Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozum. Pokaż wszystkie posty

Doniosłość i niezbędność kultu katolickiego współcześnie



(Text prelekcji: http://wieden1683.pl/news/donioslosc-i-niezbednosc-kultu-katolickiego-wspolczesnie-wyklad-x-dra-dariusza-olewinskiego-inaugurujacy-akademie-tradycja-i-przyszlosc-w-lublinie-cz-i/)

Temat być może brzmi prowokująco. Być może potraktowany zostanie przez niektórych jako przejaw wyniosłości czy przestarzałej mentalności nie pasującej do pluralizmu i ekumenizmu. Wydaje się, że przekonanie o doniosłości i niezbędności religii katolickiej stanowi po pierwsze główną trudność u samych katolików, a po drugie jest ono – to jest nasza teza - niezbędne dla przetrwania Kościoła. Oczywiście nie kwestionuję prawdy wiary odnośnie niezniszczalności Kościoła do końca czasów. Ta jest pewna teologicznie. Dokładniej: ta pewność teologiczna odnosi się do przetrwania istoty Kościoła w jakiejś chociażby znikomej liczbie wiernych. Nie oznacza to jednak, jakoby nieuprawnione były rozważania teologiczne i historiozoficzne odnośnie historycznej, konkretnej formy, postaci tego przetrwania, w tym także w aspekcie socjologicznym i socjogenicznym.

I. Współczesność

Czym jest współczesność? W sensie ścisłym chodzi o świat współczesny każdemu z nas, tym samym związany z każdą biografią. Współczesność składa się z poszczególnych biografij i dzieje się na ich wielorakim styku. Współczesność to każdy z nas w jego doniosłości dla innych, pośrednio także zarówno dla przeszłości, jak też dla przyszłości.
Jest to wspólnotowość czasu. Przy tym wiadomo, że właściwie nie wiadomo, czym jest czas, jako że nie ma jego wyczerpującej, ścisłej i jednej definicji. Czas jest zarówno obiektywny, jak też subiektywny. Tym samym można być współczesnym komuś obiektywnie, nie będąc współczesnym subiektywnie, i odwrotnie. Jednak niezaprzeczalnie istnieje wspólnota czasowa, niezależnie od jej ujmowania czy akceptowania przez jej uczestników.
Jak można i trzeba scharakteryzować naszą współczesność? Czy jest to w ogóle możliwe? Jako wspólnota biograficzno-czasowa może być współczesność opisana, oczywiście w uproszczeniu i ogólnieniu. To zakłada adekwatne kryteria, które muszą być 1) same w sobie spójne, 2) odpowiednie do przedmiotu. Możemy próbować tutaj jedynie pewien bardzo skrótowy szkic ograniczony zarówno ramą czasową jak też aspektowo.
Niemal niezliczone są analizy i charakterystki współczesności. Większość z nich można streścić wokół następujących pojęć:
1) antropocentrym
2) sekularyzm
3) globalizm
Zaznaczyć trzeba, że opisowość tych pojęć dotyczy zarówno trendów duchowo-ideologicznych (czyli głównie teorij), jak też faktycznych (praktycznych) procesów w znaczeniu zarówno programowych dążeń, jak też przynajmniej pozornie samodzielnych, nieprogramowych przemian.

ad 1) 

Antropocentryzm wiąże się z tzw. zwrotem ku podmiotowi (subiektywności), szczególnie wyraźnym w filozofii kartezjańskiej i kantowskiej, wraz z pochodnymi. Często zapomina się, że subiektywizm nie jest wynalazkiem czasów nowożytnych. Istniał on od początków znanych poświadczonych dziejów myśli ludzkiej, chociażby u greckich sofistów. Kultura klasyczna grecko-rzymska ukształtowała się i wyrosła w opozycji, wręcz z protestu przeciw relatywizmowi sofistów. Platońsko-arystotelesowskie poszukiwanie rzeczywistości realnej, niezawisłej od podmiotu, trwałej, stało się korzeniem nie tylko jedynego w płodności i skutkach rozwoju myśli zarówno filozoficznej, religijnej i humanistycznej, lecz także przyrodniczej i technicznej. Ta ostatnia dziedzina jest współcześnie najbardziej namacalna, nawet na co dzień. Nie tylko każdy z nas, lecz także ludzie w każdym zakątku ziemi mają kontakt i korzystają z techniki, która jest ostatecznie owocem klasycznej myśli filozoficznej, zwłaszcza arystotelesowskiej. Nie wchodząc w niuanse można powiedzieć: to właśnie zasada przyczynowości, absurdalnie zwalczana z powodu założeń głównie ateistycznych, jest elementarną i nieodzowną podstawą zarówno najprostszej technologii, jak też najbardziej skomplikowanych osiągnięć myśli technicznej. Pomijam tutaj chociażby spór o to, czy np. Chińczycy chronologicznie wcześniej osiągnęli pewne rozwiązania techniczne. Jeśli tak było, to nie stanowi to zaprzeczenia związku między rozwojem techniki a realizmem gnozeologicznym. Wręcz przeciwnie: uniwersalność realizmu jest argumentem na jego korzyść. Myśl klasyczna nigdy nie pretendowała do wyłączności w znaczeniu narodowościowym czy kulturowym, lecz zakłada powszechność zarówno doświadczenia jak też zasad myślenia. 

Antropocentryzm nie jest równoznaczny z humanizmem czy subiektywizmem. Nie można myśli klasycznej ani odmawiać humanistyczności w odpowiednim słowa znaczeniu, ani zarzucać jej braku zainteresowania czy respektowania podmiotu, czyli człowieka. Jest raczej tak, że poglądy sztandarowo niby humanistyczne (w znaczeniu subiektywizmu) z reguły były i okazały się właściwie antyhumanistyczne, bo ukierunkowane ostatecznie przeciw człowiekowi, w czym także ukazała się ich wewnętrzna sprzeczność i fałszywość.

Czym jest więc antropocentryzm jako cecha charakterystyczna współczesności? Istnieje daleko idąca zgodność, że chodzi w nim o sprzeciw wobec teocentryzmu, kojarzonego ze chrześcijańską kulturą średniowiecza. Zauważyć trzeba, że dość często myli się teocentryzm z teokracją, przy czym w określeniu „teokracja“ ma się na myśli właściwie klerokrację. Np. nazywa się obecną republikę islamską w Iranie „teokracją“, podczas gdy jest to właściwie klerokracja z dość wyrafinowanym systemem zawierającym pewne elementy demokracji. Klerokracja jest pewną odmianą oligokracji (oligarchii). W przypadku współczesnego Iranu jest to oligokracja oficjalna. W przypadku chociażby Stanów Zjednoczonych czy Rosji jest to oligokracja ukryta, jako że polegająca na pozorach demokracji. Nie wchodząc dalej w szczegóły socjopolityczne chcę jedynie zwrócić uwagę na nieporozumienie: klerokracja nie jest teokracją. Osobną jest kwestia, czy demokracja może być teokracją. W każdym razie pojęcia te nie wykluczają się. Jest jedynie kwestia realności, czy to przewidywalnej czy faktycznie sprawdzonej, historycznej. Stare rzymskie powiedzenie: vox populi vox Dei zawiera w sobie pewien optymizm w zaufaniu w mądrość mas. Można by je sparafrazować: vox naturae vox Dei. Takie powiedzenie byłoby już bardzo bliskie katolickiej nauce o prawie naturalnym jako podstawie moralności zarówno indywidualnej jak też zbiorowej. Jeśli by moralność – czy to osobowa czy grupowa – koncentrowała się na prawie naturalnym, to taki naturo- czy antropocentryzm w znacznej mierze byłby realizacją Królestwa Bożego na ziemi, czyli właściwie rozumianej teokracji. 

Wracając do kwestii antropocentryzmu: Zapewne nie jest przypadkiem, że to właśnie kultura chrześcijańska rozwinęła takie pojęcia oraz rozwiązania socjopolityczne, które są podstawą standardów współżycia zarówno wewnątrz narodów i państw, jak też norm międzynarodowych. Należy powiedzieć, że kultura chrześcijańska była zdolna do tego właśnie dzięki swemu teocentryzmowi. Rzeczywistość Boga jest rzeczywistością najwyższą, oraz źródłem i gwarancją każdej innej rzeczywistości, czyli rzeczywistości stworzonej. Tym samym nie ma solidniejszego humanizmu, humanizmu prawdziwego, niż teocentrym. (Można zasadnie postawić tezę, że do tego przesłania da się sprowadzić nauczanie Jana Pawła II, a także jego sprzeciw i działania zarówno wobec komunizmu jak też liberalizmu.) 

Tymczasem potocznie rozumie się przez antropocentryzm i humanizm właściwie subiektywizm i relatywizm, które ze swej istoty są zabójcze zarówno dla kultury i nauki, jak też dla społeczności na każdym szczeblu. Istnieją też formy cząstkowe subiektywizmu, także na płaszczyźnie społecznej. Tak komunizm jest subiektywizmem klasy robotniczej (właściwie "jedynie słusznej" partii, czyli komunistycznej), nazizm jest subiektywizmem narodowości czy rasy (także właściwie "jedynie słusznej" partii). 
Jest to dość istotne stwierdzenie, zwłaszcza, że retoryka subiektywizmu wkrada się chociażby do języka codziennego. Na przykład w sposobie wyrażania się polityków i działaczy także szczerze katolickich nagminna jest charakterystyczna fraza „moim zdaniem“, „w mojej opinii“, „w mojej ocenie“. Oczywiście takie wyrażenie jest na miejscu, gdy rzeczywiście chodzi o prywatny pogląd, subiektywną ocenę itp. Jest ono jednak bardzo często nadużywane, tzn. stosowane wtedy, gdy chodzi o prawdziwość i słuszność, gdzie właściwie nie ma i nie powinno być miejsca na subiektywność. Taka fałszywa skromność jest szczególnie częsta w wypowiedziach katolików. Pragną oni chyba szczególnie zachować uprzejmość (kulturalność) wypowiedzi, zapominając przy tym, że możliwe i konieczne jest odróżnienie między subiektywną opinią a stanem obiektywnym rzeczy, który podlega i powinien podlegać merytorycznej ocenie i osądowi. Paradoksalnie właśnie ludzie prawicy w Polsce bardzo często popadają w retorykę subiektywistyczno-relatywistyczną. Być może wynika to z przyzwyczajenia czy to do sytuacji defensywy, czy fałszywego pojmowania pokory jako przeciwieństwa prawdziwości. 

ad 2) 

Sekularyzm również wiąże się zarówno z walką filozoficzną, jak też socjopolityczną. Określenie to pojawiło się w historii – jako eufemizm – w związku z grabieżą dóbr kościelnych począwszy od reformacji, aż do tzw. oświecenia (właściwie zamroczenia masońskiego). Rzecz miała więc podłoże dość konkretne, wymiar namacalny. Jako ideologia sekularyzm głosi oficjalnie tzw. oddzielenie państwa od Kościoła i religii, tzw. świeckość państwa zwaną także laicyzmem. Wyraźna jest przy tym opozycyjność wobec klerokracji, czy to urojonej, czy realnie istniejącej. W praktyce celem jest pozbawienie religii i Kościoła wpływu na życie społeczne, przy czym chodzi o wpływ nie tylko wymierny, materialny, lecz także czy przede wszystkim ideowy, teoretyczny. Dokładniej biorąc: Kościołowi przyznaje się owszem – i to dość chętnie – rolę i funkcję społeczną jako organizacji charytatywnej przeznaczonej do sprawowania troski o potrzebujących, chorych, ubogich, w tym też popieranie polityki imigracyjnej. Natomiast odmawia się Kościołowi prawa wypowiadania się w ogólniejszych kwestiach moralnych, jeśli nauczanie Kościoła nie odpowiada danej linii czy opcji politycznej. Realnie istniejący sekularyzm jest więc dogłębnie obłudny, co zresztą dość dokładnie odpowiada jego genezie oraz przebiegowi w historii. Jego istotnym składnikiem jest dyktowanie Kościołowi jego praw i obowiązków, odmawiając mu jakiegokolwiek samodzielnego wpływu na społeczeństwo, równocześnie głosząc rozdział religii od państwa. 

