Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

Czy trudno być katolikiem?


Natychmiast po premierze filmu "Ukryty skarb Kościoła" zostałem wielokrotnie zapytany o opinię. W międzyczasie udało mi się obejrzeć ten film.

Mówiąc w skrócie: co do treści teologicznej nie mam zastrzeżeń, gdyż nie stwierdziłem poważnych uchybień. Nie będąc fachowcem w dziedzinie sztuki filmowej uważam go pod względem technicznym również za porządny. Równocześnie jednak mogę zaznaczyć, że jego poziom nie jest wybitny ani treściowo, ani co do układu treści. Jest to po prostu kompilacja wielu różnych wypowiedzi o różnej wadze i wartości. Mogą one jakoś wprowadzać w temat, mogą też pobudzać do myślenia. Jednak całość nie wnosi nic odkrywczego, ani nie prezentuje solidnych argumentów. Jest to niewiele więcej niż pewien zbiór czy wybór "świadectw" osób, które na jakimś etapie swojego życia odkryły liturgię tradycyjną czy - w przypadku starszych osób - powróciły do niej. 

Autorzy filmu mogą mi zarzucić, że nie mam prawa utyskiwać na jego poziom, skoro odmówiłem udziału w filmie, mimo kilkukrotnych nalegań. 

Jednak nie sądzę, by mój udział był w stanie coś zmienić pod tym względem, gdyż problem leży już w samej formule. Nic nie wskazywało ani nie wskazuje na to, by zamierzano wyprodukować narzędzie przekonywania do liturgii tradycyjnej w sposób uporządkowany, systematyczny. Zdaję sobie sprawę, że obecnie w dziedzinie filmowej panuje tendencja antysystematyczna, antyracjonalna, czyli skupiania się na wrażeniach i osobistych przeżyciach. Ten film mógł być jednak okazją do wyjścia poza i ponad taką konwencję, choć nie musiał z niej zupełnie rezygnować. 

Niemniej godna krytyki jest nazwa kanału i zarazem marki "firmy" Macieja i Anny Świerzyńskich, zresztą wspomniana także w jednej z wypowiedzi, mianowicie x. Grzegorza Śniadocha, będącego wyraźnie głównym bohaterem filmu (o zgrozo). Hasło "Trudno być katolikiem" z całą pewnością nie zachęca do bycia katolikiem, choć poniekąd odpowiada doświadczeniu i odczuwaniu wielu katolików, zwłaszcza tych, którzy nazywają siebie czy są nazywani "tradycjonalistami". Tym niemniej właśnie oni powinni mówić raczej o pięknie katolicyzmu, gdyż to ono jest istotne i motywuje, a nie trudności, które zawsze w jakiś sposób są i pozostaną w każdej sytuacji życiowej i w każdej społeczności. Ta nazwa jest także o tyle dziwna i nieadekwatna, że w filmie jest również mowa o pięknie liturgii tradycyjnej. To właśnie piękno, porządek, harmonia i spójność z wiarą katolicką stanowią główną cechę tej liturgii, zauważalną i de facto dostrzeganą zwykle już przy pierwszym zetknięciu się. 

Oczywiście dobrze, że film ten powstał. Oby pobudził do myślenia i poznawania katolickiej liturgii tradycyjnej. Oby jednak autorzy i ich ewentualni naśladowcy wyciągnęli odpowiednie wnioski na przyszłość, dla następnych produkcyj medialnych różnego typu. Niestety bowiem szerzy się obecnie maniera czy wręcz moda narzekizmu, czyli narzekania czy to na różnego rodzaju skandale, czy na to własny los wskutek posunięć władz itp. Oczywiście można i należy mówić o faktach, także gorszących, o ile celem jest ich przezwyciężenie. Jednak zatrzymywanie się nad nimi do niczego dobrego nie prowadzi, lecz wyrządza poważne szkody, choćby przez marnowanie czasu i energii potrzebnej do budowania duchowego i nie tylko duchowego. Narzekacze typu grono PCh24, x. Dariusz Oko, Dawid Mysior i też Świerzyńscy nieźle zarabiają na wyciąganiu i rozwlekłym exploatowaniu rzeczywistych - a niekiedy niestety także urojonych - skandali. Czyż nie wstyd? Czyż nie należałoby spożytkować czas i środki raczej na krzewienie rzetelnej wiedzy teologicznej oraz na formowanie duchowe swoje i bliźnich, którzy składają im niekiedy nawet pokaźne ofiary? 

