Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty

Powołanie a życie w czystości



Po pierwsze, należy mieć stałego spowiednika i to on powinien doradzić, jaką decyzję można podjąć. Doradzić, nie podjąć decyzję za kogoś. 


Po drugie, zasada jest taka, że tylko ktoś zdolny do trwałego życia w czystości ma powołanie do stanu duchownego. Chodzi o trwałą zdolność do rezygnacji z wyżycia popędu sexualnego. Opanowanie popędu jest konieczne oczywiście także w przypadku męża, gdyż wyżycie w małżeństwie też nie jest dowolne, a zależy od małżonki, która nie zawsze musi być gotowa i się godzić, choć zasadniczo nie może odmawiać współżycia. Różnica między duchownym a mężem polega na tym, że duchowny rezygnuje na stałe, a mąż opanowuje i stosuje tylko w ramach miłości małżeńskiej. Sytuacja męża jest pod pewnym względem trudniejsza (dla mnie osobiście byłoby znacznie trudniej opanować się, mając blisko siebie ukochaną niewiastę), ale opanowanie popędu jest konieczne zarówno w jego przypadku jak też w przypadku duchownego.


Po trzecie, należy odróżnić uzależnienie od masturbacji i okazyjne, mniej czy bardziej częste grzechy. Uzależnienie wymaga być może nawet terapii, natomiast okazyjne grzechy wymagają pracy nad sobą, czyli kształtowania woli i ducha ofiary. Moim zdaniem uzależnienie dyskwalifikuje od przyjęcia do seminarium, ale także właściwie od małżeństwa. W takim wypadku należałoby szukać kompetentnej terapii. Natomiast z okazyjnymi grzechami można i należy walczyć głównie przez regularną spowiedź i kierownictwo duchowe, a po temu są lepsze warunki w seminarium. O ile wiem, seminaria stosują taką zasadę, że dają pierwszy rok na uporządkowanie tej sprawy, czyli na wyrobienie trwałej zdolności do życia w czystości. 


Po czwarte, na pewno rozwiązaniem nie jest "pocieszanie się" tym, że część księży w historii czy obecnie nie dochowuje czystości. Jeśli ktoś z góry rezygnuje ze starania o czystość, to nie powinien wstępować do seminarium. Nawet jeśli modernistyczne seminaria są pod tym względem coraz bardziej pobłażliwe. 


Oczywiście należy liczyć się z tym, że słabości różnego rodzaju pozostają także po przyjęciu święceń. Równocześnie należy mieć świadomość, że po wyjściu z seminarium okazji do grzechu i pokus jest zwykle więcej, nawet znacznie więcej. 


I należy też pamiętać, co jest sednem problemów z czystością, mianowicie po pierwsze przerost sfery zmysłowej nad duchową w szerszym sensie (czyli także w znaczeniu wartości i przyjemności intelektualnych, bardziej wysublimowanej estetyki), a po drugie sprowadzenie człowieka - zarówno siebie jak też drugiej osoby, także nie znanej osobiście jak w przypadku pornografii - do przedmiotu pożądania i okazji do zaspokojenia potrzeb zmysłowych. Tutaj zawarte są już środki pracy nad problemem. Na pewno nie jest pomocne "zamodlanie" czy "zasportowianie" problemu, aczkolwiek zarówno modlitwa jak też rozsądne dbanie o zdrowie i kondycję ciała są niezbędne dla zdrowego i dojrzałego życia duchowego i kondycji psychicznej. Gdy naturalna energia zmysłowości jest tłumiona, to kiedyś w końcu exploduje w sposób zupełnie niekontrolowany, może nawet zboczony. Chodzi o trzeźwe poznanie siebie, swoich potrzeb, sił, zdolności, oraz świadome, rozumne, dobre obchodzenie się z nimi. Zwykle trzeba do tego dobrego kierownictwa duchowego, aczkolwiek dużo zależy już od wychowania w rodzinie, od atmosfery czystości - nie pruderii - między rodzicami i rodzeństwem, począwszy od słownictwa, zabaw, żartów itp. aż do rozwoju zainteresowań duchowych, kulturalnych, a najbardziej od atmosfery szczerej, autentycznej miłości, która jest najlepszą szkołą czystości, bo kształtuje ducha ofiary w znaczeniu daru ze siebie, nie zagarniania dla siebie kosztem innych. 


Jak rozeznać powołanie?


