Do czego odnosi się VIII przykazanie Boże?




Dokładne brzmienie VIII przykazania Dekalogu: "nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu" nie jest przypadkowe. Odnosi się ono do szczególnego przypadku prawdomówności, mając jednak na myśli ogólną zasadę.
Po pierwsze chodzi o świadczenie w sądzie, gdzie chodzi o prawdę, czyli zgodność słów z rzeczywistością, czyli z faktami.
Po drugie istotne jest odniesienie do osoby, tzn. że świadectwo fałszywe godzi w kogoś i jest tym samym zaprzeczeniem miłości bliźniego.
Tutaj właśnie zaczyna się problem, czy wolno mówić nieprawdę dla dobra bliźniego.
Ogólna zasada jest taka, że nie każdy ma prawo dowiedzieć się prawdy i należy milczeć, jeśli powiedzenie danej osobie prawdy byłoby sprzeczne ze sprawiedliwością.

W katolickiej teologii moralnej sprawa ta była dyskutowana głównie w związku z tzw. restrictio mentalis, czyli "zastrzeżeniem w umyśle". Pojęcie to pochodzi od hiszpańskiego kanonisty z XVI w., Marcina de Azpilcueta. Korzystali z niego głównie jezuici, zwłaszcza w sytuacji prześladowań Kościoła. Papież Innocenty XI potępił tezę jezuity Tomasza Sanchez'a, który usprawiedliwiał taką praktykę. Mimo potępienia papieskiego św. Alfons Liguori bronił moralnej dopuszczalności ekwiwokacji, co zostało zaaprobowane przez następnych papieży. Jednak św. Alfons rozróżnia różne przypadki:

z: Theologia moralis

Po krótce: św. Alfons rozróżnia między symulacją formalną i materialną. Pierwsza polega na takiej różnicy między słowami (czy zachowaniem zewnętrznym) a wewnętrzną wiedzą (czy postawą), że okłamuje się co do faktów, tym samym jest grzeszna i niedozwolona. Symulacja materialna natomiast nie ma na celu oszukanie czyli wyrażenie zewnętrzne czegoś sprzecznego z wiedzą wewnętrzna, lecz ma inny cel i jest dozwolona ze słusznego powodu. Jako przykłady święty Doktor podaje zachowanie Jozuego w sytuacji wojny (Joz 8) oraz Pana Jezusa, który wobec uczniów w drodze do Emaus zachował się tak, jakby chciał iść dalej, gdyż chciał pokazać, że zostanie z nimi na ich prośbę (Łk 24).

Szczególnym przypadkiem w tej kwestii jest sytuacja wojny czy to zbrojnej czy wywiadowczej. Pewne jest, że musi być poważny powód do mówienia wieloznacznego czy mylącego, analogicznie do zabijania w razie bezpośredniego zagrożenia życia.

Nie jest to moralne zezwolenie na kłamstwo czy uznanie kłamstwa jako moralnie dopuszczalnej metody prowadzenia wojny. Chodzi wyłącznie o sytuacje extremalne, gdy dobro wyższe - jak ochrona niewinnych - wymaga zmylenia agresora.

Czy czyściec jest miejscem?


Czyściec jest zarówno stanem jak też miejscem. Chodzi o to, że dusza nie jest wszechobecna, lecz jako byt stworzony ma ograniczenie przestrzenno-czasowe. Po śmierci nie jest ani w ciele, ani wszędzie, lecz w "miejscu", które jest stworzone, aczkolwiek poza światem materialnym. Jest to oczywiście "miejsce" innego rodzaju niż miejsca w znaczeniu czasoprzestrzeni materialnej.

Czy Msza św. jest ucztą?



Kwestia była już niegdyś poruszana:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/co-uobecnia-msza-sw.html

W tym pytaniu należy odróżnić istotę od aspektów drugorzędnych, pochodnych, a także dwa różne wymiary Mszy św., mianowicie skierowany ku Bogu i ku człowiekowi.

Z powodu herezji protestanckiej Sobór Trydencki sformułował uroczyście jako prawdę wiary czyli Bożego Objawienia, że Msza św. jest ofiarą Nowego Przymierza. Była to reakcja na protestanckie nauczanie, jakoby Msza św. była pamiątką Ostatniej Wieczerzy. Kościół zawsze nauczał, że Pan Jezus ustanowił Sakramenty Eucharystii i Kapłaństwa we Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy, w nawiązaniu do uczty paschalnej Starego Przymierza. Jednak w istocie było to ustanowienie uobecnienia Ofiary Nowego Przymierza, która historycznie miała miejsce na Krzyżu, zaś sakramentalnie ma być sprawowana w Kościele do końca czasów. Treść słów Pana Jezusa wypowiedzianych nad chlebem i winem we Wieczerniku jednoznacznie wskazuje na Jego Śmierć Krzyżową. Zawierają one owszem wezwanie do spożywania i picia, jednak jest to tylko konsekwencja i zastosowanie prawdy o Ofierze na Krzyżu za życie wieczne dla nas. Spożywanie jest sakramentalnym wyrazem i realizowaniem obdarowania życiem wiecznym, płynącym ze Śmierci Zbawiciela na Krzyżu.

Wynika z tego po pierwsze, że nie można oddzielić Ofiary od spożywania czyli Komunii św., ani Komunii św. od Ofiary. Ten związek oczywiście nie oznacza, jakoby nie było uczestnictwa w Ofierze bez uczestnictwa w Komunii św.  Chodzi o związek teologiczno-sakramentalny, do którego realizacji wystarczy Komunia św. celebransa. Pamiętać należy, że właściwą, pełną formą celebracji eucharystycznej jest Msza św. pontyfikalna czyli biskupia, podczas której de facto nie tylko sam celebrans przyjmuje Komunię św. W formie nieuroczystej i niepełnej (w sensie rytualnym) wystarczy przyjęcie przez celebransa.

Po drugie, aspekt uczty, jak wspomniałem, związany jest ze starotestamentalną ucztą paschalną, która ma znaczenie soteriologiczne: oznacza wyprowadzenie z niewoli do nowego życia w jedności z Bogiem. To wyprowadzenie jest darem nowego życia pochodzącym od Boga - to właśnie wyraża uczta rytualna w święto Paschy. Istotny jest tutaj, o czym się niestety zwykle zapomina w dyskusji w temacie, stosunek między Starym i Nowym Przymierzem, dokładniej: w rozumieniu chrześcijańskim poświadczonym już w Pismach biblijnych i nauczaniu Ojców Kościoła, Stary Testament  jest jedynie zapowiedzią i przygotowaniem do pełni Objawienia Bożego w Jezusie Chrystusie. Innymi słowy: dopiero w Nowym Testamencie ukazuje się właściwy i ostateczny sens zarówno Starego Testamentu jako całości, jak też jego poszczególnych elementów. Konkretnie: właściwy i pełny sens starotestamentalnej uczta paschalnej odsłania się dopiero w Ostatniej Wieczerzy, nie odwrotnie. Tym samym sprowadzenie istotnego wydarzenia z Ostatniej Wieczerzy, jakim jest ustanowienie Eucharystii, do uczty paschalnej jest sprzeczne z fundamentalnym chrześcijańskim rozumieniem Nowego Testamentu czyli Objawienia w Jezusie Chrystusie. Dlatego właśnie rozumienie Mszy św. jako Ofiary skupia w sobie podstawowe i najwyższe prawdy wiary.

Bardzo poważne są też konsekwencje negacji istotnego, czyli ofiarnego charakteru Mszy św. przez sprowadzenie jej do pamiątki Ostatniej Wieczerzy. Oznacza to bowiem pozbawienie chrześcijaństwa właściwego aktu kultu jakim jest w każdej religii ofiara. Nie ma religii bez ofiary składanej Istocie, którą dana religia czci. Także chrześcijaństwo musi mieć ofiarę ku czci prawdziwego Boga właśnie dlatego, że jest jedyną prawdziwą religią, zawierającą wszystko, co słusznego i prawdziwego zawierają inne religie, zwłaszcza religia Mojżeszowa czyli starotestamentalna. Pozbawienie Kościoła Ofiary Mszy św., czyli Mszy św. właśnie jako Ofiary Nowego Przymierza, sprowadza go do poziomu religii rabinicznej (talmudycznej), która nie ma kultu ofiarnego ani świątyni, jak ma to miejsce w protestantyźmie.

Czy w protestantach działa Duch Święty czyli kto działa w o. Recławie?


O. Remigiusz Recław znany jest nie tylko z działalności „charyzmatycznej“, w ramach której urządza quasi dyskotekowe imprezy w kościele, gdzie młodzi ludzie tańczą na stołach:



Od pewnego czasu udziela także odpowiedzi w internecie (owszem, pod względem medialnym w miłym, sympatycznym stylu), gdzie występuje nie tylko w imieniu swojej grupy „charyzmatycznej“ lecz także jezuitów, co zobowiązuje już do wypowiadania się zgodnie z nauczanem Kościoła, i to zarówno dokumentów Magisterium jak też zwłaszcza nauczania św. Ignacego z Loyoli. Przyjrzyjmy się dla przykładu jednemu z ostatnich wystąpień, które wpisuje się w dyskusję odnośnie działalności M. Zielińskiego, którego o. Recław publicznie popiera. Podaję w skrócie jego zasadnicze tezy, następnie odnosząc się do nich.

1. Duch Św. działa w protestantach i działa z mocą.
Tak o. Recław twierdzi stanowczo. Ponieważ w kontekście mówi o Toronto Blessing, przez „moc“ rozumie zapewne charakterystyczne zjawiska „pentekostalno-charyzmatyczne“ czyli niezrozumiały bełkot, który ma być „darem języków“, zwierzęce ryczenie, histeryczne chichoty, tarzanie się po ziemi, drgawki, rzekome uzdrowienia (nie są znane przypadki zbadane i uznane medycznie). Problem polega na tym, że tego nie twierdzi wprost, choć w kontekście wiadomo, o co chodzi. Nie mówi też, na czym opiera to swoje zdanie. Gdyby powiedział, że na nauczaniu Soboru Watykańskiego II, to by można było łatwo sprawdzić w dokumentach, co sobór faktycznie mówi i do czego odnosi. Wówczas byłoby oczywiste, że o. Recław przez taką wieloznaczność po prostu oszukuje odbiorców.

