O wykorzystywaniu dzieci

Obecnie często mówi się o wykorzystywaniu sexualnym nieletnich, zwłaszcza dzieci. I słusznie, gdyż jest to zbrodnia obrzydliwa, godna potępienia i odpowiedniego ukarania. Są jednak także inne rodzaje wykorzystywania dzieci, mianowicie w szerzej rozumianym interesie dorosłych. Te inne rodzaje są praktycznie lekceważone, wręcz niezauważane, choć są niestety nierzadkie, najczęstsze. Nie jest istotne, przez kogo takie wykorzystywanie jest popełniane. A popełniane jest także przez własnych rodziców, w sposób, który może nie od razu jest rozpoznany jako wykorzystywanie, co także świadczy o znieczuleniu na specyfikę osoby dziecka i zarazem na wręcz rażące - przy trzeźwym, racjonalnym spojrzeniu - zachowanie dorosłych, także rodziców. 

Podam dwa przykłady, na które trafiłem przy okazji. Aczkolwiek ukazują one chyba szerszy problem, skoro widocznie nie ma reakcji społecznej na tego typu zachowanie, co świadczy o przyzwoleniu przynajmniej bezmyślnym. 

Pierwszy przykład to znany już z poprzednich wpisów A. Bańka (tutaj i tutaj), który w ramach opowiadania o sobie wspomina taki oto swój wielki sukces: 

W czym jest problem? Ano w tym, że po pierwsze normalne jest, że dla dziecka w pierwszych klasach szkoły podstawowej rodzic jest autorytetem i to najważniejszym. Po drugie jednak, nie wiadomo, czy tak pozostanie, gdy dziecko zacznie myśleć i wartościować samodzielnie, zwłaszcza jako dorosłe i niezależne od rodziców. Po trzecie, wykorzystywanie słów kilkuletniego dziecka dla budowania swojego autorytetu publicznego jest chwytem zarówno perfidnym - i to względem samego dziecka jak i względem publiczności - jak też groteskowym, obliczonym na emocje połączone z brakiem trzeźwego myślenia u odbiorców. Innymi słowy: tutaj ma miejsce wykorzystanie swojego nieletniego i niesamodzielnego dziecka dla własnego doraźnego interesu. Moralnej oceny takiego postępowania chyba nie muszę podpowiadać. 

Drugim przykładem jest także pewien quasi celebryta medialny, o którym była już niegdyś mowa (tutaj). Także on postępuje w ten sposób i to regularnie:

Humorystyczne ujęcie nie zmienia faktu, że także tutaj zachodzi wykorzystanie własnego dziecka dla budowania swojej popularności medialnej. Tutaj również brakuje reflexji, jakie zdanie dziecko będzie miało, gdy zacznie samodzielnie myśleć i będzie niezależne. Oczywiście anekdotki z udziałem dzieci są czymś normalnym w prywatnym gronie rodzinnym. Nie ma także nic zdrożnego w tym, gdy samo dziecko je rozpowszechnia, jeśli kiedyś uzna to za stosowne. Jednak czymś zupełnie innym jest publiczne chwalenie się uznaniem ze strony małego dziecka, obliczone na własną doraźną korzyść, polegającą choćby na budowaniu poczucia własnej wartości. 

Jest dość typowe, że obydwa przykłady dotyczą tzw. katocelebrytów związanych z blachnicyzmem, gdzie panuje duch autorytarnej sekty (jest bardzo prawdopodobnie, że x. Blachnicki należał do masońskiej sekty charystów, por. tutaj). Czyżby nie wystarczyło im uznanie ze strony żony i dzieci w zaciszu domowym? Skąd ta potrzeba publicznego wykorzystywania własnych dzieci? Czy w ogóle pomyśleli o tym, co na to powie cytowane dziecko, gdy dorośnie i będzie myślało samodzielnie? Jeśli pomyśleli, to skąd mają pewność, że dziecko nie zmieni swojego zdania i nie będzie się wstydziło swojej dziecinnej naiwności? Czyż nie jest to swego rodzaju szantaż także na własnym dziecku (w sensie: "kiedyś byłem dla ciebie autorytetem, więc nie zmieniaj zdania"), a przynajmniej pogwałcenie jego prawa do prywatności? No cóż. Te przykłady świadczą niestety o niskim poziomie zarówno racjonalnego myślenia, jak również wrażliwości na dobro i na osobową godność nawet własnego dziecka, oraz moralnego wartościowania. 

Czy wolno zakazać wiernym udziału w liturgii?

 


Z punktu widzenia zarówno teologicznego jak też prawnokościelnego, nikt nie może zakazać udziału wiernym w liturgii czyli sprawowaniu sakramentów, ani władza państwowa, ani kościelna. Dość jasno stanowi o tym Kodex Prawa Kanonicznego:

Kodex Prawa Kanonicznego jest jedynym prawem obowiązującym w dziedzinie kościelnej, zwłaszcza odnośnie sprawowania liturgii, i zarazem prawem nadrzędnym także ponad zarządzeniami władz kościelnych. Jeśli jakieś zarządzenie jest sprzeczne z kanonami Kodexu, to oczywiście nie obowiązuje. Tym samym nikt nie ma obowiązku przestrzegania takiego zarządzenia - ani obowiązku prawnego, ani moralnego. 

Oczywiście dochodzi kwestia praktycznego zastosowania tego stanu teologiczno-prawnego. W obecnej sytuacji jest niestety dość prawdopodobne, iż władze kościelne pod naciskiem władzy świeckiej są skłonne wymierzać sankcje duchownym, którzy sprzeciwiają się bezprawnym zarządzeniom. Czy uległość jest wtedy grzeszna, to jest osobna i nieco złożona kwestia. Przede wszystkim należy mieć na uwadze, iż pełnię władzy sakramentalnej i dyscyplinarnej na danym terenie ma biskup miejsca. Wprawdzie nie ma on prawa wydawać zarządzeń sprzecznych z prawem kościelnym i jeśli to czyni, to nadużywa swej władzy i grzeszy ciężko. Jednak gdy zwykły kapłan - czy to z braku wiedzy teologicznej i prawnej, czy z lęku przed karami - jest uległy wobec takowych zarządzeń, wówczas jego wina jest z całą pewnością mniejsza, a zależy oczywiście od stanu sumienia. 

Równocześnie także zwykły kapłan powinien w ramach swoich możliwości starać się zapewnić wiernym exekwowanie ich praw, o których mówią podane wyżej kanony. Powinien to czynić w sposób zarówno odważny jak też roztropny, dla dobra wiernych, nie swojego. 


Jakie lektury można polecić?

 


Nie jestem w stanie sporządzić listy lektur, które mogę polecić. Z prozaicznego powodu: nie studiowałem teologii w Polsce, zaś wiedzę czerpałem i czerpię ze źródeł prawie tylko w innych językach. Są to klasyczne podręczniki teologii katolickiej, pisane głównie po łacinie. Mogę jedynie dać wskazówki, jak z pewnością czy dużym prawdopodobieństwem można znaleźć godne zaufania i wartościowe treściowo książki o tematyce religijnej i teologicznej, a mianowicie przede wszystkim: 

1. dokumenty papieskie i soborowe do 1958 r.

2. pisma Doktorów Kościoła kanonizowanych przed 1965 r. 

3. podręczniki filozofii i teologii katolickiej opatrzone imprimatur sprzed 1965 r.

Oczywiście istnieją także dobre książki religijne i teologiczne późniejsze, jednak są one stosunkowo rzadkie. Większość literatury powstałej po 1965 r. jest w mniejszym czy większym stopniu skażona przynajmniej brakiem precyzji i klarowności, typowym dla dokumentów Vaticanum II i po nim. 