To nie jest wcale trudne, choć może wymagać nieco więcej wysiłku niż prezentowanie skandali, których świat oferuje mnóstwo, a które i tak są dość powszechnie znane. Wyszukiwanie konkurencyjnych sensacyjek świadczy nie o trzeźwym katolickim krytycyźmie, lecz o niezwoleniu duchem tego świata, czy przynajmniej o chęci dogonienia go w lukratywnym sprzedawaniu złych wieści. A to właśnie nie jest godne katolika, zwłaszcza tradycyjnego. 


Czy wolno filmować exorcyzmy?

 

Po internetach krążą filmiki pokazujące rzekome bądź autentyczne exorcyzmy. Szczególnie popularne są te pokazujące czynności słynnego x. Gabriele Amorth'a, autora wielu książek w 
temacie, uchodzącego za autorytet nie tylko w kwestii exorcyzmów. 

Najpierw zasadniczo: 

Exorcyzm jest liturgią Kościoła i podlega regułom podanym wyraźnie w rubrykach Rituale Romanum. Reguła nr 11 mówi, że osoba poddawana exorcyzmowi powinna się znajdować z daleka od tłumu:  


W następnej rubryce jest powiedziane, że tylko nieliczne osoby mogą być obecne podczas exorcyzmu i że te osoby powinny się w tym czasie modlić za osobę poddawaną exorcyzmowi:

Ma to służyć zarówno dyskrecji dla dobra osoby exorcyzmowanej, jak też zabezpieczać exorcystę przed szukaniem własnej chwały, o czym mówi reguła nr 1. 


Ta dyskrecja dotyczy oczywiście także tłumów zgromadzonych przed ekranami komputerów czy telewizorów. 

Tym samym x. Amorth popełnił przestępstwo przeciw rubrykom Rituale i powinien był odtąd otrzymać zakaz sprawowania exorcyzmów, przynajmniej tymczasowo na odbycie odpowiedniej pokuty i nawrócenia.

Takie jego postępowanie świadczy niestety o braku zdatności do posługi exorcysty, przynajmniej od momentu, gdy zaczął wykazywać łamanie zasad Rituale i szukanie swojej sławy. 

Tym samym jego wypowiedzi w powiązanych czy innych kwestiach należy traktować conajmniej z dystansem i ostrożnością, a nawet ze zdrowym sceptycyzmem. Dotyczy to zwłaszcza takich sensacyj jak opowiadane przez niego rzekome wypluwanie przedmiotów przez osoby exorcyzmowane, czy też jego pochlebnej opinii odnośnie oszustwa w Medjugorje. Innymi słowy: x. Amorth sam był dość wyraźnie pod wpływem szatana, przynajmniej w okresie, gdy popełniał tego typu przestępstwa i fałszywe wypowiedzi. 

Film "Czyściec"

 


Temat jest bardzo ważny i na czasie. Właściwie zawsze potrzebne jest informowanie o rzeczywistości czyśćca oraz potrzebie modlitwy za zmarłych. Zakładam, że takie są intencje filmu Michała Kondrata. To stanowi o jego wartości. Jeśli pobudza do reflexji i modlitwy, zwłaszcza ofiarowania Mszy św. za dusze zmarłych, to bardzo dobrze, że powstał i jest rozpowszechniany. 

Cenne są także informacje zwłaszcza o św. Stanisławie Papczyńskim, gdyż są mało znane. Książki Fully Horak nie znam i dlatego nie jestem w stanie ocenić jej treści teologicznej. Być może trzeba by się tym bliżej zająć. 

