Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imigracja. Pokaż wszystkie posty

Kłamstwa Konrada Krajewskiego


Człowiek z ekipy bugniniańsko-bergogliańskiej (pupil ceremoniarza watykańskiego homosia Piero Marini'ego) zagrzmiał ostatnio do młodzieży polskiej w Rzymie kłamstwami typowymi dla agendy Soros'a i Schwab'a, bredząc odmóżdżająco i porównując Pana Jezusa do nielegalnych imigrantów, którzy szturmują granice Polski. Ujęte to zostało w ramach pospolitej obecnie bergogliańskiej ideologii fałszywego miłosierdzizmu. Oto istotne części tego wystąpienia:


Ten człowiek widocznie nie ma pojęcia o eklezjologii katolickiej, albo nie chce mieć pojęcia, albo jedno i drugie, a za to wyciera sobie twarz Ewangelią i to przedstawianą opacznie i fałszersko. Gada on wręcz tak, jakby nie znał wcale Ewangelii, jakby nigdy nie czytał ani nie słyszał, że na początku działalności Jezusa Chrystusa jest Jan Chrzciciel, który w dość niewybrednych słowach wzywał do nawrócenia i zmiany życia. Także sam Pan Jezus nigdy nie powiedział, że można być w Kościele niezależnie od nawrócenia i mimo braku porzucenia grzesznego życia. Tutaj Krajewski po prostu bredzi jak ignorant albo oszust, albo jedno i drugie. Zaś niesamowitą bezczelnością jest już samo użycie określenie "kochający inaczej", gdyż jest ono żywcem wzięte z zakłamanej ideologii zboczeńców. Krajewski bez cienia dystansu posługuje się tym określeniem jako należącym do własnego słownictwa (co zapewne nie jest przypadkowe). Przy tym widocznie nie zauważył, jak bardzo poniżył i splugawił uchodźców, stawiając ich w jednym szeregu z "kochającymi inaczej". Każdy normalny człowiek by się z tego powodu obraził i domagał się przeprosin. Nota bene: gdzie są ci tropiciele "lawendowej mafii" z x. Oko na czele? Boją się Krajewskiego bądź jego agenta na Polskę - Rysia?

Natomiast zasadniczym fałszem jest pomylenie i pomieszanie przynależności do Kościoła z prawem do osiedlania się na terenie danego państwa. To także świadczy o elementarnej ignorancji eklezjologicznej czy choćby nawet historycznej czy zdroworozsądkowej. Wszak nie trudno zrozumieć, że czym innym jest przynależność do Kościoła, a czym innym przynależność narodowościowa i państwowa. Mieszanie tych dwóch spraw jest błędem na poziomie szkoły podstawowej. Czyżby Krajewski nie wiedział, że Kościół jest społecznością nie związaną z danym krajem i narodem, podczas gdy każdy naród, podobnie jak każda rodzina, ma względnie powinno mieć swoje terytorium i swoją państwowość chroniącą prawa narodu?

Na podobnym poziomie jest zrównanie ucieczki św. Rodziny do Egiptu dla ratowania życia niemowlęcia z przybywaniem zdrowych i silnych młodych mężczyzn do Europy nie po to, żeby uczciwie pracować, lecz żeby żyć ze świadczeń socjalnych i podbijać Europę dla islamu. Jeśli Krajewski o tym nie wie, to żyje nie w tym świecie. A jeśli wie - i to jest o wiele bardziej prawdopodobne - to jest obłudnikiem, łgarzem i oszustem liczącym na ignorancję i debilizm umysłowy młodzieży, do której przemawia. Trzeba bowiem być zupełnie odciętym od rzeczywistości, by mówić to, co mówi Krajewski, bądź jemu wierzyć. On widocznie uważa ludzi za debili, którzy uwierzą ślepo jego zakłamanej sugestii. 


Tutaj Krajewski bezczelnie przyznaje się, że sprawuje spowiedź (i zapewne nie tylko) z pogwałceniem sakramentalnego porządku Kościoła. I wyjawia przy tym przewrotną, niekatolicką ideologię, którą wyznaje i którą się kieruje. Otóż widocznie nie wie i nie chce wiedzieć, jaki jest sens pokuty sakramentalnej i że jest ona konieczna według katolickiego rozumienia zarówno sakramentu pokuty jak też sakramentologii Kościoła. Posługuje się przy tym typowym pomieszaniem różnych spraw i dziedzin: szydzi z człowieka, który zgodnie z praktyką i z obrzędem Kościoła oczekiwał i domagał się wyznaczenia pokuty. Wszak to oczekiwanie wynika z porządku sprawiedliwości: skoro każdy grzech narusza ten porządek, to odejście od grzechu musi oznaczać i wymaga uczynków dobrych, które oznaczają uszanowanie i przywrócenie porządku sprawiedliwości. Krajewski natomiast bredzi o przebaczeniu "za darmo", "z miłości", tak jakby było to w sprzeczności z wartością i koniecznością pokuty. Tak więc on znowu albo nie rozumie najprostszych spraw, albo nie chce rozumieć, a chodzi mu o demolowanie katolickiego rozumienia sakramentu pokuty, posługując się populistycznie myśleniem pozornie "ewangelicznym", a w gruncie rzeczy protestanckim, gdzie nie ma autentycznej pokuty bo nie ma autentycznego odejścia od grzechu i autentycznego uświęcenia. To w protestantyzmie jest przyzwolenie na dalsze grzeszenie, ponieważ usprawiedliwienie - według herezjarchy M. Luder'a - polega nie na wewnętrznej przemianie człowieka lecz na przykryciu grzechów płaszczem zasług Jezusa Chrystusa. I to jest właśnie korzeń zapaści duchowej i moralnej krajów protestanckich i opanowanych przez modernizm pseudokatolicki. Krajewskiego sugestywne mówienie o "zapachu" niczego tu nie zmienia, tak samo jak perfumy niewiele pomagają komuś, kto się nie myje. 


