Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia. Pokaż wszystkie posty

Czy "objawienia Boga Ojca" są zgodne z wiarą katolicką?


Nie mam obecnie możliwości zapoznania się z tymi rzekomymi objawieniami pochodzącymi z 1932 r. od młodej włoskiej zakonnicy o nazwisku Eugenia Elisabetta Ravasio (1907-1991, więcej tutaj). W internetach są w tym temacie sprzeczne informacje. Wygląda na to, że książka zawierająca rzekome objawienia dane tej zakonnicy uzyskała "nihil obstat" od biskupa Grenoble, gdzie ona przebywała wówczas. Biskupem Grenoble był Alexandre Caillot (więcej tutaj), o którym była mowa w rzekomych objawieniach, więc oczywisty jest motyw osobisty. 

Znamienne jest także, że s. Eugenia zleciła namalowanie ikony mającej przedstawiać jej wizję Boga Ojca (źródło tutaj):


Ten sposób przedstawienia odbiega od przyjętych od wieków przedstawień, gdzie Bóg Ojciec widnieje jako starzec w nawiązaniu do Księgi Daniela (rozdział 7). Oznacza to zanegowanie nie tylko tych przedstawień, lecz ich związku z Objawieniem biblijnym, co jest główną zasadą ikonografii chrześcijańskiej. 

Wygląda na to, że jest to raczej jeden z elementów rewolucji modernistycznej, a nie autentyczne, czyli nadprzyrodzone objawienie prywatne. 

Kto oszukał? Czyli brak zaufania a "teologia" lefebvriańska


W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (por. tutaj, tutaj), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty (nie całego FSSPX), tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny: 


Tym niemniej cenne są słowa owego przywódcy, gdyż są demaskujące, mianowicie kłamliwe już nawet co do faktów, choć w zamyśle mają być zapewne obronno-ofensywne. Oto istotny fragment:


W skrócie: 

Arcybiskup M. L. podpisał 5 maja 1988 r. "jakiś protokół", który nie był porozumieniem z Rzymem, i został "wprowadzony w błąd", w domyśle przez Rzym. Następnie abp M. L. "wycofał się z tego protokołu", "powiedział, że rezygnuje z tego", "powiedział, że wycofuje swój podpis".  Powodem było to, że został poproszony przez kardynała Ratzinger'a o wysłanie listu do papieża przepraszającego za wszystkie błędy oraz proszącego o biskupa jako swojego następcę. W tym widział, "że to była pułapka", i od tego momentu był zdecydowany samodzielnie dokonać sakry biskupiej. 

Nasuwają się pytania: Skoro to był tylko protokół, to co w nim było zaprotokołowane? Na czym polegał błąd, w który abp M. L. został wprowadzony? Pod czym wycofał swój podpis i w jaki sposób? Z czego zrezygnował? Na czym miała polegać owa "pułapka"? Te pytania powinien był zadać Mysior, gdyby miał włączony rozum, a nie swój dewocyjny komplex uwielbienia dla "drogiego księdza Karola". Powinien też dopytać, z jakiej racji diakon Karl Stehlin trafił na misje do Afryki, podczas gdy jego koledzy kursowi otrzymali już święcenia kapłańskie. Ciekawe, czy by się dowiedział, że diakonowi Karl'owi zostały dyscyplinarnie wstrzymane święcenia prezbiteratu i został karnie wysłany jako diakon na misje, gdzie zresztą podczas jego bytności tam miała miejsce afera pedofilska jego współbraci z FSSPX, dopiero po latach ujawniona (więcej tutaj). 

W każdym razie x. Stehlin opisuje wydarzenia w sposób istotnie sprzeczny z innymi źródłami, w tym także ze słowami samego śp. abpa M. Lefebvre'a, które wypowiedział podczas konferencji prasowej dnia 15 czerwca 1988 r., czyli na około dwa tygodnie przed zapowiedzianą sakrą biskupią. 

Oto jego słowa w skrócie (całość jest tutaj): 

Arcybiskup wspomina cios, jaki go spotkał w roku 1976 r., mianowicie jako suspensa. Chce przedstawić kontext swojej decyzji konsekrowania biskupów dnia 30 czerwca 1988 r. Mówi o swojej walce przeciw modernizmowi i przeciw błędom, które mu się wydają nie do pogodzenia z wiarą katolicką, począwszy od soboru, nie tylko od momentu założenia Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X w 1970 r. Swój opór przeciw tym błędom uważa za fundament problemu, w jakim się znalazł. Jako przykłady wymienia: akceptację praw człowieka, prawa cywilne dla każdej religii, zasad świeckości państwa, ekumenizm i stowarzyszenie wszystkich religij (Asyż, Kyoto, wizyty w synagodze, w zborach protestanckich), a wewnątrz Kościoła do kolegialność biskupów, zmiany liturgii, zmiany w katechizacji, zwiększenie uczestniczenia świeckich w sferze religijnej. Uważa to za negację przeszłości Kościoła i wynikające stąd dążenie do zniszczenia Tradycji Kościoła, co odbywa się przez ciągłe prześladowanie tych, którzy chcą pozostać katolikami, jakimi byli przed Vaticanum II. My kontynuujemy to, czego papieże nauczali i co czynili przed Vaticanum II, a sprzeciwiamy się temu, co czynią Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II, ponieważ oni zerwali z tym, co czynili poprzedni papieże. Preferujemy Tradycję Kościoła zamiast papieży, którzy się odcięli od swoich poprzedników. Jednak chcieliśmy utrzymać kontakt z Rzymem w nadziei, że kiedyś Tradycja znów znajdzie swoje prawa w Rzymie. 

