Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronka. Pokaż wszystkie posty

Czy można ofiarować Panu Bogu bóstwo? (z uzupełnieniem)


Pytanie dotyczy dwóch zasadniczych kwestij teologicznych:

1. pojęcia ofiarowania, czyli ofiary kultowej, w świetle zwłaszcza Bożego Objawienia,
2. wyrażenia "ciało i krew, dusza i bóstwo" Jezusa Chrystusa, czyli tematyki chrystologicznej i sakramentologicznej.

W świetle zarówno religioznawstwa jak też Bożego Objawienia przekazanego w Piśmie św. i Tradycji Kościoła jest zupełnie jasne, że w ofierze kultowej składana jest rzecz stworzona, która wyraża czy to postawę duchową oddania czci istocie czczonej, czy też zastępczo nawet samą osobę oddającą cześć istocie, do której skierowana jest ofiara. Przedmiot czy rzecz ofiarowywana ulega zniszczeniu względnie unicestwieniu, czy to w sposób rytualny (np. spalenie, spożycie) czy naturalny (pozostawienie na pożarcie dzikim zwierzętom czy na rozkład w procesie fizykalno-chemicznym). Innymi słowy: to, co jest ofiarowywane kultycznie, ulega przemianie, czego wyrazem jest zniszczenie. 

Z niezliczonych dowodów z powszechnego nauczania Kościoła można przytoczyć chociażby słowa słynnego teologa-jezuity, uważanego za pierwszego neotomistę polskiego, x. Mariana Morawskiego (źródło tutaj):

"Ofiara, najmilsi bracia, jest wyniszczeniem. Dosyć spojrzeć pobieżnie przez wszystkie wieki na dzieje ludzkości. U wszystkich narodów, we wszystkich religiach ukazuje nam się obrządek nad wszystkie inne górujący jako główny czyn religii społeczeństwa, polegający zawsze na jakimś zniszczeniu, zabijaniu bydląt, pa­leniu kadzideł, lub czymś podobnym. Ma się rozumieć, nie każde zniszczenie jest ofiarą, ale tylko takie, które się czyni na cześć Boga, w imieniu ludu, aby uznać najwyższe Jego panowanie nad wszelkim stworzeniem i ubłagać Go ludziom. Stąd to gdy w przenośnym znaczeniu dajemy nazwę ofiary naszym prywatnym spra­wom lub nawet wnętrznym aktom, tylko takie uczynki ofiarami zowiemy, które są trudne, bolesne, słowem, które są jakimś choć częściowym wyniszczeniem samego siebie, z utratą rzeczy nam drogiej, z przytłumieniem uczuć serca, w szlachetnym celu tj. dla czci Bożej lub dobra bliźniego. Ale tu mowa o ofierze w ścisłym znaczeniu, tj. o zniszczeniu rzeczy widomej, przez kapłana przed­stawiciela ludu, na cześć Boską wykonywanym. Takie ofiary miał stary zakon, ale to były tylko figury; takie ofiary miało pogaństwo, ale to były świętokradztwa.

U nas chrześcijan, najmilsi, u nas tylko jest jedyna prawdzi­wa ofiara, Bogu nieskończoną cześć a ludziom wszelkie zbawienie przynosząca. Tą ofiarą, jak wiemy, jest śmierć krzyżowa Syna Bożego, w której ofiarnikiem i ofiarą jest sam Bóg-człowiek, a ofiarowaniem śmierć dobrowolnie podjęta. Ta ofiara gdy się raz spełniła, stało się zadosyć najobfitszej sprawiedliwości Bożej za niezliczone świata przestępki – ale miłości, najmilsi bracia, nie stało się zadosyć. Serce Jezusa żądało, aby ta sama ofiara, w oczach każdego z nas, nie raz lecz co dzień na każdym miejscu się powtarzała, co jest najcelniejszym miłości czynem i dowodem. I istotnie, co dzień po całym świecie powtarza się, raczej odtwarza się ofiara krzyżowa, już nie krwawa, jak na krzyżu, bo już okup grzesznego świata wypłacony, bo już Bóg przebłagany – ale niekrwawa, jak przystoi zakonowi łaski, i miłością samą gorejąca, czysta, święta, nieskończenie drogocenna: tak iż Bóg pięknością i wonnością jej niejako zachwycony, odrzuca wszystkie inne ofiary: "Nie mam chęci do was – mówi Pan Zastępów do starozakonnych ofiarników przez usta Malachiasza proroka – i daru nie przyjmę z ręki waszej: bo od wschodu słońca aż do zachodu wielkie jest imię moje między narody, a na każdym miejscu poświęcają i ofiarują imieniowi memu ofiarę czystą, bo wielkie jest imię moje między narody" (Malach. 1, 10-11).

Ale jeśli w tajemnicy Ołtarza jest prawdziwa ofiara, musi też być prawdziwe i rzeczywiste wyniszczenie. Lecz jakimże sposobem Chrystus, który, jak mówi Pismo, raz "zmartwychpowstawszy już więcej nie umiera" (Rzym. 6, 9), jakimże, mówię, sposobem wyniszczać się może w ofierze Mszy św.? Ach! Jakim sposobem Jezus wyniszcza się na ołtarzu?! Spojrzyjmy na ołtarz, najmilsi, na tę drobną hostię – jeżeli mamy iskierkę wiary w du­szy i iskierkę miłości w sercu – a jużeśmy zrozumieli. Oto ka­płan, widomy namiestnik prawdziwego wielkiego Kapłana naszego, wymówił słowa sakramentalne, i tymi słowy, gdyby mieczem ofiarniczym, jak mówią Święci Ojcowie, ofiarę żywą wprawił w stan wyniszczenia, do śmierci zgoła podobny, bliski stanowi ofiary zabitej. Patrzmy tylko – oto Król królów i Pan panujących, Sędzia żywych i umarłych, słońce miasta niebieskiego, rzeczywiście leży na ołtarzu, jak ofiara zabita, w postaci rzeczy martwej, w postaci pokarmu! Podobnie jak baranek ofiarny zabitym być musiał, zanim go pożywali, którzy w ofierze uczestnictwo mieli, tak samo i nasz niepokalany Baranek, mieczem słów sa­kramentalnych dosiągniony, składa wszelkie a wszelkie ślady życia, przybiera postać istoty martwej, aby tak móc być pożywanym od uczestników tej świętej ofiary. Nie tylko więc mistycznie, w po­dobieństwie, bywa zabitym, lecz rzeczywiście, o ile to stan po­karmu wymaga, wyniszczonym zostaje. Jest więc św. ofiara nasza na ołtarzu żywą, razem i zabitą; wszystkie członki ma w najświętszej Hostii, a nie rusza się i żadnego znaku życia nie obja­wia; rozlane są wdzięki na ustach Jego (Ps. 44, 3) – jak mówi Psalm – a głosu żadnego nie wydaje. Najpiękniejszy urodą między synami ludzkimi, ma kształt okruszyny chleba! Jeszcze więcej powiem: tak zupełnie jest śladów życia wyzuty, że każdy może Go dowoli brać, przenosić, miotać, czynić z Nim co tylko się podoba, używać Go nawet do niegodziwych, bezbożnych i świętokradzkich celów – i w samej rzeczy niestety piekło nauczyło ludzi nadużywać w taki sposób tego cudu miłości. Ach! nie jestże to, najmilsi, prawdziwe wyniszczenie, zdumiewający stan śmierci, przedziwna ofiara? Tak jest, w istocie, bo to jest ofiara właściwa miłości, ofiara Serca Jezusowego, a miłość, jak dobrze mówią, jest przemyślna, wymysły serca są zawsze przedziwne, a najprzedziwniejszym wymysłem najmiłościwszego Serca jest właśnie ten, że będąc nieśmiertelnym, znalazł sposób co dzień za nas umierać i w tym stanie ofiary zabitej na ołtarzach naszych trwać wiekuiście, i co dzień, jak zechcemy, od nas być pożywanym."


