Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekta. Pokaż wszystkie posty

O sekcie wojtyliańskiej

Problem jest niestety częsty w Polsce obecnie. Wynika to z tego, że obecnie w Kościele polskim - i też poniekąd w dziedzinie publicznej - nadają ton ludzie, których wiara, pobożność i ogólnie mentalność została ukształtowana nie tylko przez samego Jana Pawła II za jego długiego pontyfikatu, lecz jeszcze bardziej przez kult jego osoby uprawiany już za jego życia. Przyczyny tego kultu są różne, a główną jest narodowy komplex niższości, który po wyborze papieża-Polaka wyraził się w irracjonalnym i tym samym niekatolickim uwielbieniu. Dowodem na irracjonalność tego uwielbienia jest nieznajomość i tym samym lekceważenie jego nauczania, a to aż tak jaskrawe, iż nie pamięta się i nie upamiętnia nawet przestrzeni kościelnej szczególnie znamiennych i aktualnych elementów, zwłaszcza w dziedzinie moralnej. Zachłystywanie się papieżem-Polakiem sprowadzało się najpóźniej od lat 90-ych do płytkiej dumy z faktu jego zaistnienia jako balsamu na niskie poczucie narodowej wartości oraz pożywki dla dumy z wielkiego rodaka. 

Obecnie wiąże się to z jednej strony z zatrważającą ignorancją teologiczną wśród duchowieństwa, a z drugiej ze strachu przed wyzwaniem obecnym w postaci oddalania się zwłaszcza młodzieży od Kościoła, który wręcz odruchowo prowadzi do kurczowego a niedojrzałego chwytania się tego, co ożywiało i oświecało niegdyś własną młodość, czyli świetlistej postaci, nawet wręcz idola tamtego czasu. Obnaża to bezradność, a także oderwanie od rzeczywistości współczesnych ludzi, szczególnie młodych. Usiłowanie wpojenia im zachwytu dla papieża-Polaka skutkuje - i musi skutkować - raczej drwiną, czy przynamniej niezrozumieniem i politowaniem. 

Tyle tytułem wstępu co do kontextu historycznego. Teraz bardziej teologicznie. 

Oczywiście wolno a nawet należy krytycznie - czyli w rozumnym odróżnieniu prawdy od fałszu, dobra od zła - do postaci także Jana Pawła II, tak samo jak do innych osób, także kanonizowanych. Tylko sam Pan Bóg Trójjedyny jest doskonały i doskonale święty. Także prawdziwi święci mieli swoje słabości i błędy. Według wiary Kościoła jedynie Boże Objawienie jest nieomylne, gdyż pochodzi od samego Boga. Oznacza to, że słowa i czyny papieży, które nie są nieomylnym nauczaniem prawdy objawionej przez Boga, podlegają dyskusji i osądowi, oczywiście w świetle tychże prawd wiary. 

Tak więc, jeśli ktoś traktuje osobę, słowa i czyny Jana Pawła II jako autorytet wyższy czy choćby równy z Bożym Objawieniem, to nie jest katolikiem, lecz wyznawcą sekty wojtyliańskiej.

Dla katolika najwyższym autorytetem są prawdy wiary katolickiej. Także papieże są nieomylni wyłącznie wtedy, gdy nauczają tej prawdy, a nie w swoich własnych naukach czy poglądach. 

W świetle tej zasady wolno i należy oceniać ogół działalności papieża-Polaka, bez bałwochwalczego czyli irracionalnego uwielbienia dla wszystkiego co mówił i czynił. Tylko podejście trzeźwe, rozumowe ma przyszłość, także w odniesieniu do jego postaci. 


Dlaczego specjaliści od sekt hodowali u siebie sektę?

 


Dominikanie stali się w ostatnich latach w Polsce słynni nie tylko dzięki takim osobom jak Adam Szustak (więcej o nim tutaj). Afera, której bohaterem jest ich były współbrat Paweł Maliński, w międzyczasie prawomocnie skazany na 3 lata więzienia za nadużycia sexualne w kontekście zależności pseudoreligijnej, wstrząsnęła renomą tego zakonu i była owszem szeroko podawana i komentowana. Sprytnym zabiegiem przełożony prowincjalny powołał komisję do zbadania sprawy, która już po kilku miesiącach pracy wydała "raport", mający świadczyć o transparencji i celujący w odbudowanie wiarygodności. Nie przypadkowe było powołanie na stanowisko szefa tej komisji znanego szeroko publicysty i dziennikarza Tomasza Terlikowskiego, co miało zapewne służyć temuż celowi. Równocześnie jednak nadal brakuje głębszych refleksyj, sięgających do źródła i korzeni skandalu, a w międzyczasie sprawę uważa się za zakończoną i przeznaczoną do lamusa historii. 

Ów raport mimo szumnego ogłoszenia i pozornej solidności jest dość chaotyczny i płytki, mimo skądinąd słusznego podziału na części -  faktograficzną, teologiczną, psychologiczną i socjologiczną. Przytaczane świadectwa służą jedynie jako potwierdzenie snutych opowieści czy rozważań, bez porządku chronologicznego i tematycznego. Oczywiście dobrze, że w ogóle cytowane są świadectwa czyli fragmenty przesłuchań. Jednak podane jest to w taki sposób, jakby czytelnik nie miał być zdolny do samodzielnej oceny ich treści i wysnucia własnych reflexyj czy wniosków. Tym niemniej można się dowiedzieć sporo ciekawostek, choć szereg istotnych kwestij już na poziomie faktów nie zostało rozwiniętych. Zamiast narzuconego pośpiechu lepiej było poświęcić nieco więcej czasu i wysiłku na opracowanie solidnego dokumentu sprawy. A może tego właśnie chciano uniknąć? Może chciano rzucić publiczności coś takiego, by zaspokoić powierzchowną ciekawość i zabezpieczyć się przed głębszymi pytaniami?

Zaangażowanie w sprawę takich osób jak Tomasz Terlikowski bynajmniej nie daje gwarancji rzetelności. Wręcz przeciwnie. Jego działalność wykazuje regularnie dwie główne cechy: zgodność z trendem popularności oraz unikanie głębszych poszukiwań i pytań, nawet kosztem zwykłej solidności informowania. 

Tyle uwag wstępnych. Nie będę referował ani analizował szczegółowo tegoż raportu. Zainteresowany czytelnik może sam zapoznać się z jego treścią, ogólnie dostępną w internecie. Podzielę się jedynie kilkoma reflexjami, które powinny pomóc w namyśle. 

Otóż po pierwsze zakrawa wręcz na szyderstwo historii, że Paweł Maliński, bohater skandalu, w którym się mówi wprost o sekcie hodowanej przez lata u dominikanów, nie tylko był dominikaninem, lecz nawet założycielem tzw. "dominikańskiego centrum informacji o nowych ruchach religijnych i sektach" w Poznaniu i Wrocławiu, a także przez wiele lat mieszkał i działał w warszawskim klasztorze, gdzie znajduje się obecnie chyba już tylko jedyne takowe "dominikańskie centrum". Ta okoliczność staje się bardziej zrozumiała w świetle wystąpień jego obecnych kierujących (widocznych na fotografii tytułowej). 

Zacznijmy od sprawy Malińskiego. Jak podają świadectwa zacytowane w "raporcie" komisji Terlikowskiego, Maliński miał w zakonie opinię "niegroźnego wariata". Z jednej strony miał zdolności intelektualne raczej poniżej poziomu przeciętnego w zakonie (miał problemy już z pracą magisterską, a doktorat o kwestionowanym poziomie zrobił dzięki protekcji, co hańbi jego promotora, również dominikanina). Z drugiej strony był lubianym kaznodzieją, o czym świadczy fakt, że jego msze słynęły z pokaźnej frekwencji. Ta ostatnia okoliczność stanowiła zapewne główny argument na korzyść Malińskiego nawet wtedy, gdy niektórzy współbracia zgłaszali swoje zastrzeżenia co do jego działalności przełożonym, zwłaszcza prowincjałowi o. Maciejowi Zięba (†2020). Widocznie był generalnie lubiany przez współbraci, w pewnej mierze nawet podziwiany z powodu swojej popularności wśród młodzieży. Z całą pewnością Maliński odznacza się inteligencją praktyczną, czyli sprytem w obchodzeniu się z ludźmi, w manipulowaniu nimi i w radzeniu sobie z trudnościami. W rezultacie te czynniki przysłoniły wszelkie, choćby poważne zastrzeżenia, zwłaszcza co do praktykowanej w jego sekcie "modlitwy ciałem", czyli uprawiania lubieżności pod pretextem pseudoreligijnym. Szczególnie o. Maciej Zięba, który był prowincjałem w latach 1998-2006, odznaczał się przychylnością dla niego, nawet pewną trudną do zrozumienia zażyłością. Równocześnie fakt, że Zięba został wybrany prowincjałem, choć był znany z alkoholizmu, świadczy dość haniebnie o stanie duchowym i umysłowym tego zakonu, zwłaszcza w Polsce. 