Oto kluczowy fragment:


Czyli abp M. L. wyjaśnia, że wobec tego, iż Rzym nie pozwolił na powrót do Tradycji, a on już jest w podeszłym wieku, prosił wielokrotnie Rzym o pozwolenie na wyświęcenie swojego następcy, żeby zapewnić swoim seminarzystom święcenia. Dlatego zapowiedział 29 czerwca 1987, że podejmie sakrę biskupią; jeśli Rzym nie odpowie na prośbę, to konsekruje biskupów 25 października jako swoich następców. Wtedy Rzym zareagował listem z 28 lipca, a przedtem odbył spotkanie z kardynałem Ratzinger'em 14 lipca, żeby powiedzieć, iż albo Rzym pozwoli na sakrę, albo on sam podejmie. W liście z 28 lipca kardynał Ratzinger odpowiedział, że najpierw trzeba, by FSSPX zostało uznane przez Kościół, a być może przyzna się prawo do tradycyjnej liturgii, prowadzenia seminariów duchownych, ale najpierw trzeba zrobić wizytację, żeby poznać sytuację w FSSPX. Abp M. L. wahał się, czy podjąć tą propozycję, czy ją odrzucić, gdyż nie miał zupełnie żadnego zaufania do władz rzymskich:


Mówi: byliśmy prześladowani, "nie mieliśmy zaufania, żeby oddać się w ręce Rzymu, który zwalczał Tradycję". Ale jednak postanowiliśmy spróbować wysondować, jakie jest nastawienie Rzymu wobec nas. W tym duchu udałem się do Rzymu i przyjęliśmy wizytację kardynała Gagnon'a. Mówi się, że ta wizytacja była przychylna. Po tej wizytacji zaproponowano nam rozmowy, by sporządzić protokół dla przygotowania porozumienia:


Abp M. L. wysłał do Rzymu swoich przedstawicieli do prowadzenia rozmów (x. Tissier de Mallerais oraz x. Roche). Celem było uregulowanie kwestij doktrynalnych i dyscyplinarnych. To oznaczało zrozumienie ze strony Rzymu, że są trudności doktrynalne. Ponadto nie wymagano od nas uznania tych elementów w dokumentach soborowych, w liturgii i prawie kanonicznym, które nam się wydają nie całkowicie do pogodzenia z Tradycją, czyli pozwolono na dyskutowanie o nich: 


Z powodu takiego satysfakcjonującego porozumienia w kwestiach doktrynalnych abp M. L. podpisał protokół. Pozostały do ustalenia kwestie dyscyplinarne, zwłaszcza kwestia sakry biskupiej oraz "biura" w Rzymie, które miało służyć rozwiązywaniu bieżących problemów (chodzi o komisję tego typu co późniejsza Papieska Komisja "Ecclesia Dei", która regulowała relacje między wspólnotami tradycyjnymi a władzami diecezjalnymi). Siedmiu członków tego grona miało być mianowanych przez papieża, a dwóch delegowanych przez FSSPX. Status miał być taki, że FSSPX miało być wyjęte spod władzy biskupów diecezjalnych (exempcja). Drugie spotkanie w ramach rozmów odbyło się z udziałem kardynała Ratzinger'a i abpa M. L. W ich rezultacie utrwalono na piśmie ustalenia, które zostały przez kardynała Ratzinger'a podpisane 4 maja, a przez abpa M. L. 5 maja 1988 r.:


Abp M. L. wyznaje, że jednak ciągle towarzyszyła mu nieufność i myśl, że wszystko, co "oni" robią, ma prowadzić do tego, żebyśmy zaakceptowali sobór i reformy posoborowe:


Następnie abp M. L, cytuje swoją rozmowę z kardynałem (chyba Ratzinger'em), który go prosił, żeby nie budował Kościoła równoległego:


Odpowiedź abpa M. L. jest znamienna i kluczowa dla zrozumienia jego decyzji co do sakry biskupiej: to nie my budujemy Kościół równoległy, bo my kontynuujemy Kościół taki, jaki był zawsze, lecz wy budujecie równoległy do niego Kościół soborowy, nowy Kościół z nowym katechizmem, z nowym sakramentami, z nową liturgią. 

Następnie abp M. L. mówi o momencie krytycznym zerwania rozmów:


Mówi, że podczas rozmów miał odczucie, iż to jest próba doprowadzenia FSSPX do uznania soboru V2. Jednak podpisał protokół porozumienia doktrynalnego, żeby pokazać swoją dobrą wolę. Pozostała kwestia dyscyplinarna w postaci sakry biskupiej. Abp M. L. otrzymał obietnicę, że zasadniczo jest na to zgoda i że ma podać listę trzech kandydatów, spośród których papież wybierze. Gdy zapytał o datę, sugerując 30 czerwca, otrzymał odpowiedź, że to niemożliwe, ponieważ to jest zbyt krótki czas na takie procedury w Rzymie. Zaproponował 15 sierpnia, na co otrzymał odpowiedź, że to wakacje i wtedy nikogo nie ma w Rzymie. Zaproponował 1 listopada, na co otrzymał odpowiedź, że nie można tego obiecać. Tak samo z datą na Boże Narodzenie. To było widocznie podczas rozmów z kardynałem Ratzinger'em. Jego odpowiedzi są o tyle zrozumiałe, że to nie on decydował o procedurze nominacyj biskupich, lecz Kongregacja ds. Biskupów, a ostatecznie papież, a nigdy nie wyznacza się terminu sakry przed nominacją. Wtedy abp M. L. stracił całkowicie zaufanie i napisał list do papieża, w którym zadeklarował, że nie widzi sensu kontynuowania rozmów. Zauważmy: NIE odwołał swojego podpisu pod protokołem dotychczasowych uzgodnień, lecz zerwał rozmowy w dalszych kwestiach, zwłaszcza co do konsekrowania swojego następcy. Następnie abp M. L. przywołuje kilka znanych przykładów na stałe dążenie władz rzymskich do narzucenia wszystkim nowej liturgii: opactwo we Flavigny, opactwo w Fontgombault, seminarium "Mater Ecclesiae" w Rzymie, utworzone dla byłych seminarzystów z Ecône. To są według niego dowody na to, że Rzym chce wszystkich doprowadzić do reform soborowych i dlatego nie ufa w ustalenia zawarte w podpisanym protokole. Szczególnie znaczące są słowa końcowe tego wystąpienia:


