Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrystologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrystologia. Pokaż wszystkie posty

Czy wiejski wikary obronił "koroneczkę"?


Względnie nową gwiazdeczką internetową stał się (i raczej pozostanie tylko gwiazdeczką) x. Piotr Piekart z Archidiecezji Krakowskiej. Podobno ma jakieś ciągotki do liturgii tradycyjnej. Jeśli tak jest, to jest to już coś. Jednak zdecydowanie za mało, zwłaszcza w zestawieniu z poziomem intelektualnym i tym samym teologicznym, jaki reprezentuje, jak to widać na niniejszym przykładzie. 

Otóż zwrócono mi uwagę na jego wystąpienie w kwestii wiadomej "koroneczki". Jedyną zaletą tego wystąpienia jest to, że jest krótkie. Jego autor widocznie tkwi po uszy w fałszywej propagandzie łagiewnickiej, gdyż bezmyślnie ją powtarza.

Najpierw zaczyna niby dobrze:


Nie wiem, czy to słuszne twierdzenie wynikło u niego z tego, że czytał niniejszego bloga. Może niekoniecznie. Ciąg dalszy jest już bowiem katastrofalny, gdyż miesza różne sprawy i zupełnie wyłącza rozumowanie:

Wymachując fragmentem z dokumentów Soboru Trydenckiego widocznie nie zauważa, o czym on właściwie mówi. Jak już wielokrotnie zwracałem na to uwagę (por. tutaj), a powinno to być właściwie jasne dla każdego myślącego człowieka:

- Po pierwsze Sobór mówi o obecności eucharystycznej, nie o Ofierze Eucharystycznej, a jest to dość istotna różnica w jest kwestii, skoro liturgia rzymska (i to zarówno tradycyjna jak też Novus Ordo) mówi o ofiarowaniu już PRZED Konsekracją, mianowicie w obrzędzie ofiarowania. 

- Po drugie, czym innym jest kwestia, kim jest Jezus Chrystus, a czym innym kwestia, z czego Jezus Chrystus złożył Ofiarę na krzyżu. Wszak każda Ofiara Mszy św. jest uobecnieniem właśnie Ofiary Krzyżowej i w Nowym Przymierzu NIE ma i nie może być żadnej innej ofiary. 

Tutaj jest sprawa dość prosta: Jezus Chrystus z całą pewnością nie złożył w ofierze Swojego Bóstwa, ponieważ musiałby Ojcu złożyć w ofierze także Jego (Ojca) Bóstwo. Natomiast złożył w ofierze Swoje ludzkie życie, gdyż to ono zostało zabite i nic innego nie mogło zostać zabite czyli ofiarowane. 

Innymi słowy: przytaczanie słów Soboru Trydenckiego w kwestii ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa jest zupełnie nie na temat, lecz próbą odwrócenia uwagi od właściwego problemu. 

Wiejski wikary idzie dalej, mianowicie przechodząc niby płynnie do tematu ofiarowania: 


On tutaj próbuje wybrnąć przez wykręt: unika rozróżnienia na Bóstwo i Człowieczeństwo. A to jest oszustwo. Owszem, w języku pospolitym, nieprecyzyjnym teologicznie można by tolerować wyrażenie, że Jezus Chrystus jest ofiarowany. Jednak herezją już jest powiedzenie, że CAŁY Jezus Chrystus jest ofiarowany, gdyż On nie ofiarował Ojcu Swojego Bóstwa (które jest też Bóstwem Ojca). 

Następnym argumentem jest rzekomy autorytet x. Ignacego Różyckiego, rzekomo uznanego przez teologów rzymskich, co jest zresztą całkowitą nieprawdą, ponieważ dopiero Jan Paweł II za swoich rządów w Watykanie przeforsował włączenie "opinii teologicznej" x. Różyckiego do akt beatyfikacji s. Faustyny, która jest zresztą na zupełnie dennym poziomie (miałem możliwość zapoznania się z aktami), gdyż nie dorównuje nawet książce, na którą powołuje się wiejski wikary:


Tutaj po pierwsze widać, że x. Różycki jest heretykiem, skoro uważa, że Pan Jezus na krzyżu ofiarował całego Siebie. Po drugie, wiejski wikary wydaje się tutaj być jednak mądrzejszy od Różyckiego, gdyż ostatecznie próbuje wybrnąć przez zupełne pominięcie ofiarowania, a zastępując je prośbą o miłosierdzie "przez wzgląd" na całego Jezusa Chrystusa. No cóż, to jest poniekąd mistrzostwo krętactwa i oszukiwania ludzi, niestety typowe dla bagienka krakówkowego. 

W sumie widać, że problem żyje i to jest najważniejsze. Apologeci "koroneczki" podejmują przeróżne chwyty, choć właściwie takie same i tak samo prymitywne, zakładające niewydolność umysłową katolików i podatność na zagadanie sprawy niby mądrze brzmiącym bełkotem. Prawda jednak ostatecznie zwycięży. A upadek oszustów będzie z łomotem. 


Pech24 w obronie faustyno-sopoćkizmu



Znane środowisko nie ustaje w gorliwym udowadnianiu swej wierności dla novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego. Tego dobitnym przykładem jest regularne wyznawanie fałszywej religii łagiewnickiej, która w znacznym stopniu zastąpiła religię katolicką głównie w Polsce. 

Punktualnie na dzisiejszą niedzielę "Quasi modo" czyli Białą wrzucili tekścik swojego nadwornego "dogmatyka" w habicie cysterskim. O nim była już raz mowa (tutaj). O całym towarzychu pech24 już kilkakrotnie (tutaj, tutaj, tutaj). Idźmy jak zwykle po kolei.

1.

Pierwszy problem, który Strumiłowski omawia: 
"że w słowach Koronki wierny świecki wyraża akt ofiarowania Chrystusa Ojcu przedwiecznemu, co w mniemaniu adwersarzy trąci uzurpacją władzy kapłańskiej". 

Odpowiada:
"Zauważyć tutaj możemy, że świecki nie jest podmiotem składającym, lecz współskładającym i że ofiarowuje siebie wraz z Chrystusem. Zarzut zatem wydaje się nie pozbawiony sensu."
Oraz powołując się na texty biblijne:
"Powyższe teksty mówią oczywiście o współofiarowaniu siebie. Chrześcijanin do takiej ofiary jedynie jest zdolny i do takiej ofiary jest zobowiązany."

Następnie przywołuje NIE zatwierdzone przez Kościół słowa rzekomego anioła z Fatimy:
"Podobnie jak w modlitwie Anioła z Fatimy (1916 r., zatwierdzonej przez Kościół): „Trójco Przenajświętsza, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa…”."

Czyli popełnia kardynalny błąd teologiczny, przedstawiając niezatwierdzone przez Kościół rzekome objawienie prywatne (więcej tutaj) jako źródło teologiczne. 


2. 

Jeszcze gorzej radzi sobie z kwestią ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa. Mówi najpierw słusznie:
"Otóż z teologicznego punktu widzenia Syn Boży stał się człowiekiem, aby oddalonego i odwróconego przez grzech człowieka przywrócić w akcie ofiary Bogu. Ofiarowanie oznacza bowiem oddanie, przekazanie. Syn zatem w sobie samym oddaje Ojcu wszystko, co stanowi przyjętą przez niego naturę ludzką. Bóstwo w takiej perspektywie nie podlega ofiarowaniu, gdyż jest czymś własnym i wspólnym całej Trójcy."

Następnie jednak kombinuje:
"Gdybyśmy chcieli trzymać się sztywno formuły, że Chrystus nie tyle ofiarował siebie, ale tylko swoje człowieczeństwo, to popadlibyśmy nieuchronnie w herezję nestorianizmu, która zbyt radykalnie oddziela to, co ludzkie, i to, co boskie w Chrystusie."
I jeszcze:
"Zatem faktem jest, że Bóstwo samo w sobie nie podlega ofiarowaniu, gdyż Bóstwo jest tym, co Ojciec posiada z natury. Jednak nie można powiedzieć, że Syn ofiarował człowieczeństwo jako coś przyjętego przez siebie, lecz odrębnego. Syn w człowieczeństwie ofiarował Siebie. Albo inaczej: stawszy się człowiekiem, jako człowiek ofiarował siebie Ojcu."