Jako że dzięki życzliwości pewnych osób dane mi było film obejrzeć, czuję się w obowiązku zwrócić uwagę na jego fragmenty, które z punktu widzenia teologii katolickiej wymagają korekty. Zresztą już taki szczegół jak ustawienie ciała zmarłego tyłem do ołtarza wskazuje na to, że film nie przeszedł solidnej konsultacji teologicznej i kościelnej. Według reguł Kościoła ciało zmarłego świeckiego jest ustawiane twarzą do ołtarza, czyli tak, jak zmarły uczestniczył w liturgii za życia. Jedynie ciało duchownych jest ustawiane twarzą do ludu, co oczywiście nie ma nic wspólnego z rozpowszechnionym kierunkiem celebracji w Novus Ordo, lecz wynika z funkcji nauczania przez duchownych w świątyni, co oczywiście zawsze odbywało się twarzą do ludu. 

Pierwszym poważnym błędem jest mówienie o "Sądzie Ostatecznym" po śmierci. Chodzi oczywiście o sąd partykularny czyli osobisty, który odbywa się nad każdym zmarłym osobno zaraz po śmierci. Natomiast Sąd Ostateczny będzie miał miejsce na końcu świata, po powtórnym przyjściu Zbawiciela. To o nim mówią zapowiedzi Ewangelii. Widocznie ktoś tu nie doczytał nawet w katechiźmie, a duchowni, z którymi film był konsultowany, nie zauważyli tak poważnego błędu. 

Poważny błąd - a nawet przekłamanie - zawarte jest w wystąpieniu kapucyna z San Giovanni Rotondo, gdy właściwie neguje on prawdę o sądzie Bożym, twierdząc, że po śmierci dusza nie jest sądzona, lecz sama decyduje o potrzebie oczyszczenia w czyśćcu. Jest to poniekąd miła fantazja tego kapucyna, nie ma ona jednak nic wspólnego z Pismem świętym i nauczaniem Kościoła. Jest po prostu wymysłem, który jest nie tylko groteskowy lecz także niebezpieczny, ponieważ sugeruje, jakoby dusza po śmierci mogła o czymkolwiek decydować. Według nauczania Kościoła w momencie przejścia do wieczności dusza podlega sądowi Bożemu i nie ma możliwości nawrócenia się. Z powodu oddzielenia od ciała nie ma też swojej woli i tym samym możliwości decydowania. Może jedynie doznawać albo radości wiecznej, albo cierpienia - czy to wiekuistego potępienia, czy przejściowego w czyśćcu. 

Bardzo poważny błędy zawarte są także w wypowiedzi lekarki, która opowiada o przeżyciach osób, które przeszły stan tzw. śmierci klinicznej. Fałszywie definiuje ona śmierć jako zanik aktywności pnia mózgu. Odnosi się widocznie do fałszywej teorii tzw. śmierci mózgu stworzonej na potrzeby biznesu transplantacyjnego, czyli dla usprawiedliwienia wyciągania organów z żywych ludzi, co do których "lekarze" orzekli "śmierć mózgową". Jest to sprzeczne nie tylko ze stanem solidnej wiedzy medycznej, lecz także z teologiczną definicją śmierci. 

- Tzw. teoria śmierci mózgowej opiera się na fałszywym założeniu, jakoby instrumenty pomiarowe były w stanie stwierdzić bądź wykluczyć aktywność mózgu (więcej tutaj).

- Fałszywe jest założenie, jakoby zanik stwierdzalnej przez urządzenia aktywności powierzchniowych areałów mózgu był równoznaczny ze śmiercią. Jest bowiem oczywiste, że ciało człowieka składa się nie tylko z mózgu, lecz także z innych organów, które mogą być - przez jakiś czas - podtrzymywane przy życiu bez udziału stwierdzalnej aktywności mózgu. 

Tym samym przeżycia w stanie tzw. śmierci klinicznej nie mogą dotyczyć stanu po momencie śmierci, lecz najwyżej stanu bliskiego śmierci. Dlatego właśnie wartość dowodowa takich doświadczeń jest właściwie zerowa w kwestii zaspokojenia ciekawości co do tego, co się dzieje z duszą w momencie przejścia do wieczności. 

