Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Kiedy przebaczać?


Odpowiedź na zadane pytanie już jest podana skrótowo. Teraz odniosę się do zalinkowanego textu. 

Warto zacząć od źródłosłowu polskiego słowa "przebaczenie". Można je inaczej wyrazić jako baczenie ponad, poza, czyli nie baczenie, nie zwracanie uwagi na coś, co miało miejsce. W tym znaczeniu jest to określenie dość mylne co do sprawy, o którą chodzi, choć zawiera także cząstkę prawdy. 

Tą cząstką prawdy jest to, iż osobę, który wyrządziła krzywdę, należy w razie potrzeby traktować tak, jakby tego nie uczyniła. Przykładowo: ktoś, kto mi wyrządził krzywdę, jest głodny, chory, czy potrzebuje innej pomocy. Najważniejsza jest oczywiście pomoc duchowa. To należy mieć zawsze na uwadze. Innymi słowy: gdy złoczyńca potrzebuje pomocy, czy to dla ciała, a zwłaszcza dla duszy, nie wolno mi kierować się urazą z powodu doznanej krzywdy, lecz mam obowiązek jej pomóc, oczywiście przede wszystkim ku zbawieniu duszy. 

Mylność określenia "przebaczenie" polega natomiast na tym, iż może być rozumiane - i tak bardzo często jest - jako zachowywanie się tak, jakby nic się nie stało, jakby krzywdy nie było, czy przynajmniej jakby ona nie bolała. To jest oczywiście oparte na nieprawdzie, a nieprawda nigdy nie jest właściwie pomocna, lecz jest zawsze szkodliwa czy wręcz toxyczna, przynajmniej w jakimś stopniu. Tak pojęte "przebaczenie" z całą pewnością jest niezgodne z Ewangelią i tym samym z nauczaniem Kościoła. 

Zalinkowany text tego niestety nie odróżnia. Zamiast tego odwołuje się do kilku fragmentów Ewangelii, interpretując je błędnie czy przynajmniej tendencyjnie:

1. Słowa Pana Jezusa o przebaczeniu "siedemdziesiąt siedem razy" na pewno nie odnoszą się do fałszywie rozumianego przebaczenia, które zafałszowuje rzeczywistość. 

2. Także przypowieść o nielitościwym dłużniku nie może świadczyć na korzyść fałszywego przebaczenia, gdyż po pierwsze ów dłużnik prosił o cierpliwość, więc uznał swój dług i miał wolę spłacenia go, nawet jeśli było to nierealne wobec jego wysokości. Przebaczenie mu całości długu przez wierzyciela - jego pana - nie wynika z powinności, lecz ze szczodrości, która jest właściwa tylko Bogu, a to z tego powodu, iż żaden człowiek nie jest w stanie spłacić swego długu wobec Niego. Nie oznacza to jednak, jakoby Boże przebaczenie było bezwarunkowe, skoro nielitościwego sługę spotyka kara. Należy mieć też na uwadze, iż chodzi o przypowieść, nie o ściśle rozumianą regułę postępowania. Chodzi w niej o nasze naśladowanie Bożego przebaczenia, a jest ono doskonale, jasno i całościowo ujęte w sakramencie pokuty i pojednanie, jak go rozumie Kościół. 

Właśnie o tym też jest mowa w modlitwie "Ojcze nas". To nie nasze, fałszywie rozumiane przebaczanie ma być normą dla przebaczenia Bożego (jak to głosi fałszywa ideologia faustyno-sopoćkizmu), lecz odwrotnie: przebaczenie Boże, które jest dość jasno ujęte w warunkach sakramentu pokuty, jest regułą i wzorem dla naszego przebaczania. Oznacza to, że bez żalu, skruchy, woli poprawy oraz prośby o przebaczenie wraz z prośbą o właściwą pokutę, czyli gotowości przyjęcia sprawiedliwej kary, nie może być prawdziwego, pomocnego dla duszy czyli zbawiennego przebaczenia. 