Tak więc najpierw Strumiłowski niby zmierza we właściwym kierunku:
"I chociaż przedmiotem ofiarowania ściśle rzecz ujmując jest to, co stanowi istotę człowieczeństwa, to jednak podmiotem ofiarowania jest Osoba – a podmiotem osoby Chrystusa (także w ludzkiej naturze) jest Boski Logos. Zatem nie możemy powiedzieć, że Chrystus ofiarował Bóstwo. Nie możemy też powiedzieć, że ofiarował jedynie abstrakcyjny element człowieczeństwa. Możemy powiedzieć, że ofiarował siebie, a w sobie ofiarował człowieczeństwo."

Jak łatwo zauważyć, miesza on tutaj przedmiot z podmiotem, popadając przy tym w herezję monofizytyzmu czy przynajmniej monoteletyzmu, skoro według niego podmiotem ofiarowania jest Boski Logos, a nie Osoba Bosko-Ludzka Jezusa Chrystusa, który jest - od momentu Wcielenia - równocześnie zarówno Boskim Logosem jak też Człowiekiem zrodzonym z Mariji Dziewicy. Ta jedna Osoba Boga-Człowieka mogła złożyć w ofierze wyłącznie Swoje Człowieczeństwo, ponieważ Jej Bóstwo istotowo i nierozerwalnie było i jest zjednoczone z Bogiem Ojcem. Kto dopuszcza możliwość ofiarowania Bóstwa, ten neguje to nierozerwalne zjednoczenie i tym samym tożsamość Bóstwa Ojca i Syna, które jest istotowo jedno (więcej tutaj). 

Dalej Strumiłowski mówi:
"Ta prawda zawiera się także w orzeczeniach soboru Trydenckiego. Podczas Ofiary Mszy ponawia się ofiara Chrystusa. Chrystus staje się obecny w świętej Hostii i dokonuje (ponawia i uobecnia) swoją ofiarę. Co jest przedmiotem tej ofiary? Jest nią sama Hostia ofiarowana Ojcu (o czym świadczy chociażby modlitwa ofiarowania w Vetus Ordo). A ta Hostia to nie jest samo człowieczeństwo Chrystusa, ale w tej Hostii zawiera się Ciało i Krew, dusza i Bóstwo."

Tutaj już totalnie miesza i bełkocze. Otóż:

- Sobór Trydencki mówi o obecności eucharystycznej, nie o ofiarowaniu, które odbywa się we Mszy św. Oto dowód: 


Jeśli ktoś nie potrafi dostrzec tej prostej różnicy, to ma problem z elementarną logiką. Według prostej logiki czym innym jest być kimś i mieć coś, a czym innym jest dać coś ze siebie czy coś swojego. Wypadałoby, żeby doktor habilitowany teologii nawet modernistycznej dysponował zdolnością ogarnięcia tego rozróżnienia. 

- Słusznie Strumiłowski przywołuje modlitwę ofiarowania chleba w tradycyjnym mszale (św. Piusa V). Problem w tym, że on widocznie nie zauważa, iż w tym momencie ofiarowana hostia jest jedynie kawałkiem niekwaszonego chleba, a nie Ciałem Chrystusa. Tak więc akurat ta modlitwa jest dowodem przeciw jego argumentacji, ponieważ wyraża ona dość jasno, że ofiarowany jest chleb, czyli rzecz stworzona, która dopiero w Przeistoczeniu staje się Ciałem Chrystusa, które jednoczy w sobie Człowieczeństwo i Bóstwo. 

- W kwestii, co jest ofiarowane we Mszy św. (a pierwotnie na Krzyżu), kluczowe są słowa Przeistoczenia: "to jest Ciało Moje, które za was będzie wydane", "to jest Krew Moja, która za was i za wielu będzie wylana". Jak dość jasno widać, Pan Jezus nie powiedział, że wydaje Siebie, ani tym bardziej Swoje Bóstwo, lecz Swoje Ciało i Swoją Krew. To zupełnie jednoznacznie rozstrzyga problem. 

Strumiłowski jednak nie poddaje się, lecz usiłuje dzielnie walczyć w obronie herezji faustyno-sopoćkowej: 

"Jeśli formułę modlitwy rozumiemy jako wyliczenie elementów ofiarowania (co swoją drogą jest niezgodne z naturą Ofiary Chrystusa, która jest aktem osobowym), to rzeczywiście w liczbie tych elementów nie powinno być Bóstwa. Jeśli jednak rozumiemy to wyliczenie jako określenie pełni ofiarowującego się Chrystusa (jak robi to Sobór w określeniu Hostii jako całego Chrystusa – wraz z Ciałem, Krwią, duszą i Bóstwem), wtedy niczego kontrowersyjnego w tej modlitwie nie ma. Nie mówi ona w takim ujęciu bowiem o ofiarowaniu tego elementu, którym jest Bóstwo, ale mówi o integralności i pełni aktu, w którym Syn, stawszy się człowiekiem, oddał siebie Ojcu w ofierze Krzyża."

Tutaj nasuwa się już pytanie, czy on jest świadom tego, co pisze, skoro usiłuje wmówić odbiorcom, że wyliczenie nie jest wyliczeniem. To - według niego - Pan Jezus nie mógł podyktować s. Faustynie ofiarowania Siebie lecz musiał podyktować ofiarowanie ciała, krwi, duszy i Bóstwa, żądając przy tym, żebyśmy nie myśleli o ofiarowaniu Bóstwa? Kogo ta banda oszustów łagiewnickich próbuje oszukiwać (za sprawą protektorów masona Sopoćki, którymi byli Wyszyński i Wojtyła, niestety aż nadto skutecznie)? 

Na podobnym poziomie intelektualno-teologicznym jest końcowy "argument" Strumiłowskiego:

"Ze względu na tę piękną złożoność i integralność doktryny katolickiej Kościół po wieloletnim badaniu pism s. Faustyny nie tylko nie znalazł w Koronce żadnej herezji, ale zatwierdził kult Bożego Miłosierdzia, kanonizował s. Faustynę i ustanowił Niedzielę Miłosierdzia Bożego oraz odpusty za odmawianie Koronki. Gdyby formuła była teologicznie wadliwa, nie byłoby to możliwe."

Tutaj widać, że Strumiłowski nie zadał sobie najmniejszego trudu, by zapoznać się z historią badania sprawy. Gdyby to uczynił, to by musiał przyznać, że przebiegała ona zupełnie inaczej niż głosi fałszywa propaganda łagiewnicka, o czym świadczą dokumenty archiwalne. On woli jednak tkwić w naiwnej mentalności trepa, który ślepo wierzy we wszystko, co wyrządził Kościołowi Lolek z Wadowic, nawet wbrew faktom i przeciw wierze katolickiej. 

Jak lefebvrianie bronią koronkę s. Faustyny? (z post scriptum)

Okazuje się, że lefebvrianie podejmują próby obrony koronki s. Faustyny. Robią to nie z miłości do Jana Pawła II, lecz dla usprawiedliwienia swego przywódcy na Polskę, x. Karl'a Stehlin'a, który w swoim "dziele" o objawieniach fatimskich naiwnie i zarazem ignorancko, bez choćby cienia elementarnej krytyki źródłowej podaje tzw. modlitwę anioła z Fatimy, zawierającą także słowa o ofiarowaniu Bóstwa Jezusa Chrystusa. Tenże przywódca zresztą od dawna nie widzi żadnego teologicznego problemu w koronce, łącząc ją regularnie z - zresztą fałszywie przez niego przedstawianymi - objawieniami fatimskimi jak chociażby tak (źródło tutaj):


Tak więc x. Stehlin po pierwsze samozwańczo uznaje tzw. objawienia anioła z Fatimy za autentyczne i wchodzące w skład uznanych przez Kościół objawień w Fatimie, co jest kłamstwem. Po drugie uznaje tzw. modlitwę anioła z Fatimy z jej słowami o ofiarowaniu Bóstwa Jezusa Chrystusa (więcej tutaj) za autentyczną i zgodną z teologią katolicką, co jest także kłamstwem. Oto wypowiedź jednego z jego wiernych pachołków, zresztą dość wiernie oddająca propagandę łagiewnicką:





Sprawę już wielokrotnie omawiałem (wpisy można znaleźć tutaj pod etykietą "koronka do miłosierdzia Bożego"). Jednak odniosę się także do tej wypowiedzi, która próbuje stworzyć pozory rzetelności teologicznej, a faktycznie jest jedynie mieszającym ignoranckim bełkotem. Po kolei. 


ad 1/

Tylko zupełny ignorant w teologii i liturgii może twierdzić, jakoby w modlitwie ofiarowania podczas Offertorium, czyli przed Konsekracją chodziło o ofiarowanie całego Jezusa Chrystusa. Już dziecko pierwszokomunijne wie, że w tym momencie na ołtarzu jeszcze nie jest obecne Ciało Jezusa Chrystusa i tym samym Jego Bóstwo. Potwierdza to modlitwa ofiarowania wina, która mówi wprost o "kielichu zbawiennym", nie o Jezusie Chrystusie. Jest więc jasne, że w tym momencie ofiarowywany jest chleb i wino jako dary stworzone - postacie przeznaczone do tego, by się stały Ciałem i Krwią Chrystusa. Jest to więc jedynie przygotowanie do Konsekracji, podczas której dopiero pod postaciami chleba i wina staje się obecne Ciało i Krew Chrystusa. Tak więc modlitwy ofiarowania chleba i wina dowodzą raczej przeciwieństwa tego, co pisze autor owego bełkotu: tutaj ofiarowywane są dary stworzone, a nie Ciało i Krew Chrystusa. 

