Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schizma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schizma. Pokaż wszystkie posty

Co się stało 1 lipca AD 2026 w Écône?


Odpowiedź wydaje się prosta. Wydarzenie jest powszechnie znane. W międzyczasie pojawiły się też następne oficjalne dokumenty oraz liczne komentarze. Nie spotkałem jednak dotychczas syntezy wydarzeń, a otrzymałem kilka pytań w tej sprawie. 

Zacznijmy od samego wydarzenia. Nie będę referował, gdyż przypuszczalnie chyba wszyscy P. T. Czytelnicy widzieli przynajmniej fragmenty, jeśli nie całość. Najpierw zwrócę uwagę na kilka szczegółów, które mogą się wydawać drobne, a jednak są znaczące. Idźmy po kolei. 

Odczytanie przysięgi przez x. Schreiber'a było na poziomie średnio kumatego licealisty. Nawet jeśli nie jest biegły w czytaniu po łacinie, co samo w sobie jest nie do usprawiedliwienia w jego przypadku, to mógł się przygotować do tego odczytania, czego widocznie nie zrobił: 



Po drugie, podczas udzielania Komunii św. dwukrotnie pokazano kapłana, któremu usługiwał w roli ministranta z pateną człowiek świecki w garniturze, podczas gdy kleryk obsługiwał parasolkę. Można pytać, kto wpadł na pomysł takiego rozwiązania. W każdym razie nie świadczy ono ani o przestrzeganiu zasad Kościoła w liturgii, ani nawet o zdrowym rozsądku. 



Po trzecie, znamienna jest także fotka ujęta podczas przygotowań ołtarza, ukazująca, jak kleryk zapala świece ołtarzowe chodząc po ołtarzu. To jest właściwie skandal, nawet jeśli wyniknął on ze złego zaprojektowania ołtarza. Wystarczyło zachować pół metra odległości między tyłem ołtarza a tłem ("ścianą"), by można było tym właśnie z drabiny obsługiwać zapalanie i gaszenie świec. Wystarczyło pomyśleć o tym, że po ołtarzu się nie chodzi, także klerykalnymi stopami, zwłaszcza gdy jest możliwe inne rozwiązanie, a nie "wyższa konieczność"...


Po czwarte, w przebiegu ceremonii jest istotny moment w postaci prefacji przed namaszczeniem głów, gdyż jest prośba o "katedrę biskupią" dla święconych. To wprost przeczy fałszywej teorii, jakoby FSSPX udzielało jedynie biskupią władzę sakramentalną, a nie jurysdykcję (której może udzielić tylko papież):


Wyjaśniam: właśnie z tego powodu tzw. biskupi pomocniczy są zawsze mianowani jako biskupi tytularni, czyli przydziela im się stolicę biskupią historyczną, która obecnie nie istnieje. To jest właśnie zabieg prawny, który zachowuje zasadę związku sakry biskupiej z jurysdykcją. 

W komentarzach pojawiły się krytyczne głosy odnośnie do odpowiedzi na obrzędowe pytanie o mandat apostolski oraz co do przysięgi posłuszeństwa i wierności Leonowi XIV. Dokument odczytany w miejscu przewidzianym na nominacyjną bullę papieską jest w istocie odpowiedzią negatywną, a zarazem uzasadnieniem podjęcia własnej nominacji przez FSSPX. Przy tej okazji sformułowano zarzut wobec władzy rzymskich, który sprowadza się do popadnięcia w apostazję. Z tego właśnie powodu nielogiczne jest przysięganie poddania się temu, który skupia w sobie tę władzę. Logiczne i uczciwsze byłoby orzeczenie, że udzielenie sakry odbywa się z domyślnego mandatu apostolskiego w imię zapewnienia przekazywania wiary, sakramentów oraz hierarchicznej jedności z papieżami "przedsoborowymi", czyli do Piusa XII włącznie. 

Nasuwa się pytanie, dlaczego FSSPX oficjalnie głosi uznawanie "papieży soborowych", a równocześnie de facto nie poddaje się ich władzy, gdyż czyni wszystko zupełnie bez ich woli, a nawet wbrew ich woli. Modlitwa za nich oraz wymienianie ich imienia w kanonie Mszy św. z całą pewnością nie jest w stanie zastąpić realnego, faktycznego poddania się ich władzy. Wszystko wskazuje na to, że powody są pragmatyczne. Gdyby FSSPX ogłosiło, że nie ma papieża, to by z całą pewnością straciło większość wiernych, mianowicie tych, którzy są emocjonalnie przywiązani do papiestwa i nie byliby gotowi żyć w sytuacji vacatio sedis. Drugim powodem jest jest zapewne to, iż ogłoszenie nieuznawania uniemożliwiłoby zachowanie pozorów jedności hierarchicznej z władzą rzymską. Tutaj dochodzimy do kwestii kary, która została ogłoszona nazajutrz po konsekracji, mianowicie 2 lipca. 

