Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty

Udzielanie święceń mężczyznom ze skłonnością homosexualną

 


Najpierw gwoli uzupełnienia: za pontyfikatu Benedykta XVI wydano dwa ważne dokumenty w tej kwestii, mianowicie

- 31 sierpnia 2005 r. Kongregacja Wychowania Katolickiego wydała Instrukcję dotyczącą kryteriów rozeznawania powołania w stosunku do osób z tendencjami homoseksualnymi w kontekście przyjmowania ich do seminariów i dopuszczania do święceń,

- 31 października 2008 r. ta sama Kongregacja wydała Zasady korzystania z dorobku psychologii w procesie przyjmowania kandydatów i ich formacji do kapłaństwa. 

Ten ostatni dokument zaostrzył kryteria przyjmowania do seminariów. Dobry przegląd problematyki daje artykuł x. Andrzeja Kobylińskiego (tutaj). Nawiasem mówiąc, jest to text na odpowiednim poziomie merytorycznym i naukowym, w przeciwieństwie do haniebnych textów i wypowiedzi x. D. Oko (więcej tutaj i tutaj). 

Odpowiedź na zadane pytanie zależy oczywiście od definicja pojęć, zarówno pojęcia skłonności, jak też pojęcia homosexualizm. Wprawdzie intuicyjnie i potocznie wydają się one jasne, jednak nie są zdefiniowane naukowo. W teologii od wieków jest znany grzech przeciw naturze, jakim jest sodomia, czyli akt "sexualny" przy użyciu narządów niewłaściwych dla prokreacji bądź użytych w sposób uniemożliwiający prokreację. Tak więc sodomia występuje także między osobami płci przeciwnej (tzw. sex oralny, analny), choć potocznie odnoszona jest błędnie tylko do osób tej samej płci. Różnica polega na tym, że osoby tej płci przeciwnej są zdolne do spółkowania zgodnego z naturą, natomiast gdy między osobami tej samej płci oczywiście nie jest możliwe spółkowanie zgodne z naturą. 

W tradycyjnej teologii moralnej nie ma w tym kontekście także pojęcia "skłonność" (inclinatio). Dopiero w nowszych dokumentach kościelnych, a nieco wcześniej w publikacjach teologicznych pojawiło się pojęcie "tendencja homosexualna", zapewne pod wpływem literatury świeckiej. W tradycji teologicznej jest mowa o grzechu, czyli akcie i to w myślach, słowach i czynach, oraz o pokusie. Pojęcie "skłonności" czy "tendencji" sugeruje jakby neutralność moralną, czy wręcz naturalność, co jest oczywiście sprzeczne z katolicką oceną aktów sexualnych między osobami jest samej płci. Są to pojęcia z dziedziny psychologii, nie z dziedziny moralności i teologii. To jest istotne dla właściwego ujęcia i zrozumienia problemu. Bowiem psychologia, operując takimi a nie innym narzędziami pojęciowymi, zarówno zakłada pewne ujęcie problemu, jeśli nie wręcz ocenę, jak też zmierza do wyznaczenia odpowiednich dla siebie środków. Dlatego nie należy mieszać, ani przejmować wprost perspektywy i pojęciowości psychologicznej, choć oczywiście można się posłużyć pomocniczo. 

W perspektywie teologicznej każda pokusa nawiązuje do natury ludzkiej zranionej i osłabionej przez grzech pierworodny. To zranienie na swoją postać także w sferze psychicznej, czego przejawem jest m. in. to, co psychologia nazywa skłonnością czy tendencją homosexualną. Jest to przejaw specyficzny, dotyczący na szczęście nikłego odsetka populacji rodzaju ludzkiego, choć w ostatnich dekadach szczególnie nagłaśniany, promowany i propagowany. Zjawisko samo w sobie nie jest nowe, lecz znane od zarania ludzkości. Nie przypadkowo nawet św. Paweł (Rz 1,26-28) o nim wspomina, podając równocześnie przyczynę, mianowicie odwrócenie się od prawdziwego Boga, diagnozując problem jako właściwie i dogłębnie duchowy, religijny. W tym świetle szczególnie jaskrawo rysuje się problem homosexualizmu w szeregach duchowieństwa, które jest przecież ustanowione dla służby prawdziwemu Bogu. 

Tyle tytułem wstępu dla nakreślenia problemu we właściwej perspektywie teologicznej. Oczywiście nie jest możliwe tutaj wyczerpujące omówienie. 

Odpowiadając konkretnie na zadane pytania:

1. Kryteria dopuszczenia do sakramentu święceń są dość jasno podane zarówno w Kodeksie Prawa Kanonicznego, jak też w podanych wyżej dokumentach Magisterium z 2005 i 2008 r. Zastosowaniem tych zasad są wytyczne Konferencji Episkopatu Polski wydane w 2021 r. (tutaj), gdzie jest powiedziane m. in.:


Wyjaśniam: skoro nie mogą być przyjęci do seminarium, to nie mogą też zostać dopuszczeni do święceń. Logiczne. 

Kodeks Prawa Kanonicznego podaje następujące przeszkody do godziwego przyjęcia święceń:

Jeśli by uznać "skłonność homosexualną" za chorobę psychiczną (infirmitas psychica), to jest to przeszkoda. 

2. Prawo kościelne wprost nie przewiduje kary za zatajenie "skłonności homosexualnej". Nie oznacza to, że biskup czy przełożony zakonny nie może wymierzyć kary według swego uznania. Kara kanoniczna musi mieć podstawy w prawie kanonicznym, tzn. dany czyn musi być kanoniczne zakwalifikowany jako karalny. Odnośnie do sakramentu święceń Kodeks Prawa Kanonicznego mówi o przeszkodach w wykonywaniu przyjętych święceń:


Tłumaczenie "popadł" w ostatnim zdaniu jest nietrafne, gdyż w oryginale łacińskim "afficitur" oznacza stan, a nie popadnięcie, tym samym odnosi się także do sytuacji, gdy ktoś był chory psychicznie już przy przyjmowaniu święceń. 