Teoretycznie nic się w tej kwestii nie zmieniło, aczkolwiek obecnie różnie bywa ze stosowaniem tradycyjnych kryteriów. W ostatnich dekadach doszły faktycznie inne, obce kryteria, powodowane ideologicznie modernizmem. Podczas gdy tradycyjnie decydujące były kwalifikacje moralne, intelektualne i duchowe (dojrzała, trzeźwa pobożność), to obecnie kładzie się zwykle nacisk na wspólnotowość i rozrywkowość (gitarka, dowcipy, zabawy itd., generalnie produkowanie i moderowanie przeżyć), co jest charakterystyczne dla sekt, nie dla katolicyzmu. 

Schematycznie ujmując tradycyjnie są kryteria subiektywne i obiektywne, wewnętrzne i zewnętrzne. 

Jest podobnie jak ogólnie z wyborem drogi życiowej, zawodu i małżeństwa. Ważnym czynnikiem jest tzw. pociąg, czyli zainteresowanie i upodobanie. Składają się na to zarówno uczucia i intuicja, jak też względy rozumowe. W przypadku powołania kapłańskiego jest to upodobanie w modlitwie, sprawach duchowych, sprawach Kościoła, ale także niezbędna jest chęć służenia bliźnim, czyli pewna wspaniałomyślność i hojność, pragnienie poświęcenia życia dla zbawienia dusz. 

Czynnikiem rozumowym jest ocena własnej zdolności do życia w kapłaństwie i w wykonywaniu zadań kapłańskich. Tutaj konieczna jest praktyczna weryfikacja, zarówno pozytywna jak też negatywna. Jedni czują się niegodni i niezdolni, obawiają się, że nie podołają obowiązkom stanu i życiu w celibacie. Inni czują się pewni co do swoich predyspozycyj i odporni na zagrożenia. Weryfikacją jest przede wszystkich życie w seminarium, które jest quasi klasztorne i zasadniczo - o ile jest poważnie prowadzone i traktowane - dość trafnie uwydatnia zarówno zalety, zdolności, ale także słabości i wady kandydatów do kapłaństwa. Na pewno jest to weryfikacja trafniejsza i pewniejsza niż luźne życie studenckie czy jedynie praktyka parafialna, aczkolwiek sprawdzenie się w warunkach życia na parafii pod koniec formacji przed święceniami ma także znaczenie jako weryfikacja owoców życia w seminarium. 

Zwykle już dość rychło podczas życia w seminarium duchownym ukazuje się, czy to życie prowadzi do dojrzewania duchowego, psychicznego i osobowego w ogólnym znaczeniu, czyli rozwinięciu i utrwaleniu cnót nadprzyrodzonych (wiara, nadzieja, miłość) i kardynalnych (sprawiedliwość, umiarkowanie, roztropność i męstwo), a także zdolności naturalnych, w tym zwłaszcza intelektualnych. Jeśli jest postęp i rozwój, to spełnione jest istotne, właściwie decydujące kryterium rozeznania powołania. Mówiąc obrazowo, chodzi o ogólny rozkwit duchowy młodego człowieka. 

Oczywiście zależy to nie tylko od niego samego, od gorliwości i dyscypliny, lecz także od prowadzenia w seminarium przez przełożonych i wychowawców. Jeśli w młodzieńcu rozwija się głównie czy wyłącznie cynizm w połączeniu z obłudą, to jest to świadectwo nie tyle jego nastawienia, co przede wszystkim warunków i osób wychowujących duchowo, intelektualnie, ogólnie osobowo. Gdyż, jak wiadomo, wychowuje się bardziej przez to, kim się jest, niż przez to, co się mówi. Stąd tak ważny jest wybór odpowiedniego, dobrego seminarium duchownego, a ze strony przełożonych kościelnych odpowiedni dobór kadry seminarium. Dlatego zawsze zalecam zapoznanie się najpierw z różnymi seminariami, zanim podejmie się decyzję o wyborze któregoś z nich. 

Zwykle - choć zdarzają się wyjątki - młody człowiek jest pełny ideałów i szlachetnych pragnień (a jeśli tak nie jest, to seminarium powinno weryfikować i eliminować). Jeśli taki dobry zapał, żar wewnętrzny jest rozwijany i utrwalany przez seminarium tak, że przynajmniej jego zarodek wystarczy na całe życie kapłańskie, oczywiście w połączeniu z własnymi staraniami, z własną wiernością na co dzień, to cel jest osiągnięty, a seminarium jest dobre. Generalnie jakość seminarium duchownego rozpoznaje się po jakości kapłanów, których wydaje, aczkolwiek zdarzają się wyjątki w każdą stronę, tzn. z dobrego seminarium może też wyjść zły kapłan, a ze złego dobry, choć prawdopodobieństwo jest mniejsze. 