Wydano dwa dokumenty: dekret orzekający zaistnienie kary exkomuniki latae sententiae na biskupa konsekratora oraz konsekrowanych, oraz "notę wyjaśniającą". Orzeczenie zajścia kary na biskupów nie jest zaskoczeniem. W dekrecie zawarte jest też wezwanie do kapłanów FSSPX i wiernych, by nie szli za schizmą, która przypisywana jest biskupom w związku z exkomuniką. Problem jest tutaj po pierwsze w utożsamieniu kary exkomuniki ze schizmą. Wynika to z zakwalifikowania udzielania sakry biskupiej bez mandatu papieża jako aktu schizmatyckiego. Tutaj problem jest tego rodzaju, czy jeden akt choćby nawet schizmatycki wystarczy do zajścia schizmy. Można mieć wątpliwości. Po drugie, sens wezwania skierowanego do kapłanów FSSPX i wiernych zależy od zajścia schizmy poprzez dokonanie sakry. 

Fundamentalny problem, w międzyczasie już dość szeroko omówiony w różnych źródłach (np. tutaj), polega na tym, że "nota wyjaśniająca" rozszerza zajście exkomuniki i schizmy na duchownych FSSPX oraz wiernych "formalnie przylegających". Jak zgodnie podają kanoniści, nałożenie czy choćby orzeczenie kary przez "notę wyjaśniającą" jest kanonicznie niemożliwe. Innymi słowy: kanoniczne jest jedynie orzeczenie kary zawarte w dekrecie, nie w "nocie". 

Dlaczego nie ma orzeczenia kary na kapłanów FSSPX i świeckich w dekrecie? Ano z powodu tego, co jest zawarte w stanowisku Papieskiej Rady ds. Interpretacji Textów Prawnych z 1996 r., na które powołują się autorzy dekretu i noty: do orzeczenia przynależności do schizmy konieczne jest spełnienie warunków zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych, a to z natury rzeczy musi zostać wpierw zbadane indywidualnie. Innymi słowy: kanonicznie niemożliwe jest orzeczenie popadnięcie w schizmę kapłanów FSSPX oraz świeckich przywiązanych do ich posługi. 

Nie może być prawdziwe i kanonicznie skuteczne także twierdzenie zawarte w "nocie", że kapłani FSSPX odtąd sprawują sakramenty pokuty i małżeństwa nieważnie. Otóż jurysdykcja została im udzielona na mocy dekretu papieskiego w 2015 r. i przedłużona na czas nieokreślony od 2016 r. Oznacza to, że tylko dekret papieski może tę jurysdykcję wycofać, a nie dekret dykasterii, a tym bardziej nie nota wyjaśniająca. Innymi słowy: owa nota jest kanonicznym bublem bez mocy prawnie wiążącej i oszukiwaniem publiczności. Czy León XIV jako kanonista z wykształcenia tego nie zauważył? A może jednak zauważył i świadomie chce takiego stanu rzeczy, żeby zachować furtkę dla dalszych działań względem FSSPX? Należy mieć na uwadze, że kara exkomuniki i to powiązana z orzeczeniem schizmy oznacza, iż papież nie ma już władzy kanonicznej wobec takiej osoby i że konieczne jest wpierw formalne pojednanie, czyli usunięcie exkomuniki, by mogły zostać podjęte jakiekolwiek kroki kanoniczne względem takiej osoby. Innymi słowy: jeśli by teraz ktoś wpadł na pomysł, by dekretem papieskim jeszcze raz orzec czy to exkomunikę dla całego FSSPX czy choćby odebranie jurysdykcji udzielonej przez Franciszka, to albo będzie to kanonicznie nieważne (jako że skierowane wobec osób już exkomunikowanych), albo będzie oznaczało anulowanie przynajmniej "noty wyjaśniającej" z 2 lipca 2026 r. Innymi słowy: to jest chaos kanoniczny i logiczny typowy dla całego modernizmu, zwłaszcza dla bandy bergogliańskiej, oczywiście w połączeniu z niekompetencją przynajmniej kanoniczną oraz zakłamaniem.   

Tym samym "nota wyjaśniająca" po pierwsze wprowadza w błąd co do stanu prawnego, ma więc znaczenie jedynie psychologiczne. Po drugie, ona właściwie niczego nie wyjaśnia, lecz mąci co do stanu prawnego oraz podjudza do nagonki względem kapłanów FSSPX oraz wiernych świeckich z nimi związanych, a to z powodu bezsilności pod względem kanonicznym, gdyż orzeczenie ich za exkomunikowanych i schizmatyków, które musiałoby być indywidualne, jest praktycznie niemożliwe. 

Doszedł element trzeci, mianowicie wytyczne odnoszące się do tego, jak należy postępować z tymi, którzy chcą wyjść ze schizmy. To zakłada oczywiście przyznanie się do przynależności do schizmy, co bardzo ułatwia postępowanie. Pierwsze owoce już się pojawiły: prowincjał dominikanów w Polsce wydał ostrzeżenie przed działalnością o. Wojciecha Gołaskiego, określając go jako exkomunikowanego i schizmatyka. Dochodzą też wieści z różnych diecezyj, że wierni znani z udzielania się zarówno w duszpasterstwach indult owych jak też lefebvriańskich są wzywani do zerwania z FSSPX pod groźbą orzeczenia o przynależności do schizmy i popadnięcia w karę exkomuniki. Modernistów nie interesują względy kanoniczne, czyli kanoniczna nieskuteczność nałożenia kary przez "notę wyjaśniającą". Oni od dawna czekali na ukaz, który da zielone światło do polowania na tradziuchów-schizmatyków. Możliwość wykupienia się też została określona, a warunkiem przygarnięcia na łono modernizmu jest wyznanie wiary w "sobór" oraz Novus Ordo. 

