Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eucharystia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eucharystia. Pokaż wszystkie posty

Wiejski wikary zaskakuje na plus, a rektorem seminarium jest heretyk


 X. Piotr Piekart, o którym była niedawno tutaj mowa w związku z jego wypowiedzią o "koroneczce", zaskoczył właśnie chwalebnie swoją inną wypowiedzią, mianowicie w ramach "synodu" Archidiecezji Krakowskiej. Oto jest słowa:


Problem jest o tyle typowy, że powinien go zauważyć każdy, kto myśli po katolicku, czyli wierzy zgodnie z wiarą Kościoła, iż Jezus Chrystus jest obecny w każdej cząstce eucharystycznej postaci chleba. Doskonale to wyraża tradycyjna liturgia rzymska, zwłaszcza w geście złączenia palców celebransa począwszy od Konsekracji aż do puryfikacji po Komunii św. Natomiast w Novus Ordo tej świadomości nie ma, gdyż została ono systemowo wyrugowana przez:
- brak złączenia palców
- brak pateny (nie jest wymagana)
- puryfikowanie pateny przez ściąganie cząsteczek do kielicha puryfikaterzem, co jest o tyle absurdalne, że partykuły z natury przywierają do puryfikaterza, skąd mogą się rozproszyć praktycznie wszędzie
- Komunię dołapną. 

Wprawdzie nie jest to przewidziane w żadnym oficjalnym dokumencie, jednak z czasem rozpowszechnił się zwyczaj kreślenia znaku krzyża dzieciom na czole tym samym palcem, którym się podaje Ciało Pańskie w Komunii. Niby szczegół, ale pasujący do całości. 

Należy zauważyć, że problemem nie jest znaczenie czoła dziecka krzyżykiem, lecz brak złączenia palców. Można bowiem znaczyć resztą dłoni, trzymając złączony kciuk i palec wskazujący. 

Dobrze, że "wiejski wikary" wskazał na problem. Niestety jednak chyba nie całkiem jest gotów wyjść poza schemat myślenia jedynie w kategoriach Novus Ordo. Oby jednak - przynajmniej z czasem - dostrzegł, w czym jest właściwy problem, mianowicie w samym Novus Ordo, aczkolwiek w nim nie ma zakazu złączenia palców. 

Wypowiedź x. Piekarta wywołała oburzoną reakcję rektora krakowskiego seminarium duchownego, x. Roberta Woźniaka, który jest równocześnie wykładowcą dogmatyki:


Nie wiem, co ten człowiek wykłada alumnom seminarium i innym studentom. Pewne jest, że albo ma wiedzę poniżej poziomu katechezy na poziomie podstawowym, albo jest heretykiem negującym podstawową prawdę wiary katolickiej, mianowicie o istotowej obecności Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Było już o tym szerzej (tutaj). W skrócie: jeśli ktoś nie potrafi odróżnić obecności duchowej od istotowej (substancjalnej), to jest teologicznym analfabetą. A jeśli powołuje się przy tym na Ojców Kościoła, to jest też oszustem, gdyż żaden z nich nie negował wyjątkowej, realnej obecność wyłącznie w Najświętszym Sakramencie. Jest poważnym skandalem, że ktoś taki pełni funkcję wykładowcy teologii, a nawet kogoś odpowiedzialnego za formację przyszłych duchownych. 

Czy procesja Bożego Ciała jest tradycyjna?

 


Ostatnio okazało się, że święto Bożego Ciała - tak silnie związane z religią w Polsce, że nawet komuniści nie odważyli się go skasować - staje się przedmiotem kontrowersji. W samym Rzymie po stuleciach odwołano w tym roku centralną, diecezjalną procesję Bożego Ciała, z pokrętnym, właściwie kłamliwym uzasadnieniem przez chorobę kolana Franciszka, który wszak nigdy dotychczas nie klękał przed Najświętszym Sakramentem, a ostatnimi laty też nie prowadził procesji (choćby jadąc na lawecie z Najświętszym Sakramentem, jak to czynił w ostatnich latach życia Jan Paweł II, zresztą do końca klęcząc mimo sędziwego wieku i schorowania). Pewien skrajnie modernistyczny jezuita w Polsce publicznie zaatakował to święto, co wpisuje się w przygotowywanie gruntu dla dalszej protestantyzacji katolików przez skasowanie najpierw zwyczajowych obchodów, a ostatecznie zapewne także samego święta, które przeszkadza zapędom ekumaniackim. Dlatego warto zwrócić uwagę na kwestie historyczne, doktrynalne, rytualne i zwyczajowe związane z tematem. 

Pominę tutaj historyczne korzenie tego święta, związane ze św. Julianną z Liège, zakonnicą belgijską. Najważniejszych faktów można się łatwo dowiedzieć z internetu. Mniej znana jest historia procesji Bożego Ciała i zwyczajów z nią związanych. Tutaj istniała - i nadal oficjalnie istnieje - znaczna różnorodność zarówno co do obrzędu jak też zwyczajów. 

Procesja Bożego Ciała pierwotnie nie była praktykowana wraz z liturgicznym świętem, wprowadzonym w diecezji Liège w 1246 roku, zaś w roku 1264 w całym Kościele. Procesja pojawiła się dopiero z pewnym opóźnieniem, mianowicie w roku 1277 najpierw w Kolonii i w innych miastach i regionach niemieckojęzycznych. Według historyków liturgii, nawiązywała ona do procesji w tzw. dni krzyżowe z błogosławieństwem pól. W tych procesjach pierwotnie niesiono obrazy i figury świętych, następnie dołączono Najświętszy Sakrament. Wówczas papież Urban IV w swojej bulli zalecił śpiewać podczas tej procesji hymny eucharystyczne autorstwa św. Tomasza z Akwinu. Na jej koniec udzielano błogosławieństwa eucharystycznego. W takiej postaci procesja Bożego Ciała została ujęta w tradycyjnym Rituale Romanum. 

Natomiast w krajach niemieckojęzycznych doszło do rozbudowania procesji przez dodanie czterech stacyj ze śpiewaniem Ewangelii (zapewne z powodów praktycznych, by celebrans miał nieco wytchnienia w przeważnie długiej drodze i to w skwarze dnia). Pierwotnie Ewangelie te nawiązywały oprócz Wielkiego Czwartku do tajemnicy Wcielenia, czyli Bożego Narodzenia. Dopiero w XX w., w ramach pełzającej protestantyzacji forsowanej głównie z Niemiec, zastąpiono te treści Ewangeliami o uczcie i rozmnożeniu chleba. 

Równocześnie rozwijał się folklor związany z procesją. Ponieważ niesienie obrazów i figur było podzielone na stany i cechy, była to sposobność do ich autoprezentacji galowej. Ołtarze stacyjne także były okazją dla twórczości folklorystycznej, która przy braku czujności duszpasterzy mogła przybierać bardziej dziwne formy, zwłaszcza gdy sam duszpasterz nie dysponował ani wystarczającą wiedzą, ani wyczuciem liturgicznym, teologicznym czy choćby estetycznym. 

Jaskrawym przykładem są tutaj dywany z kwiatów przedstawiające symbole święte czy wręcz postaci eucharystyczne i symbole oznaczające samego Jezusa Chrystusa. Nawet jeśli tworzono je z pieczołowitością i kunsztem, to jednak stanowiły one nadużycie i wręcz zaproszenie do bezczeszczenia symboli świętych, mimo nawet szlachetnych intencyj połączonych z bezmyślnością i brakiem wyczucia. Oczywiście nie ma nic złego w tworzeniu obrazów z kwiatów przedstawiających osoby czy symbole święte. Jednak ich miejscem z całą pewnością nie powinna być ziemia, lecz lokalizacja powinna oznaczać szacunek i zapraszać do oddawania czci, nie do deptania. 