Istotnym składnikiem sekularyzmu jest praktyczny materializm, nawet praktyczny ateizm. Można tutaj mówić także o konsumpcjoniźmie. Nie jest on właściwie nigdy otwarcie głoszony, lecz jest stosowany i praktykowany. Obecny system ekonomiczny polega na konsumpcji, która jest różnorako pobudzana, rozkręcana i wzmagana. Można nawet mówić o konsumpcjocentryźmie nie tylko gospodarki, lecz także życia społecznego i mentalności. W wersji prymitywnej konsumpcja polega wyłącznie (bądź niemal wyłącznie) na używaniu dóbr materialnych, i to codziennego użytku (jeść, pić, sex itd.), także kosztem potrzeb bardziej ludzkich jak doznania estetyczne, rozwój intelektualny oraz więzi międzyludzkie. Są podstawy do podejrzenia, że hamowanie czy wręcz aktywne przeciwdziałanie dobrobytowi większości ludności (głównie przez politykę monetarną i fiskalną) ma na celu właśnie podtrzymywanie niedostatku na elementarnym poziomie potrzeb (jeść, pić itd.) właśnie po to, by możliwie nie pojawiały się i nie dochodziły do głosu (przynamniej na wyższym szczeblu społecznym) potrzeby wyższego rzędu, gdyż one mogą stanowić zagrożenie dla status quo warstwy rządzącej, będącej właściwie na usługach koncernów sterujących i kontrolujących masową konsumpcję. Stąd właśnie zwalczanie zarówno małych przedsiębiorstw, jak też rodzinnego rolnictwa. 

Nietrudno zauważyć związek z kwestią antropocentryzmu. Sprawa ma się podobnie: sekularyzm głosi wolność od religii i Kościoła, a w rzeczywistości sprowadza człowieka do poziomu najbardziej elementarnych i prymitywnych potrzeb. Spirala konsumizmu nastawiona na maksymalny zysk posiadaczy kosztem konsumentów skutkuje także zniszczeniem środowiska ludzkiego we wielu wymiarach – zarówno kulturowym i duchowym, jak też naturalnym, ekologicznym. Nie jest właściwie tajemnicą, że ziemia byłaby w stanie wyżywić ludzkość nie tylko obecnie, lecz także przyszłe pokolenia, gdyby nie była wyjałowiana środkami chemicznymi, które wprawdzie maksymalizują zysk przez krótki okres czasu, lecz pozostawiają wielorakie i długotrwałe szkody, z reguły niekalkulowane i przemilczane.
Do istoty sekularyzmu – zarówno historycznie, jak też teoretycznie – należy zatem oligarchiczność, dokładniej dyktat oligarchii, czyli pewnej grupy działającej dla swej własnej korzyści kosztem dobra większości, nie tylko samego Kościoła w znaczeniu hierarchii. Zredukowanie człowieka do doczesności jest skierowane nie tylko i często nie wprost przeciw Kościołowi, lecz przeciw człowiekowi i całemu społeczeństwu. 

Nie należy jednak zapominać, że zawsze istniało coś takiego jak zdrowy sekularyzm chrześcijański. Jest on zawarty chociażby w słowach Pana Jezusa: „dajcie cesarzowi, co cesarskie, dajcie Bogu to, co boskie“ (Mt 22,21). Chodzi o właściwy „rozdział“ Kościoła od państwa oraz państwa od Kościoła. Kluczem do właściwego zrozumienia są słowa: „to, co boskie“. Pan Jezus nie mówi: „to, co kościelne“. Oczywiście zasada sprawiedliwości dotyczy także Kościoła. Także Kościołowi należy zwrócić zagrabione mienie. Pan Jezus powiedział właściwie: Bóg nie potrzebuje pieniędzy przeznaczonych na podatek. Bóg nie stanowi konkurencji dla władzy państwowej. Bóg jest ponad wszelką władzą, Bogu ma podlegać i poddać się wszelka władzy, gdyż od Boga pochodzi porządek stworzenia, w którym nieodzowna jest władza. Tym samym system społeczny i polityczny zakładający odcięcie się od źródła władzy, którym jest Bóg, jest skazany na niepowodzenie, gdyż jest w sprzeczności z porządkiem naturalnym i zarazem z samym sobą. W doświadczeniu historycznym takie systemy okazywały się dość rychło jako zbrodnicze i wyniszczające. Tak też dzieje się aktualnie chociażby w Europie: zapaść demograficzna jest coraz bardziej naoczna. Przy tym jest dość oczywiste, że nie jest ona skutkiem ubocznym jakiegoś samoistnego, przypadkowego procesu, lecz rezultatem planowego działania, być może nawet wprost zamierzonym. 

Zdrowe ustawienie stosunku między sferą religii i doczesności można natomiast streścić w słynnym powiedzeniu monastycznym: ora et labora. Zakłada ono łączność i związek tych dwóch czynności ludzkich – modlitwy i pracy, czyli religii i doczesności, przy równoczesnym odróżnieniu. Wg reguły św. Benedykta pracuje się w milczeniu, tzn. bez zbędnych rozmów, zabawiania się w rozmowie. Tak wyraża się również podobieństwo pracy do modlitwy. Praca wymaga skupienia ducha, jest pewnego rodzaju nabożeństwem. Zaś modlitwa wymaga także wysiłku fizycznego, czynności zewnętrznej, pracy przynajmniej ust i strun głosowych. Przez pracę mnisi dbali nie tylko o swoją własną doczesność, lecz byli także krzewicielami wielorakiej kultury – agrarnej, gastronomicznej, medycznej, sztuk pięknych. Można powiedzieć, że nie byłoby w Europie nie tylko tylu pomników kultury, lecz także osiągnięć nauki i techniki, gdyby nie było mnichów realizujących właśnie związek wieczności i doczesności. Dlatego właśnie zbójecki sekularyzm zarówno protestantów jak też masonerii uderzył przede wszystkim w monastycyzm, wiedząc, że to właśnie klasztory są centrami zarówno pobożności i kultu Bożego, jak też właściwie rozumianej kultury chrześcijańskiej i prawdziwego humanizmu.

ad 3)

Najbardziej nowoczesnym pojęciem w naszej szkicowej analizie współczesności jest globalizm. Słowo jest nowe. Zostało utworzone w związku z procesem expansji gospodarczej, technicznej, medialnej, a także politycznej, układu i systemu, którego centrum jest Ameryka Północna oraz Europa Zachodnia. Ten proces nie jest jednostronny, jednokierunkowy, gdyż oznacza także wpływ i oddziaływanie krajów i kultur pozaeuropejskich. Mówienie o globalnej wiosce jest owszem przesadzone, ma jednak realne podłoże. Proces ten zapoczątkowany został odgórnie, czego wyrazem było utworzenie tzw. Ligi Narodów, a następnie Organizacji Narodów Zjednoczonych. W okresie komunizmu mówiło się o imperialiźmie amerykańskim czy zachodnim, pomijając z tej strony oczywiście imperializm komunistyczno-sowiecki, znacznie starszy, jako że sięgający korzeniami internacjonalizmu komunistycznego, który był i jest istotnym składnikiem tej perfidnej, zakłamanej i małpiującej ideologii. Warto zauważyć: komunizm sowiecki prowadził ewidentną politykę niszczenia i mieszania narodowości według starej zasady divide et impera. W krajach kapitalistycznych miał i ma miejsce ten sam proces, aczkolwiek prowadzony sprytniej, tzn. z reguły nie przez przymusowe przesiedlenia, lecz głównie przez planową imigrację z obcych kręgów kulturowych, zwłaszcza islamskich. Mieszanie ras i narodowości zaczęło się na wielką skalę najpierw w Stanach Zjednoczonych na początku i w pierwszej połowie XX w. W Europie zaczęto ten proces programowo w ramach rozwoju gospodarczego po II wojnie św. pod pretextem zapotrzebowania na siłę roboczą. Zarówno Zachód jak też kraje komunistyczne miały swoje kolonie i rezerwuary demograficzne w krajach południowych, przy czym oczywiście tylko Zachód mógł być atrakcyjny dla imigrantów. 

Obserwując scenę polityczną i gospodarczą można dostrzec dość wyraźny związek między globalizmem w znaczeniu polityczno-gospodarczym a polityką imigracyjną. Mówi się obecnie nawet dość często o demograficznej konieczności imigracji dla ratowania systemu emerytalnego krajów rozwiniętych. Ci sami ludzie u steru władzy prowadzą brutalną politykę antyrodzinną, antykoncepcyjną i protanazyjną, z dość wyrażnym poparciem, a nawet z rozpoznawalnym mandatem bossów międzynarodowej finansjery i ekonomii.

Trzeba zwrócić uwagę, że 1° globalizm w pewnym sensie nawiązuje do katolickiego uniwersalizmu, 2° wykazuje jednak istotne różnice i także sprzeczności wobec niego. Bliższym dla nas przykładem jest Unia Europejska, która jest tworem globalizmu na działce europejskiej. Także w tym układzie można dostrzec jakby ambiwalentność tej instytucji oraz związanego z nią procesu: z jednej strony nawiązanie do historyczno-kulturowej jedności Europy, z drugiej jednak ewidentne odejście, a nawet negację i zwalczanie tych korzeni. Wobec tej wewnętrznej niespójności i sprzeczności ma miejsce różnorodność ocen ze strony katolików i Kościoła. Jako katolicy jesteśmy podzieleni w tej kwestii. W takiej sytuacji (sporów i zacietrzewienia) łatwo jest stracić z oczu odwieczne, stałe zasady Kościoła. Są one ze swej istoty teologiczne, ogólne. Jednak są one zarówno niezbędne dla właściwej oceny, jak też są wskazówką i normą dla zachowania i postępowania.

Z natury rzeczy pojawia się tutaj sprawa idei narodowej i nacjonalizmu, zwłaszcza rozumianych jako sprzeciw i opozycja wobec globalizmu. Jak to się ma do uniwersalizmu katolickiego? Czyż nie jest on zaprzeczeniem narodowizmu? Tak może się wydawać powierzchownie. Jednak zarówno z istoty katolicyzmu jak też historycznie jest pewne, że to właśnie katolicyzm wspiera i promuje zdrowy narodowizm. W przypadku Polski dochodzi okoliczność, że tożsamość narodowa ukształtowała się właśnie wraz z katolicyzmem i cywilizacją łacińską. Nie można być kulturowo Polakiem odrzucając w sobie cywilizację łacińską i tym samym katolicką. Dlatego właśnie jesteśmy świadkami i przedmiotami walki wrogów Polski z katolicyzmem, tudzież walki wrogów katolicyzmu przeciw Polsce. Odbywa się to także poprzez walkę z cywilizacją łacińską w Polsce i w Kościele polskim. Narodowościowy charakter religijności Polaków w znaczeniu odejścia od powszechnej Tradycji Kościoła (jak w tzw. „Kościele“ narodowym) nie służy, lecz niszczy zarówno naszą katolickość jak też polskość.

Konkretny przykład: największym problemem i korzeniem dramatycznej sytuacji politycznej jest – mówiąc wprost – naiwność i łatwowierność wyborców. Jeśli katolicy wybierają kogoś otwarcie walczącego nie tylko z Kościołem, lecz nawet z prawem naturalnym, to wskazuje to na poważny problem zarówno myślowy, jak też emocjonalny. Brakuje trzeźwego osądu, zaś dajemy się zwieść pozorom, wrażeniom i mniej czy bardziej wyrafinowanej manipulacji. To także ma związek z brakiem trzeźwej, harmonizującej ze zdrowym rozsądkiem religijności. Nie jest przypadkiem, że to właśnie modernistyczni katolicy (związani z tzw. ruchami) są z reguły zwolennikami i popieraczami ugrupowań liberalnych i lewackich. To są właśnie owoce modernizmu, czyli skutki odejścia od prawdziwego katolicyzmu, także w dziedzinie liturgii. Paradoxalna, aczkolwiek właściwie zrozumiała jest sytuacja, gdy pewna słynna "charyzmatyczka"-polityczka zachowuje się i działa w sposób typowy dla wrogów Kościoła i narodu. 

W tym miejscu nasuwa się porównanie: sytuacja obecna wygląda na walkę Dawida z Goliatem. Prowokacyjnie można jednak zadać pytanie: kto jest właściwie Dawidem, a kto Goliatem? Narody czy oligarchowie globalizmu? 

Streszczając powyższe uwagi można sformułować następujące tezy:
1° Globalizm jest imitacją i surogatem katolickiego uniwersalizmu.
2° Katolicki uniwersalizm wraz z nauką o prawie naturalnym jest i musi pozostać kryterium w procesie zarówno globalizacji jak też nacjonalizacji.
3° Katolicka nauka o prawie naturalnym jest jedyną solidną podstawą zdrowego narodowizmu.


II. Kult

Pojęcie kultu wiąże się już chociażby etymologicznie z pojęciem kultury jako fenomenem wyłącznie ludzkim. Ten związek językowy ma miejsce, o ile mi wiadomo, jedynie w łacinie. Ma to znamienny głęboki wymiar historyczny i ideowy. Pojęcie cultura to w pierwotnej cywilizacji rzymskiej po pierwsze uprawianie ziemi. Religia grecko-rzymska miała - przynajmniej w przeważającej mierze - charakter agrarny (kosmiczny), zresztą podobnie jak religia Mojżeszowa, i chyba wszystkie znane religie, z wyjątkiem islamu, który – a jest to najmłodsza religia – ma charakter wybitnie militarny. 