2. Protestanci karmią się Ciałem i Krwią Pana Jezusa, bo tak uważają i wierzą. To my uważamy, że oni nie przymują Komunii św. Mamy różną teologię, czyli inny punkt widzenia, ale Bóg jest szerszy od naszego wąskiego myślenia.
Tutaj kłamstwo polega również na uproszczeniu, które zmienia istotę sprawy, a także na wmieszaniu ewidentnych fałszerstw.
Po pierwsze, żaden odłam protestancki nie twierdzi, że w postaciach eucharystycznych jest realnie obecny Jezus Chrystus. Dla nich jest to jedynie symbol i najwyżej kwestia wewnętrznego przekonania, nigdy obiektywnej rzeczywistości. Tak więc o. Recław widocznie albo nie zna teologii protestanckiej, albo świadomie kłamie.
Po drugie, realna Obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii nie jest kwestią różnych możliwych podejść teologicznych, lecz objawionej prawdy wiary, czyli Objawienia Bożego poświadczonego w Tradycji i Piśmie św. Mówi o tym jasno całe nauczanie Kościoła, aż po Sobór Watykański II i Katechizm Kościoła Katolickiego. Kto uważa - jak widocznie o. Recław, że protestanckie pojęcie Eucharystii jest równorzędne z pojęciem zawartym w nauczaniu Kościoła, ten albo nie ma pojęcia nawet o prawdach katechizmowych, co jest karygodne u kapłana po studiach teologicznych, albo po prostu kłamie na użytek doraźnej tezy i celu.
Po trzecie, nazwanie prawdy wiary nauczanej przez Kościół „naszym wąskim myśleniem“, może być jedynie bezczelnym przyznaniem się nie tylko do relatywizmu, lecz do niewiary i tym samym odrzucenia prawdziwości nauczania Kościoła o Eucharystii. Innymi słowy: skoro katolicka wiara w Eucharystię jest dla o. Recława tylko „naszym wąskim myśleniem“, a nie prawdą pochodzącą od Boga, to o. Recław albo neguje boskie pochodzenie wiary katolickiej, albo możliwość Bożego Objawienia w ogóle, albo jedno i drugie, i jest tym samym po prostu apostatą negującym fundamentalnie całe nauczanie Kościoł z Soborem Watykańskim II włącznie (w tym temacie polecam chociażby konstytucję "Dei Verbum"). 

3. Ludzie z Toronto Blessing kładą się na grobach, bo tak wyrażają swój szacunek, co wynika z kultury, tak jak z nas czci się rellkwie.
Tutaj znowu jest problem, że albo o. Recław nie wie i nie rozumie, czym jest katolicka cześć do relikwij, albo wie, a jedynie na doraźny użytek kłamie. Po pierwsze bowiem zakłada, jakoby praktyka ludzi z Toronto Blessing oznaczała wyłącznie szacunek dla zmarłych. Po drugie kłamie, jakoby owa praktyka wynikała z kultury (wiadomo przecież, że czegoś takiego nie robią wszyscy Amerykanie czy Kanadyjczycy, czy chociażby jakaś znaczna grupa oprócz ludzi z Toronto Blessing). Po trzecie o. Recław widocznie nie uznaje różnicy między świętymi kanonizowanymi przez Kościół a zmarłymi. Czyżby w ogólnie nie uznawał obecności w niebie i wstawiennictwa świętych? A może uważa, że wszyscy zmarli są w niebie? Niestety brakuje dopowiedzenia. Pewne jest jednak, że zarówno jedno jak też drugie jest sprzeczne z wiarą katolicką, czyli jest herezją.

4. Także protestanci czczą Matkę Bożą. Tylko jakieś „frakcje“ protestantów niszczą obrazy Matki Bożej.
Po pierwsze o. Recław kłamie, mówiąc, jakoby protestanci czcili Matkę Bożą. Kaznodzieje i teologowie protestanccy mówią jedynie o „matce Jezusa“ czy „Maryi“, gdyż z zasady nie uznają i nie wyznają dogmatu o Bożym Macierzyństwie.
Po drugie, owszem, nawet M. Luder napisał jeden traktat o Maryi jako Matce Jezusa Chrystusa (właściwie komentarz do Magnificat), ale potraktował ją wyłącznie jako wzór wiary, czyli podobnie jak innych wierzących, bez uznania jej wyjątkowej godności i świętości w porządku nadprzyrodzonym.
Po trzecie, wzmiankowany przez o. Recława fakt zborów protestanckich z obrazami Matki Bożej świadczy wyłącznie o tym, że są to zrabowane katolikom świątynie i że u protestantów nie ma jedności co do form i praktyki, choć łączy ich odrzucenie katolickich prawd wiary także odnośnie Matki Bożej.

5. Możemy się od protestantów bardzo dużo nauczyć. Czytanie Pisma św. przyszło do nas od protestantów, to że świeccy czytają Pismo św. i że mają je czytać. Tak przez protestantów działa Duch Święty.
Nie wiem, czy o. Recław do końca zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Bo skoro czytanie Pisma św. przez wszystkich na wzór protestancki pochodzi od Ducha Świętego, to oznacza to niechybnie, że Kościół katolicki błądził i był przez całe wieki pozbawiony prowadzenia przez Ducha Świętego przynajmniej w tej sprawie.
Po drugie o. Recław albo nie wie, albo nie chce wiedzieć, że także zachęty do czytania Pisma św. począwszy od Soboru Watykańskiego II zawierają pouczenia i napomnienia do czynienia tego zgodnie z katolickimi regułami hermeneutyki biblijnej, które są gruntownie różne od podejścia protestanckiego, stosowanego właśnie u tzw. charyzmatyków. Tak więc kłamstwo jest tutaj wielorakie. Prawdą jest natomiast, że Kościół nigdy nie zmienił swoich zasad podejścia do Pisma św., przejmując zasady protestanckie, a jedynie dopasował reguły dyscyplinarne, konkretnie: wcześniej był zakaz czytania tłumaczeń na języki narodowe, obecnie wymagana jest kościelna aprobata tłumaczeń.
Po trzecie, także w aspekcie historycznym o. Recław po prostu kłamie. Nigdy nie było w Kościele zakazu czytania Pisma św. przez świeckich. Zawsze i każdemu wolno było czytać Biblię w językach oryginalnych (hebrajskim i greckim) oraz w tłumaczeniu łacińskim Wulgaty. Był jedynie zakaz odnośnie tłumaczeń na języki narodowe, które pochodziły zwykle od heretyków i zawierały wiele fałszerstw (także Biblia M. Ludera zawiera wiele zafałszowań).

6. Powiedzenie, że u protestantów nie ma sakramentów, jest nieprawdą, bo oni mają rytuały i choć nie nazywają tego sakramentem, „to jest to jak sakrament“.
Tutaj o. Recław albo popisuje się wprost nieprawdopodobną niewiedzą odnośnie elementarnych prawd katechizmowych, albo niemal wprost neguje katolicką naukę o sakramentach. Ktokolwiek ma choć bladą znajomość katechizmu katolickiego, ten wie, że sakrament to nie to samo co obrzęd. Pozostaje prosta rada: 1° niech sobie o. Recław poczyta chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego w tym temacie, oraz 2° niech zapyta protestantów, co rozumieją przez sakrament. Wówczas się dowie, że są to dwie różne rzeczywistości. Chyba, że już o tym wie, a jedynie okłamuje odbiorców na doraźny użytek.

7. „Czerpmy nawzajem od siebie“, tzn. katolicy od protestantów i odwrotnie.
To jest jedynie pozornie zdanie pojednawcze. Twierdzenie, jakoby Duch Święty prowadził w ten sposób do „pełnej jedności“, jest właściwie bluźnierstwem przeciw Duchowi Świętemu. Oznacza bowiem, jakoby prawdy wiary głoszone uroczyście na soborach powszechnych właśnie dla odrzucenia herezyj - także herezji protestanckiej - nie pochodziły od Ducha Świętego. Takie twierdzenie jest sprzeczne także z nauczaniem Soboru Watykańskiego II, a wynika jedynie z pokrętnych wywodów skrajnych ekumenistów, których poglądy nie mają żadnego poparcia w dokumentach Kościoła.

8. Skoro mamy pełnię Ducha Św., to skąd jest grzech? Dlatego musimy się uczyć od protestantów, „bo Duch Św. uzupełnia w ten sposób“.
Tutaj o. Recław dokonuje kolejnego perfidnego zabiegu: niby odwołuje się do klasycznego pojęcia, ale je przekręca i zafałszowuje właściwą treść. Sobór Watykański II mówi w konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium“ (8), że tylko w Kościele katolickim jest „pełnia prawdy i środków zbawienia“. O. Recław widocznie do tego się odnosi, mówiąc o „pełni Ducha Świętego“. Jest to fałszywe już chociażby z tego powodu, że Ducha Świętego nie można podzielić na części, tym samym Duch Święty jest zawsze Pełnią, a udziela Swoich darów w różny sposób.
Po drugie o. Recław widocznie z rozmysłem unika mówienia zarówno o prawdzie jak też o środkach zbawienia, gdyż wówczas nie mógłby tak łatwo dojść do swoich fałszywych tez i wniosków. Nie mógłby pomieszać kwestii grzeszności ludzi Kościoła z doskonałością Kościoła pod względem prawdy i środków zbawienia. Dlatego dokonuje fałszerstwa już na kluczowym pojęciu. Tym zafałszowanym pojęciem - „pełnia Ducha Świętego“ - posługuje się następnie do sformułowania fałszywego postulatu uczenia się od protestantów. Zaiste diabelska przewrotność!