W życiu duchowym, zwłaszcza duchownych, istotną rolę odgrywa formacja intelektualna, czyli filozoficzno-teologiczna. Jest ona podstawą, aczkolwiek oczywiście nie może zastąpić żywej wiary i szczerej pobożności, czyli autentycznej modlitwy. Nie wiem, jak konkretnie wyglądają studia u dominikanów w Polsce. Oczywiste są natomiast ich efekty, a to zarówno u Malińskiego, jak też u jego przełożonych, z o. Ziębą na czele, a także u takich aktualnych gwiazdorów internetu i modernistycznej ambony jak Adam Szustak (więcej tutaj) i jego medialni kolesie jak Tomasz Nowak (więcej tutaj), Paweł Gużyński, Maciej Biskup itp. Krótko mówiąc: poziom katastrofalny. Jak wykazuje raport komisji Terlikowskiego, zarówno Zięba jak też jego następcy w urzędzie prowincjała nie wykazali zdolności do prawnie prawidłowego zabrania się za sprawę Malińskiego, nie wszczęli procedury kanoniczno-prawnej, a ograniczyli się do dekretów dyscyplinarnych, co potem dziwiło nawet generała zakonu dominikanów. A tłumaczą się teraz swoją nieznajomością prawa kanonicznego, tudzież złym doradztwem prawno-kanonicznym, co świadczy już o braku kompetencji choćby ludzkiej w sprawowaniu urzędu. 

Jeszcze gorzej jest z kompetencją teologiczną. Jej brak jest szczególnie jaskrawy u Malińskiego, ale także u innych aktualnych gwiazdorów jak Adam Szustak (por. link wyżej). Maliński posługiwał się szczątkami teologii, wziętymi zresztą od modernistów, budując na nich swoją ideologię pseudoduchową jako usprawiedliwienie dla swoich perwersyjnych praktyk. Jak to możliwe, że jego współbracia przez dziesiątki lat nie reagowali, a nawet widocznie nie zauważyli fałszywości tej zakłamanej ideologii? Ano właśnie dlatego, że sami nie myślą kategoriami zdrowej teologii katolickiej. A widać to także u obecnych szefów owego "dominikańskiego centrum". 

Ich artykułowana wiedza teologiczna ogranicza się do Magisterium tzw. posoborowego, czyli dokumentów po V2 oraz do teologów - raczej pseudoteologów - modernistycznych. Widoczne jest to już w mętnej i w gruncie rzeczy zakłamanej definicji sekty, gdy ojcowie Broniek i Smolana skrzętnie unikają powiedzenia, że istotą sekty jest herezja (greckie "hairesis" oznacza dosłownie tyle co łacińskie "secta"), czyli odrzucanie przynajmniej jednej z prawd prawdziwej religii, jaką jest katolicyzm. Oni mieszają nie tylko różne aspekty w tej kwestii - teologiczny, psychologiczny, socjologiczny - lecz wprowadzają do teologii elementy fałszywej ideologii relatywistycznej, gdy do głównym znamion sekty zaliczają podział na "czarne i białe", czyli stosowanie logiki dwuwartościowej, czyli myślenie w kategoriach prawdy i fałszu, dobra i zła. Zgodnie z modnym relatywizmem i subiektywizmem, zarzucają "sektom" nierespektowanie szarości, czyli pomieszania prawdy i fałszu, dobra i zła. Zresztą mylą tę sprawę z fałszywym exkluzywizmem. Szczególnie T. Terlikowski za istotną cechę sekciarstwa uważa odróżnianie i separowanie się od świata zewnętrznego jako złego. Widocznie nie zna, nie rozumie, czy raczej odrzuca znaczną część Nowego Testamentu, zwłaszcza pisma św. Janowe, gdzie regularnie jest mowa o sprzeczności między prawdą Chrystusa i Jego uczniami, a światem. Odpowiada to zresztą ogólnemu widocznemu postępowaniu tego publicysty, który starannie dba o to, by być na fali aktualnych trendów kościelnych, społecznych i politycznych. Widocznie nie zauważa, że Kościół zawsze rozumiał siebie exkluzywistycznie, to znaczy jako jedyną prawdziwą religię, pochodzącą od Boga samego, który objawił się we Wcielonym Synu Bożym. Ten, kto neguje to Objawienie, wstydzi się exkluzywizmu i go odrzuca, gdy jest on niewygodny dla własnej praktyki życiowej. 

W końcu sprawa ma też wymiar psychologiczny. Otóż każda wspólnota i społeczność, w której słabnie czy wręcz zamiera myślenie kategoriami teologii katolickiej, przechodzi w mentalność sekciarską, zwaną eufemistycznie "wspólnotowością", a mówiąc dosadnie poniekąd komunizmem. To dlatego właśnie przełożeni Malińskiego, mimo stwierdzenia jego ewidentnie niemoralnych, wręcz skandalicznych praktyk, przez dziesięciolecia nie zdobyli się na wszczęcie procesu kanonicznego zdążającego do wydalenia go z zakonu i stanu duchownego. Byli pod wrażeniem jego popularności, powodzenia jego kazań. Przy braku zdrowego myślenia teologicznego widzieli problem jedynie w emocjonalności kazań wraz z deficytem treści, a nie dostrzegali - może nawet nie chcieli dostrzec - gruntownej fałszywości. I oczywiście nie chcieli być zbyt surowi wobec swojego współbrata, do którego - jak wykazują świadectwa - czuli życzliwość i sympatię, przy zupełnym braku empatii dla ofiar Malińskiego, zarówno już skrzywdzonych jak też potencjalnie mogących stać się jego ofiarami. 

Wynika to z mody na "wspólnotowość" zarówno wewnątrz zakonów jak też w duszpasterstwie, co jest niczym innym jak przeniesieniem wzorców protestanckich, iście sekciarskich do życia Kościoła. Oczywiście, od zawsze obecne jest w Kościele życie wspólnotowe w znaczeniu wspólnot zarówno lokalnych parafialnych, diecezjalnych, jak też zakonów i zgromadzeń (cenobityzm) działajacych według określonych zasad prawnych. Jednak nigdy nie było w Kościele tworzenia wspólnot parazakonnych czy raczej pseudozakonnych dla świeckich bez prawnie określonych zasad, czyli reguł i statutów. Naturalną wspólnotą dla świeckich jest rodzina i społeczność lokalna, na wyższym poziomie też państwo. W dziedzinie kościelnej zawsze było jedno nauczanie wiary i jedna liturgia dostępna dla wszystkich katolików, gdyż to wynika z natury i definicji religii jako kultu publicznego Kościoła. Nigdy nie było w Kościele jakichkolwiek zamkniętych czy dyskretnych "grup modlitewnych" z własnymi "rytuałami" dla wtajemniczonych. To jest wynalazek sekt protestanckich, zwłaszcza tzw. pentekostalnych, które powinne się właściwie nazywać ezoterycznymi. Przeniesienie tego typu praktyk do Kościoła jest sprzeczne z jego naturą, ustrojem, zasadami i Tradycją, i wcześniej czy później musi prowadzić do poważnych problemów tego typu jak skandal z Pawłem Malińskim, przy czym nie jest on jedynym tego typu przykładem. 