Tutaj Krajewski dopuszcza się następnych kłamstw i manipulacji. Wyjaśniam:

Nie ma analogii między obecną inwazją nielegalnych imigrantów na Europę a imigracją do Ameryki. Jak dziecko już w szkole podstawowej wie, Ameryka potrzebowała rąk do pracy i legalnie wpuszczała, a nawet zapraszała imigrantów z Europy. Ci przybywali, żeby uczciwie pracować i przyczyniać się do rozwoju kraju, oczywiście także i równocześnie z budowaniem własnego dobrobytu. W Ameryce nie było wtedy - i chyba nadal nie ma - świadczeń socjalnych za nic nie robienie i życie na koszt podatników. I praktycznie nie było wśród tych imigrantów takich, którzy chcieliby podbić Amerykę dla islamu. To ma miejsce dopiero teraz w Europie od kilku dekad i to dość otwarcie, niemal oficjalnie. 

Nasuwa się też tutaj pytanie: Co Krajewski i cała banda bergogliańska, do której należy, uczyniła, by nie dopuścić do dalszej islamizacji Europy, bądź przynajmniej głosić przybyszom Ewangelię? Czy ktokolwiek z nich choćby próbował ich nauczać o Chrystusie? Dawanie im tylko wsparcia materialnego z całą pewnością nie wystarczy. Pan Jezus nakarmił rzeszę, która słuchała Jego nauki i trwała przy Nim, a nie tych, którzy chcieli żyć na koszt innych bez własnej pracy. 

Mamy więc do czynienia z dość bezczelnym oszukiwaniem i okłamywaniem młodzieży, co jest o tyle bardziej haniebne i karygodne, że odbywa się w purpurze. On widocznie ma ludzi za niesprawnych umysłowo, skoro wydaje mu się, że bezmyślnie będą łykać lewacką propagandę według agendy żydomasonerii. 

"List pasterski" z Łodzi czyli wycieranie sobie Pismem św. na doraźny użytek


O wypowiedziach tej osoby była już mowa kilkakrotnie (tutaj i tutaj). Obecnie wygląda na to, że pozostaje on wierny swojej linii czyli oszukiwaniu publiczności, aczkolwiek poziom oszukiwania staje się coraz podlejszy. Tym podlejszy, że w formie "listu pasterskiego" nakazanego do przeczytania w niedzielę w parafiach, przez co rażenie staje się szczególnie perfidne. Przy tej okazji należy wspomnieć, że - praktykowany chyba jedynie w Polsce - zwyczaj zastępowania homilii niedzielnej listem biskupa, konferencji biskupów czy nawet rektora KUL jest nadużyciem liturgicznym. Homilia nie jest i nie powinna być odczytem, nawet niezależnie od mądrości czy braku mądrości odczytywanego tekstu, lecz ma być żywym, realnym nauczaniem wiary katolickiej podanym przez tego, który wygłasza. Mówiąc "nowocześnie": ma być świadectwem wiary duszpasterza w danym miejscu i danej chwili, nawet jeśli jest on osobiście mniej mądry czy mniej inteligentny niż autor "listu pasterskiego". Kard. Ryś w swoim "liście pasterskim" na ostatnią niedzielę (20 lipca 2025) próbuje stworzyć pewien pozór homilii, przywołując czytania mszalne (z obrzędu Novus Ordo). Chciał widocznie sprawić wrażenie, że wszystko jest w porządku. Oczywiście biskup jako pierwszy ma prawo i obowiązek nauczania, a to nauczanie deleguje kapłanom do sprawowania tam, gdzie w danej chwili, w danej celebracji nie jest obecne. Z tego nie wynika jednak w żaden sposób, by miał prawo zastępować homilię, która jest częścią liturgii, swoim listem. 

Przejdźmy do treści owego "listu duszpasterskiego", który zresztą wzbudził już sporo głosów krytycznych, nawet protestów. Póki co, nie zauważyłem krytyki teologicznej, a przecież powinna być ona kluczowa. 