W wypowiedzi o. A. Posackiego zawarta jest przynajmniej pewna nieścisłość. Nie pamiętam dokładnie każdego jego słowa, ale wydaje mi się, że pomieszał pojęcie nadprzyrodzoności i nadzwyczajności. Otóż działanie nadprzyrodzone pochodzi tylko od Boga, aczkolwiek jego narzędziem mogą być stworzenia. Natomiast działania nadzwyczajne mogą pochodzić także od stworzeń, konkretnie od szatana i demonów. Tutaj o. Posacki słusznie wskazał na istotne różnice między expresjami dusz czyśćcowych a zjawiskami o pochodzeniu demonicznym. 

Wiąże się z tym tematyka posługiwania się przedmiotami materialnymi zarówno przez dusze zmarłych jak też przez demony. Jest o tym mowa zwłaszcza w związku z tzw. muzeum dusz czyśćcowych przy pewnym kościele w Rzymie, oraz z rzekomymi fizycznymi napaściami szatana na św. o. Pio. To jest problematyka tak zwanych materializacyj, o których wypowiadałem się już obszerniej (tutaj). Nie znam tego muzeum, jego powstania i zawartości. Jeśli jego exponaty są wiarygodne, to można je teologicznie wyjaśnić w tego sposób, że Pan Bóg dokonał cudu znaków materialnych jako wezwanie do modlitwy za zmarłych. Każdy cud wyklucza działanie przyczynowosprawcze stworzeń. Dlatego musi być najpierw z całą pewnością wykluczone, że owe exponaty nie powstały w sposób naturalny, czyli że sprawcą nie jest ani człowiek, ani żadna przyczyna materialna, ani duchowa jak demony. 

Co do obrażeń cielesnych doznanych przez o. Pio, przypisywanych szatanowi, sprawa ma się podobnie. Jest oczywiste, że szatan jako istota wyłącznie duchowa nie ma naturalnej mocy ani tzw. materializowania, ani bezpośredniego oddziaływania na przedmioty materialne. Może natomiast mieć jakiś wpływ na istoty żywe czyli na ich ciało, a to poprzez duszę - wegetatywną u roślin, sensualną u zwierząt, duchową u człowieka. Tym samym niemożliwe jest np. bicie przez szatana łańcuchem, jak to zostało przedstawione w filmie. Taka scena jest pokroju okultystycznych opowiadań o rzekomym przesuwaniu mebli przez dusze zmarłych czy demony, co po pierwsze nie ma potwierdzenia empirycznego (te opowiadania pochodzą wyłącznie ze "świadectw" osób parających się okultyzmem czyli tzw. wtajemniczonych), a po drugie jest sprzeczne z filozofią realistyczną i teologią. 

Niejasne i częściowo mylne jest potraktowanie tematu dusz dzieci nienarodzonych. Modlitwa za nie sugeruje, jakoby znajdowały się w czyśćcu, co na pewno nie jest prawdą. Teologicznie dyskutowalne są natomiast takie kwestie jak "limbus puerorum", czyli stan naturalnej szczęśliwości bez oglądania Boga, oraz chrzest pragnienia, który zapewnia im zbawienie, podobnie jak w przypadku dziecka, które rodzice pragnęli ochrzcić, które jednak zmarło bez chrztu sakramentalnego. W tym drugim wypadku - jako że dziecko takie nie ma grzechu osobistego - można by te dusze prosić o wstawiennictwo. 

Na koniec jeszcze uwaga odnośnie jednej kwestii, co do której autor wypowiedzi nie ponosi odpowiedzialności, ponieważ wypowiada się w zaufaniu do oficjalnego uznania "Dzienniczka" s. Faustyny. X. Dominik Chmielewski cytuje jego fragment zapewne nie zdając sobie sprawy z tego, że jest on teologicznie fałszywy i wręcz bluźnierczy. Chodzi o rzekome słowa Pana Jezusa, że Jego miłosierdzie nie chce karania dusz w czyśćcu, lecz domaga się tego sprawiedliwość. Nawet jeśli przyjmiemy, że te słowa pochodzą od kogoś nie mającego pojęcia o teologii (i tym samym nie mogą pochodzić od Pana Jezusa), to jednak wymagają sprzeciwu i odrzucenia, gdyż sugerują jakby schizofrenię w Osobie Pana Jezusa i tym samym samego Boga. Do podstawowych prawd teologii katolickiej odnośnie pojęcia Boga należy, iż w Bogu nie ma i nie może być sprzeczności. Tym samym nie ma i nie może być sprzeczności także między Jego miłosierdziem i sprawiedliwością. Tym samym sedno treści "Dzienniczka", polegające po pierwsze na przeciwstawieniu miłosierdzia Boga i Jego sprawiedliwości, a po drugie na wywyższeniu tego pierwszego aż do - przynajmniej praktycznej - negacji tego drugiego przymiotu Boga, jest dogłębnie fałszywe, heretyckie i bluźniercze, nie mające nic wspólnego ani z teologią katolicką, ani nawet z Pismem świętym (więcej w temacie tutaj i tutaj oraz w linkach tam podanych).