Sprawa jarosławska - raz jeszcze


Powyżej widzimy autoreklamę x. Adriana Mantykiewicza, który od kilku dni zasłynął po tym, jak publicznie wybaczył ukraińskiemu nożownikowi nie tylko w swoim imieniu, lecz także w imieniu innych poszkodowanych, w tym zadźganego x. Stanisława Zbojnowicza. Ten obrazek wiąże się z hobby Mantykiewicza, przy czym świadomie unikam x. To on - przywędrowawszy z Zagłębia poprzez Warmię na Podkarpacie - przeobraził swoje hobby w działalność pseudoduszpasterską w jarosławskim tzw. opactwie (które jest obecnie nazwą jedynie historyczną, ponieważ z niegdysiejszego opactwa pozostała tylko część budynku, przejęta przez Archidiecezję Przemyską na dom rekolekcyjny oraz imprezy mniej czy bardziej rozrywkowe, a siostry benedyktynki zamieszkują obecnie inny budynek i nie stanowią opactwa, lecz jedynie klasztor-przeorat). 

Zacznijmy od Mantykiewicza. Odnośnie do jego "kazania" wyraziłem już swoje uwagi (tutaj). Gdyby zamiast planszówkami zajął się dokształceniem w teologii katolickiej czy choćby w katechiźmie, to by raczej był w stanie wygłosić katolickie kazanie. Póki co widać po nim jedynie zafascynowanie różnego rodzaju grami, którego skutkiem jest dość widoczne obżarstwo, co świadczy także o poważnym problemie duchowo-psychicznym. 

Jeszcze poważniejszy problem widać zarówno na powyższej grafice, jak też na innych obrazkach związanych z "planszówkami w opactwie" i - jak się okazuje - także poza nim. Oto przykłady:


To ma być zapewne minipomnik Mantykiewicza, cieszący się jego wyraźną autoaprobatą, wyrażoną w komentarzu (gdyż to on jest autorem i adminem tejże stronki na pejsbuku). Chyba nie trudno zauważyć, że to niby wiosło - niewiadomo, dlaczego to ma być jego atrybut jako planszówkowicza - można odczytać jako zasłonięty czy ukryty tryzub, na co wskazuje też pomalowanie na niebieski kolor. 


Otoczenie kotami, które są atrybutem czarowników i wiedźm, także do tego pasują. 

On nie kryje swojej satysfakcji z odgrywanej funkcji przywódczej:







Jego działalność niestety nie ogranicza się do "opactwa" (źródło tutaj - portal szkoły podstawowej w Zarzeczu):





Chwali się też charakterystycznymi kontaktami i powiązaniami:



Ciekawe, czy rodzice wiedzą, kto - z dość specyficznymi powiązaniami - został zaproszony do prowadzenia rekolekcyj szkolnych dla ich dzieci. 

Zaś gry, którymi się zabawia wraz ze swoim towarzychem, nie są bynajmniej niewinne:



Przyznaję, że się na grach nie znam. Planszówki kojarzą mi się z wysiłkiem intelektualnym nie wykraczającym poza umiejętność rzucania kostką. To może być dobra zabawa dla dzieci i osób z ograniczonymi funkcjami intelektualnymi. Dobra o tyle, że może pomóc w uczeniu się opanowania emocyj, co ma znaczenie zwłaszcza dla osób z zaburzeniami w tej dziedzinie, czyli terapeutyczne. W wypadku Mantykiewicza z "opactwa" jest to jednak zapewne coś o wiele więcej, co świadczy albo o poważnym zaburzeniu osobowości, albo o promowaniu zaburzenia, przynajmniej w postaci uzależnienia od gier, co staje się obecnie coraz częstsze zwłaszcza w młodym pokoleniu, choć nie tylko, co widać na obrazkach ukazujących kumpli i fanów tego człowieka. 