9. Nie używajmy określeń w systemie zero-jedynkowym, że to jest dobre a to jest złe, bo to jest śmieszne; tak nie jest, nie ma kogoś tylko dobrego i tylko złego.
Tutaj znowu miesza kwestię grzeszności członków Kościoła z prawdziwością wiary i Kościoła jako takiego. Dokładnie biorąc, o. Recław widocznie neguje świętość Kościoła, o której mówi nie tylko Sobór Watykański II lecz także wyznanie wiary. Tym samym o. Recław określa się jako apostata. Wobec tego faktu jako drugorzędne jawi się odrzucenie - pozorne, kłamliwe - logiki dwuwartościowej. Skoro wypowiada wezwanie „nie używajmy“, to tym samym zakłada różnicę przeciwieństwa między używaniem i nieużywaniem, tym samym właśnie logikę dwuwartościową, którą chciałby równocześnie odrzucić. Tak więc słowa o. Recława są jedynie perswazyjnym bełkotem - widocznie obliczonym na brak elementarnego trzeźwego myślenia u odbiorców - niezależnie od tego, czy on sobie zdaje z tego sprawę czy nie.

Zamiast podsumowania, które by musiało być proste i krótkie, przytoczę dwa fragmenty ze Ćwiczeń Duchowych założyciela zakonu jezuitów, św. Ignacego z Loyoli. Mówią one same za siebie, zwłaszcza w zestawieniu z powyższymi i innymi wypowiedziami o. Recława:





Święty Ignacy, módl się za nami!

Czy Jan Paweł II działał na przekór soborowi? (Kłamstw Mikołaja Kapusty ciąg dalszy)


Ta wypowiedź jest z rodzaju tak absurdalnych i kłamliwych, że komentowanie powinno być właściwie zbędne.
Po pierwsze Sobór Watykański II zawarł nauczanie o Maryi Matce Bożej w Konstytucji dogmatycznej "Lumen Gentium", tym samym nie może być mowy o braku maryjności.
Po drugie Paweł VI w 1974 r. poświęcił mariologii specjalną adhortację "Marialis cultus".
Po trzecie Jan Paweł II w swoich wypowiedziach i pismach powoływał się stale i niemal wyłącznie na nauczanie Vaticanum II, także odnośnie Matki Bożej.

M. Kapusta ma, być może, na myśli fakt, że na soborze był pierwotnie zamiar wydania specjalnego dokumentu poświęconego Matce Bożej, jednak ostatecznie zdecydowano umieścić to nauczanie w konstytucji o Kościele, co bynajmniej nie jest pomniejszeniem rangi tego tematu. Być może też  Kapusta ma na myśli fakt, że nie doszło do realizacji postulatu pokaźnej części biskupów ogłoszenia Matki Bożej Pośredniczką Łask Wszelkich, choć "Lumen Gentium" mówi o "Pośredniczce", nie mówi natomiast o "Współodkupicielce". Prawdą jest, że osobnemu dokumentowi mariologicznemu sprzeciwili się biskupi z krajów z ludnością protestancką, głównie niemieckojęzycznych, którzy zajmowali główne stanowiska w prezydium soboru. Zablokowali oni ten postulat z powodów "ekumenicznych". Tym niemniej nieprawdą jest twierdzenie, jakoby sobór pomniejszył czy zmienił cokolwiek w nauczaniu Kościoła odnośnie Matki Bożej. Zaś św. Ludwik Grignon de Montfort z całą pewnością nie nauczał niczego ponad czy poza nauczaniem Kościoła.


Dlaczego taka wybiórczość?


Mam swoje przypuszczenia i to dość zasadne. Jednak poczekam najpierw na odpowiedź ze strony adresatów pytania. Aczkolwiek wątpię bym się doczekał.

Wymyślona "biblia" Mikołaja Kapusty




Ponownie zostałem poproszony o zajęcie się kolejnym wystąpieniem vlogera, który ostatnio włączył się w kampanię ataków na autorów filmu o Marcinie Zielińskim. Vloger Kapusta pomija całkowicie milczeniem merytoryczne zarzuty odnośnie jego poprzednich występów, gdzie popełnił cały szereg kłamstw i oszustw na odbiorcach:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/smutne-poczatki-kapanstwa-czyli-wesoe.html

Trzeba mieć nadzwyczajny - mówiąc bardzo oględnie - tupet, by bez cienia wstydu, przeprosin i autokorekty znowu pojawić się przed publicznością, i to, jak się okazuje, z następnymi oszustwami, choć z nieco stonowanym błazeństwem.

Tym razem jest to nie tylko obrona „charyzmatyka“ M. Zielińskiego, lecz frontalny atak zarówno na autorów filmu, zarazem twórców strony „zwiedzeni.pl“, jak też na duchowość katolicką, do której oni się przyznają. Przejdźmy po kolei.

1. Vloger Kapusta zarzuca „narrację tradycjonalistyczną“, która polega rzekomo na odrzuceniu nauczania Vaticanum II odnośnie protestantów. Powołuje się przy tym na dekret o ekumeniźmie „Unitatis Redintegratio“, który wymaga od katolików „uznania bogactw Chrystusowych u niekatolików“. Nie wiem, czy vloger Kapusta mówi to z nieznajomości nauczania Vaticanum II, czy kłamiąc z rozmysłem. Wystarczy bowiem znać fundamentalną eklezjologiczną wypowiedź tegoż soboru, by dostrzec kłamliwość wywodów vlogera Kapusty. Konstytucja dogmatyczna o Kościele „Lumen gentium“ (8) mówi bowiem:


Sprawa jest prosta: pełnia prawdy i środków zbawienia jest wyłącznie w Kościele rządzonym przez papieży. Tym samym poza nim nie ma nic, żadnej prawdy ani żadnego środka zbawienia, którego nie byłoby w tym Kościele. Tym samym zwykłym kłamstwem jest twierdzenie, jakoby dekret o ekumeniźmie wymagał od katolików przejmowania np. od protestantów czegoś, czego nie mają u siebie i to zawsze i nieutracalnie.

2. Vloger Kapusta twierdzi, że nie należy utożsamiać M. Zielińskiego z „ludźmi zza ocecanu“ (w sensie z Toronto Blessing i Bethel Church), gdyż „oni nie znają granic“, podczas gdy u Zielińskiego są tylko śmiechy. Nasuwa się proste pytanie: skoro u Zielińskiego są jedynie śmiechy dlatego, że on „zna granice“, to kto jest tego sprawcą, Zieliński czy Duch Święty? Czyżby Duch Święty słuchał Zielińskiego i - nie chcąc go skompromitować jako powiązanego z Bethel Church  - powodował jedynie chichoty, a nie zwierzęce ryczenie i tarzanie się po ziemi?

3. Vloger Kapusta broni twierdzenia M. Zielińskiego, jakoby niegdyś „w Kościele katolickim byli ludzie, którzy się tarzali i śmiali“. Po pierwsze, ani vloger Kapusta, ani M. Zieliński nie podają źródła tej swojej wiedzy. Po drugie, jeśli by rzeczywiście były tego typu zachowania podczas modlitwy, to by z całą zostały przez każdego zdrowego na umyśle katolika ocenione jednoznacznie jako demoniczne. Krótko: w całej historii Kościoła nie ma jednego przypadku pozytywnej oceny takiego zachowania ani ze strony teologów katolickich, ani władz Kościoła. Tym samym M. Zieliński kłamie i vloger Kapusta wraz z nim.

4. Głównym argumentem vlogera Kapusty w tym wystąpieniu jest mniemanie, jakoby nauczanie i działalność M. Zielińskiego były całkowicie „biblijne“, czyli wynikały wyłącznie z tego, że ów „po prostu naczytał się Ewangelii“. Swoje twierdzenie opiera głównie na Ewangelii św. Marka 16,17-18. Są to słowa skierowane przez Pana Jezusa do Apostołów przed Wniebowstąpieniem. Jest to nakaz misyjny adresowany jednoznacznie NIE do wszystkich wiernych, lecz właśnie do Apostołów. Pan Jezus mówi, że „tym, którzy uwierzą“, będą towarzyszyć znaki. Do właściwej interpretacji należy uwzględnić przede wszystkim bezpośredni kontext:



Z kontextu wynika więc jasno, że znaki towarzyszyły nauczaniu Apostołów („jedenastu“), potem oczywiście ich następcom, czyli duchownym, NIE wszystkim wiernym.

Ponadto istotny jest kontext dalszy, tzn. inne miejsca Pisma św. Z nich wynika jednoznacznie: jedynie Apostołowie (także św. Paweł) wkładali ręce na chorych i tylko przez nich Bóg uzdrawiał, mianowicie dla potwierdzenia prawdziwości, czyli Bożego pochodzenia nauczania. Pisałem o tym już jakiś czas temu:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/czy-naozenie-rak-zawsze-byo-w-kosciele.html

Mówiąc krótko: ani w Piśmie św., ani w całej historii Kościoła NIE ma praktyki wkładania rąk przez świeckich. Tym samym powoływanie się przez vlogera Kapustę i M. Zielińskiego na Pismo św. jest po prostu oszustwem.

5. Innym cytatem biblijnym przytaczanym przez vlogera Kapustę w obronie M. Zielińskiego są słowa św. Pawła w 1 Kor 2,2-3 oraz 14,1:



W tym piewszym fragmencie nie ma więc ani śladu mówienia o wkładaniu rąk przez świeckich do działania cudów. Także ten drugi fragment nie zawiera nic, co by potwierdzało twierdzenie vlogera Kapusty. Tym samym jego powoływanie się tutaj jest kolejnym kłamstwem.