Czy oglądanie filmów typu Sekielskiego jest grzechem?


Pytanie słusznie zwraca uwagę na problem, którego dotychczas chyba nikt nie poruszył w przestrzeni publicznej, nawet ze strony przedstawicieli hierarchii. Zamiast tego w przestrzeni publicznej panuje jakby obowiązkowa zgodność w postawie wobec tego typu filmów.

Oczywiście należy najpierw podkreślić, że publiczne piętnowanie grzechów, zwłaszcza tego typu, w szeregach duchowieństwa jest słuszne i potrzebne, gdy nieskuteczne dla nawrócenia okazało się upominanie w cztery oczy oraz powierzenie sprawy władzom kościelnym. Słuszne jest też domaganie się sprawiedliwej kary, gdyż ukaranie ma sens zarówno zadośćuczynienia i naprawienia, jak też pedagogiczny, czyli zapobieganie naśladowaniu zła. Nie będę tutaj wchodził szczegółowo w temat, czy takie były motywacje Sekielskich, ponieważ brakuje mi wszechstronnych danych. Pewne jest, że motywacja jest przynajmniej niejasna, a nawet wątpliwa. Wydaje się dość prawdopodobne, że motywacją nie była ani życzliwość wobec Kościoła, ani wobec ofiar nadużyć. Te ostatnie zostały potraktowane raczej instrumentalnie w określonym celu. Jeśli tak jest, to motywacja jest nieczysta i tym samym grzeszna.

Oprócz motywacji istotne są faktyczne skutki, zarówno społeczne jak też indywidualne, osobiste. Skutkiem - i to chyba zamierzonym - jest podważenie autorytetu Kościoła i to nie tylko jako instytucji lecz jego nauczania w dziedzinie obyczajów. Oczywiście, o ile filmy ukazują fakty, to te fakty jako grzechy, a nie publiczne ich ukazanie jest przyczyną złą. Jednak to ukazanie ma także swoje skutki, zarówno zamierzone jak też uboczne, które należy brać pod uwagę w ocenie moralnej. Bez wątpienia ochrona przed wykorzystywaniem sexualnym jest dobrem wyższym niż reputacja duchowieństwa czy całego Kościoła. Jednak by cel ochronny był wiarygodny, musiałby odnosić się do wszystkich grup społecznych, nie tylko do duchownych, aczkolwiek słuszne jest oczekiwanie od duchowieństwa zachowywania wyższych standardów.

Skutki indywidualne, czyli dla własnej osoby, każdy musi rozważyć sam. Każdy musi w sumieniu zadecydować, czy oglądanie filmu, którego motywacja jest przynajmniej niejasna, a być może nawet zła, jest odpowiednim spożytkowaniem czasu i energii. Tego typu film powinny oczywiście zobaczyć władze kościelne z obowiązku. Szeroka publiczność natomiast ogląda w najlepszym wypadku z ciekawości, a nierzadko szukając potwierdzenia dla swoich uprzedzeń czy nawet wrogości wobec Kościoła i duchowieństwa.