Mówienie o ofiarowywaniu całego Chrystusa wraz z Bóstwem świadczy również o zupełnej ignorancji teologicznej. Otóż we Mszy św. ofiarujemy to, aż to i tylko to, co ofiarował sam Jezus Chrystus na krzyżu. Czy ofiarował On także Swoje Bóstwo? Oczywiście nie. Komuż miałby ofiarował je ofiarować? Wszak Bóg Ojciec jest tym samym Bogiem co i Syn, czyli ma TO SAMO (nie tylko TAKIE samo) Bóstwo. Zauważył to nawet główny apologeta koronki s. Faustyny x. Ignacy Różycki (więcej tutaj). 

Ponadto: u żadnego teologa katolickiego i też oczywiście w żadnym dokumencie Magisterium Kościoła na przestrzeni wieków nie ma twierdzenia, jakoby Jezus Chrystus ofiarował Swoje Bóstwo. Z prostej przyczyny: to by oznaczało, iż Jego Bóstwo nie jest tym samym, co Bóstwo Boga Ojca, a to jest herezja ariańska. 

Apologeci koronki s. Faustyny regularnie popełniają tutaj dość prymitywny błąd: z faktu, iż pod postaciami eucharystycznymi obecne jest Człowieczeństwo i Bóstwo Jezusa Chrystusa (jak mówi o tym słusznie całe nauczanie Kościoła wraz z Soborem Trydenckim), chcą wyciągać wniosek, iż we Mszy św. ofiarowywane jest także Bóstwo Jezusa Chrystusa. To jest po pierwsze nielogiczne, ponieważ czym innym jest obecność a czy innym jest czynność ofiarowania, a po drugie jest herezją polegającą na oddzieleniu Ofiary Mszy św. od Ofiary Krzyżowej. Jeśli - zgodnie z nauczaniem Kościoła - przyjmujemy, że we Mszy św. nie odbywa się nic innego jak uobecnienie Ofiary Jezusa Chrystusa na krzyżu, to także we Mszy św. nie może być ofiarowywane nic innego niż to, co sam Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu, a z całą pewnością nie było to Jego Bóstwo, ponieważ umarł jedynie co do Swojego Człowieczeństwa (tylko natura ludzka jest śmiertelna), natomiast co do Swojego Bóstwa - wszak tożsamego z Bóstwem Ojca - nie mógł umrzeć, gdyż natura boska - czyli jedno Bóstwo Ojca i Syna i Ducha - jest nieśmiertelna. To są proste sprawy i wystarczy trzymanie się prostej logiki. Tutaj widocznie sekta faustyno-sopoćkańska i sekta stehliniańska mają ten sam problem. 

Przy tej okazji autor powyżej podanego bełkotu wykazuje swoją ignorancję teologiczną odnośnie do nestorianizmu. Otóż istotą nestorianizmu jest negowanie, że podmiotem w Jezusie Chrystusie jest Osoba Syna Bożego współistotnego Ojcu i nierozerwalnie zjednoczona z Ojcem. Jeśli ktoś twierdzi, że we Mszy św. ofiarowane jest Bóstwo Jezusa Chrystusa, a nie neguje tożsamości sakramentalnej Mszy św. z Ofiarą na krzyżu, to twierdzi, że Jezus Chrystus czyli Syn Boży będący w istotowej jedności z Ojcem ofiarował Ojcu to Bóstwo, które jest też Bóstwem Ojca, a to jest absurd. Innymi słowy: z jedności natury ludzkiej i natury boskiej w Osobie Syna Bożego wcale nie wynika, jakoby Syn Boży złożył Ojcu ofiarę zarówno ze Swego Człowieczeństwa jak i ze Swego Bóstwa. Wręcz przeciwnie: Boskość Osoby Jezusa Chrystusa (jeśli rozumiemy są jako współistotną Ojcu) oznacza jedność z Ojcem co do Bóstwa i tym samym wyklucza tegoż ofiarowanie. Jak zauważył nawet x. Różycki, nie ma innej logicznej i tym samym teologicznej możliwości: albo ofiarowanie Bóstwa Jezusa Chrystusa jest niemożliwe, albo rozumie się to Bóstwo jako różne od Bóstwa Boga Ojca, a to jest herezja ariańska. 


ad 2/ 

Tutaj autor ponownie wykazuje brak elementarnej logiki w myśleniu. Otóż czym innym jest kwestia, co jest ofiarowane, a czym innym jest kwestia, kto ofiarowuje. 

Bezsprzecznie jedynie sam Bóg mógł dokonać doskonałą ofiarę dla zbawienia świata. A jak to było możliwe? Właśnie tylko przez Wcielenie Syna Bożego czyli przyjęcie przez Niego stworzonej ludzkiej natury, ponieważ tylko to, co stworzone, może być ofiarowane. Gdyby można było ofiarować Bogu Bóstwo, to Wcielenie byłoby zbyteczne, a Pan Bóg nie czyni nic, co byłoby zbyteczne (lex parsomoniae). 


ad 3/ 

Także tutaj zachodzi brak elementarnej logiki i tym samym prawidłowości teologicznej. Czym innym jest kwestia, kim jest Jezus Chrystus, a czym innym kwestia, co Jezus Chrystus złożył w ofierze na krzyżu. To jest elementarne rozróżnienie między podmiotem ofiary a przedmiotem ofiary. To jest logika na poziomie szkoły podstawowej. Zaś w wymiarze teologicznym chodzi o rozróżnienie między obecnością na ołtarzu, a ofiarowaniem na ołtarzu. Teologicznie pewne jest, że po Konsekracji na ołtarzu obecny jest Jezus Chrystus w Swoim Bóstwie i Człowieczeństwie. Z tego nie wynika jednak w żaden sposób, jakoby Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu zarówno Swoje Człowieczeństwo jak i Bóstwo. Skoro Jezus Chrystus nie ofiarował na krzyżu Ojcu Swojego Bóstwa, ponieważ to Bóstwo jest tożsame z Bóstwem Ojca, to także we Mszy św. nie odbywa się ofiarowanie Bóstwa Jezusa Chrystusa lecz Jego Człowieczeństwa. O nieskończonej wartości tej ofiary decyduje fakt, że jest to Człowieczeństwo Syna Bożego, a nie to, że ofiarowane jest Jego Bóstwo. 


Inne twierdzenia autora to:


4) 

Ponowne pomylenie kwestii, co przyjmujemy w Komunii św. (czyli kwestii obecności eucharystycznej), oraz kwestii, co Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu. Wyłożyłem to już wyżej. 

Dochodzi oczywiście kwestia autentyczności i wiarygodności tzw. modlitwy anioła z Fatimy. Ponieważ nie należy ona do uznanych przez Kościół objawień w Fatimie, katolikowi pod grzechem ciężkim NIE WOLNO uznawać jej za autentyczną i wiarygodną. Gdyby były uznana, to by było wolno uznawać ją za taką, ale nie byłoby takiego obowiązku, jak w przypadku każdego uznanego przez Kościół objawienia prywatnego. Tym samym powoływanie się na tę modlitwę w argumentacji teologicznej świadczy o elementarnej ignorancji co do zasad teologii katolickiej, bądź o świadomym ich odrzucaniu, co jeszcze gorzej świadczy o kimś takim, gdyż zdradza mentalność bardziej podobną do sekt protestanckich niż typową dla katolika. 