Zakaz wykonywania święceń nie zachodzi automatycznie, lecz musi zostać orzeczony przez ordynariusza. 

3. "Skłonność homosexualna" nie jest przeszkodą według litery Kodeksu Prawa Kanonicznego. To biskup ocenia, czy w danym przypadku zachodzi kanoniczna przeszkoda choroby psychicznej. Owszem, biskupa (i też przełożonych zakonnych) obowiązują zasady podane w wyżej wspomnianych dokumentach co do przyjmowania do seminariów, co ma oczywiście związek z dopuszczeniem do święceń, jednak faktycznie i prawnie są to różne sprawy. Instrukcje nie przewidują żadnej dyspensy z kryterium przyjmowania do seminarium. Zachodzi jednak kwestia, co się rozumie przez "tendencję homosexualną". Sprawa jest oczywista, gdy ktoś popełnia czy popełniał tego typu grzech. Trudno jest natomiast udowodnić "skłonność" czy "tendencję". 

4. Wykonywanie święceń przez osobę wyświęconą ważnie choć niegodziwie jest ważne. Natomiast godziwość zależy od wielu czynników, głównie od szczerej woli wiernego wykonywania przyjętych święceń, czyli sprawowania sakramentów dla chwały Bożej i zbawienia dusz, co oznacza także szczere dążenie do osobistej świętości według wymagań stanu duchownego. 

Joseph Ratzinger / Benedykt XVI - wspomnienie

 


Wraz z odejściem do wieczności Benedykta XVI dobiegła końca pewna epoka. Zakończyła się nie nagle, jej agonia zaczęła się wraz z abdykacją w 2013 r. Ta epoka trwała poniekąd od lat 60-ych, odkąd młody teolog x. Joseph Ratzinger począł mieć znaczący wpływ na myślenie części katolików i pasterzy Kościoła. Ten wpływ wzmógł się od lat 80-ych wraz z powołaniem go do Rzymu na urząd prefekta Kongregacji Doktryny Wiary. Apogeum nastąpiło oczywiście wraz z wyborem na Stolicę Piotrową. 

Nie czas jeszcze na podsumowanie teologicznej i pasterskiej działalności. W momencie emocjonalnego także dla mnie, żałobnego pożegnania skupię się na osobistych wspomnieniach. Nie są one wyłącznie osobiste, lecz powiązane dość ściśle z kontextem historyczno-kościelnym. 

Pierwszy raz znacząco zetknąłem się z nazwiskiem Joseph Ratzinger dopiero podczas studiów teologii w Austrii pod koniec lat 80-ych. Były to gromy i szyderstwa ze strony wykładowców w wyższej szkole filozoficzno-teologicznej werbistów (SVD) w Mödling koło Wiednia, gdzie jako alumn zostałem skierowany przez przełożonych na studia. Były to zarazem ataki na Jana Pawła II i właściwie całość myślenia jako tako katolickiego. Ratzinger był atakowany za zdradę "postępu soborowego" na rzecz "konserwatyzmu" i "wstecznictwa" wojtyliańskiego. To wzbudziło moją sympatię i zainteresowanie, w wyniku czego kupiłem sobie jedyną książkę J. Ratzingera dostępną w sklepie przyklasztornym werbistów, zarazem - czego wówczas nie byłem świadomy - jego najbardziej modernistyczną, mianowicie "Wprowadzenie do chrześcijaństwa" (Einführung in das Christentum). W tym czasie natrafiłem też przypadkowo na artykuł o egzegezie biblijnej Schriftauslegung im Widerstreit, która była już wówczas jego ulubionym tematem (o czym świadczy jego ostatnia książka, trylogia chrystologiczna, napisana już podczas pontyfikatu). Czytałem go z wypiekami na twarzy, gdyż formułował i potwierdzał moje wątpliwości odnośnie traktowania Pisma św. przez wykładowców. To był ratunek w osamotnieniu myślowo-teologicznym, tym ważniejszy, że pochodzący od osoby piastującej jeden z najwyższych urzędów w Kościele. Po przejściu do seminarium archidiecezjalnego we Wiedniu i zarazem na studia w uniwersytecie wiedeńskim natrafiłem na "Raport o stanie wiary" (Zur Lage des Glaubens), który jeszcze bardziej pomógł mi w przyporządkowaniu i zrozumieniu aktualnej sytuacji w Kościele. Było to przeżycie zarówno intelektualne jak też emocjonalne. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z myślą, że istnieje i ma prawo istnieć liturgia tradycyjna. 

Jeszcze jako profesor w pierwszych latach po Vaticanum II x. Joseph Ratzinger jasno wypowiadał się przeciw zakazowi liturgii tradycyjnej, choć nie występował jako jej zwolennik, lecz opowiadał się za Novus Ordo. Nie krytykował też jakichkolwiek wprowadzonych oficjalnie nowości liturgicznych, jak skasowanie niższych święceń czy dopuszczenie Komunii dołapnej. Sprzeciwiał się jedynie nadużyciom niezgodnym z literą Novus Ordo. Jak się z czasem okazało, dla liturgii tradycyjnej żywił jedynie szacunek i sympatię wynikającą z miłości dla Kościoła i tradycyjnego katolicyzmu bawarskiego. Było to podejście typowe dla większości intelektualistów: konkretne obrzędy uważał za nieistotne i w pewnym sensie względne. Znamienny jest następujący przykład. Otóż w Monachium - gdzie przebywałem od 2002 r. - poznałem kapłana, który zasłynął swoim sprzeciwem wobec Komunii dołapnej. X. Wilhelm Schallinger napisał potem za pontyfikatu Benedykta XVI książkę w tej kwestii, opowiadając swoją walkę. Gdy rozmawiałem z nim po raz pierwszy jeszcze przed rokiem 2005, ku mojemu zaskoczeniu nie wyrażał się z uznaniem o ówczesnym Kardynale z okresu zarządzania archidiecezją, wręcz przeciwnie. X. Schallinger w momencie wprowadzenia Komunii dołapnej w Niemczech zgłosił swój sprzeciw, informując władze archidiecezji, że nadal będzie udzielał wyłącznie do ust i na klęcząco. Kardynał Julius Döpfner, poprzednik Ratzingera, choć z charakteru człowiek mocnej ręki w rządzeniu, okazał poniekąd zrozumienie i zaakceptował decyzję sumienia x. Schallinger'a. Wprawdzie odwołał go z posługi parafialnej, jednak starał się o przydzielenie mu duszpasterstwa poza parafią. Kardynał Ratzinger natomiast - według opowiadań x. Schallinger'a - nie wykazał żadnego zrozumienia, lecz krytykował za "sztywność" i nalegał na zmianę postawy, czyli zaakceptowanie Komunii dołapnej. Dopiero po latach, jako Benedykt XVI, widocznie zrozumiał słuszność postawy x. Schallinger'a, skoro w Rzymie zaczął udzielać Komunii św. wyłącznie na klęcząco i do ust. 