Pewne jest: Co do istoty tego typu filmy nie pokazują czegoś nowego. Grzech zawsze był w Kościele i szeregach duchowieństwa. Także filmy czy inne publikacje tego nie zmienią. Oczywiście dobrze, że powstały, jeśli uchronią choćby jedno dziecko przed nadużyciem czy doprowadzą do sprawiedliwego ukarania winowajców. Niemniej ważne, a nawet najważniejsze i konieczne jest pobudzenie do nawrócenia i odnowy zarówno wewnątrz Kościoła jak też w ogóle w przestrzeni społecznej. Grzechy wśród duchowieństwa nie pochodzą ani od Pana Boga ani z boskiej konstytucji Kościoła, lecz ze zbrukania duchem świata, zmysłowością, czyli z braku ducha, którym powinni żyć zwłaszcza duchowni. Duchowni nie biorą się znikąd, lecz pochodzą z rodzin, społeczności lokalnych, szkół itd. Tym samym od stanu moralnego w rodzinach, w społeczeństwie i państwie zależy także poziom moralny duchowieństwa.

Czy film "Kler" sprzyja nawróceniu Kościoła?


Znany w kręgach indultowych - i nie tylko - redaktor KAI swoim wpisem na facebooku przywitał ów antykościelno-rynsztokowy produkt entuzjastyczną "próbą szukania pozytywów", twierdząc równocześnie, że tego typu "twórczość (...) sprzyja nawróceniu" Kościoła. Pomijając pozamerytoryczne motywy (wiadomo, że środowiska Agory i KAI w znacznym stopniu się pokrywają i są ściśle powiązane), należy trzeźwo ocenić tego typu wypowiedź kogoś uchodzącego za przedstawiciela środowisk tradycyjno-katolickich.


Nikt nie neguje, że upadek moralny sporej części duchowieństwa jest obecnie bardzo poważny i jest coraz gorzej. Jednak jest dość ewidentnie, że ów f
ilm nie jest piętnowaniem udokumentowanych faktów lecz nienawistno-karykaturalnym paszkwilem przyklejonym do całego duchowieństwa.

Wyjaśniam: nikt nie neguje, że zjawiska tego typu mają miejsce. Zresztą zawsze w jakimś stopniu miały miejsce i będą miały, gdyż nie ma i nie będzie na tym świecie społeczności całkowicie bezgrzesznej. Są oczywiście różnice w skali. Dlatego w rzetelnym podejściu do sprawy są dwie możliwości:
1. przedstawienie problemu w rzeczywistej proporcji, czyli w zestawieniu z większością duchownych moralnie i duchowo porządnych, nawet ponadprzeciętnie, albo
2. zajęcie się problemem na konkretnych, udokumentowanych, nieanonimowych przypadkach, gdyż tylko wtedy jest możliwe rzetelne poszukiwanie przyczyn oraz środków zaradczych.

Ów film natomiast obrał zupełnie inną metodę, mianowicie prezentując fabularne skandale, rozciągając je na całe duchowieństwo. Dlatego zasługuje jedynie na miano zakłamanego i podłego paszkwila. Żadne deklaracje dobrych intencyj czy próby usprawiedliwienia nie są w stanie tego zmienić.

Stąd nasuwają się wnioski:
- Z powodu tej metody i charakteru cel jest dość jasny: zohydzenie duchowieństwa w ogóle i tym samym Kościoła.
- Porównywanie czegoś takiego do zasadnej krytyki nadużyć wynika albo z braku trzeźwego myślenia, albo z zakłamania faktów, albo z jednego i drugiego.
- Twierdzenie, jakoby ten film miał spowodować moralny wtrząs i duchową odnowę Kościoła, ignoruje jego zamiar i cel. Nikt nie neguje, że Pan Bóg poradzi sobie z każdym złem i atakiem na Kościół. Jednak mieszanie ewidetnie podłego charakteru tego filmu ze sprawą Wszechmocy Opatrzności Bożej oznacza de facto bluźniercze przypisywanie Bogu posługiwania się podłością ludzką. To już jest blisko przypisywania zła Bogu, który w ten sposób staje się raczej Ałłahem, nie Bogiem objawionym przez Jezusa Chrystusa.
- Wezwanie do autoreflexji i nawrócenia zawiera zawsze elementy pozytywne, czyli drogę wyjścia z upadku. Nic nie wskazuje na to, by coś takiego pojawiało się w filmie. Nie ma w nim widocznie żadnej reflexiji ani nad przyczynami ani nad środkami zaradczymi. Środowisku Agory z całą pewnością nie zależy na uzdrowieniu Kościoła lecz na jego wdepnięciu w ziemię. Z taką samą zawziętością, z jaką rzekomo piętnuje upadłość moralną, zwalcza ono także ludzi i dążenia, które są szansą na naprawę. Prosty przykład: środowisko Radia Maryja nie jest nawet bardzo konserwatywne kościelnie i teologicznie, ale niesie ze sobą jakiś tam potencjał odnowy moralnej i religijnej, za co jest od początku wściekle zwalczane i tępione przez środowisko zarówno Agory jak też KAI, przy czym ta ostania finansowana jest z ofiar praktykujących katolików, zwykle zupełnie nieświadomych sprawy.