Drugą kwestię rozpatrzmy najpierw osobno, czyli niezależnie od idei ofiarowania. Otóż sama w sobie wzięta, jest to formuła określająca Obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii (podawana we wielu dokumentach Kościoła). Są to dogmatyczne składniki Osoby Jezusa Chrystusa, wyrażające Jego pełną istotową Obecność: "ciało, krew i dusza" odpowiadają Boskiemu Człowieczeństwu, "bóstwo" jest odpowiednikiem Boskiej Natury Syna Bożego, który jest współistotny Ojcu (consubstantialis, ομοουσιος).

Przejdźmy teraz do formuły jako całości. Jest oczywiste, że należy ją rozumieć w sensie eucharystycznym. Cały Chrystus, zarówno jako Syn Boży jak też jako prawdziwy Człowiek, złożył Siebie Ojcu w ofierze na Krzyżu. Było to możliwe dzięki jedności Osoby, która od momentu Wcielenia zawiera także osobowość ludzką (krew, ciało i duszę). Celem Wcielenia było właśnie dokonanie jedynej i niepowtarzalnej, doskonałej Ofiary, która wypełnia i nieskończenie przewyższa wszystkie i wszelkie ofiary Starego Przymierza (mówi o tym dobitnie List do Hebrajczyków). Dlatego właśnie Syn Boży stał się Człowiekiem: On złożył swoje Człowieczeństwo w ofierze na krzyżu. Uczynił to jako Bóg-Człowiek, Syn Boży i syn Maryi Dziewicy, ale nie ofiarował Swego bóstwa lecz Swoje człowiecze życie, Swoje Człowieczeństwo (ciało, krew i duszę), gdyż tylko ono według naturalnych właściwości natury ludzkiej było śmiertelne (a po Zmartwychwstaniu jest nieśmiertelne).

Tak więc teologicznie poprawnie mówimy o Obecności "ciała i krwi, duszy i bóstwa" Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jednak niepoprawne - a właściwie heretyckie - jest mówienie o ofiarowaniu "ciała i krwi, duszy i bóstwa" Jezusa Chrystusa. Powiedzmy jeszcze raz, z prostego powodu: ponieważ sam Jezus Chrystus nie ofiarował, tzn. ani nie zniszczył, ani nie unicestwił, ani nie przemienił Swojego Bóstwa na krzyżu.

Mówienie o ofiarowaniu bóstwa Jezusa Chrystusa jest tylko wtedy logicznie spójne, gdy się to "bóstwo" rozumie jako niewspółistotne Ojcu, czyli różne od Boskiej Natury Boga Ojca, czyli jakby stworzone, a to jest nic innego jak pogląd judaizującej herezji ariańskiej.


Post scriptum 1

Oczywiście od dawna problem został zauważony i dyskutowany. Sprawę podnosił zwłaszcza wybitny profesor dogmatyki katolickiej i autor podręczników x. Wincenty Granat, a także x. Czesław Bartnik. Ich zastrzeżenia są tego samego rodzaju co wyrażone powyżej.

Zrzuty pochodzą z książki: Ewa K. Czaczkowska, Siostra Faustyna. Biografia świętej. 




Nie dziwią też próby obrony. Są one zasadniczo różne i ze sobą niespójne.

1.

X. Sopoćko twierdził, że ofiarowana jest Osoba Jezusa Chrystusa, która oczywiście obejmuje zarówno Człowieczeństwo jak też Bóstwo.

Ten argument jest nietrafny, gdyż zawiera pomieszanie natur. Zasadnicza jest prawda, że ofiara Kościoła jest uobecnieniem i włączeniem się w Ofiarę, którą złożył sam Jezus Chrystus. Jezus Chrystus nie ofiarował Swojej Osoby, gdyż jest jako Syn drugą Osobą Trójcy Przenajświętszej współistotną Ojcu, lecz Swoje Człowieczeństwo. Jedność bosko-ludzkiej Osoby Jezusa Chrystusa, łączącej Bóstwo i Człowieczeństwo w jednym podmiocie działania, nie oznacza ani utraty przymiotów boskich ani ludzkich. Tym samym: o ile Osoba Jezusa Chrystusa jest prawdziwym Bogiem, nie może być ofiarowana. Może być ofiarowana wyłącznie jako Człowiek, czyli "ciało, krew i dusza". 

Dogmatyczna reguła "wymiany przymiotów" (communicatio idiomatum) dotyczy wyłącznie przyjęcia przymiotów drugiej natury, a nie utraty własnych przymiotów. Konkretnie: poprawne jest powiedzenie, że Syn Boży (w znaczeniu bosko-ludzkiej Osoby) umarł na krzyżu, podobnie jak powiedzenie, że Syn Maryi (w znaczeniu bosko-ludzkiej Osoby) odpuszczał grzechy i zbawił świat. Jednak herezją jest powiedzenie, że Bóstwo Jezusa Chrystusa umarło na krzyżu czy że Jego Człowieczeństwo (w znaczeniu natury ludzkiej) odpuszczało grzechy i zbawiło świat.

2.

X. Różycki argumentował, że "bóstwo" w tej formule nie oznacza natury boskiej lecz "Osobę Boską Jezusa" i tym samym może być ofiarowane. W ten sposób x. Różycki odszedł od linii argumentacji x. Sopoćki, pośrednio przyznając, że nie jest ona trafna.

Odpowiedź jest już częściowo zawarta w odpowiedzi na argumentację x. Sopoćki. Należy zauważyć sprzeczność zarówno wobec interpretacji słowa "bóstwo" u x. Sopoćki jak też wobec textu samej formuły.

Po pierwsze nic nie wskazuje na słuszność takiej interpretacji. Słowo polskie "bóstwo" w języku teologicznym jest zawsze synonimem "natury boskiej". Jedynie w języku potocznym może być synonimem słowa "bożek" czy "idol". Czyżby x. Różycki na prawdę uważał, że to drugie znaczenie mogło zostać użyte przez samego Pana Jezusa (według relacji s. Faustyny)?

Po drugie x. Różycki widocznie tutaj nie tylko rozróżnia, ale wprowadza podział między Osobą Syna Bożego w znaczeniu trynitarnym i Osobą Jezusa Chrystusa obejmującą Bóstwo i Człowieczeństwo. Ten podział jest teologicznie fałszywy, właściwie heretycki, gdyż stoi w sprzeczności z nauczaniem Soboru Chalcedońskiego o jedności bosko-ludzkiej Osoby Jezusa Chrystusa, czyli jedności przedwiecznego Syna Bożego i człowieczeństwa.

Po trzecie, x. Różycki fałszywie interpretuje słowa Soboru Trydenckiego, które zostały użyte w tej formule. Otóż formuła soborowa z całą pewnością mówi o tym, że w Eucharystii jest obecne nie tylko Człowieczeństwo ("ciało, krew, dusza"), lecz także Bóstwo Jezusa Chrystusa, czyli prawdziwy Bóg. Dlaczego więc nie można ofiarować tego Bóstwa? Ano dlatego, ponieważ czym innym jest orzeczenie o obecności, a czym innym orzeczenie o ofiarowaniu. To drugie może być wyłącznie włączeniem się do Ofiary Jezusa Chrystusa: On jako prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek ofiarował Swoje Człowieczeństwo, nie Swoje Bóstwo, gdyż ani nie przestał być Bogiem, ani Jego Bóstwo nie uległo przemianie, a tym bardziej zabiciu. 

Po czwarte x. Różycki wskazuje na List do Efezjan na potwierdzenie swojej interpretacji. Jest to również nietrafne. Otóż przede wszystkim chodzi zapewne o List do Filipian 2,5-11: 


Te słowa w żaden sposób nie potwierdzają, jakoby Jezus Chrystus ofiarował Swoje Bóstwo, lecz mówią o Jego uniżeniu samego Siebie do postaci "sługi", bez zatracenia Boskości i  tym samym bez jej ofiarowania.

3.

Trzeci argument obrońców tej formuły wskazuje na tzw. modlitwę anioła z Fatimy.