5)

Zarzut, jakoby odrzucenie ofiarowania Bóstwa oznaczało "rozdzielenie Chrystusa":

Także tutaj przejawia się ignorancja teologiczna połączona z brakiem elementarnego logicznego myślenia. Odróżnianie nie jest rozdzielaniem, a brak odróżnienia świadczy o pomieszaniu Bóstwa i Człowieczeństwa, co jest właśnie herezją. Jeszcze raz: czy Pan Jezus na krzyżu rozdzielił Swoje Bóstwo i Człowieczeństwo? Oczywiście nie. Według teologii katolickiej - poświadczonej nawet w książeczce "Ćwiczeń duchowych" św. Ignacego z Loyoli, którego lefebvrianie rzekomo bardzo cenią - w śmierci Jezusa Chrystusa na krzyżu umarło Jego ciało, zaś dusza - wszak jest nieśmiertelna - pozostawała cały czas zjednoczona z Bóstwem. Doszło więc do rozdzielenia wewnątrz Człowieczeństwa Jezusa Chrystusa, to znaczy oddzielenia duszy od ciała, co oznacza śmierć czyli ofiarę życia. Skoro dusza jako nieśmiertelna nie umarła, lecz doznała oddzielenia od ciała, to tym bardziej nie mogło umrzeć Bóstwo Jezusa Chrystusa, które jest tożsame z Bóstwem Ojca. Jedynie "bóstwo" ujmowane jako różne od Bóstwa Boga Ojca mogłoby umrzeć czy doznać jakiejś zmiany oznaczającej ofiarę. Jednak przypisywanie takiego "bóstwa" Jezusowi Chrystusowi jest herezją i potężnym bluźnierstwem. 


6) 

Zarzut sprzeczności z nauczaniem Soboru Trydenckiego:

Tutaj autor popisał się już bardzo wybitnie albo urojeniami, albo bezczelnym wprowadzaniem w błąd. Ani Sobór Trydencki, ani żaden inny dokument Magisterium Kościoła, ani nawet żaden teolog katolicki nigdy nie nauczał, jakoby Jezus Chrystus ofiarował się Trójcy Przenajświętszej z ciałem, krwią, duszą i bóstwem. Nie wiem, skąd ów autor bierze taki bełkot. Jest owszem nauczanie (poświadczone chociażby w podręczniku dogmatyki katolickiej x. Ludwig Ott, więcej tutaj), że w Ofierze Krzyżowej - i tym samym we Mszy św. - Jezus Chrystus jako Syn Boży czyli jedna Osoba bosko-ludzka jest zarówno podmiotem (czyli ofiarnikiem-kapłanem) jak też adresatem ofiary jako Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej. Tym bardziej nie jest możliwe, by ofiarował coś innego niż Swoje Człowieczeństwo, dokładniej Swoje doczesne życie. 


7) 

Zarzut "niweczenia" dzieła Zbawienia:

To jest już zupełny odlot autora. Szczegóły wyłożyłem już powyżej. 


Podsumowując:

Mamy tutaj do czynienia z wyjątkowo bezczelną ignorancją teologiczną, która obraża nawet elementarną logikę, bez której nie ma solidnej i zdrowej teologii. Równocześnie jest to świadectwo nędzy zarówno intelektualnej jak i moralnej, skoro ktoś nie dysponując widocznie nawet podstawową wiedzą teologiczną porywa się na taką pseudoargumentację i to formułując tak absurdalne zarzuty. Sapienti sat. 



Post scriptum

W łonie FSSPX są jednak myślący krytycznie i mający odwagę wyrazić publicznie krytykę. Przykład tutaj


Krytyka ogranicza się niestety tylko do kwestii dyscyplinarnej. 

X. G. Strzelczyk o Bogu czyli marxistowsko-miłosierdzistowska apostazja w natarciu


O niektórych wypowiedziach x. Grzegorza Strzelczyka, który jest jedną z gwiazd kręgów skrajnie modernistycznych, było mi już dane wypowiedzieć się (tutaj i tutaj i tutaj). Niestety ponownie trafiłem na kolejne oszustwo tego człowieka, co zresztą już nawet nie zaskakuje. Chodzi o następującą wypowiedź:


To jest istotny fragment szerszej wypowiedzi, gdzie on przemianę w rozumieniu relacji między miłosierdziem a sprawiedliwością - konkretnie obecne stawianie miłosierdzia ponad sprawiedliwością, czego punktem kulminacyjnym mają być "objawienia" s. Faustyny (czyli oszustwo x. Sopoćkowe) - sprowadza do dwóch przyczyn:
- przemiany społeczne oraz zmiana sytuacji Kościoła w świecie po rewolucji francuskiej
- studiowanie Pisma św. i Ojców Kościoła. 

Ten pierwszy wątek jest tak prymitywny i absurdalny, tudzież wyraźnie śmierdzący marxizmem, że go nawet nie trzeba obalać. To jest urojenie, którego jedyną podstawą jest mentalność marxistowska, według której stosunki społeczne determinują ideologię, a do ideologii w znaczeniu marxistowskim x. Strzelczyk widocznie sprowadza teologię. 

Drugi wątek wymaga oczywiście sprawdzenia w źródłach, zwłaszcza w źródle podanym przez x. Strzelczyka, którym jest list papieża św. Leona Wielkiego do biskupa Konstantynopola Flaviana tzw. Tomus ad Flavianum (źródło tutaj). Oto istotne dla kwestii fragmenty tegoż pisma, zresztą dość krótkiego, choć bardzo treściwego:


Istotne zdanie brzmi w tłumaczeniu dokładnym roboczym:

"Przybrał postać sługi bez brudu grzechu, powiększając to, co ludzkie, nie umniejszając tego, co boskie: ponieważ owo ogołocenie, przez które to, co niewidzialne, przedstawiło się jako widzialne, a Stwórca i Pan wszystkich rzeczy chciał być jednym dla śmiertelnych, stał się skłonieniem zmiłowania, nie brakiem mocy. Tak to ten, który pozostając w postaci Boga uczynił człowieka, ten sam w postaci sługi stał się człowiekiem. Utrzymuje bowiem bez pomniejszenia swoją właściwość przez obydwie natury: i tak jak nie niszczy postaci sługi postacią Boga, tak też postaci Boga nie pomniejszył postacią sługi. Albowiem, ponieważ diabeł chełpił się, że człowiek zwiedziony jego oszustwem pozbawiony został Bożych darów, oraz że poddany został surowemu wyrokowi śmierci, pozbawiony daru nieśmiertelności, i że w swoich nieszczęściach znalazł sobie jakąś pociechę z towarzyszenia grzesznika; i że Bóg także, z racji domagającej się sprawiedliwości, zmienił własne postanowienie względem człowieka, którego stworzył w takiej godności; trzeba było zarządzenia tajemnego planu, aby niezmienny Bóg, którego wola nie może być pozbawiona dobroci, spełnił pierwsze postanowienie Swojej łaskawości wobec nas poprzez tajemnicę bardziej ukrytą, i żeby człowiek, który przez podstępność diabelskiej niegodziwości został wprowadzony w winę przeciw woli Boga, nie zginął."

Zapewne do tego fragmentu odnosi się wypowiedź x. Strzelczyka. Jak widać, nie ma on wiele wspólnego z tym, co twierdzi Strzelczyk. Otóż według św. Leona, co dość wyraźnie mówi, to nie szatan domagał się sprawiedliwości względem człowieka, czyli ukarania go za grzech, lecz ukaranie za grzech wynikało z Bożej sprawiedliwości, która w żaden sposób nie jest pomniejszona przez Wcielenie Syna Bożego czyli dzieło zbawienia. To Wcielenie jest "tajemnicą bardziej ukrytą", a nie miłosierdzie. Wcielenie jest "uratowaniem" pierwotnego przeznaczenia człowieka do udziału w chwale Bożej, co jest oczywiście dziełem dobroci Bożej. Innymi słowy: diabeł w swej chytrości myślał, że Pan Bóg pozostawi człowieka w stanie grzechu, do którego on go zwiódł. Nie wziął przy tym pod uwagę, że zarówno miłosierdzie jak też sprawiedliwość wobec człowieka domaga się także wskazania mu drogi wyjścia z grzechu, do którego doprowadził człowieka szatan. Tak więc Wcielenie - czyli dzieło Zbawienia - jest dziełem zarówno miłosierdzia jak też sprawiedliwości. Nie ma więcej ŻADNEJ sprzeczności ani nawet rywalizacji między Bożą sprawiedliwością a Bożym miłosierdziem, wbrew temu, co twierdzi fałszywa ideologia faustyno-sopoćkizmu i wraz z nią x. Strzelczyk. 