Można i należy snuć reklexję, czy i na ile te powiązania mają związek z atakiem nożownika. Pewne jest, że x. Adrian Mantykiewicz nie tylko ma hobby, które jest nie do pogodzenia z posługą kapłańską, lecz także powiązania tego samego rodzaju. Jego działalność licuje najwyżej z osobą zabawiacza, który ma dość ewidentny problem sam ze sobą, a nie kapłana katolickiego. Czy to właśnie przyciągnęło nożownika akurat w to miejsce? Czy osoba Adriana i jego działalność ma związek z tym, że pojawił się w Jarosławiu po śmierci x. Mariana Rajchela, który sam był przez lata powiązany z tzw. charyzmatykami (oprócz działalności jako exorcysta diecezjalny), lecz pod koniec życia dość krytycznie wyrażał się o osobach takich jak Marcin Zieliński i pośrednio także o hierarchach, którzy popierają i promują tego osobnika? Czyżby sprowadzenie Mantykiewicza do Jarosławia miało na celu "skorygowanie" linii x. Rajchela? Czy zachodzi związek z tzw. festiwalem "naszych korzeni", którego głównym miejscem jest jarosławskie "opactwo", a gdzie regularnie zapraszano żydów i muzułmanów, i to do występów w świątyni (więcej tutaj i tutaj)? 

Pewne jest, że dotychczas nie zostały publicznie przedstawione wyniki solidnego, urzędowego zbadania tragicznego w skutkach wydarzenia z dnia 24 IX 2026. Media podają jedynie jakieś niby wywiady z osobami, które nie były bezpośrednimi świadkami tego wydarzenia, czy to w kuchni, kawiarence czy w kościele. Wypowiedzi osób, które twierdzą, że nożownik miał nóż o długości 80 cm, nie mogą być poważne. Świadczą raczej o braku zrozumienia słowa nóż. Nie popisała się w tym także siostra Barbara z klasztoru ze swoimi wieloma widocznie chętnie udzielanymi wypowiedziami, mimo iż nie była świadkiem samego zdarzenia, a opowiada o nim w sposób niespójny i niekompetentny, aczkolwiek z widocznym zadowoleniem ze siebie. Wstyd. Żaden z organów władzy państwowej czy samorządowej nie podał jakichkolwiek ustaleń policji. W normalnym kraju i normalnym państwie byłoby to nie do pomyślenia. Zamiast tak prostego i podstawowego kroku, który jest elementarną powinnością wobec opinii publicznej, perswaduje się nam konieczność przebaczenia nożownikowi oraz nie obarczania winą wszystkich jego rodaków. I to przy zupełnym braku choćby cienia reflexji, a nawet z planowym brakiem dostarczenia podstawowych danych ku reflexji nad przyczynami tego zdarzenia, które słusznie porusza nie tylko Polaków, lecz także światową opinię publiczną. 

Czy można wybaczyć za kogoś?


Sprawa jest oczywiście zarazem tragiczna i delikatna. Tym niemniej z powodu jej nagłośnienia i zasięgu muszę się odnieść do tytułowego wątku, gdyż on nie tylko sam w sobie jest dość ważny, lecz spotykany jest nagminnie w ostatnich dziesięcioleciach, a wymaga skorygowania. Chodzi o następujące słowa jednego z poszkodowanych księży o nazwisku Adrian Mantykiewicz (nazwisko jest regularnie przemilczane):


Chłop być może chce dobrze. Wobec opinii publicznej wypada mu wypowiedzieć słowa o przebaczeniu. Być może został do tego zachęcony czy wręcz nakłoniony przez przełożonych. Zresztą dla niego ta sytuacja jest przyczyną niespodziewanej sławy i to wręcz światowej. W poczuciu takiego brzemienia niestety jednak przestrzelił, a dokładniej powiedział bzdurę, która zresztą nie jest nowością w tzw. posoborowiu modernistycznym, zwłaszcza wojtyliańskim. Otóż już na zdrowy, chłopski rozum nie trudno się domyśleć, że nie można przebaczyć za kogoś, zwłaszcza za osobę zmarłą. Nawet jeśli można rozumnie przypuszczać, że ta osoba by też sama przebaczyła czy byłaby gotowa przebaczyć. Tym niemniej nikt nie ma prawa przebaczać w czyimś imieniu, jeśli nie został do tego przez daną osobę upoważniony. To jest właściwie dość proste. 