Osobiście spotkałem kard. Ratzinger'a po raz pierwszy w roku 1991. Było to podczas dorocznej letniej akademii teologicznej w Górnej Austrii, organizowanej przez raczej konserwatywnych duchownych i teologów. Kardynał przewodniczył głównej uroczystej Mszy św. oraz wygłosił wykład. Miałem zaszczyt jako jeden z alumnów służyć mu do Mszy św. Homilią byłem, przyznam szczerze, nieco rozczarowany. Mówił o bohaterze swoich studiów teologicznych, św. Augustynie (było to akurat jego święto), czyli był w swoich żywiole. Brakowało mi w tym treści teologicznej, a za dużo było o sercu, co na mój gust trąciło subiektywizmem. 

Drugie spotkanie miało miejsce w Rzymie w marcu 1993, gdzie byliśmy z pielgrzymką wyższych roczników seminarium Archidiecezji Wiedeńskiej. Zostaliśmy grupowo przyjęci przez Kardynała w siedzibie kongregacji. O jego wielkości świadczy fakt, że znalazł czas na prawie godzinne spotkanie z młokosami seminarzystami. Była nawet możliwość zadawania pytań (ich poziom nie był wygórowany, oględnie mówiąc). Treściowo nic nie pamiętam z tego spotkania. Pamiętam natomiast, że styl był profesorski, czułem się jak na seminarium uniwersyteckim, oczywiście na wysokim poziomie, a na koniec podał rękę każdemu. 

Trzecie spotkanie było najbardziej osobiste, choć typowe co do dystansu, którym Joseph Ratzinger się otaczał. Kontext był następujący: Paweł Milcarek, redaktor naczelny "Christianitas", prosił mnie na początku 2000 r. o pomoc w sprawie słynnego wykładu Kardynała na Sorbonie w temacie prawdziwości chrześcijaństwa (z listopada 1999 r.). Przez znajomego xiędza nawiązałem kontakt z ówczesnym austriackim współpracownikiem Kardynała i otrzymałem niemiecki oryginał wykładu (wersja francuska była tłumaczeniem z niemieckiego) wraz z pozwoleniem na tłumaczenie polskie i jego wydanie. Zrobiłem to dla "Christianitas", po czym - chyba w ramach wdzięczności - p. Milcarek załatwił mi zaproszenie na konferencję liturgiczno-teologiczną w opactwie Fontgombault w lipcu 2001 r., w imię i w duchu "reformy reformy", postulowanej od pewnego czasu przez Kardynała. Podczas tego spotkania w przerwie na prośbę Pawła Milcarka wręczyłem Kardynałowi egzemplarz "Christanitas" z polskim tłumaczeniem wykładu, na co Kardynał powiedział: "zwykle każemy sobie przysłać takie rzeczy" ("normalerweise lassen wir uns solche Dinge zuschicken"), ale jednak przyjął, oddając swojemu sekretarzowi. Potem na zewnątrz przed furtą klasztorną poprosiłem Kardynała o wspólną pamiątkę fotograficzną wraz z p. Milcarkiem, na co Kardynał przystał bez słowa. Nie przypuszczałem wówczas, że za niedługo będzie mi dane poznać go w inny sposób, już nie osobiście. 

Gdy od 2002 r. znalazłem się w Monachium dla skończenia studiów doktoranckich, trafiłem do najstarszej parafii, w samym sercu miasta. Jak się okazało, kościół parafialny św. Piotra, utrzymany, a właściwie odbudowany po wojnie i następnie ciągle utrzymywany bez jakichkolwiek "unowocześnień" posoborowych, był szczególnie bliski Kardynałowi z okresu jego arcypasterzowania. Jego późniejszy osobisty sekretarz, abp Georg Gänswein, kilka lat wcześniej mieszkał i posługiwał pomocniczo w tej parafii podczas swoich studiów doktoranckich w uniwersytecie monachijskim. Bez wątpienia można powiedzieć, że była to parafia najbardziej ratzingeriańska w mieście, może nawet w całej Bawarii, pod względem zarówno liturgicznym, jak też teologicznym i emocjonalnym. Chodzi o liturgiczne myślenie późnego Ratzinger'a, dążącego do "reformy reformy". Przykładowo:

- w niedziele i święta główna Msza św. była po łacinie, przynajmniej raz w miesiącu z chorałem gregoriańskim,

- Komunia św. była udzielana wyłącznie przy balaskach, gdzie każdy mógł uklęknąć,

- stale były używane ołtarze boczne do celebrowania prywatnych Mszy św., także według tradycyjnego Missale Romanum. 