Idźmy dalej:


Tutaj św. Leon mówi wyraźnie, że miłosierdzie nie oznacza zmiany w Bogu. 


Tutaj mówi jasno, że Syn Boży ma Bóstwo wspólne z Ojcem, co wyraźnie przeczy koronce s. Faustyny. 


Tutaj św. Leon mówi, że miłosierdzie dotyczy wyłącznie tych, którzy się poprawiają i nawracają, ono więc nie jest więc bezwarunkowe, jak to jest w fałszywej ideologii Faustyno-Sopoćkowej. 

Widać, że sprawa jest poważna. Nie dziwi więc, że wyznawcy faustyno-sopoćkizmu - jak x. Strzelczyk - zaczynają jakoś reagować na poważne zarzuty, aczkolwiek czynią to w sposób niekompetentny, nierzetelny i zakłamany. Prawda jednak z całą pewnością zwycięży. 

Liturgia Godzin przeciw koronce s. Faustyny


Jako że od zawsze modlę się tylko brewiarzem tradycyjnym, dowiedziałem się dopiero teraz - dzięki wskazówce jednego z P. T. Czytelników - że tzw. Liturgia Godzin czyli brewiarz Novus Ordo zawiera text Fulgencjusza z Ruspe, który potwierdza niemożliwość ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa (źródło tutaj). Jak widać w podanym powyżej fragmencie, Jezus Chrystus jako Osoba Boska czyli w Swoim Bóstwie jest adresatem ofiary na krzyżu, która jest uobecniana we Mszy św. Z tego wynika niemożliwość bycia przedmiotem ofiarowania czyli bycia ofiarowanym. Tak zawsze głosiła i głosi wiara i teologia katolicka. Tym samym koronka s. Faustyny zawiera herezję chrystologiczną, o czym była tutaj już wielokrotnie mowa. 

Czy Pan Jezus był Żydem?

 

Odpowiedź zależy od pojęcia bycia Żydem. Należy odróżnić:
- pojęcie etniczne
- pojęcie religijne
- i to ówczesne oraz
- obecne czyli nam współczesne. 

Jest dość oczywiste i powinno być powszechnie znane, że w czasach Pana Jezusa nie było obecnego pojęcia narodowości. Zaś także obecnie są różne pojęcia narodowości. Zasadniczo są to dwa rodzaje:
- pojęcie według pochodzenia z krwi, czyli według pochodzenia genetycznego, oraz
- pojęcie kulturowe, czyli bardziej związane z miejscem i środowiskiem urodzenia i wychowania.
Żydowskie pojęcie narodowości ponadto wiąże ściśle tożsamość genetyczną (zrodzenie z matki Żydówki) z tożsamością religijną czyli przynależnością do religii niegdyś Mojżeszowej a obecnie judaistycznej czyli talmudycznej. 
Jest oczywiste, że błędem byłoby pomieszanie tych różnych pojęć. 

Co do pochodzenia z krwi od przodków, czyli genetycznie Pan Jezus pochodził z pokolenia Judy. 
Jako że przestrzegał religii Mojżeszowej, to był żydem w znaczeniu przynależności do tej wspólnoty religijnej. 
Jednak rodzinnie, czyli kulturowo pochodził z Galilei i był uważany za Galilejczyka, nie za Judejczyka czyli Żyda. Zresztą sami ówcześni Żydzi, czyli Judejczycy, nie uważali Go za Żyda, lecz gardzili nim jako pochodzącym z Nazaretu, czyli z Galilei. Stąd się bierze także hebrajskie, pogardliwe określenie chrześcijan נצרים (nōṣrīm), czyli nazarejczycy. 

Tak więc z całą pewnością należy powiedzieć:

Pan Jezus nie był Żydem w znaczeniu współczesnym, czyli w sensie przynależenia do narodowości uważanej obecnie za żydowską, z którą wiąże się nieodłącznie religia talmudyczna, istotnie różna od religii Mojżeszowej, jaka istniała za czasów Pana Jezusa. 

Nawet ówcześnie, czyli za życia ziemskiego, nie spełniał - według ówczesnych przywódców narodu - w całości wymogów przynależności do narodu żydowskiego. 

Był natomiast z całą pewnością Żydem w znaczeniu potomka Dawida, który jako Mesjasz doskonale i ostatecznie wypełnił i spełnił Boże Objawienie dane przez Mojżesza, tworząc prawdziwy Lud Boży, którym jest Jego Kościół, którego On jest Głową. 

Obecnie niestety regularnie manipuluje się tym pojęciem w interesie judaizacji Kościoła oraz zafałszowania prawdy o współczesnym judaiźmie talmudycznym, który ma niewiele wspólnego z właściwą religią żydowską czyli Mojżeszową za czasów Pana Jezusa. Jeśli bycie Żydem definiuje się według pojęcia talmudycznego, to Pan Jezus z całą pewnością nie był Żydem, gdyż musiałby gardzić samym Sobą i Swoim Objawieniem. Takiemu właśnie pomieszaniu i właściwie podważeniu prawdziwości chrześcijaństwa służy zwykle obecne nazywanie Pana Jezusa Żydem, tak jakby bliżej Mu było do talmudystów niż do katolików etnicznie nie będących Żydami, co jest oczywiście fałszem. 

Czy Polsce grozi apostazja? (z post scriptum)

 


Natrafiłem niedawno na książkę reklamowaną przez środowiska niby konserwatywne katolickie. Autorem jest młody teolog cysters (okładka powyżej). Przejrzawszy ją mogę powiedzieć, że zgadzam się z jej zasadniczymi tezami, choć nie ze wszystkimi szczegółami. Oprócz cennych uwag widać w niej także pewną powierzchowność, zbytnie uproszczenia i niedojrzałość myśli.

Natrafiłem jednak także na fragment, który świadczy niestety o porażeniu teologicznego myślenia autora przez wszechobecną propagandę faustyno-sopoćkizmu. Chodzi konkretnie o kwestię ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa, którą poruszałem tutaj już wielokrotnie (por. etykieta "Faustyna"). Oto fragment:

Mimo swej krótkości, fragment zawiera kilka herezyj, czy przynajmniej wypowiedzi tchnących herezją:

1. Powiedzenie, że Syn jest całkowicie w Ojcu, może być rozumiane jako negacja różności Osób Boskich. Przyjmijmy życzliwie, że autor z rozpędu tego nie zauważył. 

2. Jednoznacznie heretyckie jest natomiast powiedzenie, że kenoza (o której mówi św. Paweł w Flp 2,7) oznacza wywłaszczenie istoty Syna na rzecz Ojca. Autor po pierwsze zafałszowuje słowa św. Pawła, który mówi o "wywłaszczeniu" postaci (forma, μορφη), a nie istoty. Po drugie, autor zakłada różność istoty Syna i istoty Ojca, co jest negacją współistotności, którą Kościół wyznaje w Credo (symbolum nicaeno-constantinopolitanum). Otóż Syn nie mógł się wyrzec Swej istoty na rzecz Ojca, gdyż Ojciec i Syn są tą samą istotą (essentia) i tą samą substancją (substantia), o czym mówi chociażby prefacja o Trójca Przenajświętszej. Syn owszem we Wcieleniu przyjął naturę i postać ludzką, jednak herezją jest twierdzenie, jakoby wyzbył się istoty czy natury boskiej. Odróżnienie istoty Syna od istoty Ojca śmierdzi niestety ofiarowaniem Bóstwa zawartym w koronce s. Faustyny, co jest herezją chrystologiczną (szerzej o tym mówię we wpisach nt. s. Faustyny). 

3. Chrystologicznie heretyckie - ariańskie - myślenie autora potwierdza nazwanie Syna "odblaskiem Ojca". Owszem, św. Paweł (Kol 1,15) nazywa Jezusa Chrystusa "obrazem Boga niewidzialnego(εικων του θεου του αορατου), jest to jednak już czysto logicznie coś innego niż odblask. Apostołowi chodzi o to, że w Jezusie Chrystusie widzialny i poznawalny jest Bóg, który sam w sobie jest niewidzialny. Innymi słowy: w człowieczeństwie Jezusa Chrystusa jest widzialny nie tylko Ojciec, lecz także Syn jako Bóg, który sam w sobie jest niewidzialny. Na tym polega bycie "obrazem Boga niewidzialnego". 