Tego rodzaju mentalność wspólnotowa rujnuje od wewnątrz życie danego zakonu, już chociażby dlatego, że nieuchronnie wprowadza podziały wewnątrz klasztoru i zakonu, nawet jeśli dany klasztor czy zakon zostaje całkowicie przejęty przez takową sektę paraprotestancką. Wynika to z natury sekt, gdyż one regularnie łączą relatywizm z autorytaryzmem: zamiast prawd i norm obiektywnych, decydująca jest wola danej sekty, zwłaszcza w postaci jej przywódcy, nawet jeśli ów ma przy sobie jakieś grono doradców czy rodzaj "gwardii" przybocznej. 

Widać to także na przykładzie głośnej ostatnio sprawy x. Łukasza Kadzińskiego, w którą - według prowadzącego aferę Pawła Kostowskiego - zaangażowani są owi dominikanie z "domikańskiego centrum", a także - a jakże - chętny do takich spraw Tomasz Terlikowski, zresztą od lat związany z pseudo"charyzmatycznym" ruchem "Emmanuel". Prawdopodobnie nikt z tych osób nie zająłby się problemem, gdyby nie było skrętu x. Kadzińskiego w kierunku liturgii tradycyjnej oraz politycznie ku Konfederacji. Istotne jest natomiast pochodzenie tej "wspólnoty" z ruchu "charyzmatycznego". Fakty, o których mówi Kostowski i inni skrzyknięci przez niego oskarżyciele, świadczą o tym, że ma ona więcej wspólnego z tymi korzeniam niż ze rdzenną Tradycją katolicką, mimo stopniowego przejścia czy przechodzenia ku tej ostatniej. To przechodzenie jest oczywiście dobre i chwalebne, choć stało się widocznie powodem do ataku (nie neguję istnienia słusznych podstaw krytyki, aczkolwiek póki co jest niewiele twardych, udowodnionych faktów). Z drugiej strony zakorzenienie w "charyzmatykach" zapewniało im wolność i bezprzeszkodowość ze strony hierarchii, choć powinno być dokładnie odwrotnie. 

Jakie jest rozwiązanie tak zawikłanej sytuacji, zarówno we wspólnocie x. Kadzińskiego, jak też u dominikanów i innych strukturach kościelnych? Pośrednio już odpowiedziałem powyżej, więc teraz tylko podsumowując:

1. Powrót do zdrowej, katolickiej teologii, opartej na klasykach, zwłaszcza takich jak św. Tomasz z Akwinu, św. Jan od Krzyża itp. 

2. Zdecydowane odrzucenie wzorców wziętych z protestantyzmu, gdyż w jego naturze zawarte jest sekciarstwo, które musi prowadzić do podobnych, a nawet gorszych problemów i skandali, których przykładami są Paweł Maliński, x. Łukasz Kadziński, x. Piotr Natanek. Ci ostatni wprawdzie deklarują i po części praktykują pewne zbliżenie do Tradycji Kościoła, jednak jest ono jedynie powierzchowne, o ile nie jedynie pozorne, dopóki nie nastąpi u nich całkowite podporządkowanie się obiektywnemu porządkowi Kościoła we wszystkich dziedzinach, czyli wiary, liturgii oraz hierarchiczności. 

3. Powrót do tradycyjnej dyscypliny kościelnej zarówno w duszpasterstwie jak też w zakonach. Oznacza to wykluczenie wszelkich "wspólnot" praktykujących własne "modlitwy" czy "rytuały". Racją bytu grup czy wspólnot w ramach oficjalnych struktur Kościoła mogą być tylko specyficzne, specjalne zadania, a nie zaspokajanie specyficznych czy wręcz exkluzywnych potrzeb emocjonalnych czy pseudopobożnościowych. Gdyby dominikanie przestrzegali tradycyjnych konstytucyj zakonnych, to by nigdy nie doszło do skandalicznych praktyk Malińskiego. Gdyby w parafiach przestrzegano prostej zasady, że w Kościele modlitwa wspólnotowa może się odbywać wyłącznie według zatwierdzonych przez Kościół obrzędów - a nie według bełkotów i "modlitw" ezoterycznych sekt protestanckich - to by nie było podziałów w parafiach i też nigdy by nie mogły powstać wspólnoty tego typu jak ta prowadzona przez x. Natanka czy x. Kadzińskiego, przynajmniej w takiej postaci, jaka jest znana obecnie. Oczywiście nie należy z góry zakładać u nich złej woli. Oczywiste jest natomiast pomieszanie zarówno teologiczne, jak też dyscyplinarne i ogólnie mentalnościowe, z poważną domieszką mentalności typowej bardziej dla sekt protestanckich niż dla katolicyzmu. A winę za to ponoszą nie tylko oni sami, lecz hierarchia, który po pierwsze nie zapewniła im zdrowej formacji duchowej i intelektualnej, a po drugie - przez tolerowanie infiltracji przez sektę pseudocharyzmatyczną - nie uchroniła ich przed przejęciem mentalności sekciarskiej. 

Czy wszyscy wyciągniemy odpowiednie konsekwencje, czas pokaże. 

Czy "wspólnoty" rozsadzają Kościół? (z post scriptum)

 


To są słuszne uwagi. Tzw. wspólnoty są przeważnie lokalnymi komórkami tzw. ruchów, które są nie tylko nowością, lecz mają wyraźne tendencje heretyckie, zwłaszcza protestantyzujące, jak zwłaszcza założony przez kryptomasona x. Franciszka Blachnickiego tzw. ruch oazowy (oficjalna nazwa "Światło Życie", co nawiązuje do wcześniejszego "ruchu" niemieckiego) tzw. charyzmatycy i tzw. neokatechumenat. Szczególnie perfidną wersją tzw. charyzmatyzmu jest medjugorjanizm, gdyż posługuje się pozorami maryjności. 

Tradycyjnie w parafiach katolickich były różne bractwa i stowarzyszenia. Istotną różnicą względem dzisiejszych "wspólnot" i "ruchów" jest to, że miały

- oficjalne statuty, w którym jasno był określony cel, struktura oraz sposób działania,

- podlegały strukturom parafialnym, tzn. lokalnym duszpasterzom. 

Tzw. ruchy nie mają wcale oficjalnych statutów (jak tzw. charyzmatycy), czy raczej mają jedynie tajne reguły, a zarząd, czyli struktura jest bardzo scentralizowana, choć niekoniecznie oficjalnie. Tzw. charyzmatycy zwykle nie mają oficjalnej struktury zarządu, jednak zarząd zakulisowy i tajny istnieje, co jest zresztą typowe dla przeróżnych sekt, zwłaszcza dla masonerii. 

Zasadniczym celem tzw. wspólnot raczej nie jest rozbijanie od wewnątrz, lecz wpajanie w życie parafii i poszczególnych wiernych fałszywych nauk i praktyk. Faktycznie prowadzi to i musi prowadzić do starć i konfliktów, jednak celem jest przeniknięcie i opanowanie parafii, także przez wyeliminowanie tych, którzy nie godzą się na daną linię i posunięcia. 

Tak np. w Polsce tzw. ruch oazowy, którego oficjalnym przywódcą był x. Blachnicki (więcej tutaj), zapoczątkował poważne nadużycia w liturgii - jak Komunia na stojąco, gra na instrumentach rozrywkowych podczas liturgii itp. - które obecnie stały się niestety quasi regułą. 

Innymi słowy: to jest sposób na przetworzenie życia parafii w duchu "nowości", które są narzucane przez "ruchy". 

Nawet jeśli nie dochodzi do wewnętrznego rozbicia życia parafii, to na pewno już samo istnienie przeciwstawnych grup i poglądów sprzyja czy wręcz powoduje myślenie i mentalność relatywistyczną. Jeśli np. w jednej parafii istnieje zarówno róża różańcowa jak też grupa "charyzmatyczna", to już sam ten fakt powoduje dezorientację i tłumienie krytycznego myślenia zwłaszcza po stronie konserwatywnej, która jest zmuszana najpierw do tolerancji, potem do ustępstw, aż w końcu spychana jest na margines życia parafii czy wręcz poza nim, skazana na unicestwienie biologiczne. 