Ten charakter zawiera już też zarodek duchowy idei kultury i kultu. Jest to przejaw jedności duchowo-materialnej człowieczeństwa. Zarówno kultura jak i kult mają wymiar tak materialny jak też duchowy. Nie ma kultury materialnej bez pierwiastka duchowego i odwrotnie. Równocześnie kult religijny jest istotnym składnikiem, a nawet najwyższym i z reguły najbardziej uroczystym wyrazem kultury, oczywiście odpowiednio dla danej religii. W przypadku religij naturalnych jest tak, że kultura wyłania i wytwarza kult. Zaś istota religii objawionej polega na tym, że ona – jako że pochodząca nie od ludzi, lecz od Boga – kształtuje, koryguje, prowadzi i udoskonala kulturę danego ludu czy narodu. 

Czym jest kult religijny sam w sobie? Można go najogólniej zdefiniować jako zespół czynności zarówno duchowych (wewnętrznych) jak też zewnętrznych skierowanych ku rzeczywistości ponadludzkiej. Zespołowość zakłada pewien porządek, którego zasada musi być 
1° duchowa, 
2° stała (tzn. przynajmniej względnie niezmienna), 
3° społeczna przynajmniej w znaczeniu komunikowalności, ponadindywidualności, zrozumiałości dla innych. Najczęściej kult ma charakter społeczny także w znaczeniu zewnętrznym, tzn. ma miejsce i czas publiczny, często nawet państwowy. 

Zauważamy więc, że każdy kult niejako ukierunkowuje i – przynajmniej w jakimś stopniu – formuje zarówno społeczność jak też poszczególnego człowieka. Nie jest więc przypadkiem, że władcy w historii ludzkości stale przywiązywali wielką wagę do spraw kultu, zarówno wtedy, gdy sami pełnili funkcję kultyczną (czy to jako bóstwo, czy jako najwyższy kapłan), jak też w sytuacji rozdzielenia funkcyj czysto politycznych od czysto duchowo-religijnych. Miało to oczywiście skutki zarówno dobroczynne jak też zgubne czy to dla państwa czy to dla religii, w zależności od prawdziwości i wartości moralnej zarówno danej religii jak też danych działań władcy.


III. Katolickość

W ostatnich dziesięcioleciach praktycznie zaprzestało się mówić o kulcie katolickim, oczywiście nie znaczeniowo, rzeczowo, lecz językowo i pojęciowo. Wprawdzie odpowiednia dykasteria watykańska nadal – przynajmniej dotychczas – zachowuje swą nazwę jako Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscyplina Sakramentów, jednak w codziennym i akademickim słownictwie kościelnym słowo „kult“ praktycznie zanikło. Może się więc wydawać, że chodzi o coś przestarzałego, niewspółczesnego. Czy tak jest? 

Przyczyny tej zmiany językowej są natury teologicznej. Od około stu lat istnieje nurt teologiczno-liturgiczny, którego głównym, choć nie zawsze wyrazistym założeniem i dążeniem jest rzekomy powrót do wyobrażanej liturgii starochrześcijańskiej, szczególnie z okresu przedkonstantyńskiego. Liturgia ta miała być prosta, tzw. wspólnotowa, w przypadku Mszy św. oparta na Ostatniej Wieczerzy nie tylko w znaczeniu sakramentalnym, lecz przede wszystkim obrzędowym. Skutki i owoce tego pojmowania widzimy na co dzień. Reforma liturgii tzw. posoborowa poszła tym tropem nie tylko w praktyce, lecz także w mentalności duchowieństwa i katolików świeckich. Zwykle bezskutecznie można im mówić i udowadniać, że ani sobór ani żaden przepis posoborowy nie nakazał celebransowi ustawiać się za ołtarzem. Uporczywie rozpowszechnione jest też przeświadczenie, jakoby sobór nakazał język narodowy w liturgii. Nawet jeśli uda się wyprowadzić kogoś z tych dwóch błędów, to jako ostateczny, niby najbardziej ważki argument pozostaje u nich twierdzenie: przecież Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy nie odwracał się tyłem do Apostołów i nie modlił się po łacinie. Taka wypowiedź jest tyle banalna, co zawierająca w sobie sedno problemu, mianowicie zasadniczo błędne pojmowanie zarówno wydarzenia z Ostatniej Wieczerzy jak fundamentalne nieporozumienie odnośnie liturgii Mszy św. Istotą problemu jest mniej czy bardziej uświadomione odrzucenie znaczenia Mszy św. i liturgii jako kultu Bożego sensu stricto, czyli jako czynności wybitnie religijnej będącej w ciągłości z kultem świątynnym Starego Testamentu, dokładniej: ze składaniem ofiar, a nie z nabożeństwem synagogalnym czy wręcz świąteczną wieczerzą paschalną. 

W tym miejscu nie jest możliwe bliższe rozważenie problematyki zarówno egzegetycznej jak też dogmatycznej z tym związanej. Niech tutaj wystarczy wskazanie chociażby na prace teologiczne kardynała Ratzingera, jako że są one łatwo dostępne i bynajmniej nie przestarzałe. Nie jest przypadkiem, że ks. Ratzinger już jako profesor sprzeciwiał się banalizacji liturgii oraz odzieraniu jej ze splendoru zarówno teologicznego jak też kulturowego. W swej obronie godności liturgii katolickiej mógł się posłużyć swą rozległą wiedzą i wnikliwością w dziedzinie zarówno źródeł teologii i liturgii, jak też teologii współczesnej, zwłaszcza egzegezy. Mówiąc najkrócej: solidna wykładnia źródeł zarówno biblijnych jak też patrystycznych nie stoi bynajmniej w sprzeczności z Tradycją liturgiczną Kościoła, lecz ją potwierdza i uzasadnia. To nie liturgia tradycyjna sprzeciwia się wydarzeniu z Ostatniej Wieczerzy, lecz ci, którzy zwalczają tę liturgię i zastępują innymi, wymyślonymi czy rzekomo na nowo odkrytymi obrzędami. 

Sprowadzenie Mszy św. do pamiątki Ostatniej Wieczerzy ma korzenie protestanckie, a nawet jeszcze dalej idące. Jak wspomniałem, chodzi tutaj ostatecznie o negację spełnienia i kontynuacji ofiar Starego Przymierza w Ofierze Mszy św. Moderniści liturgiczni z tzw. ruchu liturgicznego najpierw chcieli niby oczyścić liturgię katolicką z rzekomych naleciałości pogańskich. Dlatego właśnie odrzucali np. używanie kadzidła czy inne elementy wskazujące w jakikolwiek sposób na kultyczny charakter Mszy św. Uznają owszem znaczenie Mszy św. jako dziękczynienia. W krajach, gdzie intencje mszalne nie wyszły z użycia, nie neguje się wprawdzie także charakteru np. przebłagalnego, jednak pojmuje się go właściwie w znaczeniu szczególnej, najbardziej wartościowej modlitwy. Podobnie charakter chwalebny ogranicza się z reguły do wypowiadanych słów, zaś nie do ofiary kultycznej jako takiej. Właściwa czynność ofiarnicza, kapłańska, pozbawiona jest znaczenia jako taka, a to na korzyść słów modlitwy oraz intencji kapłana. Dlaczego ważne jest to odróżnienie? 

Wiąże się to z istotą i ważkością ofiary kultycznej. Kultyczne ofiarowanie jest
1° szczytowym,
2° uroczystym
3° urzędowym oraz
4° społecznym sprawowaniem kultu czyli okazywaniem czci. 

Dotyczy to właściwie każdej religii, zaś w szczególny sposób religii objawionej, począwszy od Starego Testamentu aż do jego wypełnienia w Jezusie Chrystusie. Podkreślam wbrew rozpowszechnionemu obecnie błędowi: Msza św. NIE jest pamiątką, powtórzeniem czy uobecnieniem Ostatniej Wieczerzy, lecz uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Owszem, Jezus Chrystus ustanowił sakrament Eucharystii razem z sakramentem święceń we Wieczerniku, w związku czasowo-przestrzennym z Ostatnią Wieczerzą. Jezus Chrystus ofiarował siebie jako prawdziwy i wieczny Baranek paschalny, wypełniając I unieważniając obrzędy Starego Przymierza. Wyraźnie mówią o tym już księgi Nowego Testamentu, zarówno Ewangelie, jak też zwłaszcza List do Hebrajczyków. Rozdarcie zasłony przybytku świątyni Jerozolimskiej w momencie śmierci Chrystusa Pana oznacza właśnie odsłonięcie i wypełnienie tajemnicy Starego Przymierza, a równocześnie ujawnienie jego pustki, która została wypełniona pełnią prawdy Jezusa Chrystusa. 

Sprawa ofiarnego kultycznego charakteru Mszy św. nie jest więc abstraktem dogmatycznym, lecz dotyczy całej historii Zbawienia, w tym także stosunku Kościoła do Starego Testamentu, jak do judaizmu (talmudyzmu). Dopiero z tego punktu widzenia można zrozumieć zaciekłą walkę wrogów Kościoła przeciw jego liturgicznej Tradycji, zwłaszcza przeciw Ofierze Mszy św. Mówiąc w pobieżnym skrócie: 

1° Kult katolicki, zwłaszcza w jego szczytowym wyrazie, jakim jest Msza św., ze swej natury i istoty zarówno nawiązuje - w pewnym antropologicznym sensie – do religij naturalnych, jak też jest spełniającą i wypełniającą kontynuacją kultu Starego Przymierza. Wskazuje na to wyraźnie już chociażby Kanon Rzymski, powołujący się zarówno na ofiarę pogańskiego króla-kapłana Melchizedeka, jak też patriarchy Abrahama. 

2° To nawiązanie i kontynuacja jest równocześnie zastąpieniem i unieważnieniem. Mówiąc wprost: od momentu Ofiary Krzyżowej Jezusa Chrystusa nie ma (i do końca świata nie będzie) innych godnych, prawdziwych form i wyrazów kultu prawdziwej religii, czyli oddawania czci prawdziwemu Bogu. 

W tym kontekście często spotykamy zarzut następującego rodzaju: Pan Bóg nie potrzebuje ofiary. Cóż to za Bóg, który wymaga zabijania niewinnych zwierząt, ich spalania czy niszczenia innych rodzajów żywności? Czyż Bóg chciał i musiał wymagać, by Jego Syn tak cierpiał i złożył siebie samego w okrutnej ofierze na Krzyżu? Owszem, sprawa dotyczy bezpośrednio pojęcia Boga, czyli prawdy o Bogu, oraz właściwie kwestii, czy Kościół głosił i głosi Boga prawdziwego. Jest na ten temat sporo książek. Temat jest bardzo aktualny, wręcz gorący, aczkolwiek nie zawsze bezpośrednio poruszany. Znowu dostrzegamy ścisły wewnętrzny związek z istotą, prawdziwością i zarazem racją bytu Kościoła, a nawet właściwie każdej religii, przynajmniej jako kultu zewnętrznego, ale także jako kultu duchowego, gdyż żadna religijność, żadna pobożność nie może się obejść bez ofiary przynajmniej duchowej, wewnętrznej. 

Słuszna jest uwaga, iż sporządzanie krwawych ofiar przynajmniej kontrastuje, czy wręcz sprzeciwia się pojęciu Boga jako miłosiernego Ojca. Słusznie też pamiętamy słowa Zbawiciela: „miłosierdzia raczej chcę niż ofiary“ (Mt 12,7). Zarówno już prorocy Starego Przymierza, jak też zwłaszcza nauczanie i przykład postępowania Jezusa Chrystusa umiejscawia się w pewnym krytycznym dystansie wobec kultu świątynnego oraz innych wyrazów religii zewnętrznej. Równocześnie należy mieć na uwadze, że sam Zbawiciel poddał się obrzędom Starego Testamentu począwszy od obrzezania, aż do rytualnej uczty Ostatniej Wieczerzy. Czyżby więc zachodziła niespójność czy wręcz sprzeczność w postawie samego Jezusa Chrystusa, która następnie przeszła na Jego Kościół? Można odnieść takie wrażenie obserwując dyskusje i spory między katolikami a modernistycznym heretykami, którzy zresztą także chcą uchodzić za katolików i to nawet tych jedynie prawdziwych, bo nowoczesnych. Ci ostatni zarzucają katolikom przestarzały, okrutny obraz Boga, zaś katolicy recytują z podręczników dogmatyki, wykazując modernistom herezję (i słusznie). Sytuacja wydaje się być patowa, przynajmniej dopóki jedna ze stron nie zostanie oficjalnie potępiona (na co się raczej nie zanosi). Trwa jednak wojna podjazdowa, obliczona na to, kto i jaki zdobędzie wpływ na ster władzy, po pierwsze po to, żeby czuć się bezpiecznie (tzn. nie obawiać się exkomuniki), a po drugie, żeby skutecznie zepchnąć przeciwnika na margines czy poza margines.