Seminarium duchowne służy rozeznaniu subiektywnemu i wewnętrznemu, ale także obiektywnemu i zewnętrznemu. Wprawdzie predyspozycje (albo ich brak) zwykle widać już przed seminarium, niekiedy już w dzieciństwie. Zauważają je nie tylko rodzice i bliscy, lecz ogólnie otoczenie, zwłaszcza odpowiednio wyczulone. Nie musi to mieć związku z zaangażowaniem w życie parafii, jakiegoś "ruchu" czy organizacji kościelnej. Zwłaszcza cnoty kardynalne są zauważalne nawet przez niewierzących i ateistów, a są one także istotnym kryterium rozeznania. Z całą pewnością tzw. pobożność nie wystarczy, nawet jeśli jest postrzegana jako autentyczna i dojrzała. Należy pamiętać, że cnota pobożności - nazwana cnotą religijności - jest według św. Tomasza główną, podstawową częścią cnoty sprawiedliwości. Jest to przeciwne do promowanej obecnie herezji miłosierdzizmu, gdzie tzw. miłosierdzie jest ujmowane jako przeciwieństwo, a przynajmniej konkurencja dla sprawiedliwości. Nie powinno więc dziwić, że owocem tej herezji jest galopujące, masowe odwracanie się od prawdziwej religii, choć w połączeniu z sentymentalną, irracjonalną i tym samym niekatolicką pseudopobożnością, typu tzw. charyzmatyzm i podobne. 

Przełożeni seminarium powinni więc zwracać uwagę przede wszystkim na cnoty, zarówno nadprzyrodzone, jak też kardynalne. Oderwanie tych pierwszych od tych drugich - jak to ma regularnie miejsce w moderniźmie - jest fałszem, który musi prowadzić do wypaczenia religijności, zwłaszcza w postaci sprowadzenia jej czy to do uczuć i przeżyć, czy wręcz obłudy, co się zwykle łączy. Pobożność można dość łatwo grać i udawać, szczególnie gdy wykorzystuje się do tego emocje, wywoływanie i eksploatowanie przeżyć. Jej autentyczność sprawdza się w codziennej praktyce, która wymaga cnót kardynalnych, na których budują cnoty teologalne. Jeśli życie duchowe, także modlitwa nie prowadzi do rozwoju i umocnienia cnót naturalnych, to z całą pewnością nie jest to pobożność prawdziwa, autentyczna, katolicka. Autentyczna pobożność zawsze przemienia osobowość przynajmniej na tyle, że osobowość staje się jakby niezdolna do poważnych wypaczeń moralnych, jak np. praktyki pedofilskie czy homosexualne, ale także takich jak chciwość, pogoń za korzyściami materialnymi itp. Nie chodzi oczywiście o pokusy, lecz o sprawność w ich pokonywaniu. O sprawność należy oczywiście stale dbać, podobnie do sprawności fizycznej. Seminarium duchowne powinno zarówno wyćwiczyć sprawność moralno-duchową, jak też nauczyć dbania o nią przez całe życie kapłańskie. Pozostaje potem oczywiście własne staranie, własny wysiłek wierności życiu duchowemu. 

Podsumowując:
Kto czuje w sobie pewien "pociąg", czyli zainteresowanie i upodobanie w sprawach duchowych i kościelnych, a równocześnie znajduje potwierdzenie od innych osób, zwłaszcza od spowiednika (najlepiej od kierownika duchowego), ten powinien zdobyć się na odwagę pójścia drogą rozeznania powołania w dobrym seminarium duchownym, czy to diecezjalnym, czy zakonnym, zwłaszcza w tradycyjnym, czyli wychowującym w tradycyjnej liturgii Kościoła. Nawet jeśli by się w trakcie seminarium okazało, że to jednak nie jest właściwa droga, to jednak czas przeżyty w seminarium nie będzie czasem straconym, o ile motywacja wstąpienia była szlachetna i nastawienie szczere. Zakładając oczywiście, że było to dobre seminarium. 
Jeśli podczas życia w seminarium kandydat czuje subiektywnie, że generalnie (mimo przejściowych kryzysów) życie modlitwy, życie duchowe, lektura duchowa, uczestniczenie w liturgii sprawia radość, daje światło dla umysłu i pokarm duchowy, to jest spełnione wewnętrzne kryterium autentycznego powołania do stanu kapłańskiego. Do tego oczywiście muszą dojść kryteria zewnętrzne i obiektywne, czyli zdolność nauczania wiary i sprawowania sakramentów w sposób godny i owocny także dla wiernych, tudzież zdolność do kapłańskiego stylu życia, czyli w posłuszeństwie, czystości i ubóstwie według reguł zakonu, danego zgromadzenia czy statutów diecezjalnych. 
Zgodność rozeznania subiektywnego i obiektywnego, wewnętrznego i obiektywnego oznacza trafne rozeznanie. Na to trzeba oczywiście czasu i odpowiednich prób. Niezbędną podstawą jest szczera i szlachetna motywacja, czyli nie szukanie własnych korzyści, lecz drogi służenia Bogu i zbawieniu dusz. Wówczas Duch Święty będzie prowadził, mimo różnych trudności i przeciwności. 

