Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malesa O.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malesa O.. Pokaż wszystkie posty

Wysyp hochsztaplerów: duet Bańka & Malesa


Z powinności blogerskiej muszę znów zająć się ponowną przykrą sprawą następnego popisu, tym razem duetowego, gdyż poszerzonego o przedstawiciela indulciarstwa w osobie nowej, wschodzącej gwiazdy na firmamencie kato-internetowym. Sprawa jest ciekawa nie tylko z powodu ostatnio gorąco dyskutowanej kwestii sakry biskupiej w FSSPX, lecz dla odsłonięcia typowych mentalności. 

Najpierw wyjaśniam pojęcie "hochsztapler". Pochodzi ono z języka niemieckiego (por. tutaj) i oznacza osobę, która udaje coś, co nie jest rzeczywiste: bycie lepszym, rangę czy pozycję, która jej nie przysługuje, wiedzę, której nie ma itp. Mamy to spełnione w przypadku tych obydwu młodzieńców w sutannach, co ukazują ich wypowiedzi. O x. Bańce była już mowa wielokrotnie. Dołączył do niego następny, wprawdzie z innego obozu, jednak pod tym względem dość podobny. 

Oto pierwszy przykład, z którego możemy się dowiedzieć od x. Malesy, że istnieje coś takiego jak "Kościół mozarabski":


On to wypowiada tak przekonywująco, że aż kusi, coby mu uwierzyć. Widocznie on sam w to wierzy, przynajmniej tak samo, jak generalnie wierzy w siebie. A wystarczyłoby minimum wiedzy w temacie. Chłopak pomylił ryt z Kościołem, a widocznie nie wie, że tzw. ryt mozarabski (zwany też toledańskim czy izydoriańskim) istniał jedynie w kilku parafiach personalnych w diecezji Toledo, zaś obecnie istnieje już chyba tylko w wydzielonej kaplicy katedry w tym mieście (także w Salamance i w dwóch klasztorach - Montserrat i Santo Domingo de Silos). Nigdy więc nie było nawet diecezji z tym rytem jako własnym, a tym bardziej Kościoła. 

Drugi przykład, już dotyczący sedna tej dysputy dwóch młodzieńców:


Oto dla porównania to, co na prawdę mówi x. Tanquerey:



Tłumaczę dla niegramotnych w łacinie:

"Kościół Chrystusowy może zostać zdefiniowany jako społeczność ludzi pielgrzymujących pod nauczaniem i rządami prawowitych pasterzy, zaś zwłaszcza Biskupa Rzymskiego, dołączonych do jego wyznania wiary chrześcijańskiej i ich wspólnoty sakramentów, ku osiągnięciu wieczystego zbawienia." 

Warto zwrócić uwagę, że istotne jest po pierwsze wyznawanie wiary, po drugie wspólnota sakramentów, po trzecie zdążanie do celu ostatecznego, którym jest zbawienie dusz. Temu celowi służy nauczanie pasterzy oraz ich rządzenie. Ponadto istotne jest, że chodzi o ciągłość w nauczaniu wiary, nie o osobiste poglądy danych pasterzy. Wiara jest jedna, pasterzy jest wielu, także na przestrzeni wieków. Aktualny problem polega tym, że nauczanie sprawujących urzędy pasterskie w Kościele od ponad pół wieku odbiega - przynajmniej jak twierdzi FSSPX - od tego, czego nauczali pasterze Kościoła, zwłaszcza papieże wcześniej. O tym należy rozmawiać, a nie tylko pohukiwać sugestywnie na tych, którzy w taki czy inny sposób podnoszą problem. 

X. Malesa, jak każdy manipulator, jest dość sprawny w mieszaniu spraw na doraźny użytek, co by wyjść na swoje, a czyni to, nie wahając się nawet podnosić głosu na interlokutora:


Pomijając już nawet taki fakt, że - jako rzekomo filolog klasyczny - nie potrafi powiedzieć wyrażenia "ex cathedra" z prawidłowym akcentem, nie trudno zauważyć, że mamy tutaj do czynienia z sugestywnym pomieszaniem i niechlujstwem myślowym, którego nie da się pogodzić z rzetelną dyskusją. 