Poważnym nadużyciem, sprzecznym z zasadami liturgii katolickiej i znaczeniem procesji eucharystycznej, jest także głoszenie kazań podczas procesji w obecności Najświętszego Sakramentu. Ten fałszywy zwyczaj rozpowszechnił się zwłaszcza w Polsce, co jest haniebnym przykładem stanu wiedzy i wyczucia liturgicznego. 

Niestety nawet w kręgach tradycyjnych katolików często brak jest takiego zdrowego, trzeźwego wyczucia i rozróżnienia. Świadczy to o głęboko sięgającej ruinie duchowej, intelektualnej i estetycznej, której należy się przeciwstawić, by to iście katolickie święto było w każdym szczególe sprawowane z należną starannością i nienagannym pięknem. 


Obecność Jezusa Chrystusa (z post scriptum)


Argument jest oczywiście fałszywy, aczkolwiek znaczący. 

Należy zacząć od jego korzeni. W konstytucji o liturgii "Sacrosanctum Concilium" nr 7 jest mowa o obecności Chrystusa w liturgii: 


Wymienia się więc obecność
- w osobie celebransa
- "maxime" czyli "najbardziej" w postaciach eucharystycznych
- w czynnościach sakramentalnych
- w słowie czyli czytaniu Pisma św.
- w modlitwie Kościoła czyli w zgromadzeniu modlitewnym. 

Te słowa nie są fałszywe, jednak problem polega na tym, że są pomieszane i nieprecyzyjne teologicznie. Mimo tego nie jest powiedziane, że Pan Bóg jest obecny w "Ludzie Bożym", lecz jedynie wtedy, gdy Kościół się modli. 

Sprawę nieco sprecyzował Jan Paweł II w swoim liście apostolskim na 25-lecie tejże konstytucji, gdzie napisał (źródło tutaj):


Oficjalne tłumaczenie na polski brzmi (źródło): 

7. Dla urzeczywistnienia swojej Tajemnicy paschalnej Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, przede wszystkim w czynnościach liturgicznych. Dlatego Liturgia stanowi uprzywilejowane „miejsce” spotkania chrześcijan z Bogiem i z Tym, którego On posłał, Jezusem Chrystusem (por. J 17,3).

Chrystus jest obecny w Kościele gromadzącym się w Jego imię na modlitwie. I właśnie ten fakt sprawia, że chrześcijańskie zgromadzenie jest czymś, co stawia wymaganie braterskiego otwarcia się — posuniętego aż do przebaczenia (por. Mt 5,23-24) — i godnej postawy wyrażającej się w gestach i w śpiewach.

Chrystus jest obecny i działa w osobie odprawiającego kapłana,  który nie tylko jest powołany do tej funkcji, lecz przez fakt otrzymanych święceń kapłańskich został posłany, aby działać „in persona Christi”. Tej godności powinna odpowiadać postawa wewnętrzna i zewnętrzna uwidoczniona także w szatach liturgicznych, w miejscu, które zajmuje i w słowach, które wypowiada.

Chrystus jest obecny w swoim Słowie, głoszonym w zgromadzeniu; ono to, wyjaśniane w homilii, powinno być słuchane z wiarą i przyswojone na modlitwie. To wszystko powinno objawiać się w godnym wyglądzie księgi i miejsca głoszenia Słowa Bożego, w postawie lektora, w jego świadomości, że jest rzecznikiem Boga wobec braci. 

Chrystus jest obecny i działa mocą Ducha świętego w sakramentach, a w sposób szczególny i wzniosły (sublimiori modo) w Ofierze Mszy świętej pod postaciami eucharystycznymi,  także wtedy, gdy są one przechowywane w tabernakulum dla Komunii świętej, przede wszystkim chorych, oraz dla adoracji przez wiernych.  Pasterze mają obowiązek częstego przypominania w swych katechezach nauki wiary o tej rzeczywistej i tajemniczej obecności, którą wierni powinni żyć i którą teologowie winni zgłębiać. Wiara w obecność Pana zakłada pewne zewnętrzne oznaki szacunku dla kościoła, miejsca świętego, w którym Bóg objawia się w swojej tajemnicy (por. Wj 3,5), przede wszystkim podczas sprawowania sakramentów: rzeczy święte powinny być zawsze traktowane jako święte.

Kluczowe są słowa podkreślone na czerwono. Prawidłowe tłumaczenie brzmi: w sposób jedyny i wznioślejszy, czyli w sposób wyróżniający się od innych wymienionych sposobów obecności. To jest oczywiście coś zupełnie innego niż sposób szczególny i wzniosły, gdy każdy sposób jest szczególny i każdy sposób jest wzniosły. 

Niestety brakuje tutaj sprecyzowania teologicznego, na czym ta wyjątkowość i wyższość polega, a to jest istotne. 

Tradycyjnie w teologii katolickiej odróżnia się między obecnością istotową (substancjalną) a obecnością duchową. Ta pierwsza dotyczy wyłącznie postaci eucharystycznych po Przeistoczeniu i jest jasno określona w nauce Kościoła w dogmacie wiary o Transsubstancjacji. Drugi rodzaj obecności Chrystusa jest istotnie różny, to znaczy nie tylko co do stopnia. Otóż obecność duchowa nie polega na przemianie przedmiotu, materii czy człowieka, lecz na działaniu poprzez posługiwanie się przez Chrystusa. Innymi słowy: to jest obecność w narzędziowym posługiwaniu się, nie w przemianie istoty. 

Natomiast w Novus Ordo widać dość wyraźnie tendencję do zrównania obecności substancjalnej i duchowej, czy raczej do zamazania tej pierwszej przez sprowadzenie jednej do drugiej, czyli w rezultacie do zatarcia różnicy. Dobitnym przykładem jest pomijanie i rugowanie przyklękania przed Najświętszym Sakramentem (czyli przed tabernakulum) przynajmniej podczas liturgii Novus Ordo (skłony do novusowego "ołtarza", wypinając pośladki do tabernakulum). To nie ma wprawdzie - dokładnie biorąc - podstaw w przytoczonych powyżej dokumentach (ani w żadnych innych), idzie jednak według w gruncie rzeczy heretyckiej tendencji zaciemniania i faktycznego negowania jedynej istotowej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. 

Dopuścił się tego zresztą nowy metropolita łódzki w swoim pierwszym kazaniu, mianowicie już na ingresie, wzywając do szukania Chrystusa - bez żadnej różnicy - w ołtarzu novusowym, a ludziach, w słowie i w postaciach eucharystycznych: 




To jest właściwie negacja wyjątkowej, jedynej w swoim rodzaju - jako że istotowej - obecności Chrystusa w postaciach eucharystycznych czyli herezja. Zabieg jest sprytny, gdyż Krajewski nie neguje wprost, jednak rezultat jest oczywisty, mianowicie zrównanie obecności Ciała i Krwi do obecności jedynie duchowej. To jest nic innego jak herezja protestancka, aczkolwiek perfidnie przemycona. 