Dlaczego więc x. Adrian powiedział taką bzdurę? Ano dlatego, że od czasu wojtyliańskiego przepraszania wszystkich za wszystko w imieniu Kościoła - nie tyle obecnego, co raczej wszystkich wieków - nadal ma się dobrze patologiczna intelektualnie i duchowo przebaczoza. Jest ona oczywiście obliczona na poklask przekaziorów i wszystkich łasych na jakiekolwiek przejawy zarówno przyznawania się przez Kościół do win wszelakich, jak też na jego kajanie się przed trybunałem pseudoautorytetów pseudomoralnych. Taki pseudopobożny debilizm widocznie wpojono x. Adrianowi najpóźniej w seminarium, a teraz akurat miał wyjątkową sposobność popisania się nim na szerokim forum publicznym. 

Wpisuje się to dość wyraźnie w fałszywą ideologię faustyno-sopoćkową, która otwarcie głosi, iż im większy grzesznik, tym większe ma prawo do "miłosierdzia". Co jest oczywiście bluźnierstwem i to demoralizującym, a jego owoce są coraz bardziej widocznie zwłaszcza w Polsce. 

Zresztą autor tego wystąpienia ma ciekawą drogę kapłańską (źródło tutaj):


Pochodzi z Czeladzi, wyświęcony w Olsztynie, a wylądował w Archidiecezji Przemyskiej. Wygląd - jak widać - ma wybitnie niekapłański. Zaś nazwisko - regularnie pomijane w mediach - jest mało polskie. To też może mieć znaczenie. 

Zaś na nagrodę nie trzeba było czekać, gdyż niemal natychmiast przyznało mu nagrodę tzw. Towarzystwo im. Jana Karskiego (źródło tutaj):


To towarzystwo jest dość charakterystyczne (źródło tutaj):

Myślę, że dalsze komentarze są zbędne. 


Gdzie jest dziewięciu?


Dominica XIII post Pentecosten


Łk 17,11-19: 


I stało się, gdy szedł do Jerozolimy, że przechodził przez środek Samarii i Galilei.

I gdy wchodził do jednego miasteczka, wyszło mu naprzeciw dziesięciu trędowatych mężczyzn, którzy stanęli z daleka.

I oni podnieśli głos, mówiąc: Jezusie, Mistrzu! Zmiłuj się nad nami.

A widząc, powiedział im: Idźcie, ukażcie się kapłanom. 

I stało się, gdy odchodzili, że zostali oczyszczeni.

Jeden zaś z nich, widząc, że został uzdrowiony, wrócił, potężnym głosem chwaląc Boga;

I padł na twarz u Jego nóg, dziękując Mu; a był on Samarytaninem.

A Jezus w odpowiedzi, rzekł: Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych, a gdzie jest dziewięciu?

Nie znaleźli się, wrócając się i dać chwałę Bogu, jak tylko ten innego pochodzenia?

I powiedział mu: Wstań, idź, twoja wiara cię wybawiła. 


και εγενετο εν τω πορευεσθαι αυτον εις ιερουσαλημ και αυτος διηρχετο δια μεσου σαμαρειας και γαλιλαιας

και εισερχομενου αυτου εις τινα κωμην απηντησαν αυτω δεκα λεπροι ανδρες οι εστησαν πορρωθεν

και αυτοι ηραν φωνην λεγοντες ιησου επιστατα ελεησον ημας

και ιδων ειπεν αυτοις πορευθεντες επιδειξατε εαυτους τοις ιερευσιν 

και εγενετο εν τω υπαγειν αυτους εκαθαρισθησαν

εις δε εξ αυτων ιδων οτι ιαθη υπεστρεψεν μετα φωνης μεγαλης δοξαζων τον θεον

και επεσεν επι προσωπον παρα τους ποδας αυτου ευχαριστων αυτω και αυτος ην σαμαρειτης