To jest realne i poważne niebezpieczeństwo dla Kościoła. Po pierwsze z powodu wpajania niekatolickich poglądów, a po drugie z powodu podlegania strukturom innym niż normalny porządek podległości w Kościele, czyli biskup miejsca wraz z jego wysłannikami w parafiach czyli duszpasterzami. 

Mitem jest, jakoby "grupy" (zwane też "wspólnotami") oznaczały żywotność parafii. Otóż żywotność katolickiego życia religijnego polega na uczestniczeniu w sprawowaniu sakramentów świętych, zwłaszcza tych codziennych jak spowiedź i Msza św. Natomiast tzw. grupy mają swoje praktyki i "nabożeństwa", nierzadko zupełnie odbiegające od liturgii Kościoła, a nawet z nią sprzeczne. Innymi słowy: one odciągają zarówno wiernych jak też duszpasterzy od sakramentów świętych, zajmując czas i energię własnymi zwyczajami i praktykami. 

Istotne są następujące zasady: 

1. Duszpasterz ma być pasterzem dla całej parafii i dla każdego członka parafii, nie dla "grup" czy "wspólnot". Gdy się one tworzą (czy są tworzone), to reszta parafii jest de facto traktowana po macoszemu, a to jest początek nie tylko rozbicia parafii, lecz jej zapaści. Owoce już widać obecnie. 

2. Duszpasterz ma wspierać wspólnoty naturalne, czyli rodziny. Jakość duszpasterza powinna być oceniana nie według ilości "grup" w parafii, lecz po jakości rodzin i przyjmowania sakramentów. Parafia jest "wspólnotą wspólnot" tylko w znaczeniu wspólnoty rodzin, nie wspólnoty grup wzajemnej adoracji czy adoracji proboszcza. 

3. Owszem, w parafii mogą i powinne istnieć grupy zadaniowe, np. zespół wspomagający duszpasterza w działalności charytatywnej, w opiece nad osobami starszymi i chorymi, także wspierająca radą w sprawach bardziej świeckich jak budowa, remonty itp. Czymś zupełnie innym są obecnie tzw. grupy: to są lokalne filie "ruchów" ponadparafialnych, nawet ponadnarodowych, o pochodzeniu protestanckim czy paraprotestanckim, które w swojej naturze mają 

- przynajmniej dystans wobec wiary i pobożności katolickiej

- własną "duchowość" czy raczej demoniczność oddalającą od wiary i pobożności katolickiej i tym samym rozbijającą życie parafii

- dążenie do własnych celów, które nie są celami parafii. 

4. Jedynym katolickim podziałem parafii - oprócz podziału na rodziny - jest podział naturalny według wieku i stanu. Tylko takie grupy są bezpieczne dla życia parafii w duchu katolickim. Tak np. zamiast "grup" czy "wspólnot" duszpasterze powinni oferować katechezę dla młodzieży i dorosłych na zasadzie dobrowolnego udziału: osobno dla młodzieży męskiej, żeńskiej, pracującej, studiującej, dla małżonków z podziałem na płcie, dla osób starszych z podziałem na płcie itd. 

5. Rodzajem grup według zadań mogą być grupy typu tradycyjnych bractw, jak np. bractwo różańcowe, eucharystyczne, Najśw. Serca itp. Ich zadania są jasno określone: wspieranie duszpasterza w krzewieniu danego kultu, który należy do życia całej parafii, a nie tylko dla danej "grupy". 

Natomiast popieranie i promowanie tzw. grup nie jest lekarstwem na zapaść życia kościelnego, lecz jej przyczyną i katalizatorem. Katolicyzm zawsze budował na więziach naturalnych, czyli rodzinnych, stanowych, zawodowych itp. Według nich powinno być zorientowane życie parafii, a nie na "wspólnotach", gdzie przynależność zależy od osobistych upodobań i widzimisię, co zwykle oznacza także heretyckie czy prawie heretyckie poglądy. 

Obecnie nierzadko nawet wysocy hierarchowie ubolewają nad "mentalnością supermarketu" w sprawach religii, tzn. że ludzie sobie wybierają z wiary to, co im pasuje. Czyż tak trudno zauważyć związek takiej mentalności z forsowaniem "grup" i "wspólnot" w parafii, do których się przynależy z powodu irracjonalnego wyboru?


Post scriptum

Istotę "ruchu" założonego przez x. Blachnickiego przy okazji trafnie streszcza były ateista, były katolik, a obecnie przywódca jednej z sekt protestanckich Paweł Chojecki:




Kto jest kryptoprotestantem, czyli czy Kościół jest autorytarną sektą? (z post scriptum)



Druga część tytułowego pytania jest oczywiście pytaniem retorycznym. Tym niemniej widocznie trzeba uzasadnić domyślną odpowiedź (oczywiście negatywną), skoro nie jest ona oczywista nawet dla ludzi z tytułami naukowymi. 

Autorem odnośnej wypowiedzi jest profesor uczelniany filozofii z Katowic, podający się za wierzącego i zaangażowanego katolika. Oprócz fachu zawodowego, jako hobby podaje psychologię i teologię. W biografii naukowej widać akurat głównie tematykę teologiczną, co pasuje do zaangażowania w sprawy Kościoła. Jego wypowiedź, o którą tutaj chodzi, zawiera sporo materiału podlegającego ocenie teologicznej. Ta treść jest podana gadatliwie, bardzo chaotycznie i niechlujnie, bez podania cytatów ze źródeł, na których się opiera, w sposób wręcz niegodny pracownika naukowego (czego nie jest w stanie zmienić mówienie miłym, sugestywnym głosikiem), który powinien mieć wprawę w systematycznym podaniu tego, co ma do przekazania. Współczując jego studentom, muszę podjąć trud streszczenia, odnosząc się następnie do poszczególnych tez, choć właściwie trudno tu mówić o tezach, gdyż wywody mają raczej charakter propagandowej perswazji. 

Najpierw Bańka zaznacza, że "nie chce" się odnosić do historycznego protestantyzmu, gdyż jest zwolennikiem ekumenizmu, jak sam podkreśla. Stąd nasuwa się pytanie, do jakiego protestantyzmu się odnosi i dlaczego używa określenia "kryptoprotestantyzm", skoro nie chce mówić o faktycznym protestantyźmie. Jest to więc albo zamierzony zabieg taktyczny, czyli próba oszukania publiczności, albo wynika z niewiedzy czy niezdolności określenia, czym jest protestantyzm i jego istota. Dalsze wywody Bańki idą w określonym kierunku, o którym mowa poniżej. Należy jednak odnotować, że na wstępie świadomie unika on zdefiniowania kluczowego, tytułowego pojęcia "protestantyzm" oraz odniesienia do historycznego protestantyzmu, gdyż wówczas musiałby wykazać wiedzę w temacie oraz precyzję opartą na faktach. Wprawdzie nie jest łatwo o teologiczną definicję protestantyzmu, a to z powodu różnorodności nurtów i wewnętrznych sprzeczności. Uczciwa intelektualnie wypowiedź ma jednak obowiązek podania przynajmniej definicji roboczej, a tego Bańka nie tylko nie czyni, lecz programowo i dumnie się wystrzega. 

W rozwinięciu Bańka podaje, że chodzi o zjawisko związane ze "źle rozumianym pojęciem Tradycji". Tak więc już tutaj pokazuje sidła, w które sam się uwikłał. Albowiem protestantyzm nie tylko źle rozumie Tradycję - utożsamiając ją z ludzkimi dodatkami do "słowa Bożego" - lecz odrzuca ją jako źródło Objawienia Bożego. Bańka nie podaje ani tego, co rozumie przez Tradycję, ani jak należy ją poprawnie rozumieć. Tym samym jego wypowiedź jest gołą inwektywą, która nie jest w stanie nawet wskazać na przykłady owego "złego rozumienia". Czy jest to zabieg taktycznie zamierzony, i tym samym świadczący o programowym oszukiwaniu odbiorców, czy raczej wynikający z rutynowego niechlujstwa, niegodnego kogoś pracującego naukowo? 