Czy katolikowi wolno oglądać horrory?


Pytanie dotyczy kilku kwestij:
- treść czy przesłanie duchowe takiego filmu,
- zainteresowanie tego typu filmami, czy upodobania w nich,
- wpływ takiego filmu na psychikę i stan duchowy człowieka,
- wspieranie produkcji takich filmów przez ich konsumpcję, tym samym popieranie autorów i ich intencyj.

Przesłanie i treść filmów tego gatunku rzeczywiście ma z reguły charakter okultystyczny. Tym samym oswaja człowieka z dziedziną zła i demoniczną. Tym samym może prowadzić i nierzadko faktycznie prowadzi do problemów emocjonalnych, duchowych, moralnych, także psychicznych. Należy też postawić pytanie o motywy i korzenie upodobania w tego typu obrazach i emocjach, tzn. czy nie odpowiadają one w jakimś stopniu stanowi wewnętrznemu człowieka. To jest zwykle objaw pewnych problemów, niekiedy nawet zaawansowanych, czy przynajmniej podatności na wpływ rzeczywistości zła i ciemnych mocy.

Jak należy zachować się w takiej sytuacji?

1. Nie ulegać pociągowi ku takim filmom, czyli po prostu nie oglądać ich, względnie przestać oglądać.

2. Przemyśleć, co może być powodem zainteresowania czy upodobania w takich obrazach, dźwiękach i doznaniach. Dobrze, może nawet konieczne jest skorzystać tutaj z pomocy drugiej osoby, najlepiej kogoś z rodziny czy z grona przyjaciół, i też spowiednika, najlepiej kierownika duchowego. Chodzi o kogoś, kto zna i może pomóc w rozpoznaniu.

3. Szukać odtrutki, czyli zajmować się rzeczywistością piękna i dobra, zarówno wizualnie i audycyjnie, jak też duchowo, zwłaszcza przez modlitwę, medytację, dobrą książkę, ale także dobrą sztukę, również filmy. Pomocne, a nawet niezbędne może być także budowanie serdecznych relacyj międzyludzkich, oraz odkrywanie piękna przyrody pod każdym względem, zarówno doświadczalnie jak też intelektualnie.

Jakie są zasady fotografowania i filmowania podczas liturgii?


Problem jest rzeczywiście bardzo częsty.
Biskupi polscy wydali już w 1994 r. zestaw odnośnych zasad:
 https://archibial.pl/dokumenty_do_pobrania/foto-video_wskazania.pdf

Jednak nadal brak jest właściwego ich stosowania, z powodu czy to nieznajomości czy niedbalstwa ze strony duszpasterzy.
Celebrans ma obowiązek pouczyć dane osoby, w razie konieczności także nakazać zaprzestanie czy opuszczenie świątyni podczas liturgii, gdy wymaga tego spokój i godność świętej czynności i miejsca.
Brak jest też świadomości wśród wiernych, czego przyczyną jest zwykle brak pouczenia ze strony duszpasterzy.
W epoce medialnej mentalność ta przeniknęła także szeregi duchownych, dla których wartość medialna przekracza niekiedy święty charakter czasu i miejsca. Brakuje szacunki i uznania dla tajemnicy i wyjątkowości natury liturgii. Jej sprawowanie jest często spłycane do wydarzenia obrzędowego na płaszczyźnie ludzkiej czy międzyludzkiej. Tym ważniejsze i pilniejsze jest kształtowanie świadomości problemu.