Post scriptum

Pojawił się w internetach text odnośnego dekretu:



Przede wszystkim jest tutaj zafałszowanie słów Pisma św., błąd teologiczny i herezja, mianowicie w słowach, jakoby Komunia św. była niebiańską Ucztą Baranka, o której mówi Księga Apokalipsy 19,7. Wystarczy uważnie czytać tę księgę, by wiedzieć, że po pierwsze nie jest mowa o uczcie, lecz o godach Baranka, a po drugie, że jest to wizja eschatologiczna, nie sakramentologiczna (czyli odnosząca się do sakramentu Eucharystii). Autor nawiązuje tutaj do słów, które zostały dodane do obrzędu Komunii w Novus Ordo: podczas gdy tradycyjna liturgia zawiera jedynie słowa "Ecce Agnus Dei, ecce qui tollit peccata mundi", to moderniści dodali "beati qui ad coenam Agni vocati sunt" (a w obecnie używanym mszale polskim słowa "coena Agni" zafałszowano na "Jego ucztę"). Innymi słowy: te zmiany zmierzają do protestanckiego ujmowania Eucharystii jako uczty, co jest oczywiście herezją. Nie dziwi, że skrajny modernista ze stajni Bugnini'ego i Marini'ego od tego zaczyna swoje rządy w diecezji. 

Równocześnie, jak widać, nie nakazuje, lecz jedynie "prosi". A jest to wybitna obłuda. 

Po pierwsze, pismo jest skierowane do wszystkich wiernych. Tym samym daje diecezjanom narzędzie, by domagać się od celebransa Komunii pod obydwiema postaciami. W razie gdyby celebrans nie chciał czy nie mógł tego uczynić, to każdy może poskarżyć się do centrali. Tym samym mówienie, że włodarz diecezji jedynie "prosi" jest skrajnie perfidne. 

Ma to poważne konsekwencje praktyczne. Skąd na zwykłej parafii kapłan ma nagle wziąć odpowiednie naczynie liturgiczne? Tak więc prawie we wszystkich parafiach kapłani zostali de facto zmuszeni do korzystania z usług tzw. nadzwyczajnych szafarzy, czy to ustanowiony oficjalnie, czy ad hoc, czyli natychmiastowo bez jakiekolwiek przygotowania. To zapewne zostało tak właśnie zaplanowane, czyli jako dalsze oswajanie wiernych z brakiem szacunku do Najświętszego Sakramentu i to narzuconego przez włodarza diecezji, który jest - nota bene - z wykształcenia liturgistą. 

A warto zwrócić uwagę, komu zawdzięcza swoją karierę. O niej mówi jego były biskup i poprzednik:


Zwróćmy uwagę: ceremoniarzowi Piero Marini'emo spodobał się wówczas młody alumn seminarium i to on planuje jego karierę, nie jego biskup. Biskupowi oczywiście nie wypada odmówić. A kim jest Piero Marini? Otóż podobnie jak Krajewski stał się jego pupilem, tak Marini był pupilem twórcy Novus Ordo, słynnego Annibale Bugnini, który za przynależność do masonerii został zesłany jako nuncjusz do Teheranu, mimo że nie miał żadnego przygotowania dyplomatycznego. Takie to są powiązania... 

Czy usuwanie tabernakulum na bok jest zgodne z wiarą katolicką?


Problem pojawił się wraz z celebrowaniem zwanym twarzą do ludu. Z kolei takie celebrowanie zostało wprowadzone z fałszywym powoływaniem się na Ostatnią Wieczerzę ("Pan Jezus nie spożywał Ostatniej Wieczerzy tyłem do uczniów") oraz na rzekomy nakaz Vaticanum II. Wskazanie na Ostatnią Wieczerzę jest oczywiście fałszywe i protestanckie. W rozumieniu katolickim - i jest to dogmat wiary katolickiej - Msza św. nie jest odtwarzaniem czy pamiątką Ostatniej Wieczerzy lecz uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Zaś Vaticanum II nie mówi ani słowem o kierunku celebracji, ani tym bardziej nie nakazuje celebrowania twarzą do ludu, czyli odwrócenia celebransa.

Wskutek - ewidentnie kłamliwego i heretyckiego - wprowadzenia celebracji przodem do ludzi pojawił się problem ustawienia celebransa tylem do tabernakulum i tym samym do Najświętszego Sakramentu. Jest to szczególnie jaskrawe w starszych kościołach, gdzie tabernakulum znajduje się w centralnym miejscu, w sercu świątyni. Gdzieniegdzie usunięto Najświętszy Sakrament do ołtarza bocznego. W nowo budowanych kościołach zwykle umieszcza się tabernakulum czy to z boku, czyli nie w centralnym miejscu, albo w osobnej kaplicy. Oczywiście nie rozwiązuje to problemu braku czci dla Najświętszego Sakramentu, lecz jakby cementuje ten brak w sposób architektoniczny. 

Moderniści powołują się tutaj na układ architektoniczny starożytnych i średniowiecznych świątyń, gdzie rzekomo albo wcale nie było tabernakulum, albo znajdowało się ono gdzieś z boku. Po pierwsze, to powoływanie się jest fałszywe, gdyż są dowody historyczne na stosowanie tabernakulum już we wczesnym średniowieczu, umieszczanego także centralnie na ołtarzu czy nad ołtarzem (słynne tabernakula wiszące). Po drugie, ten argument modernistyczny jest niczym innym jak herezją archeologizmu, która polega na odtwarzaniu praktyki z zamierzchłych czasów z pominięciem postępu rozumienia prawd wiary katolickiej, czy wręcz przeciw tym prawdom.

Owszem, prawdą jest, że świątynie skoncentrowane architektonicznie na tabernakulum stały się powszechną regułą dopiero z końcem średniowiecza, a w baroku przybrały szczególnie wyraziste i bogate formy. Nie był to rozwój przypadkowy, lecz wynikał wprost z prawdy wiary katolickiej o realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Ta prawda należy od początku - czyli od czasu Apostołów - do depozytu wiary Kościoła, aczkolwiek jej dowartościowanie oraz odpowiednie wyrażenie w architekturze sakralnej nastąpiło dopiero stopniowo na przestrzeni wieków, do czego impulsem były herezje atakujące ją. Dlatego powracanie do dawnych form architektonicznych odnośnie miejsca tabernakulum oznacza faktycznie nie tylko odrzucenie słusznego, autentycznego rozwoju rozumienia wiary i pobożności katolickiej, lecz uderza w prawdę wiary przynajmniej pośrednio.

Dowodem na to jest chociażby spontaniczne zachowanie ludzi w pomieszczeniu bez tabernakulum jako centrum i serca świątyni. Coraz bardziej powszechne staje się zachowanie w stylu hali widowiskowej i miejsca spotkań, czyli bez postawy modlitwy i adoracji.

Zaś pod względem teologicznym zarówno ustawianie się celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu, jak też usuwanie tabernakulum na bok jest nie tylko fałszywe, lecz sprzeczne także z nauczaniem Vaticanum II. Bowiem w konstytucji o liturgii czytamy, że Jezus Chrystus jest w największy sposób obecny pod postaciami eucharystycznymi, a nie w akcji liturgicznej, ani w osobie celebransa:


Dlatego postawienie celebransa i jego czynności w centrum, kosztem miejsca Najświętszego Sakramentu jest fałszywe, sprzeczne z wiarą katolicką, niszczące tę wiarę u wiernych, oraz gorszące. 

Dlaczego Pan Bóg daje konsekrować ateistom?