Nieco konkretyzując, Bańka mówi o grupie osób, które wykazują "nieposłuszeństwo papieżowi" i "kolegium biskupów". Dotyczy to "konkretnych przejawów nauczania" oraz "często łączy się z negacją autorytetu papieża i gremium biskupów", która to negacja "odbywa się pod szyldem wierności Tradycji", gdy odrzuca się "decyzje" papieża czy konferencji biskupów np. odnośnie sposobu  udzielania Komunii, czy też dyscyplinarne, czyli "przywołujące do porządku konkretnych duszpasterzy błądzących w swoim nauczaniu" bądź wskazujące na "pewne błędne drogi interpretacji pewnych prawd wiary w Kościele". Owi nieposłuszni proponują "alternatywne źródła autorytetów w postaci bądź pewnych objawień prywatnych" czy "wypowiedzi poszczególnych biskupów". Dosłownie: "Na czele tego kryptoprotestanckiego ruchu znajdują się poszczególne postacie, wokół których buduje się pewną narrację teologiczną, błędną narrację, opartą na przekonaniu, że cały Kościół pobłądził, (...) natomiast ci pojedynczy prawowierni biskupi bądź kapłani to są ci prawdziwi, sprawiedliwi, którzy ostali się zakusom diabła". Tutaj jedynym kryterium są "subiektywne przekonania" oraz "neurotyczny lęk". Bańka wylicza poszczególne "błędy": 

- "Nie uznaje się ciągłości Tradycji", czyli "zatrzymuje się Tradycję na pewnym punkcie, który uznaje się za kluczowy". Błędność według Bańki polega na tym, że "wszystkie starsze wypowiedzi" Magisterium mają być "interpretowane w kontekście następnych, nowych, a nowe nawiązują do starych. W związku z tym istnieje ciągłość nauczania i nie można w żadnym punkcie Tradycji przeciwstawiać tego, co było kiedyś, nowszym wypowiedziom papieża". To jest "wybieranie sobie z ciasta rodzynek, wybieranie sobie tego, co w całości Tradycji pasuje nam najbardziej wedle zupełnie subiektywnych kryteriów". W tym "rządzi neutoryczna religijność" albo "subiektywne przekonania wsparte na wewnętrznym odczuciu". 

Odpowiadam: 

Stwierdzenie faktu braku ciągłości między nauczaniem sprzed i po Vaticanum II nie ma nic wspólnego z nieuznawaniem zasady ciągłości, lecz wynika z jej afirmacji. Zarzut Bańki zdradza więc specyficzną mentalność, którą można nazwać heglowską: jeśli fakty zaprzeczają zasadzie, to tym gorzej dla faktów (por. tutaj). Natomiast w normalnym myśleniu zgodność między dwoma wypowiedziami, czyli ciągłość, należy wykazać, a nie z góry zakładać. 

Bańka widocznie zdaje sobie sprawę z bzdury, którą wypowiedział, gdyż plącze się, uciekając w inwektywy pseudopsychologiczne ("neurotyczna religijność") wzięte z powietrza. Podobnie - aczkolwiek tym razem słusznie - można powiedzieć, że tzw. charyzmatyzm, z którym Bańka jest związany, stanowi religijność histeryczną. 

Najpierw próbuje zamazać sprawę hasłem "interpretacja". Na jakiej podstawie uważa, iż zdanie nie-A jest interpretacją zdania A, pozostaje jego słodką tajemnicą. Przykład: skoro Kościół zawsze nauczał, że protestanci są heretykami i nie należą do Kościoła Chrystusowego, zaś moderniści typu Bańka twierdzą przeciwnie, to jakim sposobem twierdzenie Bańki jest interpretacją odwiecznego nauczania Kościoła? Kto tu sobie wybiera rodzynki, zresztą nieistniejące także w dokumentach Vaticanum II (gdzie w żaden sposób nie jest powiedziane, że protestanci należą do Kościoła), lecz najwyżej w wypocinach anonimowych autorytetów, które Bańka sobie subiektywnie, na podstawie wewnętrznego odczucia wybrał? 

Nasuwa się tutaj także pytanie: jak można być aż tak bezczelnie zakłamanym, by przewrotnie przemilczeć, iż rzekomym "kryptoprotestantom" chodzi o ewidentne różnice i nawet sprzeczności między odwiecznym nauczaniem Kościoła zawartym w jego oficjalnych dokumentach (papieskich i soborowych) a nauczeniem modernistów, których Bańka broni, a zamiast tego zarzucać perfidnie subiektywizm?  

- Tak więc jedynie z powietrza, a właściwie z perfidnej fantazji Bańka mówi w tym kontekście o "błędzie subiektywizmu", który jest sprzeczny z obiektywizmem, gdzie "kryterium jest Magisterium Kościoła, dokumentów, ciągłości i też pewnej gradacji dokumentów". 

Odpowiadam: 

Już czysto logicznie jest to bełkot, tym bardziej pod względem faktów. Bowiem podchodzący krytycznie do nowego nauczania dzierżących władzę w Kościele opierają się właśnie na wcześniejszych dokumentach Magisterium, które są nota bene jasne i spójne, w przeciwieństwie do dokumentów Vaticanum II i po nim. Wystarczy porównać dokumenty Soboru Trydenckiego (i jakiekolwiek innego soboru do Vaticanum I włącznie) z dokumentami Vaticanum II, czy też encykliki papieży do Piusa XII włącznie z tymi począwszy od Jana XXIII, by stwierdzić nie tylko istotne różnice, lecz także niemało sprzeczności. Chodzi przecież o dokumenty o takiej samej randze formalnej. Dosłownie nic nie upoważnia do traktowania dokumentów Vaticanum II jakoby miały rangę wyższą niż poprzednie sobory. Wręcz przeciwnie: ostatni sobór programowo ani nie ogłosił żadnego dogmatu, ani nie potępił jakiejkolwiek tezy teologicznej, co się zwykle przypisuje jego charakterowi "duszpasterskiemu", w przeciwieństwie do charakteru dogmatycznego poprzednich soborów. Tak więc stawianie nauczania Vaticanum II i związanych z nim papieży ponad wcześniejszym nauczaniem Kościoła nie ma nic wspólnego z obiektywizmem, a wręcz przeciwnie może wynikać jedynie z subiektywnych, irracjonalnych i nieteologicznych motywów. 

- Bańka podkreśla "gradację dokumentów": "W Tradycji Kościoła są wypowiedzi mniej istotne i bardziej istotne". Na czym polega różnica między nimi, nie wyjaśnia. Mówi wpierw o "niedyskutowalnym kanonie", nie podając, na czym on polega, po czym znowu plącze i miesza, by maniakalnie po raz kolejny powtórzyć, że nie wolno dostrzegać sprzeczności między tradycyjnym nauczaniem a wypowiedziami nowatorów. 

Odpowiadam: 

Nie ma i nigdy nie było oficjalnej "gradacji" dokumentów nauczania Kościoła. Owszem, były i są różne rodzaje dokumentów, od konstytucji dogmatycznej aż do encyklik, deklaracyj itp. Jednak jedynym kryterium co do rangi danej wypowiedzi jest - materialnie - jej związek z Bożym Objawieniem, zaś formalnie zaznaczenie, że chodzi o prawdę objawioną przez Boga oraz ogłaszaną mocą władzy danej następcy św. Piotra. Dotyczy to nie tylko definicyj dogmatycznych, jak np. w przypadku orzeczenia Jana Pawła II o niemożliwości udzielania sakramentu święceń kobietom. Gdy natomiast Bańka powołuje się na rozróżnienie między wypowiedziami "mniej" i "bardziej istotnymi", to nie wiadomo, kto czy co ma o tym rozstrzygać: czyżby zależało to od subiektywnego orzeczenia Bańki?

Następnie Bańka podaje, iż rzekomo według nauczania Kościoła "dogmaty nie podlegają zmianie, ale zmianom podlega kwestia ich interpretacji". Mówi tak: "Interpretacja dopasowuje się do konkretnych czasów, natomiast sens dogmatów pozostaje niezmienny". Przy tej okazji wskazuje na "błąd kryptoprotestantyzmu", polegający na tym, "że próbuje się zachować nie tylko kształt czy istotę dogmatu czy prawdy wiary, ale jednocześnie nie dopuszcza się modyfikacji w obrębie interpretacji, czy pewnego rodzaju uaktualnienia tej prawdy do współczesnego kontextu". 