Kto solidnie poznał podstawowe źródła - zwłaszcza podające myśl św. Tomasza z Akwinu - ten będzie w stanie samodzielnie rozeznać dobre pozycje nowsze i najnowsze, tym samym nie będzie potrzebował konkretnych wskazówek. 

Czy Matka Boża jest współodkupicielką?


(Na zdjęciu: mozaika w apsydzie bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie)


Następujące pytanie musiało niestety dość czekać w kolejce, z wielu powodów. Głównie dlatego, by odpowiedź mogła być szersza i gruntowniejsza, do czego konieczne jest użycie źródeł, które obecnie nie są łatwo dostępne niestety. 


Temat współodkupicielstwa Matki Najświętszej był żarliwie dyskutowany od początku XX w., do czego ważnym impulsem były starania belgijskiego kardynała Desiré Mercier, który - kontynuując dzieło swojego poprzednika na stolicy prymasa Belgii - już za pontyfikatu św. Piusa X skierował prośbę do papieża. Punktem szczytowym i zarazem przesileniem była inicjatywa znacznej grupy biskupów podczas Vaticanum II, proszących papieża o ogłoszenie dogmatu o Mariji jako Współodkupicielce. Istnieje dość obszerne opracowanie naukowe tej sprawy:



Teologicznie chodzi o rolę Matki Jezusa Chrystusa w dziele Zbawienia, czyli o Jej współdziałanie w nim. Istotne jest więc o połączenie dwóch kwestij:
- Odkupienie (Redemptio)
- współdziałanie w nim (cooperatio).

Nie trudno zauważyć, że podstawą jest soteriologia, czyli nauka o Zbawieniu, oraz ostatecznie chrystologia, czyli nauka o Jezusie Chrystusie, która jest w centrum teologii od zarania chrześcijaństwa.

Najpierw należy określić znaczenie pojęć, gdyż jest to konieczne dla właściwego zrozumienia zarówno kwestii jak też odpowiedzi. 

Odkupienie w znaczeniu dzieła zbawczego Jezusa Chrystusa chodzi zarówno o to dzieło samo w sobie, jak też o jego owoce, czyli skutki.

To dzieło w znaczeniu aktu Odkupienia zawiera następujące składniki:
  • odnośnie przeszłości: zadośćuczynienie (satisfactio)
  • odnośnie przyszłości: zasługa (meritum)
  • odnośnie samego dzieła: ofiara (sacrificium)
  • odnośnie sposobu czyli środka: cena czyli wartość (pretium).
Współdziałanie jest działaniem wraz z kimś, czyli udziałem w czynności innej osoby. Muszą być tutaj spełnione określone warunki. By to było współdziałanie prawdziwe, musi być
  • skuteczne, czyli mieć wpływ na skutek
  • moralne, czyli świadome i dobrowolne
  • uporządkowane czyli podporządkowane całości działania. 
Pod względem strukturalnym współdziałanie może być
  • formalne, gdy odbywa się świadome i z zamiarem,
  • materialne, gdy odbywa się nieświadomie i w sposób niezamierzony. 
Tym samym współdziałanie materialne jest zawsze pośrednie i odległe, natomiast formalne jest zawsze bezpośrednie i bliskie. Nie wystarczy tutaj dostarczenie środków, lecz konieczne jest działanie celowe, czyli dążenie do celu całego działania, dlatego osoba współdziałająca formalnie ponosi odpowiedzialność także za skutki.

Bezpośredniość we współdziałaniu formalnym może być przez
  • styczność (contactus), gdy współdziałanie wpływa bezpośrednio na skutek
  • siłę oddziaływania (virtus), gdy współoddziaływanie odbywa się przez inne działanie, które powoduje dany skutek.
W tym miejscu już możemy powiedzieć, że współdziałanie Matki Bożej w Odkupieniu jest formalne, czyli bezpośrednie i bliskie, a to zarówno
- poprzez styczność, gdyż Matka Boża współcierpiała w Męce Jej Syna i tym samym miała udział w zasłudze i zadośćuczynieniu za rodzaj ludzki, jak też
- poprzez siłę oddziaływania, którą była zgoda na Wcielenie Zbawiciela w Jej łonie.

Należy tutaj mieć na uwadze:

1) Ten współudział nie był absolutnie konieczny, gdyż Pan Bóg mógł także w inny sposób dokonać Odkupienia, lecz był koniecuny jedynie z ustanowienia Bożego, gdyż tak właśnie Pan Bóg postanowił dokonać Odkupienia.

2) Ten współudział nie jest udziałem równorzędnym, gdyż Jezus Chrystus jest jedynym Odkupicielem: to jest Jego dzieło jako Zbawiciela rodzaju ludzkiego. Udział Jego Matki jest uczestniczeniem w tym dziele w zależności od Niego i w podporządkowaniu się Jemu.


Jak Kościół karał za pedofilię?

 


Zarzuca się Kościołowi pobłażliwość dla pedofilii, efebofilii, homosexulizmu itp. Zarzut jest widocznie uzasadniony we wielu przypadkach z ostatnich dziesięcioleci. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na tradycyjną dyscyplinę Kościoła. Jej przykładem jest Regula monachorum przypisywana autorstwu św. Fruktuoza z Bragi. W rozdziale o traktowaniu mnicha kłamcy, złodzieja i wybijaka jest mowa także o krzywoprzysiężcy, pijaku oraz uganiającym się za dziećmi i młodzieńcami (źródło tutaj, strona 1106-1107):



Oto tłumaczenie na polski:

Mnich uganiający się za dziećmi lub młodzieńcami, czy też przyłapany na [ich] całowaniu, albo w jakimkolwiek nieprzyzwoitym zdarzeniu, po oczywistym udowodnieniu sprawy przez najprawdomówniejszych oskarżycieli lub świadków, niech będzie publicznie wychłostany; niech straci koronę [tonsurę w kształcie wieńca], którą ma na głowie, i ogolony niech zostanie wystawiony wstydliwie na hańbę; z twarzą oplutą przez wszystkich, niech przyjmie także zniewagi; związany kajdanami z żelaza, niech będzie gnębiony w ciasnocie więziennej przez sześć miesięcy; i niech będzie podtrzymywany przy życiu trzy razy w tygodniu wieczorem posiłkiem małego jęczmiennego chleba. Po upływie tych sześciu miesięcy, kolejne sześć niech spędzi pod dozorem ojca duchowego, żyjąc w oddzielnej celi, niech się zadowoli pracą ręczną i ciągłą modlitwą; niech otrzyma przebaczenie przez poddanie się czuwaniom, błaganiom, upokorzeniom i pokucie z żalu; a niech chodzi w klasztorze pod opieką i troską dwóch braci duchowych, odtąd bez żadnej styczności z prywatną rozmową czy spotkaniem z młodymi. 

Jak widać, jest to niezwykle surowe potraktowanie, najsurowsze wśród wyliczanych występków. Kara wykonana dokładnie w taki sposób oznacza zagłodzenie na śmierć (posiłek tylko trzy razy w tygodniu, składający się z małego chleba jęczmiennego, przez okres pół roku), czyli de facto wyrok śmierci. Oczywiście taki mnich miał możliwość odejścia czy ucieczki z klasztoru, wówczas jednak wpadłby w ręce sądownictwa świeckiego czy motłochu skorego wykonać samosąd. Tak więc tego typu kara skutecznie odstraszała od zachowań jej podlegających i tym samym spełniała swoją funkcję, nawet jeśli nie musiała zostać faktycznie zastosowana. Każdy mnich poznawał tę regułę już w nowicjacie, czyli na początku życia monastycznego, tym samym wiedział doskonale, czym dane zachowanie grozi. 

Jak rozpoznać religijność neurotyczną?