Mówiąc z pozycji katolika przyznaję, że brak jest u nas pogłębionej refleksji odnośnie prawd wiary. Nie wystarczy recytować definicje dogmatyczne, aczkolwiek w zgubnym błędzie są moderniści, którzy traktują je jako przestarzałe formułki bez istotnego znaczenia dla współczesności. Problem jest palący zwłaszcza w sprawie, która dotyczy właśnie najbardziej codziennego i zarazem szczytowego przejawu życia Kościoła jakim jest Msza św. Z powodu ram czasowych pozwolę sobie sformułować możliwie prosto i zwięźle: Bóg – Jezus Chrystus po to ustanowił Najświętszą Ofiarę, żeby ludzkość zaprzestała wszelkiego innego kultu. Można to owszem porównać do sytuacji rodzica czy pedagoga, który widząc zabawę dzieci ani nie zakazuje zabawy w ogóle, ani im nie zabiera zabawek, lecz koryguje, poucza, ukierunkowuje i prowadzi dążenia dzieci wyrażone w zabawie. Dziecko jest z natury ciekawskie i twórcze, oczywiście także naśladowcze. W zabawie wyraża i rozwija swoją wyobraźnię oraz zdolności. Oczywiście nie można sprowadzić kultu religijnego do zabawy dziecinnej. Jednak pewna analogia istnieje. Każdy obrzęd, zwłaszcza świecki, także zupełnie poważny, składa się z czynności i znaków symbolicznych, wskazujących na rzeczywistość wyższą, duchową. Rytuał religijny oczywiście nie jest zabawą czy grą, gdy chodzi w nim o poważne, fundamentalne sprawy jak życie i śmierć, miłość i grzech. Porównanie jest jednak o tyle trafne, że wskazuje na istotę ekonomii Bożej, także w odniesieniu do religii. Założyć należy oczywiście katolickie rozumienie religii, także naturalnej, nieobjawionej. Bóg stworzył człowieka zdolnego do religijności. To jest podstawą każdej religii. Człowiek zraniony grzechem pierworodnym pozostawiony własnym ułomnym zdolnościom jest owszem w stanie, a nawet w dyspozycji wynaleźć czy stworzyć jakieś formy religijności, w tym także ofiary kultowe. Jest poświadczone w Piśmie św., że miały one miejsce już przed Objawieniem. Objawienie starotestamentalne nie odrzuciło sprawowania ofiar, lecz je nakazało, aczkolwiek w formie skorygowanej, oczyszczonej, oraz w pewnym krytycznym dystansie. Syn Boży, który stał się człowiekiem, dokonał przełomu także w historii religii. Faktycznie wkrótce po Jego Ofierze Krzyżowej ustał kult Starego Testamentu. Dokonało się tym samym ostateczne oczyszczenie religijności, właśnie w ustanowieniu prawdziwej nieprzemijającej religii. To oczyszczenie zachowało autentyczny, prawdziwy rdzeń każdej religijności. Dlatego katolicyzm nie wahał się przejąć pewne elementy kultów pogańskich, jak chociażby kadzidło czy kult świętych miejsc, obrazów, także osób świętych. W teologii protestanckiej przez długie wieki usiłowano – i nadal poniekąd usiłuje się – wykazać rzekomą poganizację (hellenizację) chrześcijaństwa w katolicyzmie, co miałoby być dowodem fałszywości katolicyzmu. Takie myślenie przejawia się niekiedy także w niektórych kręgach tradikatolików, którzy nie znając ogólniejszej perspektywy teologicznej w swoim poniekąd słusznym proteście przeciw współczesnemu indyferentyzmowi religijnemu popadają w skrajność upodabniającą ich myślenie i argumentowanie dla protestanckiego.

Podam przykład: pewien gorliwy katolik (i równocześnie polityk) w swoim zapale niedawno podawał jako wzór niszczenie pogańskich bożków i miejsc kultowych przez misjonarzy chrześcijańskich. Gdy zapytałem go o źródło, z którego czerpał swą wiedzę w tym temacie, nie potrafił bądź nie chciał odpowiedzieć. Domyślam się, że z jakichś niby tradycyjnych prelekcyj czy broszurek, których informacje są albo owocem fantazji, albo nie mają pochodzenia katolickiego. Kościół owszem zawsze uważał siebie za jedyną prawdziwą religię. Jednak jego zwykłą metodą w odniesieniu do naturalnej religijności nie było niszczenie, równanie z ziemią, lecz oczyszczanie i przejmowanie tego, co nie sprzeciwia się prawdzie objawionej. Obrazy bożków zastępowano obrazami świętych, kadzidło palono nie na cześć bożków lecz na chwałę Bożą i świętych. Jeśli misjonarze chrześcijańscy niszczyli fizycznie pogańskie miejsca kultu i przedmioty (a miało to miejsce raczej rzadko), to nie w ślepej zapalczywości, lecz dla naocznego udowodnienia, że są to jedynie zwykłe przedmioty materialne, a nie bóstwa czy istoty ponadludzkie. Owszem, w Jezusie Chrystusie Bóg powiedział ludzkości: zaprzestańcie tych krwawych, absurdalnych ofiar, oto Ja wam daję jedyną prawdziwą, doskonałą i nieprzemijającą Ofiarę, która przewyższa każdy kult, jaki istniał i mógł zaistnieć; uznaję każde ziarenko prawdy i pobożności zawarte w waszych obrzędach, możecie je przejąć do Ofiary Nowego i Wiecznego Przymierza, o ile zgadzają się one z prawdą i są dla was pożyteczne.

Czy misjonarz jest Apostołem?



Najbardziej znany werbistą w Polsce jest obecnie zapewne o. Jacek Gniadek SVD - wyznawca, wielbiciel i propagator Ludwika Mises'a, ateistycznego ekonomisty głoszącego pseudofilozoficzne uzasadnienie lichwy oraz całkowitą niezależność ekonomii od etyki. W ramach tych poglądów o. Gniadek regularnie opowiada się publicznie przeciw zakazowi handlu w niedziele, także we wszystkich innych kwestiach socjoetycznych stawiając się jednoznacznie po stronie pseudoliberalnego korwinizmu (tutaj nieco więcej wraz ze wskazaniem na powiązania).

Akurat wczoraj prowadzona przez werbistów parafia w Warszawie gościła Radio Maryja oraz TV Trwam, gdzie zarówno podczas liturgii jak też "rozmów niedokończonych" nie zabrakło także o. Gniadka. Natomiast homilię wygłosił były prowincjał, obecnie rzecznik prasowy Polskiej Prowincji Księży Werbistów, o. Andrzej Danilewicz SVD. Jako że było to zasadniczo reklamowanie tegoż zgromadzenia, zwróćmy uwagę na główny wątek teologiczny wystąpienia. Ów fragment to (od ok. 1:12:00):

(...) Gdy Apostołowie chcieli w miejsce Judasza wybrać następcę, to szukali kogoś, kto od początku z nimi chodzi, jak mówią Dzieje Apostolskie, i który był świadkiem Zmartwychwstałego, który widział zmartwychwstałego Pana. (...) Nie można być posłanym bez spotkania ze zmartwychwstałym Panem. Trzeba najpierw go spotkać, dopiero wtedy można zostać Apostołem, można zostać misjonarzem. Inaczej będziemy głosić siebie, będziemy głosić jakąś doktrynę, albo praktyki religijne. A przecież naszym zadaniem jest głoszenie Chrystusa, Pana, który daje nam radość i życie. I spotkanie Boga żyjącego, tego umęczonego, ale i zmartwychwstałego, daje dopiero nam wielką siłę, wielki entuzjazm i wielką autentyczność w głoszeniu, naszemu świadectwu. 


W tym krótkich fragmencie zawartych jest kilka poważnych błędów teologicznych, a nawet herezyj, które świadczą przynajmniej o braku solidnej wiedzy teologicznej czy wręcz katechizmowej.

1. Utożsamienie urzędu i posłannictwa Apostołów z posłannictwem misjonarzy, widocznie także świeckich, skoro kaznodzieja zwraca się do słuchających wiernych.

2. Utożsamienie doświadczenia Apostołów z doświadczeniem ("spotkaniem") wiernych współczesnych, czyli tych, którzy nie widzieli zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa. Oznacza to sprowadzenie doświadczenia Apostołów do duchowego "spotkania" każdego wierzącego, czyli ostatecznie zanegowanie realności Zmartwychwstania i Zmartwychwstałego z duszą i ciałem, której naocznymi wiarygodnymi świadkami byli i są właśnie Apostołowie. Innymi słowy: skoro człowiek współczesny może i powinien spotkać Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego tak samo jak Apostołowie, czyli według świadectwa Pisma św. i Tradycji naoczni świadkowie wydarzeń, to te wydarzenia zostają sprowadzone do przeżyć czy doświadczeń dostępnych człowiekowi współczesnemu.

3. Brak odróżnienia istoty, specyfiki i jedyności posłannictwa następców Apostołów czyli biskupów (w jedności z następcą św. Piotra) wobec posłannictwa niższych duchownych i świeckich. Jest to nic innego jak paraprotestanckie zanegowanie katolickiego rozumienia urzędu apostolsko-biskupiego oraz ustroju hierarchicznego Kościoła.

4. Modernistyczne, również paraprotestanckie przeciwstawienie posłannictwa Kościoła nauczaniu wiary i obyczajów. Wystarczy prosto zapytać: Co głosi misjonarz jeśli nie Ewangelię, która jest nauczaniem prawdy objawionej, w tym także wymagań moralnych? Czegóż innego nauczał Jezus Chrystus, jak nie właśnie prawdy o Bogu i wezwań moralnych? Wygląda na to, że według o. Danilewicza misjonarz ma opowiadać o swoim "spotkaniu" z Jezusem Chrystusem, czyli de facto o swoich subiektywnych przeżyciach. Czyż to nie właśnie wtedy głosi siebie, zamiast prawdy Ewangelii poświadczonej i przekazanej przez Apostołów Kościołowi?

Zakładając, że o. Danilewicz mówi takie rzeczy nie z powodu świadomego odrzucenia prawd wiary katolickiej lecz z powodu braku elementarnej wiedzy, wskazuję przykładowe texty w temacie i to akurat te najnowsze:

Vaticanum II, Dei Verbum:


Katechizm Kościoła Katolickiego:



Z tych przykładowych fragmentów wynika dość jasno:

1. Jest istotna różnica między doświadczeniem i świadectwem Apostołów w znaczeniu naocznych świadków życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa a doświadczeniem i świadectwem innych wierzących w Jezusa Chrystusa. Różnica dotyczy oczywiście nie treści, lecz sposobu aktu wiary oraz rangi: wiara Apostołów wynikała z bezpośredniego, naocznego doświadczenia i ma rangę nadrzędną, podczas gdy wiara innych ludzi i następnych pokoleń opiera się na świadectwie wiary Apostołów, nie na własnym doświadczeniu i przeżyciu, i w tym znaczeniu ma rangę pochodną i drugorzędną. Innymi słowy: Kościół dlatego jest apostolski, ponieważ pochodzi i zależy od wiary Apostołów czyli naocznych świadków.

2. Jest istotna różnica co do urzędu i misji między następcami Apostołów (czyli biskupami wraz z niższymi duchownymi według ich udziału w tym urzędzie na mocy danego stopnia Sakramentu Święceń) a innymi wierzącymi. Innymi słowy: misja Apostołów ma wymiar ("element") jedyny i "nieprzekazywalny", jako że wyjątkowy w historii Kościoła. Nikt nie może budować swej wiary inaczej jak właśnie na niepowtarzalnym fundamencie Apostołów.

3. Nie ma sprzeczności ani przeciwieństwa między "spotkaniem" z Jezusem Chrystusem a przyjęciem Jego nauczania (doktryny) oraz przykazań (wymagań praktycznych). Kto inaczej twierdzi, ten wykazuje elementarną ignorancję nie tylko odnośnie dokumentów Kościoła lecz także Pisma św., zwłaszcza Ewangelij. Wystarczy pobieżna znajomość tych podstawowych źródeł, nawet abstrahując od pism teologów katolickich.

To wystąpienie o. Danilewicza jest niestety charakterystyczne dla duchownych uformowanych na modernistycznych bełkotach zamiast na zdrowej teologii katolickiej. Zakładając jego dobrą wolę wypada na koniec wezwać go i jemu podobnych duchownych do nadrobienia braków w wykształceniu zgodnym z wiarą Kościoła. Jest to niezbędne nie tylko dla jego duszy, lecz także dla dusz ludzi poddanych ich nauczaniu. Bez nawrócenia umysłu i serca do wiary katolickiej nie jest możliwa autentyczna działalność misyjna. Dlatego nie dziwi, że werbiści, podobnie jak inne zgromadzenia niegdyś misyjne, są w zapaści i na wymarciu tam, gdzie ludzie, nawet młodzi, zauważają sprzeczność ich poglądów i postępowania z katolicyzmem i tym samym kwestię wiarygodności takich wspólnot. Nikt normalny nie ma ochoty powierzyć swojego życia i działalności komuś, kto sam w sobie nie jest spójny, żyjąc i nauczając w sprzeczności do tego, za kogo się podaje.