Odpowiedź jest prosta: ponieważ Przeistoczenie jest dla tych, którzy wierzą i pragną Eucharystii, a nie dla niegodnego kapłana. Aczkolwiek także ten ostatni ma szansę się nawrócić. 

To samo dotyczy heretyków i schizmatyków. Pan Jezus daje Siebie tym, którzy tego pragną, nawet mimo niegodności i przewrotności szafarzy. On nie karze ani nie krzywdzi niewinnych. 

Kiedy zachodzi Przeistoczenie?


Do ważności Przeistoczenie konieczne jest równoczesne spełnienie następujących warunków:

1. ważne słowa Konsekracji
2. wypowiedziane przez ważnie wyświęconego kapłana
3. we właściwej intencji
4. odnoszącej się do ważnej materii chleba i wina. 

Rozumiem, że w pytaniu chodzi o element 3. 

Tutaj wystarczy, że celebrans ma intencję czynienia tego, co czyni Kościół, i to nawet jeśli sam nie wierzy w Przeistoczenie. Jeśli np. kapłan nie wierzy w realną obecność Jezusa Chrystusa, jednak ma intencję czynienia tego, do czego został wyświęcony i co przyrzekał podczas obrzędu przyjęcia święceń, to ważnie dokonuje Przeistoczenia. 

Nie dokonuje Przeistoczenia wtedy, gdy nie ma intencji czynienia tego, co czyni Kościół, a jedynie zachowuje pozory, czyli prawidłowo wypowiadając słowa Konsekracji nad ważną materią chleba i wina, czyli faktycznie oszukując. Dlatego należy unikać kapłanów, którzy w jakikolwiek sposób przejawiają dystans czy wręcz wrogość wobec wiary i nauczania Kościoła, czy to ogólnie czy szczególnie w kwestii Eucharystii. 

Msza św. a Pascha, czyli heretycki serwis apoplektyczny


Powyższy obrazek pochodzi z wystąpienia człowieka o nazwisku Marek Piotrowski, związanego z heretyckim serwisem apoplektycznym zwanym szumnie "katolickim serwisem apologetycznym". Na obrazku uwidoczniona jest prywatna teoryjka Piotrowskiego, mająca widocznie pogodzić katolickie nauczanie o Sakramencie Eucharystii z herezją protestancką, która - za sprawą Novus Ordo - w ostatnich dekadach wdarła się i panoszy się w umysłach wielu katolików, może nawet większości. Równocześnie wraz z protestantyzacją odbywa się judaizacja katolików, a tego dość wyraźnym przykładem jest to wystąpienie i ogólnie działalność tego człowieka. Oczywiście jest to próba chybiona i obłudna, gdyż sprowadza się do przemycenia herezji protestanckiej pod pozorem pseudoteologicznych wywodów, co tutaj wykażę. Idźmy po kolei. 

Jak widać, Piotrowski myśli wiernie kategoriami Novus Ordo Missae, a właściwie tegoż fragmentami, nie biorąc nawet pod uwagę tradycyjnej liturgii katolickiej jakiegokolwiek obrządku:


To jest wręcz genialne rozumowanie: Msza św. jest Paschą, bo Novus Ordo wzięło i wymyśliło nowe słowa na tzw. przygotowanie darów, w nawiązaniu do żydowskiej modlitwy odmawianej przy stole (nie tylko podczas uczty sederowej). 

Następne arcydzieło intelektualne:


Tutaj jest kolejne oszustwo, gdyż nie podejrzewam, by on nie wiedział, skąd się wziął spór uczta-ofiara oraz pamiątka-ofiara. Próba zaklajstrowania tego poważnego sporu przywołaniem Paschy czy powołaniem się na Ostatnią Wieczerzę jako Paschę świadczy zarówno o bardzo wysokim mniemaniu o sobie jak też o teologicznej niekompetencji i zakłamaniu. Innymi słowy: przez dziesięciolecia, a nawet wieki tęgie głowy zarówno teologów katolickich jak też dość często inteligentnych heretyków prowadziły poważne i obszerne dysputy na podstawie szerokiej znajomości źródeł i dogłębnych analiz biblijnych, patrystycznych i filozoficznych. A teraz oto przychodzi taki Piotrowski i ogłasza, że te dysputy są bez sensu. No cóż, człowiek ma tupet (bardzo delikatnie mówiąc). 

Piotrowski widocznie nie ogarnia, o co chodzi w tym sporze, który zresztą już dawno został rozstrzygnięty, mianowicie na Soborze Trydenckim. Piotrowski widocznie chce wyrzucić to rozstrzygnięcie, co może być jedynie w interesie protestantów i modernistów, posługując się dość podwórkowymi argumentami. 

Otóż nie można pojąć sporu w oderwaniu od kwestii, której on dotyczy. Piotrowski wydaje się o tym nie wiedzieć, albo nie chce wiedzieć. A wystarczy mieć elementarną wiedzę o historii Kościoła, by wziąć pod uwagę, iż były dwa zasadnicze problemy:

- realna obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina

- ofiarny charakter Mszy św.

Definicje dogmatyczne Soboru Trydenckiego nie wynikły z widzimisię, lecz z obrony przed herezją protestancką, nawet jeśli Piotrowski uważa te kwestie za bezsensowne, a jego jedynym argumentem jest sprowadzenie Mszy św. do uczty paschalnej, która rzekomo miała miejsce we Wieczerniku, na co dowodem mają być novusowe modlitwy "przygotowania darów".

Oto kwintesencja jego wywodów:


Z typową dla ekumaniaków perfidią Piotrowski swój atak na katolickie prawdy wiary nazywa "lekką krytyką teologii Zachodu". Angażuje przy tym słynne, a debilne powiedzonko pseudoromantycznego irracjonalizmu o "szkiełku i oku", wykorzystując awersję pospólstwa do rzetelności i precyzji naukowej w teologii. Po tym wstępie oświadcza, że dogmaty o Przeistoczeniu i realnej obecności są tylko pomocnicze. Przezornie pomija dogmat mówiący o tym, że Msza św. jest prawdziwą Ofiarą Nowego Przymierza, a nie czyni tego bez powodu. Woli przemilczeć, a za to ucieka w cytaty biblijne, mające rzekomo popierać jego pseudoteorię, a to jest metoda typowa dla protestantów i innych heretyków. Ucieka też w zupełnie inny temat, mianowicie w realność Zbawienia oraz inny osobny temat teologiczny, jakim jest Kościół jako Mistyczne Ciało Jezusa Chrystusa. Ta ucieczka służy pozornej odpowiedzi na pytanie, na czym polega ofiarny charakter Mszy św. Głosi przy tym banały jak ten, że celem Mszy św. jest stawanie się Mistycznym Ciałem Chrystusa, "a nie sama obecność". W domyśle i tle jest twierdzenie i zarazem typowo modernistyczna sugestia: nie spierajmy się o Obecność Chrystusa w Eucharystii, bo przecież ona jest tylko środkiem do tego, żebyśmy stawali się Kościołem. No cóż, sprytne mącenie, żeby tylko nie przyznać się do herezji, ale obronić herezję protestancką. 

