co dzieje się w momencie śmierci człowieka umierającego w stanie łaski uświęcającej. Owszem, są też pożądliwości duchowe, jak zwłaszcza pycha czy zazdrość. Jeśli są one czysto duchowe, czyli niezależne od pożądliwości cielesnych - podobnie jak w przypadku złych duchów - to nie są wypalane ani w czyśćcu - bo w duszy będącej w stanie łaski uświęcającej nie ma pożądliwości duchowych, skoro jest w nich miłość Boga - ani w piekle, gdyż piekło nie oczyszcza, nie wypala, lecz jest karą bez nawrócenia i pokuty. Twierdzenie, jakoby do czyśćca szły dusze z pożądliwościami czysto duchowymi, które ze swej istoty są przeciwne miłości Boga i łasce uświęcającej, oznacza zanegowanie, że do czyśćca dostają się wyłącznie duszy będące w stanie łaski uświęcającej, a to jest herezja. 



Post scriptum 2

Popularność tego teologa garażowego siągnęła kręgów niby konserwatywno-politycznych typu tej pani, znanej do niedawna bardziej z rozbieranych - mówiąc wprost: pornograficznych - fotek (łatwo można jest znaleźć w internetach):


Oczywiście należy docenić poglądy tej pani, o ile są rzeczywiście konserwatywne i prokatolickie. Jednak jej poziom intelektualny widocznie odpowiada poziomowi zachwalanego przez nią kanału. 

Jak dusza może oglądać Boga?

 


Przed zmartwychwstaniem tylko dusza dostępuje szczęśliwości wiecznej. To jest "oglądanie" Boga, czyli raczej kontemplacja, duchowymi władzami duszy, nie ciałem czyli zmysłami.

 Określenie "widzenie uszczęśliwiające" (visio beatifica) oznacza doświadczanie równoczesne i całościowe, w analogii do widzenia oczami ciała, czyli w odróżnieniu do rozumowania, które jest procesem stopniowym, ciągłym (od myśli do myśli), także do słuchania, które również polega na doświadczaniu poszczególnych dźwięków następujących po sobie w czasie. 

Innymi słowy: doświadczanie wzrokowe najbardziej odpowiada doświadczaniu Boga w niebie, dlatego mówimy o "widzeniu" Boga, mimo że to doświadczenie obejmuje wszystkie władze duszy, a po zmartwychwstaniu także władze ciała.


K. Fjałkowski między niebem a piekłem

 


Już niegdyś przymierzałem się do dyskusji z tezami głoszonymi przez Karola Fjałkowskiego, niegdyś guru młodszego pokolenia ateistów w Polsce, obecnie podającego się za "nihilistę", co jest o tyle kuriozalne, że on jednak pretenduje do uznawania zarówno prawdziwości swoich twierdzeń, jak też ich istnienia. Przyznać trzeba, że jego wystąpienia zwłaszcza nowsze, na tle innych "gwiazd" internetowych tego środowiska (zob. tutaj i tutaj) wyróżniają się dość pozytywnie pod względem poziomu intelektualnego, aczkolwiek niewiele odbiegają pod względem wręcz karygodnych uproszczeń i ignorancji teologicznej, czyli w dziedzinie, o której się regularnie wypowiada. Na usilne prośby jednego z czytelników bloga biorę się wreszcie za jedną z jego wypowiedzi. Jest to odpowiedź na pytanie zadane przez jednego z jego odbiorców:


Odpowiedź jest jedynie kilkuminutowa, ale pogmatwana, chaotyczna oraz pełna przekręceń, kłamstw i błędów, choć zawiera też słuszne zarzuty i to klasyczne w dyskusji między ateizmem a filozofią i teologią. Odpowiadam po kolei, trzymając się toku wypowiedzi Fijałkowskiego, na ile to możliwe. 

1.

Fjałkowski wyraża swoją niechęć do pojęcia nieba jako chwalenia Boga. Ma na myśli właściwie niechęć do Boga, który jest odpowiedzialny zarówno za cierpienie na tym świecie, jak też za cierpienie w piekle. Równocześnie opowiada się za myśleniem "nowoczesnych katolików", według których "istotą nieba jest bliskość relacji z Bogiem", zaś "istotą mąk piekielnych jest oddalenie od Boga". Oczywiście Fjałkowski kłamie, twierdząc, że "nie jest to tradycyjna nauka katolicka", lecz "posoborowa". Widocznie nie zajrzał do żadnego tradycyjnego katechizmu katolickiego. Nie wiem, skąd czerpie swoją wiedzę. Otóż wystarczy spojrzeć choćby do katechizmu św. Piotra Kanizjusza, Doktora Kościoła, mówiącego o śmierci, która jest skutkiem grzechu ciężkiego (Summa doctrinae christianae, cap. V. IV, s. 151):


"Nie ma nic bardziej nieszczęsnego niż człowiek, który jest na wieczność oddzielony od wspólnoty wszystkich świętych, od radości aniołów i duchów niebiańskich, tudzież od samego najwyższego i wiekuistego Dobra, którego poznanie i doznawanie stanowi wszelkie zbawienie i doskonałą szczęśliwość człowieka".