Po pierwsze ta modlitwa jest znana dopiero z późniejszych zapisków s. Łucji i nie jest zawarta w aktach z 1930 r. zatwierdzających objawienia Matki Bożej z 1917 r. Tym samym ta modlitwa nie ma ze strony Kościoła żadnego potwierdzenia zgodności z wiarą katolicką czy nadprzyrodzoności.

Po drugie znamienna jest rzekoma wypowiedź s. Łucji wobec zastrzeżeń teologicznych odnośnie tych rzekomych słów anioła, mianowicie sarkastyczne zdanie, że "widocznie anioł nie studiował teologii". Otóż przede wszystkim musiałoby być solidnie poświadczone, że s. Łucja tak powiedziała. Gdyż taka wypowiedź odnośnie prawd wiary nauczanych przez Kościół uroczyście od starożytności z pewnością nie świadczy ani o szacunku dla asystencji Ducha Świętego w Kościele, ani o pokorze. Sprawa nie dotyczy bowiem jakichś drobiazgowych sporów teologicznych, lecz
- formuły dogmatycznej, która bez wątpienia została użyta w tym zdaniu, a której
- użycie w danym kontekście i znaczeniu uderza w elementarne zasady nauczania Kościoła odnośnie zarówno Osoby Jezusa Chrystusa jak też Jego dzieła zbawczego. 

W końcu po trzecie: przywoływanie tych słów w argumentacji jest właściwie przyznaniem, że zastrzeżenia teologiczne są słuszne, skoro pozostaje tylko cyniczny sarkazm.

Warto także odnotować, że niemiecki ksiądz i słynny pisarz katolicki Wilhelm Hünermann w swojej książce z 1954 r. - wydanej oczywiście z imprimatur kościelnym - podaje słowa tzw. modlitwy anioła z Fatimy nie zawierające ofiarowania bóstwa:




Sprawa jest o tyle poważna, że dotyczy nie tylko miejsca i znaczenia teologii w Kościele, lecz istoty wiary katolickiej. Według nauczania Kościoła nadprzyrodzony akt wiary nie jest ślepą uległością, wymagającą pogardy i odrzucenia racjonalnego, poprawnego myślenia (jak to jest zarówno w protestantyźmie, jak też w talmudyźmie i islamie). Wiara katolicka zakłada poprawne używanie zasad rozumowych, nawet myślenia filozoficznego we właściwym sensie. Argumenty rozumowe zarówno podprawadzają do aktu wiary, jak też mu towarzyszą, wspierają, a także czerpią nadprzyrodzone światło z prawd objawionych. Naucza o tym zwłaszcza Sobór Watykański I, a także Sobór Watykański II. Tak więc chodzi ostatecznie o istotę i charakter wiary katolickiej.

Co ujawnia "Dziennik" x. Michała Sopoćko?


Rola x. Michała Sopoćko w sprawie s. Faustyny jest powszechnie znana i bezsprzecznie istotna. Dlatego właśnie godny uwagi jest jego "Dziennik", opublikowany po raz pierwszy dopiero w 2010 r. 

Tytuł "dziennik" to właściwie za dużo powiedziane. Być może autor zaczynał pisanie z takim zamiarem. Pierwsze wpisy - z roku 1915 - są bardzo szczegółowe, nawet bardziej szczegółowe niż to zwykle bywa w kronikach, mimo sytuacji wojennej. Potem była kilkunastoletnia przerwa w pisaniu "Dziennika" (od 1922 do 1937, potem od 1962 do 1967), akurat w okresie znajomości z s. Faustyną i w okresie soboru. Znaczna część to wspomnienia z lat i okresów poprzednich, czyli coś w rodzaju zapisków do autobiografii. Także tematyka jest niespójna i pomieszana. Opisy wydarzeń przeplatane są uwagami niby duchowymi. Zdarzają się też cytaty z lektur i fragmenty tekstów modlitewnych, nie wiadomo po co zapisane, jak np. fragmenty brewiarza (czyżby z nudów?). Równocześnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że autor pisał dla szerokiej publiczności, jakby przewidział i zamierzał publikację. Aczkolwiek chyba żaden poruszony wątek nie jest potraktowany całościowo, jasno i kompletnie, oprócz jednego, mianowicie rzekomej świętości s. Faustyny, o której jednak mówi niewiele konkretów i wypowiada się bardzo krótko. 

Dla pełniejszej analizy konieczne byłoby powiązanie z innymi źródłami, zwłaszcza z pismami x. Sopoćki i świadectwami najważniejszych osób w sprawie. Tutaj muszę ograniczyć się do podstawowych kwestij, na które warto zwrócić uwagę. 

Pierwszy wpis, z 10 VI 1915 r., zawiera zdanie łacińskie z haniebnymi błędami: "intede Christi" zamiast "intende Christe", co świadczy o podstawowej ignorancji w języku, niegodnej kapłana w tamtych czasach. 

Demaskujący jest także wpis z 17 IX 1915 r.:


Wręcz gorszące jest tutaj dość szczere wyznanie, iż to z nudów zabrał się za pracę z młodzieżą...

Gdy 28 III 1917 r. wyznaje, że obserwował pobliskie starcia wojenne, gdyż "od dawna o tym" marzył, a przyglądał się "temu wszystkiemu z wielkim zainteresowaniem, strachu żadnego nie było żadnego i gotów byłem iść na pole walki", to jest to o tyle ciekawe, że pisze to kapłan, a kapłanowi nie godzi się walczyć zbrojnie na wojnie. Tak więc wyznanie to świadczy ponownie o jaskrawym braku ducha kapłańskiego. Chyba że jest to kłamliwe chełpienie się swoją odwagą, co oczywiście również nie świadczy dobrze. 

Za cały okres od zamierzonego początku pisania w 1912 r. - przy czym pierwszy zachowany wpis pochodzi dopiero z 1915 r. -  do 1922 r. "Dziennik" zawiera jedynie kilka wpisów zajmujących 16 stron zeszytu. Jest w tym sporo szczegółów, aczkolwiek zupełnie banalnych i bez większego znaczenia pod względem zarówno historycznym jak też duchowym. Wygląda na to, że autor nie miał wyraźnego celu w pisaniu, a może nawet pisał jedynie z nudów, dla relaxu. 

Druga część zaczyna się wpisem dopiero z 8 IX 1937 r. Bez jakiegokolwiek odniesienia do faktów x. Sopoćko mówi o swoim cierpieniu. Trzeba mieć na uwadze, że było to niecały rok przed śmiercią x. Faustyny, czyli gdy autor już powziął jej sprawę w swoje ręce. Na dzień następny (9 IX 1937) datowany jest obszerny wpis autobiograficzny, obejmujący ponad 50 stron zeszytu, bodaj najdłuższy w całym "Dzienniku". Zawiera on elementy zarówno groteskowo hagiograficzne, jak też haniebne. 

Ciekawa jest wizja smoka u trzy- albo czterolatka:


Można pominąć fakt, że dziecko w tym wieku z reguły nie zapamiętuje niczego trwale, aczkolwiek bardzo mocne przeżycia może zapamiętać. Zdumiewający jest tutaj jednak zupełny brak krytycyzmu  autora, kapłana w sile wieku, który o zjawieniu się smoka pisze tak, jakby było ono realne, interpretując je widocznie jako zjawienie się szatana. Owszem, dziecku może się coś takiego przyśnić, czy zjawić w jego wyobraźni. Czym innym jest natomiast potraktowanie takiego przeżycia jako realnego zjawienia się szatana, który powoduje chorobę. Tak więc myślenie x. Sopoćki, wtedy już prawie 50-latka, albo było zupełnie infantylnie odrealnione, albo on fantazyjnie napisał to w stylu prymitywnej autohagiografii, usiłując przedstawić siebie jako niewinną ofiarę złości szatańskiej. 