Tutaj każde słowo jest ważne: W razie przyznania jego Bractwu statusu kanonicznego abp M. L. nie wyobrażał sobie współpracy ze strukturami Novus Ordo. Wobec jego wycofania się z dalszych rozmów i samodzielnego podjęcia sakry biskupiej spodziewa się ogłoszenia przez Rzym schizmy i dodaje: "Exkomunika przez kogo? Przez Rzym modernistyczny. Przez Rzym, który już nie ma w sposób doskonały wiary katolickiej, który już nie myśli po katolicku, który już nie działa po katolicku." Manifestacjami tego są takie wydarzenia jak spotkanie międzyreligijne w Asyżu (1986 r.), spotkanie w Kyoto, słowa Jana Pawła II w synagogach, ceremonia w kościele rzymskim Santa Maria in Trastevere (1987 r.) - to są wydarzenia skandaliczne i niekatolickie. "Będziemy exkomunikowani przez modernistów, przez ludzi, którzy zostali potępieni przez poprzednich papieży... To nie będzie miało żadnej wartości." I dalej: "Schizma z kim? Z papieżem jako następcą św. Piotra? Nie. Schizma z papieżem modernistą? Tak." I jeszcze: "Osobiście nie mam intencji zrywania z Rzymem. Chcemy trzymać z Rzymem tym, który był zawsze... Kontynuujemy to w naszych seminariach, w kazaniach, w całym naszym życiu, w życiu chrześcijan, którzy idą za nami, jak to było przed Soborem Watykańskim II... Nie chcemy współpracować w niszczeniu Kościoła." Tym niemniej abp M. L. deklaruje na koniec, że przełożony generalny FSSPX, x. Franz Schmidberger, także po dokonaniu sakry biskupiej będzie chciał utrzymywać kontakty z Rzymem. 

Ten opis wydarzeń potwierdza inny świadek owego czasu, mianowicie x. Engelbert Recktenwald, który wówczas był jednym z wykładowców seminarium FSSPX w Zaitzkofen, a z powodu sakry biskupiej 30 czerwca 1988 r. odszedł i wraz z innymi byłymi kapłanami i seminarzystami FSSPX założył Bractwo Kapłańskiej Św. Piotra. Oto jego niedawno zarejestrowane wspomnienia (całość tutaj):


W skrócie: W 1987 r. abp M. L. był tak zbulwersowany wydarzeniami takimi jak spotkanie w Asyżu (jesień 1986 r.), że zapowiedział 29 czerwca podjęcie sakry biskupiej dla zapewnienia swojemu Bractwu biskupa-następcy. Na to zareagował kard. Ratzinger, oferując listownie rozmowy w celu przyznania FSSPX statusu kanonicznego jako wspólnoty na prawie papieskim oraz nieograniczonego stosowania liturgii tradycyjnej. Abp M. L. właściwie nie chciał podjąć oferty. Jednak większość kapłanów FSSPX niemieckojęzycznych opowiadała się za porozumieniem z Rzymem. Także jego rada generalna (do które należeli: x. F. Schmidberger, przełożony generalny, x. B. Tissier de Mallerais, późniejszy biskup, oraz x. J. Bisig, późniejszy przełożony generalny FSSP) popierała dążenie do porozumienia i przekonali abpa M. L., żeby skorzystał z oferty: 


W ramach wizytacji przeprowadzonej przez kardynała E. Gagnon'a w listopadzie 1987 r. prowadzone były rozmowy zarówno ze wszystkimi członkami FSSPX jak też z przedstawicielami wiernych świeckich korzystających z ich posługi. X. Recktenwald odniósł wrażenie, że ze strony wizytatorów nastawienie było życzliwe i że była szczera wola znalezienia dobrego rozwiązania dla FSSPX. W ustaleniach, które były wynikiem wizytacji, władze rzymskie przyznały abpowi M. L. wszystko, o co się przez lata daremnie starał, mianowicie nieograniczone stosowanie liturgii tradycyjnej, uznanie wszystkich placówek oraz seminariów FSSPX. W sprawach doktrynalnych ustalono kompromis polegający na tym, że nie narzucono bezwarunkowego przyjęcia nauczania V2 i po V2, zaś FSSPX miało się zobowiązać do studiowania dokumentów oraz powstrzymania się od polemiki. Takie ustępstwa ze strony Rzymu budziły sprzeciw u niektórych biskupów:


Z drugiej strony, dla abpa M. L. ustępstwa władzy rzymskiej były niewystarczające i po podpisaniu protokołu porozumienia wysuwał dalsze żądania. Niepokój budził u niego zwłaszcza brak ustalenia daty sakry biskupiej oraz zasada, że to Rzym miał wybrać biskupa dla FSSPX, a nie on:


Drugą kwestią sporną był skład komisji, która miała zostać powołana do regulowania trudności w relacja FSSPX z biskupami diecezjalnymi. Władze rzymskie przyznały dwa miejsca w tej komisji członkom FSSPX, natomiast abp M. L. chciał mieć większość, co było oczywiście iluzoryczne, gdyż wtedy komisja byłaby organem FSSPX, a nie watykańskim: 


Trzecim powodem do nieufności był dla abp M. L. fakt, że Rzym nie był zadowolony z jego propozycji trzech kandydatów i prosił o inne propozycje:


Tym niemniej podczas konferencji prasowej 15 czerwca 1988 r. abp M. L. powiedział, że ustalenia zawarte w protokole podpisanym przez niego 5 maja są do przyjęcia. Tak samo w swoim liście z 6 maja (skierowanym chyba do kardynała Ratzinger'a) napisał, że podpisał tej protokół z zadowoleniem, ale jednak podejmie udzielenie sakry biskupiej 30 maja i że będzie to więcej biskupów, nie jeden (jak było ustalone z Rzymem):


Co więcej, przełożony generalny, x. Franz Schmidberger, w wewnętrznym liście do kapłanów FSSPX z dnia 9 maja 1988 r. napisał, że dzięki wstawiennictwu Matki Bożej Fatimskiej udało się osiągnąć porozumienie z Rzymem:


Dopiero na spotkaniu xięży niemieckiego dystryktu dnia 13 czerwca x. Schmidberger poinformował ich, że porozumienie jednak nie jest doskonałe, ponieważ nie doszło do ustalenia daty, oraz liczby i osób kandydatów:


Jak zaznacza x. Recktenwald, na podstawie tego porozumienia powstało i istnieje Bractwo Kapłańskie Św. Piotra oraz inne instytuty tradycyjne utworzone przez - rozwiązaną za rządów bergogliańskich - Papieską Komisję "Ecclesia Dei". W tym znaczeniu Rzym na pewno dotrzymał słowa i nie oszukał. 