Proboszcz sam nie był zwolennikiem liturgii tradycyjnej, jednak w duchu prawdziwej libertas bavarica ("leben und leben lassen") dawał jej także miejsce, przygarniając chętnie studiujących xięży, w tym także i mnie. Nie lubił jedynie exkluzywizmu typu wspomnianego wyżej x. Schallinger'a. W tym czasie spotykałem w zakrystii nie tylko obecnego abpa Gänswein‘a (gdy bywał przejazdem w Monachium), lecz także ówczesnego kardynała Leo Scheffczyk'a (m. in. przy okazji celebracji Mszy św. urodzinowej dla Otto von Habsburg'a) oraz obecnego kardynała Walter'a Brandmüller‘a (ówcześnie prałata przewodniczącego Papieskiego Komitetu Historycznego). Z tym ostatnim miałem też znajomość pośrednią o tyle, że jego gospodyni z czasu gdy był profesorem w Augsburgu, mieszkająca potem w okolicy Monachium, uczęszczała codziennie na moje Msze św. i zapraszała też czasem na obiady. Na moich Mszach św. bywał też Peter Seewald, autor wielu wywiadów i książek z kard. Ratzinger'em/ Benedyktem XVI. Do dziś nie potrafię sobie wyjaśnić, jak to się stało, że znalazłem się tak blisko słynnych ludzi i tym samym współczesnej historii Kościoła. Póki co nie dzielę się całą wiedzą dotyczącą tych osób. Może przyjdzie na to czas, Deo volente. 

Podczas posługi w tej parafii poznałem także x. Alfred'a Läpple, który był swego czasu nauczyciele i mentorem młodego Józefa Ratzinger'a. X. Läpple regularnie należal do grona kaznodziejów nowenny przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP. Na zakończenie nowenny proboszcz zapraszał grono kaznodziejów, w tym także mnie niegodnego, na kolację do bawarskiej restauracji. Tak się złożyło, że posługiwałem tam do lata 2005 r., więc tylko do pierwszych miesięcy pontyfikatu Benedykta XVI. Tym niemniej osobiste poznanie środowiska, z którego on pochodził, bardzo mi pomogło w zrozumieniu zarówno jego osoby jak też mentalności i myślenia. 

Oczywiście zetknąłem się także z jego przeciwnikami. Otwarty sprzeciw był wyraźny do 2005 r. Po wyborze na papieża także przeciwnicy i wrogowie zasadniczo przycichli, przynajmniej w Bawarii. Co oczywiście nie oznaczało zmiany poglądów czy nastawienia, lecz powodowane było raczej wyczuciem chwili i kulturą, nawet swego rodzaju lojalnością patriotyczno-bawarską i kościelną. Dla porównania zupełnie inaczej było wtedy w Austrii, gdzie moderniści tym bardziej poczuli się zagrożeni i wystartowali z nowym wydaniem nieboszczyka "plebiscytu kościelnego" (Kirchenvolksbegehren) w postaci pseudoklerykalnej "inicjatywy proboszczów" (Pfarrerinitiative). Nie kryli się oni z tym, kto jest ich wrogiem i celem ataków, nawet jeśli nie wymieniali imienia. 

Więcej dobrego wychowania i kultury wykazały także wydziały teologiczne, w tym rodzimy wydział nowego papieża w Monachium. Nie było w tym środowisku paniki czy zawiści, ani euforii typu sytuacji w Polsce po wyborze kardynała Wojtyły. Nie było też lawiny wykładów czy konferencyj odnośnie myśli J. Ratzinger'a. Pierwsze seminarium w temacie jego teologii przypadło mi poprowadzić. Tak się złożyło, że w semestrze zimowym 2005 r. w ramach przygotowywania habilitacji zacząłem nauczanie w katedrze teologii fundamentalnej, tej katedrze, gdzie młody J. Ratzinger zdobył doktorat i habilitację. Ku mojemu zdziwieniu były to wówczas chyba jedyne zajęcia w tym temacie przynajmniej w Monachium. Frekwencja studentów była dobra, ale niewiele więcej niż przeciętna. Podejrzewam, że wyglądało by sporo inaczej, gdyby papieżem został ktoś taki jak chociażby Walter Kasper, który miał wielu gorliwych fanów zarówno na wydziale uniwersytetu LMU, jak też na innych uczelniach w Monachium, zwłaszcza na uczelni jezuickiej. 

Podobne były reakcje na płaszczyźnie parafialnej, kurialnej i diecezjalnej w Monachium. Przycichły polemiki, kpiny i szyderstwa pod adresem J. Ratzinger'a. Jednak równocześnie wzmogła się opozycja i subwersja, a to na wyższych szczeblach. Wśród duchowieństwa parafialnego przeważała lojalna cisza, a jedynie konserwatywni poczuli wiatr w żaglach, żywiąc nadzieje na lepsze czasy dla Kościoła. Te nadzieje oczywiście nie pozostały niezauważone przez modernistów, którzy przystąpili do brutalniejszej, choć podjazdowej walki zwłaszcza z liturgią tradycyjną. Tak było na szczeblu zarówno diecezjalnym jak też rzymskim. Dlatego właśnie zajęło Benedyktowi XVI ponad 2 lata przygotowywanie publikacji motu proprio Summorum Pontificum. Sprzeciw był mocny. W tym czasie nie posługiwałem już na parafii w Monachium, lecz potrzebowałem miejsca stałej celebracji Mszy św. tradycyjnej. Najpierw miałem codziennie Mszę św. w kościele rektoralnym na terenie parafii św. Piotra. Krótko przed publikacją motuproprio "SP" miała miejsce prowokacja, typowa dla modernistów grasujących w kręgach tradycyjnych. Otóż kapłan, który zwykle celebrował Msze św. tzw. indultowe w niedziele, mimo że z przekonań był modernistą i to z nieciekawą przeszłością moralną (wyświęcony w diecezji ratyzbońskiej, porzucił wkrótce kapłaństwo dla kobiety, a gdy "żona" zachorowała na MS, porzucił ją i został "miłosiernie" przywrócony do wykonywania święceń kapłańskich w archidiecezji monachijskiej akurat przez ówczesnego arcybiskupa kard. J. Ratzinger'a), pojawiał się na moich Mszach św. wraz ze swoją gospodynią, wyciągając łapki do Komunii św., a następnie - po przewidywalnej odmowie z mojej strony - śląc skargi na mnie do kurii arcybiskupiej. W wyniku tych działań musiałem szukać innego miejsca celebracji. Nawiązałem kontakt z kilkoma proboszczami, znanymi z sympatii czy przynajmniej otwartości dla liturgii tradycyjnej. Zbiegło się to czasowo z publikacją motu proprio "SP", więc proboszczowie bez oporów zgadzali się, także na prośbę wiernych, którzy pragnęli uczestniczyć. Po kilku dniach jednak dostawali telefony z kurii z nakazem usunięcia mojej Mszy św. Bez formalnego aktu prawnego pouczono proboszczów, że takie przypadki jak mój należy zgłaszać do kurii, co było oczywiście sprzeczne z motu proprio. Proboszczowie nie byli jednak w stanie sprzeciwić się kurii. Widać było, że moderniści stali się jeszcze bardziej zuchwali, zapewne z lęku o swoją pozycję w Kościele, także widząc powodzenie liturgii tradycyjnej w młodym pokoleniu, zwłaszcza u młodych xięży. 