Nie mniejszy narcyzm pojawia się w następnym akapicie, gdzie x. Sopoćko chwali się swoją rozwiniętą już w wieku szkolnym "głęboką pobożnością":


Równocześnie nie wstydzi się on przyznać do oszukiwania niby w imię religii i patriotyzmu:


Tak więc niby to lekarz skłamał, a Michałek tylko przedłożył świadectwo lekarskie. Swoją drogą ciekawe, na jakiej podstawie lekarz mógł w tym wypadku orzec całkowitą niemożność śpiewania, skoro Michałek jednak był zdolny śpiewać. Tak więc także tutaj raczej wchodzi w grę dość prymitywna mistyfikacja pisana w retrospekcji (w 1937 r.), gdyż zapewne żaden lekarz by nie kłamał w taki sposób, tym bardziej dla ochrony dzieciaka przed śpiewaniem w chórze cerkiewnym. 

W każdym razie znamiennym wątkiem jest tutaj niechęć Sopoćki do liturgii wschodniej, o czym pisze wprost w dalszym ciągu "Dziennika". 

W tym samym opowiadaniu autobiograficznym pojawia się następny epizod pseudomistyczny o znamionach wręcz szyderstwa. Wydarzenie dotyczy przyjęcia święceń, przy czym z kontextu nie wynika, o który stopień święceń chodzi, choć jest to istotne zarówno teologicznie jak też kanonicznie, gdyż wraz z subdiakonatem jako pierwszym stopniem święceń wyższych wiązało się przyrzeczenie dozgonnej bezżenności, co dla młodego człowieka ma oczywiście jedyne w swoim rodzaju konsekwencje.


Już samo słyszenie głosów jest godne uwagi, gdyż częściej wskazuje na schorzenie psychiczne jakim jest schizofrenia niż autentyczne przeżycia mistyczne. Po pierwsze słyszenie głosu powinno zostać ujawnione spowiednikowi (który w seminarium jest zwykle kierownikiem duchowym), czego Sopoćko widocznie nie uczynił, co świadczy albo o poważnym braku znajomości elementarnych zasad kierownictwa duchowego i formacji seminaryjnej, albo o świadomym ich lekceważeniu. Po drugie, znamienna jest sprzeczność między obydwoma głosami, gdyż jeden odradza przystąpienie do święceń, zaś drugi w domyśle zaleca. Po trzecie, ujrzenie w ołtarzu Chrystusa wraz ze słyszeniem Jego głosu o tyle nie jest jasne, że nie wiadomo, czy była to wizja mistyczna wraz z audycją, czy przeciwnie należy rozumieć, że znajdujący się w ołtarzu obraz przemówił do Sopoćki. A jest to istotne dla oceny tego (rzekomego) zdarzenia. Skoro autor pomija to rozróżnienie i pozostawia czytelnika w niejasności, to albo ta niejasność jest zamierzona, albo wynika z tego, że całe zdarzenie jest zmyślone. Gdyby faktycznie miało miejsce, to dla samego autora byłoby powodem reflexji i badania pochodzenia i znaczenia tego przeżycia, tudzież oczywiście omówienia go ze spowiednikiem. Skoro tego nie uczynił, a przeżycie miało faktycznie miejsce, to popełnił poważne wykroczenie względem zasad życia duchowego, także formacji do kapłaństwa. 

Bardzo dziwny jest opis dotyczący pracy neoprezbitera:


Wręcz nie do wiary jest, by na nie małej parafii nie było pracy dla kapłana. Wszak sprawowanie sakramentów, przygotowywanie do nich, katechizacja, są na tyle wymagające, zwłaszcza na początku drogi kapłańskiej, że trudno sobie wyobrazić, by nie wypełniło to czasu gorliwego duszpasterza. 

Znamienna jest wzmianka o spotkaniu w 1922 r. z Jerzym Matulewiczem, który od 1918 r. był biskupem diecezji wileńskiej, rodzimej x. Sopoćki:


Podczas gdy x. Sopoćko w superlatywach wypowiada się o bpie Matulewiczu, pomija całkowicie milczeniem biskupa wileńskiego Edwarda von Ropp, za którego rządów odbył formację seminaryjną oraz został wyświęcony, a następnie wkrótce opuścił rodzimą diecezję, udając się do Warszawy, co oczywiście wymagało zgody własnego biskupa. Tak więc nie jest zapewne przypadkowe, że za rządów bpa Matulewicza x. Sopoćko powrócił do Wilna. 

Co do ciepłych znajomości jeszcze bardziej znamienna jest wzmianka o Józefie Piłsudskim, który jawi się tutaj jako dobroczyńca na rzecz budowy kościoła w Wilnie (z textu nie wynika jasno, kiedy doszło do spotkania, czy na wiosnę 1927 r., czy wcześniej), przy czym x. Sopoćko pomija kwestię, z jakiego źródła pochodziło pieniądze dane przez Piłsudskiego, prywatnego czy państwowego:



Nie trudno zauważyć tutaj zarówno czołobitności, jak też niemal hagiograficzności wzmianki o postaci, która w rzeczywistości bynajmniej nie słynęła ani z pobożności, ani z moralności, ani nawet z przyzwoitości w polityce i sprawach publicznych. Trzeba mieć na uwadze, że x. Sopoćko pisał te słowa w 1937 r., w retrospektywie, czyli znając całe "dokonania" Piłsudskiego jako masona, apostaty i zbrodniarza. Mimo to bije z tych słów nieograniczone uwielbienie, bez cienia dystansu. 

Znamienne jest też wyznanie o odbytej podróży po Europie Zachodniej, przy czym zagadką pozostaje, skąd zwykły profesor seminaryjny miał pieniądze na taką długą i kosztowną rozrywkę: 



Wręcz groteskowo brzmi wzmianka o rzekomym "głosie świętej" Teresy w Lisieux co do "pewnych rzeczy przyszłych". X. Sopoćko zmierza zapewne do powiązania s. Faustyny ze św. Teresą, pisząc oczywiście z retrospektywy w 1937 r. o wydarzeniach roku 1930. 

Następne wspomnienia dotyczą podróży do Palestyny w 1934 r. i do Egiptu, na Bliski Wschód i wschodnią część basenu Morza Śródziemnego z Grecją włącznie. Przy tej okazji znamienna jest zaakcentowana niechęć do liturgii wschodniej:


Tak może pisać tylko zatwardziały wróg sakralności liturgii oraz "prorocko" usposobiony entuzjasta "reform" które stworzyły obecny, protestancko-modernistyczny Novus Ordo. 

Po opisie tej podróży następuje fragment zatytułowany "Miłosierdzie Boże". Nie jest on datowany, a ma cechy jakby wstępu książkowego:




Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na następujące fakty:
- X. Sopoćko nie mówi, w jakich okolicznościach i w jakim charakterze  prowadził rozmowy z s. Faustyną. Jeśli były to spowiedzi, bądź rozmowy duchowne, to był związany tajemnicą spowiedzi i kierownictwa duchowego. Jednak prawdy teologiczne same w sobie nie są przedmiotem ani spowiedzi ani kierownictwa duchowego. Nie jest też ich przedmiotem pouczanie kierownika duchowego w sprawach teologicznych, lecz najwyżej prośba do niego o radę i rozeznanie. Tutaj x. Sopoćko jawi się jako pouczany i prowadzony przez s. Faustynę, co świadczy albo o pomieszaniu ról i zadań, albo o tym, że x. Sopoćko po prostu kłamie. 
- X. Sopoćko nie wspomina nic o rzekomych objawieniach się Pana Jezusa s. Faustynie, choć mówi wyraźnie o ich rzekomej treści, mianowicie o namalowaniu obrazu i wystawieniu go do kultu publicznego. To przemilczenie jest znaczące. W przypadku bowiem, gdy ktoś twierdzi, że ma tego typu przeżycia (objawienia prywatne), pierwszym obowiązkiem jest poddanie ich zbadaniu przez władze kościelne, czyli biskupa miejsca, zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy publicznego kultu jak w przypadku tego obrazu. X. Sopoćko wspomina wprawdzie, że prosił arcybiskupa wileńskiego o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościelnym miejscu publicznym, nie mówi jednak nic o zbadaniu rzekomych objawień prywatnych danych s. Faustynie, a to właśnie jest sprawą zasadniczą, podstawową i pierwszą. Skoro x. Sopoćko prosił jedynie o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościele, przemilczając, a właściwie zatajając przez arcybiskupem pochodzenie tego obrazu, czyli jego związek z rzekomym objawieniem prywatnym, to dopuścił się oszustwa na władzy kościelnej. Konsekwencją tego oszustwa był późniejszy negatywny stosunek arcybiskupa Jałbrzykowskiego do x. Sopoćki i sprawy s. Faustyny, co jest ze wszech miar słuszne i zrozumiałe.
- Widać więc perfidię strategii x. Sopoćki: forsowanie kultu obrazu oraz propagandy teologicznej, pisanej i mówionej, pomijając źródło i inspirację. Gdyby zaczął czy przynajmniej nie pomijał rzekomych objawień danych s. Faustynie, to by zarówno kwestia obrazu jak też jego nauczanie było uważnie i wnikliwie badane, zgodnie z zasadami Kościoła. Tego właśnie chciał widocznie uniknąć. 
- Wzmiankując o tym, że w 1937 r. czytał "Dzienniczek" wraz z koronką i nowenną, x. Sopoćko nie mówi nic o tym, jakoby s. Faustyna pisała go na jego zlecenie, potem pod jego nieobecność spaliła, a następnie odtworzyła z pamięci. Nie mówi też, kto ubiegał się w kurii krakowskiej o pozwolenie na wydrukowanie koronki i nowenny, ani kto sfinansował druk. W "Dzienniczku" s. Faustyny jest podane (nr 1299 i 1301), że to s. Faustyna była w wydawnictwie, co jest bardzo dziwne, gdyż zakonnica musiała mieć po pierwsze pozwolenie swojej przełożonej na wyjście z klasztoru, po drugie na zajmowanie się tą sprawą, po trzecie na sfinansowanie druku. Tak więc podstawowych faktów brakuje, a te, które są podawane, są dziwne i mało wiarygodne. Co zresztą całkowicie pasuje do całej sprawy x. Sopoćki i s. Faustyny. 


Dlaczego w Kościele nie ma koronki do krwawych łez NMP?


Od pewnego czasu niektórzy popularni w internecie duchowni propagują tzw. koronkę do krwawych łez Najświętszej Maryi Panny, podając przy tym fałszywe informacje. Jest też sporo stron internetowych propagujących takową koronkę. Są strony zarówno niby konserwatywnych katolików budujących swoją wiarę i pobożność na wszelkich objawieniach prywatnych, jak też strony różnych sekt jak np. Vassuli Ryden.

Według wiki istnieje owszem Koronka Łez Najświętszej Maryi Panny, zapoczątkowana w objawieniach prywatnych, które otrzymała siostra Amalia ze zgromadzenia Misjonarek Jezusa Ukrzyżowanego w latach 1929-1930, zatwierdzonych przez jej ordynariusza, biskupa Campinas w Brazylii. Koronka otrzymała następnie zatwierdzenie dwóch biskupów z USA, dwóch węgierskich i dwóch niemieckich (podane tutaj). Jednak oficjalna strona dzisiejszej archidiecezji Campinas nie wspomina o tych objawieniach nawet przy okazji życiorysu biskupa, który był zresztą założycielem rzeczonego zgromadzenia. Także na stronie zgromadzenia nie ma żadnej wzmianki. Wprawdzie nie można zupełnie wykluczyć, że obecne kierownictwo diecezji i też zgromadzenia chce wymazać sprawę z historii, jednak brak jakiejkolwiek wzmianki jest dziwny. Tym bardziej konieczne jest opieranie się na solidnych, nie budzących wątpliwości źródłach. Jednak w internecie nie ma też kopii jakiegokolwiek oryginalnego wydania tej koronki wraz z imprimatur czy nihil obstat. Oficjalna strona ruchu związanego z tymi objawieniami i koronką jest anonimowa i wygląda na jedynie domorosłą inicjatywę. Tak więc pochodzenie koronki jest tajemnicze, przynajmniej niejasne, a sprawa dziwna, nawet podejrzana. Czyżby chodziło o oszustwo na wielką skalę?

Ponadto jest problem teologiczny odnośnie treści koronki.

Po pierwsze, odnośnie textu rozpowszechnianego po polsku. Otóż w tekście oryginalnym portugalskim - podanym wyżej - oraz w innych językach nie ma mowy o krwi czy o krwawych łzach. Jest mowa jedynie o łzach. Z całą pewnością taki dodatek jest zafałszowaniem textu podawanego jako oryginalny. Zaś nie jest to jedynie szczegół, gdyż ma istotne znaczenie teologiczne. Zbawienie dokonało się przez Krew Jezusa Chrystusa. Tylko o Jego zbawczej Krwi mówi Pismo św. i Tradycja Kościoła.
Ani Pismo św. ani Tradycja Kościoła nie zna "krwawych łez" Matki Zbawiciela. Coś takiego jest nowością i zafałszowaniem Bożego Objawienia.


Po drugie, zastrzeżenia budzi także mówienie już o samych łzach Matki Bożej, gdyż także nie ma to podstaw w Bożym Objawieniu. Ani Pismo św. ani Tradycja nie mówią o płaczu Matki Bożej czy o Jej łzach. To są jedynie wyobrażenia i fantazje. Dotyczy to także hymnu "Stabat Mater", gdzie jest mowa o "iuxta crucem lacrimosa", co jest pobożnym wyobrażeniem, dopuszczalnym jako takie, gdyż niesprzecznym z prawdami wiary, jednak tylko poetyckim, ludzkim wyobrażeniem. Natomiast nauczanie i modlitwa Kościoła są zawsze mocno zakorzenione w Piśmie św. i Tradycji. Czym innym jest wyobrażenie, nawet jeśli jest pobożne. Ono nigdy nie jest stawiane przez Kościół w miejscu należnym Bożemu Objawieniu. Tak np. kult Niepokalanego Serca NMP ma wyraźne uzasadnienie biblijne, gdyż Pismo św. w kilku miejscach mówi o Jej sercu. Kult Jej łez natomiast wykracza poza te ramy i jest dodatkiem ludzkim. Nie może tego faktu zmienić także objawienie prywatne, nawet autentyczne, gdyż żadne autentyczne nie próbuje dodać czegokolwiek do Bożego Objawienia publicznego. 

Podkreślam: fantazja nie jest synonimem kłamstwa. Chodzi o stopień pewności oraz rangę. Teologia katolicka jest nauką ścisłą i racjonalnie trzeźwą. Tak samo życie Kościoła nie polega na fantazjach, choćby one były pobożne i miały podstawy psychologiczne, lecz na wiarygodnych, tzn. poświadczonych przez naocznych świadków faktach przekazanych pod natchnieniem Ducha Świętego. Do tych faktów nie należą łzy NMP. Pismo św. i Tradycja są jakie są. Żadne objawienia prywatne ani "płaczące" figury nie są w stanie tego zmienić. Zaś budowanie swojej wiary i pobożności na tego typu fenomenach oznacza brak wiary nadprzyrodzonej oraz wystawianie katolicyzmu na pośmiewisko u ludzi krytycznie myślących i jest z całą pewnością dziełem szatana.

Podsumowując można powiedzieć, że zasadne jest podejrzenie o oszustwo. Wygląda na to, że chodzi o podstępną, marketingowo sprytną, choć fałszywą popularyzację nowszych fenomenów typu płaczące figury czy obrazy Matki Bożej. Podkreślić należy, że czym innym są łzy Matki Bożej (o których ani Pismo św. ani Tradycja Kościoła nie mówią), a czym innym (rzekome) łzy na figurach czy obrazach (które muszą zostać dopiero zbadane, by można było je brać poważnie). Owszem, są znane z historii Kościoła przypadki rzekomych łez (wówczas nie było możliwości zbadania chemicznego składu). Jednak osobną sprawą są obecne tego typu fenomeny, o ile zostały uznane za nieautentyczne czyli zwykłe oszustwo. Wiążą się one zwykle z fałszywymi przesłaniami w rzekomych objawieniach Matki Bożej. Tak więc chodzi tutaj widocznie po pierwsze o zwodzenie przez fałszywe orędzia. Po drugie, służy to ośmieszeniu wiary katolickiej oraz prawdziwych objawień prywatnych i cudów.