Myślę, że mój komentarz jest zbędny, gdyż wielorako poświadczone fakty w zestawieniu ze słowami x. Karl'a Stehlin'a mówią za siebie. 

Zakończę więc jedynie tak i to z całą odpowiedzialnością za te słowa: x. Karl Stehlin jest notorycznym kłamcą i oszustem. Sapienti sat. 












Co mogą aniołowie? Raz jeszcze, czyli Sz. Bańkowych bełkotów ciąg dalszy


Niestety słynna gwiazda medialna sekty stehliniańskiej nie odpuszcza w dalszym głoszeniu ignoranckich bzdur, nie tylko świadczących o jego odmóżdżeniu i nędzy co do wiedzy teologicznej, lecz zdążających do odmóżdżenia fanów sekty. Zwrócono mi na to uwagę:


Oto owa wypowiedź w częściach (z powodów technicznych):




Przede wszystkim mamy tutaj pomieszanie wątków i myśli, czy raczej nieprzemyślanych słów, czyli bełkot typowy dla tego osobnika. Ten człowiek widocznie jedyne, co potrafi, to udawać, że wie, i to dość nieudolnie. Twierdzi, że:
- Księga Tobiasza pokazuje anioła, 
- Jakub walczył z aniołem, który się pokazał,
- częścią Bożego Objawienia jest to, że aniołowie mogą się pokazać, bo to jest bezpośrednio objawione,
- aniołowie pokazują się wtedy, gdy chcą zadziałać,
- aniołowie mogą konstruować ciało udające ciało ludzkie, jak w Księdze Tobiasza, 
- duch może oddziaływać na materię i dawać zmysłowe sygnały jak fale dźwiękowe, i może kształtować materię, 
- duch może tworzyć iluzję jak hologram. 

Zacznijmy od wskazanych przykładów biblijnych. 

W Księdze Tobiasza czytamy:


W Septuagincie brzmi to:


Tutaj jest istotna różnica względem tłumaczenia, mianowicie jest mowa o "modlitwie wobec chwały wielkiego Rafała, i został posłany uzdrowić tych dwoje". Imię Rafał znaczy po hebrajsku "Bóg uzdrawia". 

Pod koniec księgi staje się jaśniejsze, kim jest Rafał:


W Septuagincie czytamy:


Także tutaj tłumaczenie polskie popełnia sporo przeinaczeń. Text grecki mówi wyraźnie, że Rafał jest jednym z siedmiu świętych wysłanników, że przybył z woli Boga, że widzieli jedynie wizję, że anioł Pana im się ukazał. 

Jednak także w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia jest także jasno powiedziane, że Rafał został posłany przez Boga, że przybył z woli Bożej, i że to było tylko widzenie. Nie ma nic o samowolnym i wynikającym z natury anioła zjawieniu, a jest wprost powiedziane, że to było tylko widzenie duchowe, gdyż Rafał nie ma ciała i właśnie dlatego nic nie jadł. 

W Księdze Rodzaju czytamy:


Septuaginta mówi nieco inaczej:



Podobnie jest w następnym fragmencie: 


Septuaginta mówi, że człowiek zmagał się z Jakubem (podobnie jak text hebrajski):


W pierwszym fragmencie wcale nie jest powiedziane, że chodzi o aniołów w znaczeniu dobrych duchów, lecz o wysłanników, gdyż takie jest znaczenie zarówno słowa hebrajskiego jak też greckiego w Septuagincie (Biblia Tysiąclecia popełnia więc tutaj błąd w tłumaczeniu). 

Natomiast w drugim fragmencie wcale nie jest powiedziane, z kim Jakub walczył. Dopiero w żydowskich midraszach pojawia się interpretacja, że to był jego anioł stróż czy archanioł Michał. Sprawy nie wyjaśnia także Księga Ozeasza (12,4-5), gdyż z jednej strony mówi, że Jakub walczył z Bogiem, a z drugiej, że z wysłannikiem (nie do końca wiadomo czyim). 

Jeśli to - według x. Bańki - są źródła, które "wprost objawiają", że aniołowe mogą być widzialni i konstruować sobie ciało, to po pierwsze on nie umie czytać ze zrozumieniem, albo w ogóle nie czytał, a po drugie to jest to bluźnierstwo względem Bożego Objawienia, skoro ono rzekomo objawia coś, co właściwie wcale nie jest objawione przynajmniej jednoznacznie. 

Tak więc, po pierwsze x. Bańka wykazuje haniebny brak literalnej znajomości nawet tych fragmentów Pisma św., na które się powołuje. Po drugie, wykazuje zupełny brak znajomości katolickiego warsztatu exegetycznego, co jest szczególnie istotne w przypadku textów starotestamentalnych. Exegeza katolicka wymaga po pierwsze rzetelnego zbadania sensu dosłownego i historycznego, a po drugie jego interpretowania w powiązaniu z całością Bożego Objawienia, w tym także z Magisterium Kościoła oraz z teologią katolicką, które je bada i odpowiednio interpretuje. 

Co mówi Magisterium Kościoła w tej kwestii? 