Czy Boże Objawienie jest faktem historycznym?



Temat pojawił się w jednej z dyskusyj z zadeklarowanymi ateistami. Pojawiła się sama negacja, bez choćby próby argumentowania:


Temat jest istotny, choć niestety zaniedbany przez modernistycznych teologów. Co zresztą o tyle nie jest dziwne, że są oni właściwie piątą kolumną ateizmu.

Rozwinięcie i wyczerpujące omówienie nie jest tutaj możliwe. Jest to materiał na osobny i długi rozdział w ramach traktatu teologii fundamentalnej. Ograniczę się do wskazania zasadniczych wątków.

1.
Niezaprzeczalnym faktem historycznym, uznawanym powszechnie i ewidentnym jest istnienie źródeł Bożego Objawienia w postaci pism Starego Testamentu, Nowego oraz Tradycji Kościoła. Są to źródła historyczne we wielorakim sensie:

- Opisują wydarzenia z historii ludzkości, narodu izraelskiego oraz Kościoła, które są całkowicie zgodne zarówno z niezależnymi źródłami starożytnymi jak też z odkryciami archeologicznymi. Postęp w naukach historycznych i archeologii jedynie potwierdza historyczną wartość i prawdziwość pism biblijnych. Oczywiście nie wszystkie wydarzenia opisane w Biblii mają swoje historyczne potwierdzenie w niezależnych źródłach. Jest to zrozumiałe, gdyż po pierwsze Biblia jest we wielu sprawach jedynym źródłem historycznym, opisując zwykle wydarzenia, które miały miejsce w zakątku historii, jakim były dzieje małego narodu semickiego na uboczu. Po drugie, wiele źródeł historycznych zaginęło bądź czeka dopiero na odkrycie. Po trzecie, najważniejsza jest zasadnicza, a nierzadko nawet zupełna zgodność z pozabiblijnymi źródłami, zarówno wcześniejszymi jak też współczesnymi czy bliskimi. Odbiegająca wersja zawarta w Kuranie nie podważa tej reguły, gdyż jest po pierwsze bardzo młodym źródłem, tzn. znacznie młodszym od wszystkich innych (datowany jest na wiek VIII-IX), po drugie nie ma żadnego potwierdzenia w innych źródłach, po trzecie historia samego Kuranu jest niejasna i tajemnicza, mimo wyjątkowo sprzyjających okoliczności (stan cywilizacyjny na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza rozpowszechnienie piśmiennictwa i nauki).

-  Są wielorakim świadectwem doświadczeń religijnych różnych ludzi, epok i kultur, nie tylko narodu izraelskiego, gdyż powstawały na przestrzeni kilkunastu stuleci w różnych kontextach historycznych i kulturowych, także religijnych (w znaczeniu religij naturalnych). Mimo dogłębnej rożnorodności także literackiej źródła biblijne i wczesnochrześcijańskie wykazują jedyną w swoim rodzaju zgodność w zasadniczych prawdach zarówno co do doktryny, jak też etyki i ustroju religii. Ta wewnętrzna zgodność i jedność nie może być dziełem ani władzy świeckiej, ani duchownej, gdyż te władze się często zmieniały, także zwalczając się nawzajem czy przynajmniej konkurując (ustrój narodu izraelskiego przechodził różne etapy). Jedynym rozumnym wyjaśnieniem tego przebiegu historycznego jest przyczyna transcendentna.

2.
Problemem zasadniczym jest więc wykazanie, że te źródła pochodzą od Boga czyli mają pochodzenie nadprzyrodzone. Tutaj wchodzą w grę różnorakie kryteria, które najogólniej można podzielić na
- pozytywne, czyli wskazujące na Boże pochodzenie, oraz
- negatywne, czyli wykluczające inne pochodzenie.

Oczywiście należy osobno rozpatrywać Stary Testament oraz Nowy Testament wraz z Tradycją Kościoła, gdyż są istotne różnice, mimo oczywistych powiązań i podobieństw.

3.
Do właściwego rozpatrzenia tych źródeł konieczne jest najpierw wskazanie na istotne cechy religii naturalnej. Jej podstawą jest rozumowe poznanie prawdy o Bogu, która jest spełnieniem i zwieńczeniem prawdy o człowieku i świecie. Innym słowy: poznanie przyczynowe rzeczywistości widzialnej prowadzi do poznania pierwszej przyczyny, którą jest Bóg. Ponieważ Bóg jest jeden, to też tylko jedna musi być prawdziwa religia. Jej cechy wynikające z poznania rozumowego to (w skrócie):

- Odnośnie doktryny: Jest jeden Bóg, od którego wszystko pochodzi i do którego wszystko zmierza. Człowiek ma duszę duchową nieśmiertelną, co stanowi o jego godności i równości ludzi.

- Odnośnie etyki: Równe prawa wszystkich są gwarantowane przez Boga. Sumienie nakazuje zasadę wzajemności ("czyń to, co byś pragnął, żeby tobie czyniono"), znaną powszechnie w różnych kulturach i religiach.

- Odnośnie ustroju: Cel i porządek społeczny wymaga hierarchii religijnej, podobnie jak w każdej społeczności.

Te główne cechy były i są w różnym stopniu urzeczywistnione w religiach naturalnych znanych w historii. Jednak w żadnej z nich nie są zrealizowane w całości i w pełni. Dlatego właśnie konieczne było Boże Objawienie.

4.
Stary Testament jest zapisem doświadczeń religijnych wielu ludzi, zwłaszcza narodu izraelskiego na przestrzeni wielu wieków. Są to doświadczenia zarówno indywidualne (przeżycia pojedynczych ludzi) jak też zbiorowe (wydarzenia, których świadkami jest grupa ludzi czy wielu ludzi). Z charakteru tych doświadczeń wynika ich pochodzenie od Boga:

- zgodność z postulowaną przez rozum jedną religią powszechną (naturalną),

- wyższość względem tej religii pod względem zarówno doktryny jak też etyki i ustroju,

- wydarzenia towarzyszące potwierdzające Boże pochodzenie, jak cuda zarówno fizyczne (zjawiska wykraczające poza naturalny bieg przyrody) jak też duchowe (proroctwa) i moralne (nawrócenia czyli przemiana duchowo-etyczna).

Wyższość pod względem doktryny polega na miłosierdziu i trosce Boga zarówno względem pojedynczych osób jak też plemion i narodów. Wyższość etyczna polega na eliminowaniu prawa zemsty oraz promowaniu współczucia i miłosierdzia wobec potrzebujących, co oczywiście wynika z pojęcia Boga. Pojawia się też wyraźnie wątek wybrańczej miłości Boga, który specjalną i niezasłużoną troską obejmuje naród izraelski. Ustrój religii charakteryzują szczególne wymogania moralne wobec kapłanów jak czystość moralna oraz duchowo-rytualna, czyli wstrzemięźliwość sexualna w okresie pełnienia służby w świątyni.

5.
Nowy Testament jest nie tylko kolejnym stopniem udoskonalenia religii naturalnej, lecz spełnieniem i przewyższeniem także religii starotestamentalnej:

- Pod względem doktryny osiąga najwyższy możliwy stopień w pojęciu Boga jako miłości. To pojęcie przekracza nawet ramy doktryny, gdyż Bóg, który jest Miłością, nie tylko oznajmił się jako taki, lecz w Synu Bożym, który stał się Człowiekiem ukazał Siebie jako Miłość czynna w najwyższy sposób, mianowicie w ofierze na krzyżu. Pojęcie Boga jako miłości jest równocześnie osadzone w wewnętrznym życiu Boga jako doskonałej jedności Trzech Osób: Ojca i Syna i Ducha Świętego. Tym samym religia objawiona w Jezusie Chrystusie przewyższa zarówno najdoskonalszą formę religii naturalnej (monoteizm) jak też religię starotestamentalną, aczkolwiek ta ostatnia zawiera niewyraźne zarysy także prawdy o Trójcy Przenajświętszej.

- Pod względem etyki ideał moralny osiąga apogeum w przykazaniu miłości nieprzyjaciół i zwyciężania zła dobrem. Ponadto pojęcie miłości zyskuje najwyższym stopień i formę w przykładzie Jezusa Chrystusa oraz Jego naśladowców czyli świętych. Nierozerwalność małżeństwa, uznanie godności kobiet i dzieci, opieka nad chorymi i starszymi, odrzucenie niewolnictwa w sposób dogłębny (nie poprzez rewolucję społeczną), skierowanie myśli i dążeń ku rzeczywistości duchowej i wiekuistej - to są główne filary etyki chrześcijańskiej, która wraz z zasadami duchowo-intelektualnymi i społeczno-prawnymi cywilizację śródziemnomorską uczyniła przodującą i przewodzącą w historii ludzkości aż do dzisiaj.

- Pod względem ustroju religii chrześcijaństwo łączy, jednoczy, doskonali i przewyższa wszystko dobre i prawdziwe zawarte w religiach naturalnych i w religii starotestamentalnej. Jest to przede wszystkim duchowe spełnienie, przewyższenie i zarazem usunięcie wszelkich okrutnych, krwawych kultów. Niespotykane i jedyne w swoim rodzaju są wymagania moralne i duchowo-kultyczne wobec kapłanów. Chrześcijański stan duchowny ma wpisane w swoją strukturę przewodzenie nie tylko w sprawach czysto religijnych, lecz wszelkich duchowych, kulturowych, społecznych i też pośrednio materialnych. Nie wynika to z uzurpacji władzy, gdyż obowiązuje jasne odróżnienie między władzą duchowną i świecką, lecz z autorytetu duchowego pod względem zarówno intelektualnym, jak też moralnym i duchowym. Nie jest to zasługa poszczególnych wybitnych osobowości wśród duchownych (gdyż większość jest przeciętna, a istnieje też część mniej niż przeciętna) lecz wynika z ustroju, który jest nie tylko zapoczątkowany przez Jezusa Chrystusa lecz trwa niezmienny w swej istocie i duchowej płodności. Taki ustrój nie może pochodzić z pomysłu ludzkiego ani z mocy ludzkiej. Konkretnym dowodem jest celibat kapłański czyli życie w trwałej wstrzemięźliwości sexualnej: nie mógł zostać ani wynaleziony przez człowieka, ani nałożony przez człowieka, ani tym bardziej realizowany siłami ludzkimi.

Podsumowując:

Rozpatrując w każdym aspekcie religię poświadczoną w Biblii (ST i NT) oraz Tradycji Kościoła na tle innych religij nie sposób niezauważyć jej wyjątkowości pod każdym względem:

1° Jako pierwotnie jedyna jest zbudowana nie na mitologii lecz na faktach historycznych potwierdzonych i nadal potwierdzanych naukowo. Jest oczywiście pewnym problemem odpowiednia interpretacja pism biblijnych pod względem literackim. Należy pamiętać, że są to księgi z odległych epok i kultur, są tym samym osadzone w danym kontekście historycznym i są przezeń w pewnym stopniu uwarunkowane.

2° Mimo pewnego pokrewieństwa literackiego i kulturowego, w pewnym stopniu także światopoglądowego, źródła te wykazują wyjątkowość i jedyność treściową pod względem zarówno doktryny jak też etyki i ustroju.

3° W doktrynie, głównie w pojęciu Boga i człowieka, źródła biblijne są najbliższe poznaniu filozoficznemu w szczytowych osiągnięciach myśli ludzkiej, zarówno grecko-rzymskiej, jak też dalekowschodniej (głównie filozofia indyjska). Doktryna biblijno-chrześcijańska wyjątkowo przewyższa wszystkie religie i systemy filozoficzne:
- w koncepcji Boga Trójjedynego, która jest pojęciowo spójna a równocześnie przekraczające pojęcia odnoszące się do rzeczywistości doświadczalnej;
- w koncepcji człowieka jako stworzonego na obraz Boga, wyposażonego w duszę nieśmiertelną i godność dziecka Bożego, a powołanego do celu nadprzyrodzonego jakim jest wiekuiste życie w Bogu;
- w koncepcji całej rzeczywistości, także materialnej, jako dobrej w swej istocie i doskonałej w swej celowości, a ostatecznie także powołanej do wiekuistego trwania w stanie uwielbienia w Bogu.

4° W etyce wyjątkowość i jedyność polega nie tylko na poszczególnych zasadach moralnych, które zarówno łączą jak też przewyższają wszelkie znane w historii koncepcje i systemy etyczne. Główną i niedoścignioną nowością jest centrum i spójnik moralności, jakim jest miłość, której objawieniem i wzorem jest Syn Boży Jezus Chrystus. Ta etyka stawia wysokie wymagania, które odpowiadają prawdziwej koncepcji człowieka (prymat ducha nad materią i zmysłowością) oraz właściwemu rozumieniu całej rzeczywistości stworzonej. Jest równocześnie realistyczna i ma charakter powszechny, tzn. jest możliwa do realizowania przez wszystkich ludzi w każdym czasie, miejscu i okolicznościach.