Natomiast według wiary i teologii katolickiej Msza św. NIE jest nawiązaniem do uczty paschalnej, lecz do wszystkich ofiar w historii ludzkości począwszy od ofiary sprawiedliwego Abla, a w szczególności do ofiarowania Izaaka przez Abrahama oraz czystej, bezkrwawej ofiary Melchizedeka, o czym mówi dosłownie Kanon Rzymski, notabene tak bardzo znienawidzony przez Luder'a, innych protestantów oraz obecnie modernistów. Innymi słowy: Ofiara Jezusa Chrystusa na Krzyżu, uobecniana na ołtarzach, spełnia i zarazem usuwa wszystkie inne ofiary w dziejach ludzkości. Ustanowienie Eucharystii w kontekście czy bliskości - choć nie w ramach - ofiary paschalnej i uczty paschalnej ma jedynie ograniczone znaczenie teologiczne i z całą pewnością nie oznacza jakiejś analogii czy ścisłego i wyłącznego związku między Mszą św. a obrzędem paschalnym sprawowanym w rodzinach żydowskich. Taki związek jest sugerowany i forsowany w sekcie kikonistów (zwanej "drogą neokatechumenalną"), gdzie "Eucharystia" jest wzorowana głównie, a właściwie wyłącznie na żydowskiej uczcie paschalnej, co jest oczywiście herezją.  

A nie jest to drobnostka czy banalny szczegół, lecz zafałszowanie istoty Mszy św. i jej znaczenia zbawczego w historii ludzkości. Sprowadzenie Mszy św. do uczty paschalnej nie tylko wypacza jej istotę, lecz wiąże liturgię Kościoła z judaizmem współczesnym (oraz z polityką państwa położonego w Palestynie) oraz forsuje relatywizm religijny. Jeśli bowiem Eucharystia jest jedynie odmianą zwyczajów żydowskich, a one są exkluzywne, bo zawężone do tego narodu, a poganie są pozostawieni swoim zwyczajom i kultom, to uderza to w istotę chrześcijaństwa, które jest uniwersalne zwłaszcza w tym wymiarze, że spełnia i unieważnia wszystkie inne kulty i ofiary, zarówno żydowskie jak i pogańskie. Nie jest przypadkiem, że usiłowanie zniszczenia i wyrzucenia tradycyjnej liturgii Kościoła odbywa się wraz z ekumaniactwem i to nachalnym i prymitywnym intelektualnie. 

Raz jeszcze: czy Msza św. jest ucztą?

 


Kwestia pojawia się dość regularnie (por. tutaj), zwłaszcza w sporach między modernistami i katolikami (zwanymi tradycjonalistami). Zamieszanie pochodzi stąd, że od V2 i dokumentów Novus Ordo pojawia się nazywanie Mszy św. "ucztą", "wieczerzą Pańską" itp., niekiedy także obok nazwy "ofiara". Jest to oczywiście ekumaniacka próba pogodzenia wiary katolickiej z herezją protestancką, która neguje ofiarną istotę Mszy św. i sprowadza Eucharystię do pamiątki Ostatniej Wieczerzy. 

Katolicy tradycyjni są często zakłopotani i bezradni, zwłaszcza gdy w tradycyjnych textach liturgicznych znajdują określenie "uczta" czy "wieczerza" (synaxis, convivium, coena). Wynika to z braku właściwej katechezy, niestety także ze strony duchownych niby tradycyjnych. 

Sprawa jest jednak dość prosta. Otóż Msza św. jest w swej istocie Ofiarą Nowego Przymierza, jak wyraźnie mówi Sobór Trydencki. Konstytucja V2 "Sacrosanctum Concilium" wprawdzie tego nie neguje, jednak dodaje inne określenia, bez odpowiedniego wyjaśnienia. Ta metoda jest powielana przez Katechizm Kościoła Katolickiego i inne dokumenty Novus Ordo. 

Mówiąc najprościej: istotą Mszy św. jest ofiara. Kto temu zaprzeczy - także przez dodanie innych określeń - jest heretykiem. Natomiast obrzęd Mszy św. zawiera także Komunię św., która jest ucztą polegającą na spożywaniu ofiarowanego Ciała i Krwi Pańskiej. To jednak nie jest istota Mszy św., choć Komunia św. przynajmniej kapłana jest niezbędnym elementem sprawowania Najświętszej Ofiary. 

Jak więc wyjaśnić nazywanie Mszy św. "wieczerzą" czy "ucztą" w klasycznych źródłach teologii, zarówno w nauczaniu Ojców i Doktorów Kościoła, jak też w tradycyjnych textach liturgicznych czy modlitwach? 

Należy tutaj wziąć pod uwagę specyfikę starochrześcijańskiego języka teologicznego. Otóż należy go rozumieć w powiązaniu z tzw. disciplina arcani, czyli zasadą zachowania pewnej dyskrecji i tajemnicy w odniesieniu do obrzędów świętych. Chrześcijanom zarzucano ze strony żydów i pogan - zarówno przez niezrozumienie jak też złośliwie - niemoralność ich obrzędów, między innymi kanibalizm, co nawiązywało do wieści, że spożywali Ciało i Krew. Równocześnie składanie ofiar było kojarzone z zabijaniem. Sami chrześcijanie nie od razu byli w stanie wyjaśnić spójnie w odpowiednich pojęciach, na czym polega ofiara kultu chrześcijańskiego. Dlatego prościej i bezpieczniej było kojarzenie Eucharystii z ucztą, co oczywiście nie było błędne, gdyż Komunia św. jest częścią Mszy św. Równocześnie z całą pewnością nie była to definicja dogmatyczna. Na nią trzeba było poczekać do rozwoju teologii scholastycznej, która doprowadziła do dogmatycznego zdefiniowania prawdy o Eucharystii. W tej definicji oczywiście nie ma mowy o charakterze uczty, gdyż byłaby to herezja. 

Podobnie jest zresztą z nazwą "Eucharystia". Dosłownie oznacza ona "dziękczynienie" i nawiązuje do słów prefacyj. Byłoby jednak herezją twierdzenie, jakoby istotą Mszy św. jest dziękczynienie. Tak więc mówienie o Sakramencie Eucharystii w znaczeniu nazwy jest w porządku, gdyż posługuje się jednym ze starożytnych określeń. Tym niemniej nazwa ta ani nie wyczerpuje katolickiego rozumienia tego sakramentu, ani nie określa jego istoty. 

Czy spór o klęczenie jest bezzasadny?


Powyższa wypowiedź pochodzi od jednego z najbardziej znanych i powszechnie w Polsce poważanych duchownych. Zresztą nierzadko zdarzają mu się dość rozsądne wypowiedzi. Tutaj jednak popełnia nie tylko kardynalne błędy teologiczne, lecz wręcz przejawia heretyckie poglądy. 

Otóż według wiary katolickiej Mszy św. jest uobecnieniem Ofiary Krzyżowej, a nie jest - jak dla protestantów - pamiątką czy celebrowaniem Ostatniej Wieczerzy. To jest istotna różnica. 

W Kanonie Rzymskim, który jest od starożytności, a nawet od czasów apostolskich, sercem sprawowania liturgii eucharystycznej, jest jasno powiedziane, że sprawujemy w niej pamiątkę Męki, Śmierci, Zmartwychwstania oraz Wniebowstąpienia Jezusa Chrystusa, a nie Ostatniej Wieczerzy, nawet jeśli pierwszy raz była sprawowana we Wieczerniku.

Niestety liturgia Novus Ordo, która umyślnie nawiązuje do poglądów protestanckich, dość wyraźnie sprzyja herezji protestanckiej pod tym względem. Często przejawia się to w potocznym - choć pochodzącym nawet z ust duchownych - uzasadnianiu zmiany kierunku celebracji, że mianowicie Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy był zwrócony twarzą do Apostołów, co zresztą jest także historyczną nieprawdą. 