Sobór Laterański IV zdefiniował stworzenia duchowe czyli anielskie jako bezcielesne:


Jedynym stworzeniem duchowo-cielesnym jest człowiek. Wynika z tego, że aniołowe jako bezcielesne ani nie są widzialni przez zmysły, ani nie mają sami ze siebie zdolności do działania takiego, jakie jest właściwe bytom materialnym i duchowo-materialnym jak człowiek. Innymi słowy: aniołowie są niewidzialni i nie mogą sprawić nic, do czego konieczne jest oddziaływanie materialne czyli cielesne. Taki jest naturalny porządek stworzenia. 
Oczywiście Pan Bóg jako Stwórca jest ponad tym porządkiem i może działać wbrew prawom natury, też wbrew naturalnym zdolnościom aniołów. O takich działaniach, które można określić cudami, jest zapewne mowa w Piśmie św. Innymi słowy: Gdy aniołowie stają się widzialni dla człowieka i działają w sposób właściwy dla istoty duchowo-cielesnej (jaką jest człowiek), to dzieje się to nie dzięki ich naturalnej zdolności, lecz na mocy działania Bożego przez nich. To jest istotna różnica.

Różnica ta jest istotna nie tylko dla właściwego rozumienia źródła Bożego Objawienia, jakim jest Pismo św., lecz jako zapora przed fałszywymi poglądami, które są zarówno judaistyczne (gnostyckie) jak też pogańskie (animistyczne), modne w różnych odmianach okultyzmu, który się rozplenił niestety także pośród katolików, a właściwie został rozpleniony dzięki elementarnej niewiedzy nawet duchownych, do których należy widocznie x. Bańka. 

W tym kontekście pojawiają się opowieści zwłaszcza o św. Janie Vianney czy o św. o. Pio, czy też z rzekomych opisów pseudoexorcystów, które są przytaczane jako rzekome dowody przeciw powyższej prawdzie katolickiej. Co świadczy zarówno o ignorancji teologicznej, jak też o naiwności, bezczelnie wykorzystywanej przez tych, którzy nauczyli się robić potężny biznes na sensacjach tego typu, mających więcej wspólnego z grafomaństwem okultystycznym i okultystyczną kinematografią niż z rzeczywistością i prawdą historyczną. 

Jaka kara za grzech przeciw naturze?


Chodzi o konstytucję apostolską św. Piusa V z 1568 r. w odniesieniu do problemu, który istniał już wtedy pośród duchowieństwa, a nawet sporo wcześniej (o czym świadczy św. Piotr Damiani). Decyzja Papieża jest zarówno klarowna jak też wyważona i powinna być wzorem  postępowania także obecnie i po wsze czasy. Dokument jest stosunkowo krótki, aczkolwiek treściwy: 


Treść w skrócie:

Papież mówi o niewstrzemięźliwości przeciw naturze, czyli o grzechach przeciw szóstemu przykazaniu, które są niezgodne z naturalnym współżyciem. Należy tutaj nie tylko tzw. homosexualizm, gdyż istnieją także grzechy tego rodzaju między osobami obojga płci, jak np. tzw. sex oralny (poczytać o tym można w każdy tradycyjnym podręczniku katolickiej teologii moralnej, więcej tutaj). Papież zarządza, że duchowni, którzy zostali przyłapani na takim grzechu, mają być albo usunięci ze stanu duchownego, albo wysłani na czas pokuty do klasztoru. Duchowni, którzy trwają w tym grzechu, mają być oddani władzy świeckiej na ukaranie. Tym samym Papież pozbawia takich duchownych wszelkich stopni duchownych, godności, przywilejów i beneficjów, bo zostali poddani takim samym karom ze strony władzy świeckiej jak osoby świeckie. 


Gdzie był Bóg?


Pytanie jest rzeczywiście poważne, a pochodzi już z arsenału starożytnych sekt judaistycznych i gnostyckich, nie dopiero islamskich. 

Przede wszystkim to pytanie fałszywie zakłada przestrzenno-czasową ograniczoność Boga. Jest to sprzeczne nawet już ze zdroworozsądkowym pojęciem Boga. Równocześnie jest w tym zawarte fałszywe ujmowanie Osób Boskich jakoby były trzema Bogami, nie jednym Bogiem. Innymi słowy: pytanie jest absurdalne, w zamiarze podstępne, aczkolwiek porusza istotne kwestie teologiczne. Odpowiedzi należy szukać oczywiście nie w pojęciach islamskich czy wyznawców islamu (jak też innych sekt antychrześcijańskich), lecz we właściwym rozumieniu pojęć teologii katolickiej, która zresztą bazuje na zdrowych, sprawdzonych pojęcia filozoficznych.  

Myślę, że nie ma tutaj konieczności wchodzenia w fachowy wykład trynitologii katolickiej (czyli klasycznego traktatu dogmatyki o Trójcy Przenajświętszej), lecz wystarczy krótka i prosta odpowiedź. 

Jest teologicznie pewne, że Wcielony Syn Boży, czyli Jezus Chrystus, w Swej boskiej istocie stale był w jedności z dwoma innym Osobami Trójcy Przenajświętszej, czyli z Ojcem i Duchem Świętym. Dotyczy to także momentu ukrzyżowania i śmierci na krzyżu. Podkreślam: chodzi o jedność co do Istoty, czyli Bóstwa Boga Trójjedynego. Słowa psalmu, które Pan Jezus wypowiedział na krzyżu ("Eloi, Eloi, lama sabahthani"), są modlitwą wypowiedzianą z natury ludzkiej, nie z natury boskiej, która zawsze pozostawała w jedności Trzech Osób. 

Podane pytanie jest o tyle podstępne, że w zamiarze ma godzić zarówno w Bóstwo Jezusa Chrystusa jak też w Trójjedyność Boga. Bardzo wygodnym momentem dla tej negacji jest właśnie Męka i Śmierć krzyżowa, czyli w radykalnym poniżeniu i wyniszczeniu, jakie może spotkać człowieka. Człowiek wyznający pojęcie Boga transcendentnego wręcz odruchowo czy przynajmniej emocjonalnie odrzuca połączenie tego pojęcia z Ukrzyżowanym. Na tym polega "zgorszenie" już dla Żydów, o którym mówi św. Paweł (1 Kor 18). Ono od nich przeszło do islamu. 