4. Problematyczne jest także nazwanie Syna "zamysłem Ojca wyrażonym na sposób ludzkiego istnienia". Owszem, u Ojców Kościoła tajemnica Trójcy Przenajświętszej jest objaśniana przy pomocy analogii antropologicznej, gdzie Ojciec jest umysłem, z którego pochodzi myśl czyli Syn. Trzeba pamiętać, że chodzi tylko o pewną analogię, czyli próbę zrozumienia i objaśnienia tajemnicy przy pomocy pojęć z rzeczywistości ludzkiej. Nie wolno pomijać, że wyższą, dogmatyczną i nieomylną rangę ma prawda o współistotności Ojca i Syna, podczas gdy porównanie do umysłu i myśli poniekąd może zaciemniać tę prawdę i dlatego właśnie Ojcowie Kościoła przytaczają także inne porównania (np. do części jednej rośliny jak korzeń i łodyga), by uniknąć nieporozumienia pomijania czy osłabiania istotowej jedności Osób Boskich. Tym bardziej nie należy mieszać życia wewnątrztrynitarnego z działaniem Boga skierowanym ku stworzeniom, czyli z dziełem zbawienia, także ze Wcieleniem Syna Bożego. Innymi słowy: Syn Boży jest "myślą" Ojca już wewnątrztrynitarnie, czyli przed Wcieleniem. Owszem, istnieje pewna odpowiedniość między Osobą Syna a Wcieleniem, tzn. nie jest przypadkowe czy dowolne, że to Syn Boży stał się człowiekiem, a nie Ojciec czy Duch Święty. Jednak należy pamiętać, że celem Wcielenia nie jest objawienie samego Syna lecz Boga Trójjedynego. W Jezusie Chrystusie, czyli wcielonym Słowie Bożym "mieszka cała pełnia Bóstwa" (Kol 2,9), tego Bóstwa, które jest tym samym co do Ojca i Syn i Ducha Świętego. W Nim cała Trójca Przenajświętsza objawia Siebie ludzkości, nie tylko Ojciec objawia Syna. 

Oto następny fragment z wręcz banalnymi błędami teologicznymi, świadczący niestety znowu o poziomie wykształcenia teologicznego doktora teologii i to habilitowanego:

Tutaj znowu muszę skorygować:

5. Autor widocznie nie rozumie greckoteologicznego pojęcia "przebóstwienie" (θεωσις) i popełnia przy tym herezję antropologiczno-soteriologiczną. Otóż uświęcenie - to jest katolickie pojęcie analogiczne do greckiego "przebóstwienia" - w życiu doczesnym nie polega na uwolnieniu od grzeszności, gdyż także ludzie święci są w możności popełnienia grzechów przynajmniej powszednich. Ich świętość polega na tym, że z tej możności nie korzystają, przynajmniej nie w sposób świadomy, własnowolny i bez żalu doskonałego. Uświęcenie nie odbiera bowiem człowiekowi wolności woli, choć jest istotnie dziełem łaski, oczywiście wraz z aktami woli człowieka. Zdolność do tych aktów stanowi o tym, że człowiek aż do ostatniego tchu jest zdolny do grzeszenia i szatan nie zaprzestaje usiłowań, by go do tego skłonić. Tak więc właściwe, ostateczne uwolnienie od grzeszności - w znaczeniu braku zdolności do grzeszenia - następuje dopiero wraz z przejściem do wieczności. Dlatego właśnie Kościół nie ogłasza nikogo świętym za życia. 

6. Niemniej poważnym, choć banalnym błędem jest powiedzenie, że dopiero zmartwychwstanie uwalnia od złych skłonności i pokus. Już w najprostszym katechiźmie można przeczytać, że natychmiast po śmierci człowiek staje przed obliczem Boga na sąd indywidualny, tracąc równocześnie możliwość zarówno grzeszenia jak też zdobywania zasług na życie wieczne (czyścieć jest jedynie miejscem oczyszczającego cierpienia, pokutowania za grzechy, nie zasługiwania na życie wieczne). Tym samym nie ma miejsca na pokusy, ani na zmianę stanu duszy, w którym się człowiek znajdował w momencie śmierci czyli przejścia do wieczności. Nie pojmuję, jak duchowny i to z tytułami naukowymi mógł takie bzdury napisać. Natomiast całkowicie zgadzam się z jego - wyrażoną w następnym akapicie - krytyką paraprotestanckiego, fałszywego miłosierdzia, obecnego u "nowoczesnych" kaznodziejów, zwłaszcza tych gwiazdorów medialnych (typu dominikanin Szustak i cała zgraja pseudojezuitów itp.). Problem w tym, że krytyka musi być solidna i precyzyjna, gdyż w przeciwnym razie sama naraża się na zarzut braków merytorycznych i nie ma odpowiedniej siły argumentacyjnej. 

Podsumowując: 

Na tym przykładzie widać niestety brak solidnej wiedzy i precyzji teologicznej, mimo niewątpliwych zalet książki, zasługującej na uznanie zwłaszcza na tle setek czy wręcz tysięcy egzemplarzy o wiele bardziej niechlujnej i wręcz wprost heretyckiej literatury (pseudo)teologicznej zaśmiecającej księgarnie i biblioteki. Tragiczne jest, że nawet ktoś mający zadatki na dobrego, myślącego po katolicku teologa niestety - póki co - tkwi z schematach apostazji chrystologicznej propagowanej przez koronkę i "Dzienniczek" s. Faustyny (zresztą będący prawdopodobnie dziełem x. Sopoćki). Pozostaje więc życzyć mu więcej dociekliwości i staranności teologicznej, tudzież jeszcze więcej odwagi w myśleniu po katolicku. 


Post scriptum

W międzyczasie sława o. Strumiłowskiego wyraźnie rośnie, staje się on coraz bardziej lubiany i ceniony w kręgach szerokokościelnych. Równocześnie ukazał się korzeń jego błędów wskazanych powyżej, mianowicie niedouczenie wręcz w elementarzu filozoficzno-teologicznym, co poświadcza jego następująca wypowiedź:


Wprawdzie godne pochwały jest przywołanie klasycznej definicji prawdy, obecnie często pogardzanej. Jednak przy tej okazji o. Strumiłowski zdradza swoją wręcz haniebną dla habilitowanego doktora teologii nieznajomość łaciny. 

Otóż po pierwsze definicja ta brzmi: adaequatio rei et intellectuS. To jest materiał pierwszego semestru kursu łaciny, że intellectus należy do IV deklinacji, gdzie genitivus równa się nominativus. Wypadałoby, żeby habilitowany doktor teologii znał prawidłową odmianę tego elementarnego słowa, a przynajmniej prawidłowe brzmienie definicji, która należy do elementarza dorobku myśli ludzkiej. 

Drugi kardynalny błąd o. Strumiłowskiego w tym miejscu polega na tłumaczeniu intellectus jako "rozum", co jest oczywiście fałszywe. Prawidłowym tłumaczeniem jest "umysł", zaś odpowiednikiem polskiego słowa "rozum" jest łacińskie "ratio". 

Czy można ofiarować Panu Bogu bóstwo? (z uzupełnieniem)


Pytanie dotyczy dwóch zasadniczych kwestij teologicznych:

1. pojęcia ofiarowania, czyli ofiary kultowej, w świetle zwłaszcza Bożego Objawienia,
2. wyrażenia "ciało i krew, dusza i bóstwo" Jezusa Chrystusa, czyli tematyki chrystologicznej i sakramentologicznej.

W świetle zarówno religioznawstwa jak też Bożego Objawienia przekazanego w Piśmie św. i Tradycji Kościoła jest zupełnie jasne, że w ofierze kultowej składana jest rzecz stworzona, która wyraża czy to postawę duchową oddania czci istocie czczonej, czy też zastępczo nawet samą osobę oddającą cześć istocie, do której skierowana jest ofiara. Przedmiot czy rzecz ofiarowywana ulega zniszczeniu względnie unicestwieniu, czy to w sposób rytualny (np. spalenie, spożycie) czy naturalny (pozostawienie na pożarcie dzikim zwierzętom czy na rozkład w procesie fizykalno-chemicznym). Innymi słowy: to, co jest ofiarowywane kultycznie, ulega przemianie, czego wyrazem jest zniszczenie. 