Podany artykuł znajduje się tutaj

Najpierw kilka uwag odnośnie tego artykułu. Otóż zawiera on sporo trafnych spostrzeżeń, które można nazwać zdroworozsądkowymi, nawet jeśli opierają się na książce psychologicznej z nurtu tzw. psychologii humanistycznej. Mankamentem jest brak pogłębionej analizy teologicznej, mimo powoływania się na Ewangelię. Tym niemniej jest to ciekawy głos krytyczny odnośnie rzekomych objawień s. Faustyny, pośrednio potwierdzający moją krytykę teologiczną (por. tutaj). 

Pojawiła się też próba polemiki odnośnie owego artykułu, która znajduje się tutaj. Jest ona mizerna, wręcz groteskowa. Znamienne jest jednak zdanie:

"Wielu ekspertów od “duszy ludzkiej”, czyli psychologów, a szczególnie psychiatrów odmawia Faustynie prawdziwości jej objawień i cudów, których zaznała."

To stwierdzenie również - mimowolnie - potwierdza krytykę z punktu widzenia teologii katolickiej, która zawsze bazuje na poznaniu racjonalnym.

Przechodząc do pytania tytułowego:

Najpierw trzeba wziąć pod uwagę, że psychologia jest pierwotnie czyli z pochodzenia
 ateistyczna oraz aspirująca do wyparcia teologii duchowości. Nie jest przypadkowe, że twórcy psychologii byli z reguły ateistami i protestantami, czyli ludźmi już choćby z wykształcenia nie dysponującymi prawdziwą antropologią ani filozoficzną, ani tym bardziej teologiczną. 

Po drugie, nie ma jednej psychologii, lecz jest wiele szkół, co świadczy o tym, że to ma niewiele wspólnego z nauką w sensie ścisłym, lecz ma mocne powiązania światopoglądowe. 

Po trzecie, są także psychologowie uprawiający swoją dziedzinę uczciwie i solidnie. W takiej psychologii można znaleźć sporo zgodności z katolicką teologią duchowości, także tą tradycyjną. Obecnie znany jest szereg katolickich czy ogólnie chrześcijańskich psychologów, którzy bazują na prawdziwej antropologii, a równocześnie opierają się na fachowych badaniach empirycznych. Ryzyko zawodowe polega na tym, że psychiatra i psycholog ma z reguły do czynienia ze schorzeniami czy przynajmniej zaburzeniami, co może skrzywić ich pogląd czy koncepcję normalności psychicznej. 

Odpowiadając najprościej na tytułowe pytanie:

Zdrową religijność można rozpoznać po integralności osobowej, czyli harmonii intelektu, uczuć, zmysłów i ciała. Współgranie sfer człowieczeństwa, władz i zdolności oznacza ich rozwój dla dobra samego człowieka, jak też bliźnich i społeczności. Innymi słowy: jeśli religijność niesie ze sobą rozwój i postęp moralny, intelektualny, w ogólnym sensie fizyczny, czyli rozkwit naturalnych składników człowieczeństwa oraz ich podniesienie ku dobru wyższemu, to jest ona zdrowa i autentyczna. Jeśli zaś powoduje zastój czy regres osobowy, czy to pod względem moralnym, czy intelektualnym, czy choćby tylko uczuciowym, wówczas jest z nią coś nie tak. 

Odnosząc do przykładu s. Faustyny znanego z "Dzienniczka" (pomijając w tym miejscu kwestie jego autentyczności oraz teologiczne), należy stwierdzić poważne problemy zwłaszcza natury intelektualnej i moralnej. W skrócie: problemem intelektualnym jest chociażby ciągłe wychwalanie Faustyny przez rzekomo Pana Jezusa (aż do herezji stawiającej ją ponad wszystkimi stworzeniami), a problemem moralnym jest brak przyznania się do grzeszności czy choćby niedoskonałości i błędów. W tych opisach jawi się osobowość narcystyczna, nawet wręcz zakłamana i obłudna, ślepo polegająca na własnych odczuciach i przeżyciach. Z całą pewnością nie jest to przykład religijności zdrowej, katolickiej, która ze swej natury jest trzeźwa i krytyczna, zwłaszcza wobec siebie i swoich przeżyć. 

Natomiast Kościół katolicki jest jedyną religią, która jest wyposażona zarówno doktrynalnie jak też praktycznie - poprzez sakramenty oraz wielowiekowe doświadczenie duszpasterskie - we wszystkie środki zdrowej religijności. Oczywiście nie oznacza to, że wszyscy katolicy korzystają z tych środków w odpowiedni sposób. 

Obecnie forsowana protestantyzacja godzi nie tylko w prawdy wiary katolickiej, lecz także w zdrową, trzeźwą katolicką religijność, która zawsze powoduje rozwój osobowy, czyli intelektualny, moralny, emocjonalny, a także cielesny (przykład: tradycyjna dyscyplina postna o wiele bardziej służy zdrowiu fizycznemu niż minimalne, wręcz znikome zasady postne modernizmu, a tym bardziej rozpasanie konsumpcyjne, co widać chociażby w wyglądzie i fizycznej kondycji duchownych). Głównym celem tego ataku jest rozumność oświecona prawdami wiary katolickiej. Zamiast tych prawd wpajane jest katolikom ślepe posłuszeństwo i uległość wobec oryginalnych - mniej czy bardziej bzdurnych - pomysłów sprawujących władzę, co jest typowe dla sekt, także protestanckich czy wywodzących się z protestantyzmu. 

Co jest konieczne do zbawienia? Czyli Bańkowych kłamstw ciąg dalszy


Z obowiązku muszę poświęcić nieco uwagi kolejnemu wystąpieniu Aleksandra Bańki, skoro jestem w nim wezwany po imieniu i nazwisku. Już ten sam wstęp jest o tyle znamienny, że potwierdza poprzednią diagnozę, iż mamy do czynienia z kimś, kto w sposób wręcz niesłychanie bezczelny po prostu kłamie. Otóż odnosząc się do mojej wcześniejszej krytyki (do sprawdzenia tutaj) twierdzi następująco:


Ze swojej strony polecam porównać słowa Bańki z tym, co rzeczywiście napisałem był. Ten człowiek widocznie albo ma urojenia, albo świadomie i perfidnie oszukuje swoich odbiorców. A jeśli ktoś nie potrafi odróżnić już choćby czysto logicznie między nazwaniem czegoś kłamstwem, a nazwaniem kogoś kłamcą, to powinien sobie powtórzyć materiał z logiki na poziomie najwyżej szkoły średniej. Oczywiście pasuje do tego ponowne insynuowanie problemów psychicznych, mentalnych czy świadomościowych. Także tutaj Bańka jest wierny swojej metodzie: brakuje mu kontrargumentów, więc rzuca kłamliwymi i podłymi bluzgami, z których chyba najbardziej groteskowym jest porównanie do terrorystów. 

Bezczelne kłamanie Bańkowe łatwo stwierdzić także w kwestii mojego statusu kanonicznego: jest on wyraźnie podany w nagłówku niniejszego bloga. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to może bardzo łatwo sprawdzić, kierując zapytanie do kurii arcybiskupiej wiedeńskiej. 

Jednak atak Bańki skierowany ogólnie przeciw "tradycjonalistom". Już samo to określenie świadczy albo o elementarnej ignorancji, albo o świadomym oszukiwaniu odbiorców. Otóż tradycjonalizmem w historii teologii i Kościoła jest herezja z XIX wieku (Louis de Bonald, Félicité de Lammenais, Augustin Bonnety, więcej tutaj), potępiona przez Magisterium Kościoła jako odmiana paraprotestanckiego fideizmu, negującego zdolność rozumowego poznania Boga (Grzegorz XVI, Mirari vos oraz Singulari nos). Tak więc używanie tej nazwy dla określenia katolików wyznających wiarę katolicką nauczaną odwiecznie przez Kościół jest kłamliwe i podłe. 