Kluczem jest tutaj odróżnienie między naturą oraz istotą jednego Boga, a troistością Osób Boskich. Tutaj trzeba już elementarnej wiedzy filozoficznej, której nie tylko regularnie brak u wyznawców judaizmu i islamu, lecz którą oni zasadniczo odrzucają, mimo iż nie jest ona specyficznie chrześcijańska lecz pochodzi od wybitnych przedchrześcijańskich umysłów greckich (a być może ma też swoje odpowiedniki w innych kulturach starożytnych). 

Mówiąc najprościej: na krzyżu Jezusa Chrystusa był obecny Bóg Trójjedyny co do natury i istoty boskiej. Na tym właśnie polega nie tyle tragedia lecz bezmiar i wyjątkowość tego wydarzenia w dziejach wszechświata. Równocześnie należy mieć na uwadze, że na krzyżu cierpiał jedynie Syn Boży, czyli jedna Osoba Boska, a to z tego względu, że tylko Syn Boży przyjął ludzkie ciało podległe cierpieniu i śmierci. Na tym właśnie zasadza się zwyciężenie śmierci i grzechu. I właśnie z powodu braku właściwego rozumienia Trójjedyności Boga i Wcielenia Syna Bożego wszystkie inne kulty poza chrześcijaństwem ani nie pojmują, ani przyjmują, ani nie mogą zaoferować zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. 

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że nawet Kuran zawiera dość istotny ślad faktyczności Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, gdyż opowiada, jakoby podmieniono osobę Jezusa Chrystusa na kogoś innego, który został zamiast Niego ukrzyżowany. To jest oczywiście fałszywe i absurdalne opowiadanie, jednak jego istotą jest przekonanie, że Jezus był żywy - i jako taki był widziany - po ukrzyżowaniu. Innym słowy: nawet jeszcze w epoce wczesnego islamu nie negowano, że Jezus Chrystus był widziany żywy po ukrzyżowaniu. 


Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalną podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej: 




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość-apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel ma aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkowo-krakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórując gościowi-apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje, lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej u kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym ze stajni masonów J. Tischner'a, J. Życińskiego i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach", a Grygiel bredzi jeszcze bardziej, poruszając się w sferze pseudonaukowych fantazyj dla dużych dzieci:


Jeśli by ktoś nie wiedział, to podaję, że dla tego typu fantazyj nie ma choćby najmniejszych przesłanek empirycznych, które są konieczne, by dyskusja miała sens na poziomie nauk przyrodniczych. To oczywiście nie przeszkadza Grygielowi - tudzież innym tego typu oszustom - w sprzedawaniu tego jako "wielkich pytań" naukowych i w tym też teologicznych. A on to sprzedaje wręcz dosłownie w postaci bełkotliwych publikacyj, którymi się chwali:


Tutaj Grygiel odkrywa, po co się umówił (z własnej inicjatywy, jak sam wyznaje) na wywiad, mianowicie dla promowania swojego "arcydzieła" stworzonego wespół z drugim krakówkowym apostatą o nazwisku Damian Wąsek (więcej o nim i jego kolaboracji z Grygielem tutaj). Jak trafnie podaje, prezentują oni dwie zasady:
- autonomia nauk przyrodniczych, w tym wypadku oczywiście rzekomych czyli żadnych, gdyż chodzi o ewolucjonizm (darwinizm), który nie jest nauką lecz ideologią,
- zmiana znaczenia dogmatów wiary, czyli oszustwo przez rzekomą zmianę jedynie językową. 
Obydwie zasady są oczywiście fałszywe i służą upozorowaniu zarówno naukowości jak też prawilności teologicznej. Zaś właściwie chodzi o podmianę wiary katolickiej na ideologię antykatolicką, która ma więcej wspólnego z kabałą niż z katolicyzmem, a służy zlaniu katolicyzmu z fałszywymi kultami, jak to widać już u mistrza i promotora Grygielowego, Michała Hellera (więcej tutaj). 

Dobrze, że Grygiel podaje konkretne przykłady:


On unika powiedzenia wprost, że według Grygielowo-Wąskowej "teologii ewolucyjnej" grzechu pierworodnego nie ma, a monogenizm - czyli wspólne pochodzenie całego rodzaju ludzkiego - jest błędny gdyż - rzekomo - sprzeczny z "nauką". Te dwa przykłady wystarczą, by orzec, że Grygiel i Wąsek są apostatami, którzy pod pozorami "naukowości" podważają nie tylko język teologii katolickiej, lecz jej istotne, wręcz fundamentalne treści. 

Grygiel oczywiście próbuje pozorować dobrą wolę i troskę duszpasterską, posługując się od dawna przestarzałym mitem, jakoby Kościół w swojej katechezie i homiliach postępował tak jak fundamentaliści protestanccy z ich prymitywnym traktowaniem Pisma św.:


To jest nic innego jak zabobon wzięty żywcem z propagandy ateistycznej, gdyż takiego podejścia Kościół nie miał nigdy, nawet względem takich bohaterów masonerii jak Galileusz i Giordano Bruno. Grygiel i Wąsek usiłują jednak jechać na tego typu przykładach, by rozkładać teologię katolicką od wewnątrz.

Ciekawe, że Grygiel w końcu jednak - chyba nie do końca świadomie - przyznaje, że dla niego kwestia właściwej interpretacji Księgi Rodzaju (i całego Pisma św.) jest "małostkowa" czyli nieistotna dla wiary katolickiej:

;

On widocznie czuje się tak bezpiecznie pod protekcją apostaty Rysia, że właściwie dość wyraźnie odkrywa swoje karty, zresztą podobnie do swojego protektora. 

Myślę, że podsumowanie jest zbędne. 