Tak samo mówi Katechizm Rzymski (Catechismus Romanus, pars I cap. XIII): 


W skrócie: istotą szczęśliwości wiecznej jest uszczęśliwiające "widzenie" piękna Boga, który jest źródłem i początkiem wszelkiego dobra i doskonałości. Widzenie to polega nie tylko na widzeniu oczami ciała, lecz na jednoczesnym i wiecznie trwającym, całościowym doświadczeniem przez całą osobę człowieka, władzami zarówno duchowymi, jak też - po zmartwychwstaniu ciała - cielesnymi. Czyż to nie jest bliższe rzekomo "posoborowej" relacji niż chwaleniu - według Fjałkowskiego, przepraszam za wyrażenie - tyrana odpowiedzialnego za wszelkie cierpienie i zło? Tak więc koncepcja "Boga przedsoborowego" podawana przez niego jest tylko urojeniem bez jakichkolwiek podstaw w rzeczywistym nauczaniu Kościoła na przestrzeni wieków. 

2. 

Fjałkowski uzasadnia swoją odrazę do "przedsoborowego" Boga istnieniem cierpienia zarówno doczesnego jak też kary wiecznej. To cierpienie jest według niego nie dla dobra ludzi, lecz dla samego Boga. Ten powód jest według niego podany w pierwszych 9 rozdziałach Listu do Rzymian. Tam ma być rzekomo powiedziane, że Bóg "ze względu na siebie i swoją chwałę pokazuje, jak to jest na świecie źle, jeśli ktoś się jemu nie podporządkuje". Konkretnych miejsc tego listu, ani cytatów Fjałkowski oczywiście nie podaje. Tak więc tutaj nie usprawiedliwia go już niewiedza, jak to mogło by być ewentualnie w przypadku nieznajomości katechizmu, lecz on prostu bezczelnie kłamie i zwodzi odbiorców. Każdy może sprawdzić, że w Liście do Rzymian takich treści w ogóle nie ma, także w rozdziałach podanych przez niego. 

3.

Natomiast słusznie Fjałkowski krytykuje mentalność polegającą na poddaniu się szantażowi, czyli czczeniu Boga z lęku przed cierpieniem w piekle. Rzeczywiście, jak mówi, taka tyrania "jest niegodna wszechmocnego Stwórcy wszechświata". Tutaj Fjałkowski autobiograficznie wplata swoje myślenie z końca bycia chrześcijaninem, gdy dla niego jedynym pozostającym motywem bycia chrześcijaninem był strach przed pójściem do piekła. Jeśli tak było, to rzeczywiście zrozumiałe jest jego odwrócenie się od chrześcijaństwa. Jednak problem tkwi w tym, że to nie jest chrześcijańskie pojęcie Boga, i nie wiem, skąd on je zaczerpnął, zresztą wykazując zupełną ignorancję źródeł, o których mówi, czy wręcz obracając się w urojeniach wyczytanych u jakichś swoich ateistycznych "autorytetów". 

4.

Słusznie Fjałkowski zauważa, iż zgoda na taki szantaż jest postawą niegodną człowieka, bo świat tak urządzony nie jest dobry, ani godny pochwały i udziału. Tego typu "ofertę" czyli szantaż Fjalkowski, podsumowując swój wywód, oczywiście odrzuca i chce w tym odrzuceniu trwać, co jest poniekąd zrozumiałe:


Jak należy odpowiedzieć temu człowiekowi?

Po pierwsze, należy go zachęcić do rzetelnego poznawania wiary katolickiej, zwłaszcza katolickiego pojęcia Boga, podanego chociażby w katechizmach, ale także w dziełach wielkich myślicieli chrześcijańskich jak np. św. Tomasz z Akwinu. Na pewno nie wystarczy trwać czy to w dziecinnych, fałszywych, wręcz patologicznych wyobrażeniach i kłamstwach, niezależnie od tego, czy wziętych z fałszywej edukacji pseudoreligijnej, czy prymitywnej propagandy ateistycznej. 