To samo dotyczy innych fragmentów Pisma św., którymi vłoger Kapusta próbuje usprawiedliwić „ubieganie się o dary duchowe“ M. Zielińskiego. ŻADEN z podanych przez niego cytatów nie zawiera uzasadnienia dla ubiegania się o charyzmat uzdrawiania i wskrzeszania. Podawane przez vlogera Kapustę rzekome dowody biblije są jedynie kłamliwymi próbami perwazji i stworzenia pozorów argumentacji.

Wręcz przeciwnie, całe Pismo św. mówi wyraźnie, że moc działania cudów
- jest dana Apostołom, czyli hierarchii,
- służy ona potwierdzeniu nauczania prawdy objawionej, które również jest powierzone Apostołom, czyli hierarchii, NIE wszystkim wiernym,
- nie jest ona umiejętnością ani wyproszoną, ani tym bardziej wyuczoną czy wyćwiczoną w jakikolwiek sposób, lecz wyłącznie wolnym darem Bożym, którego Bóg sam udziela komu chce, kiedy chce i jak chce.


6. Wszystkie niby „biblijne“ argumenty vlogera Kapusty mają służyć wyszydzeniu i obaleniu duchowości św. Ludwika Grignon de Montfort’a, na której opierają się twórcy filmu o M. Zielińskim. Vloger Kapusta twierdzi, że jest to „teologia wymyślona“ oraz sprzeczna z Pismem św. Opiera się przy tym na jednym fragmencie z Traktatu o Tajemnicy Maryi, wyszydzając go w typowy dla siebie sposób. Chodzi mu głównie o dwie sprawy:
- oddawanie Maryi oglądania Boga, uniesień i radości,
- nazywanie się „niewolnikiem“.
Według vlogera Kapusty w obydwu punktach św. Ludwik znajduje się w sprzeczności z Pismem św.

Przyjrzyjmy się więc najpierw rzeczonemu traktatowi. Każdy może sam sprawdzić jego treść chociażby pod linkiem:
http://louisgrignion.pl/tajemnica-maryi.html?showall=1&limitstart=

Po pierwsze, już na pierwszy rzut oka widać, mianowicie po przypisach odnoszących się fragmentów biblijnych, że św. Ludwik w swej nauce często i skrupulatnie odwołuje się do Pisma św.

Po drugie, ktokolwiek czytał traktat, ten nie mógł nie zauważyć, że św. Ludwik wielokrotnie mówi o szczęściu i radości, jakie płyną z prawdziwego nabożeństwa do Matki Najświętszej:





Wszystkie te fragmenty poprzedzają cytat użyty przez vlogera Kapustę do wyszydzenia nauczania św. Ludwika jako sprzecznego z Pismem św. Zaś sam cytat interpretuje fałszywie, tak jakby nie znał czy nie chciał znać jego kontextu i właściwego sensu, który nie odpowiada temu, co vloger Kapusta zarzuca:



Przy zestawieniu tych słów z szyderczym oskarżeniem ze strony vlogera Kapusty nasuwa się pytanie, czy on w ogóle zajrzał do traktatu, czy też mimo tego z rozmysłem przekręca treść.

W końcu zwróćmy uwagę, jakie argumenty biblijne używa vloger Kapusta w tej sprawie.

Po pierwsze powołuje się na słowa Apokalipsy św. Jana 3,20. Wystarczy znać najbliższy kontext tego zdania, tzn. wersety sąsiednie, by dostrzec, jak kłamliwe jest posługiwanie się przez vlogera Kapustę tym fragmentem:

 Tylko ktoś, kto albo nie zna zdań sąsiednich, albo bezczelnie oszukuje odbiorców, może używać zdania 3,20 jako argumentu przeciw ochoczemu przyjmowaniu cierpień itp. Jaką i czyją Biblię czyta i głosi vloger Kapusta?

Drugi cytatem biblijnym użytym przez vlogera Kapustę są słowa Pana Jezusa z Kazania na Górze: „wy jesteście światłem świata“ (Mt 5,24). Także tutaj vloger Kapusta albo nigdy nie czytał całości, albo liczy na to, że odbiorcy nie czytali i dlatego może im bezczelnie wmówić swoje własne treści, tak, jakby Pan Jezus nie błogosławił akurat smutnych, ubogich i prześladowanych:


Podobnie rzecz się ma z odrzuceniem przez vlogera Kapustę idei niewolnictwa wobec Maryi, tak jakby nie wiedział, że chociażby św. Paweł nazywa siebie dosłownie „niewolnikiem“ (δουλος) pięć razy:
Rz 1,1
2 Kor 4,3
Gal 1,10
Flm 1,1
Tt 1,1.
Widocznie według vlogera Kapusty także sam św. Paweł zaprzecza Pismu św.

Jest jeszcze więcej takich i tego typu absurdów i kłamstw vlogera Kapusty zarówno w tym wystąpieniu, jak właściwie w każdym innym. Nasuwa się więc pytanie, czy człowiek o normalnej kondycji umysłowej i moralnej jest w stanie działać i mówić w taki sposób. Jak widać, skala kłamstw i fałszerstw jest wręcz porażająca. W połączeniu z bezczelnością i błazeńsko-szyderczą formą przekazu wygląda to na działanie wybitnie w duchu „ojca kłamstwa“ (J 8,44), czyli demoniczne.

Niestety jest to przykład typowy dla tzw. charyzmatyzmu. I jest to tym samym dowód na to, że powoływanie się na Ducha Świętego nie daje gwarancji rzeczywistego pochodzenia i związku z Duchem Bożym. Szatan potrafi perfidnie kłamać i oszukiwać. Czego ilustracją jest posługiwanie się Pismem św. przez vlogera Kapustę.


Czy dotykanie monstrancji z Najświętszym Sakramentem przez osoby świeckie jest grzechem?



Ponieważ monstrancja jest naczyniem świętym, dlatego pytanie dotyczy kwestii dotykania naczyń świętych przez osoby świeckie.

Zarówno tradycyjne jak też nowe przepisy liturgiczne regulują posługiwanie się i obchodzenie się z naczyniami świętymi podczas liturgii. W tradycyjnych przepisach jest jasno powiedziane, że osobom świeckim nie wolno dotykać naczyń świętych nie tylko w czasie liturgii, lecz także poza nią. Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. stanowi, że zarówno naczyń liturgicznych jak też bielizny kielichowej (przed praniem) wolno dotykać wyłącznie duchownym oraz zakrystianom (zakrystianie musieli do tego używać białych rękawiczek):


Wynika to oczywiście z natury i świętego charakteru tych przedmiotów: chodzi zarówno o cześć ostatecznie dla Najświętszego Sakramentu jak też o hierarchiczny ustrój Kościoła, który służy właśnie świętości i uświęcaniu.

W ostatnich latach pojawiła się swego rodzaju moda na zapraszanie wiernych do dotykania monstrancji. Pochodzi ona z kręgów "charyzmatycznych", a wynika czy to z nieznajomości, czy z pogardy dla reguł Kościoła, w powiązaniu być może też z pewną fałszywie "pobożną" motywacją.

Być może według niektórych takie dotykanie ma być na wzór przykładów z Ewangelii, gdzie ludzie pragnęli dotknąć choćby szat Pana Jezusa. Takie myślenie polega jednak przede wszystkim na niezrozumieniu czy wręcz fałszywym intepretowaniu odnośnych opisów ewangelicznych. Przede wszystkim należy powiedzieć, że takie zachowanie ludzi wobec Pana Jezusa wynikało ze swego rodzaju magicznej, ludowej mentalności. Pan Jezus jej nie odrzucał, ponieważ doceniał i budował wiarę tych ludzi. Równocześnie po Zmartwychwstaniu jedynie Tomaszowi kazał dotknąć Swych ran. Maryi przy grobie nie pozwolił Siebie dotknąć (J 20,17). Tym samym, wprawdzie pobożność ludowa zawiera pewne elementy zmysłowe, jak dotykanie i całowanie krzyży, obrazów świętych i relikwij, jednak w obrębie liturgii zawsze obowiązywały ostre granice, które są zastosowaniem i uszanowaniem prawd wiary. Z tych względów należy powiedzieć: praktyka dotykania monstrancji przez osoby świeckie jest w gruncie rzeczy niekatolicka, mimo że w poszczególnych przypadkach motywacja może być szczera.

W kwestii grzeszności tej praktyki należy odróżnić także osoby. Inna jest odpowiedzialność duchownego, którego obowiązkiem jest przestrzeganie zasad Kościoła, a inna osoby świeckiej, która ma prawo polegać na kompetencji duchownych. Duchownym nie wolno wymyślać czy wynajdywać nowych praktych, także w odniesieniu do Najświętszego Sakramentu i naczyń świętych. Jeśli to czynią, nie są usprawiedliwieni nawet przez motywację quasi "duszpasterską", gdyż działają wbrew i w sprzeczności z Kościołem najwyższego Pasterza, którym jest Jezus Chrystus. Jest oczywiście kwestia świadomości problemu i winy subiektywnej. Zwykle znaczną rolę odgrywa tutaj brak znajomości przepisów Kościoła, w połączeniu z nawykiem pogardy dla tradycyjnych reguł, co jest powszechne w kręgach tzw. charyzmatyków.

Ze strony wiernych świeckich znaczną rolę odgrywa zaufanie do kompetencji i dobrej woli duszpasterzy. Dlatego odpowiedzialność i tym samym wina jest istotnie mniejsza, aczkolwiek także świeccy nie powinni zwalniać się z obowiązku zdrowego krytycyzmu wobec nowości.

Podsumowując:
- Nie ma obowiązku pójścia za zachętą do dotykania monstrancji. Nie należy też ulegać presji społecznej, tzn. stadnemu zachowaniu większości.
- Należy pouczyć zarówno duchownych, których sprawa dotyczy, jak też innych wiernych, że najbliższym i najintymniejszym "dotknięciem" Pana Jezusa jest Komunia św., której godne przyjęcie jest źródłem i rękojmią wszelkich łask, i że tym samym takowy pseudocharyzmatyczny "obrzęd" jest zbędny, a nawet szkodliwy, gdyż sprzyja mentalności magicznej, ze szkodą dla myślenia katolickiego, sakramentalnego.