Po pewnym czasie przydzielono mi - oczywiście za wiedzą i milczącą zgodą kurii - na terenie parafii franciszkanów kaplicę na wyłączne użytkowanie. Była niewielka, mieściła kilkanaście do dwudziestu osób, ale położona w centrum, i przede wszystkim dostępna praktycznie zawsze, gdyż dostałem klucze. W tym czasie dane mi było znowu zetknąć się z historią Kościoła w Monachium, gdyż ta kaplica była konsekrowana przez ówczesnego nuncjusza apostolskiego w Bawarii, abp Eugenio Pacelli'ego. W zakrystii w zakurzonej szafie natrafiłem na - widocznie zapomnianą - piuskę z autografem, którą podarował dla kaplicy, gdy został papieżem. W każdym razie z obecnej perspektywy jest jasne, że przydzielenie mi tej kaplicy było swego rodzaju antycypacją ograniczeń wprowadzonych przez Franciszka w "Traditionis custodes". Ta sytuacja trwała do czasu, aż nowy prowincjał franciszkanów zdecydował sprofanować kaplicę i wydzierżawić budynek do celów świeckich. Taka oto jest kolej rzeczy u modernistów... Musiałem wówczas znowu wyruszyć na poszukiwanie miejsca celebracji. Pisałem w tej sprawie skargi do Rzymu, także do Benedykta XVI, gdyż bezprawne działania kurii były oczywiste. Wprawdzie nie otrzymałem merytorycznej odpowiedzi, jednak niespodziewanie znalazłem dwa miejsca celebracji (jedno na dni powszednie, drugie na soboty, niedziele i święta) załatwione przez wiernych, gdzie w życzliwej atmosferze celebrowałem gościnnie przez kilkanaście lat, mimo że proboszczowie nie byli zwolennikami liturgii tradycyjnej, a jednak zachowali się po kapłańsku i ludzku na poziomie. Jeden znamienny przykład: W tym czasie parafia, gdzie celebrowałem w soboty, niedziele i święta, obchodziła jubileusz stulecia istnienia. Zwrócono się wówczas do mnie o napisanie krótkiego artykułu o Mszy św. tradycyjnej i grupie wiernych, którzy w niej uczestniczą. Zostałem więc potraktowany nie tylko gościnnie, lecz jako część życia parafii, mimo że prawie wszyscy wierni uczestniczący w moich Mszach św. byli spoza parafii, nawet spoza miasta. To jest także swego rodzaju wyraz i odzwierciedlenie bawarskiego ducha kościelnego, którego uosabiał w wybitny sposób Benedykt XVI. 

Czy coś pozostanie z tego na trwałe w Kościele, mimo brutalnego zwalczania i niszczenia tego dziedzictwa? Czas pokaże. Pewne jest, jaki jest duch katolicki. Joseph Ratzinger, mimo swoich młodocianych ciągot ku modernizmowi i mimo swoich ludzkich ograniczeń stał się dla milionów katolików bohaterem, wybawcą z ucisku i przyczyną nadziei na prawdziwą wiosnę Kościoła, która czerpie z niezatrutych źródeł Tradycji liturgicznej Kościoła. Takim pozostanie na zawsze w pamięci żywego Kościoła, mimo tragicznego aktu abdykacji, który był aktem słabości i braku wiary. Tej wiary, o której tak często mówił. I mimo modlitw wielu, by nie uciekł przed zgrają wilków, czyhających na życie dusz. A może za mało było tej modlitwy?

Czy można zakazać liturgii tradycyjnej? (z post scriptum)

 


Oczywiście otrzymałem pytania w temacie dnia:


Pytanie tytułowe zostało pośrednio wyjaśnione przez Benedykta XVI w liście do biskupów w związku z motu proprio "Summorum Pontificum" z 2007 r.:

Także dzisiejsze motu proprio nie zaprzecza, lecz pośrednio potwierdza, że używanie ksiąg liturgicznych sprzed 1970 r. nigdy nie było i nadal nie jest zakazane. Motu proprio jedynie reguluje sposób stosowania, nie zaprzeczając zasadniczej stosowalności. 

W tym świetle należy rozumieć następujące kluczowe słowa:

Czyli:

"Księgi liturgiczne promulgowane przez świętych papieży Pawła VI i Jana Pawła II zgodnie z dekretami Soboru Watykańskiego II są jedynym wyrażeniem lex orandi Rytu Rzymskiego."

Czym są więc wcześniejsze księgi liturgiczne? Nie są wyrazem, czy też nie należą do Rytu Rzymskiego? Jeśli nie do rzymskiego, to do jakiego? W jakim rycie sprawują kapłani, biskupi i kardynałowie nadal posługujący się - i to oczywiście legalnie - wcześniejszymi księgami liturgicznymi? Jakie prawo wyrażają przez to? Jaką modlitwę? 