Po drugie, należy poważnie potraktować rzeczywisty, klasyczny problem filozoficzno-teologiczny, jakim jest istnienie cierpienia zarówno doczesnego, jak też kary wiecznej, czyli piekła. Fjałkowski słusznie łączy te sprawy. Tu trzeba mu wyłożyć związek zła fizycznego, czyli cierpienia, ze złem moralnym, czyli grzechem. Kwestia grzechu prowadzi do antropologii, czyli teologii stworzenia. Zaś stworzenie prowadzi do pojęcia Boga, tego prawdziwego, którego Fjałkowski albo nie zna, albo nie chce znać, ponieważ wygodniej jest trwać w buncie dającym pozorną wolność grzeszenia, czyli nieliczenia się z prawdą porządku stworzenia. 

Z całą pewnością zarzuty Fjałkowskiego nie trafiają w katolickie pojęcie Boga i nagrody względnie kary wiecznej, lecz najwyżej w ich dość prymitywną, nawet nie infantylną karykaturę. Oczywiście nie przesądzam, czy i na ile on sam ponosi winę za posługiwanie się takimi fałszywymi wyobrażeniami, które posługują się strzępami wiedzy religijnej na poziomie najwyżej dzieci pierwszokomunijnych. Na pewno jednak absolwenta filozofii i byłego wykładowcę stać na rzetelne zapoznanie się ze źródłami oraz na uczciwie posługiwanie się nimi, czego w tym wystąpieniu w stopniu wręcz skrajnym i skandalicznym brakuje. 

Co się dzieje po śmierci?

 




Śmierć polega na odłączeniu duszy od ciała. Ciało obumiera, dusza jest nieśmiertelna. W chwili śmierci odbywa się sąd indywidualny, czyli decyduje się dalszy los człowieka: albo niebo - bezpośrednio albo przez czyściec, albo piekło. W końcu czasów na Sądzie Ostatecznym odbywa się jedynie manifestacja losu każdego człowieka, gdyż po zmartwychwstaniu ciało dołącza do swojej duszy.

Jest oczywiście problem ze zrozumieniem tego dołączenia. Jak ciało człowieka, po którym nie ma nawet żadnego widzialnego śladu, gdyż nawet jego prochy się nie zachowały, tzn. rozpadły się na minerały, związki chemiczne, może nawet na atomy, może dołączyć do swojej duszy?

Wbrew pozorom nowoczesne nauki przyrodnicze, zwłaszcza chemia i fizyka, pomagają zrozumieć to przyszłe wydarzenie, przynajmniej o wiele bardziej niż stan wiedzy przyrodniczej w przeszłości. Skoro świat materialny, jak wiemy obecnie, składa się z tzw. cząstek elementarnych, także z cząstek obecnie mało zbadanych czy wręcz nieznanych, a konkretny rodzaj danego ciała w znaczeniu już fizykalnym zależy od układu tych cząstek w jego strukturze, to łatwo jest przyjąć, że także po rozpadzie na cząstki możliwe takie ich połączenie, by znów powstała z nich pierwotna struktura. Możliwość oznacza tutaj logiczną i naturalną (w sensie filozoficzny.) możliwość, nawet jeśli do jej zrealizowania nie wystarczą same procesy fizykalne, czyli znane z nauk empirycznych, czyli przyrodniczych. Innymi słowy: nawet jeśli w normalnym biegu procesów przyrodniczych nie występuje ponowne ożywienie martwego ciała, gdyż rozkład tkanek żywych jest biologicznie nieodwracalny, to jednak ze znanej obecnie struktury materii na poziomie molekularnym wynika teoretyczna możliwość odwrócenia tego rozkładu, czyli powrotu do stanu żywego, a to nazywa się w teologii wskrzeszeniem względnie zmartwychwstaniem ciał. 

Tak właśnie należy rozumieć słowa św. Pawła z Listu do Tesaloniczan. Św. Paweł oczywiście nie znał obecnych nauk przyrodniczych. Jednak prawda o zmartwychwstaniu ciał okazuje się prawdziwa także w ich świetle. 

Dlaczego nagła śmierć jest karą za grzechy?

 


W mentalności sentymentalno-irracjonalnej pytanie może się wydawać okrutne. Należy jednak trzeźwo teologicznie podejść do sprawy. W skrócie:

1. Każda śmierć jest karą za grzech pierworodny. Mówi o tym wyraźnie Pismo św., dogmatyka katolicka i katechizmy katolickie. 

2. Kościół od niepamiętnych czasów modli się w liturgii - zwłaszcza w litanii do wszystkich świętych oraz w uroczystych improperiach wielkopiątkowych - o wybawienie od nagłej i niespodziewanej śmierci. Powód jest prosty: na odejście z tego świata należy być jak najlepiej przygotowanym. 