Twierdzenie, jakoby Abraham w dzień po obrzezaniu wyczekiwał gości przy wejściu do namiotu, świadczy nie tylko o zupełnej ignorancji exegetycznej, lecz o braku uważnego czytania Pisma św., przy tym to o bardzo bujnej a wypaczonej fantazji. O obrzezaniu Abrahama, jego syna i domowników jest mowa w poprzednim rozdziale (Rdz 17). Rozdział 18 zaczyna się od zdania, że Bóg ukazał się Abrahamowi, i nie ma tutaj żadnego odniesienia do chronologii. Jeśli ktoś twierdzi, że poszczególne rozdziały opisują poszczególne dni, to ani nie wie o specyfice Księgi Rodzaju (i w ogóle textów biblijnych), ani nie czyta choćby zdroworozsądkowo. 

Podobnie jest z Rysiową "interpretacją" miejsca, gdzie znajdował się Abraham. Nie trzeba mieć obfitej wiedzy geograficznej i historycznej, by wiedzieć, że w skwarze dnia wewnątrz namiotu jest najgoręcej, a wejście do namiotu daje zarówno cień jak też przewiewność. Nie ma więc podstaw budowanie narracji, jakoby Abraham dlatego znajdował się w tym miejscu, ponieważ chciał być gotowy na przyjęcie przybyszów. 

Owszem, ten fragment Księgi Rodzaju jest zwłaszcza w teologii i exegezie wschodniej niekiedy nazywany "gościnnością Abrahama". W tle znajdują się oczywiście ówczesne zwyczaje czyli typowa wschodnia gościnność, którą należy jednak rozumieć prawidłowo w kontekście kulturowo-historycznym. Mamy tutaj do czynienia ze społecznością plemienną, która jest oczywiście różna od społeczeństwa państwa czy nawet już miasta. Plemię jednoczyły więzy krwi bardziej niż terytorium. Ktoś spoza pokrewieństwa, a zwłaszcza ktoś z innego środowiska kulturowego, nie mógł stać się członkiem plemienia, lecz najwyżej albo niewolnikiem, albo tymczasowym gościem. Plemiona nie dzieliły się swoim terytorium czy posiadłością, lecz albo brały obcych jako klasę niższą i służebną, albo przyjmowały jedynie jako podróżnych czyli na krótkotrwały pobyt. Nie było to więc nigdy przyznawanie im praw właściwych dla członków plemienia, ani tym bardziej stawianie obyczajów obcych na równi z własnymi. Słynna gościnność wschodnia była więc wyznaczeniem i kulturalnym wyrażeniem granic swojego plemienia i też swojego terytorium, a nie naiwną otwartością na roszczenia przybyszów niezależnie od ich intencyj i zamiarów. 

Analogicznie należy powiedzieć: Jeśli by ktoś chciał przyjąć do swojego domu, na własnych koszt, dając mieszkanie i utrzymanie, kogoś obcego, gwarantując przy tym, iż ten obcy nie wyrządzi krzywdy ani komuś w rodzinie, ani tym bardziej komuś spoza rodziny, to sprawa byłaby zupełnie inna niż kwestia w obecnej dyskusji co do przyjmowania nielegalnych imigrantów z zagranicy. Te wymogi są wymogami minimalnymi. Należałoby dodać aspekt pożytku społecznego obecności takiej osoby. Jeśli by np. dana osoba zamierzała szerzyć np. fałszywy kult czy fałszywą ideologię, stanowiąc przy tym zagrożenie dla osób czy społeczności spoza rodziny czy wręcz państwa, to byłby to również powód dla państwowej ingerencji w prywatne prawo przyjęcia danej osoby czyli niedozwolenia na takie przyjęcie. Według katolickiej doktryny społecznej bowiem granicą praw indywidualnych jest zawsze dobro innych osób i to nie tylko materialne lecz także, a nawet przede wszystkim duchowe. Innymi słowy: nawet jeśli ktoś chce przyjąć obcego do swojego domu i na swoje utrzymanie, bez obciążania w jakikolwiek sposób kosztami społeczności czy budżetu państwa, to ma prawo to uczynić jedynie wtedy, gdy ten obcy nie stanowi zagrożenia także dla dobra duchowego innych osób, czy to w danej rodzinie czy tym bardziej w szerszej społeczności. 

Oczywiście jest kwestia stwierdzenia tego zagrożenia. Są jednak dość proste kryteria, zarówno indywidualne jak też wspólnotowe. Indywidualne to zwłaszcza zdolność i chęć do pracy, odpowiedni poziom moralny na poziomie przynajmniej prawa naturalnego. Do kryteriów wspólnotowych należy zwłaszcza wyznawana ideologia oraz religia. Jeśli dana osoba wyznaje ideologię czy religię sprzeczną choćby w jednej kwestii z prawem naturalnym, to stanowi to ewidentne zagrożenie przynajmniej dla dobra duchowego innych osób i tym samym powód do odmowy pobytu takiej osobie ze strony społeczności i państwa, nawet jeśli ktoś chciałby prywatnie "ugościć" daną osobę. 