Wygląda na to, że w Watykanie zatrąbiono do Endlösung na tradziuchach. Do tego zmierzano zresztą od początku pontyfikatu bergogliańskiego, a właściwie już począwszy od abdykacji Benedykta XVI. Moim zdaniem został dlatego zmuszony do ustąpienia, ponieważ nie udało mu się wciągnąć FSSPX do regularnych struktur, a zamiast tego poważnie wzmocnił "tradycjonalizm" w wersji indultowej. Posunięcia Franciszka - najpierw "przemiłosierne" potraktowanie FSSPX począwszy od przyznania jurysdykcji od 2015 r., a następnie jeszcze bardziej "miłosierne" uderzenie w indultowców poprzez perdifne "Traditionis Custodes" - są częścią tej taktyki. Jak już zaznaczałem wielokrotnie od lat, jemu chodziło nie o dobro duchowe wiernych przywiązanych do FSSPX, lecz o wepchnięcie w ramiona FSSPX jak największej części katolików tradycyjnych, by następnie wygodnie ich wraz z FSSPX exkomunikować i tym samym "oczyścić" "Kościół synodalny" z tych, którzy się jemu opierają chociażby w myślach. Obecny moment - czyli podjęta konsekracja biskupów - był do przewidzenia i stał się sposobnością dla realizacji tego planu. 

Jest pewne, że FSSPX - przynajmniej w dużej części - już w latach 80-ych przestało chcieć uregulowania kanonicznego, które by oznaczało faktyczne poddanie się władzy rzymskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami, które stały się naoczne za pontyfikatu bergogliańskiego (Franciszkanie Niepokalanej, diecezja Ciudad del Este w Paragwaju, diecezja Fréjus-Toulon we Francji itp.). Już abp M. Lefebvre prowadził rozmowy w latach 1987-1988 bez przekonania w możliwość kontynuowania swojej działalności w podległości władzom rzymskim. Tak samo zachowywali się jego następcy aż do pontyfikatu Franciszka. Z drugiej strony władze rzymskie nigdy nie były gotowe się zgodzić na działalność FSSPX w takim kształcie, jaki ona miała, czyli wraz z krytykowaniem "soboru" oraz sakramentów Novus Ordo. Maxymalna doza wspaniałomyślności miała miejsce dopóki miał coś do powiedzenia w Watykanie kardynał J. Ratzinger i potem Benedykt XVI. On dążył do stanu takiego, jaki jest w przypadku instytutów podległych nieboszczce Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei", czyli FSSP, ICRSS, IBP itp.: przyznanie prawa do sprawowania liturgii tradycyjnej, w zamian za wyrzeknięcie się atakowania "soboru" i "Novus Ordo". Te warunki są dość logiczne i zrozumiałe, mianowicie z perspektywy utrzymania słynnej "jedności" także ze skrajnymi modernistami: gdyby władze rzymskie nie stawiały takich wymagań wobec tradziuchów, to by zostały oskarżone przez skrajnych modernistów o zdradę "soboru", a to by spowodowało już otwarty bunt i schizmę przynajmniej ze strony takich zamożnych episkopatów jak niemiecki czy usański i kanadyjski. Dziwne, że FSSPX tego albo nie rozumie, albo nie chce rozumieć. Władze rzymskie, jak każda władza, myśli kategoriami ilościowymi: odpadnięcie modernistycznych episkopatów i tym samym zamożnych diecezyj byłoby o wiele boleśniejsze i poważniejsze w skutkach niż ogłoszenie schizmy z tradziuchami. Aczkolwiek jest oczywiste, że także w Rzymie nie brakowało i nie brakuje modernistów, którzy dążą do przekształcenia Kościoła na sposób niemieckiej "synodalności", więc pozbycie się problemu tradziuchów jest dla nich bardzo dogodne. 