W samym meritum Bańka opiera swoje wywody - pozornie i znowu kłamliwie - na bulli Bonifacego VIII z 1302 r. Unam sanctam. Posługuje się przy tym fałszywym tłumaczeniem, mówiąc o konieczności "posłuszeństwa". Natomiast odnośne zdanie w tekście oryginalnym brzmi (źródło tutaj):


Czyli po polsku:

Tak więc, oświadczamy, mówimy, określamy i ogłaszamy, że podleganie (subesse) Biskupowi Rzymskiemu jest każdemu stworzeniu ludzkiemu konieczne do zbawienia.

Już samo sformułowanie tego zdania, jako podsumowującego poprzedzające treści, wskazuje, że należy je rozumieć w ich kontekście i znaczeniu (text w ułomnym tłumaczeniu na polski znajduje się tutaj). Zaś zasadniczą treścią jest, że władza świecka i wszyscy ludzie podlegają władzy duchowej Biskupa Rzymu jako następcy św. Piotra i zastępcy Jezusa Chrystusa na ziemi. Wypowiedź dotyczy więc najwyższego urzędu w Kościele, który jest sprawowany zastępczo, czyli ze zlecenia i w imieniu Jezusa Chrystusa. Nie ma tu mowy o posłuszeństwie, lecz o podleganiu (subesse). To jest formalne określenie, mianowicie jedynie o podleganiu władzy, bez jakichkolwiek określeń co do praw i obowiązków. Innymi słowy: czym innym jest podleganie, a czym innym posłuszeństwo. Można komuś podlegać, lecz w pewnych uzasadnionych sprawach być jemu nieposłusznym, np. gdy przekracza swoje kompetencje, nadużywa władzy, czy działa wbrew jej istocie i celowi. Bowiem władza papieska jest ze swej natury ograniczona, gdyż jest jedynie zastępcza, nie samodzielna i nie absolutna. Granice tej władzy zostały jasno określone przez Sobór Watykański I w konstytucji dogmatycznej Pastor aeternus o prymacie papieskim (źródło tutaj):


W polskim tłumaczeniu (źródło tutaj):

Aby wypełnić ten pasterski obowiązek, nasi poprzednicy zawsze oddawali się przepowiadaniu zbawiennej nauki Chrystusa wobec wszystkich ludów ziemi i z jednakową troską czuwali nad tym, aby tam, gdzie została przyjęta, była zachowywana czysta i bez skazy.

Dlatego też biskupi z całego świata, zarówno pojedynczo, jak i zgromadzeni na synodach, zachowując dawny zwyczaj kościołów oraz formę starożytnej zasady, zwracali się do Stolicy Apostolskiej zwłaszcza z tymi problemami, które dotyczyły zagrożeń dla wiary, aby przede wszystkim tam uzdrowić szkody powstałe w zakresie wiary, gdzie wiara nie może doznawać uszczerbku.

Biskupi Rzymu, jak sugerowały okoliczności czasu i spraw, czasem zwołując sobory ekumeniczne lub uwzględniając poglądy Kościoła rozproszonego po całym świecie, czasem synody partykularne, a czasem korzystając z pomocy innych środków otrzymanych od Bożej Opatrzności, definiowali naukę, którą należy zachować, a którą z Bożą pomocą poznali jako zgodną z Pismem Świętym i tradycjami apostolskimi.

Duch Święty został bowiem obiecany następcom św. Piotra nie dlatego, aby z pomocą Jego objawienia ogłaszali nową naukę, ale by z Jego pomocą święcie strzegli i wiernie wyjaśniali Objawienie przekazane przez apostołów, czyli depozyt wiary.

Ich naukę apostolską przyjmowali wszyscy czcigodni Ojcowie, a święci i prawowierni Doktorzy czcili ją i wypełniali, ponieważ byli w pełni świadomi, że ta Stolica św. Piotra pozostaje zawsze wolna od jakiegokolwiek błędu, zgodnie z Bożą obietnicą Pana naszego i Zbawiciela, udzieloną księciu Jego uczniów: „Ja prosiłem za tobą, aby nie ustała twoja wiara, a ty nawróciwszy się utwierdzaj twoich braci”.



Tak więc zasada podległości władzy papieskiej nie ma nic wspólnego z posłuszeństwem dla swawoli aktualnie sprawujących władzę. Sobór jednoznacznie określa, że ogłaszanie nowej nauki jest sprzeczne z istotą i rolą władzy papieskiej, tym samym nie może pochodzić od Ducha Świętego. Tę prawdę Bańka przemilcza, a widocznie nawet milcząco odrzuca, maniakalnie napominając znienawidzonych przez siebie "tradycjonalistów" do ślepego posłuszeństwa, typowego dla sekt, a nie dla Kościoła Chrystusowego. 

Reszta wywodów Bańki to jak zwykle chaotyczno-maniakalny bełkot, powtarzający w kółko płytkie frazesy, bez choćby próby solidnego podejścia do źródeł, na które się powołuje. Tak np. Bańka twierdzi, że Sobór Watykański II wydał trzy (!) "dokumenty dogmatyczne", do których zalicza konstytucję o liturgii: 


Świadczy to nie tylko o wybitnej niekompetencji, lecz o wręcz haniebnym niechlujstwie w traktowaniu odbiorców, skoro nawet nie chciało mu się sprawdzić w ogólnie dostępnych źródłach. Wtedy musiałby stwierdzić, że V2 wydało
dwie konstytucje dogmatyczne (Dei Verbum oraz Lumen gentium), natomiast konstytucja o liturgii nawet w nazwie nie jest dogmatyczna. No cóż, widocznie nienawiść do katolików w połączeniu z bezczelną pewnością siebie i brakiem szacunku dla publiczności dławią w nim już nawet zwykłą przyzwoitość. 

O niechlujstwie przygotowania świadczy zresztą także tak proste uchybienie jak błędna ortografia:



Innym kłamstwem Bańki jest twierdzenie, jakoby w Lumen gentium 15 była mowa o "kręgach
przynależności" do Kościoła:


Otóż nie ma nigdzie mowy o "kręgach przynależności", ani w Lumen gentium, ani w żadnym innym dokumencie. Tym samym Bańka oszukuje odbiorców, mieszając przynależność do Kościoła i ukierunkowanie czy przyporządkowanie ku Kościołowi, o którym mówi Lumen gentium. To pomieszanie zapewne nie jest przypadkowe, gdyż Bańce widocznie zależy na tym, by traktować niekatolików jako przynależących do Kościoła Chrystusowego, co jest oczywiście sprzeczne z nauczaniem także Vaticanum II. 

Następnym kłamstwem Bańki są te słowa:


Tutaj Bańka ponownie wykazuje albo elementarną nieznajomość prawa kanonicznego, na które się powołuje, albo świadome oszukiwanie odbiorców. Otóż Kodex Prawa Kanonicznego wyraźnie odróżnia między obowiązkiem posłuszeństwa wiary, a obowiązkiem pobożnej uległości (źródło tutaj):


Wyjaśniam: nie ma i nigdy nie było obowiązku przyjmowania z wiarą każdego zdania jakiegokolwiek soboru. Takie posłuszeństwo przysługuje tylko tym zdaniom Magisterium Kościoła, które stanowią depozyt wiary przekazany przez Apostołów, czyli prawdy wiary katolickiej, NIC innego. Także "pobożne posłuszeństwo" nie przysługuje każdemu nauczaniu papieży czy kolegium biskupów, lecz jedynie odnośnie prawd wiary i moralności, a to nauczaniu podawanemu autentycznie, czyli we wierności depozytowi wiary przekazanemu przez Apostołów. 