5° Ustrój religii biblijno-chrześcijańskiej nie tylko łączy najlepsze i najwyższe elementy innych ustrojów religijnych, lecz je udoskonala i przewyższa. Jego wyższość i doskonałość sprawdziła się także doświadczalnie w historii: Kościół katolicki jest najstarszą, największą i najspójniejszą wewnętrznie religią. Dlatego właśnie jest głównym obiektem ataku nie tylko ze strony fałszywych kultów, lecz także wrogów wszelkiej religii i wrogów ludzkości jak wszystkie zbrodnicze systemy polityczne w historii ludzkości.

6° Doskonałość religii chrześcijańskiej, jaką jest Kościół, jest oczywiście wyzwaniem nie tylko dla wrogów religii, lecz dla każdego człowieka, także dla członków Kościoła i jego przedstawicieli, gdyż także oni stale muszą się starać sprostać zasadom i wymaganiom prawdziwej religii. Nie brakuje wprawdzie wielu naocznych i codziennych przykładów realizacji jej wzniosłych ideałów. To one są główną siłą fascynującą i przyciągającą. Dlatego właśnie główną przeszkodą w przyjęciu tej religii nie są trudności natury poznawczej i intelektualnej. Decydująca jest wewnętrzna postawa człowieka, jego gotowość do przyjęcia prawdy, która nie pozostaje abstrakcyjną teorią lecz oświetla wnętrze i postępowanie, apelując do zmiany tego, co jest złe, mimo nawyków i przywiązania do niskich, zmysłowych przyjemności.

Jest to oczywiście bardzo skrótowa i ogólnikowa odpowiedź. Pozostaje zachęcić do zgłębiania tematu w katolickich podręcznikach zwłaszcza teologii fundamentalnej i apologetyki.

Czy wiara jest osobistą relacją z Panem Jezusem?

Taki do obrazek pojawił się ostatnio, prowokując kontrowersje:



Odnosi się on do kazania, o którym była już mowa.

Nie trudno zgadnąć, że x. Śniadoch odnosi się do modernistycznej nowomowy. Rzeczywiście nierzadko można spotkać slogan modernistyczny typu: wiara to nie wyznawanie jakiejś prawdy lecz osobista relacja z Jezusem.

Ten slogan jest oczywiście fałszywy, gdyż neguje katolicką definicję wiary oraz stanowi fałszywe przeciwieństwo. Jednak fałszywe jest także cytowane zdania x. Śniadocha, mimo słusznej krytyki sloganu modernistycznego.

Otóż wiadomo już z katechizmu katolickiego, że wiara nadprzyrodzona jest przyjęciem prawdy objawionej przez Boga i podawanej jako takiej przez Kościół. Jest to istota aktu wiary, w przeciwieństwie do protestanckiego zredukowania go do ślepej ufności.

Klasycznie w teologii katolickiej odróżnia się akt wiary (fides qua) i treść wiary (fides quae). Ów akt jest czynnością umysłu człowieka w odniesieniu zarówno do prawdy objawionej, jak też - a nawet jeszcze bardziej - do samego Boga, który ją objawił. Innymi słowy: akt wiary jest zawsze aktem osobowym i zawsze angażuje i powinien angażować całego człowieka, nie tylko jego zdolności intelektualne, lecz także wolę, uczucia i także ciało. Przykładem jest modlitwa, która jest główną formą aktu wiary: angażuje ona nie tylko intelekt (rozum) lecz także inne władze, aż do postawy ciała i zewnętrznych wyrazów czci.

Oczywiście brzemienne w zgubne skutki są modernistyczne próby zredukowania pobożności i wiary to przeżyć i uczuć. Bez fundamentu intelektualnego i zaangażowania woli w posłuszeństwo Panu Bogu i oddawanie mu czci taka "wiara" rychło się wypala i kończy. Jednak także sprowadzenie wiary do samego poznania rozumowego jest także nie tylko fałszywe ale i zgubne, gdyż brakuje wtedy całości ludzkiej rzeczywistości. Wówczas "wiara" staje się jałową teorią bez odpowiedniego oddziaływania na postępowanie i postawę człowieka.

Pamiętać należy też o ścisłym związku między cnotami teologalnymi - wiarą, nadzieją i miłością. Oznacza to, że nie można oddzielić wiary od miłości, więc także od tej strony wiara jest także relacją osobową.

"Teologia ewolucyjna" czyli apostazja w natarciu




X. Wojciech Grygiel ostatnio zwrócił na siebie uwagę wypowiedzią, która jest widocznie próbą rozwinięcia i ugruntowania jego poprzednich wystąpień w temacie stosunku między „nauką“ a teologią. Podejmuje przy tym pomysł swojego mistrza x. Michała Heller’a, formułując własne poglądy wokół idei tzw. teologii ewolucyjnej. Tytuł wystąpienia jest prowokacyjny i wskazuje na próbę obrony przed zarzutem herezji, który dane mi było niestety już wielokrotnie formułować, jak można się zapoznać we wcześniejszych wpisach:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/07/udawany-katolicyzm-czyli-czy-fideizm.html

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/teologia-zabakana-czyli-czy-diabel-nie.html

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-liturgia-tradycyjna-jest-mao.html

Podobnie jak w poprzednich znanych mi wystąpieniach, x. Grygiel popełnia szereg elementarnych błędów, przekręceń i zakłamań, stawiających pod znakiem zapytania przynajmniej jego wiedzę filozoficzną i teologiczną. Oto najważniejsze:

1.
Utożsamianie nauki z naukami przyrodniczymi. Nasuwa się więc pytanie, czy x. Grygiel zapoznał się choćby z podstawowymi podręcznikami w temacie teorii nauk, czy może je po prostu ignoruje. A może uważa, iż wystarczy powielać i sugestywnie przedstawiać pomysły swego mistrza w zamian za zapewnienie kariery akademickiej (aczkolwiek nie może to być kariera naukowa we właściwym sensie, lecz jedynie zabieganie o stanowisko i popularność). Choćby elementarna wiedza z historii filozofii na poziomie podstawowym powinna właściwie chronić przed tego typu prymitywnym scjentyzmem (empirycyzmem). Wystarczy zapoznać się chociażby z hasłem "nauka" w dowolnej encyklopedii czy podręczniku. Nawet pod hasłem "science", zwykle zawężającym pojęcie nauki do przyrodnictwa, można się zapoznać ze znacznie szerszym pojęciem nauki niż to stosowane przez x. Grygiela (tak np. tutaj). 

Odnośnie różnorodności w dziedzinie teorii już nawet samych nauk przyrodniczych, można się dowiedzieć chociażby w jednym z najpopularniejszych źródeł w tym temacie, mianowicie w książce australijskiego filozofa nauki, która doczekała się kilku wydań (aktualizowanych) oraz tłumaczeń na kilkanaście języków:


https://en.wikipedia.org/wiki/What_Is_This_Thing_Called_Science%3F

Innymi słowy: zawężenie pojęcia nauki do przyrodnictwa może być wyrazem osobistych przekonań i ostatecznie irracjonalnych założeń, ale nie może być przejawem uczciwości intelektualnej kogoś znającego historię nauki, zwłaszcza u kogoś, kto zajmuje się akademicko filozofią.

2.
Utożsamianie "nauki" (= nauk przyrodniczych) z ewolucjonizmem. Jest to następny moment czy to elementarnej niewiedzy czy oszukiwania odbiorców (czy może jednego i drugiego). Dotyczy to już nawet stanu nauk przyrodniczych, gdzie teoria ewolucji ma status najwyżej hipotezy interpretującej pewne dane paleontologiczne, jednak nadal bardzo oddalonej od prezentowania zupełnego i niesprzecznego naukowego wyjaśnienia powstania gatunków (więcej o tym poniżej w punkcie 13. wraz z odnośnikami). Widocznie x. Grygiel wykazuje zupełnie bezkrytyczne podejście zarówno do teorii ewolucji jak też do ewolucjonizmu. Nie jest istotne, czy czyni to z braku wiedzy czy z braku samodzielnego myślenia, gdyż jedno i drugie jest haniebne dla kogoś parającego się nauką i nauczaniem akademickim.

3.
Negowanie - pośrednie, ale wyraźne - naukowości teologii. Wiąże się to oczywiście ze wspomnianym scjentystycznym (empirystycznym) redukcjonizmem. Zauważyć należy, że konsekwentnie x. Grygiel powinien zanegować także naukowość filozofii i tym samym zasadność akademickiego uprawiania dziedziny, którą się zajmuje i reprezentuje na uczelni.

4.
Twierdzenie, jakoby „teologia ewolucyjna“ zaczęła się w latach 50-ych XX wieku. Fałszywości tego mniemania nie może zmienić powoływanie się na takich przedstawicieli jak E. Schillebeeckx i K. Rahner.  Wystarczy znać choćby pobieżnie historię teologii, by wiedzieć, że temat i problem tzw. rozwoju dogmatów był burzliwie dyskutowany już w XIX w. w związku z heglizującą tzw. Szkołą w Tübingen. Reakcją Kościoła były dokumenty zwłaszcza bł. Piusa IX i św. Piusa X potępiające modernizm, do którego stałego repertuaru należało właśnie podważanie trwałej prawdziwości Objawienia Bożego poświadczonego w Tradycji Kościoła i Piśmie św. Ze strony teologów ważnym głosem był chociażby kard. John Henry Newman ze swoją koncepcją „organiczności“ rozwoju.



Modernistyczno-heretycka koncepcja została sformułowana w sprytniejszy sposób przez masona Maurice’a Blondel’a (zm. 1949), na którym oparł się nurt tzw. nowej teologii, potępiony przez papieża Piusa XII w encyklice Humani generis. Papież mówi dość wyraźnie:



Już wtedy także wnikliwe analizy teologiczne, jak słynna książka holenderskiego dominikanina, wykazały główne cechy tego nurtu:
- irracjonalizm i intuicjonizm, czyli właściwie subjektywistyczny agnostycyzm,
- konfuzjonizm czyli brak uporządkowanej i jasnej prezentacji poglądów i argumentów
- ewolucjonizm.

Do tego nurtu należą wyexponowani przez x. Grygiela: niemiecki jezuita Karl Rahner i belgijski dominikanin Edward Schillebeeckx.




















Z całą pewnością nie są oni ani protoplastami, ani pomysłodawcami „ewolucji dogmatów". Ich "zasługą" jest jedynie podważanie trwałości i niezmiennej prawdziwości nauczania Kościoła, także rozumianego jako nieomylne. Czynili to w sposób podstępny i pokrętny. Jednak z całą pewnością nie reprezentowali tak prymitywnej i absurdalnej koncepcji, jaką podaje x. Grygiel.

Nie ma też ona nic wspólnego z nauczaniem Soboru Watykańskiego II. W Konstytucji dogmatycznej Dei Verbum jest dość wyraźnie powiedziane, że rozwój dotyczy wyłącznie rozumienia i wprowadzania w życie nauczania Apostołów, czyli Bożego Objawienia poświadczonego w Piśmie św. i Tradycji:


Nie ma to więc nic wspólnego z wprowadzaniem do teologii koncepcyj i pojęć obcych czy wręcz sprzecznych z prawdą Bożego Objawienia, nawet jeśli ubierają się w rzekomą naukowość czy nowoczesność.

5.
X. Grygiel relacjonuje poglądy tych teologów:

  
Niestety popełnia przy tym następne oszustwa:

- Jako zasługę Schillebeeckx'a podaje twierdzenie, że „nie ma nuda vox Dei“ ("nie ma gołego głosu Boga"), podczas gdy co do tego zgodni są i zawsze byli wszyscy teologowie katoliccy. Natomiast problem polega na prawdziwości i niezmienności Bożego Objawienia.

- Twierdząc, że „pojęcia religijne nacechowane są symbolicznością i metaforyką“, nie podaje źródła. Tym samym należy to potraktować jako własną tezę x. Grygiela. Nie są mi znane wypowiedzi rzeczonych dwóch teologów, z których mogłoby pochodzić to twierdzenie. Otóż każdy teolog katolicki o choćby podstawowym wykształceniu wie, że czym innym jest symbol, czym innym metafora, a jeszcze czym innym jest analogia. Sam K. Rahner w swoim ostatnim publicznym wystąpieniu wyraźnie mówił o tym, że teologia jest poznaniem analogicznym:

https://www.youtube.com/watch?v=Vthweqb97I4

Zresztą wie o tym każdy, kto zna choćby podstawy teologii katolickiej. A jest to zupełnie coś innego niż poznanie przez symbole czy metafory. Skąd więc x. Grygiel bierze swoje twierdzenie? Trudno powiedzieć. Na pewno nie ze źródeł teologii katolickiej.