Dlatego właśnie zaproszenie wystosowane do FSSPX przez "Tucho" Fernandez'a z lutego bieżącego roku do dialogu teologicznego, jak też wezwanie przez Leona XIV z 29 czerwca do zaniechania sakry zaplanowanej na 1 lipca nie mogło być poważne. Szczególnie groteskowe jest powiedzenie, jakoby papieże doceniali kultywowanie liturgii tradycyjnej oraz formację kapłańską w FSSPX. (Dowodem tego "docenienia" jest los wszystkich tych kapłanów znajdujących się w strukturach oficjalnych, którzy z przekonania sprawowali mniej czy bardziej oficjalnie liturgię tradycyjną i nauczali prawd wiary katolickiej: począwszy od usuwania z parafii, co zwykle oznaczało pozbawienie środków do życia, poprzez wysyłanie do psychologów i psychiatrów, aż do skazania na dożywotny stan nieokreślony, bo ukarać kanonicznie nie było za co, a pozwolić na normalną działalność nie chciano.) Te wszystkie niby zaproszenia i upomnienia tylko gra pozorów na użytek kłamliwej propagandy. Oni wiedzieli, że rozmowy nie mają sensu, gdyż obydwie strony nie chcą porozumienia, skoro FSSPX nie chce się poddać władzom rzymskim, by nie zostać potraktowane jak chociażby Franciszkanie Niepokalanej, zaś władze rzymskie w obecnych tam osobach szczerze nienawidzą nie tylko liturgii tradycyjnej lecz także wszystkiego, co nie pasuje do ich "Kościoła soborowego". 

Jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń?

Wygląda na to, że obecnie w Rzymie nadal nadają ton siły skrajnie modernistyczne wrogie katolikom tradycyjnym. Leon XIV albo do nich należy, albo jest, póki co, pod ich wpływem. Jest dość prawdopodobne, że nie rozumie przywiązania do liturgii tradycyjnej, mimo że musiał ją poznać w dzieciństwie. Być może ma jakiś uraz. Raczej myśli o tej kwestii jedynie w kategoriach posłuszeństwa, a także ilościowo, skoro tradziuchy to tylko "krzykliwa" a znikoma mniejszość rzędu jakichś promili. Równocześnie, jak pokazał w swojej pierwszej encyklice, nie stroni od nowości, a tym samym trzymanie się Tradycji czy to liturgicznej czy też doktrynalnej nie jest dla niego ideałem, mówiąc oględnie. Z takiego punktu widzenia także indultowcy mogą przeszkadzać. Matematyk lubi porządek, a liczą się dla niego bardziej abstrakty niż realia i prawda. Jeśli rachunek końcowy się zgadza, to błędy w rozumowaniu się nie liczą. To pokazały jego posunięcia w sprawie FSSPX: cel pozbycia się problemu "uświęca" posługiwanie się ewidentną nieprawdą. 

Możliwe są więc różne dalsze scenariusze. Po pierwsze, może być tak, że indulty chwilowo odetchną, być może będą nawet chwilami głaskane, choć raczej tylko symbolicznie. Nic nie zwiastuje istotnej zmiany postępowania względem indulciarzy. Obecnie raczej wzmocni się inwigilacja i badanie prawilnomyślności, czyli tropienie "kryptolefebvryzmu", by zbierać dowody na konieczność całkowitego zakazu liturgii tradycyjnej, czyli de facto zepchnięcia szczerych tradycyjnych katolików do "schizmy lefebviańskiej". 

Po drugie, może być tak, że sytuacja będzie stabilizowana w obecnych stanie, czyli liczenie na biologiczne rozwiązanie indultyzmu. Szczerze myślący tradycyjnie katolicy odejdą do "bractwa", a w indultach zostaną mniej czy bardziej niedojrzałe chłopaczki ze zboczeniem paleo-fetyszyzmu, co wcześniej czy później musi skończyć się wymarciem. 

Po trzecie, jest też wariant optymistyczny, choć raczej zbyt optymistyczny, by był realistyczny w niedalekiej przyszłości, aczkolwiek ostatnio właśnie głosy na jego rzecz się nasiliły, mianowicie wezwania ratzingerianów (kard. F. Müller, abp G. Gänswein, bp A. Schneider) do restytuowania statusu liturgii tradycyjnej według motu proprio "Summorum Pontificum" z 2007 r. Te zacne osoby mają oczywiście rację. Póki co jednak nic nie wskazuje na to, by Leon XIV poważnie brał pod uwagę głosy tych osób. On dość wyraźnie słucha niemal wyłącznie bandy odziedziczonej po swoim poprzedniku i nie zanosi się na zmianę. 

Podsumowując:

1 lipca 2026 r. oraz w dni następne - poprzez opublikowane dokumenty - sytuacja stała się bardziej klarowna: władze rzymskie potraktowały ostrzem orzeczenia o exkomunice deklaracje ze strony FSSPX, jakoby ono uznawało władzę Leona XIV i jego "posoborowych" poprzedników. Władze pokazały tym samym, że żądają faktycznej i bezwzględnej podległości, a nie deklaracji. Z kolei FSSPX okazało, że nie zamierza faktycznie poddać się tej władzy, dopóki ona sama nie odstąpi od "soboru" i "Novus Ordo". Nie wiem, czy wierchuszka FSSPX rzeczywiście wierzy w realność tego scenariusza. Pewne jest, że ten, kto w coś takiego wierzy, albo bardzo liczy na spektakularny dziejowy cud, albo utracił kontakt z rzeczywistością. Dla FSSPX bardzo wygodne jest trwanie w obecnej sytuacji: robią, co chcą, i budują sobie sławę jedynych wiernych Tradycji Kościoła katolików, niesprawiedliwie prześladowanych ze wszech stron, mianowicie nie tylko ze strony "modernistycznego Rzymu", lecz także indultowców i sedewakantystów. Rosną w siłę, powoli ale stale. Ten trend raczej się nie załamie, przynajmniej dopóki władze rzymskie nie otworzą znów możliwości rozwoju dla liturgii tradycyjnej w ramach oficjalnych struktur. Jednak modernistom bardziej pasuje monopol FSSPX w liturgii tradycyjnej niż wolność dla niej. Paradoxalnie jest tutaj zbieżność interesów. 