O podejściu do źródeł na poziomie szkoły podstawowej świadczy powoływanie się na tzw. Dictatus papae oraz kanon 333 Kodexu Prawa Kanonicznego:



Dokument Grzegorza VII, który nigdy nie został opublikowany jako oficjalne nauczanie papieskie, lecz stanowi jedynie ważny etap w rozwoju teologii papiestwa, ma charakter zasadniczo roszczeń prawnych, aczkolwiek nigdy nie ujętych formalnoprawnie. Jego treść sprowadza się do uzasadnienia oraz charakterystyki władzy papieskiej (źródło tutaj). Szczególnie ciekawe są zdania zaznaczone:




Jak widać, tematyka jest dość szeroka: od pochodzenia Kościoła Rzymskiego od Boga, poprzez zasady, że wszyscy książęta mają całować tylko nogi papieża, że od jego orzeczenia nie ma odwołania, że nie może on być przez nikogo sądzony, aż to stwierdzenia, że Kościół Rzymski nigdy nie zbłądził i nigdy nie zbłądzi, oraz że katolikiem nie jest ten, kto nie zgadza się z Kościołem rzymskim. Jak widać, rozpiętość tematyczna jak też co do charakteru i rangi zdania, jest wielka. Istotne jest tutaj, że chodzi właściwie nie o papieża jako osobę, lecz o Kościół Rzymski, który trwa, w odróżnieniu od papieży, którzy się zmieniają. 

Natomiast podawany przez Bańkę kanon 333 § 3 ma charakter czysto prawny i odnosi się do aktów prawnych, nie do nauczania zwyczajnego. Bańka cytuje tylko jeden paragraf kanonu, mimo że umieszczony on jest w kontekście i po szerszych teologicznie zasadach, z których najważniejszą jest łączność z całym Kościołem:


Tak więc paragraf 3 ma charakter czysto proceduralny i dotyczy porządku prawnego w znaczeniu, że nie ma władzy wyższej nad papieżem. Nie oznacza to jednak absolutystycznej tyranii w znaczeniu narzucania swoich dowolnych wyroków Kościołowi. Innymi słowy: brak instancji wyższej umożliwiającej apelację od wyroków i dekretów Biskupa Rzymu nie oznacza, jakoby nie był on niczym związany. Jak każdy członek Kościoła, jest on człowiekiem wyposażonym w wolną wolę i tym samym w możliwość zgrzeszenia także przeciw wierze, także przez popadnięcie w herezję wraz ze skutkami prawnymi, czyli zaciągnięciem na siebie exkomuniki oraz utraty urzędu kościelnego (o czym mówi kanon 1331). Wprawdzie teologowie katoliccy uważają zajście takiej sytuacji za mało prawdopodobne, jednak uważają, że na podstawie Bożego Objawienia nie jest wykluczone. 

Następnie Bańka rozwija swój zarzut schizmy po stronie tzw. tradycjonalistów, wymieniając trzy grupy: sedewakantyzm, sedeprywacjonizm i lefebvryzm. W typowy prostacki sposób, bez jakiegokolwiek uzasadnienia prawnego czy teologicznego orzeka, iż te grupy są poza Kościołem. Stosuje przy tym widocznie urojoną definicję schizmy, nie mającą podstaw ani w prawie kościelnym, ani w teologii katolickiej (pisałem już o tym tutaj). Wszak ani Stolica Apostolska, ani żaden biskup nie wydał oficjalnego orzeczenia, jakoby "tradycjonaliści" byli w schiźmie. Tak więc mamy w tej sprawie jedynie oficjalne orzeczenie "papieża" Bańki z Tychów i to ex cathedra, który zresztą nawet nie potrafi poprawnie, z właściwym akcentem wypowiedzieć tego łacińskiego słowa (właściwy akcent jest na pierwszej sylabie, gdyż "e" jest w tym wyrazie krótkie, por. poprawną wymowę łacińską tutaj), co dla profesora filozofii jest po prostu hańbą. 

Szerzej Bańka omawia stanowisko Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, które nazywa "lefebvryzmem". Jedynym "argumentem" papieża z Tychów jest, iż tylko kilku biskupów sprzeciwia się Vaticanum II, odrzucając jego nauczanie, przez co fałszywie sugeruje, jakoby przewaga liczebna decydowała o prawdziwości. Ponadto znowu maniakalnie powtarza, iż nie wolno oceniać postanowień papieża. Dodatkowo perfidnie kłamie, jakoby zastrzeżenia odnośnie wypowiedzi Franciszka opierały się na fejknjusach, a nie miały poważnych, solidnych podstaw:


Tym samym wywody Bańki sprowadzają się do potupywania na katolików, by trzymali się większości biskupów będących w jedności z Franciszkiem, bo to jest "bezpieczna droga". Według jego logiki zbędna jest znajomość prawd wiary katolickiej, nauczania Kościoła sprzed Vaticanum II, pism świętych Doktorów Kościoła, a nawet jest szkodliwe, gdyż "odcina" od owej większości. No cóż. To jest myślenie na poziomie - z całym szacunkiem dla prostych a pożytecznych zawodów - sprzątaczki, kasjerki, czy pracownika fizycznego, który w życiu nie przeczytał choćby jednej książki. Bańka ma dla wszystkich razem prostą receptę: wiedzieć tylko tyle, że trzeba i wystarczy słuchać Franciszka i biskupów, którzy się z nim zgadzają. 

Na koniec Bańka wyznaje swoim odbiorcom, że nie odpowie na tytułowe pytanie:


Uzasadnienie jest znowu porażająco debilne, gdyż miesza dwie różne kwestie: co jest konieczne do zbawienia, oraz kto będzie zbawiony. 

Wyjaśnieniem jest tutaj chyba, gdy Bańka sam demaskuje swoją mentalność, twierdząc, jakoby myślenie "zero-jedynkowe", które jest przecież podstawą logicznego myślenia, było "sekciarskie":



No cóż. Widocznie według Bańki cała cywilizacja europejska i chrześcijańska, zbudowana na zero-jedynkowej logice klasycznej, czyli odróżnieniu prawdy od fałszu, z techniką komputerową włącznie, jest sekciarska...

Na koniec Bańka udaje pobożnego, wskazując zgorszonym palcem na "tradycjonalistów":


Oczywiście Bańka nie podaje dowodów ani nawet przykładów rzekomego lżenia i znieważania papieża. Tym samym perfidnie sugeruje, jakoby to czynili opluwani przez niego "tradycjonaliści". To opluwanie przez Bańkę oczywiście wcale nie jest lżeniem, znieważaniem, ani nawet kłamliwą, podłą insynuacją, nie mającą podstaw w faktach, zrodzoną w demonicznych urojeniach Bańki...


Podsumowując

Aleksander Bańka znowu popisał się wybitną perfidią i obłudą, zresztą typową dla środowisk tzw. charyzmatycznych. 

Traktując poważniej jego kłamliwy, choć słodkawo prezentowany bełkot, nie trudno dostrzec, że idzie to w kierunku nie tyle papolatrii - gdyż Bańka nie nawołuje do posłuszeństwa wszystkim papieżom, ze świętymi Piusem X i Piusem V włącznie - lecz obłudnie i absurdalnie próbuje forsować Franciszko-latrię. Widocznie ignoruje fakt, że katolicyzm nie jest papizmem, a tym bardziej prywatną sektą wyznawców aktualnie sprawującego władzę. Sam Pan Jezus w bardzo ostrych słowach zwyzywał Piotra wobec innych uczniów, gdy ten stawiał swoje własne, ludzkie myślenie ponad nauczaniem i drogą wyznaczoną przez Zbawiciela (Mk 8, 31-33):

I zaczął ich pouczać o tym, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, musi być odrzucony przez starszych, arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie i musi być zabity, a po trzech dniach zmartwychwstać. I mówił o tym otwarcie. A Piotr wziął go na stronę i począł go upominać. Lecz On odwrócił się, spojrzał na uczniów swoich i zgromił Piotra, mówiąc: Idź precz ode mnie, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boskie, tylko o tym, co ludzkie.