Z niezliczonych dowodów z powszechnego nauczania Kościoła można przytoczyć chociażby słowa słynnego teologa-jezuity, uważanego za pierwszego neotomistę polskiego, x. Mariana Morawskiego (źródło tutaj):

"Ofiara, najmilsi bracia, jest wyniszczeniem. Dosyć spojrzeć pobieżnie przez wszystkie wieki na dzieje ludzkości. U wszystkich narodów, we wszystkich religiach ukazuje nam się obrządek nad wszystkie inne górujący jako główny czyn religii społeczeństwa, polegający zawsze na jakimś zniszczeniu, zabijaniu bydląt, pa­leniu kadzideł, lub czymś podobnym. Ma się rozumieć, nie każde zniszczenie jest ofiarą, ale tylko takie, które się czyni na cześć Boga, w imieniu ludu, aby uznać najwyższe Jego panowanie nad wszelkim stworzeniem i ubłagać Go ludziom. Stąd to gdy w przenośnym znaczeniu dajemy nazwę ofiary naszym prywatnym spra­wom lub nawet wnętrznym aktom, tylko takie uczynki ofiarami zowiemy, które są trudne, bolesne, słowem, które są jakimś choć częściowym wyniszczeniem samego siebie, z utratą rzeczy nam drogiej, z przytłumieniem uczuć serca, w szlachetnym celu tj. dla czci Bożej lub dobra bliźniego. Ale tu mowa o ofierze w ścisłym znaczeniu, tj. o zniszczeniu rzeczy widomej, przez kapłana przed­stawiciela ludu, na cześć Boską wykonywanym. Takie ofiary miał stary zakon, ale to były tylko figury; takie ofiary miało pogaństwo, ale to były świętokradztwa.

U nas chrześcijan, najmilsi, u nas tylko jest jedyna prawdzi­wa ofiara, Bogu nieskończoną cześć a ludziom wszelkie zbawienie przynosząca. Tą ofiarą, jak wiemy, jest śmierć krzyżowa Syna Bożego, w której ofiarnikiem i ofiarą jest sam Bóg-człowiek, a ofiarowaniem śmierć dobrowolnie podjęta. Ta ofiara gdy się raz spełniła, stało się zadosyć najobfitszej sprawiedliwości Bożej za niezliczone świata przestępki – ale miłości, najmilsi bracia, nie stało się zadosyć. Serce Jezusa żądało, aby ta sama ofiara, w oczach każdego z nas, nie raz lecz co dzień na każdym miejscu się powtarzała, co jest najcelniejszym miłości czynem i dowodem. I istotnie, co dzień po całym świecie powtarza się, raczej odtwarza się ofiara krzyżowa, już nie krwawa, jak na krzyżu, bo już okup grzesznego świata wypłacony, bo już Bóg przebłagany – ale niekrwawa, jak przystoi zakonowi łaski, i miłością samą gorejąca, czysta, święta, nieskończenie drogocenna: tak iż Bóg pięknością i wonnością jej niejako zachwycony, odrzuca wszystkie inne ofiary: "Nie mam chęci do was – mówi Pan Zastępów do starozakonnych ofiarników przez usta Malachiasza proroka – i daru nie przyjmę z ręki waszej: bo od wschodu słońca aż do zachodu wielkie jest imię moje między narody, a na każdym miejscu poświęcają i ofiarują imieniowi memu ofiarę czystą, bo wielkie jest imię moje między narody" (Malach. 1, 10-11).

Ale jeśli w tajemnicy Ołtarza jest prawdziwa ofiara, musi też być prawdziwe i rzeczywiste wyniszczenie. Lecz jakimże sposobem Chrystus, który, jak mówi Pismo, raz "zmartwychpowstawszy już więcej nie umiera" (Rzym. 6, 9), jakimże, mówię, sposobem wyniszczać się może w ofierze Mszy św.? Ach! Jakim sposobem Jezus wyniszcza się na ołtarzu?! Spojrzyjmy na ołtarz, najmilsi, na tę drobną hostię – jeżeli mamy iskierkę wiary w du­szy i iskierkę miłości w sercu – a jużeśmy zrozumieli. Oto ka­płan, widomy namiestnik prawdziwego wielkiego Kapłana naszego, wymówił słowa sakramentalne, i tymi słowy, gdyby mieczem ofiarniczym, jak mówią Święci Ojcowie, ofiarę żywą wprawił w stan wyniszczenia, do śmierci zgoła podobny, bliski stanowi ofiary zabitej. Patrzmy tylko – oto Król królów i Pan panujących, Sędzia żywych i umarłych, słońce miasta niebieskiego, rzeczywiście leży na ołtarzu, jak ofiara zabita, w postaci rzeczy martwej, w postaci pokarmu! Podobnie jak baranek ofiarny zabitym być musiał, zanim go pożywali, którzy w ofierze uczestnictwo mieli, tak samo i nasz niepokalany Baranek, mieczem słów sa­kramentalnych dosiągniony, składa wszelkie a wszelkie ślady życia, przybiera postać istoty martwej, aby tak móc być pożywanym od uczestników tej świętej ofiary. Nie tylko więc mistycznie, w po­dobieństwie, bywa zabitym, lecz rzeczywiście, o ile to stan po­karmu wymaga, wyniszczonym zostaje. Jest więc św. ofiara nasza na ołtarzu żywą, razem i zabitą; wszystkie członki ma w najświętszej Hostii, a nie rusza się i żadnego znaku życia nie obja­wia; rozlane są wdzięki na ustach Jego (Ps. 44, 3) – jak mówi Psalm – a głosu żadnego nie wydaje. Najpiękniejszy urodą między synami ludzkimi, ma kształt okruszyny chleba! Jeszcze więcej powiem: tak zupełnie jest śladów życia wyzuty, że każdy może Go dowoli brać, przenosić, miotać, czynić z Nim co tylko się podoba, używać Go nawet do niegodziwych, bezbożnych i świętokradzkich celów – i w samej rzeczy niestety piekło nauczyło ludzi nadużywać w taki sposób tego cudu miłości. Ach! nie jestże to, najmilsi, prawdziwe wyniszczenie, zdumiewający stan śmierci, przedziwna ofiara? Tak jest, w istocie, bo to jest ofiara właściwa miłości, ofiara Serca Jezusowego, a miłość, jak dobrze mówią, jest przemyślna, wymysły serca są zawsze przedziwne, a najprzedziwniejszym wymysłem najmiłościwszego Serca jest właśnie ten, że będąc nieśmiertelnym, znalazł sposób co dzień za nas umierać i w tym stanie ofiary zabitej na ołtarzach naszych trwać wiekuiście, i co dzień, jak zechcemy, od nas być pożywanym."


Drugą kwestię rozpatrzmy najpierw osobno, czyli niezależnie od idei ofiarowania. Otóż sama w sobie wzięta, jest to formuła określająca Obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii (podawana we wielu dokumentach Kościoła). Są to dogmatyczne składniki Osoby Jezusa Chrystusa, wyrażające Jego pełną istotową Obecność: "ciało, krew i dusza" odpowiadają Boskiemu Człowieczeństwu, "bóstwo" jest odpowiednikiem Boskiej Natury Syna Bożego, który jest współistotny Ojcu (consubstantialis, ομοουσιος).

Przejdźmy teraz do formuły jako całości. Jest oczywiste, że należy ją rozumieć w sensie eucharystycznym. Cały Chrystus, zarówno jako Syn Boży jak też jako prawdziwy Człowiek, złożył Siebie Ojcu w ofierze na Krzyżu. Było to możliwe dzięki jedności Osoby, która od momentu Wcielenia zawiera także osobowość ludzką (krew, ciało i duszę). Celem Wcielenia było właśnie dokonanie jedynej i niepowtarzalnej, doskonałej Ofiary, która wypełnia i nieskończenie przewyższa wszystkie i wszelkie ofiary Starego Przymierza (mówi o tym dobitnie List do Hebrajczyków). Dlatego właśnie Syn Boży stał się Człowiekiem: On złożył swoje Człowieczeństwo w ofierze na krzyżu. Uczynił to jako Bóg-Człowiek, Syn Boży i syn Maryi Dziewicy, ale nie ofiarował Swego bóstwa lecz Swoje człowiecze życie, Swoje Człowieczeństwo (ciało, krew i duszę), gdyż tylko ono według naturalnych właściwości natury ludzkiej było śmiertelne (a po Zmartwychwstaniu jest nieśmiertelne).

Tak więc teologicznie poprawnie mówimy o Obecności "ciała i krwi, duszy i bóstwa" Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Jednak niepoprawne - a właściwie heretyckie - jest mówienie o ofiarowaniu "ciała i krwi, duszy i bóstwa" Jezusa Chrystusa. Powiedzmy jeszcze raz, z prostego powodu: ponieważ sam Jezus Chrystus nie ofiarował, tzn. ani nie zniszczył, ani nie unicestwił, ani nie przemienił Swojego Bóstwa na krzyżu.