Po pierwsze, według teologii katolickiej nie ma dwóch "aspektów" nauczania nieomylnego, lecz są dwa sposoby uroczystego przedkładania nauczania nieomylnego: papież wraz z biskupami zgromadzonymi na soborze powszechnym oraz sam papież podający definicję dogmatyczną. Należy dodać, że na tym nie wyczerpuje się pojęcie nieomylności Kościoła, gdyż Kościół jest nieomylny także poza nauczaniem uroczystym (tzw. dogmatycznym w znaczeniu definiowania dogmatów wiary), mianowicie wtedy, gdy naucza czegoś stale i powszechnie. Także tutaj jest problem z nauczaniem pasterzy od Vaticanum II, gdyż FSSPX (i nie tylko) zarzuca im sprzeczność względem nauczania wszystkich wcześniejszych papieży, chociaż to nie było nauczanie zdogmatyzowane w znaczeniu uroczystych definicyj dogmatycznych. O tym należy rozmawiać, nie wymachiwać koniecznością jedności z Rzymem, w zanadrzu mając na myśli władze rzymskie od Vaticanum II, nawet jeśli jest poważny problem zgodności z tym, czego nauczała Stolica Apostolska przedtem i to przez całe wieki czyli faktycznie stale. 

Po drugie, x. Malesa dość podle sugeruje, jakoby FSSPX chciało być "poza Piotrem". To jest klasyczne ustawianie chochoła, żeby w niego walnąć. Problem jest w tym, że Piotr nie może zmienić zdania, tak samo zresztą jak Duch Święty, który prowadził Kościół poprzez wieki i nadal prowadzi. 

Po trzecie, dość prymitywną manipulacją jest utożsamienie jedności z Piotrem z danym - aktualnym - sposobem wyboru biskupów, który jak wiadomo był bardzo zmienny na przestrzeni wieków i dopiero od niewiele ponad sto lat jest scentralizowany i to również nie do końca (więcej tutaj). X. Malesa popisuje się tutaj wiedzą o kanonie Soboru Nicejskiego I w tej kwestii. Pomija jednak znów sedno sprawy, mianowicie sens teologiczny takiego a nie innego kanonu, którym jest zachowanie jedności we wierze objawionej przez Jezusa Chrystusa. Taki jest powód wszelkich regulacyj prawnych. Innymi słowy: to nie prawo stanowi o wierze, lecz wiara - oraz konieczność jej wiernego zachowania i nauczania - stanowi kanony prawne. 

Swoistym szczytem ignorancji, manipulacji w połączeniu z bezczelnością - i to z obydwu stron, choć w różnym stopniu - jest następujący fragment rozmowy:


X. Bańka popisuje się tutaj swoją niewiedzą, także co do samego Pisma św., co próbuje przykryć swoimi "myślami". A wystarczyłoby zajrzeć do Nowego Testamentu (więcej tutaj). Rzeczywiście nie ma w nim mowy o jakiejkolwiek ingerencji Piotra w wybór następców Apostołów. O tyle x. Bańka ma rację. Nie ma racji jednak, ograniczając kwestię do samego Pisma św. Natomiast zachowanie x. Malesy w tym momencie jest wybitnym połączeniem ignorancji, urojeń i pewności siebie (zakładając, że nie kłamie świadomie), co łatwo dostrzec porównując jego słowa z rzeczywistą treścią czy to Dziejów Apostolskich czy też Listu do Galatów. Chodzi mu zapewne o fragment w Gal 2,1-10, gdzie czytamy:

Potem po czternastu latach udałem się z Barnabą znowu do Jerozolimy, zabrawszy z sobą i Tytusa;

A udałem się tam na skutek objawienia i wyłożyłem im na osobności, zwłaszcza znaczniejszym, ewangelię, którą zwiastuję między poganami, żeby się czasem nie okazało, że daremnie biegnę czy biegłem.