Ponadto w Ewangeliach jest jasno powiedziane, że to ustanowienie miało miejsce PO uczcie paschalnej, nie podczas niej. 

Błądzą także ci, którzy sprowadzają klęczenie do kwestii kulturowej. Otóż leżenie, siedzenie, stanie, klęczenie nie są znakami względnymi kulturowo. Każdy normalny człowiek wie, co dana postawa oznacza, ponieważ każda jest zakorzeniona w funkcjach życiowych: człowiek w sposób naturalny przy innych czynnościach leży, siedzi, stoi czy klęczy. Jeśli ktoś chce wyeliminować czy wyeliminował klęczenie w liturgii, to tym samym daje znać, że jakby redukuje ją do zwykłych funkcyj życiowych, gdzie normalnie występuje tylko leżenie, siedzenie, stanie. Tym samym liturgia bez klękania jest jakby niedorozwinięta, czy jakby amputowana. 

Kto może przyjąć Komunię duchową?


Chodzi o następującą wypowiedź metropolity wrocławskiego (źródło tutaj): 

Abp J. Kupny niestety popisał się tutaj elementarną niewiedzą w temacie tzw. Komunii duchowej. Miejmy nadzieję, że tylko niewiedzą. Otóż Komunia duchowa nie jest dla wszystkich, lecz dla tych, którzy są dysponowani do przyjęcia Komunii św. sakramentalnej, czyli są w stanie łaski uświęcającej, a z powodu obiektywnych przeszkód nie mogą jej przyjąć. 

Sobór Trydencki rozróżnia bowiem trzy rodzaje Komunii św. (Sessio XIII, cap. VIII):


- Kto będąc w stanie grzechu ciężkiego przyjmuje Komunię św., ten przyjmuje tylko sakramentalnie.

- Kto pragnie Komunii św. z wiarą i miłością, a nie ma możliwości przyjęcia sakramentalnego, ten przyjmuje tylko duchowo. 

- Kto przyjmuje Komunię św. będąc w stanie łaski uświęcającej, ten przyjmuje sakramentalnie i duchowo. 

Nie ma ŻADNEGO dokumentu Kościoła ani tradycyjnego, ani "posoborowego", który by zachęcał czy choćby dopuszczał przyjmowanie Komunii duchowej przez osoby w stanie grzechu ciężkiego. Nie ma też żadnej oficjalnej wypowiedzi ani Jana Pawła II, ani Benedykta XVI, która by dopuszczała przyjmowanie Komunii św. duchowej przez osoby żyjące w grzechu ciężkim. Wypowiedź Benedykta XVI ze spotkania w Mediolanie 2.VI.2012 brzmi w oryginale (źródło tutaj):


Po pierwsze, należy mieć na uwadze, że jest to przemówienie, lecz spontaniczna odpowiedź na pytanie jednej rodziny z Brazylii. Po drugie, Benedykt XVI nie mówi tutaj o Komunii duchowej, lecz o jedności duchowej z Chrystusem w Jego Mistycznym Ciele, jakim jest Kościół. Chodzi więc o zupełnie inną kwestię. Tak więc abp Kupny albo nie przeczytał uważnie tych słów, albo z rozmysłem jest przekręcił i popełnił fałszujące nadużycie. 


Czyją ofiarą jest Msza święta?


Zwrócono mi uwagę na następującą wypowiedź znanego w kręgach tradycyjno-konserwatywnych Marka Miśko:


Takie to są owoce ignorancji teologicznej forsowanej w kierunku herezji chrystologicznej, nawet apostazji. Chodzi o nieszczęsny temat ofiarowania Bóstwa, o którym było już wielokrotnie (por. tutaj), a co do którego widocznie nadal nie mają jasności nawet katolicy pragnący być i uważający się za tradycyjnych. 

Oczywiście doceniam gorliwość w zaangażowaniu co do prawdy, że Msza św. jest prawdziwą ofiarą Nowego Przymierza. Poniekąd też nie dziwię się, że Miśko jako świecki prawdopodobnie bez przygotowania teologicznego w tak delikatnej, wręcz finezyjnej kwestii teologicznej popełnia conajmniej nieścisłość. Jest on tutaj widocznie ofiarą wręcz programowego zamętu i pomieszania w temacie. Miśko widocznie mocno tkwi w herezji Sopoćkowo-Faustynowej, być może nie całkiem z własnej winy. 

Wyjaśniam:

Wyrażenie "ofiara z Boga dla Boga, z Syna dla Ojca" jest conajmniej niefortunne, a nawet heretyckie, jeśli się je potraktuje ściśle. Otóż Jezus Chrystus z całą pewnością nie składa w ofierze Swojego Bóstwa, gdyż także na krzyżu nie przestaje być ani Bogiem, ani Synem Boga Ojca. 

Poprawne jest natomiast powiedzenie, że Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek ofiarował Siebie Bogu Ojcu. Poprawne jest też powiedzenie, że Jezus Chrystus ofiarował Siebie Bogu prawdziwemu, Trójjedynemu. Adresatem tej ofiary był także Syn Boży jako Druga Osoba Boska, ten sam prawdziwy Bóg co Bóg Ojciec. 

Dokładniej należy powiedzieć, że Bóg-Człowiek ofiarował Swoje Człowieczeństwo Bogu Trójjedynemu. Ta ofiara uzasadnia konieczność Wcielenia Syna Bożego: bez Wcielenia nie byłaby możliwa doskonała ofiara, godna prawdziwego, Trójjedynego Boga. 

Tak więc jest to ofiara z człowieczeństwa, gdyż to Człowieczeństwo Syna-Bożego poniosło śmierć. Nie jest to ofiara z Boga, czyli nie z Bóstwa, gdyż Bóstwo Jezusa Chrystusa jest nieśmiertelne i niezniszczalne. 

Owszem, tę ofiarę złożył Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, Syn Boży (druga Osoba Boska), który stał się Człowiekiem. Stał się Człowiekiem, właśnie po to, żeby złożyć tę Ofiarę. Do tej ofiary konieczne było Wcielenie, konieczne było Człowieczeństwo Syna Bożego. 

Gdzie jest Pan Jezus?


Rozumiem, że w tym pytaniu chodzi o to, gdzie w liturgii - i poza nią - jest obecny Jezus Chrystus i jak należy się wobec tego zachować. 

Rzeczywiście każdy, kto ma choćby blade pojęcie o katolickiej wierze co do obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie umieszczonym w tabernakulum, a równocześnie trzeźwo myśli, staje przed dylematem co do zachowania się celebransa oraz służby liturgicznej w celebracjach Novus Ordo względem tabernakulum. Podana w pytaniu sytuacja jest obecnie typowa: przyklęka się przed tabernakulum jedynie w procesji do ołtarza oraz przed odejściem od ołtarza po zakończeniu celebracji, natomiast podczas samej celebracji albo zupełnie ignoruje się obecność tabernakulum i tym samym Najświętszego Sakramentu, albo się ją kwituje skinięciem głowy, podczas gdy ołtarz (w sensie stołu Novus Ordo) traktuje się jako właściwe centrum celebracji i główny a nawet jedyny obiekt kultu. To jest oczywiście nowość i to absurdalna. Tradycyjnie obiektem kultu głównym i właściwym jest Najświętszy Sakrament (czyli tabernakulm z nim) oraz krzyż ołtarzowy. W sytuacji, gdy zarówno Najświętszy Sakrament jak też krzyż został wyrzucony z ołtarza, pozostaje tylko ołtarz - mniej czy bardziej przypominający stół i to mnie czy bardziej estetyczny - który stał się głównym przedmiotem kultu. 