Grzegorz Ryś - deista czy ateista?


O dziwo, z największym odgłosem spotkał się następujący fragment z wywiadu u Rymanowskiego:


Jedni urządzają oburzanko, inni obronianko, a wszyscy razem plotą bzdety, nie ogarniając istoty rzeczy. A sprawa jest dość prosta: Ryś mówi, że nie jest aż tak, by on wątpił w istnienie Boga, ale jest tak, że jest kwestia, czy Bóg się objawił w Jezusie Chrystusie i czy się w ogóle objawił. Nie wiem, jak to możliwe, że nikt - o ile mi wiadomo - nie zauważył, iż jest to nic innego jak dyplomatycznie wyrażone klasyczne wyznanie wiary deisty czyli masona rytu szkockiego. Jak właściwe każdy z wykształceniem ponadpodstawowym powinien wiedzieć, deizm jest poglądem, który uznaje istnienie Boga, lecz neguje Jego działanie w historii i tym samym istnienie Bożego Objawienia. 

Sprawa jednak nie jest całkiem jednoznaczna, gdyż Ryś równocześnie ogłasza, że twierdzenie iż Boga nie ma, to "bardzo mocna teza". To zdanie słusznie wzbudziło oburzenie i sprzeciw. Ono jest fałszywe pod wieloma względami. Po pierwsze jest fałszywe, ponieważ teza ateistyczna nie jest bardzo mocna lecz jest bardzo słaba. Po drugie jest fałszywe, ponieważ padło z ust duchownego i to wysokiej rangi, który powinien zwalczać ateizm, a nie go wychwalać. 

Ryś widocznie jest aż tak pewny swojej pozycji w Kościele, że - po chwili namysłu - zdecydował się właściwie odkryć swoje karty. I właśnie te karty wyjaśniają jego zaangażowanie w interesie judaizmu kabalistycznego. 

Pech24 w obronie faustyno-sopoćkizmu



Znane środowisko nie ustaje w gorliwym udowadnianiu swej wierności dla novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego. Tego dobitnym przykładem jest regularne wyznawanie fałszywej religii łagiewnickiej, która w znacznym stopniu zastąpiła religię katolicką głównie w Polsce. 

Punktualnie na dzisiejszą niedzielę "Quasi modo" czyli Białą wrzucili tekścik swojego nadwornego "dogmatyka" w habicie cysterskim. O nim była już raz mowa (tutaj). O całym towarzychu pech24 już kilkakrotnie (tutaj, tutaj, tutaj). Idźmy jak zwykle po kolei.

1.

Pierwszy problem, który Strumiłowski omawia: 
"że w słowach Koronki wierny świecki wyraża akt ofiarowania Chrystusa Ojcu przedwiecznemu, co w mniemaniu adwersarzy trąci uzurpacją władzy kapłańskiej". 

Odpowiada:
"Zauważyć tutaj możemy, że świecki nie jest podmiotem składającym, lecz współskładającym i że ofiarowuje siebie wraz z Chrystusem. Zarzut zatem wydaje się nie pozbawiony sensu."
Oraz powołując się na texty biblijne:
"Powyższe teksty mówią oczywiście o współofiarowaniu siebie. Chrześcijanin do takiej ofiary jedynie jest zdolny i do takiej ofiary jest zobowiązany."

Następnie przywołuje NIE zatwierdzone przez Kościół słowa rzekomego anioła z Fatimy:
"Podobnie jak w modlitwie Anioła z Fatimy (1916 r., zatwierdzonej przez Kościół): „Trójco Przenajświętsza, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa…”."

Czyli popełnia kardynalny błąd teologiczny, przedstawiając niezatwierdzone przez Kościół rzekome objawienie prywatne (więcej tutaj) jako źródło teologiczne. 


2. 

Jeszcze gorzej radzi sobie z kwestią ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa. Mówi najpierw słusznie:
"Otóż z teologicznego punktu widzenia Syn Boży stał się człowiekiem, aby oddalonego i odwróconego przez grzech człowieka przywrócić w akcie ofiary Bogu. Ofiarowanie oznacza bowiem oddanie, przekazanie. Syn zatem w sobie samym oddaje Ojcu wszystko, co stanowi przyjętą przez niego naturę ludzką. Bóstwo w takiej perspektywie nie podlega ofiarowaniu, gdyż jest czymś własnym i wspólnym całej Trójcy."

Następnie jednak kombinuje:
"Gdybyśmy chcieli trzymać się sztywno formuły, że Chrystus nie tyle ofiarował siebie, ale tylko swoje człowieczeństwo, to popadlibyśmy nieuchronnie w herezję nestorianizmu, która zbyt radykalnie oddziela to, co ludzkie, i to, co boskie w Chrystusie."
I jeszcze:
"Zatem faktem jest, że Bóstwo samo w sobie nie podlega ofiarowaniu, gdyż Bóstwo jest tym, co Ojciec posiada z natury. Jednak nie można powiedzieć, że Syn ofiarował człowieczeństwo jako coś przyjętego przez siebie, lecz odrębnego. Syn w człowieczeństwie ofiarował Siebie. Albo inaczej: stawszy się człowiekiem, jako człowiek ofiarował siebie Ojcu."

Tak więc najpierw Strumiłowski niby zmierza we właściwym kierunku:
"I chociaż przedmiotem ofiarowania ściśle rzecz ujmując jest to, co stanowi istotę człowieczeństwa, to jednak podmiotem ofiarowania jest Osoba – a podmiotem osoby Chrystusa (także w ludzkiej naturze) jest Boski Logos. Zatem nie możemy powiedzieć, że Chrystus ofiarował Bóstwo. Nie możemy też powiedzieć, że ofiarował jedynie abstrakcyjny element człowieczeństwa. Możemy powiedzieć, że ofiarował siebie, a w sobie ofiarował człowieczeństwo."