Mówienie o ofiarowaniu bóstwa Jezusa Chrystusa jest tylko wtedy logicznie spójne, gdy się to "bóstwo" rozumie jako niewspółistotne Ojcu, czyli różne od Boskiej Natury Boga Ojca, czyli jakby stworzone, a to jest nic innego jak pogląd judaizującej herezji ariańskiej.


Post scriptum 1

Oczywiście od dawna problem został zauważony i dyskutowany. Sprawę podnosił zwłaszcza wybitny profesor dogmatyki katolickiej i autor podręczników x. Wincenty Granat, a także x. Czesław Bartnik. Ich zastrzeżenia są tego samego rodzaju co wyrażone powyżej.

Zrzuty pochodzą z książki: Ewa K. Czaczkowska, Siostra Faustyna. Biografia świętej




Nie dziwią też próby obrony. Są one zasadniczo różne i ze sobą niespójne.

1.

X. Sopoćko twierdził, że ofiarowana jest Osoba Jezusa Chrystusa, która oczywiście obejmuje zarówno Człowieczeństwo jak też Bóstwo.

Ten argument jest nietrafny, gdyż zawiera pomieszanie natur. Zasadnicza jest prawda, że ofiara Kościoła jest uobecnieniem i włączeniem się w Ofiarę, którą złożył sam Jezus Chrystus. Jezus Chrystus nie ofiarował Swojej Osoby, gdyż jest jako Syn drugą Osobą Trójcy Przenajświętszej współistotną Ojcu, lecz Swoje Człowieczeństwo. Jedność bosko-ludzkiej Osoby Jezusa Chrystusa, łączącej Bóstwo i Człowieczeństwo w jednym podmiocie działania, nie oznacza ani utraty przymiotów boskich ani ludzkich. Tym samym: o ile Osoba Jezusa Chrystusa jest prawdziwym Bogiem, nie może być ofiarowana. Może być ofiarowana wyłącznie jako Człowiek, czyli "ciało, krew i dusza". 

Dogmatyczna reguła "wymiany przymiotów" (communicatio idiomatum) dotyczy wyłącznie przyjęcia przymiotów drugiej natury, a nie utraty własnych przymiotów. Konkretnie: poprawne jest powiedzenie, że Syn Boży (w znaczeniu bosko-ludzkiej Osoby) umarł na krzyżu, podobnie jak powiedzenie, że Syn Maryi (w znaczeniu bosko-ludzkiej Osoby) odpuszczał grzechy i zbawił świat. Jednak herezją jest powiedzenie, że Bóstwo Jezusa Chrystusa umarło na krzyżu czy że Jego Człowieczeństwo (w znaczeniu natury ludzkiej) odpuszczało grzechy i zbawiło świat.

2.

X. Różycki argumentował, że "bóstwo" w tej formule nie oznacza natury boskiej lecz "Osobę Boską Jezusa" i tym samym może być ofiarowane. W ten sposób x. Różycki odszedł od linii argumentacji x. Sopoćki, pośrednio przyznając, że nie jest ona trafna.

Odpowiedź jest już częściowo zawarta w odpowiedzi na argumentację x. Sopoćki. Należy zauważyć sprzeczność zarówno wobec interpretacji słowa "bóstwo" u x. Sopoćki jak też wobec textu samej formuły.

Po pierwsze nic nie wskazuje na słuszność takiej interpretacji. Słowo polskie "bóstwo" w języku teologicznym jest zawsze synonimem "natury boskiej". Jedynie w języku potocznym może być synonimem słowa "bożek" czy "idol". Czyżby x. Różycki na prawdę uważał, że to drugie znaczenie mogło zostać użyte przez samego Pana Jezusa (według relacji s. Faustyny)?

Po drugie x. Różycki widocznie tutaj nie tylko rozróżnia, ale wprowadza podział między Osobą Syna Bożego w znaczeniu trynitarnym i Osobą Jezusa Chrystusa obejmującą Bóstwo i Człowieczeństwo. Ten podział jest teologicznie fałszywy, właściwie heretycki, gdyż stoi w sprzeczności z nauczaniem Soboru Chalcedońskiego o jedności bosko-ludzkiej Osoby Jezusa Chrystusa, czyli jedności przedwiecznego Syna Bożego i człowieczeństwa.

Po trzecie, x. Różycki fałszywie interpretuje słowa Soboru Trydenckiego, które zostały użyte w tej formule. Otóż formuła soborowa z całą pewnością mówi o tym, że w Eucharystii jest obecne nie tylko Człowieczeństwo ("ciało, krew, dusza"), lecz także Bóstwo Jezusa Chrystusa, czyli prawdziwy Bóg. Dlaczego więc nie można ofiarować tego Bóstwa? Ano dlatego, ponieważ czym innym jest orzeczenie o obecności, a czym innym orzeczenie o ofiarowaniu. To drugie może być wyłącznie włączeniem się do Ofiary Jezusa Chrystusa: On jako prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek ofiarował Swoje Człowieczeństwo, nie Swoje Bóstwo, gdyż ani nie przestał być Bogiem, ani Jego Bóstwo nie uległo przemianie, a tym bardziej zabiciu. 

Po czwarte x. Różycki wskazuje na List do Efezjan na potwierdzenie swojej interpretacji. Jest to również nietrafne. Otóż przede wszystkim chodzi zapewne o List do Filipian 2,5-11: 


Te słowa w żaden sposób nie potwierdzają, jakoby Jezus Chrystus ofiarował Swoje Bóstwo, lecz mówią o Jego uniżeniu samego Siebie do postaci "sługi", bez zatracenia Boskości i  tym samym bez jej ofiarowania.

3.

Trzeci argument obrońców tej formuły wskazuje na tzw. modlitwę anioła z Fatimy.

Po pierwsze ta modlitwa jest znana dopiero z późniejszych zapisków s. Łucji i nie jest zawarta w aktach z 1930 r. zatwierdzających objawienia Matki Bożej z 1917 r. Tym samym ta modlitwa nie ma ze strony Kościoła żadnego potwierdzenia zgodności z wiarą katolicką czy nadprzyrodzoności.

Po drugie znamienna jest rzekoma wypowiedź s. Łucji wobec zastrzeżeń teologicznych odnośnie tych rzekomych słów anioła, mianowicie sarkastyczne zdanie, że "widocznie anioł nie studiował teologii". Otóż przede wszystkim musiałoby być solidnie poświadczone, że s. Łucja tak powiedziała. Gdyż taka wypowiedź odnośnie prawd wiary nauczanych przez Kościół uroczyście od starożytności z pewnością nie świadczy ani o szacunku dla asystencji Ducha Świętego w Kościele, ani o pokorze. Sprawa nie dotyczy bowiem jakichś drobiazgowych sporów teologicznych, lecz
- formuły dogmatycznej, która bez wątpienia została użyta w tym zdaniu, a której
- użycie w danym kontekście i znaczeniu uderza w elementarne zasady nauczania Kościoła odnośnie zarówno Osoby Jezusa Chrystusa jak też Jego dzieła zbawczego. 

W końcu po trzecie: przywoływanie tych słów w argumentacji jest właściwie przyznaniem, że zastrzeżenia teologiczne są słuszne, skoro pozostaje tylko cyniczny sarkazm.

Warto także odnotować, że niemiecki ksiądz i słynny pisarz katolicki Wilhelm Hünermann w swojej książce z 1954 r. - wydanej oczywiście z imprimatur kościelnym - podaje słowa tzw. modlitwy anioła z Fatimy nie zawierające ofiarowania bóstwa:




Sprawa jest o tyle poważna, że dotyczy nie tylko miejsca i znaczenia teologii w Kościele, lecz istoty wiary katolickiej. Według nauczania Kościoła nadprzyrodzony akt wiary nie jest ślepą uległością, wymagającą pogardy i odrzucenia racjonalnego, poprawnego myślenia (jak to jest zarówno w protestantyźmie, jak też w talmudyźmie i islamie). Wiara katolicka zakłada poprawne używanie zasad rozumowych, nawet myślenia filozoficznego we właściwym sensie. Argumenty rozumowe zarówno podprawadzają do aktu wiary, jak też mu towarzyszą, wspierają, a także czerpią nadprzyrodzone światło z prawd objawionych. Naucza o tym zwłaszcza Sobór Watykański I, a także Sobór Watykański II. Tak więc chodzi ostatecznie o istotę i charakter wiary katolickiej.