W tym miejscu polecam następującą analizę tej kwestii:

https://www.youtube.com/watch?v=cZLlkYel0q8

Zarówno w samym dzisiejszym motu proprio jak też w towarzyszącym liście do biskupów wyraźnie i wielorako wyrażone jest przeciwieństwo do motu proprio Benedykta XVI z 2007 r. Chodzi zwłaszcza o rozróżnienie między "zwyczajną" i "nadzwyczajną formą" rytu rzymskiego. Rzeczywiście to rozróżnienie jest wynalazkiem owego motu proprio dla nazwania sytuacji współistnienia i współużytkowania ksiąg liturgicznych z czasu po i przed reformami Pawła VI. Jest jednak teologicznie nie do utrzymania, przynajmniej w odniesieniu do powszechnego sposobu stosowania Novus Ordo. Słusznie zwraca uwagę filozof Peter A. Kwaśniewski (źródło tutaj):  

Jest pewne, że Benedyktowi XVI zależało na pokojowej koegzystencji obydwu "form", aczkolwiek wyrażał też pragnienie pewnego skorygowania "formy zwyczajnej" w kierunku "nadzwyczajnej". Nie trudno dostrzec, że jest to nazewnictwo niefortunne, będące zapewne ustępstwem na rzecz przeciwników "formy nadzwyczajnej". O tyle skasowanie tego nazewnictwa przez motu propriu Franciszka jest zrozumiałe i słuszne. Co oczywiście nie oznacza, że problem został załatwiony. Wręcz przeciwnie: jak widać ponownie, używania wcześniejszych ksiąg liturgicznych nie można zakazać. Można jedynie szykanować, oczerniać, wyzywać i prześladować tych, którzy je używają. Pod tym względem nic się nie zmieniło od 1970 r. Był tylko okres na odetchnięcie za pontyfikatu Benedykta XVI, aczkolwiek nie powszechnie i nietrwale, jak widać. 

W tym miejscu pozwolę sobie na małą osobistą dygresję. Będąc kilka dni w Rzymie w marcu 2008 r., czyli w pierwszym roku po wydaniu "Summorum Pontificum" po raz pierwszy odważyłem się udać do bazyliki św. Piotra, by celebrować rano prywatną Mszę św., oczywiście tradycyjnie. Wszedłszy do zakrystii, przedstawiłem się i poprosiłem o przygotowanie szat i ołtarza. Nikt nawet nie zapytał o celebret. Po ubraniu szat ministrant poprowadził mnie do ołtarza przygotowanego i wskazanego przez jednego z zakrystianów. Gdy ubrałem biret, rzucono na mnie pierwsze podejrzliwe spojrzenie. Po dojściu do ołtarza, postawiłem kielich, przygotowałem mszał, który przyniosłem ze sobą, lecz gdy zacząłem odmawiać modlitwy u stopni ołtarza pojawił się jeden z zakrystianów wyraźnie poirytowany i wezwał mnie do powrotu do zakrystii. W zakrystii starszy zakrystianin zażądał ode mnie celebretu, po czym oświadczył, że nie ma pozwolenia na celebrowanie według "trydenckiego" Missale Romanum. Gdy spokojnie nalegałem, zakrystianin najpierw polecił mi zwrócić się w ciągu dnia do kardynała kustosza bazyliki, a następnie sam wykonał jakąś rozmowę telefoniczną na uboczu, po czym oznajmil, że mogę celebrować, ale tylko w krypcie, czyli w podziemiach. Po jakiejś chwili zostałem tam zaprowadzony, idąc obok sarkofagów papieskich. Trafiłem do jednej z bocznych kaplic niedaleko grobu św. Piotra, co oczywiście było wzruszające. Natomiast o wiele mniej przyjemny był fakt, że w kaplicy grobu św. Piotra równocześnie odbywała się głośna msza Novus Ordo jakiejś grupy, przez co oczywiście nie miałem możliwości celebrowania w ciszy i skupieniu. Po tym incydencie napisałem list do Benedykta XVI, w którym opisałem zaistniałą sytuację, z prośbą o radę (odpowiedzi nie otrzymałem). Zwróciłem uwagę, że zażądano ode mnie celebretu dopiero wtedy, gdy poznano, iż zamierzam celebrować po "trydencku". Gdyby wszedł jakiś oszust podszywający się pod kapłana katolickiego i chciał celebrować Novus Ordo, to by to mógł zapewne czynić bez żadnych przeszkód.

I jeszcze jeden przykład. Ostatnie lata pontyfikatu Jana Pawła II i cały pontyfikat Benedykta XVI spędziłem w ojczyźnie tego ostatniego, w Monachium. Z własnego doświadczenia wiem, że sytuacja dla liturgii tradycyjnej po "Summorum Pontificum" bynajmniej nie poprawiła się. Owszem, już wcześniej była większa wolność niż chociażby w Polsce. W głównej parafii w centrum Monachium, św. Piotra, zawsze można było celebrować tradycyjnie przynajmniej na bocznym ołtarzu. Na terenie tej parafii istniała też coniedzielna Msza św. "indultowa" (kościół św. Anny, Damenstiftskirche). Sytuacja w tym kościele była dość symptomatyczna. Otóż po motu proprio "Ecclesia Dei" z 1988 r. najpierw owym "indultem" opiekował się jeden z kapłanów Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra. Został jednak wyrzucony po tym, gdy stwierdzono, że nie udzielał Komunii św. z komunikantów w tabernakulum, lecz sam konsekrował w każdej Mszy św. komunikanty. Interpretowano to jako podważanie ważności konsekracji w Novus Ordo. Po jego wyrzuceniu nastało rozwiązanie następujące: oficjalnym rektorem kościoła i opiekunem "indultu" został jeden z kanoników katedralnych, zasłużony prałat. Jednak faktycznie w mieszkaniu rektora kościoła zamieszkał inny kapłan, który właśnie zwykle celebrował Mszę "indultową". A był to szczególny przypadek. Otóż ów kapłan pochodził z diecezji ratyzbońskiej, nota bene z parafii moich dobrych znajomych. Kilka lat po święceniach, porzucił kapłaństwo i ożenił się. Wkrótce "żona" zachorowała na SM (stwardnienie rozsiane) i wtedy zapragnął powrotu do kapłaństwa. Umożliwił mu to ówczesny arcybiskup monachijski, kardynał Ratzinger, jednak nie przydzielił go do pracy w parafii lecz do nauczania w szkole. Z czasem stał się faktycznym, choć nieoficjalnym opiekunem Mszy "indultowej" w Monachium. Poznałem go osobiście, gdy przez ponad 2 lata także celebrowałem w tym kościele. Otóż co jakiś czas pojawiał się na mojej Mszy św. wraz ze swoją gospodynią, podchodząc do Komunii św. z wyciągniętymi łapkami. Oczywiście odmawiałem takiego udzielenia, gdyż oczywiście była to liturgia tradycyjna i miałem do tego prawo. I oczywiście dostałem za to skargi do kurii, o których dowiedziałem się po jakimś czasie i to pośrednio. 