Ale nawet Tytusa, który był ze mną, chociaż był Grekiem, nie zmuszono do obrzezania,

Nie bacząc na fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie, żeby nas podbić w niewolę,

A którym ani na chwilę nie ustąpiliśmy, ani się nie poddaliśmy, aby prawda ewangelii u was się utrzymała.

A co się tyczy tych, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem - czym oni niegdyś byli, nic mnie to nie obchodzi; Bóg nie ma względu na osobę - otóż ci, którzy cieszyli się szczególnym poważaniem, niczego mi nie narzucili,

Raczej przeciwnie, gdy zobaczyli, że została mi powierzona ewangelia między nieobrzezanymi, jak Piotrowi między obrzezanymi -

Bo Ten, który skutecznie działał przez Piotra w apostolstwie między obrzezanymi, skutecznie działał i przeze mnie między poganami -

Otóż, gdy poznali okazaną mi łaskę, Jakub i Kefas, i Jan, którzy są uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na dowód wspólnoty, abyśmy poszli do pogan, a oni do obrzezanych;

Mieliśmy tylko pamiętać o ubogich, czym się też gorliwie zająłem i co starałem się wykonać.


Gdzie tu jest mowa o jakimkolwiek ograniczeniu święcenia biskupów udzielanego przez św. Pawła, to najwyżej sam x. Malesa raczy wiedzieć. Szokujące jest natomiast, z jakim przekonaniem, a nawet wręcz napastliwością wypowiada coś, co jest po prostu nieprawdą. Nasuwa się więc poważne pytanie o kondycję przynajmniej duchową tego człowieka.  

Od manipulacji nie stroni także x. Bańka:


Niestety zapomniał tutaj dodać, że św. Atanazy nie święcił nikogo wbrew procedurom kanonicznym, które wówczas polegały na wyborze w ramach prowincji kościelnej, choć sam sprzeciwiał się wyborowi takich, którzy nie wyznawali wiary zdefiniowanej na Soborze Nicejskim. A to jest właśnie sedno sprawy: istotą godziwości wyboru jest zapewnienie nauczania i przekazywania prawdziwej wiary. O tym należy rozmawiać. 

Jest moment, w którym obydwaj dyskutanci błyszczą ignorancją, przy czym jeden z nich jednak w sposób wybitnie bezczelny, gdyż mistrzowsko usiłuje udawać posiadanie rzetelnej wiedzy, a zarazem potraktować interlokutora jak uczniaka w podstawówce:


No cóż, trzeba mieć ego zupełnie wystrzelone w kosmos, by być zdolnym do takiego wyczynu polemicznego. Oczywiście, o sprawie, o której mowa widocznie nie ma pojęcia ani jeden ani drugi z młodzieńców. Patriarchowie nigdy nie ustanawiali biskupów poza zasięgiem swojej jurysdykcji jako metropolici. X. Bańka widocznie nawet nie wie, że wówczas jeszcze nie było patriarchów w jakimkolwiek znaczeniu kanonicznym. Zaś to, co x. Malesa jemu zarzuca, mianowicie anachroniczne pomylenie okresu patrystycznego ze współczesnością, to sam dość prymitywnie popełnia, a nawet więcej, gdyż po prostu zmyśla. Nigdy w Kościele nie było kanonicznego wprowadzania na urząd biskupi przez cesarza, ani nawet wyboru przez cesarza. Istniało jedynie udzielanie tzw. regaliów, czyli wręczanie insygniów władzy (pierścienia i pastorału), lecz odbywało się to dopiero w państwie Franków, a to w sposób przemocowy, czyli uzurpatorski i niekanoniczny, co słusznie napotkało na rosnący sprzeciw ze strony papieży aż do słynnego sporu o inwestyturę (więcej tutaj). 