Szczególnie perfidne jest przywoływanie tego fragmentu z Księgi Rodzaju w kwestii nielegalnych imigrantów wobec zdania w 18,2-3:

"A oddawszy im pokłon do ziemi, Abraham rzekł: O Panie, jeśli darzysz mnie życzliwością, racz nie omijać Twego sługi!"

Jak łatwo dostrzec już choćby zdroworozsądkowo w kontekście, a jak wykładają to wszyscy Ojcowie Kościoła i teologowie, Abraham oddał tutaj cześć Bogu, nie obcym przybyszom. Według św. Augustyna byli to aniołowie posłani przez Boga. Inni Ojcowie Kościoła dodają, że w przybyciu tych trzech wysłańców Bożych nastąpiło pierwsze objawienie Trójjedności Boga, na co wskazują słowa Abraham skierowane do przybyszów w liczbie pojedynczej ("Panie", "Twego"), nie w mnogiej. Jeśli kard. Ryś w tych przybyszach widzi jakąkolwiek analogię do nielegalnych imigrantów, to albo nie potrafi czytać prostych słów ze zrozumieniem, zwłaszcza z uwzględnieniem exegezy katolickiej i ogólnochrześcijańskiej, albo po prostu bezczelnie oszukuje publiczność licząc na jej niezdolność do rozumienia prostych zdań. 

Kard. Ryś zmyśla, że Abraham "miał pragnienie gościnności", czyli jakby tylko czekał, aby kogoś obcego ugościć. Nic z tego nie ma w tekście biblijnym. Nie ma też niż o "śmiertelnikach", lecz jest mowa o trzech "mężczyznach" (Septuaginta: τρεις ανδρες). Text talmudycznych masoretów nie może być miarodajny, ponieważ jest skażony fałszerstwami antychrześcijańskimi. 

Kłamstwem jest zwłaszcza czasowe oddzielenie ukazania się Boga Abrahamowi od ujrzenia owych trzech "mężów". Pierwsze zdanie (Rz 18,1) jednoznacznie łączy jedno z drugim przez składnię. Nie ma więc następstwa czasowego, lecz jest to opis jednego zdarzenia: objawienie Boga wydarzyło się w nawiedzeniu przez wysłańców Bożych, których liczba - według zgodnego zdania Ojców Kościoła i teologów chrześcijańskich - jest objawieniem Trójjedności Boga, zresztą stanowczo odrzucanej przez judaizm i islam. 

Kłamstwem jest także, jakoby Abraham ugościł "trzech obcych wędrowców". Wszak poznał w nich kogoś, kogo nazwał "Panem" i oddał cześć okazywaną Bogu. 

Podobnie ma się rzecz z przywołaniem słów Pana Jezusa z Ewangelii św. Mateuszowej. Otóż wystarczy czytać ten fragment (Mt 25, 31-45) ze zrozumieniem w kontekście bliższym i dalszym, by dostrzec, jak fałszywe i przewrotne jest posługiwanie się tymi słowami przez kard. Rysia. Gdy bowiem Pan Jezus mówi i głodnych, łaknących, obcych, nagich, chorych i uwięzionych, jakby utożsamiając się z nimi, to z całą pewnością nie ma na myśli kogoś, kto płaci przemytnikom kilka tysięcy dolarów, żeby dostać się do Europy i tam żyć na koszt ludzi uczciwie pracujących. Takie utożsamienie - prezentowane regularnie przez pseudokatolickich pachołków lewaków i globalistów - jest fałszujące właściwy sens tych słów Ewangelii i bluźniercze względem Jezusa Chrystusa. 

Kolejnym szczytem fałszu i absurdu jest powiązanie goszczenia Pana Jezusa w domu Marty, Marii i Łazarza z przyjmowaniem nielegalnych imigrantów. Czyżby kard. Ryś twierdził, że Pan Jezus był dla tej rodziny obcym przybyszem, domagającym się mieszkania i utrzymywania? Przecież to jest tak potężne zakłamanie i absurd, że nawet nie wymaga żadnego komentarza. 

Fałszem jest także twierdzenie, jakoby według katolickiej doktryny społecznej każdy miał prawo imigrować i osiedlać się tam, gdzie ma ochotę. Otóż nie ma takiej zasady w całym nauczaniu Kościoła, a Ryś nie jest też w stanie wskazać dokumentu Magisterium, który by takową zasadę podawał. Wręcz przeciwnie, gdyż z głównych zasad Magisterium w kwestiach społecznych - czyli subsydiaryzmu i solidaryzmu - wynika dokładnie coś innego, mianowicie konieczność odpowiedniej proporcji i harmonii między prawami i obowiązkami indywidualnymi z jednej strony, a prawami i obowiązkami zbiorowymi z drugiej. Innymi słowy: z katolicką doktryną społeczną wprost sprzeczna jest praktyka polegająca na przyjmowaniu osób niechętnych i niegotowych i niezdolnych do odpowiedniego wkładu w dobro społeczeństwa i państwa, a nawet wręcz zagrażających temu dobru, przynajmniej przez życie na koszt społeczeństwa i państwa, gdyż do tego sprowadza się pobyt większości imigrantów przyjmowanych w Europie od dziesięcioleci. Do tego dochodzi zagrożenie realne życia i zdrowia, a przede wszystkim zagrożenie duchowe poprzez nawet nie ukrywany zamysł przejęcia Europy przez islam. 