Także św. Paweł nie wahał się publicznie upomnieć sprawującego swój urząd św. Piotra, gdy ten czynił ustępstwa na rzecz żydujących (iudaizantes): 

A gdy przyszedł Kefas do Antiochii, przeciwstawiłem mu się otwarcie, bo też okazał się winnym. (Gal 2, 11)

Tak więc już Pismo św. poświadcza, iż zarówno św. Piotr jak też jego następcy nie są bożkami, którym należy się bezwzględny hołd i ślepe posłuszeństwo. Sprzeciw wobec osobistych poglądów i pomysłów sprzecznych z odwiecznym nauczaniem Kościoła, a nawet z Bożym Objawieniem jest w świetle wiary katolickiej nie tylko dopuszczalny, lecz nawet konieczny. Natomiast mentalność reprezentowana przez A. Bańkę - już nawet pomijając fakt, że jest obłudna, gdyż ewidentnie odnosi się nie do wszystkich papieży - nie tylko poniża Kościół sprowadzając go do poziomu autorytarnej sekty podległej aktualnie sprawującym władzę, lecz czyni go odrażającym dla każdego człowieka myślącego trzeźwo i krytycznie. To jest droga antyewangelizacyjna, gdyż podstawą ewangelizacji - czyli nauczania Objawienia Bożego - nie są sugestywne kłamstwa wpajane w słodkim nastroju, lecz poznanie rozumowe, jasne argumenty oraz twarda prawda wymagająca nawrócenia. 

Natomiast prezentowanie katolicyzmu w stylu protestanckich sekt, jak ma to miejsce w tzw. ruchu charyzmatycznym, gdzie tzw. spotkania modlitewne niewiele się różnią od spotkań zborów protestanckich, jest nie tylko zafałszowaniem prawdy Ewangelii przekazanej w Tradycji Kościoła, lecz oszukiwaniem ludzi, którzy szukają prawdy, a zamiast niej są pętani emocjami oraz dynamiką grupową, typową dla sekt. Dość wyraźnym przykładem jest właśnie A. Bańka, człowiek z pozycją pracownika naukowego, który w dziedzinie wiary wykazuje wręcz haniebne niechlujstwo, infantylność, obłudę i chyba nawet niestety programowe zakłamanie, za co jest wynagradzany przez swoje władze kościelne. Tym samym odpowiedzialność spada także na nie, co świadczy o dogłębnej zapaści nie tylko religijnej, lecz także moralnej i intelektualnej struktur modernistycznych. 



P. S. 

Przypadkowo trafiłem na to, co A. Bańka pisze o sobie:



To potwierdza, że ma on dziwne, a właściwie skrzywione aspiracje, które są właściwie infantylne. 

Czy interpretacja x. Różyckiego rozwiązuje problem koronki s. Faustyny? (z post scriptum)


Temat był już na niniejszym blogu poruszany (odsyłam do poprzednich wpisów jak https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/czy-mozna-ofiarowac-panu-bogu-bostwo.html oraz innych, które można znaleźć przy pomocy etykiety "koronka"). Widocznie nadal jest zapotrzebowanie.






Najpierw trzeba przypomnieć, że jeszcze w latach 1958 oraz 1959 Stolica Apostolska oficjalnie oceniła negatywnie rzekome objawienia s. Faustyny (źrodło tutaj):



Notyfikacja Świętego Oficjum, czyli najwyższego urządu Stolicy Apostolskiej, mimo złagodzonej formy, wyraźnie zakazała rozpowszechniania:


(źródło tutaj, str. 271)

Tłumaczenie: 


Ten zakaz nigdy nie został formalnie odwołany. 

Kłamliwe jest przedstawianie tegoż orzeczenia, jakoby chodziło tylko o kwestie duszpasterskie, przy czym o braku kompetencji - bądź o niechlujstwie - w temacie świadczy nazwanie Świętego Oficjum "Kongregacją Doktryny Wiary: 




Zaś pytanie dotyczy wprost książki autorstwa x. Ignacego Różyckiego, profesora teologii dogmatycznej z Krakowa, wydanej pierwotnie po francusku. X. Różycki uważany jest powszechnie za tego, który teologicznie uratował s. Faustynę, mimo potępiających dekretów wydanych przez władze kościelne oraz mimo opinii wielu teologów, zarówno polskich jak taż zagranicznych. Nie bez znaczenia jest fakt, że ks. Różycki był profesorem i też promotorem kariery kleryka a potem młodego kapłana Karola Wojtyły. 

Odniosę się punkt po punkcie do przesłanych mi zrzutów fragmentów książki.


Autor przyznaje, że rozumienie "Bóstwa" w znaczeniu natury Boskiej implikuje nieuchronnie heretyckość tej formuły. Dlatego usiłuje wykazać, że należy "Bóstwo" w tym miejscu rozumieć inaczej. 
W tym celu twierdzi najpierw, że ta formuła znajduje się dosłownie już w definicji dogmatycznej Soboru Trydenckiego, jednak nie przytacza tej definicji. Czy celowo? Widocznie tak. Przytoczmy ją więc (dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, sesja XIII):


Tak więc po pierwsze jasne jest, że w dekrecie jest mowa o Realnej Obecności Jezusa Chrystusa, tzn. że w Eucharystii wraz z Ciałem i Krwią Chrystusa obecna jest także Jego Dusza wraz z Bóstwem, czyli cały Chrystus. Tym samym jasne jest, że w tym sformułowaniu soborowym "Bóstwo" ewidentnie oznacza Boską Naturę Jezusa Chrystusa. Tym samym powoływanie się na Sobór Trydencki zupełnie nie wspiera argumentacji autora, a nawet ją podważa. Czym innym jest bowiem mówienie o obecności eucharystycznej, a czym innym o ofiarowaniu. Ofiara eucharystyczna jest uobecnieniem Ofiary na Kalwarii. Innymi słowy: jest uobecnieniem tego, co uczynił Syn Boży na Krzyżu. A złożył ofiarę ze Swego człowieczeństwa, gdyż jego ludzkie życie zostało zabite, nie życie boskie, nie natura i istota boska. Twierdzenie przeciwne jest absurdalne, heretyckie i bluźniercze. Owszem, na Krzyżu dokonało się radykalne samouniżenie Syna Bożego, ale nie ofiarowanie Bóstwa, gdyż Syn Boży także na Krzyżu był istotowo zjednoczony z Ojcem. Na tym polega wielkość tego uniżenia i tej ofiary z człowieczeństwa. 

Zupełnie nie wiadomo skąd x. Różycki dołącza tutaj swoją tezę, że "w tej definicji 'Bóstwo' nie oznacza natury Boskiej wspólnej trzem Osobom". Jest to ewidentna nieprawda i wręcz herezja. Czyżby autor negował obecność Bóstwa Jezusa Chrystusa - współistotnego Ojcu - w Eucharystii? Zamiast wyjaśnienia czy zadeklarowania się - co oznaczałoby nieuchronnie heretyckość - powtarza swoją bezpodstawną tezę, że Bóstwo oznacza "bezpośrednio - tzn. dokładnie, ściśle - osobę Boską Jezusa". Czyni tutaj absurdalne rozróżnienie: "Natura Boska jest w niej wyrażona tylko pośrednio, tzn. przez pośrednictwo osoby; w konsekwencji jest ona wyrażona tylko jako właściwa Jezusowi, prawdziwemu Synowi Boga". Nasuwają się więc pytania: Jakie to jest w końcu Bóstwo? Jest ono tożsame z Bóstwem Ojca i Ducha czy nie? Skoro "Bóstwo" ma oznaczać Osobę, to dlaczego z tej osoby wyłączone są dusza, ciało i krew, czyli człowieczeństwo?