Mieszanie spraw oraz prawdy z fałszem, a przez to fałszowanie wyników jest specjalnością modernistów:


Tutaj x. Malesa myli nieomylność Kościoła z nieomylnością decyzyj dyscyplinarnych i wykraczających poza zakres władzy papieskiej. Nie wiem, czy on rzeczywiście nie zna nauczania dogmatycznego konstytucji Vaticanum I "Pastor Aeternus", czy tylko udaje na doraźny użytek. Już samo określenie "Stolica Apostolska" jest nieostre. Jeśli on ma na myśli wszelkie dokumenty wydawane czy to przez Kurię Rzymską czy przez papieży osobiście, to to zdanie jest ewidentnie nieprawdziwe. Według teologii katolickiej - i też według dogmatycznego nauczania "Pastor Aeternus" - zdefiniowana jest jedynie nieomylność papieża i to jedynie w szczególnych przypadkach aktów magisterialnych, jakimi są uroczyste definicje dogmatyczne. Jeśli on je miesza czy to z nauczaniem Vaticanum II czy też ze wszystkim, co od tego czasu wyprodukowały urzędy watykańskie, to po prostu oszukuje publiczność. 

Ignorancję teologiczną i równocześnie jego specyficzną mentalność ukazuje zwłaszcza następujący moment: 


Tymczasem do elementarza teologii katolickiej należy rozróżnienie między wymiarem materialnym a formalnym. Zatwierdzenie przez kompetentną władzę jest jedynie elementem formalnym katolickości. Istotny i w pewnym sensie bardziej konstytutywny jest aspekt materialny, czyli zarówno zgodność rytu z wiarą katolicką jak też stopień czy doskonałość jej wyrażenia przez dany ryt. Sam aspekt formalny z całą pewnością nie wystarczy do orzeknięcia katolickości. Kościół nie jest sektą autorytarną, gdzie aktualna władza dysponuje prawdą i może ją dowolnie zmieniać. Tego x. Malesa widocznie jednak nie ogarnia:


Szczególnie groteskowym sofizmatem jest powiedzenie, że o ciągłości urzędu stanowi to, że jeden papież może zadecydować dokładnie odwrotnie do decyzji swego poprzednika. To jest swoisty szczyt absurdu i zakłamania rzeczywistości. 

W pewnym momencie x. Malesy odkrywa swoje karty, aczkolwiek nie do końca: 


Tutaj charakterystyczne jest to, że nie dostrzega problemu ani u siebie, ani w strukturach Novus Ordo (zarówno diecezjalnych jak też rzymskich), lecz jedynie po stronie FSSPX. Z mojej strony nie muszę chyba udowadniać mojego krytycznego - czyli rozróżniającego - stosunku do tego ostatniego, gdyż dowodem jest wiele niniejszych wpisów w temacie. Nie popieram też wmawiania ludziom, że w ogóle nie wolno uczęszczać na liturgię Novus Ordo. Chodzi o uczciwość w widzeniu i ocenie sytuacji. A sytuacja wygląda w ten sposób, iż struktury Novus Ordo po pierwsze nie rozumieją i wolą nie widzieć potrzeby umożliwienia wiernym i kapłanom sprawowania liturgii tradycyjnej, a po drugie są bardzo łase na wszystko, co ten brak zrozumienia i chęci może choćby w sposób bardzo oddalony usprawiedliwić. Innymi słowy: już sympatia dla liturgii tradycyjnej jest według nich conajmniej podejrzana. Dlatego usilne odcinanie się od FSSPX jest mało skuteczne, a nawet praktycznie zupełnie nieskuteczne, czego dowodem jest właśnie haniebny bo kłamliwy dokument "Traditionis Custudes". Zarzekanie się, że chodzi jedynie o subiektywny głos serca, czyli uczucie religijne, świadczy jedynie albo o debilstwie modernistycznym, albo o obłudzie. 

Na szczęście nie zabrakło też mięsa w dyskusji, czyli sięgania do sedna problemu w sporze:


Szkoda, że żadna ze stron, ani moderator nie pociągnął tematu. W każdym razie chybiona jest próba zepchnięcia sprawy w kwestię dobrej czy złej woli. Jak powszechnie wiadomo, człowiek oprócz woli ma też rozum, który powinien panować nad wolą i wyznaczać jej cele. Jest to istotne zwłaszcza dlatego, że rozum katolika powinien być oświecony wiarą w Boże Objawienie. Jeśli czyny nie dadzą się z nią pogodzić, to nie jest to problem woli, przynajmniej nie przede wszystkim. Aczkolwiek wola bierze udział w przyjęciu Bożego Objawienia przez rozum. O tym trzeba mówić, a nie o tym, czy wszystkie kropki są połączone. 