Oczywiście nie można wykluczyć, że to będzie sygnał do następnych prześladowań wewnątrz struktur oficjalnych. Moderniści nie są w stanie zniszczyć FSSPX, dopóki ono im nie podlega. Są oni jednak w stanie niszczyć duchownych i świeckich, którzy są w oficjalnych strukturach. Tu się odbywa heroiczne wyznawanie wiary i autentyczne męczeństwo. I stąd tylko może nadejść odnowa Kościoła. Dlatego właśnie FSSPX usilnie stara się wmawiać zarówno sobie jak też całemu światu, że nie jest poza Kościołem, poza jego widzialnymi strukturami, nawet jeśli władze rzymskie orzekły - czy usiłują orzekać - inaczej. Dla odnowy Kościoła oczywiście byłoby znacznie lepiej, gdyby wszyscy wierzący po katolicku - z sedewakantystami włącznie - nie walczyli przeciwko sobie, lecz ze wspólnym wrogiem, jakim są apostaci modernistyczni na stołkach kościelnych różnych szczebli. 

Dlatego istotne jest docenienie tego, co łączy, mianowicie wiara katolicka. Ona równocześnie oddziela nas od apostatów modernistycznych. To nie wyklucza, lecz wręcz zakłada wzajemne upominanie co do błędów, które uderzają w naszą wiarygodność. To nie upominanie godzi w nią, lecz nieżałowane i niekorygowane błędy. 

Pierwszym i najważniejszym orężem jest umiłowanie prawdy, nawet jeśli godzi ona we własny egoizm. Modernizm buduje na fałszu i kłamstwie, i to są jego główne narzędzia, co widać na co dzień i też w uroczystych dekretach. Nie wolno nam posługiwać się takimi samymi środkami, choć wielu w FSSPX - zwłaszcza z sekty stehliniańskiej - tego nie rozumie. 

Drugim narzędziem jest zdobywanie solidnej wiedzy teologicznej, czego brakuje dość wyraźnie akurat w FSSPX, nawet jeśli ich poziom jest znacznie lepszy niż u absolwentów seminariów modernistycznych. Rzetelna teologia chroni zarówno przed herezjami jak też przed nieroztropnością w praktyce. 

Po trzecie, ćwiczenie się w ofiarności przeciw egoizmowi i szukaniu własnych korzyści (czy to materialnych czy bardziej wysublimowanych jak popularność), także w interesie grupowym. Pod tym względem Kościół szczególnie różni się od wszelkich sekt: w Kościele rządzi prawda i szczera, ofiarna miłość, natomiast w sektach fałsz, zakłamanie oraz interes czy to indywidualny czy grupowy. I to Kościół będzie ostatecznie tryumfował, nawet jeśli doznaje ucisku, a nie jakakolwiek sekta pod jakąkolwiek nazwą czy podszywająca się pod Kościół Chrystusowy. 

W tym znaczeniu 1 lipca wydarzyło się wiele. Nie tylko to, że cały świat zobaczył kapłanów, kleryków i tysiące wiernych przywiązanych do Tradycji Kościoła. Zobaczył także zakłamanie, nawet wręcz perfidię ze strony tych, którzy występują niby ze strony Kościoła. Pewne jest, że człowiek, który z czystym sercem szuka prawdy, dość łatwo rozpozna, komu warto zaufać, kto reprezentuje prawdę Chrystusową. Ostre, a właściwie pokrętne pisma mogą pociągnąć najwyżej tych, których myślenie ogranicza się do kibicowania swoim. 

Oczywiście należy docenić istotny wkład śp. abpa M. Lefebvre'a oraz jego FSSPX w sprawę zachowania Tradycji doktrynalnej i liturgicznej Kościoła. Bez wątpienia FSSPX jest największą i najbardziej prężną organizacją, która stawia sobie taki cel, co wynika zapewne z geniuszu jego założyciela. Historia pokaże, czy istnienie FSSPX jest dowodem na to, że trzymanie się Tradycji jest ważniejsze dla Kościoła niż absolutne poddanie się władzy kościelnej, czy odwrotnie, czyli na to, że to poddanie się władzy jest ważniejsze i niezbędne. A to zależy przede wszystkim od tego, czy i na ile FSSPX stale zachowa wierność dla Tradycji, którą deklaruje i sobie stawia za cel. Do tego nie wystarczy stosowanie tradycyjnej liturgii Kościoła, choć jej porzucenie musi prowadzić przynajmniej do poważnych zawirowań, jeśli nie wręcz do zerwania z Tradycją także doktrynalną, czego jesteśmy świadkami od lat 60-ych i to coraz bardziej. Pewne jest, że FSSPX przetrwa próbę czasu tylko wtedy, gdy trwale zachowa wiarę katolicką nieskażoną i nieskażone sakramenty, nawet jeśli to będzie czynić wbrew woli aktualnych władz kościelnych. Pozostaje jednak pytanie, czy w oderwaniu od aktualnej władzy kościelnej praktycznie możliwe będzie trwałe zachowanie czystej doktryny katolickiej. Czas pokaże. 