3. Oczywiście zawsze należy być gotowym do odejścia z tego świata. Jednak któż może szczerze o sobie powiedzieć, że jest przygotowany, że miał już dość możliwości od pokuty za swoje grzechy za życia ziemskiego? Owszem, można by to powiedzieć o osobach, które długo, może latami cierpiały na poważne schorzenia, może nawet na łożu boleści. W tym znaczeniu cierpienie jest łaską. Natomiast nagła śmierć oznacza przynajmniej znaczną niepewność co do stanu duszy, tzn. czy była w stanie łaski uświęcającej. Gdy dotyczy to osoby w młodym wieku, która nie wykazywała życia w stałej pokucie, to jest pewne przynajmniej to, że nie miała możliwości odpokutowania za swoje grzechy i trafiła w najlepszym wypadku do czyśćca. 

4. Wiadomo z nauczania Kościoła, że kary czyśćcowe są o wiele surowsze i dolegliwsze niż choćby największe cierpienia i nieszczęścia na ziemi. Lepiej jest cierpieć w życiu doczesnym niż po odejściu z niego. Z tego właśnie powodu nagła i niespodziewana śmierć jest najgorszym sposobem odejścia z tego świata, mimo że w mentalności sentymentalno-ateistycznej - niestety rozpowszechnionej obecnie także wśród katolików - wielu się boi chorób i cierpienia w doczesności, w ogóle powolnego umierania. 

5. Stare porzekadło "jakie życie taka śmierć" jest także o tyle słuszne, że sposób odejścia z tego świata ma znaczenie dla wieczności. Na dobrą śmierć trzeba sobie zasłużyć za życia. Na podstawie doświadczenia Opatrzności Bożej można powiedzieć, że nagła śmierć ma znaczenie także dla jeszcze żyjących, gdyż powinna być przestrogą i wezwaniem do nawrócenia i pokuty. Osoba nagle zmarła została ukarana brakiem możliwości pokutowania za życia. Ta kara może być zbawienna i lecząca dla tych, którzy jeszcze żyją na tym świecie. 

Przypadek duchownego, który stał się okazją do tej reflexji, jest szczególnie znaczący. Otóż przy jego trumnie ustawiono dumnie fotograficzny dowód - widocznie nagminnego - praktykowania przez niego nadużyć liturgicznych: sprawowanie Mszy św. poza miejscem do tego poświęconym, bez odpowiedniego wyposażenia jak ołtarz, krzyż, świece itp. Niech jego nagła śmierć w basenie będzie przestrogą dla jemu podobnych i owocnym wezwaniem do nawrócenia i pokuty. 

Przy okazji widać, jak bardzo jest wypaczona liturgia pogrzebowa w Novus Ordo. Tradycyjnie ciało zmarłego kapłana powinno być odziane w ornat fioletowy jako oznaka postawy pokutnej w nadziei, że w takiej postawie - a jest ona jedynie słuszna i zbawienna - zmarły odszedł z tego świata. Moderniści natomiast zamienili na kolor biały, który ma oznaczać zmartwychwstanie. Pomijają a raczej nawet negują przy tym, że 

- zmartwychwstanie ciał na Sąd Ostateczny nie dla każdego oznacza zmartwychwstanie ku chwale, lecz dla potępionych będzie to zmartwychwstanie do kary wiecznej czyli do wiecznych ciemności piekła, 

- to Pan Bóg decyduje, kto zmartwychwstanie ku chwale, a kto ku potępieniu, więc ubieranie ciała na biało jest stawianie się w roli Pana Boga. 

Natomiast rozpowszechnione obecnie celebrowanie liturgii pogrzebowej w szatach fioletowych jest niczym innym jak symboliczną negacją specyficznego znaczenia modlitwy za zmarłych, czyli negacją rzeczywistości czyśćca. Kolor fioletowy jest kolorem pokutnym, jak zaznaczyłem. Ten kolor przystoi ciału zmarłego. Zaś kolorem żałobnym, czyli w modlitwie za zmarłych, jest kolor czarny, gdyż ta modlitwa jest czymś zupełnie innym niż pokuta. Modląc się za zmarłych modlimy się za dusze w czyśćcu, a w czyśćcu nie ma już pokuty, czyli nawrócenie i dobrowolnie powziętego cierpienia i wyrzeczenia, lecz jest jedynie narzucone cierpienie oczyszczające. Dlatego absurdalne i fałszywe teologicznie jest zastąpienie tutaj koloru czarnego kolorem fioletowym. Zresztą zostało to przejęte od protestantów, którzy negują rzeczywistość czyśćca.