Najpierw muszę zaznaczyć, że takie zachowanie pojawiło się dopiero stosunkowo niedawno, mianowicie w ostatniej dekadzie mniej więcej. W mojej młodości - a już wychowywałem się w Novus Ordo - powszechną zasadą było przyklękanie przed tabernakulum za każdym razem, gdy przechodziło się przed nim. To obowiązywało także wtedy, gdy celebrans stojąc przy "ołtarzu soborowym" odwrócony był tyłem do tabernakulum. Dylemat pojawiał się szczególnie po Konsekracji, gdy zarówno w tabernakulum jak też na "ołtarzu soborowym" przyjmuje się obecność Najświętszego Sakramentu. W mojej rodzinnej parafii proboszcz rozwiązał to w ten sposób, że podczas celebracji nie wolno było przechodzić między tabernakulum a "ołtarzem soborowym". To jest najprostsze rozwiązanie. 

Jednak widocznie to nie rozwiązało problemu generalnie, zwłaszcza w kościołach nowych, gdzie tabernakulum znajduje się nie pośrodku, lecz z boku, a przejścia między nim a "ołtarzem soborowym" nie można uniknąć. Mamy więc jeden z niezliczonych przykładów problemu, który Novus Ordo stworzyło. 

Wygląda na to, że w ostatnich latach wynaleziono "genialny" sposób poradzenia sobie z problemem, mianowicie w postaci ignorowania obecności tabernakulum i tym samym Najświętszego Sakramentu podczas celebracji Novus Ordo (a właściwie praktycznie także poza nią). Jak to się ma do wiary katolickiej i do dokumentów liturgicznych samego Novus Ordo?

Wiara katolicka jest jednoznaczna i niezmienna: Jezus Chrystus od momentu ważnej Konsekracji jest istotowo i realnie obecny w postaciach eucharystycznych tak długo, jak długo te postacie istnieją, niezależnie od tego, co się w pobliżu odbywa i jak się ludzie do tej obecności odnoszą. Tego nie podważa także żaden dokument posoborowy, ani doktrynalny, ani liturgiczny, wręcz przeciwnie. 

Nowością jest natomiast podawanie wielu sposobów obecności Jezusa Chrystusa, co wzięło swój początek w konstytucji o liturgii "Sacrosanctum Concilium" (7):


Są tu więc wyliczone jakby różne obecności Chrystusa:

1. w czynnościach liturgicznych,

2. w osobie celebransa,

3. "najbardziej w postaciach eucharystycznych",

4. w swoim słowie,

5. w zgromadzeniu modlitewnym.

Problem w tym, że miesza się tutaj obecność duchową (1, 2, 4, 5) z jedyną obecnością istotowo-realną (3). Ta ostatnia jest wprawdzie wyróżniona (maxime), jednak to wyróżnienie jest niejasne i zrelatywizowane przez umieszczenie pośród sposobów obecności duchowej. Tym niemniej w żaden sposób nie wynika z tego pomniejszenie wyjątkowości tej obecności ponad wszystkimi innym sposobami obecności. Jednak w praktyce to właśnie zdanie doprowadziło do problemu, o który chodzi w zadanym pytaniu. 

Następnym dokumentem w tej kwestii jest encyklika Pawła VI "Mysterium fidei" z 1965 r. poświęcona magisterialnej interpretacji i zastosowaniu nauczania soboru. Jest wprawdzie podkreślenie wyjątkowości obecności realno-istotowej w postaciach eucharystycznych: 

Dalej Paweł VI wyjaśnia:


Przechodzi także do kwestii praktycznej:


I znowu:

Dwa lata później (1967) Kongregacja ds. Kultu Bożego wydała instrukcję Eucharisticum Mysterium, której celem było zebranie i uporządkowane przedstawienie nauczania w kwestii Eucharystii. Rzeczywiście mamy tutaj pewne usystematyzowanie sprawy obecności:


Nie ma więc wątpliwości, że obecność w postaciach eucharystycznych jest szczególna i najwyższa. Wynika stąd, że żaden inny sposób obecności nie może być stawiany ponad tą Obecnością, ani nie może służyć do jej przysłaniania czy lekceważenia. 

Także Katechizm Kościoła Katolickiego nie pozostawia żadnych wątpliwości w tej sprawie:

Tak więc nie ma i nie może być ŻADNEJ różnicy między oddawaniem czci Ciału Pańskiemu podczas celebracji i poza nią. 

Zarówno w pierwszym wydaniu Ogólnego Wprowadzenia (Institutio Generalis) do Mszału Rzymskiego (1969 r.) jak też w drugim (1975 r.) jest jasno postanowione, że przyklęka się przed tabernakulum zarówno przy dojściu i przed odejściem od ołtarza, jak też za każdym razem, gdy się przechodzi przed nim:

Dopiero w trzecim wydaniu Novus Ordo (z 2002 r.) nakazuje się ignorowanie Najświętszego Sakramentu podczas celebracji:


Jest to nie tylko sprzeczne z powyższymi dokumentami doktrynalnymi oraz z wiarą Kościoła, lecz wręcz zabójcze dla trzeźwego myślenia zgodnego z wiarą katolicką. Z jednej strony wierzymy, że Pan Jezus jest obecny w Najświętszym Sakramencie, ale z drugiej strony nieuchronne jest pytanie, co się z Nim dzieje wtedy, gdy - według trzeciego wydania NOM - nie wolno Mu okazywać czci. Na jakiej podstawie należy ignorować Jego obecność? Czyż to nie godzi we wiarę w tę obecność - jedyną realnie istotową? Na jakiej podstawie autorzy trzeciego wydania Novus Ordo uzurpują sobie prawo do decydowania, kiedy należy oddawać Najświętszego Sakramentowi należną Mu cześć, a kiedy nie należy? Niestety to jest tresowanie do mentalności trepa, gdzie nie prawdy wiary są decydujące i nadrzędne dla zasad liturgii, lecz wymysły modernistycznych pseudoliturgistów, sprzeczne z tymi prawdami. Czyż można się więc dziwić, że życie w takich regułach i sprzecznościach jest dla normalnego człowieka wręcz odrażające? 

Słusznie należy postawić pytanie, skąd się wziął ów pseudozwyczaj czy pseudoreguła, która stała się powodem zapytania. Otóż podejrzewam, że jest to domorosły pomysł szajki modernistycznych liturgistów, którzy najpierw przeforsowali w praktyce tę pseudoregułę na zasadzie faktów dokonanych, a następnie oficjalne nakazanie takiego zachowania, co miało miejsce jeszcze pod koniec pontyfikatu Jana Pawła II. 

Jak więc postępować w takiej sytuacji?

Po pierwsze, upominać duszpasterzy, wskazując na wiarę katolicką oraz chociażby zacytowane powyżej dokumenty dokrynalne. 

Po drugie, w razie narzucania przez celebransa zachowania ignorującego obecność Najświętszego Sakramentu, odmawiać pełnienia służby liturgicznej oraz unikać takiej liturgii oraz kościołów, gdzie tak się sprawuje.