Działalność x. Piotra Natanka


Nie śledziłem, ani nie śledzę działalności x. Natanka. Okazyjnie coś do mnie docierało i dociera. Myślę, że na tyle wystarczająco, by mieć odpowiednie zdanie. 

Przyznam, że nie mam pewnej wiedzy co do tego, co było pierwsze w jego problemach z przełożonymi kościelnymi - jego conajmniej dziwne nauki czy raczej publiczne oskarżenia w odniesieniu do jego ordynariusza, kard. Stanisława Dziwisza. Pewne jest natomiast, że x. Natanek regularnie wykazuje przynajmniej brak znajomości elementarza teologii katolickiej, a także poważne, choć proste błędy teologiczne. Jest to o tyle znamienne, że zdobył stopnie naukowe z teologii, wprawdzie dokładniej z historii Kościoła, jednak powinien dysponować elementarną wiedzą teologiczną, której mu ewidentnie brak. Nie wiem, czy w wyniku braku pilności czy braku dobrej woli. Aczkolwiek pod tym względem nie jest niestety wyjątkiem w środowisku kościelno-krakowskim, w którym wręcz roi się od przykładów różnego rodzaju mieszanek ignorancji teologicznej z herezjami. Dlatego bardziej prawdopodobne jest, że źródłem i powodem jego problemów z przełożonymi nie są względy teologiczne, lecz kościelno-polityczne. Hierarchia wojtyliańska wykazuje skłonność do daleko idącej tolerancji nawet dla ewidentnie heretyckich i apostackich poglądów, o ile mieszczą się one w ramach lojalności wobec siebie. 

Mało wiarygodne, a nawet wręcz niewiarygodnie wydaje się przyswojenie sobie przez x. Natanka liturgii tradycyjnej, którą zresztą miesza z własnymi pomysłami pseudoliturgicznymi (stąd pojawiło się określenie "ryt grzechińsko-katolicki"). On tej liturgii ani gruntownie nie poznał, ani jej sobie autentycznie nie przyswoił. Jest stosowanie wynika raczej ze względów taktycznych, to znaczy jest wyjściem na przeciw upodobaniom konserwatywnych katolików i zapotrzebowaniu. 

Szczególnie haniebne jest posługiwanie się - i to nawet publiczne i zadeklarowane - rzekomymi objawieniami niejakiej Agnieszki, co świadczy o zupełnej pogardzie dla najprostszych tradycyjnych zasad Kościoła już na poziomie zdroworozsądkowym. 

Demaskująca jest także jego pozytywna reakcja na nominację Grzegorza Rysia na arcybiskupa krakowskiego i ogólnie pochlebna o nim opinia. Oto dowód:  

Ma to zresztą związek zapewne z faktem, że obydwaj są uczniami x. Jana Kracika, powiązanego dość wyraźnie z kręgami masońskimi i antykościelnymi (w czym zresztą nie był wyjątkiem pośród profesorków krakówkowych). 

W sumie wygląda na to, że x. Natanek w obliczu konfliktu z przełożonymi chwyta się wszelkich środków, które mogą mu zdobyć i przysporzyć zwolenników, a tym samym popularności i wsparcia także materialnego. Posłuch, jaki ma u wielu nawet szczerze pobożnych katolików świadczy nie tyle o poziomie jego posługi, co o nędzy teologicznej, duchowej, intelektualnej i duszpasterskiej w strukturach regularnych Novus Ordo. Ludzie, którzy są zniesmaczeni przynajmniej nijakością życia parafialnego i spragnieni duchowego przywódcy, trafiają na kogoś, kto przez swoisty radykalizm zdobywa ich sympatię i zaufanie. 

Osobiście uważam, że z całości sprawy wynika, iż x. Natanek działa dla poczucia własnej wartości, a brak mu autentycznej pobożności, życia wewnętrznego i ducha kapłańskiego, w czym jest niestety dość typowym produktem systemu modernistycznego, mimo że formalnie od niego się zdystansował. 

Oczywiście zapewne zdarza mu się mówić rzeczy dobre i słuszne, co mu właśnie zjednuje zwolenników. Nie chcę też tracić nadziei na jego autentyczne nawrócenie. Póki co niestety nic nie wskazuje na jego gotowość do tego. Ponadto nie sądzę, by obecnie był w stanie zbudować coś autentycznie katolickiego, gdyż on działa bardziej według zasad przywódcy sekty niż prawdziwego duszpasterza, choć potrafi sprytnie wykorzystać deficyty typowe dla środowisk novusowych. 


Czy można korzystać z wody poświęconej u schizmatyków?