Jak łatwo zauważyć, miesza on tutaj przedmiot z podmiotem, popadając przy tym w herezję monofizytyzmu czy przynajmniej monoteletyzmu, skoro według niego podmiotem ofiarowania jest Boski Logos, a nie Osoba Bosko-Ludzka Jezusa Chrystusa, który jest - od momentu Wcielenia - równocześnie zarówno Boskim Logosem jak też Człowiekiem zrodzonym z Mariji Dziewicy. Ta jedna Osoba Boga-Człowieka mogła złożyć w ofierze wyłącznie Swoje Człowieczeństwo, ponieważ Jej Bóstwo istotowo i nierozerwalnie było i jest zjednoczone z Bogiem Ojcem. Kto dopuszcza możliwość ofiarowania Bóstwa, ten neguje to nierozerwalne zjednoczenie i tym samym tożsamość Bóstwa Ojca i Syna, które jest istotowo jedno (więcej tutaj). 

Dalej Strumiłowski mówi:
"Ta prawda zawiera się także w orzeczeniach soboru Trydenckiego. Podczas Ofiary Mszy ponawia się ofiara Chrystusa. Chrystus staje się obecny w świętej Hostii i dokonuje (ponawia i uobecnia) swoją ofiarę. Co jest przedmiotem tej ofiary? Jest nią sama Hostia ofiarowana Ojcu (o czym świadczy chociażby modlitwa ofiarowania w Vetus Ordo). A ta Hostia to nie jest samo człowieczeństwo Chrystusa, ale w tej Hostii zawiera się Ciało i Krew, dusza i Bóstwo."

Tutaj już totalnie miesza i bełkocze. Otóż:

- Sobór Trydencki mówi o obecności eucharystycznej, nie o ofiarowaniu, które odbywa się we Mszy św. Oto dowód: 


Jeśli ktoś nie potrafi dostrzec tej prostej różnicy, to ma problem z elementarną logiką. Według prostej logiki czym innym jest być kimś i mieć coś, a czym innym jest dać coś ze siebie czy coś swojego. Wypadałoby, żeby doktor habilitowany teologii nawet modernistycznej dysponował zdolnością ogarnięcia tego rozróżnienia. 

- Słusznie Strumiłowski przywołuje modlitwę ofiarowania chleba w tradycyjnym mszale (św. Piusa V). Problem w tym, że on widocznie nie zauważa, iż w tym momencie ofiarowana hostia jest jedynie kawałkiem niekwaszonego chleba, a nie Ciałem Chrystusa. Tak więc akurat ta modlitwa jest dowodem przeciw jego argumentacji, ponieważ wyraża ona dość jasno, że ofiarowany jest chleb, czyli rzecz stworzona, która dopiero w Przeistoczeniu staje się Ciałem Chrystusa, które jednoczy w sobie Człowieczeństwo i Bóstwo. 

- W kwestii, co jest ofiarowane we Mszy św. (a pierwotnie na Krzyżu), kluczowe są słowa Przeistoczenia: "to jest Ciało Moje, które za was będzie wydane", "to jest Krew Moja, która za was i za wielu będzie wylana". Jak dość jasno widać, Pan Jezus nie powiedział, że wydaje Siebie, ani tym bardziej Swoje Bóstwo, lecz Swoje Ciało i Swoją Krew. To zupełnie jednoznacznie rozstrzyga problem. 

Strumiłowski jednak nie poddaje się, lecz usiłuje dzielnie walczyć w obronie herezji faustyno-sopoćkowej: 

"Jeśli formułę modlitwy rozumiemy jako wyliczenie elementów ofiarowania (co swoją drogą jest niezgodne z naturą Ofiary Chrystusa, która jest aktem osobowym), to rzeczywiście w liczbie tych elementów nie powinno być Bóstwa. Jeśli jednak rozumiemy to wyliczenie jako określenie pełni ofiarowującego się Chrystusa (jak robi to Sobór w określeniu Hostii jako całego Chrystusa – wraz z Ciałem, Krwią, duszą i Bóstwem), wtedy niczego kontrowersyjnego w tej modlitwie nie ma. Nie mówi ona w takim ujęciu bowiem o ofiarowaniu tego elementu, którym jest Bóstwo, ale mówi o integralności i pełni aktu, w którym Syn, stawszy się człowiekiem, oddał siebie Ojcu w ofierze Krzyża."

Tutaj nasuwa się już pytanie, czy on jest świadom tego, co pisze, skoro usiłuje wmówić odbiorcom, że wyliczenie nie jest wyliczeniem. To - według niego - Pan Jezus nie mógł podyktować s. Faustynie ofiarowania Siebie lecz musiał podyktować ofiarowanie ciała, krwi, duszy i Bóstwa, żądając przy tym, żebyśmy nie myśleli o ofiarowaniu Bóstwa? Kogo ta banda oszustów łagiewnickich próbuje oszukiwać (za sprawą protektorów masona Sopoćki, którymi byli Wyszyński i Wojtyła, niestety aż nadto skutecznie)? 

Na podobnym poziomie intelektualno-teologicznym jest końcowy "argument" Strumiłowskiego:

"Ze względu na tę piękną złożoność i integralność doktryny katolickiej Kościół po wieloletnim badaniu pism s. Faustyny nie tylko nie znalazł w Koronce żadnej herezji, ale zatwierdził kult Bożego Miłosierdzia, kanonizował s. Faustynę i ustanowił Niedzielę Miłosierdzia Bożego oraz odpusty za odmawianie Koronki. Gdyby formuła była teologicznie wadliwa, nie byłoby to możliwe."

Tutaj widać, że Strumiłowski nie zadał sobie najmniejszego trudu, by zapoznać się z historią badania sprawy. Gdyby to uczynił, to by musiał przyznać, że przebiegała ona zupełnie inaczej niż głosi fałszywa propaganda łagiewnicka, o czym świadczą dokumenty archiwalne. On woli jednak tkwić w naiwnej mentalności trepa, który ślepo wierzy we wszystko, co wyrządził Kościołowi Lolek z Wadowic, nawet wbrew faktom i przeciw wierze katolickiej.