Jak zwalczać pokusy i okazje do grzechu nieczystości?


Pytanie dotyczy pokus i okazji do grzechu. Oczywiście okazje niezależne od naszej woli, tzn. nie szukane, nie stanowią grzechu.

Rzeczywiście wszechobecność reklam apelujących do popędu sexualnego jest nowością w historii, aczkolwiek trwającą już od wielu dziesięcioleci. Jednak nie można twierdzić, jakoby wcześniej nie było wcale tego rodzaju okazyj. Zmiana polega na czymś innym, mianowicie na skali w życiu codziennym oraz na zaniku świadomości i wrażliwości w tej dziedzinie. Konkretnie: exponowanie nagości jest o tyle nowe i nasilone, że dotyczy większości, zwłaszcza kobiet. Wygląda na to, że tzw. moda polegająca na exponowaniu kształtów i miejsc intymnych stłumiła czy przynajmniej przyćmiła zdrowe poczucie taktu i estetyki. Podchodząc do tego trzeźwo, należy raczej mieć politowanie dla takich osób, które takim ubiorem poniżają przede wszystkim siebie. W tym znaczeniu ubiór świadczy o osobie i stanowi sygnał, z kim mamy do czynienia. Jest to więc nawet pomocne w odróżnieniu.

Problem polega głównie na bezmyślnym poddawaniu się nierozumnej modzie, zwłaszcza u młodzieży. Dlatego ważne są głosy rozsądku zwłaszcza spośród młodzieży.

Ponadto należy potraktować taką sytuację jako wyzwanie do zmierzenia się czy zahartowania w cnocie. Sytuacje, których nie można uniknąć, są właśnie okazją do ćwiczenia i wypróbowania woli trwania w przykazaniach Bożych, a jeszcze bardziej w trzeźwym podejściu do otaczającego świata i też do siebie.

Należy też pamiętać, że sama pokusa, a nawet niewłasnowolne pobudzenie, nie jest grzechem, jeśli wola nie przyzwala na grzech.

Istotnym środkiem jest pielęgnowanie w sobie poczucia prawdziwego piękna, które jest zawsze czyste, rozumne i trzeźwe. Pomaga w tym dojrzałe życie duchowe, a także obcowanie z prawdziwą, wartościową kulturą i sztuką. W kwestii czystości szczególnie ważne są zdrowie, dojrzałe relacje międzyludzkie, oparte na szacunku, zaufaniu i przyjaźni. Wówczas to co niskie, plugawe i podłe będzie łatwo jako takie rozpoznane i odrzucone, przynajmniej przez akt woli, ale także afektywnie, tym samym skutecznie.

Czy wolno uczestniczyć w protestanckim obrzędzie zawarcia małżeństwa?



Jak już wskazałem w poprzednim wpisie na podobne pytanie, należy rozróżnić sytuacje. Jeśli osoby ochrzczone nie będące katolikami zawierają związek małżeński wprawdzie przed funkcjonariuszem protestanckim, ale zgodnie z istotnymi cechami sakramentalnego małżeństwa (jedność, dozgonność i wydanie potomstwa), wówczas jest to małżeństwo sakramentalne i nierozerwalne.

Oczywiście jest problem uczestniczenia w obrzędzie niekatolickim. Powodem tradycyjnego zakazu takiego uczestniczenia była ochrona wiary katolików oraz dawanie świadectwa o fałszywości innych wyznań. Gdy chodziło o obrzęd małżeństwa bliskich krewnych, można było prosić o dyspenzę u proboszcza czy spowiednika. Zaś w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego tego zakazu nie ma.

Rzeczywiście może to być okazja do pouczenia błądzących i poświadczenia prawdziwej wiary.

Mimo różnicy religii (wyznania) pozostają więzy naturalne, tzn rodzinne. Nie ma obowiązku ich zerwania. Stanowią one raczej o obowiązku pouczania i pomocy w nawróceniu do jedynego prawdziwego Kościoła Chrystusowego. Zerwanie więzów rodzinnych jest dopiero wtedy konieczne i wskazane, gdy chodzi o ochronę przed wpływem fałszywej religii.

Czym jest mistyczne poznanie Boga?



Zadane pytania odwołują się do arbitralnych, uproszczonych, "szkolnych" pojęć i podziałów. Z nich wynika problem, który jest właściwie sztuczny. W Kościele, tym samym w teologii katolickiej, nigdy nie było różnych dróg poznania w sensie podziału na stany czy klasy. Jedyną i wspólną dla wszystkich drogą jest poznanie z wiary - czyli przyjęcie Objawienia Bożego - które zakłada oczywiście także poznanie ogólnoludzkie czyli rozumowe, w pewnym sensie filozoficzne. Zawarte jest w tym metodologiczne rozróżnienie na poznanie
- indukcyjne,
- dedukcyjne, oraz
- z autorytetu.
Niekiedy wyróżnia się dodatkowo poznanie intuicyjne, które odróżnia się od poprzednich trzech mniejszym udziałem racjonalności w sensie myślenia dyskursywnego, gdyż jest spontaniczne, w pewnym sensie nadracjonalne, choć może być też irracjonalne. Potocznie często jest ono łączone, kojarzone czy wręcz utożsamiane z poznaniem tzw. mistycznym w znaczeniu poznania nadprzyrodzonego i nadracjonalnego, które jest darem Bożym dla wybranych i odpowiednio przygotowanych osób.

Właściwie rozumiane poznanie mistyczne ma za podstawę poznanie racjonalne, zarówno czysto naturalne (indukcyjne i dedukcyjne) jak też z wiary, która w znaczeniu katolickim zawsze angażuje racjonalość, choć ją przekracza. Poznanie mistyczne zakłada poznanie z wiary jako punkt wyjścia, a polega na swego rodzaju doświadczeniu wewnętrznym, które jest formalnie podobne do poznania intuicyjnego, jednak co do istoty ma więcej wspólnego z wiarą, gdyż odnosi się do rzeczywistości nadprzyrodzonej, Boskiej, z niej pochodzi i do niej prowadzi.

Rzeczywiście powołanie i życie monastyczne czy ogólnie duchowne wypływa z poznania Boga ogólnie i do niego zmierza. W tym znaczeniu jest przygotowaniem do poznania mistycznego. Jednak poznanie mistyczne we właściwym sensie jest zawsze łaską specjalną, wyjątkową, czyli darem Bożym dla dusz wybranych, do którego nie wystarczy przygotowanie ze strony człowieka.

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że nie ma i nie może być sprzeczności między jakimkolwiek prawdziwym poznaniem czy to czysto naturalnym, czy z wiary, a poznaniem prawdziwie mistycznym, ponieważ prawda jest jedna i jeden jest prawdziwy Bóg - źródło i cel każdego poznania. Próby wprowadzania sprzeczności czy dysonansów w tym temacie w obrębie teologii katolickiej i Kościoła wynikają z powierzchowności ujęcia i zbytnich uproszczeń. Oczywiście istnieją różnice między zarówno poszczególnymi teologami, mistrzami duchowymi, jak też zakonami i szkołami teologicznymi. Jednak nie dotyczą one istoty ani poznania w ogóle, ani jego warunków. Jako konkretny przykład wskażę na następujący fakt: każdy katolicki klasztor i zakon zawsze był, przynajmniej w jakimś stopniu, także ośrodkiem naukowym w sensie studium i ogólnie wykształcenia intelektualnego. Wynika to z natury chrześcijaństwa, ostatecznie z wiary katolickiej i z prawdy Ewangelii.

Było to szczególnie wyraziste w średniowieczu, w okrecie rozkwitu scholastyki, która łączyła znajomość i rozwijanie myśli starożytnej z kładzeniem podwalin pod przyszły rozwój wszelkich nauk. Dlatego metoda scholastyczna pozostanie w zasadniczych zrębach na zawsze wzorcem nie tylko dla teologii, lecz także dla wszelkich nauk.

Zaś upadek i zapaść życia duchowego i monastycznego obecnie wynika właśnie z zaniedbania i wręcz porzucenia rzetelnego, naukowego uprawiania teologii, co zakłada i prowadzi zarówno do rozwoju intelektualnego jak też duchowego.

Komunia pod obiema postaciami


Domaganie się Komunii św. pod obiema postaciami wynikało w historii Kościoła z poglądów heretyckich i zostało jako takie odrzucone przez Kościół. Tradycyjna liturgia rzymska nie przewiduje Komunii św. pod obiema postaciami, ale jej nie wyklucza pod pewnymi warunkami, np. gdy ktoś z powodu choroby nie może spożyć Ciała Pańskiego.
Liturgia Novus Ordo dopuszcza szersze stosowanie, oczywiście nie odwołując potępienia heretyckich poglądów w tej sprawie.

Niektórzy xięża używają Komunii pod obiema postaciami jako sposobu uniknięcia udzielania do ręki, co jest uzasadnione. Jednak wiąże się z tym problem zarówno teologiczny jak też praktyczny, gdy nie ma drugiego kapłana czy przynajmniej diakona, który by asystował z kielichem Krwi Pańskiej. Angażowanie do tej funkcji świeckich jest teologicznie i liturgicznie fałszywe, choć mgliste przepisy Novus Ordo dopuszczają także przydzielenie tej funkcji komuś ad hoc, czyli w nagłej pilnej konieczności, co jest niestety nadużywane. W myśl liturgii katolickiej nagła konieczność byłaby wtedy, gdyby np. celebrans nagle zasłabł i nie byłoby innego kapłana czy diakona.

Tak więc opisana praktyka jest nadużyciem w sensie naciąganego wykorzystania mglistych przepisów dla własnego widzimisię, mimo, być może, dobrych intencyj.

Jak ma na imię Bóg?