αποκριθεις δε ο ιησους ειπεν ουχι οι δεκα εκαθαρισθησαν οι δε εννεα που

ουχ ευρεθησαν υποστρεψαντες δουναι δοξαν τω θεω ει μη ο αλλογενης ουτος

και ειπεν αυτω αναστας πορευου η πιστις σου σεσωκεν σε 


Są wydarzenia w życiu, które nadają się na przypowieści. W Ewangeliach czytamy aż kilka raty o Samarytanach. Oprócz powyższego fragmentu znamienna jest szczególnie rozmowa Pana Jezusa z Samarytanką przy Studni Jakubowej (J 4,6nn), a także słynna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,25-37). Jest to w kolejności po Żydach pierwsza społeczność występująca najczęściej w Ewangeliach, a w dodatku wyłącznie pozytywnie ukazana, w przeciwieństwie do tych pierwszych. Można by wysnuć wniosek o szczególnej sympatii Zbawiciela, może nawet o swego rodzaju wybraniu, co nie musi oznaczać wolitywnego braku związku z faktami. Należy wziąć też pod uwagę, iż w porównaniu z Żydami była to społeczność znacznie mniej liczebna i mniej znacząca, zarówno w Ziemi Świętej jak też w diasporze. Siłą rzeczy Apostołowie głoszący Ewangelię po Zesłaniu Ducha Świętego na całym świecie o wiele częściej zwracali się do Żydów niż do Samarytan. Mimo tego mamy do czynienia z wyraźną różnicą w ewangelicznym obrazie tych dwóch społeczności o jednym korzeniu w religii Mojżeszowej, której świadectwem jest Pięcioksiąg. A może właśnie dlatego?

Zarówno kierunek zdążania Pana Jezusa wraz z uczniami jak też miejsce opisanego zdarzenia jest znaczące. Jerozolima była jedynym miejscem kultu Boga prawdziwego objawionego w Starym Testamencie. Natomiast Samaria i Galilea - która była zresztą ojczyzną Pana Jezusa oraz wszystkich spośród dwunastu Apostołów oprócz Judasza Iskarioty - były postrzegane przez Judejczyków (czyli Żydów) jako tereny conajmniej skażone wpływami pogańskimi i pogardzane. Jak wiemy z Ewangelii św. Janowej (J 4), Żydzi unikali zadawania się z Samarytanami, a Galilejczyków traktowali z góry. Skoro w gronie tych dziesięciu trędowatych był Samarytanin, to widocznie w przypadku wspólnego losu wyznaczonego przez chorobę, który oznaczał nie tylko cierpienie fizyczne, lecz także wykluczenie ze społeczności zdrowych z powodu obawy przed zarażeniem, te granice plemienno-religijne nie były ważne. 

Ich wołanie o pomoc Pana Jezusa świadczy o tym, że był im znany jako ten, który cudownie uzdrawia. W respektowaniu zasady dystansu społecznego nie ośmielali się podejść, lecz krzyczeli z bezpiecznej dla zdrowych odległości. Także tytuł, którym wzywali, jest znaczący, gdyż jest on mniej więcej odpowiednikiem hebrajskiego "rabbi", a nawet oznacza więcej, czyli szczególny szacunek. Co oczywiście nie jest zaskakujące w sytuacji proszącego o pomoc. 

Rozkaz Pana Jezusa, by udali się pokazać kapłanom, nie jest wyjaśniony przez Ewangelistę, a także sam Pan Jezus go nie wyjaśnia. Nie mówi też nic o tym, że przyjmuje ich wołanie, ani o odpuszczeniu grzechów, które zwykle łączył z uzdrowieniem ciała. Udanie się do kapłanów miało sens o tyle, że uzdrowienie z trądu musiało zostać przez nich stwierdzone, by uzdrowiony mógł zostać przywrócony do życia w społeczności. Fakt, że owych dziesięciu natychmiast wyruszyło w kierunku Jerozolimy, świadczy o ich pełnym zaufaniu w to, że zostaną uzdrowieni. Ich posłuszeństwo słowom Pana Jezusa można by uznać za wręcz wzorowe. Jednak dziewięciu z nich zabrało czegoś istotnego. 