Nie mniej fałszem jest twierdzenie, jakoby z jedności rodzaju ludzkiego wynikało prawo do dowolnego osiedlania się gdziekolwiek. Otóż oprócz jedności rodzaju ludzkiego jest także podstawowa, ustanowiona przez Boga komórka społeczeństwa jaką jest rodzina. Rodzice, zwłaszcza ojciec rodziny, ma obowiązek zabezpieczyć byt i bezpieczeństwo swojej rodzinie. Analogicznie każda społeczność i państwo, które powinno być rodziną rodzin, ma obowiązek zabezpieczyć swoim obywatelom i rodzinom bezpieczeństwo zarówno materialne jak też dobro duchowe, popierając prawdziwą religię, jaką jest religia katolicka. Wynika z tego prawo i obowiązek nieprzyznawania takich samych praw osobom spoza danego społeczeństwa i państwa, zwłaszcza gdy zagraża to bezpieczeństwu kogokolwiek w państwie. Owszem, w sytuacjach nadzwyczajnych, gdy ktoś obcy jest zmuszony chronić swoje życie, wolno a nawet należy udzielić mu koniecznego schronienia tymczasowego, oczywiście na zasadach gościa i też z obowiązkiem uczciwej pracy na swoje utrzymanie. Z całą pewnością z jedności rodzaju ludzkiego nie wynika darmowe, bez jakichkolwiek zobowiązań dzielenie się dobrostanem, a to choćby z tego powodu, że taka sytuacja demoralizuje zarówno przybysza jak też własnych obywateli przyzwyczajanych w ten sposób mentalnie do życia na czyjś koszt, co jest niczym innym jak kradzieżą. 

Ostatni temat "listu pasterskiego" to komisja ds. badania pedofilii w Kościele. Właściwie nie ma to nic wspólnego z pierwszym tematem. To jest zapewne zagranie taktyczne. Kard. Ryś ma zapewne świadomość, że swoją linią w pierwszym temacie nie znajdzie ani uznania ani poparcia u większości Polaków, a nawet wręcz przeciwnie. Dlatego postanowił włączyć temat, który gwarantuje mu powszechne i szerokie poparcie i uznanie publiczności. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z autentyczną troską o ofiary - rzeczywiste czy rzekome - tego typu czynów ze strony przedstawicieli hierarchii Kościoła. Mógł już dawno podjąć odpowiednie kroki, zresztą podane już od wielu lat w wytycznych wydanych przez Stolicę Apostolską. Czynności komisji, którą stworzył i prowadził dotychczas abp Wojciech Polak - zresztą poplecznik poglądowy abpa Rysia - sprowadzały się do podlizywania się lewacko-liberalnym środowiskom i mediom, aż do zawożenia rzekomych ofiar pedofilii do Rzymu na spotkanie z Franciszkiem, tudzież do obłożenia wszystkich duchownych podatkiem na rzecz funduszu, z którego mają być wypłacane zadośćuczynienia rzeczywistym bądź rzekomym ofiarom. Już sam pomysł takiego podatku jest przewrotny i podły. Wszak jakim prawem ktoś ma sięgać do kieszeni kogoś niewinnego na rzecz płacenia za kogoś winnego (rzeczywiście bądź rzekomo)? To jest dość podłe działanie dla zapewnienia sobie sympatii i poklasku zarówno lewacko-liberalnych środowisk i mediów jak też naiwnej gawiedzi nie ogarniającej, na czym sprawa polega. Według tej podłej zasady wymyślonej przez abpa Polaka i jego ekipę wszyscy duchowni w Polsce przez płacenie owej daniny muszą de facto uznać swoją winę ja występki - rzeczywiste bądź rzekome - znikomego odsetka przedstawicieli duchowieństwa. Zaiste przewrotne działanie, zwłaszcza w wykonaniu najwyższych przedstawicieli hierarchii Kościoła w Polsce. 

Mamy więc do czynienia niestety z następnym, a tym razem szczególnie głośnym epizodem działalności Grzegorza Rysia, która niestety nie odbiega od jego dotychczasowych fałszerskich poczynań nawet jeszcze z okresu krakowskiego przed karierą w hierarchii. Szczytu kariery sięgnął za poprzedniego pontyfikatu, co też nie jest przypadkiem. Tym bardziej potrzebny jest trzeźwy sprzeciw, wykazujący fałsz i błędy. 