Czy interpretacja x. Różyckiego rozwiązuje problem koronki s. Faustyny? (z post scriptum)


Temat był już na niniejszym blogu poruszany (odsyłam do poprzednich wpisów jak https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/czy-mozna-ofiarowac-panu-bogu-bostwo.html oraz innych, które można znaleźć przy pomocy etykiety "koronka"). Widocznie nadal jest zapotrzebowanie.






Najpierw trzeba przypomnieć, że jeszcze w latach 1958 oraz 1959 Stolica Apostolska oficjalnie oceniła negatywnie rzekome objawienia s. Faustyny (źrodło tutaj):



Notyfikacja Świętego Oficjum, czyli najwyższego urządu Stolicy Apostolskiej, mimo złagodzonej formy, wyraźnie zakazała rozpowszechniania:


(źródło tutaj, str. 271)

Tłumaczenie: 


Ten zakaz nigdy nie został formalnie odwołany. 

Kłamliwe jest przedstawianie tegoż orzeczenia, jakoby chodziło tylko o kwestie duszpasterskie, przy czym o braku kompetencji - bądź o niechlujstwie - w temacie świadczy nazwanie Świętego Oficjum "Kongregacją Doktryny Wiary: 




Zaś pytanie dotyczy wprost książki autorstwa x. Ignacego Różyckiego, profesora teologii dogmatycznej z Krakowa, wydanej pierwotnie po francusku. X. Różycki uważany jest powszechnie za tego, który teologicznie uratował s. Faustynę, mimo potępiających dekretów wydanych przez władze kościelne oraz mimo opinii wielu teologów, zarówno polskich jak taż zagranicznych. Nie bez znaczenia jest fakt, że ks. Różycki był profesorem i też promotorem kariery kleryka a potem młodego kapłana Karola Wojtyły. 

Odniosę się punkt po punkcie do przesłanych mi zrzutów fragmentów książki.


Autor przyznaje, że rozumienie "Bóstwa" w znaczeniu natury Boskiej implikuje nieuchronnie heretyckość tej formuły. Dlatego usiłuje wykazać, że należy "Bóstwo" w tym miejscu rozumieć inaczej. 
W tym celu twierdzi najpierw, że ta formuła znajduje się dosłownie już w definicji dogmatycznej Soboru Trydenckiego, jednak nie przytacza tej definicji. Czy celowo? Widocznie tak. Przytoczmy ją więc (dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, sesja XIII):


Tak więc po pierwsze jasne jest, że w dekrecie jest mowa o Realnej Obecności Jezusa Chrystusa, tzn. że w Eucharystii wraz z Ciałem i Krwią Chrystusa obecna jest także Jego Dusza wraz z Bóstwem, czyli cały Chrystus. Tym samym jasne jest, że w tym sformułowaniu soborowym "Bóstwo" ewidentnie oznacza Boską Naturę Jezusa Chrystusa. Tym samym powoływanie się na Sobór Trydencki zupełnie nie wspiera argumentacji autora, a nawet ją podważa. Czym innym jest bowiem mówienie o obecności eucharystycznej, a czym innym o ofiarowaniu. Ofiara eucharystyczna jest uobecnieniem Ofiary na Kalwarii. Innymi słowy: jest uobecnieniem tego, co uczynił Syn Boży na Krzyżu. A złożył ofiarę ze Swego człowieczeństwa, gdyż jego ludzkie życie zostało zabite, nie życie boskie, nie natura i istota boska. Twierdzenie przeciwne jest absurdalne, heretyckie i bluźniercze. Owszem, na Krzyżu dokonało się radykalne samouniżenie Syna Bożego, ale nie ofiarowanie Bóstwa, gdyż Syn Boży także na Krzyżu był istotowo zjednoczony z Ojcem. Na tym polega wielkość tego uniżenia i tej ofiary z człowieczeństwa. 

Zupełnie nie wiadomo skąd x. Różycki dołącza tutaj swoją tezę, że "w tej definicji 'Bóstwo' nie oznacza natury Boskiej wspólnej trzem Osobom". Jest to ewidentna nieprawda i wręcz herezja. Czyżby autor negował obecność Bóstwa Jezusa Chrystusa - współistotnego Ojcu - w Eucharystii? Zamiast wyjaśnienia czy zadeklarowania się - co oznaczałoby nieuchronnie heretyckość - powtarza swoją bezpodstawną tezę, że Bóstwo oznacza "bezpośrednio - tzn. dokładnie, ściśle - osobę Boską Jezusa". Czyni tutaj absurdalne rozróżnienie: "Natura Boska jest w niej wyrażona tylko pośrednio, tzn. przez pośrednictwo osoby; w konsekwencji jest ona wyrażona tylko jako właściwa Jezusowi, prawdziwemu Synowi Boga". Nasuwają się więc pytania: Jakie to jest w końcu Bóstwo? Jest ono tożsame z Bóstwem Ojca i Ducha czy nie? Skoro "Bóstwo" ma oznaczać Osobę, to dlaczego z tej osoby wyłączone są dusza, ciało i krew, czyli człowieczeństwo?

Ponadto x. Różycki zapomniał widocznie o pojęciu Osoby Jezusa Chrystusa zdefiniowanym już na Soborze Chalcedońskim jako unia hipostatyczna: Osoba Wcielonego Syna Bożego jednoczy Bóstwo i Człowieczeństwo, bez ich pomieszania. Jakim prawem więc x. Różycki przypisuje Osobie Jezusa Chrystusa tylko Bóstwo? Co jest z Jego Człowieczeństwem? Jakie to jest Bóstwo, skoro nie jest Bóstwem Trójcy Przenajświętszej? To niestety zakrawa na brak elementarnej wiedzy chrystologicznej, a nawet na heretycki, quasi ariański pogląd odnośnie godności Jezusa Chrystusa. Idźmy dalej.


Tutaj niestety potwierdza się, że x. Różycki odróżnia między Boską Naturą Trójcy Przenajświętszej a naturą Boską właściwą "Boskiej osobie" Jezusa Chrystusa. To brzmi niestety dość dokładnie jak herezja ariańska.

Następnym argumentem x. Różyckiego jest modlitwa anioła z Fatimy podana przez s. Łucję. Autor przemilcza, że ta modlitwa jest znana dopiero z późniejszych zapisków s. Łucji i nie wchodzi w skład uznanych przez Kościół objawień Matki Bożej w Fatimie. Tym samym ten argument nie ma zupełnie żadnej wartości teologicznej, a stanowi wręcz oszustwo, sugerując, jakoby chodziło o uznane przez Kościół objawienia fatimskie. Zaś problem teologiczny jest tego samego rodzaju co w sformułowaniu koronki s. Faustyny. Tak więc x. Różycki popełnia błędne koło: argumentuje na rzecz danej formuły za pomocą takiej samej formuły bez jakiejkolwiek wartości autorytatywnej.


Tutaj x. Różycki nagle powraca do chrystologii. Niestety tylko pozornie i kłamliwie. Twierdząc, że "formuła ta" jest od Soboru Chalcedońskiego "zwyczajnie" używana w odniesieniu do Bóstwa Chrystusa w znaczeniu "Boskiej osoby Jezusa", nie podaje żadnych przykładów. I słusznie. Bo takich przykładów po prostu nie ma ani w dokumentach Kościoła ani w pismach Doktorów Kościoła, czy teologów uznanych i zalecanych oficjalnie przez Kościół. W języku Kościoła, stosującym wiernie chrystologiczne dogmaty wiary katolickiej, Bóstwo, divinitas, zawsze odnosi się do Boskiej natury wspólnej bez żadnej różnicy wszystkim Trzem Osobom Boskim. Twierdzenie przeciwne jest po prostu kłamstwem.