- Przypisanie K. Rahner’owi koncepcji dogmatu jako „amalgamatu“ jest także oszustwem. Po pierwsze Rahner nie używa tego wyrażenia dla określenia dogmatu, po drugie nie odpowiada to jego koncepcji. W źródłach podanych w oficjalnej bibliografii nie ma śladu takiego poglądu:


W ujęciu K. Rahner’a Boże Objawienie jest „wydarzeniem komunikatywnym“, które zawiera także odpowiedź człowieka na słowo Boże, a ta odpowiedź należy do jego istoty. Tak więc rozwój dogmatów polega na rozwoju samego Objawienia, które się stale wydarza w przepowiadaniu słowa i odpowiedzi na nie przez wiarę. Jest to więc coś zupełnie coś innego niż amalgamat elementów zmiennych i niezmiennych.

6.
Kontextualności dogmatów - właściwie pojętej - ani konieczności hermeneutyki nie negował ani nie neguje żaden teolog katolicki. Ten temat po prostu nie ma nic wspólnego z ewolucją dogmatów, lecz należy od zawsze do podstaw warsztatu teologicznego, zwłaszcza w dogmatyce katolickiej. Innymi słowy: każdy teolog katolicki rozumie dogmaty w kontekście herezyj, do których się odnoszą. Po prostu nie ma innej możliwości. Prezentowanie tego jako odkrywczego wynalazku Rahner'a i Schillebeeckx'a jest po prostu albo przejawem ignorancji albo zwykłym oszustwem.

7.
Podanie opisu stworzenia (z Księgi Rodzaju) jako przykładu metafory stosowanej w dogmatach świadczy o zupełnym niezrozumieniu i pomieszaniu pojęć, nawet jeśli należy rozumieć metaforę jako rodzaj analogii (czyli zestawienia na zasadzie podobieństwa). Po pierwsze, zarówno w samym Piśmie św. jak też w jego interpretacjach na przestrzeni wieków zupełnie nic nie wskazuje na to, by chronologia stworzenia - jako dzieło sześciodniowe - była kiedykolwiek rozumiana jako element światopoglądu. Po drugie, właściwą treścią dogmatyczną jest akt stworzenia, czyli pochodzenie od Boga. Tutaj x. Grygiel powinien się określić, czy tę treść uważa za zmienną, przejściową metaforę, czy nie. Niestety tego określenia brakuje, mimo że jest to istotne w kontekście mówienia o ewolucji, gdyż pojęcie to jest zaczerpnięte z przyrodnictwa (bardzo szeroko rozumianego), gdzie stanowi przeciwieństwo stworzenia. 

8.
Następna folia postępuje w sposób typowy dla x. Grygiela. Cytat wyrwany z kontextu całości koncepcji Rahner'a wykorzystany zostaje w sposób fałszywy i dla tez fałszywych, za to powtarzanych maniakalnie:


Powiedzieć tutaj trzeba:
- Pochodzenie słów od Rahner'a nie pomniejsza ich fałszywości.
- X. Grygiel fałszywie przypisuje swoją własną definicję "ewolucji dogmatu" ogólnemu nazewnictwu. Takiej definicji nie ma zresztą także ani u Newman'a ani u Rahner'a.
- Istotne jest tutaj powtórzenie zasadniczej tezy x. Grygiela (a właściwie jego mistrza x. Heller'a) bez choćby próby uzasadnienia, co jest niegodne jakiejkolwiek poważnej wypowiedzi szanującej odbiorców. Nazwanie objawionych prawd wiary "twierdzeniami teologicznymi" świadczy o zupełnym braku kompetencji przynajmniej w teologii katolickiej. Zaś skoro "elementy zmienne" x. Grygiel łączy z wielością stanowisk filozoficznych, to wynika z tego, iż wyznaje relatywizm poznawczy, który jest właściwie agnostycyzmem, czyli, mówiąc wprost, typową dla modernizmu i potępioną przez Kościół fundamentalną herezją.

9.
Fałszywe jest twierdzenie, jakoby samo Pismo św. było wolne od filozofii i że dopiero w okresie pobiblijnym (patrystycznym) nastąpiło przeniknięcie myśli greckiej do teologii:


Jest to ewidentnie sprzeczne z prostymi historycznymi faktami. Wystarczy jeden przykład, kluczowy. Otóż Septuaginta, greckie tłumaczenie Starego Testamentu powstałe ok. półtora wieku przed Chrystusem, dla imienia Boga Jahwe objawionego Mojżeszowi (Księga Wyjścia) stosuje wybitnie metafizyczne pojęcie Ο ΩΝ czyli "istniejący". Ponadto fałszywe jest przypisywanie samym księgom biblijnym braku racjonalności. Już opis stworzenia w Księdze Rodzaju jest wybitnym przykładem racjonalnego zwalczania mitologii czyli wierzeń chociażby w boskość ciał niebieskich. Innymi słowy: x. Grygiel w interesie swoich fałszywych tez posługuje się niemniej fałszywymi, nienaukowymi zabobonami pochodzącymi najwyżej z ateistycznych pisemek pseudonaukowych.

Także w tym miejscu powraca ulubiony wątek, nazwany tym razem "zmianą pojęciowej bazy teologii". Nadal brakuje wyjaśnienia, czy chociażby sprecyzowania, o jakie pojęcia chodzi.

10.
Wreszcie x. Grygiel odkrywa karty, przytaczając słowa swojego mistrza:


Widzi tutaj poparcie dla swojej tezy, że "siatka pojęciowa współczesnej nauki" ma służyć "pogłębieniu reflexji teologicznej". Konieczne są tutaj uwagi krytyczne odnośnie tej wypowiedzi x. Hellera:
- Jest oczywiste, że fundamentem nauk przyrodniczych (i tym samym techniki) jest grecki realizm poznawczy, dokładniej arystotelesowski. O tyle x. Heller ma rację.
- Jednak x. Heller nie ma racji, jeśli ogranicza "myśl grecką" do arystotelizmu oraz gdy nie dostrzega (nie chce dostrzegać) wpływów czy wręcz ewidentnych nawiązań nowożytnych myślicieli do niearystotelowskich systemów filozoficznych, czy to platońskiego, czy materialistycznego, czy relatywistyczno-agnostycznego. Należą do nich także filozofujący przyrodnicy jak Einstein, Schrödinger, Heisenberg i wielu innych, aż po tzw. nowy ateizm jak R. Dawkins czy S. W. Hawking. Z całą pewnością nie są to przedstawiciele arystotelizmu, który dał podwaliny pod rozwój nauk przyrodniczych i który stanowi ich niezbędną podstawę.

11.
Pozornie mocniejszym argumentem są słowa Jana Pawła II z listu skierowanego do kierownika obserwatorium astronomicznego: 


Najpierw należy pamiętać, że tego typu dokument nie ma żadnej rangi magisterialnej, ponieważ nie jest skierowany do całego Kościoła. Ma wartość jedynie osobistych przemyśleń.
Po drugie, są to jedynie pytania, skierowane do naukowca. Należy je rozumieć zapewne jako pobudzenie do reflexji i wskazywanie na zagadnienia, które mogą i powinne być rozwijane, bez jakiegokolwiek przesądzania o wyniku. Owszem, można wyczytać pewne sugestie, jednak nic więcej. Tym samym nie jest to wypowiedź ani kategoryczna ani autorytatywna w znaczeniu Magisterium Kościoła. Tym samym przypisywanie przez x. Grygiela papieżowi zdania, że "teologię ewolucyjną warto i trzeba robić", jest bardzo przesadną i właściwie fałszywą interpretacją. Czym innym jest bowiem "perspektywa ewolucyjna" nauk przyrodniczych, a czym innym "teologia ewolucyjna", której fundamentalnym założeniem jest zmienność prawd wiary.

12.
Według x. Grygiela "obrazy świata" są wymienialne, o ile są "lepiej motywowane osiągnięciami nauk". Jest to szczególnie ciekawy moment w zestawieniu z powyższym podejrzeniem o relatywizm. Otóż x. Grygiel na poważnie rozpatruje "obraz świata" jako czynnik określający dogmaty czyli nieomylne prawdy wiary:


Jako ilustrację przytacza antyczno-arystotelesowski schemat budowy wszechświata, widocznie na poważnie twierdząc, jakoby on był istotny dla dogmatów wiary. Miało się to odbyć przez "zasymilowanie przez scholastykę" w XIII w., tym samym też przez św. Tomasza. W końcu pada decydujące zdanie, że "wiele z tych elementów my kontynuujemy w naszym myśleniu religijnym do dziś". Jako przykład x. Grygiel podaje Wniebowstąpienie, które "ma doskonały sens" w owym archaicznym obrazie świata. Następnie twierdzi, że według Arystotelesa "świat jest odbiciem boskich idei".



No cóż. To zdanie świadczy o tym, że x. Grygiel nie zna myśli Stagiryty nawet na poziomie szkoły średniej, względnie pomylił go z idealizmem Platonowym. Arystoteles (Metaphysica) zaznacza bowiem dobitnie, że mówienie o ideach jako wzorach rzeczy, które mają jedynie udział w ideach, jest bełkotem i najwyżej poetycką metaforą:


Czyż po kimś wykazującym tak elementarną ignorację w historii filozofii można się spodziewać godnych uwagi przemyśleń?

Jest dość czytelne, że celem uderzenia x. Grygiela jest teologia św. Tomasza. Zakamuflowany atak chce ugodzić niby w pogański i przejściowy historycznie arystotelizm, ale zrelatywizowane i podważone mają być rozumowe podstawy nie tylko teologii tomistycznej, lecz nauczania Kościoła oraz Bożego Objawienia poświadczonego w Piśmie św. Jest to zabieg perfidny, właściwie manipulacja polegająca na pomieszaniu spraw i zwykłych oszustwach, obliczonych na zupełną ignorancję odbiorców:
- Absurdalne jest pomieszanie poznania z analogii z platońską koncepcją partycypacji.
- Fałszywe i wręcz groteskowe jest interpretowanie cytowanych słów św. Tomasza w myśl owej koncepcji.
- Fałszywe i groteskowe jest także przypisywanie św. Tomaszowi czy chociażby nawet Arystotelesowi twierdzenia, że wszechświat nie podlega żadnej przemianie. Widocznie x. Grygiel nigdy się nie zetknął z dziełem Stagiryty "De generatione et corruptione".   

Fragment wskazuje kierunek uderzenia. Skoro x. Grygiel uważa rozróżnienie między bytem duchowym a materialnym za jedynie uwarunkowany historycznie i zastępowalny "obraz świata", to nasuwa się pytanie o alternatywę. Logiczną alternatywą jest tylko monizm, czy to panteistyczny (jak u Hegla), czy materialistyczny (jak u ucznia Heglowego - Marxa). Czyżby według x. Grygiela nie był to już uwarunkowany historycznie "obraz świata"?

13.
W tym momencie x. Grygiel dość trafnie streszcza teologię wysnutą z Objawienia biblijnego:


Problem polega jednak na tym, że ta teologia - określona fałszywie jako zbudowana na arystoteliźmie, nie na Objawieniu biblijnym - jest przedmiotem ataku x. Grygiela (a pierwotnie jego mistrza x. Heller'a).

Najpierw jest ukazanie "kontrastu z naukowym obrazem świata":


Jest to kolejny popis ignorancji w połączeniu z oszukiwaniem odbiorców. Bez choćby próby ukazania, w jaki sposób mechanika Newtona, matematyczny model układu dynamicznego czy przestrzeń fazowa (o której jest zresztą mowa zarówno w fizyce klasycznej jak też kwantowej) itd. są sprzeczne z arystotelizmem, tomizmem i tym samym z teologią katolicką. Podpowiem: takiej sprzeczności nie ma. O zupełnie prymitywnym zabiegu świadczy podciągnięcie teorii prawybuchu (zresztą autorstwa księdza katolickiego G. Lemaitre'a, który badał i nauczał w całkowitej zgodności z nauczaniem Kościoła) pod kosmologię relatywistyczną, którą należy kojarzyć z Einstein'em. Każdy trzeźwo myślący i znający choćby elementarnie historię filozofii wie, że relatywizm jest koncepcją filozoficzną, nie czysto przyrodniczą. Nie ma też wykazania związku teorii expansji wszechświata z ewolucjonizmem w znaczeniu biologicznym. Takiego koniecznego związku po prostu nie ma, przynajmniej na płaszczyźnie czysto przyrodniczej. W tle jest oczywiście kłamliwe sugerowanie czysto przyrodniczej naukowości ewolucjonizmu. Innymi słowy: jest to stek zafałszowań, ćwierćprawd i zwykłych bzdur.