Na koniec jeszcze istotna uwaga. Otóż autor tegoż "list pasterskiego" usiłuje stworzyć wrażenie, jakoby przedstawiał czystą Ewangelię czyli nauczanie Kościoła (niby w ramach i według wzoru "gościnności" Abrahamowej oraz Chrystusowej zasady traktowania "obcych"). Co jest oczywiście kłamstwem, wobec wskazanych powyżej faktów. Faktycznie zabiera on głos w aktualnej debacie społeczno-politycznej, opowiadając się jednoznacznie po stronie tych, którzy forsują i popierają przyjmowanie i osiedlanie nielegalnych imigrantów w Polsce i nie tylko, czyli środowisk skrajnie lewackich i antychrześcijańskich. Z pozycji wysokiego urzędu w hierarchii, który piastuje, niestety może wyrządzić szkodę wielu umysłom nieświadomym zakłamania i ślepo ufającym w kompetencję i prawowierność osoby na takim urzędzie. Dzięki Bogu jednak podniosło się sporo głosów, głównie katolików świeckich. Oby też nie brakowało głosów teologów i duchownych, dających prawdziwą orientację katolikom oraz szukającym prawdziwego nauczania Kościoła. 

Czy z nauczania Jezusa Chrystusa wynika obowiązek przyjmowania imigrantów?






Słowa Pana Jezusowe o przyjmowaniu przybyszów (Mt 25) są w tym temacie zwykle nadużywane w sposób teologicznie niekompetentny i fałszujący.

Przede wszystkim, w teologii katolickiej, która stosuje podstawowe zasady hermeneutyki biblijnej, nigdy nie interpretuje się i nie używa jakiegokolwiek fragmentu Pisma św. w oderwaniu od kontextu bliższego i szerszego. Sposób, w jaki obecnie wykorzystuje się te słowa, przypomina raczej protestancki biblicyzm, który jest w sobie sprzeczny, i nie ma nic wspólnego z teologią katolicką czy nawet w ogóle z rzetelną egzegezą.

Mówiąc skrótowo: na Sądzie Bożym będzie rozliczany każdy indywidualnie z tego, jak i do czego wykorzystał swoje siły, zdolności i środki. Nie będzie rozliczana ani społeczność, ani państwo. Tym samym adresatem obowiązku pomocy potrzebującym jest każdy indywidualny wierzący, wobec konkretnej potrzeby w konkretnej sytuacji. Obowiązek ten oczywiście nie może wykraczać poza osobiste możliwości i osobistą odpowiedzialność, także w rozeznaniu danej potrzeby w przypadku danej osoby.

Także dokumenty Kościoła są zwykle cytowane i wykorzystywane wbrew ich właściwej treści w kontekście. Zasada, że imigrant ma być traktowany jako "człowiek", nie może oznaczać pomijania takiego traktowania tych, na których koszt imigrant chce żyć (zwykle nie pracując i nie mając zamiaru pracować) i którym imigrant zagraża swoim potencjałem przestępczym czy wręcz zbrodniczym. Każdy obywatel państwa jest także człowiekiem i ma tym samym prawo do ochrony swego życia, mienia i wartości duchowych, również przed zagrożeniem płynącym z imigracji osób obcych kulturowo, cywilizacyjnie i religijnie.

Zadaniem państwa nie jest przyjmowanie nachodźców, podobnie jak nie jest nim karmienie głodnych, pojenie spragnionych, odwiedzanie chorych i więźniów. Zadaniem państwa jest troska o dobro narodu, zwłaszcza duchowe, i ochrona tego dobra przed zagrożeniem.

Tym samym przyjmowanie imigrantów może się odbywać wyłącznie indywidualnie i wyłącznie na swój prywatny koszt. Także duchowni nie mają prawa przeznaczać na ten cel ofiar wiernych danych Kościołowi na inne cele. Duchowny, tak samo jak każdy katolik, może przyjąć przybysza wyłącznie na swój osobisty koszt. Oczywiście, gdy przybysz jest chory czy bez własnej winy głodny i bezdomny, to dotyczą go zwykłe zasady pomocy bliźnim w potrzebie.

Czymś innym jest sprowadzanie i dawanie utrzymania przybyszom, którzy we własnym zakresie i we własnym kraju mogą zapracować czy zdobyć swoje utrzymanie. Równocześnie obowiązuje zasada, że mają oni prawo i obowiązek pozostania w swojej ojczyźnie i pracowania dla niej (o ile nie są zmuszeni do opuszczenia jej dla ratowania życia i zdrowia), tym samym należy im pomóc najpierw w ich własnej ojczyźnie.

Z drugiej strony, obowiązek pozostania w ojczyźnie i troski o nią wynika ze sprawiedliwości, o ile rodzice i społeczność ojczysta zapewnili wychowanie i wykształcenie, ponosząc znaczne koszty także materialne. Uszanowanie tego i sprawiedliwość wymagają pewnego "zwrotu" tego długu, co oczywiście może mieć różną postać. Zwłaszcza wobec rodziców obowiązuje pomoc i zapewnienie opieki na starość. Nie jest to wypełnione tylko przez umieszczenie w domu opieki.