Odpowiadam:

Bańka widocznie nie wie nic - a chyba nawet nie chce wiedzieć - o zasadzie, którą podkreślił Sobór Watykański I w konstytucji dogmatycznej Dei Filius, że mianowicie objawione przez Boga nauczanie wiary ma być przekazywane, wiernie strzeżone i nieomylnie wyjaśniane, a sens tego nauczania ma być zachowywany zawsze i nie wolno od niego odstąpić. Wzrasta jedynie jego zrozumienie, wiedza oraz mądrość, jednak zawsze w tym samym rodzaju, w tym samym znaczeniu i w tym samym sformułowaniu: 

Jako przykład Bańka podaje słowa św. Cypriana z Kartaginy, że poza Kościołem nie ma zbawienia, oraz dodaje od siebie, że "to nadal obowiązuje, natomiast Sobór Watykański II podjął reflexję nad tym, czym jest przynależność i przyporządkowanie do Kościoła" oraz "pokazuje, jak to hasło, że poza Kościołem nie ma zbawienia, należy przeczytać: rozszerza jakby ramy Kościoła, pokazując, że to hasło ma szerszy zakres obowiązywania. Natomiast jeśli byśmy je czytali literalnie, to wówczas musielibyśmy uznać, że nie ma najmniejszych szans, by ktokolwiek, kto nie jest katolikiem, się zbawił. Część tradycjonalistów tak próbuje czytać to nauczanie Kościoła." To są właśnie krytykowani przez Bańkę "kryptoprotestanci", którzy nie interpretują według najnowszego nauczania Kościoła, czyli Vaticanum II. 

Odpowiadam:

Tutaj Bańka popełnia znowu wielokrotne oszustwo na podstawowych faktach. Bowiem Kościół, po pierwsze, nigdy nie nauczał, że tylko katolicy mogą być zbawieni. Po drugie, czym innym jest przynależność do Kościoła na ziemi, a czym innym zbawienie po śmierci. Po trzecie, Sobór Watykański II nie zmienił nic odnośnie kryteriów przynależności do Kościoła, tak więc widocznie Bańka albo nie wie i zmyśla, albo wierutnie okłamuje odbiorców. Oto dowód (Lumen gentium, 14): 


Wierny swojej metodzie chaosu i niechlujstwa Bańka wraca znowu do zarzutu, że "kryptoprotestanci" nie uwzględniają "hierarchii czy gradacji dokumentów, uznając te mniej istotne, związane z objawieniami prywatnymi, za ważniejsze niż wypowiedzi papieża". 

Odpowiadam:

Bańka znowu po prostu kłamie, gdyż po pierwsze objawienia prywatne nigdy nie są dokumentami Kościoła, po drugie żaden tradycyjny katolik znający choćby katechizm nie stawia objawień prywatnych ponad tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Bańka skrzętnie unika przyznania, że tradycyjnym, normalnym katolikom chodzi o sprzeczność między tym ostatnim - zawartym w dokumentach soborów powszechnych i papieży do Piusa XII włącznie - a nauczaniem modernistów. 

Bańka powołuje się tutaj na nowy Katechizmu, według którego także zwyczajnemu nauczaniu papieskiemu "należy się pewna uległość". Dodaje, że Kodex Prawa Kanonicznego zobowiązuje duchownych do szczególnego posłuszeństwa papieżowi, a temu sprzeniewierzają się ci, którzy podważają jego wybór i wypowiedzi, łamiąc w ten sposób "to, co jest jednym z fundamentów jedności". 

Odpowiadam: 

Bańka powinien widocznie ignoruje fakt, że istnieje także nauczanie soborów i papieży przed Vaticanum II, i że ono obowiązuje przynajmniej tak samo jak dokumenty Vaticanum II i po nim. Tutaj właśnie istotna jest zasada koniecznej ciągłości: ciągłe nauczanie Kościoła, które miało miejsce przez wieki aż do Vaticanum II z całą pewnością ma rangę wyższą niż nowinki ostatnich dziesięcioleci, niezależnie od tego, w jakich dokumentach się znajdują i z czyich ust padają. 

Ten wątek Bańka nieco rozwija, podkreślając, że wypowiedzi poszczególnych biskupów "są odzwierciedleniem faktycznego nauczania Kościoła wtedy, kiedy są w jedności z kolegium biskupów, które pozostaje w jedności z papieżem". 

Odpowiadam:

Bańka znowu manipuluje i zakłamuje. Otóż nauczanie papieży i biskupów wtedy odzwierciedla faktyczne nauczanie Kościoła, gdy jest zgodne z ciągłym nauczaniem poprzez wieki. Bowiem Kościół nie zaczął istnieć wraz z Vaticanum II, lecz zawsze trwał w prawdzie poprzez wieki, a prawda się nie zmienia. Twierdzenie, jakoby nauczanie sprzed Vaticanum II było przestarzałe i błędne, jest bluźniercze i protestanckie, gdyż zakłada, jakoby Kościół przez wieki błądził i odszedł od prawdy Ewangelii. Tak właśnie widocznie myśli Bańka, skoro skrupulatnie nawet jednym słowem nie wspomina nauczania Kościoła sprzed Vaticanum II. 

Quasi klasycznie Bańka przywołuje słowa św. Ignacego z Loyoli: "jeśli wydaje ci się, że coś jest białe, a Kościół powie, że to jest czarne, no to znaczy, że to jest czarne". Komentuje te słowa następująco: "nasze subiektywne przekonania, jeżeli nie są wpisane w całość, nie są w jedności z tym, co mówi Kościół, to one są błędne, a nie to, co mówi Kościół. A Kościół mówi ustami papieża i biskupów pozostających z nim w jedności".  

Odpowiadam:

O słowach św. Ignacego pisałem już przy innej okazji (por. tutaj). W skrócie: Bańka powinien wpierw przeczytać całość podanych przez św. Ignacego zasad "czucia z Kościołem". Wtedy by musiał stwierdzić, że św. Ignacy nakazuje chwalenie i szanowanie całej Tradycji teologicznej Kościoła, od Ojców Kościoła aż po scholastykę. A na pewno w żaden sposób nie stawia jednego soboru ponad innymi, uważając je za przestarzałe i nieważne. Innymi słowy: w zasadach ignacjańskich nie ma choćby śladu utożsamienia Kościoła z jednym soborem czy jednym papieżem, tym aktualnie rządzącym. Przez nauczanie Kościoła hierarchicznego św. Ignacy ewidentnie rozumie ciągłe nauczanie na przestrzeni wieków. Skoro Bańka je przemilcza i nim widocznie gardzi, to właśnie stawia swoje przekonania i widzimisię ponad nauczanie Kościoła i ponad zasady św. Ignacowe, na które się obłudnie powołuje. Tak więc jeszcze raz: problem współczesny polega na sprzeczności między tym, czego naucza chociażby Franciszek czy inni hierarchowie, a odwiecznym nauczaniem Kościoła. Tym samym to właśnie oni stawiają swoje subiektywne przekonania  ponad nauczaniem Kościoła, które jest trwałe i niezmienne. Tak samo Bańka idąc za swoimi subiektywnymi przekonaniami woli słuchać takich subiektywnych przekonań hierarchów niż nauczania Kościoła, które jest odwieczne i tym samym ciągłe. 

Szczytem wywodów jest, gdy Bańka dodaje: "Nawet jeśli papież błądzi, a ty słuchasz tego, co jest błędne, i za tym podążasz, w posłuszeństwie wiary, to ocalasz swą duszę, jesteś miły Panu Bogu, a za błędy odpowie papież i odpowie biskup. Więc ty nie musisz obawiać się, że słuchając papieża pobłądzisz, bo postępujesz wedle tego, co się podoba Panu Bogu.