Co do sakramentaliów nie ma kwestii ich ważności, ponieważ Kościół nie określa warunków ich ważności. Jest jedynie kwestia skuteczności modlitwy duchownego schizmatyckiego, ponieważ sakramentalia mają wartość jedynie modlitwy, czyli prośby. 

Z jednej strony nie można generalnie wykluczyć tejże skuteczności, z drugiej strony korzystanie z posługi duchownego schizmatyckiego jest katolikowi zakazane, o ile nie ma stanu konieczności. Co do używania wody święconej raczej nie ma stanu konieczności, chyba że w nagłym przypadku np. obrony przed kimś opętanym.

Czy poparcie dla tzw. drogi synodalnej jest popadnięciem w herezję?

 

Chodzi o karę automatycznej exkomuniki za przestępstwa takie jak apostazja, herezja i schizma. Z jednej strony można owszem mówić o materialnym popełnieniu w tym wypadku wszystkich trzech przestępstw. Z drugiej strony jednak postulaty tzw. drogi synodalnej są tak sprytnie ujęte, że formalnie trudno jest udowodnić winę. Konieczne byłoby wszczęcie procedury przedstawienia zarzutów, przesłuchania i wezwania do odwołania błędów. W obecnej sytuacji personalnej i politycznej w Watykanie jest to niestety mało prawdopodobne. O tym wiedzą przywódcy tzw. drogi synodalnej i właśnie dlatego pozwalają sobie na tego typu excesy. Zresztą nie są one nowością, gdyż tego typu poglądy i postulaty są prezentowane od dziesięcioleci zarówno na ambonach i salach wykładowych, jak też w mediach skrajnie modernistycznych. Dopiero za rządów Franciszka odważono się je sformułować na takim poziomie w dość otwarty sposób. Innymi słowy: apostazja establishmentu modernistycznego jedynie ujawniła się bardziej otwarcie, choć de facto ma miejsce od dawna i to już mniej więcej od Vaticanum II. 

Czy Bóg działa poza Kościołem?



Oczywiście Pan Bóg jest wolny w Swoim działaniu i może udzielać Swoich łask każdemu, komu chce i kiedy chce. Jest jednak kwestia wiarygodności takowych zdarzeń. Jedynie Kościół rzymski ma solidne, racjonalne kryteria stwierdzania zdarzeń nadprzyrodzonych. Czyjeś opowieści nie wystarczą, zwłaszcza jakieś literackie czy filmowe.

Pewne jest natomiast, że Pan Bóg działa zawsze ku nawróceniu ludzi, także tych znajdujących się poza widzialnym Kościołem. Oznacza to, że przez Swoje działanie prowadzi ludzi do Kościoła, który jest objawioną drogą Zbawienia. Innymi słowy: cokolwiek oddala od wiary katolickiej i Kościoła, z całą pewnością nie pochodzi z działania Bożego.

Czy konieczne jest wymawianie imienia papieża w modlitwie eucharystycznej?


Wymawianie imienia papieża oczywiście nie jest warunkiem ważności Mszy św.

Warunki ważności to:
1. Odpowiednia materia czyli chleb oraz wino.
2. Odpowiednia forma czyli słowa Konsekracji.
3. Odpowiednia intencja czyli wola sprawowania sakramentu, który sprawuje Kościół.
4. Odpowiedni celebrans czyli wyświęcony ważnie.

Wypowiadanie imienia papieża należy do słów tzw. modlitwy eucharystycznej. Oczywiście generalnie celebrans powinien się dokładnie trzymać podanych w mszale słów. W Novus Ordo Missae dość często wprowadzane są do niego mniej czy bardziej znaczące dodatki. Wiele części jest zmiennych. To sprzyja mentalności pewnej dowolności czy możliwości indywidualnego wyboru dokonywanego przez celebransa. Jest to zwykle niezawinione przez celebransa, gdyż taka jest specyfika Novus Ordo. W tym kontekście można mieć pewną wyrozumiałość, gdy celebrans swoje osobiste wątpliwości czy przemyślenia przenosi do liturgii, zwłaszcza gdy ma przy tym dobrą wolę, tzn. pragnie szczerze i z przekonaniem wypowiadać słowa, a nie wbrew przemyśleniom.

W liturgii tradycyjnej cały kanon jest odmawiany szeptem niesłyszalnym dla innych osób oprócz celebransa. Także tutaj celebrans jest zobowiązany do trzymania się textu zawartego w Missale. Przez fakt cichego odmawiania sprawa jest bardziej powierzona jego sumieniu, gdyż nie ma presji opinii publicznej.

Sprawa dotyczy więc zarówno obowiązywalności textów mszalnych oraz wewnętrznego nastawienia celebransa jak też stanu obiektywnego. W skrócie należy wymienić następujące zasady:

1. Celebrans sprawuje liturgię z upoważnienia i na zlecenie Kościoła. Tym samym powinien unikać wszelkiego włączania własnych przemyśleń czy wątpliwości.

2. Jeśli w sumieniu uzna, że pewnych słów niedotyczących wprost wiary Kościoła i ważności sakramentalnej nie może z całą odpowiedzialnością wypowiedzieć, wówczas powinien wziąć pod uwagę oddziaływanie na obecnych, czyli powinien unikać zgorszenia.