Nie zabrakło też klasyka prymitywnej ideologii pseudokonserwatywnych katolików, a jest to odpowiedź na dość obszerne pytanie z publiczności:



Chodzi o zdanie, które ma swoje źródło w fałszerstwie historycznym znanym pod nazwą Constitutum Silvestri (więcej tutaj), a które trafiło do Kodexu Prawa Kanonicznego, kanon 1404: prima sedes a nemine iudicatur. Tutaj należy zwrócić uwagę przede wszystkim na to, że nie ma tutaj mowy o papieżu, lecz o Stolicy św. Piotra. Papieże się zmieniają, Stolica Apostolska trwa. To ona nie może być sądzona przez kogokolwiek, ani przez inne stolice biskupie, ani przez władców świeckich. To jest dość jasna i prosta zasada, gdyż w Kościele - i też ogólnie na ziemi - nie ma władzy wyższej niż Stolica Piotrowa. Z tego jednak wcale nie wynika, jakoby poszczególny papież jako osoba prywatny nie mógłby być sądzony, a to zarówno formalnie - w znaczeniu postawienia przed trybunałem - jak też w myślach i wyrażaniu ich. Czym innym jest bowiem urząd Piotrowy, a czym innym osoba ten urząd sprawująca. Osoba jest omylna i grzeszna, więc tylko urzędowi zapewniona jest trwała nieomylność w znaczeniu trwania prawdziwej wiary, której ten urząd służy. Tak więc x. Malesa popełnia tutaj elementarne błędy logiczne i teologiczne. A jest to typowe dla modnej w Polsce od wyboru Karola Wojtyły mentalności sekciarsko-papalistycznej jako pochodnej sekty wojtyliańskiej, gdzie dana osoba jest wręcz ubóstwiana, czyli stawiana ponad wiarą katolicką nauczaną w Tradycji Kościoła. 

Na koniec parę słów odpowiedzi na skierowane do mnie następujące pytanie: 


Po pierwsze, x. Malesa wcale nie jest rzymski, lecz polsko-wyszyńsko-wojtyliański, gdyż reprezentuje dość dokładnie mentalność modernistyczną ukształtowaną przez działania głównie tych osób, aczkolwiek w tym przypadku w wersji indultowej, która jednak jest pewnym zbliżeniem do katolicyzmu. 

Po drugie, x. Malesa jest dość typowym przykładem połączenia ignorancji z autosugestywną wiarą w siebie, a to nawet ze znamionami samouwielbienia powodującego napastliwość bez podstaw w rzeczywistości, więc jedynie z urojonymi podstawami. 

Po trzecie, w jego zachowaniu widać swoiste skundlenie w znaczeniu usilnego starania o przypodobanie się zarówno władzy jak też publiczności. Innymi słowy: to może być rodzaj odreagowywania doznanych upokorzeń przez wyżycie swojej - w tym wypadku urojonej - wyższości nad kimś, kim władza gardzi. 

Podsumowując:

Przykro jest słuchać i patrzeć na coś takiego. Tym bardziej, że sam redaktor jest wyraźnie zauroczony rzekomą "wiedzą" tych młodzieńców. Głównym problemem jest przy tym nie brak wiedzy, bo to każdemu się może zdarzyć w jakimś stopniu, lecz udawanie wiedzy, tudzież podawanie - przynajmniej niesprawdzonej - nieprawdy za prawdę. Aż chciałoby się wstydzić za nich, skoro oni wstydu widocznie nie mają. W takiej sytuacji powinni 
- po pierwsze, się dokształcić, 
- po drugie, przeprosić redaktora i całą publiczność za zgorszenie, którego się dopuścili,
- po trzecie, poprosić redaktora o możliwość odwołania i skorygowania bełkotów i kłamstw, których się dopuścili. 
To jest jedyny sposób naprawy zgorszenia. Choć osobiście wątpię, że do tego dojdzie. Jednak nie chcę tracić nadziei.