Odpowiadam:

To już jest zupełna groteska świadcząca o tym, że Bańka myśli kategoriami nie Kościoła i teologii katolickiej, lecz autorytarnej sekty. Po pierwsze, jak wyraźnie stoi chociażby w Kodexie Prawa Kanonicznego, posłuszeństwo wiary przysługuje jedynie nieomylnemu nauczaniu Bożego Objawienia:

Po drugie, według odwiecznego nauczania Kościoła grzechem jest podążanie za tym, co sumienie rozeznało jako błędne. Mówi o tym nawet nowy katechizm

Tym samym Bańka wierutnie kłamie i bluźni, gdyż uległość wobec błędu nie może podobać się Bogu, ponieważ Bóg jest prawdą, miłuje prawdę, nie fałsz, oraz wyposażył każdego człowieka w sumienie, któremu należy być posłusznym. 

Dla poparcia swojej absurdalnej i kłamliwej zasady Bańka wskazuje na żywoty świętych: "nie było sytuacji, w której którykolwiek święty sprzeciwiłby się papieżowi i wystąpił przeciwko jego nauczaniu, chociaż niektórzy święci korzystali z prawa do upominania papieża w kwestiach jego zachowania", jak św. Katarzyna Sjeneńska. Jednak także to swoje zezwolenie na upominanie Bańka de facto anuluje słowami: "jeśli chcesz upominać papieża, to zostań Katarzyną Sjeneńską". Dodatkowo podkreśla, że święta nie krytykowała nauczania papieża, lecz jego "zachowania polityczne". 

Odpowiadam:

Przede wszystkim w historii Kościoła nie było dotychczas sytuacji, że papież głosi coś, co jest przynajmniej pośrednio sprzeczne z ciągłym nauczaniem Kościoła poświadczonym w dokumentach papieży i soborów na przestrzeni wieków. Św. Katarzyna była świadkiem gorszącej sytuacji politycznej papiestwa, nie nowego nauczania sprzecznego z nauczaniem poprzednich papieży. Kwestie wiary i moralności są o wiele ważniejsze niż kwestie polityczne, są fundamentalne i nadrzędne. Skoro św. Katarzyna odważyła się pouczać i napominać papieża w sprawach polityki, to tym bardziej można i należy pouczać i napominać w sprawach wiary i moralności, gdy papież czy biskupi nauczają w sprzeczności z Magisterium Kościoła na przestrzeni wieków. 

Podsumowując, Bańka twierdzi, że opisana przez niego postawa "kryptoprotestantów" jest "stanem schizmy" w Kościele. 

Odpowiadam:  

Tutaj znowu Bańka wykazuje swoją ignorancję co do pojęcia, które stosuje. Widocznie albo nie spojrzał nawet na definicję schizmy podaną chociażby w Kodeksie Prawa Kanonicznego, albo świadomie oszukuje swoich odbiorców. W nim jest bowiem podane:

Oczywiście należy mieć na uwadze, że uznanie zwierzchnictwa nie wyklucza pouczania i napominania Biskupa Rzymskiego, jeśli ów błądzi i zwodzi, nauczając czegoś, co jest sprzeczne z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Także o tym mówi Kodex Prawa Kanonicznego: 


Na koniec Bańka wyjaśnia swój zarzut "kryptoprotestantyzmu": "ponieważ jest to protest wobec pewnych spraw, które łączą się z kwestią jedności w Kościele, wobec pewnych wątków nauczania, jest to protest, który wyłącza osoby, które za tym idą, które oprotestowują pewne wątki nauczania, wyłącze je z jedności z nauczaniem Kościoła, z biskupami, z papieżem, z całą hierarchią. Oprotestowując pewne wątki nauczania w imię swojego widzimisię, bądź w imię wybranego z całości nauczania, które interpretowane jest błędnie, bo nie w odniesieniu do posoborowych dokumentów, jednocześnie wyłączamy się wówczas z jedności z Kościołem, i tak na prawdę tworzymy własny rodzaj pobożności, a nawet własny rodzaj quasi Kościoła. Więc rządzi tu taki sam mechanizm jak w wypadku historycznych już podziałów w Kościele. (...) Te kryptoprotestanckie tendencje w imię czystości doktryny negują coś, co jest fundamentalne, związane z sukcesją apostolską, z przekazywaniem urzędu, z przekazywaniem autorytetu, dlatego są błędem w Kościele." 

Odpowiadam:

Bańka ponownie, a więc notorycznie kłamie i oszukuje swoich odbiorców, twierdząc uporczywie, jakoby powodem sprzeciwu katolików wobec pewnych elementów nauczania hierarchii było "widzimisię". To Bańka według swojego widzimisię wybiera akurat to nauczanie i te decyzje, które są sprzeczne z odwiecznym nauczaniem Kościoła i wygraża bełkotliwie i kłamliwie tym, którzy po pierwsze dostrzegają sprzeczność i po drugie chcą być katolikami, a nie sekciarzami zachowującymi się tak, jakby Kościół rzekomo zaczął się dopiero wraz z Vaticanum II. 

Podsumowując: 

Wypowiedź profesora uczelnianego Aleksandra Bańki jest haniebnym przykładem braku kompetencji w temacie, w którym się wypowiada, oraz zakłamania, które jest widocznie programowe, choć być może nie do końca świadome. Ktoś, kto notorycznie kłamie, z czasem być może nie zawsze w danym momencie zdaje sobie sprawę z tego, że kłamie. Zresztą jest to zachowanie i postępowanie typowe dla tzw. charyzmatyków czyli sekciarzy z protestanckiego ruchu tzw. pentekostalnego, działających w strukturach Kościoła. Ich "religijność" ma charakter emocjonalno-histeryczny, co oczywiście zaburza trzeźwe myślenie i racjonalne postępowanie, nawet niezależnie od zawodu i wykształcenia, gdyż dla nich typowe jest także oddzielenie sfery religijnej i sfery codzienności. Na co dzień mogą być nawet bardzo wyrafinowani i bezwzględni (zwłaszcza biznesowo i karierowo), natomiast uczuciowo wyżywają się w swojej pseudopobożności, która jest bardziej protestancka niż katolicka. Najbardziej charakterystyczna jest tutaj obłuda, która jest wręcz programowa. W tym konkretnym przypadku pan Bańka maniakalnie nawołuje do ślepego posłuszeństwa, ale tylko wobec wybranych hierarchów, mianowicie tych, którzy jemu subiektywnie się podobają. Z całą pewnością nie popełniłby takiego wystąpienia podczas pontyfikatu Benedykta XVI, tym bardziej św. Piusa X. Tym samym jasne jest, jakie jest źródło i podstawa działalności tego człowieka: na pewno NIE Duch Święty, który jest Duchem prawdy. 

Na koniec w skrócie odnośnie pytania tytułowego:

1. Istotą protestantyzmu jest wiara subiektywna w tym znaczeniu, że 

- po pierwsze, Pismo św. uważa się za jedyne źródło Bożego Objawienia z wykluczeniem Tradycji Kościoła,

- po drugie, interpretuje się Pismo św. bez Tradycji i Magisterium Kościoła. 

Tym samym kłamliwą obelgą jest nazywanie kogoś "kryptoprotestantem" z tego powodu, że zna, respektuje i stosuje tradycyjne nauczanie Kościoła. 

2. Tradycja i Magisterium Kościoła stanowią jedność, gdyż to właśnie Magisterium poprzez wieki poświadczało i przekazywało Tradycję. Dlatego jeśli jakieś nauczanie jest sprzeczne z Tradycją, to jest równocześnie sprzeczne z Magisterium Kościoła, nawet jeśli jest wypowiadane przez sprawujących władzę w Kościele. Nie fakt dzierżenia władzy stanowi o przynależności do Magisterium Kościoła, lecz dokładnie odwrotnie: zgodność z odwiecznym Magisterium Kościoła wyznacza granice władzy i tym samym posłuszeństwa kościelnego. 