Podsumowując: pontyfikat Benedykta XVI był przez większość - i to dzierżącą władzę - traktowany jako przejściowy, chwilowy "karnawał". Zapewne chodziło o spowodowanie rozłamów wśród "tradziuchów", zwłaszcza w łonie FSSPX. Gdy to się średnio udało, uznano misję ratzingeriańską za wyczerpaną. Jej definitywnym zakończeniem ma być dzień dzisiejszy. 

Cóż jeszcze powiedzieć? Co poradzić? Jak się zachować?

Przede wszystkim należy zachować spokój. Wbrew pozorom, sytuacja obecnie jest znacznie lepsza niż w początkach moich lat kapłańskich. Dzisiejsze motu proprio potwierdza dość wyraźnie siłę i moc oddziaływania liturgii tradycyjnej zwłaszcza na młode pokolenie duchownych i świeckich. To właśnie lękiem powodowane są dzisiejsze posunięcia. A lęk świadczy o przynajmniej podświadomym poczuciu przegranej. To lęk paraliżuje trzeźwe, klarowne myślenie i wykazuje skłonność do brutalnej przemocy. Równocześnie usiłuje wywołać lęk po stronie przeciwnej. 

Tutaj jeszcze jedna osobista dygresja. Na koniec mojej "kariery" u werbistów miałem prowicjała Niemca, który przedtem długie lata spędził w Argentynie. Nawiasem mówiąc, uczył teologii "moralnej", właściwie niemoralnej, bo zajęcia z etyki sexualnej polegały na prezentacji referatów studentów o różnych zboczeniach, począwszy od masturbacji, poprzez stosunki przedmałżeńskie, aż do sexu oralnego, analnego i homosexualizmu. Obecnie ma koło 80tki i chyba jeszcze żyje, po tym jak doprowadził praktycznie do wyzerowania powołań do werbistów w krajach niemieckojęzycznych. Otóż on - zresztą na stopie prywatnej sprawiający wrażenie miłego człowieka - z twarzą wyrażającą równocześnie gniew i strach zwykł mawiać (spoglądając akurat na mnie), że nie zdzierżyłby, gdyby choćby jednego z nas kiedykolwiek ujrzał w sutannie, bo on całą swoją młodość walczył z obowiązkiem chodzenia w sutannie. No cóż, właściwie należało mu polecić dobrego psychoterapeutę i też exorcystę.  

Wyraźnym symptomem lęku jest zarządzenie, że kapłanów wyświęconych od dnia dzisiejszego, proszących o "pozwolenie" na celebrowanie liturgii tradycyjnej biskupi mają zgłaszać do Stolicy Apostolskiej. Można się domyślać tła tego zarządzenia: skoro młody kapłan ma takie pragnienie, to z jego formacją jest "nie tak, jak trzeba", i też ze święceniami. Biskup przyznający się do wyświęcenia takiego "delikwenta" ściąga na siebie zarzut braku prowadzenia należytej formacji w seminarium i stosowania odpowiednich kryteriów dopuszczania do święceń. Czyli tym samym biskup jakby kładł głowę pod topór podniesiony przez "Traditionis custodes". Równocześnie przepis ten ma też widocznie zniechęcić młodzieńców sympatyzujących z liturgią tradycyjną do wstępowania do seminarium, skoro mają być szczególnie "badani" i denuncjowani do Rzymu. To byłoby wręcz groteskowe, gdyby nie było tragiczne w swej wymowie. 

Tego typu zarządzenia - a w ogóle wrogość wobec liturgii tradycyjnej - z całą pewnością nie posłużą jedności w Kościele. Wręcz przeciwnie: liturgia tradycyjna stanie się jakby symbolem i znakiem sprzeciwu jednoczącym tych, którzy mają coś do zarzucenia Franciszkowi. A takich katolików, zarówno świeckich jak i duchownych, także w najwyższych stopniach hierarchii, jest niemało, również w Polsce, nawet jeśli tego głośno nie mówią. Oczywiście jest lęk przed karami czy choćby przed zerwaniem kariery. Jednak takie motywy są typowe dla słabych charakterów. Natomiast silne osobowości w takiej sytuacji tym bardziej dojrzewają i krzepną. 

Tym samym: 

- Należy nadal sprawować liturgię tradycyjną i uczestniczyć w niej, starając się o łączność z biskupem miejsca.

- Także w razie blokady ze strony władzy diecezjalnych każdy kapłan ma moralne prawo sprawowania, a wierni uczestniczenia w liturgii tradycyjnej w warunkach choćby konspiracyjnych, jak w czasach prześladowań. Oczywiście nie zwalnia to z obowiązku przestrzegania tradycyjnych przepisów prawnych i liturgicznych. Innymi słowy: każdy kapłan nie objęty prawnymi przeszkodami odnośnie Novus Ordo ma prawo celebrować także liturgię tradycyjną, nawet jeśli nie ma możliwości czynienia tego oficjalnie. 