X. Różycki broni koronkę przed rozumieniem Bóstwa jako natury Boskiej o tyle słusznie, że wówczas ofiarowanie Bóstwa byłoby albo logicznym absurdem (jako ofiarowanie Bóstwa Bogu) albo ewidentną herezją ariańską, zakładającą różnicę między Bóstwem Syna i Bóstwem Ojca. W kierunku tej drugiej myśli idzie tok rozumowania x. Różyckiego. Mówi bowiem: "Jasne jest, że Bóstwem Jezusa - rzeczywiście odrębnym w stosunku do Bóstwa Ojca - jest właśnie Jego Boska osoba". Muszę tutaj najpierw zwrócić uwagę na fałszywe tłumaczenie: distincte oznacza nie "odrębna" lecz "różna". Tym samym jest tutaj dość jednoznacznie wypowiedziana herezja: według x. Różyckiego Bóstwo Jezusa Chrystusa jest różne (distincte) od Bóstwa Boga Ojca. Jest to nic innego jak zaprzeczenie wyrażenia zdefiniowanego dogmatycznie już na Soborze Nicejskim, że Syn Boży jest współistotny Ojcu (ομοουσιος τω Πατρι) czyli tożsamy z Ojcem co do istoty (ουσια) oraz natury (φυσει). To jest elementarz chrystologii katolickiej. Mimo tego x. Różycki uporczywie powtarza swoją tezę: "To, co on ofiaruje Ojcu Przedwiecznemu, to nie jest, ściśle mówiąc Bóstwo, lecz Bóstwo właściwe Synowi". To jest wystarczająco dobitne wyrażenie ewidentnie heretyckiego poglądu. Aż trudno uwierzyć, by takie zdanie mógł wypowiedzieć teolog katolicki. 


Ponadto w zdaniu "to, co recytujący ofiaruje Ojcu Przedwiecznemu, to w ostateczności jest cała osoba Jezusa, tzn. tak jego Boska osobowość, jak całe Jego człowieczeństwo, złożone z ciała, krwi i duszy" mamy ponownie do czynienia z pomieszaniem pojęciowym. Tutaj x. Różycki wprowadza nowe odróżnienie, mianowicie "Boska osobowość", a poprzednio mówił o "Boskiej osobie" różnej od Boskiej natury. Nie wyjaśnia tego pojęcia. Jego użycie wynika więc widocznie z powodów stylistycznych, czyli autor stosuje pojęcia "osoba" i "osobowość" zamiennie. Tym samym niczego to nie zmienia w toku jego myśli.

Nowy element zawarty jest natomiast w wyrażeniu "to ofiarowanie całego Jezusa". Słuszne jest wskazanie na Ofiarę Jezusa Chrystusa, w którą wierny może się włączyć duchowo. Jednak ta prawda nie ma żadnego wpływu na treść teologiczną formuły poprzedniej, w której jest mowa o ofiarowaniu Bóstwa. Innymi słowy: także Jezus Chrystus, Syn Boży, nie ofiarował Bogu Ojcu Swojego Bóstwa, lecz samego Siebie. Właśnie dlatego konieczne było Wcielenie, gdyż ofiarowanie Syna Bożego bez natury ludzkiej nie miałoby sensu i nie byłoby możliwe z powodu jedności Osoby Ojca i Osoby Syna w tej samej naturze Boskiej. Tylko przez Wcielenie i dzięki Wcieleniu możliwa jest Ofiara Syna współistotnego Ojcu co do Bóstwa. Dlatego właśnie także człowiek nie może ofiarować Bóstwa Jezusa Chrystusa. Twierdzenie przeciwne jest bluźnierstwem negującym pośrednio Współistotność Ojca i Syna.

Podsumujmy. Nie jest moją intencją, ani nie mam możliwości oceny zamiaru x. Różyckiego. Pewne jest, że dostrzega on poważny problem teologiczny w ofiarowaniu Bóstwa, o ile rozumie się je zgodnie z pojęciowością katolicką, czyli w odniesieniu do Boskiej natury i istoty Jezusa Chrystusa. X. Różycki potwierdza, że takie ofiarowanie nie jest możliwe na gruncie teologii katolickiej. Dlatego właśnie usiłuje inaczej zinterpretować słowo "Bóstwo" występujące w koronce. Jednak jego próbę należy uznać po pierwsze za chybioną z powodu braku podstaw w teologii katolickiej, a po drugie za heretycką (ariańską), gdyż wyraźnie odróżniającą Bóstwo Syna Bożego Jezusa Chrystusa od Bóstwa Boga Ojca. Tym samym odmawianie koronki zgodnie z interpretacją x. Różyckiego jest niestety aktem popadnięcia w apostazję ariańską.



Post scriptum 

Przy okazji pewne dyskusji pojawiły się słuszne uwagi, które wymagają dopowiedzenia:





Także dogmatyka katolicka mówi wyraźnie, że Osoba i natura boska Jezusa Chrystusa była podmiotem, a nie przedmiotem ofiarowania, tzn. ofiarowane jest Jego człowieczeństwo, nie Jego bóstwo. Oto przykład ze standartowego tradycyjnego podręcznika dogmatyki katolickiej (miał kilkanaście wydań we wielu językach): 





Mówiąc najprościej:
Pan Jezus ofiarował czyli oddał na krzyżu swoje ziemskie życie, nie swoją boską naturę, gdyż także umierając na krzyżu zachował ją tzn. pozostał w pełni Bogiem. Zabite - i tym samym ofiarowane - zostało tylko Jego życie ludzkie. 



Pytania


Ponadto nadeszły pytania, na które - z niewyjaśnionych przyczyn technicznych - niestety nie mogę odpowiedzieć w komentarzach (moje komentarze znikały bez śladu).


1.

Nie można, ponieważ tak zwana "wymiana przymiotów" nie oznacza utraty czy zaprzeczenia przymiotów właściwych danej naturze. Jedność Osoby Jezusa Chrystusa umożliwia i uzasadnia powiedzenie więcej, a nie mniej o danej naturze.

Określił to po raz pierwszy papież św. Leon I w swoim słynnym Tomus ad Flavianum. Według niego można powiedzieć zarówno, że Syn Człowieczy zstąpił z nieba, jak też że Syn Boży został ukrzyżowany. Herezją jest natomiast powiedzenie, jakoby natura boska - czyli bóstwo - została ukrzyżowana, gdyż oznaczało by to, że został ukrzyżowany także Bóg Ojciec i Duch Święty, którzy są przecież tą samą, jedną naturą czyli bóstwem. Innymi słowy: "communicatio idiomatum" nie może zaprzeczać jedności Trójcy Przenajświętszej. Z tego powodu nigdy nie stosuje się tutaj pojęć abstrakcyjnych, tzn. fałszywe teologicznie byłoby powiedzenie, że człowieczeństwo Jezusa Chrystusa zstąpiło z niebo (co jest ewidentną nieprawdą, gdyż Zbawiciel wziął człowieczeństwo od Swojej Matki) i tak samo że Bóstwo Jezusa Chrystusa zostało ukrzyżowane czyli ofiarowane.


2.


Wystarczy spojrzeć na text dekretu biskupa z 1930 r. uznającego objawienia fatimskie: podane jest dosłownie, że uznane są jedynie te objawienia, które miały miejsce od 13 maja do 13 października.


Sprawa późniejszych zapisków s. Łucji jest niejasna. Literatura na temat objawień fatimskich jest zwykle niestety na kiepskim poziomie i nie przywiązuje wagi do kwestij źródłowych. Pewne jest, że s. Łucja spisywała dodatkowe informacje dopiero po roku 1930, o czym mówi chociażby Encyclopedia Britannica:



Dopiero w drugim wydaniu swoich wspomnień, już będąc w klasztorze, s. Łucja wspomniała o objawieniach anioła w 1916 r.


(źródło tutaj)

To są ogólnodostępne informacje nawet na wiki:



Niestety nie są dostępne oryginalne wydania tych wspomnień. Nowe wydania całości nie są mi znane. Do nowych opracowań należy podchodzić ostrożnie, chociażby dlatego, że nie mają charakteru naukowego.