3. Istotny i charakterystyczny dla protestantyzmu brak umocowania w Tradycji i tym samym w odwiecznym Magisterium Kościoła ma oczywiście konsekwencje dla struktury i charakteru władzy. Dlatego właśnie protestantyzm zrodził zasadę "czyja władza, tego religia" (cuius regio eius religio). To właśnie tę zasadę próbują wszczepić Kościołowi moderniści, czego przykładem jest Aleksander Bańka, powiązany zresztą z modernistycznymi hierarchami. Jeśli jakiś hierarcha swoje własne, sprzeczne z Tradycją Kościoła poglądy i pomysły usiłuje narzucić wiernym z powoływaniem się na sprawowaną władzę, to dopuszcza się nadużycia władzy i oszustwa, nawet jeśli jest papieżem. Wierni nie tylko nie mają obowiązku posłuszeństwa dla takich poglądów i pomysłów, lecz mają prawo do czynnego sprzeciwu, gdyż są wyznawcami religii Chrystusowej trwającej od dwudziestu wieków, nie religii danej osoby czy grupy osób sprawujących aktualnie władzę. 

4. Próba przeniesienia protestanckiego rozumienia władzy do życia Kościoła jest nie tylko przejawem heretyckich poglądów, lecz ma katastrofalne skutki duszpasterskie. Trzeźwo myślący człowiek o zdrowej osobowości ceni siłę prawdy i argumentów, a ucieka od władzy, która stawia siebie ponad obiektywnymi kryteriami. Dla katolika najwyższym obiektywnym kryterium są prawdy wiary katolickiej poświadczone w Piśmie św. i Tradycji. Jeśli sprawujący władzę sprzeniewierzają się temu kryterium, choćby tylko pośrednio, wówczas tracą swój autorytet w oczach wiernych, nawet jeśli zachowują swoje urzędy. Rozwiązaniem nie jest poszczekiwanie na wiernych usiłujące nakłonić do ślepej uległości, gdyż Kościół nie jest sektą, gdzie aktualny guru decyduje o tym, co jest dobre czy złe, prawdziwe czy fałszywe. Kościół zawsze respektował godność i wiarę także zwykłych wiernych, oczywiście jeśli ta wiara odpowiadała prawdom Bożego Objawienia nauczanym przez Kościół na przestrzeni wieków. Temu przeczy żądanie bezwzględnego posłuszeństwa dla czegoś, co nie ma pokrycia w tradycyjnym, ponadosobistym nauczaniu. Tak zachowujące się autorytarne struktury nie mogą liczyć na zaufanie normalnych, myślących i ceniących swoją godność ludzi, zwłaszcza młodych. To jest właściwy powód odwracania się ludzi od Kościoła i postępującego braku powołań do stanu duchownego: skoro decydujące są nie odwieczne prawdy, lecz linia aktualnie sprawujących władzę, która jest oczywiście zmienna (dzierżący władzę nie są wieczni), to taka instytucja nie jest wiarygodna, przynajmniej nie na tyle, by powierzyć jej opiekę nad swoją duszą i swoje życie w posłuszeństwie stanu duchownego. 

Tym samym błądzą hierarchowie, którzy pokładają nadzieję w dalszej protestantyzacji, idącej w parze ze wzmocnieniem swawolnej władzy. Sukces takiej polityki może być jedynie chwilowy i pozorny, gdyż w ten sposób przyciągane są osoby poszukujące wrażeń, przeżyć, poczucia bezpieczeństwa w grupie, a nie prawdy, co oczywiście nie może być trwałe. Jedynym ratunkiem dla dusz i drogą wyjścia z zapaści wiarygodności Kościoła jest powrót do tradycyjnego nauczania i autentycznej, opartej na prawdzie dyscypliny Kościoła, a nie naśladowanie sekt protestanckich. 


Post scriptum

Na reakcję delikwenta nie trzeba było długo czekać. Otóż po zapobiegliwym zablokowaniu mi dostępu do jego profilu na fb (co ponownie dowodzi perfidii i zakłamania tego człowieka), pan Bańka popełnił na nim wpis (udostępniony mi drogą okrężną), który sprowadza się do szyderstw i oszczerstw, co dość wyraźnie świadczy o braku merytorycznych argumentów. Pierwszym i jedynym "argumentem" jest u niego anonimowa stronka rozsiewająca podłe oszczerstwa (więcej tutaj). Na koniec - maniakalnie powtarzając swój pseudopsychologiczny bełkot - dumnie oświadcza, że nie podejmie żadnej polemiki z argumentami, a za to nachalnie zachęca do zagłębiania się w jego bełkoty, które już zostały obalone:

No coż. Taki to jest jego stan ducha i umysłu. Typowy dla wręcz demonicznego zakłamania. 

Ciekawy jest też jeden z komentarzy wraz z reakcją Bańki, która potwierdza jego demaskujące powiązania:

Jest skandaliczne, że ktoś taki jak Aleksander Bańka został powołany do rady świeckich przy "Konferencji Episkopatu Polski", czym on się dumnie chwali.

Ponadto widać, że ten człowiek ma problem osobowościowy, skoro po raz kolejny - chyba już przynajmniej czwarty od ubiegłej jesieni czyli w ciągu koło pół roku - pisze to samo w tym samym temacie i na tych samych łamach głównego organu modernistycznego, bez jakichkolwiek nowych treści i odniesienia się do argumentów: 



Nawet jeśli mu za to dobrze płacą, to powinien mieć choć trochę osobistego honoru, gdyż tego typu zachowanie jest typowo maniakalne i coraz bardziej groteskowe. 

Czy można posłać dziecko do przedszkola Montessori?



Nie jestem w stanie wypowiedzieć się odnośnie konkretnego przedszkola, ponieważ nie znam. Jednak wspomniane informacje rzeczywiście wskazują na problem ideologiczny w tym przedszkolu, choć generalnie pod nazwą "Montessori" próbuje się prezentować pewną metodę pedagogiczną, która wydaje
 się atrakcyjna i słuszna.

Nie muszę przestawiać ani osoby Marii Messori, ani jej metody pedagogicznej. Podstawowe informacje łatwo jest znaleźć w internecie. Wskażę jedynie na mniej znane fakty i aspekty.

Po pierwsze, przykład M. Messori jako matki. Wiadomo, że z nieślubnego związku (z żydowskim psychiatrą Giuseppe Ferruccio Montesano) miała syna, którego oddała do rodziny zastępczej, gdzie syn został wychowany, a
 dopiero jako dorosły był blisko matki, oficjalnie jako jej sekretarz, gdy była już światową sławą. Czy można mieć zaufanie do takiej osoby zwłaszcza w kwestiach wychowania?

Po drugie, wiadomo, że w swojej teorii wychowania opowiadała się jasno za edukacją sexualną dzieci od lat najmłodszych, a także za neomalthusianizmem, czyli ograniczeniem dzietności z powodu rzekomej groźby przeludnienia naszej planety (por. tutaj).

Po trzecie, wiadomo, że przynajmniej pod koniec życia była blisko związana z okultystyczną sektą teozofów, na której zaproszenie wyjechała do Indii, gdzie spędziła wiele lat. W tym okresie rozwinęła swoją teorię "wychowania kosmicznego", która ma wyraźnie charakter ezoteryczny i w tym znaczeniu także ekumeniacki. Pasuje to zresztą do pogłoski (czy może nawet sprawdzonej wiedzy), że jej ojciec był związany z lożą masońską w Rzymie. 

Tym samym nie jest możliwe oddzielenie metody wychowawczej Montessori od założeń i treści, które są nie do pogodzenia z religią katolicką i w ogóle ze chrześcijaństwem, choć zapewne podejmowane są starania, żeby te różnice zamazywać czy wręcz negować.

Główne postulaty pierwotnej metody wychowawczej Montessori były pod koniec XIX w. rzeczywiście pewną nowością i kontrastem na tle "koszarowego" szkolnictwa epoki pozytywizmu i burżuazyjnego kapitalizmu. Nie jest dziwne, że ta metoda, akcentująca indywidualny rozwój osobowości dziecka, odnosiła sukcesy, z całą pewnością nie będąc nowym wynalazkiem, lecz nawiązując do najstarszych wzorców edukacji domowej. Nic nie powinno stać na przeszkodzie, by te założenia były realizowane niezależnie od nazwiska i marki Montessori. Ryzyko a nawet wysokie prawdopodobieństwo indoktrynowania dzieci treściami sekty teozofów - choć ewentualnie w przebraniu chrześcijańskim - powinno być powodem do odrzucenia oferty czy możliwości powierzenia dziecka takiej instytucji wychowawczej.