Po trzecie, uświadamianie bliźnich w tej kwestii, by formować i wzmagać sprzeciw, nawet za cenę szykan i prześladowań. Trzeba i warto, ponieważ chodzi o cześć do Najświętszego Sakramentu, sakramentu naszego zbawienia. 

Co się dzieje w cudzie eucharystycznym?

 


Ostatnio x. Szymon Bańka znów popisał się ignorancją pomieszaną z niechlujstwem teologicznym i brakiem myślenia w kategoriach teologii katolickiej. Oto jego wypowiedź (w odpowiedzi na zadane mu pytanie):

Te słowa świadczą, po pierwsze, o nieznajomości i niezrozumieniu dogmatu o Transsubstancjacji oraz pojęć w nim użytych. 

Po drugie, to niezrozumienie prowadzi do fałszywego wniosku, nie wiem czy samodzielnie wyciągniętego, czy zaczerpniętego od kogoś, co zresztą nie jest istotne. 

Otóż według dogmatyki katolickiej - co można sprawdzić w każdym katolickim podręczniku - Transsubstancjacja polega na zamianie substancji chleba na substancję ciała ludzkiego, dokładnie Ciała Jezusa Chrystusa, przy zachowaniu przypadłości chleba. Aparatem pojęciowym tej prawdy wiary katolickiej jest pojęcie każdego ciała (materii w sensie fizykalnym) jako składającego się - według metafizyki arystotelesowsko-tomistycznej - z substancji i przypadłości. W porządku naturalnym, czyli w normalnym biegu procesów fizycznych, substancja każdej materii (każdego ciała) jest stała, podczas gdy przypadłości mogą ulegać zmianom. Tak np. to samo jabłko jest najpierw małe i zielone, a po pewnym czasie, w normalnym rozwoju staje się znacznie większe i odpowiednio do gatunku zwykle czerwone. 

Na czym polega cud eucharystyczny? Przede wszystkim zmienia się widzialna postać, przypominająca bardziej ciało ludzkie niż chleb. Dochodzi więc, jak x. Bańka słusznie zauważa, do zmiany przypadłości. Jednak to nie wszystko. W badaniach naukowych stwierdza się, o ile dany cud jest autentyczny, zmianę także w materii, czyli w substancji o tyle, że zamiast substancji chleba znajduje się substancja ciała ludzkiego. Dotyczy to zwykle nie całej hostii, lecz jej części. 

Słuszne jest więc pytanie kluczowe: czy po takiej zamianie mamy nadal to czynienia z realną obecnością Jezusa Chrystusa? Oczywiście tak. Dowodem jest m. in. fakt, że Kościół zawsze otaczał i otacza te postacie czcią należną Ciału Chrystusa. Gdyby to nie było realnie Ciało Chrystusa, to Kościół popełniałby bałwochwalstwo. Można tylko spierać się, czy dla takiej obecności - w tkankach ciała ludzkiego powstałych w sposób nadprzyrodzony - adekwatne jest określenie "obecność eucharystyczna", czyli sakramentalna. 

W swojej błędnej odpowiedzi x. Bańka widocznie miesza i myli cud eucharystyczny z rozkładem materii chleba, np. wskutek zepsucia czy rozpuszczenia w płynie, gdyż wskutek tych naturalnych procesów dochodzi to przemiany materii (substancji i przypadłości) chleba w inny rodzaj materii, jakim są substancje chemiczne powstałe po rozkładzie chleba. 

Co się dzieje we Mszy św.?

 



Msza św. jest uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Czyli Pan Jezus ofiarowuje się tak samo, aczkolwiek sakramentalnie, czyli pod postaciami chleba i wina. Nie umiera ponownie, lecz się ofiarowuje przez uobecnienie.

Stąd wynikają cuda: pod postacią chleba i wina staje się obecne Ciało i Krew Pana Jezusa, tzn. chleb i wino stają się Jego Ciałem i Krwią. Jest do Ciało i Krew uwielbiona, bo po zmartwychwstaniu. Dlatego może być równocześnie na wielu ołtarzach świata, bo jest już poza prawami natury także co do ilości.

Czy Msza św. jest ucztą? Czyli herezja w natarciu



Ostatnio zawrzało nieco w internecie w związku z następującą wypowiedzią (źródło tutaj):

Dokładnie biorąc, została tutaj wypowiedziana herezja, potępiona na Soborze Trydenckim (Sacrosancta Oecumenica, Sessio XXII, canon I):

Czyli:

Gdyby ktoś powiedział, że Msza nie ofiaruje Bogu prawdziwej i właściwej ofiary, albo że tym, co jest ofiarowane, nie jest nic innego jak [tylko] Chrystus dawany nam do spożywania, ten niech będzie wyklęty.

Wyjaśniam: w tym kanonie potępiona jest 

- po pierwsze herezja, według której Msza św. nie jest ofiarą składaną Bogu, czyli uobecnieniem Ofiary Krzyżowej,

- po drugie herezja, według której ofiarny charakter Mszy św. polega tylko na tym, że Chrystus daje się ludziom do spożywania. 

W tym miejscu można pominąć dalsze wypowiedzi Magisterium Kościoła w tej kwestii, gdyż są one właściwie tożsame z treścią tego kanonu. 

Dla tych, którzy uważają, jakoby nauczanie Soboru Trydenckiego było przestarzałe, wskazuję na dokumenty wydane po Vaticanum II.

Pierwszy przykład to tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego wydane przez Pawła VI w roku 1968. Czytamy w nim:


Czyli (źródło tutaj):


Także Katechizm z 1991 r. mówi:


Również Jan Paweł II w swojej encyklice Ecclesia de Eucharistia mówi wyraźnie:


Nie wiem, jakie są intencje podanej na wstępie wypowiedzi bpa Wątroby. Pewne jest, że jest ona sprzeczna z tym, jak Kościół Chrystusowy zawsze rozumiał Mszę św., natomiast odpowiada ona herezji protestanckiej, według której Msza św. jest pamiątką Ostatniej Wieczerzy (krótkie zestawienie tutaj). 

Warto mieć na uwadze: 

Gdy u Doktorów Kościoła czy w dokumentach Magisterium jest mowa o uczcie w odniesieniu do Eucharystii, to chodzi w danym kontekście na pewno o Komunię św., nie o Mszę świętą w jej istocie. Nazwa "Eucharystia" jest ogólnym określeniem sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej, natomiast Msza św. (sancta Missa) to w pełnej nazwie Ofiara Mszy św. (sacrificium Missae), która wskazuje na jej istotę. Owocem tej Ofiary jest Komunia św. i dopiero ona jest ucztą, czyli spożywaniem Ciała i Krwi Pańskiej. Dlatego fałszywe jest nazywanie Mszy św. "ucztą", choć uczta - czyli Komunia św. - jest jej składnikiem. Uwaga: składnikiem niekoniecznym dla ważności sprawowania. Innymi słowy: Msza św. jest sakramentalnie ważna także wtedy, gdy nikt nie przyjmuje Komunii św., co więcej - także wtedy byłaby ważna, gdyby nawet kapłan nie spożywał Komunii św., co oczywiście nie jest dozwolone, ale nie spowodowałoby nieważności Mszy św. 

Tak więc ktoś nazywający Mszę św. "ucztą" albo nie ma pojęcia o podstawach sakramentologii katolickiej, albo jest po prostu heretykiem wyznającym wiarę protestancką, nie katolicką.