Angielski filozof Francis Bacon powiedział kiedyś: "Nie jest tak, że szczęśliwi są wdzięczni, lecz jest tak, że wdzięczni są szczęśliwi". Należy uzupełnić, że nie ci są szczęśliwi, których pragnienia, potrzeby i prośby są spełniane, lecz ci, którzy są wdzięczni za to, co otrzymują. 

Znamienny jest związek religii chrześcijańskiej - prawdziwej religii - z tą prawdą życiową. Nie przypadkowo centralny sakrament tej religii i zarazem rdzeń kultu chrześcijańskiego jest dziękczynieniem - eucharystią. Grecki czasownik εὐχαριστεῖν łączy w sobie dwa słowa - εὐ czyli dobry, oraz xάρις czyli łaska, dar. W tym znaczeniu wdzięczność jest odwzajemnieniem dobra, mianowicie duchowym, niekoniecznie jako wzajemność dosłowna. Charakter i wymiar duchowy jest zasadniczy, istotny. Zawiera w sobie zarówno uznanie otrzymanego dobra jako takiego, jak też wolę okazania tego uznania oraz jakiegoś rodzaju "odpłacenia", na ile jest ono możliwe. 

Wdzięczność uzdrowionego z trądu Samarytanina wyrażała się w akcie kultu zarówno głosem i słowami, jak też postawą ciała. Ludzie starożytniego Wschodu (i nie tylko) tak okazywali uwielbienie i podziękowanie najwyższego stopnia. W tym wypadku ludzki odruch wdzięczności za uzdrowienie doprowadził do oddania czci oczekiwanemu Mesjaszowi i prawdziwemu Bogu. Tak właśnie działa prawdziwa religia: to, co naturalnie szlachetne, ludzkie, zdrowe, skłania ku oddawania czci prawdziwemu Bogu. 

Na sens religijny tego zdarzenia wskazuje to, że Pan Jezus mówi o oczyszczeniu, nie o uzdrowieniu. Owszem, to określenie zapewne nawiązuje do samej choroby, do jej wyglądu, jednak tego nie wyczerpuje. Greckie słowo κάθαρσις najpóźniej od Poieteke Arystotelesa ma znaczenie zarówno sakralne jak też psychologiczne. 

Pytanie Pana Jezusa o pozostałych dziewięciu jest skierowane do ludzi wszystkich czasów, zarówno do tych, którzy nie znają kultu chrześcijańskiego, jak też do tych, którzy ten kult znają, lecz go nie praktykują, bądź praktykują jedynie zewnętrznie, formalnie, jedynie z posłuszeństwa. Wydaje się, że tych dziewięciu jest zawsze znacznie więcej niż tych, którzy są tak oczyszczeni, iż są jakby naturalnie skorzy do wdzięczności. Na tym przykładzie widać, że istotą religii Chrystusowej nie jest samo posłuszeństwo czy to prawu Bożemu, czy też nawet nakazom Chrystusowym. Sedno tkwi w takim oczyszczeniu serca człowieka - jego wnętrza, że naturalne poczucie sprawiedliwości wraz ze szlachetnymi odruchami współgra ze czcią dla Boga samego. 

Wdzięczność jest więc jednym ze znamion prawdziwej religijności, czyli dojrzałości we wierze. Jako że chodzi o dyspozycję i sprawność serca człowieka - w znaczeniu biblijnym jako centrum osobowości - nie można oddzielić wdzięczności wobec Boga od wdzięczności wobec ludzi. Człowiek autentycznie wdzięczny Panu Bogu, docenia także wszelkie dobro, które otrzymuje od ludzi. A ten, kto potrafi być wdzięczny po ludzku, ma zdolność także ku prawdziwej religii. 