Ponadto x. Różycki zapomniał widocznie o pojęciu Osoby Jezusa Chrystusa zdefiniowanym już na Soborze Chalcedońskim jako unia hipostatyczna: Osoba Wcielonego Syna Bożego jednoczy Bóstwo i Człowieczeństwo, bez ich pomieszania. Jakim prawem więc x. Różycki przypisuje Osobie Jezusa Chrystusa tylko Bóstwo? Co jest z Jego Człowieczeństwem? Jakie to jest Bóstwo, skoro nie jest Bóstwem Trójcy Przenajświętszej? To niestety zakrawa na brak elementarnej wiedzy chrystologicznej, a nawet na heretycki, quasi ariański pogląd odnośnie godności Jezusa Chrystusa. Idźmy dalej.


Tutaj niestety potwierdza się, że x. Różycki odróżnia między Boską Naturą Trójcy Przenajświętszej a naturą Boską właściwą "Boskiej osobie" Jezusa Chrystusa. To brzmi niestety dość dokładnie jak herezja ariańska.

Następnym argumentem x. Różyckiego jest modlitwa anioła z Fatimy podana przez s. Łucję. Autor przemilcza, że ta modlitwa jest znana dopiero z późniejszych zapisków s. Łucji i nie wchodzi w skład uznanych przez Kościół objawień Matki Bożej w Fatimie. Tym samym ten argument nie ma zupełnie żadnej wartości teologicznej, a stanowi wręcz oszustwo, sugerując, jakoby chodziło o uznane przez Kościół objawienia fatimskie. Zaś problem teologiczny jest tego samego rodzaju co w sformułowaniu koronki s. Faustyny. Tak więc x. Różycki popełnia błędne koło: argumentuje na rzecz danej formuły za pomocą takiej samej formuły bez jakiejkolwiek wartości autorytatywnej.


Tutaj x. Różycki nagle powraca do chrystologii. Niestety tylko pozornie i kłamliwie. Twierdząc, że "formuła ta" jest od Soboru Chalcedońskiego "zwyczajnie" używana w odniesieniu do Bóstwa Chrystusa w znaczeniu "Boskiej osoby Jezusa", nie podaje żadnych przykładów. I słusznie. Bo takich przykładów po prostu nie ma ani w dokumentach Kościoła ani w pismach Doktorów Kościoła, czy teologów uznanych i zalecanych oficjalnie przez Kościół. W języku Kościoła, stosującym wiernie chrystologiczne dogmaty wiary katolickiej, Bóstwo, divinitas, zawsze odnosi się do Boskiej natury wspólnej bez żadnej różnicy wszystkim Trzem Osobom Boskim. Twierdzenie przeciwne jest po prostu kłamstwem.

X. Różycki broni koronkę przed rozumieniem Bóstwa jako natury Boskiej o tyle słusznie, że wówczas ofiarowanie Bóstwa byłoby albo logicznym absurdem (jako ofiarowanie Bóstwa Bogu) albo ewidentną herezją ariańską, zakładającą różnicę między Bóstwem Syna i Bóstwem Ojca. W kierunku tej drugiej myśli idzie tok rozumowania x. Różyckiego. Mówi bowiem: "Jasne jest, że Bóstwem Jezusa - rzeczywiście odrębnym w stosunku do Bóstwa Ojca - jest właśnie Jego Boska osoba". Muszę tutaj najpierw zwrócić uwagę na fałszywe tłumaczenie: distincte oznacza nie "odrębna" lecz "różna". Tym samym jest tutaj dość jednoznacznie wypowiedziana herezja: według x. Różyckiego Bóstwo Jezusa Chrystusa jest różne (distincte) od Bóstwa Boga Ojca. Jest to nic innego jak zaprzeczenie wyrażenia zdefiniowanego dogmatycznie już na Soborze Nicejskim, że Syn Boży jest współistotny Ojcu (ομοουσιος τω Πατρι) czyli tożsamy z Ojcem co do istoty (ουσια) oraz natury (φυσει). To jest elementarz chrystologii katolickiej. Mimo tego x. Różycki uporczywie powtarza swoją tezę: "To, co on ofiaruje Ojcu Przedwiecznemu, to nie jest, ściśle mówiąc Bóstwo, lecz Bóstwo właściwe Synowi". To jest wystarczająco dobitne wyrażenie ewidentnie heretyckiego poglądu. Aż trudno uwierzyć, by takie zdanie mógł wypowiedzieć teolog katolicki. 


Ponadto w zdaniu "to, co recytujący ofiaruje Ojcu Przedwiecznemu, to w ostateczności jest cała osoba Jezusa, tzn. tak jego Boska osobowość, jak całe Jego człowieczeństwo, złożone z ciała, krwi i duszy" mamy ponownie do czynienia z pomieszaniem pojęciowym. Tutaj x. Różycki wprowadza nowe odróżnienie, mianowicie "Boska osobowość", a poprzednio mówił o "Boskiej osobie" różnej od Boskiej natury. Nie wyjaśnia tego pojęcia. Jego użycie wynika więc widocznie z powodów stylistycznych, czyli autor stosuje pojęcia "osoba" i "osobowość" zamiennie. Tym samym niczego to nie zmienia w toku jego myśli.

Nowy element zawarty jest natomiast w wyrażeniu "to ofiarowanie całego Jezusa". Słuszne jest wskazanie na Ofiarę Jezusa Chrystusa, w którą wierny może się włączyć duchowo. Jednak ta prawda nie ma żadnego wpływu na treść teologiczną formuły poprzedniej, w której jest mowa o ofiarowaniu Bóstwa. Innymi słowy: także Jezus Chrystus, Syn Boży, nie ofiarował Bogu Ojcu Swojego Bóstwa, lecz samego Siebie. Właśnie dlatego konieczne było Wcielenie, gdyż ofiarowanie Syna Bożego bez natury ludzkiej nie miałoby sensu i nie byłoby możliwe z powodu jedności Osoby Ojca i Osoby Syna w tej samej naturze Boskiej. Tylko przez Wcielenie i dzięki Wcieleniu możliwa jest Ofiara Syna współistotnego Ojcu co do Bóstwa. Dlatego właśnie także człowiek nie może ofiarować Bóstwa Jezusa Chrystusa. Twierdzenie przeciwne jest bluźnierstwem negującym pośrednio Współistotność Ojca i Syna.

Podsumujmy. Nie jest moją intencją, ani nie mam możliwości oceny zamiaru x. Różyckiego. Pewne jest, że dostrzega on poważny problem teologiczny w ofiarowaniu Bóstwa, o ile rozumie się je zgodnie z pojęciowością katolicką, czyli w odniesieniu do Boskiej natury i istoty Jezusa Chrystusa. X. Różycki potwierdza, że takie ofiarowanie nie jest możliwe na gruncie teologii katolickiej. Dlatego właśnie usiłuje inaczej zinterpretować słowo "Bóstwo" występujące w koronce. Jednak jego próbę należy uznać po pierwsze za chybioną z powodu braku podstaw w teologii katolickiej, a po drugie za heretycką (ariańską), gdyż wyraźnie odróżniającą Bóstwo Syna Bożego Jezusa Chrystusa od Bóstwa Boga Ojca. Tym samym odmawianie koronki zgodnie z interpretacją x. Różyckiego jest niestety aktem popadnięcia w apostazję ariańską.



Post scriptum 

Przy okazji pewne dyskusji pojawiły się słuszne uwagi, które wymagają dopowiedzenia:








Mówiąc najprościej:
Pan Jezus ofiarował czyli oddał na krzyżu swoje ziemskie życie, nie swoją boską naturę, gdyż także umierając na krzyżu zachował ją tzn. pozostał w pełni Bogiem. Zabite - i tym samym ofiarowane - zostało tylko Jego życie ludzkie. 



Pytania


Ponadto nadeszły pytania, na które - z niewyjaśnionych przyczyn technicznych - niestety nie mogę odpowiedzieć w komentarzach.