W Piśmie św., który poświadcza Boże Objawienie, zawarte jest wiele imion Boga. Odnoszą się one zwykle do właściwości i przymiotów Bożych, jak Dobry, Sprawiedliwy, Prawdziwy, Wierny, Miłosierny, Wszechmocny itd.

Spośród tych imion szczególną rangę maja dwa imiona. Pierwsze to "imię" objawione Mojżeszowi, wyrażone w hebrajskim słowie JHWH, czytanym zwykle jako "Jahwe". Tłumaczenie starożytne greckie oddaje to słowo jako "istniejący", czyli "Ten, który jest", "Ten, który jest obecny i działa" (Ο ΩΝ). Tym samym to imię stanowi pomost do racjonalnego poznania istnienia Boga i Jego istoty w prawdziwej filozofii.

Drugim szczególnym imieniem Boga, charakterystycznym dla Nowego Testamentu czy Objawienia Bożego w Jezusie Chrystusie jest aramejskie słowo ABBA, którym sam Jezus Chrystus zwracał się do Boga i nam również polecił się tam zwracać. Oznacza ono dziecięce, czułe. serdeczne i zażyłe wezwanie ojca, które On sam używał wobec Ojca w niebie. Tę zażyłość i miłość Jezus Chrystus także nam umożliwił i otworzył, co jest pewnym udziałem w Jego miłości Ojca.

Czy modlitwa czytana jest skuteczna?


Skuteczność modlitwy nie zależy ani o tego, czy jest czytana czy mówiona z pamięci, czy tzw. spontaniczna, ani od tego, z czego jest czytana. Istotna jest wewnętrzna postawa, czyli
- szacunek dla Pana Boga
- ufność
- zgodność z wolą Bożą i uległość wobec niej.
Oczywiście wewnętrza postawa ma swój odpowiedni wyraz zewnętrzny, zarówno w słowach jak też w postawie ciała.

Czytanie gotowych modlitw jest szczególnie wtedy pomocne, gdy trudniej jest się skupić. Jednak także wtedy należy umysłem i sercem wnikać w słowa.
Gotowe słowa modlitwy, zwłaszcza "Ojcze nasz", są wzorem i uczą modlitwy także własnymi słowami. Oczywiście można się modlić także wtedy, gdy nie można czytać czy posłużyć się gotową formułą.

Gdy modlitwa wydaje się nieskuteczna, wówczas należy zwrócić uwagę na swoje nastawienie i postawę. Jak sam Pan Jezus poucza, Pan Bóg wysłuchuje każdej modlitwy, która jest w Jego imieniu, czyli zgodna z Jego nauką i postawą, choć niekiedy trzeba czekać na owoce i nie zawsze są one zgodne z naszymi pragnieniami i oczekiwaniami. Pan Bóg daje więcej, obficiej i wspanialej niż to sobie zwykle wyobrażamy.


Czy szatan może materializować? Czyli "Egzorcysta" zdemaskowany


W związku z niedawnym krytycznym komentarzem odnośnie dyskusji o exorccyzmach w XXI wieku (https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/czy-szatan-moze-pisac-sms-y.html) napisał do mnie jeden z jej uczestników, wydawca miesięcznika "Egzorcysta", Mariusz Błochowiak, domagając się skorygowania mojej opinii. Jako podstawę przysłał mi artykuł z owego miesięcznika pt. "Czym jest materializacja?" (wrzesień 2017). Jako autor jest podany "ks. prof. Gabriele Nanni (diecezja Aquila, Włochy), demonolog, egzorcysta i wykładowca Lateranum". Według danych dostępnych w internecie, dokładniej na stronie grupy "charyzmatyków", z którymi x. Nanni był (czy jest) związany (http://www.adimre.it/don-gabriele-nanni/),  niemal wszystkie podane tu informacje są fałszywe:
- nie był i nie jest profesorem
- nie był i nie jest wykładowcą na Uniwersytecie Laterańskim, lecz zdobył na nim jedynie licencjat z prawa kanonicznego
- nie był i nie jest exorcystą.
Nie są też znane żadne jego publikacje teologiczne oprócz pracy licencjackiej.

Co więcej. Strona internetowa wspólnoty, z którą x. Nanni był wcześniej przez długie laty związany, podaje inne, bardzo ciekawe informacje, które zaprzeczają także biografii podanej na rzeczonej stronie "charyzmatyków" (wyświęcony został nie w 1977 lecz 1997 r.). Wygląda na to, że mamy do czynienia z hochsztaplerem, aczkolwiek wyświęconym, choć po dość krętych drogach:


Szczególnie znamienne i interesujące jest autoświadectwo x. Nanni w procesie kościelnym, w którym on pełnił główną rolę:



Mówiąc krótko: już od strony autora to bardzo śmierdzi. 

Przejdźmy do treści w temacie. Tytuł artykułu jest bardzo zachęcający. Pan Błochowiak domagał się ode mnie odwołania sprzeciwu wobec jego wypowiedzi, jakoby szatan mógł pisać SMSy. Oprócz owego artykułu, powoływał się na rzekome fakty, tudzież na możliwość "naukową", podkreślając swoją kompetencję jako doktor fizyki, a równocześnie negując moją kompetencję naukową. 

Przede wszystkim ów artykuł miesza sprawy. Mówi o złorzeczeniach, ale jest to raczej jedynie haczyk i pretext do przemycenia właściwego przesłania, mianowicie istnienia tzw. materializacji. 

Zacznijmy od definicji pojęcia. Pojęcie jest dość obszernie opisane w parapsychologicznej "encyklopedii" węgierskiego żyda o nazwisku Nandor Fodor, który z czasem zdystansował się od okultyzmu, zbliżając się do psychoanalizy (https://en.wikipedia.org/wiki/Nandor_Fodor). W bardzo chaotycznym, właściwie bełkotliwym tekście (z 1932 r.), nie mającym wiele wspólnego z naukowością, znajdują się jednak niektóre podstawowe informacje:
- pojęcie "materializacja" pochodzi ze środowiska okultystycznego spirityzmu,
- odnosi się ono do (rzekomych) zjawisk mających miejsce w ramach seansów spirytystycznych,
- "zjawiskowość" tych zjawisk polega na "widzeniu" przed poszczególne osoby, czyli w sposób niebadalny i niesprawdzalny naukowo-empirycznie,
- od początku istniały próby nadania tym "zjawiskom" rangi faktów empirycznych wyjaśnialnych przyrodniczo-fizykalnie, jednak siłą faktów mogły to być jedynie próby interpretacji co najwyżej hipotetycznych, nieudowodnionych i niesprawdzalnych, a wysoce wątpliwych faktów, mające znamiona czy to urojeń czy mistyfikacji.  

Widać to w poniższym fragmencie:


Nawet wikipedia mówi wprost o zerowej wartości naukowej owego pojęcia, tudzież o wykazaniu oszustw:


Także naukowcy specjalizujący się w parapsychologii, badając współczesne przykłady tzw. materializacji (1994 r.), doszli do negatywnych rezultatów:


Innymi słowy: nie było i nie ma podstaw naukowych dla twierdzenia, jakoby istniało zjawisko materializacji. 

Nie jest w stanie tego zmienić także przytaczanie przykładu włoskiego okultysty-oszusta Gustavo Rol, którego "cuda" były jedynie seansami iluzjonistycznymi dla dobranego towarzystwa "wierzących": 



Wystarczy wejść na wikipedię, by dowiedzieć się, kto to był, i że nigdy nie pozwolił na zbadanie swoich rzekomych cudów, które miały charakter ewidentnie spirytystyczny: 


Zaś x. Nanni i p. Błochowiak wespół twierdzą (x. Nanni w artykule, p. Błochowiak w korespondencji do mnie), że materializacje  - względnie ich empiryczne dowody - mają miejsce podczas exorcyzmów jako "fakty". Jedynym "dowodem" owych faktów są słowa x. Nanni w tym artykule. P. Błochowiak potwierdza je swoim autorytetem jako "doktor fizyki". Chyba nie muszę tego obszernie komentować...

Obydwaj podpierają się autorytetem św. Tomasza, podając cytaty z jego pism. Czy słusznie? Przyjrzyjmy się. 

Pierwszego przytoczonego cytatu po prostu nie ma u św. Tomasza:


Każdy może sprawdzić  także w tłumaczeniu polskim. To jest istotne, gdyż na tych słowach opiera się cała ich argumentacja na korzyść materializacji. 

Drugi cytat brzmi:

Ten fragment (STh I, q. 110, a. 4 ad 2) jest cytowany słusznie w temacie, jednak wniosek - jakoby wg św. Tomasza demony mogły przemieszczać i materializować przedmioty - jest po prostu kłamstwem, gdyż nie ma jakichkolwiek  podstaw w cytacie. 

Jako trzeci argument ze św. Tomasza przytaczane są fragmenty z Summa contra Gentiles, aczkolwiek z błędnym podaniem miejsca (gdyż faktycznie chodzi o tom 3/2, ks. 3, rozdz. 105):


Tym razem autor z góry przedstawia następujące cytaty jako potwierdzenie poprzedniej tezy o materializacji, choć faktycznie nie ma w nich ani śladu twierdzenia o jej możliwości. Tak więc także tutaj mamy do czynienia po prostu z oszukiwaniem czytelnika.

W takiej sytuacji zbędne jest tutaj omawianie nauczania św. Tomasza w temacie. Zajęłoby to sporo miejsca. Wystarczy tymczasem nadmienić, że ani św. Tomasz ani żaden teolog katolicki, czy to starszy czy współczesny, nie dopuszczał możliwości materializacji. A to z prostego powodu: 
- po pierwsze nie ma ani stwierdzonych naukowo faktów, ani wiarygodnych świadectw o zjawiskach tego typu, 
- po drugie z punktu widzenia filozoficznego i teologicznego jest to niemożliwe. 
Podłożem tej koncepcji jest natomiast po pierwsze światopogląd spirytystyczno-okultystyczny, po drugie ostatecznie monizm filozoficzny, przypisujący bytom stworzonym właściwości i działania quasi boskie. 