Duchowa postawa tych dziewięciu tkwi w jakimś stopniu w każdym z nas o tyle, o ile bardziej skupiamy się na własnych potrzebach i doznaniach niż na obiektywnej rzeczywistości, którą jesteśmy obdarzani, zwłaszcza na rzeczywistości Boga Stwórcy i Zbawiciela. Cóż doprowadziło owego Samarytanina do takiego zachowania, które po wsze czasy stało się wzorem, a nawet ideałem chrześcijanina? Skoro Opatrzność Boża zechciała nam akurat jego ukazać w tym świetle i charakterze, to ma to zapewne znaczenie. Ewangelia i wraz z nią ten wzór religijności był głoszony najpierw Żydom, którzy gardzili Samarytanami. Trwała wzgarda i ścieranie się z krytyką w pozycji mniejszego i słabszego zapewne nie tylko motywowało do stałej reflexji i ćwiczyło w pokorze, lecz mogło być właśnie przez to szkołą wdzięczności, która jest fundamentem i rdzeniem prawdziwej religii. Przykładem przeciwnym są przywódcy narodu żydowskiego, którzy nie poznali czasu swego nawiedzenia (Łk 19, 44). 

Walka o wiarę prawdziwą odbywa się nie tylko w dziedzinie doktryny i moralności, lecz ma zawsze wymiar dogłębnie duchowy i osobisty. Bez tego wymiaru nawet przepiękne ceremonie, a nawet posłuszeństwo kościelne są przynajmniej niepełne. 


Co znaczy nieuporządkowane przywiązanie?


Książeczka De imitatione powstała wprawdzie w środowisku mniszym (w nurcie tzw. devotio moderna) i skierowana jest głównie do osób duchownych, jednak generalnie podaje zasady życia duchowego ważne i możliwe do realizacji także w życiu świeckim.

Zniszczenie przywiązania oznacza wewnętrzną wolność. Św. Ignacy z Loyoli mówi tutaj o "obojętności" (indifferencia) odnośnie do posiadania i nieposiadania, czyli o gotowości przyjęcia zarówno dóbr jak też ich utraty. Jedynym motywem dla ich zdobywania i dysponowania nimi ma być wola Boża, czyli wielbienie Boga i zbawienie dusz.

Zarówno w przypadku osób duchownych jak też świeckich nie jest możliwe całkowite wyzbycie wszelkiego posiadania, aczkolwiek w przypadku osób zakonnych nie jest to własność prywatna lecz wspólnotowa czyli zakonna. Osoby zakonne ślubują między innymi ubóstwo w znaczeniu zależności od przełożonych w dysponowaniu dobrami. Kapłani diecezjalni nie składają wprawdzie ślubu ubóstwa według określonej reguły, jednak zobowiązują się do skromnego stylu życia i niegromadzenia dóbr, lecz dzielenie się tym, co posiadają, z potrzebującymi, oraz dla zbawienia dusz. 

Osoby świeckie nie podlegają w tym zakresie przełożonym kościelnym, jednak ich dysponowanie dobrami jest także związane przykazaniami Bożymi (miłości Boga i bliźniego) oraz także obowiązkom stanu. Tak np. ojciec rodziny powinien we wszystkich swoich decyzjach, także odnośnie dóbr materialnych, kierować się celem i dobrem małżeństwa i rodziny, a także Kościoła, ojczyzny i ludzkości, a nie własnymi zachciankami. Jest w tym bardziej samodzielny niż osoby duchowne, tzn. zdany na własną roztropność i poczucie obowiązku względem małżeństwa i potomstwa, więc tym większa odpowiedzialność spoczywa na nim. Poczucie odpowiedzialności za rodzinę świadczy o dojrzałości zarówno ludzkiej jak i chrześcijańskiej. Jeśli ojciec czy matka rodziny nie kierują się dobrem rodziny, lecz spełnianiem swoich mniej czy bardziej wybujałych zachcianek (czy to jakieś hobby, czy zakup jakichś rzeczy), to niszczą nie tylko swoje małżeństwo, lecz dają zły przykład swoim dzieciom, co może poważnie okaleczyć czy nawet wypaczyć ich charaktery, czyniąc je nieprzygotowanymi do założenia własnej rodziny i ogólnie do życia społecznego, a tym bardziej do stanu zakonnego czy kapłańskiego. To jest jednak z głównych przyczyn - a być może najważniejsza - obecnej zapaści zarówno co do powołań duchownych jak też zawierania zdrowych, trwałych małżeństw.