3. Niewypowiadanie imienia papieża nie stanowi samo w sobie schizmy, o ile jest tylko wyrazem wątpliwości a nie woli odcinania się od następcy św. Piotra. Aktem schizmatyckim jest bowiem odrzucenie zwierzchnictwa papieża, a nie zwierzchnictwa osoby, której się nie uważa za papieża. Problem sprowadza się więc do zasadności osądu sytuacji, dokładniej
- odnośnie faktu, czy dana osoba jest papieżem, oraz
- odnośnie prawa i kompetencji orzekania w tej sprawie.
Jest oczywiste, że kompetentne w orzekaniu jest tylko kolegium biskupów. Dlatego jedynie błąd czy niewiedza w tej kwestii może być usprawiedliwieniem.


Czy istnieje droga łaski bez Maryi?



Pośrednictwo Najświętszej Matki Jezus Chrystusa jest nieodłączne od Jego pośrednictwa. Tak Kościół zawsze nauczał i nie zostało to w żaden sposób pomniejszone czy odwołane przez Sobór Watykański II (por. "Lumen gentium" rozdz. VIII).

Bóg przemówił do nas ostatecznie przez Jezusa Chrystusa, czyli Wcielonego Syna Bożego, i tym samym przez Jego Najświętszą Matkę, z której Syn Boży przyjął Swoje Człowieczeństwo w pełnym sensie, tzn. nie tylko ciało w sensie biologicznym, lecz jako Jej dziecko w pełnym znaczeniu tego słowa. Pod względem czysto ludzkim Jezus Chrystus był podobny do Swojej Matki i tylko do Niej w jedyny i wyłączny sposób. Tym samym nie można miłować Jezusa Chrystusa - a to oznacza zarówno Bóstwo jak też Człowieczeństwo wzięte właśnie z Maryi - bez miłowania Jego Matki. Dlatego miernikiem i kryterium stosunku do Zbawiciela i ostatecznie do prawdziwego Boga jest stosunek człowieka do Najświętszej Maryi Panny.

Oczywiście stosunek zależy od stopnia i rodzaju znajomości. Gdy ktoś zna Maryję - na podstawie zarówno Pisma św. jak też nauczania Kościoła na przestrzeni wieków - a ma z Nią problem, tzn. nie miłuje i nie czci Jej jak przysługuje to Matce Zbawiciela, to świadczy to nie tylko o stosunku do prawdy objawionej przez Boga, lecz także do samej Osoby Jezusa Chrystusa i do Boga prawdziwego.

Gdy ktoś nie zna Matki Jezusa Chrystusa bądź Ją zna jedynie niewystarczająco i fałszywie, wówczas także rodzaj i jakość stosunku do Niej zależy od stosunku do prawdy o Niej poświadczonej w Piśmie św. i Tradycji Kościoła. Przykładowo: gdy komuś nie podoba się, że była pokorną Służebnicą Pańską, oddaną Matką w domowym zaciszu wypełniającą codzienne prace, pośredniczką w troskach ludzi, na mocy testamentu Jej Syna dana Kościołowi jako także jego Matka ze wszystkimi prawami i obowiązkami wobec Niej, wówczas ktoś taki ma także problem z Jezusem Chrystusem i jedynym prawdziwym Bogiem.

Jest wolą Boga i tym samym pragnieniem także Matki Najświętszej jest zbawienie wszystkch ludzi, także schizmatyków, heretyków, apostatów, żydów i pogan. W tym znaczeniu Maryja jest Matką wszystkich ludzi, jako powołanych do włączenia w jedyny prawdziwy Kościół Jej Syna. Ona przyjęła swoje zadanie w historii Zbawienia dla wszystkich ludzi i pragnie zbawienia wszystkich. Jej pośrednictwo nie jest ograniczone, gdyż także pośrednictwo Jej Syna obejmuje wszystkich.

Czy mogą więc istnieć dary Ducha Świętego poza Jej pośrednictwem? Otóż nie mogą, tak samo jak nie mogą istnieć bez pośrednictwa Jej Syna. Innymi słowy: podobnie jak Pan Jezus mógł powiedzieć, że o Nim już Mojżesz mówił (J 1,45; 5,46), tak samo można powiedzieć, że już Stary Testament mówił o Maryi, zwłaszcza już w Księdze Rodzaju w tzw. Protoewangelii (Rdz 3,15).

Duch Boży jest Duchem Jezusa Chrystusa i tym samym też Duchem, który w Maryi zdziałał pełnię łaski, dosłownie "przeniknięcie łaską" (Łk 1,28: κεχαριτομενη). To ten sam Duch zstąpił na Nią i to On Ją osłonił, zanim zstąpił na Apostołów w Dniu Pięćdzisiątnicy. To Ona była przygotowaniem i zarazem Pośredniczką zesłania Ducha Świętego na Apostołów. Kto tego nie uznaje i nie przyjmuje, ten tym samym odrzuca działanie Duch Świętego i Duch Święty w rzeczywistości nie działa w nim i przez niego, mimo jakichkolwiek deklaracyj i haseł.