Oczywiście mogą być powody wyższej rangi, które usprawiedliwiają opuszczenie rodziny i ojczyzny. Tak jest w razie konieczności zapewnienia sobie i rodzinie bytu przez pracę za granicą. Jeszcze wyższą rangę mają racje duchowe, jak chociażby wstąpienie do stanu duchowego i wyjazd na misje.

Opuszczenie ojczyzny z powodu łatwiejszego zdobycia środków do życia nie daje uprawnienia do opieki ani przez obce państwa, ani przez osoby indywidualne. Obce państwo może przyjąć imigrantów jedynie wtedy, gdy służy to dobru danej społeczności, przede wszystkim duchowemu. Ani osobom indywidualnym, ani państwu nie wolno narażać dobra własnych obywateli dla korzyści czy to imigrantów czy jakiejś grupy politycznej.

Zadaniem państwa jest czuwanie nad tym, czy działanie obywateli także w tej sprawie jest w zgodzie z dobrem wspólnym. Jeśli imigranci są zagrożeniem dla dobra wspólnego narodu i państwa, państwo ma prawo ograniczyć czy nawet zakazać prywatną działalność w tej sprawie. Wynika to z prawa naturalnego, które jest potwierdzone i odnowione w Bożym Objawieniu. Pan Jezus z całą pewnością ani nie nakazał ani nawet nie zachęcał do działania zagrażającego życiu niewinnych czy także nawet wartościom duchowym jak chrześcijański charakter społeczeństwa i państwa. Imputowanie Zbawicielowi takowej nauki czy intencji jest sprzeczne nie tylko z treścią Ewangelii, lecz także nawet ze zwykłą logiką.

Katolik a sytuacja na granicy

 


Sprawa jest właściwie prosta. Jeśli by chodziło o osoby, które potrzebują schronienia z powodu zagrożenia życia czy prześladowań, to obowiązkiem chrześcijańskim jest udzielenie pomocy. Stąd nie wynika jednak obowiązek przyjęcia na teren naszego kraju, tym bardziej, że Białoruś jest krajem dla tych osób pod tym względem bezpiecznym. Tym samym wystarczy udzielenie pomocy humanitarnej na terenie Białorusi, co oczywiście nie powinno oznaczać wspierania działań władz owego kraju. 

Ponadto należy z góry informować na arenie międzynarodowej, że granice nie są otwarte dla każdego. Każdy kraj ma prawo i obowiązek dbać o bezpieczeństwo swoich obywateli i swojego państwa, które może być zagrożone przez dziką i wręcz bardzo ryzykowną imigrację. Tak jak każdy ma prawo i obowiązek czuwać nad tym, by do jego domu nie dostał się ktoś, kto może stanowić potencjalne zagrożenie dla domowników, tak też i państwo ma obowiązek kontrolować wjazd na swój teren. 

Może być tak, że o schronienie proszą i go potrzebują chrześcijanie prześladowani w kraju islamskim. Wówczas oczywiście jest obowiązek pomocy, o ile te osoby wiarygodnie wykażą, że są chrześcijanami i poszukują schronienia w zagrożeniu życia czy prawa wyznawania swojej wiary. 


Czy grzechem jest opuszczanie nowych wezwań w Litanii Loretańskiej?

 


Ani odmawianie Litanii Loretańskiej, ani tym bardziej jej części nie jest obowiązkiem katolika. Obowiązkiem jest natomiast wyznawanie wiary katolickiej w jej pełni. W jej skład wchodzi prawda, że istotne i ważniejsze jest zbawienie dusz, nie dobrobyt doczesny, który jest celem większości, czy nawet prawie wszystkich imigrantów. Owo wezwanie sugeruje raczej prośbę o dobrobyt doczesny, z pominięciem dobra duchowego, czyli nawrócenia i włączenia do Kościoła Chrystusowego. W danym kontekście stanowi ono dość wyraźnie narzędzie indoktrynacji w duchu bezwarunkowego przyjmowania imigrantów, podczas gdy celem bądź przynajmniej faktycznym skutkiem imigracji jest islamizacja krajów i regionów niegdyś chrześcijańskich. Dlatego zastrzeżenie jest słuszne i wolno, a nawet trzeba wyciągnąć z tego konsekwencje. To znaczy, że bojkotowanie tego wezwania jest zasadne i wskazane. W duchu można i należy zastąpić je prośbą o łaskę nawrócenia dla nich. 

Oczywiście nie jest to wbrew posłuszeństwu kościelnemu. Papież nie jest władcą absolutnym w dziedzinie duchowej, czyli prawd wiary i moralności, lecz ich sługą (najwyżej jako władca świecki, czyli głowa państwa watykańskiego, ma władzę absolutną w znaczeniu politycznym). Jeśli błądzi i wprowadza w błąd w tych sprawach, wówczas nie tylko prawem, ale i obowiązkiem jest sprzeciw. W takiej kwestii jak wprowadzenie nowych wezwań do litanii nie zachodzi nieomylność papieska, ani formalnie, ani tym bardziej materialnie. 