Podsumowanie wystarczy krótkie: ten artykuł jest wybitnie perfidnym i bezczelnym oszustwem, i to już pod względem czysto metodologicznym. 
Po drugie jest fałszywy w treści, gdyż mieszając kwestie rzeczywistego działania szatania i skuteczności złorzeczeń, przemyca treści grubo spirytystyczne, które przeczą zarówno zdrowemu rozsądkowi, jak też elementarnym podstawom wszelkich nauk, od przyrodniczych, poprzez filozofię, aż po teologię. 
Po trzecie jest przewrotnie, wręcz szatańsko kłamliwy, gdyż imputuje św. Tomaszowi i teologii katolickiej stanowisko podpierające i zgodne ze spirytystyczną treścią i przesłaniem tego textu. 

Tym samym miesięcznik odwołujący się w swym tytule do katolickiej posługi uwalniania od złego ducha okazuje się być dokładnym zaprzeczeniem tej posługi i demaskuje się jako organ antychrześcijańskiego, okultystycznego spirytyzmu. Co na to władze kościelne? Czy nadal będą pozwalać na dystrybucję tego miesięcznika w księgarniach katolickich?


P. S.

Właśnie natrafiłem na materiał filmowy, w którym exorcysta diecezji bydgoskiej opowiada takie rzeczy, pokazując dzieciom w szkole gwoździe rzekomo wyplute przez osobę opętaną:


Charakterystyczne jest, że mówi, iż to on był świadkiem tego wyplucia. Oto jak oszust w sutannie szerzy okultyzm i to w ramach lekcji religii... 

"Smutne początki kapłaństwa" czyli wesołe kłamstwa Mikołaja Kapusty



Znany od kilku lat vloger, "charyzmatyk od urodzenia" (jak sam siebie nazywa), raczący swoich odbiorców niby biblijnymi i pseudoteologicznymi treściami w formie wesoło-błazeńskich występów, obecnie jako "magister teologii", opublikował niedawno swój "wykład", świadczący o poważniejszych ambicjach.

Nazwane szumnie wystąpienie, wyposażone w materiał źródłowy w postaci zbioru cytatów, skierowane jest przeciw "niedzielnym katolikom". Tym samym aspiruje nie tylko do głoszenia "Dobrej Nowiny" (jak podstępnie nazywa swój kanał na youtube oraz strony na facebooku), lecz do pouczania katolików i dlatego zasługuje na wnikliwszą uwagę.

Nie zachęcam do wysłuchania całego, dość długiego wystąpienia, gdyż jest to, jak zwykle u tego młodzieńca, właściwie tylko przytaczanie cytatów, głównie biblijnych, wykorzystywanych przez niego następnie do przedstawiania własnych, banalnych, a przeważnie bzdurnych, wręcz fałszywych i heretyckich poglądów. Generalnie jego wystąpienia jawią się jako narcystyczna autoafirmacja i bawienie publiczności mniej czy bardziej śmiesznymi wygłupami, zaś Pismo św. jest jedynie okazją i pretextem.

Na prośbę pewnego młodego człowieka, niegdyś wiernego widza p. Kapusty, zajmę się jednym fragmentem, który jest znamienny i demaskujący. M. Kapusta zamieścił także osobny wycinek, uważając go widocznie za szczególnie ważny i godny uwagi. Nie podaję linków, coby nie pomagać w rozpowszechnianiu fałszywych i przewrotnych treści. Jeśli ktoś zechce sprawdzić rzetelność mojej relacji, łatwo znajdzie odnośne źródła i materiały.

W podanym fragmencie p. Kapusta wychodzi od cytatu ze św. Jana Chryzostoma, bardzo ciekawego zresztą, jednak przewrotnie przez niego użytego:


Ten cytat Kapusta wykorzystuje do wywodów, które należy przeanalizować.

1. Kwestię troski o Kościół ze strony świeckich sprowadza do tematu "kapłaństwa o ogóle" i do różnicy między kapłaństwem starotestamentalnym ("które mieliśmy w Starym Testamencie") a nowotestamentalnym ("które mamy teraz"). Mówiąc o "kapłaństwie jako takim" twierdzi: "Początki kapłaństwa, można powiedzieć, że  były wręcz smutne trochę, ale właśnie zaznaczam, że chodzi tu o kapłaństwo ze Starego Testamentu. Bo początek kapłaństwa był taki, że według tej katolickiej pracy naukowej...", po czym wskazuje na w Księgę Wyjścia, nie podając ani cytatów ani numerów, lecz jedynie relacjonując treść w typowy prześmiewczy sposób. Odnosi się widocznie do Wj 20,18-21:

Teza Kapusty (przejęta od anonimowej, rzekomo "katolickiej pracy naukowej") jest tutaj następująca: początkiem kapłaństwa w ogóle, tym samym kapłaństwa Nowego Testamentu, jest pośrednictwo Mojżesza na Górze Synaj. Teza ta jest fałszywa pod wieloma względami:

- Kapłaństwo istniało już na długo przed Mojżeszem, nawet przed Abrahamem: świadczą o tym ofiary patriarchów (Rdz 4,3n; 12,8; 15,8-17; 18-23; 26,25; 33,20), poganina sprawiedliwego Hioba (Hi 1,5), tajemniczego pogańskiego kapłana Melchizedeka, króla Salem, któremu Abraham składał dziesięcinę i tym samym uznawał za kapłana prawdziwego Boga (Rdz 14,18).

- Mojżesz, którego rolę Kapusta wyszydza, był przywódcą, prawodawcą i pośrednikiem, ale nie był kapłanem w znaczeniu Prawa danego na Synaju, lecz z polecenia Bożego ustanowił kapłanem swojego starszego brata Aarona i jego potomków (Wyj 27,21).

- Kapłaństwo nowotestamentalne, czyli Jezusa Chrystusa, nie pochodzi z kapłaństwa Aaronowego, lecz jest według porządku Melchizedeka, o czym wyraźnie mówi zarówno proroctwo Dawida jak też List do Hebrajczyków: Ps 109,4 oraz Hbr 7 (por. Mt 22, 42nn). Mówią o tym także sobory powszechne, jak Efeski (431) oraz Trydencki.


2. Wychodząc od relacjonowanej treści Księgi Wyjścia, Kapusta omawia pojęcie kapłaństwa jako pośrednictwa przed Bogiem. Posługuje się przeciwstawieniem zachowania Izraelitów z jednej strony i postawy własnej, czyli "charyzmatyków", z drugiej strony: "my tu się gromadzimy, mówimy, Boże, powiedz nam coś, mów do nas, daj nam słowo, a Izraelici: niech Bóg do nas nie mówi, ty idź, hahaha, niech Bóg mówi tobie i niech nam przekaże. I tak powstało pośrednictwo, nie z jakiejś wielkiej, wspaniałej, nie wiem, nie z Bożego zamysłu, tylko z ludzkiej słabości, ludzkiego tchórzostwa, jakiegoś takiego, nie wiem, wycofania w stosunku do Boga, to na pewno nie jest dobre. Oni powinni  tam się cieszyć, Mojżeszu, może pójdę z tobą, jakiejś takiej gorliwości tam brakowało, nie: Bóg do nas niech nie mówi już, ty nam przekazuj. Tak powstało pośrednictwo, tak powstało kapłaństwo. I dlatego można powiedzieć, smutne początki kapłaństwa."

Tutaj teza Kapusty polega na wyszydzeniu postawy Izraelitów, którą przestawia fałszywie. Wystarczy przeczytać odnośny fragment z Księgi Wyjścia (20,18-21, podany wyżej), by dostrzec, jak fantazyjna, kłamliwa i przekręcająca jest jego interpretacja. Wygląda na to, że albo wcale nie czytał, albo z rozmysłem oszukuje na doraźny użytek. Jak można nie dostrzec, że opisana we fragmencie Księgi Wyjścia postawa Izraelitów nie ma nic wspólnego z niechęcią do słuchania słowa Bożego, lecz z bojaźni wywołanej przez samego Boga w sposobie objawienia się w konkretnej sytuacji? Tak więc ostatecznie z tej bojaźni, która jest darem i pouczeniem Bożym, szydzi Kapusta.

3. Kapusta kontynuuje:  "Dlatego Bóg w Starym Testamencie zapowiada nasze czasy, i jakby widać w Bogu samym tęsknotę do powrotu do tej Góry Synaj, gdzie On może mówić do calego ludu i nikt Mu nie mówi: niech Bóg nie mówi do nas. Bo prorocy mówią, znaczy Bóg mówi tak przez proroków: przyjdą takie czasy, kiedy stary już nie będzie mówił młodemu: poznaj Jahwe, bo wszyscy Mnie poznają, więc Bóg z wielką jakby tęsknotą zapowiada moment, w którym nie będzie pośrednictwa, tylko każdy pozna Pana. Kapłaństwo, chociaż mamy kapłanów wśród nas, to jest to kapłaństwo zupełnie inne, niż to, które było w Starym Testamencie, bo tam był kapłan, który znikał za kotarą...". Również tutaj nie podaje ani dokładnego cytatu, ani nawet proroka, na którego się powołuje. Ma na myśli widocznie Jeremiasza 31. To proroctwo cytowane jest także w Liście do Hebrajczyków (8), gdzie jest mowa o kapłaństwie Chrystusowym w odróżnieniu od starotestamentalnego:



Teza Kapusty sprowadza się tutaj do odrzucenia kapłaństwa jako pośrednictwa. Także to wykorzystanie słów Pisma św. jest fałszywe i bezpodstawne. W Piśmie św. Kapłan Nowego Przymierza, Jezus Chrystus, jest wprost nazwany Pośrednikiem między Bogiem i ludźmi (Hb 9,15). Tym samym pośrednictwo należy do istoty kapłaństwa także w Nowym Testamencie:


4. Następnie jako przykład kontrastowy ze Starego Testamentu podaje służbę w świątyni, przy czym nie jest w stanie nawet podać, czy w tym opowiadaniu opiera się na Piśmie św. czy na tradycji żydowskiej. Chodzi konkretnie o Przybytek Przenajświętszego, gdzie wchodził jedynie poszczególny kapłan jedynie raz w roku. Wspominając o linie, którą uwiązywano o nogi arcykapłana na wypadek, jeśli by nie mógł o własnych siłach wyjść z Przybytku, szydzi bardzo rozbawiony z tego, że w razie pomyłek rytualnych groziło arcykapłanowi "padnięcie trupem": "to jest właśnie pośrednictwo, jeden człowiek, Bóg niech nie mówi do nas", natomiast "teraz nie ma tego, Bóg mówi: każdy poznaje Jahwe, nie ma pośrednika, który mówi: poznaję Jahwe i będzie coś tam opowiadał, albo chował się tam za kotarą i potem wracał."