1.

Nie można, ponieważ tak zwana "wymiana przymiotów" nie oznacza utraty czy zaprzeczenia przymiotów właściwych danej naturze. Jedność Osoby Jezusa Chrystusa umożliwia i uzasadnia powiedzenie więcej, a nie mniej o danej naturze.

Określił to po raz pierwszy papież św. Leon I w swoim słynnym Tomus ad Flavianum. Według niego można powiedzieć zarówno, że Syn Człowieczy zstąpił z nieba, jak też że Syn Boży został ukrzyżowany. Herezją jest natomiast powiedzenie, jakoby natura boska - czyli bóstwo - została ukrzyżowana, gdyż oznaczało by to, że został ukrzyżowany także Bóg Ojciec i Duch Święty, którzy są przecież tą samą, jedną naturą czyli bóstwem. Innymi słowy: "communicatio idiomatum" nie może zaprzeczać jedności Trójcy Przenajświętszej. Z tego powodu nigdy nie stosuje się tutaj pojęć abstrakcyjnych, tzn. fałszywe teologicznie byłoby powiedzenie, że człowieczeństwo Jezusa Chrystusa zstąpiło z niebo (co jest ewidentną nieprawdą, gdyż Zbawiciel wziął człowieczeństwo od Swojej Matki) i tak samo że Bóstwo Jezusa Chrystusa zostało ukrzyżowane czyli ofiarowane.


2.


Wystarczy spojrzeć na text dekretu biskupa z 1930 r. uznającego objawienia fatimskie: podane jest dosłownie, że uznane są jedynie te objawienia, które miały miejsce od 13 maja do 13 października.


Sprawa późniejszych zapisków s. Łucji jest niejasna. Literatura na temat objawień fatimskich jest zwykle niestety na kiepskim poziomie i nie przywiązuje wagi do kwestij źródłowych. Pewne jest, że s. Łucja spisywała dodatkowe informacje dopiero po roku 1930, o czym mówi chociażby Encyclopedia Britannica:



Dopiero w drugim wydaniu swoich wspomnień, już będąc w klasztorze, s. Łucja wspomniała o objawieniach anioła w 1916 r.


(źródło tutaj)

To są ogólnodostępne informacje nawet na wiki:



Niestety nie są dostępne oryginalne wydania tych wspomnień. Nowe wydania całości nie są mi znane. Do nowych opracowań należy podchodzić ostrożnie, chociażby dlatego, że nie mają charakteru naukowego.


Post scriptum 

Jeden z komentarzy wskazuje na "odwołanie" notyfikacji Św. Oficjum z 1959 r., opublikowane rzekomo w notyfikacji w 1978 r. Chodzi o następujący text (dostępny tutaj):



Po pierwsze, od razu widać, że coś tu nie gra z drukiem, gdyż pojawiają się dziwne znaki, będące właściwie błędem drukarskim. Takie nagromadzenia błędów w jednym dokumencie nie występuje nigdzie poza tym. 

Po drugie, jest też błąd w samym tekście, gdyż jako "ta św. Kongregacja" ("questa S. Congregazione") wydająca notyfikację w 1978 r. nazywana jest Św. Kongregacja Św. Oficjum, która już w 1965 r. została przez Pawła VI przekształcona w Kongregację Doktryny Wiary.  

Po trzecie, zbiór dokumentów pod nazwą Acta Apostolicae Sedis jest rocznikiem ukazującym się dopiero w ciągu następnego roku kalendarzowego, czyli w tym wypadku w 1979 r. Tym samym bardzo łatwo jest "uzupełnić" ten zbiór, dodając dokument z datą wsteczną. Tak więc nie można wykluczyć, że dokument datowany 15 kwietnia 1978 r. faktycznie powstał dopiero po wyborze kard. Karola Wojtyły na papieża, czyli w październiku 1978 albo później. W każdym razie dopiero w 1979 r. jego następca na stolicy krakowskiej abp Macharski wydał imprimatur na wydanie "Dzienniczka". Zwlekanie z tym byłoby bardzo dziwne w kontekście interesu w sprawie. Zresztą przed rokiem 1979 nie ma także żadnego innego śladu o notyfikacji wydanej rzekomo 15 kwietnia 1978 r. 

Po czwarte, treść notyfikacji jest conajmniej dziwna. Najpierw podaje ona, że kierowane były zapytania, czy notyfikacja wydana w 1959 r. zakazująca rozpowszechniania "Dzienniczka" jest nadal obowiązująca. Nasuwa się konieczne pytanie, na jakiej podstawie kierowane było to zapytanie. Owszem, sprawa mogła być badana ponownie na podstawie rzekomo nieznanych w 1959 r. dokumentów, na wniosek strony zainteresowanej, czyli archidiecezji krakowskiej. O takim wniosku nic nie wiadomo, także notyfikacja o nim nic nie mówi. Tak więc widocznie taki wniosek nie istnieje. Czy więc istnieją dokumenty, na którym takowy wniosek by się opierał? W każdym razie nie wiadomo, jakie są to dokumenty. 

Po piąte, nawet jeśli notyfikacja powstała rzeczywiście przed wyborem kard. K. Wojtyły na papieża (co jest bardzo wątpliwe wobec powyższych faktów), to może ona świadczyć o tym, że miał już wtedy poważne wpływy w Watykanie, zwłaszcza po tym jak w 1976 r. wygłosił rekolekcje wielkopostne dla Pawła VI i Kurii Rzymskiej. 

Podsumowując:
Notyfikacja oznaczona datą 15 kwietnia 1978 r. nic nie wyjaśnia, lecz jedynie zaciemnia. Zarówno sposób jej opublikowania jak też treść jest conajmniej dziwna, co nasuwa poważne wątpliwości co do przejrzystości i uczciwości w sprawie. 

Czy warto w obecnych czasach iść za głosem powołania?

 


Mówiąc najkrócej: im trudniejsza jest sytuacja w Kościele, tym bardziej potrzeba dobrych kapłanów i osób zakonnych, i tym bardziej warto i trzeba iść za głosem powołania.

Jako że pytanie jest w znacznej mierze osobiste, a dotyczy wiele osób znanych mi także osobiście: gdybym rozważając wstąpienie do seminarium znał sytuację i problemy obecne, to nie wiem, czy miałbym odwagę. Z drugiej strony swego czasu ani nie znałem tradycyjnej liturgii, ani zgromadzeń tradycyjnych, ani teologii tradycyjnej, gdyż zostałem wychowany w Novus Ordo, w raczej przeciętnej w owym czasie parafii, a nie było internetu, ani oficjalnych miejsc z liturgią tradycyjną. Jeśli bym miał taką wiedzę, jaka jest obecnie dostępna dla młodego człowieka, to bym na pewno wybrał seminarium tradycyjne czy zakon tradycyjny. 

Pewne jest, że nowości i nowinki szybko przemijają, najpóźniej wraz z nowym pokoleniem. Przede wszystkim modernizm jest bezpłodny co do powołań, dlatego prze do święcenia żonatych i też kobiet, co oczywiście także nie jest rozwiązaniem. Dowodem są sekty protestanckie, gdzie są nawet "pastorzy" żyjący oficjalnie w związkach homosexualnych. Apostazja nie zatrzymuje się, aż dojdzie do ateizmu przynajmniej faktycznego, choć przez jakiś czas może pozostawać fasada religijności, jeśli daje jakieś wymierne korzyści (jak w przypadku krajów z podatkiem kościelnym). 

Dlatego po pierwsze warto iść za głosem powołania zwłaszcza w dzisiejszych czasach, a po drugie poddać się formacji w seminarium czy zakonie tradycyjnym, czyli nauczającym tradycyjną doktrynę katolicką, oraz praktykującym tradycyjną liturgię i dyscyplinę. 

X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...