Czy Pan Jezus nakazał przyjmowanie imigrantów?



W kontekście debat i dyskusyj w związku z przyjmowaniem tzw. uchodźców regularnie pojawia się argumentowanie słowami Pana Jezusa z mowy o Sądzie Ostatecznym (Mt 25): "byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie". Czy to przywoływanie jest słuszne? Jakie właściwe znaczenie mają te słowa Pana Jezusa?

Do głównych zasad katolickiej egzegezy biblijnej należy, że każde pojedyncze zdanie musi być rozumiane w kontekście bliższym i dalszym. Jedno zdanie oderwane od całości Bożego Objawienia nie może być rozumiane poprawnie, tzn. zgodne z jego właściwym sensem.

Mowa o Sądzie Ostatecznym apeluje o miłość bliźniego. Pod tym względem treść nie jest nowością, gdyż właściwie tylko łączy w całość nakazy zawarte zasadniczo już w Starym Testamencie, także odnośnie "przybyszów". Tym samym nakaz Pana Jezusowy należy rozumieć także w świetle starotestamentalnych reguł w tej sprawie. Najpierw trzeba zauważyć, że w oryginale biblijnym nie chodzi o imigrantów, czyli przybywających na stałe osiedlenie się, lecz o gości, czyli tymczasowo przebywających. To jest zasadnicza różnica. Tym samym jest już w Starym Testamencie obowiązek gościnności, ale NIE ma obowiązku odstępowania ziemi i dóbr na stałe posiadanie i tworzenie społeczeństwa - mówiąc współczesnym językiem - wielokulturowego i wieloreligijnego. Stary Testament jest pełen przestróg i zakazów mieszania kultów i religij. Społeczność Izraela miała być zawsze jednolita pod względem religijnym a także etnicznym. W świetle Nowego Testamentu aspekt etniczny stracił pierwotne znaczenie w odniesieniu do Kościoła jako rzeczywistości nadprzyrodzonej. Z pewnością nie stracił znaczenia aspekt religijny. Zaś aspekt etniczny należy uznać za nadal aktualny na płaszczyźnie prawa naturalnego i jest w tym znaczeniu zgodny z wiarą katolicką.
Nowość i tym samym właściwa treść tej mowy polega na utożsamieniu się Pana Jezusa z potrzebującymi, także z przybyszami.

Chodzi więc przede wszystkim o spojrzenie na potrzebujących  - o widzenie w nich Chrystusa, Syna Bożego, który stał się Człowiekiem. Jest to więc apel o przełożenie miłości do Boga, do Chrystusa na miłość bliźniego ze względu na dzieło Zbawienia przez Wcielenie Syna Bożego. Tym samym Pan Jezus nie daje nowego nakazu etycznego odnośnie przybyszów, lecz nadaje mu nowy, jedyny w swoim rodzaju sens, który jest możliwy dopiero i w świetle Jego dzieła Zbawienia. Oznacza to także, że reguły starotestamentalne także w tej kwestii nie straciły na aktualności, lecz zyskały nowe światło i moc.

Byłoby kardynalnym błędem sprowadzanie odpowiedzialności przez Bogiem na Sądzie Ostatecznym do uczynków miłości bliźniego co do ciała. Nie pozwalają na to zwłaszcza dwa zasadnicze powody:
- Pan Jezus każde uzdrawianie ciała zaczynał od przebaczenia grzechów czyli uzdrowienia duszy,
- także uczniom nakazał głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu, przyczyniać nowych uczniów oraz chrzcić, czyli włączać do wspólnoty wiernych tzn. Kościoła.

Tymczasem przyjmowanie tzw. uchodźców obecnie odbywa się z zarówno praktycznym jak też ideologicznym wykluczeniem nauczania ich wiary katolickiej oraz przyjmowania do Kościoła. O ile jest to poniekąd zrozumiałe ze strony państwa ateistycznego (które zresztą także nie jest i nie może być neutralne światopoglądowo, gdyż promuje i popiera ateizm), o tyle ze strony katolików świeckich jak też hierarchii takie postępowanie oznacza fundamentalne zafałszowanie czy przynajmniej elementarne nieporozumienie odnośnie właściwej treści Ewangelii w świetle nauczania Kościoła.

Należy też wziąć pod uwagę, że bycie przybyszem w znaczeniu użytym w Piśmie św. jest czymś zasadniczo innym niż bycie imigrantem przyciągniętym świadczeniami socjalnymi, czyli życiem na koszt tubylców, czy tym bardziej z motywacją podboju demograficznego i polityczno-religijnego, dla którego obce państwa budują meczety. Jest to owszem skrajny przykład, jednak trafnie ilustrujący zasadniczy, wręcz bluźnierczy błąd w używaniu słów Pana Jezusa: czyż Pan Jezus powiedziałby, że jest dżihadystą przemyconym do kraju chrześcijańskiego w celu popełnienia zbrodni z nienawiści do chrześcijaństwa?