Tutaj Kapusta wyraźnie odsłania kierunek i cel swojego używania słów Pisma św.: chodzi o wyszydzenie i negację także pośrednictwa w znaczeniu pouczenia, przekazania poznania Boga. Według niego każdy sam jest odbiorcą słowa Bożego i poznania Boga, bez pouczenia przez Kościół. Jest to w gruncie rzeczy nic innego jak jedno z głównych założeń protestantyzmu: każdy może i powinien bezpośrednio przyjmować "słowo Boże" (w znaczeniu textów biblijnych), nie potrzebując ani Tradycji, ani Magisterium Kościoła. W indywidualnym kontakcie człowieka z Biblią następuje wiara i zbawienie, bez konieczności jakiegokolwiek pośrednictwa. Tym samym Kapusta zdradza swoje iście protestanckie myślenie, wykazując przy tym zarówno nieznajomość Pisma św. jak też kłamliwe jego wykorzystywanie. Niech wystarczy tutaj wskazanie chociażby na nauczanie Vaticanum II w konstytucji "Lumen Gentium", którą Kapusta wprawdzie wzmiankuje, ale albo jej wcale nie czytał, albo znając, faktycznie po prostu odrzuca jej nauczanie:




5. Na koniec swoich wywodów Kapusta próbuje jednak wylądować w teologii katolickiej mówiąc: "Kapłaństwo jest teraz podzielone na kapłaństwo służebne i powszechne. Czyli każdy z nas w pewnym sensie jest kapłanem, bo nikt z nas nie jest potomkiem lewitów, więc nie z tej przyczyny", lecz "dlatego, że jesteśmy włączeni w kapłana, tylko i wyłącznie stąd wypływa nasze kapłaństwo". I dalej: "ci kapłani, o których się mówi w Kościele katolickim, że są kapłani właśnie, czyli księża, zakonnicy i tak dalej, to jest kapłaństwo służebne, które służy tym innym wszystkim kapłanom, którzy są w kapłaństwie powszechnym, żeby też mogli swoje funkcje jakoś na swój sposób spełniać, wiadomo itd."

Po pierwsze podział na kapłaństwo "służebne" i "powszechne" jest fałszywy, gdyż nie odpowiada nazewnictwu teologii katolickiej i jest rzeczowo nieadekwatny. Dokumenty Kościoła mówią z reguły o kapłaństwie urzędowym ("hierarchicum", też "ministeriale" w znaczeniu urzędu publicznego, od "minister", co jest czymś zupełnie innym niż "servus" czyli sługa) i wspólnym ("commune"). Mówi o tym chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego:




Po drugie, Kapusta widocznie odrzuca istotną różnicę między kapłaństwem urzędowym, a wspólnym, o której mówi chociażby znowu "Lumen Gentium" (10):


Po trzecie, widocznie nie zna, a de facto odrzuca nauczanie św. Pawła, który mocą swego urzędu apostolskiego czyli władzy hierarchicznej napomina do podporządkowania się charyzmatyków - oczywiście tych prawdziwych - regułom Kościoła (1 Kor 14, 26nn).

Podsumujmy wynik. Otóż Kapusta

- wykazuje elementarną nieznajomość Pisma św., którym w swoich wystąpieniach wymachuje i się nań powołuje,
- powołując się na Pismo św., podaje jego treść w sposób fantazyjny i zafałszowany,
- posługiwanie się przez niego Pismem św. służy tezom i poglądom obcym zarówno jego treści jak też nauczaniu Kościoła, a nawet ewidentnie sprzecznym z wiarą katolicką, za to zgodnym z herezją protestancką,
- to samo dotyczy jego powoływania się na dokumenty Vaticanum II, których albo zupełnie nie zna, albo zna jedynie bardzo powierzchownie i wybiórczo,
- mimo pozorów oparcia na źródłach, wystąpienie jest metodologicznie wybitnie niechlujne i manipulacyjne, co próbuje kompensować elokwencją i błazeńskimi wstawkami.

Na koniec nasuwa się pytanie o intencje i cel tego typu działalności. Bez wątpienia Kapusta, podobnie jak inne "gwiazdy" internetowe, ma talent showmasterski, który w jego wypadku ma charakter szczególnie rozrywkowo-błazeński, co oczywiście służy jego popularności zwłaszcza wśród młodzieży, która ma najwyżej nikłe pojęcie o wierze i teologii Kościoła. Może pociągać to, że Kapusta widocznie sam świetnie się bawi na swoich występach, co w połączeniu z quasi religijnymi tematami daje nie tylko jakiś przekaz treściowy - banalny, fałszywy i wręcz heretycki - czego przeciętny młody człowiek nie dostrzega, gdyż jest to sprytnie opakowane w pozory wykształcenia i znajomości Pisma św. - lecz przede wszystkim sporą dozę zabawy. Dopiero przy wnikliwszym spojrzeniu odsłania się cynizm i oszukańczy charakter jego wystąpień.

Jakie będą tego konsekwencje? Czy władze kościelne odpowiednio zareagują i podejmą konieczne kroki dla ochrony odbiorców, głównie młodych ludzi, przed takim oszukańczym zwodzeniem? Czy są szanse na nawrócenie Kapusty, który - o ile się nawróci na wiarę katolicką i porzuci oszukańcze nawyki - mógłby swój talent zaangażować do rozpowszechniania prawdziwego nauczania Kościoła, prawdziwej wiary?

W każdym razie strony katolików potrzebna jest reakcja całościowa, czyli
- zarówno apelowanie do władz kościelnych o zakaz występów Mikołaja Kapusty w pomieszczenia kościelnych, dopóki nie wyrzeknie się publicznie głoszonych dotychczas błędów i herezyj,
- pouczanie tegoż pana we wierze katolickiej i nauczaniu Kościoła, tudzież modlitwa o jego nawrócenie.

Czy prawda zależy od polubień na pejsbuku? :-)


Taką oto reakcję otrzymałem na poprzedni wpis odnośnie wystąpienia Mikołaja Kapusty :-)

Znowu ktoś albo nie umie czytać ze zrozumieniem, albo nie chce, albo jedno i drugie. Zacytowanie i  merytoryczna krytyka jednej wypowiedzi Kapusty, ma być "zjechaniem" osoby... No cóż. Być może rzeczywiście ta osoba jawi się charakterystycznie i w pełnej krasie właśnie o owym filmiku o Marcinie Z. Tym niemniej nie było ani wypowiedzi o osobie ogólnie, ani tym bardziej ogólnej oceny osoby.

Ta reakcja pokazuje, że w sprawie MZ chodzi w znacznej mierze o rywalizację między grupami i nurtami w łonie tzw. charyzmatyzmu. Ruch Toronto Blessing, do którego ewidentnie należy zaliczyć MZ oraz jego popleczników, nazywany jest w literaturze "trzecią falą" pentekostalizmu. Jest ona dość specyficzna. Zabiera ona zwolenników starszym nurtom, gdyż najszybciej rośnie - głównie w krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki - a równocześnie kompromituje i tym samym demaskuje cały pentekostalizm i jego "katolicką" wersję czyli charyzmatyzm. Stąd zakłopotanie starszych "charyzmatyków" i ich polemika, której przykładem jest chociażby M. Kapusta. Jest to jednak w zasadzie kłótnia w rodzinie, na którą katolik powinien trzeźwo spoglądać.

Że po krytyce odnośnie M. Kapusty jest rozczarowanie i odlajkowanie? Mam rozpaczać, żałować i przepraszać? :-D  Dla pocieszenia wiernych polubowników powiem: stawiam na jakość, nie na ilość :-)  Mimo skromnych wyników liczbowych, wygląda na to, że wpisy tego bloga trafiają do osób, do których powinne trafić. Jeśli ziarno jest dobre i Pan Bóg zechce, to kiedyś będzie wzrost i owoc. Jeśli nie, to dobrze, gdy przepadnie w zapomnieniu.

Przyznaję, że styl moich wypowiedzi nie jest ani kurtuazyjny (nie mam nawyków dworskich), ani dyplomatyczny. Teologocznie nie wychowałem się na wieloznacznym, miałkim i zakłamanym bełkocie modernistów (choć próbowano mnie wychować :-) ), lecz na jasnej, męskiej, niekiedy twardej i ostrej teologii Ojców Kościoła i scholastyków. Wcale tego nie żałuję i nie chcę żałować.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Wiem o wielu przypadkach machinacji przy lajkowaniu na fb. Jest sporo osób, które lajkują (niektóre wysłały mi zrzuty), ale to nie przechodzi do statystyki strony i u mnie te osoby pojawiają się tylko jako zaproszone do zalajkowania. Przypadek? Algorytmy pejsbukowe potrafią być sprytne :-)

Czy spokój rozwiązuje problem bluźnierstwa?

  Pod szumnym tytułem "Działalność Apostolska" dołączył do grona jutjuberów we wrześniu 2018 anonimowy kanał, na którego istnienie...