Post scriptum 

Jeden z komentarzy wskazuje na "odwołanie" notyfikacji Św. Oficjum z 1959 r., opublikowane rzekomo w notyfikacji w 1978 r. Chodzi o następujący text (dostępny tutaj):



Po pierwsze, od razu widać, że coś tu nie gra z drukiem, gdyż pojawiają się dziwne znaki, będące właściwie błędem drukarskim. Takie nagromadzenia błędów w jednym dokumencie nie występuje poza tym. 

Po drugie, jest też błąd w samym tekście, gdyż jako "ta św. Kongregacja" ("questa S. Congregazione") wydająca notyfikację w 1978 r. nazywana jest Św. Kongregacja Św. Oficjum, która już w 1965 r. została przez Pawła VI przekształcona w Kongregację Doktryny Wiary.  

Po trzecie, zbiór dokumentów pod nazwą Acta Apostolicae Sedis jest rocznikiem ukazującym się dopiero w ciągu następnego roku kalendarzowego, czyli w tym wypadku w 1979 r. Tym samym bardzo łatwo jest "uzupełnić" ten zbiór, dodając dokument z datą wsteczną. Tak więc nie można wykluczyć, że dokument datowany 15 kwietnia 1978 r. faktycznie powstał dopiero po wyborze kard. Karola Wojtyły na papieża, czyli w październiku 1978 albo później. W każdym razie dopiero w 1979 r. jego następca na stolicy krakowskiej abp Macharski wydał imprimatur na wydanie "Dzienniczka". Zwlekanie z tym byłoby bardzo dziwne w kontekście interesu w sprawie. Zresztą przed rokiem 1979 nie ma także żadnego innego śladu o notyfikacji wydanej rzekomo 15 kwietnia 1978 r. 

Po czwarte, treść notyfikacji jest conajmniej dziwna. Najpierw podaje ona, że kierowane były zapytania, czy notyfikacja wydana w 1959 r. zakazująca rozpowszechniania "Dzienniczka" jest nadal obowiązująca. Nasuwa się konieczne pytanie, na jakiej podstawie kierowane było to zapytanie. Owszem, sprawa mogła być badana ponownie na podstawie rzekomo nieznanych w 1959 r. dokumentów, na wniosek strony zainteresowanej, czyli archidiecezji krakowskiej. O takim wniosku nic nie wiadomo, także notyfikacja o nim nic nie mówi. Tak więc widocznie taki wniosek nie istnieje. Czy więc istnieją dokumenty, na którym takowy wniosek by się opierał? W każdym razie nie wiadomo, jakie są to dokumenty. 

Po piąte, nawet jeśli notyfikacja powstała rzeczywiście przed wyborem kard. K. Wojtyły na papieża (co jest bardzo wątpliwe wobec powyższych faktów), to może ona świadczyć o tym, że miał już wtedy poważne wpływy w Watykanie, zwłaszcza po tym jak w 1976 r. wygłosił rekolekcje wielkopostne dla Pawła VI i Kurii Rzymskiej. 

Podsumowując:

Notyfikacja oznaczona datą 15 kwietnia 1978 r. nic nie wyjaśnia, lecz jedynie zaciemnia. Zarówno sposób jej opublikowania jak też treść jest conajmniej dziwna, co nasuwa poważne wątpliwości co do przejrzystości i uczciwości w sprawie. 

Czy stare modlitewniki uzasadniają ofiarowanie bóstwa? (uzupełnione)

Temat ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa w związku z koronką s. Faustyny był już wielokrotnie omawiany na niniejszym blogu (por. tutaj wraz z zawartymi tam linkami). 

Następną próbą argumentacji na rzecz koronki s. Faustyny jest wskazanie na dwa modlitewniki, które zawierają pewną modlitwę, obydwa tę samą:




Manuale x. Józefa Schneider'a (drugie wydanie z 1877 roku - poważnie zmienione, a posługujące się fałszywie imprimatur pierwszego wydania z 1868 r.) mogło korzystać ze starszego modlitewnika x. Wiedemann'a (z 1832 r.). Natomiast ten ostatni nie podaje żadnego źródła dla odnośnej modlitwy.

Jest to taka sama modlitwa (u Wiedemann'a):




U x. Schneider'a: 



X. Schneider we wstępie swojego Manuale clericorum mówi ogólnikowo, że modlitwy opatrzone odpustami zaczerpnął z tajemniczej "Collectio Prinzivalliana", przy czym nie podaje, które modlitwy są opatrzone odpustami. 

We wstępie wydania pierwszego (1868 r., źródło tutaj), mówi:




We wstępie wydania drugiego (1877 r.), poważnie zmienionego, mówi to samo:



Z Collectio Prinzivalliana chodzi zapewne o wydany w 1862 r. zbiór dekretów odnośnie odpustów oraz świętych relikwij. Nie są w nim podane żadne modlitwy. Tym samym pochodzenie modlitwy mówiącej o ofiarowaniu Bóstwa Jezusa Chrystusa jest owiane tajemnicą. Być może jej źródłem jest fragment pism o św. Gertrudzie, o którym wypowiedziałem się poprzednio. Może to być źródło w tym znaczeniu, że anonimowy autor Preces Gertrudianae w oparciu o ów fragment opisujący rzekomą modlitwę św. Gertrudy, ułożył modlitwę, która była następnie jej przypisywana i jako taka powielana w modlitewnikach.

Wygląda na to, że autorem tego zabiegu był x. Georg Friedrich Wiedemann. Kim on był? Informacje podane na oficjalnej stronie uniwersytetu w Monachium, gdzie spędził większość życia, są dość skąpe, aczkolwiek znaczące.



Dane wiki nie są istotnie bogatsze, właściwie takie same. Nieco pełniejsze są informacje w niemieckim słowniku biograficznym dostępnym w internecie.

Istnieje też książkowa, prawie stustronicowa biografia x. Wiedemann'a, co jest dość nietypowe dla osoby bez znaczących osiągnięć czy to naukowych czy duszpasterskich. Jego Manuale Precum zostało wznowione w reprincie, co niekoniecznie świadczy o popycie. Inne jego publikacje to podręcznik do liturgii Mszy św. oraz 6-tomowy podręcznik do historii powszechnej. Nie są to więc prace naukowe w znaczeniu pogłębionych badań. Ciekawe jest, że wspomniana biografia została najpierw opublikowana w czasopiśmie "Sion" (czyżby nawiązanie do syjonizmu?) wydawanym przez stowarzyszenie katolików świeckich na czele z właścicielem wydawnictwa o nazwisku Karl Kollmann, o którym brak jest bliższych danych. Było to czasopismo o charakterze popularnym, przeznaczone dla szerokich mas katolików. Ciekawe, że w konkurencji do niego - i to również w Augsburg'u - powstało czasopismo katolickie o podobnym tytule, mianowicie "Neue Sion" ("nowy Syjon"), wyrażające już w tytule eklezjologię katolicką. Jego założyciel i wydawca, filozof Carl Haas, był konwertytą z protestantyzmu i poświęcał wiele miejsca tematyce stosunków katolicko-protestanckich.

Podsumujmy:

1. Pochodzenie modlitwy podanej pierwotnie przez x. Wiedemann'a, następnie przejętej w drugim, zafałszowanym wydaniu Manuale  x. Schneider'a, jest nieznane. Jest więc textem anonimowym.

2. Podczas gdy drugie wydanie Manuale x. Schneider'a mogło się oprzeć na tajemniczym autorytecie x. Wiedemann'a, ten ostatni nie ma żadnego poparcia dla podanej przez siebie modlitwy.

3. X. Wiedemann zarówno w wykształceniu jak też w działalności nie był teologiem systematycznym, lecz jedynie autorem dzieł popularyzatorskich. Tym samym nie miał kompetencji wnikliwego teologa, aczkolwiek miał autorytet wystarczający do zaufania dla jego publikacyj. Ten autorytet wyjaśnia udzielenie imprimatur kościelnego mimo ewidentnie teologicznie wadliwego zdania zawartego w owej modlitwie.

4. Zapewne znamienne jest powiązanie x. Wiedemann'a ze stowarzyszeniem świeckich wydającym czasopismo "Sion" czyli "Syjon".