Czego się spodziewać? Na pewno dojdzie do poważnego przyrostu wiernych i powołań poza oficjalnymi strukturami, czyli głównie w FSSPX i w sedewakantyźmie. Innymi słowy: tym samym Franciszek poważnie wzmocnił te kręgi i wspólnoty. To oczywiście zwiększy ich zasięg i siłę oddziaływania. Czy to na prawdę służy jedności w Kościele? Bardzo wątpię. A chciałbym wierzyć w szczerość intencji Franciszka i roztropność posunięć. 

Na pewno też wzmocni się podziemie w oficjalnych strukturach. Jak pamiętam, jeszcze w latach 90-ych jeden znajomy kapłan austriacki, studiujący wówczas na dwa doktoraty (dogmatyka i prawo kanoniczne) w Rzymie zmuszony sytuacją celebrował po prostu w pokoju. To teraz zapewne powróci. Nawet jeśli jakaś, może nawet znaczna część kapłanów pod naciskiem sytuacji zaprzestanie sprawowania liturgii tradycyjnej, to jednak zachowają oni sentyment i będą się starali przemycić jej elementy do Novus Ordo, co oczywiście jest coraz trudniejsze, gdyż protestantyzacja życia w parafiach galopuje także w Polsce. Najtragiczniejsze byłoby, gdyby porzucali kapłaństwo. Jednak także wtedy będzie to skutek i symptom posunięć Franciszka, co powinno dać do myślenia i otrzeźwić tych, którym po nim przyjdzie sprawować władzę w Kościele. 


Post scriptum

Pojawiły się pytania w temacie, które są częste:


Oczywiście w wymiarze czysto prawnym każdy papież - o ile jest rzeczywiście papieżem, nie uzurpatorem - ma taką samą władzę, co jego poprzednicy, i tym samym może zastąpić swoimi decyzjami decyzje swoich poprzedników. Jednak zarówno całe prawo kościelne jak też wszystkie dokumenty i decyzje kościelne mają przede wszystkim wymiar teologiczny, który jest nadrzędny wobec wymiaru prawnego. Innymi słowy: papieżowi generalnie wolno podejmować jedynie decyzje zgodne z Bożym Objawieniem poświadczonym w Piśmie św. i Tradycji Kościoła. Tym samym wolno mu odwołać czy zmienić decyzje swoich poprzedników tylko wtedy, gdy one były niedoskonałe czy niepełne pod względem wierności Bożemu Objawieniu. W tym świetle należy rozumieć groźbę gniewu Bożego wypowiedzianą - między innymi - w bulli Quo primum tempore: atak na mszał św. Piusa V jest atakiem na Boże Objawienie. Takim atakiem nie są drobne zmiany w rubrykach, których dokonywali następni papieże, natomiast jest nim próba usunięcia tego mszału z życia Kościoła. 

Konkretnie: jeśli by Paweł VI dokonał tylko tego typu zmian, jakich dokonywali jego poprzednicy, czyli bez naruszania substancji teologicznej, to by nie było problemu, nie byłoby sprzeciwu i nie byłoby pragnienia i faktycznego powrotu do mszału "przedsoborowego". Tymczasem już nawet powierzchowne porównanie obydwu liturgij - Novus Ordo z jednej strony i tradycyjnej z drugiej strony - daje wynik oczywisty i to nawet u osób bez jakiegokolwiek wykształcenia teologicznego. Prosty przykład: w moim życiu kapłańskim wielokrotnie miałem sytuację, że osoby widzące mnie sprawującego Mszę św. tradycyjną pytały, z jakiego jestem wyznania. 

Otóż ludzie wychowani na Novus Ordo i myślący kategoriami dalekimi od katechizmu katolickiego są z reguły przekonani, że Msza św. jest pamiątką Ostatniej Wieczerzy, czyli podzielają herezję protestancką. Tej herezji sprzyja właśnie celebrowanie przy stole i mówienie o "uczcie", co jest oczywiście także absurdalne, gdyż nie wyrugowano zupełnie wątku ofiary. Dlatego Novus Ordo jest wewnętrznie sprzeczny, dławi trzeźwe, krytyczne myślenie i przez swoją niespójność teologiczną odpycha nie tylko estetycznie, lecz także intelektualnie. 

Rzeczywiście prawdy wiary - jak chociażby dogmaty odnośnie Mszy św. - mają niewątpliwie rangę wyższą i nadrzędną wobec jakiegokolwiek dokumentu papieskiego, zwłaszcza wobec motu proprio, które ma rangę dość niską. Tym samym: jeśli wiara w katolickie rozumienie Mszy św. jest dla kogoś podstawą do odrzucenia motu proprio, to odrzucenie to jest teologicznie i moralnie usprawiedliwione. 

Konkretnie: Obecnie regułą na celebracjach Novus Ordo są różnego rodzaju nadużycia, jak chociażby zwyczajne angażowanie tzw. nadzwyczajnych szafarzy czy Komunia dołapna, nie mówiąc nawet o takich sprawach jak nieobecność łaciny i śpiewu gregoriańskiego, co jest ewidentnie sprzeczne nawet z konstytucją o liturgii Sacrosanctum Concilium (nr 36 i 112). Skoro katolikowi nie zapewnia się możliwości uczestniczenia w liturgii Novus Ordo bez nadużyć, to tym bardziej żadna władza nie ma prawa zmuszać w jakikolwiek sposób do uczestniczenia w niej, chociażby przez odbieranie możliwości uczestniczenia w liturgii tradycyjnej. Zauważa to także Peter A. Kwaśniewski (źródło tutaj):


Brak podejmowania kroków przeciw nadużyciom w Novus Ordo z równoczesnym ograniczaniem dostępu do liturgii tradycyjnej świadczy dość wyraźnie o intencjach danej osoby sprawującej władzę. Zapewne nie chodzi o wierność ani wierze katolickiej, ani nawet przepisom Novus Ordo.