Popisem ignorancji i zakłamania jest także powiązanie darwinizmu ze współczesną genetyką:



Ktokolwiek nieco się zagłębił w tę problematykę wie, że współczesna nauka fundamentalnie podważa darwinizm jako hipotezę powstawania gatunków, zarówno z punktu widzenia genetyki i epigenetyki, jak też biochemii:


Całość tutaj.

Podobnie jest z punktu widzenia mikrobiologii i biologii molekularnej: fakty naukowo opisane i sprawdzalne doświadczalnie przemawiają jednoznacznie przeciw ewolucjonizmowi, który jawi się przy tym raczej jako ideologia czy wręcz pseudoreligia o znamionach sekty. 


Zresztą zarzuty wobec darwinizmu nie są nowe, a są fundamentalne:


Całość tutaj.

Darwinizm zawiera podstawowe problemy, których nie jest w stanie rozwiązać. Można wskazać przykładowo przynajmniej na 10 podstawowych problemów teorii ewolucji, na których rozwiązanie w jej ramach nic nie wskazuje, mimo upływu dziesiątek lat oraz wielu nowych odkryć, także paleoontologicznych. 

14.
Rozwinięciem x. Grygielowej apoteozy darwinizmu jest opiewanie doboru naturalnego w stylu bożka pogańskiego, co zdradza chociażby sformułowanie, że "dobór naturalny robi". 


Nasuwa się znowu pytanie, czy prelegent zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Po pierwsze miesza ewolucję - czyli teorię, a właściwie hipotezę - z faktami. Służy to temu, by z góry zaprzeczyć celowości. Po drugie, absurdalnie mówi jednak o "projekcie" czyli celowym działaniu, a równocześnie nazywa go "dysfunkcjonalnym". Czy z rozmysłem miesza zupełnie różne sprawy? Czy tylko nie zastanowił się, co chce powiedzieć przez "dysfunkcyjność"? W każdym razie bezpodstawnie utożsamia inteligentność projektu z doskonałością, a niedoskonałość z dysfunkcją. W normalnym języku dysfunkcja oznacza zaburzenie normalnej funkcji, czyli odstępstwo od normalnego działania. Na jakiej podstawie x. Grygiel twierdzi, że niedoskonałość rzeczywistości stworzonej jest dysfunkcją czy odstąpieniem od funkcjonowania zaprojektowanego przez Stwórcę? Gdyby wysilił się na odrobinę reflexji, to powinien był dostrzec, że w tym punkcie teoria ewolucji obala samą siebie: skoro dobór naturalny sprawia przeżycie najbardziej dostosowanego, to właściwie nie ma miejsca na dysfunkcję. Tak więc istnienie dysfunkcji uderza raczej w ewolucjonizm niż w kreacjonizm.

W końcu wręcz szatańskim bluźnierstwem jest twierdzenie, że człowiek nie jest koroną stworzenia i że "zawiera ewidentne buble". Tak może powiedzieć jedynie ktoś, kto wprost neguje prawdę o człowieku podaną zarówno w Bożym Objawieniu ("na obraz i podobieństwo") jak też w poznaniu rozumowym. To jest po prostu nadzwyczaj skandaliczna wypowiedź, nawet w kontekście poprzednich skandalicznych wypowiedzi x. Grygiela.

15.
Kolejnym poważnym uderzeniem, jednym z nielicznych zresztą, jest cytat z konstytucji duszpasterskiej Vaticanum II:


Warto tutaj zacytować kontext tego akapitu, czyli rozdział wraz z jego oficjalnym tytułem: "O dogłębnie zmienionych uwarunkowaniach".


Jak widać, w kontekście chodzi o uwarunkowania kulturowe świata współczesnego, nie o postulowanie "teologii ewolucyjnej". Fragment mówi o przechodzeniu w mentalności współczesnej od "statycznego do bardziej dynamicznego i rozwojowego pojęcia porządku rzeczy". Nie ma to nic wspólnego ani z negacją czy odrzuceniem arystotelesowsko-tomistycznej filozofii, ani z postulowaniem czy zachętą do nowej filozofii i teologii. To jest wyłącznie dowolna interpretacja x. Grygiela, wykraczająca daleko poza literę i zamiar dokumentu.

16.
Na koniec x. Grygiel wskazuje na "teologów ewolucyjnych", na których opiera swoje wywody:


Nie wnikając w szczegóły - co w tym miejscu nie jest ani możliwe ani konieczne - należy zauważyć, że wymienionych przedstawicieli łączy zupełnie bezkrytyczne przejęcie ewolucjonizmu jako bezdyskusyjnego założenia. Protoplastą jest tutaj zabłąkany mentalnie i moralnie jezuita Pierre Teilhard de Chardin. O ile jego wręcz naiwne podejście do teorii ewolucji jest o tyle usprawiedliwione, że działał na początku i w pierwszej połowie XX wieku, gdy nie było jeszcze znanych obecnie twardych dowodów świadczących jednoznacznie przeciw darwinizmowi. Aczkolwiek każdy znający pisma choćby Darwina, który sam wskazał na niektóre słabości i bezpodstawności swoich tez, powinien dostrzec, że budowanie na czymś takim oznacza przynajmniej poważne ryzyko, o ile nie jest wręcz skazane na rozsypkę.

Pierre Teilhard de Chardin, którego poglądy już czysto metodologicznie ani nie wynikają z badań przyrodniczych, ani nie są zgodne z Bożym Objawieniem, najbliższy jest heglizmowi. Nie dziwi więc, że od przełożonych miał zakaz nauczania i publikowania, zaś opublikowane dopiero po śmierci pisma były zakazane w księgarniach katolickich i bibliotekach kościelnych. Warto odnośnie jego poglądów zapoznać się z wykładem prof. Marcina Karasa sprzed kilku lat, który je dość gruntownie demaskuje. Zresztą również pod względem moralnym nie wsławił się, gdyż przez dziesięciolecia otaczał się kilkoma przyjaciółkami i miał także kochankę, zamężną kobietę, z którą wymieniał listy miłosne (niektóre z nich zostały wydane w książce). Nawet modernistyczny, także heglistyczny teolog Hans Urs von Balthasar zdemaskował absurdalne, pseudoteologiczne opiewanie feminizmu przez Teilhard'a.

Podobnie ma się sprawa z jezuitą Karl'em Rahner'em. Zaczął swoją karierę naukową pisząc pracę doktorską o św. Tomaszu z Akwinu, usiłując go połączyć z kantyzmem i heglizmem. Praca została odrzucona przez profesora jako niesolidna i nienaukowa, po czym młody jezuita przestawił się jakby na dogmatykę. Jednak jego teologia ma znowu więcej wspólnego z heglizmem niż z teologią katolicką. Przed Soborem Watykańskim II Święte Oficjum prowadziło postępowanie dyscyplinarne przeciw niemu z powodu głoszonych tez, niestety nie ukończone i umorzone w związku z soborem i dzięki modernistycznym protektorom. On również przez dziesięciolecia spotykał się i intensywnie korespondował z kochanką, zamężną kobietą, pisarką Luise Rinser. Część listów pisanych do niego została po latach wydana przez nią w formie książki, której treść jest jednoznacznie erotyczna, co potwierdza wywiad z nią pod koniec życia (skrótowe uwagi można znaleźć tutaj). Listy Rahner'a do niej znajdują się w pilnie strzeżonym archiwum jezuitów.

Wspomniany przez x. Grygiela także w tym miejscu dominikanin Edward Schillebeeckx nie zasłynął wprawdzie tego typu skandalami obyczajowymi. W swoich poglądach odnosił się do źródeł Objawienia, czyli Pisma św. i Ojców Kościoła, interpretując je wbrew nauczaniu Kościoła. Wyraźnie był pod wpływem neomarxizmu tzw. Szkoły Frankfurckiej, co pasuje do wywrotowości poglądów, także w dziedzinie etyki sexualnej. W latach przed Vaticanum II Święte Oficjum prowadziło postępowanie także przeciw niemu, niestety umorzone podobnie jak w przypadku innych modernistów z nurtu "nowej teologii". Schillebeeckx był w stałym konflikcie z nauczaniem Kościoła także po soborze. Odgrzewając herezje XIX-wieku, podważał nawet historyczność Zmartwychwstania oraz katolickie rozumienie sakramentów, co oczywiście doprowadziło do reakcji Kongregacji Doktryny Wiary, niestety bez odpowiednich skutków dyscyplinarnych. Zwalczał także celibat duchownych oraz katolicką etykę sexualną.

John F. Haught pochodzi także ze szkoły Teilhard'a. Wsławił się szczególnie atakami na przedstawicieli "inteligentnego projektu" odnośnie powstania świata, czyli głównie chrześcijańskich uczonych wykazujących zgodność między odkryciami nauk przyrodniczych i Bożym Objawieniem poświadczonym w Piśmie św. Za swoje zasługi Haugh otrzymał Nagrodę "Przyjaciel Darwina", przyznawaną przez Narodowe Centrum dla Edukacji Przyrodniczej, forsujące nauczanie darwinizmu w szkołach, a finansowane głównie fundację, do której głównych celów należy wspieranie antykoncepcji i aborcji:



Mniej znany jest Denis Edwards, Australijczyk ze szkoły K. Rahner'a i wyznawca ewolucjonizmu, także ekumenizmu, czyli z tym samych odmętów myślowych.

Arthur R. Peacocke był anglikańskim duchownym, związanym ściśle ze skrajnie lewackimi organizacjami. Był m. in wiceprzewodniczącym "Unii Nowoczesnego Kościoła", promującej oprócz kapłaństwa kobiet także święcenie gejów i lesbijek. X. Grygiel szczególnie wychwala jego teologię, wskazując słusznie, że jest to tzw. panenteizm, czyli pogląd, iż wszystko jest w Bogu, tym samym Bóg jest we wszystkim. Pozornie brzmi to niewinnie. W istocie jednak jest sprytniejszą formą panteizmu czyli monizmu, którym także jest heglizm. Oznacza bowiem przypisywanie Bogu wszystkiego, co się dzieje w rzeczywistości, i stanowi negację nie tylko pojęcia stworzenia zawartego w Piśmie św., lecz także istotnej różnicy między Bogiem i stworzeniami, także człowiekiem. Tym samym stanowi też zaprzeczenie wolności woli człowieka, tym samym grzechu i Zbawienia: skoro Bóg działa w człowieku, tym samym Bóg za wszystko odpowiada. W ten sposób ostatecznie wszystko jest "boskie", także zło, którego tym samym właściwie nie ma. Nie trudno zauważyć, że ta koncepcja różni się od twardego panteizmu (jak heglizm) jedynie pokrętnością i obłudą. 


Podsumowanie

Należy powiedzieć, że właściwą genezą podanego przez x. Grygiela grona "teologów ewolucyjnych" jest nic innego jak heglizm, pod którego wyraźnym wpływem byli zarówno Darwin jak też Teilhard de Chardin. Obydwaj usiłowali wyposażyć poglądy Hegla, które swoją drogą są wyraźnie powiązane z kabałą i gnostycyzmem, w postać quasi przyrodniczą. Nie trudno zauważyć zarówno u Darwin'a jak też u innych przedstawicieli jego szkoły przypisywanie "ewolucji" przymiotów jakby boskich: według nich wszystko ma swoje ostateczne wyjaśnienie w "ewolucji", która już nawet w sformułowaniach wypowiedzi jawi się jako quasi personifikacja tajemniczej wszechmocy, gdy mówią np. że "ewolucja" wytworzyła, spowodowała, sprawiła itp. Te wyrażenia stosuje się zwykle wtedy, gdy chce się pominąć czy przykryć brak danych empirycznych czyli dowodów właściwych dla nauk przyrodniczych. Tym samym mamy do czynienia ze swego rodzaju religią, a właściwie sektą, która stroi się w pozory naukowości. Nie trudno zauważyć podobieństwo do państwowego ateizmu w systemach marxistowskich, gdzie partia komunistyczna i ich przybudówki ustami swoich "uczony" z "uniwersytetów marxizmu-leninizmu" wpajała swoim adeptom tzw. światopogląd naukowy jako podstawę programu partii i dyktatury proletariatu.

Takie to autorytety i wzory promuje kapłan należący formalnie do Kościoła katolickiego. Dalsze komentarze są zbędne. Potężnym skandalem jest propagowanie przez niego hegeliańsko-pogańskiego nurtu myślowego, który zrodził zbrodniczy komunizm i inne systemy totalitarne. Zapewne nie jest przypadkiem, kto promuje x. Grygiela. Jest to środowisko tzw. postępowego katolicyzmu z ośrodka krakowskiego. Z nim jest związany jego mistrz i promotor, x. Michał Heller, począwszy od okresu komunizmu, gdy ludzie skupieni wokół "Tygodnika Powszechnego" i wydawnictwa "Znak" stanowili koncesjonowaną a właściwie oddelegowaną przez partię komunistyczną "elitę" katolicyzmu w Polsce...