Do wahających się



Okres końca roku szkolnego i akademickiego jest szczególnym wyzwaniem dla tych, którym akurat w tym czasie przypadło podejmować decyzje życiowe, w tym także co do wyboru stanu duchownego czyli w kapłaństwie lub też w życiu zakonnym. W tym kontekście - a życie stale dostarcza nowych powodów jak ostatnio tzw. list KEP - szczególnego znaczenia nabiera zapytanie o wiarygodności Kościoła, czy przynajmniej jego hierarchii. 

Rzeczywiście wiarygodność Kościoła w znaczeniu hierarchii znajduje się w poważnej zapaści od ponad pół wieku, mianowicie od czasu tzw. reform po Soborze Watykańskim II. Skoro praktyka w głównej, uroczystej dziedzinie kościelnej, jaką jest liturgia, doznała radykalnych zmian, które są zaprzeczeniem dotychczasowej liturgii Kościoła, a w praktyce wręcz podważają prawdy wiary, to nie należy się dziwić, że przynajmniej w powierzchownym postrzeganiu pojawia się pytanie o zachowanie i trwanie tożsamości, tym samym o podstawy wiarygodności. Wprawdzie żaden dokument soborowy ani posoborowy nie podważa wprost prawd wiary katolickiej, jednak w wyniku zarówno braku jasności i precyzji doktrynalnej jak też praktyki - dość wyraźnie odbiegającej od prawd wiary katolickiej - doszło do upadku świadomości i wyznawania tej wiary. Odwrócenie się mas od Kościoła, co widać w krajach zarówno zamożnych jak też ubogich, oraz drastyczny spadek zainteresowania młodych ludzi drogą życia w stanie duchownym i zakonnym to jedynie symptomy kryzysu wiarygodności Kościoła, zwłaszcza jego hierarchii. 

Rozwiązaniem z całą pewnością nie jest ani dalsze pomieszanie doktrynalne, ani dalsze praktyczne odchodzenie od prawd wiary katolickiej na rzecz mglistej pseudoreligii "ekumenicznej", ani przymilanie się modnym - a narzucanym przez globalne ośrodki władzy finansowej, medialnej i politycznej - trendom i postępującej demoralizacji. Dostrzega to zwłaszcza młode pokolenie, dokładniej ta jego część, która szuka prawdy i dąży do ideałów. Dlatego właśnie akurat młode pokolenie odkrywa i czuje pociąg do tradycyjnego - jasnego i spójnego nauczania Kościoła, oraz jego tradycyjnej liturgii, która konsekwentnie stosuje i wyraża prawdy wiary katolickiej. Dlatego właśnie za rządów Franciszka nastąpiło uderzenie nie tylko w liturgię tradycyjną - której przecież nie można zniszczyć - co raczej w młode pokolenie świeckich katolików i duchownych, a to przez brutalne ograniczenie dostępu do sprawowania i uczestniczenia w tej liturgii, która jest nośnikiem czystej, nieskażonej prawdy i pobożności katolickiej. 

Nie będę się rozwodził o stanie umysłu i serca osób, które te ciosy zamierzyły i wykonały. Każdy zainteresowany ma dość materiału do analiz, reflexji i wniosków. Można się dziwić jedynie, że te osoby w swoim zacietrzewieniu wydają się nie zauważać problemu swojej wiarygodności. Wszak na tym punkcie szczególnie wrażliwi są ludzie młodzi, którzy pragną i szukają autentycznych autorytetów, nie krętaczy, zwodzicieli i oszustów. Pobłażliwością dla słabości czy wręcz dla rozwiązłości - jak to ma miejsce w gadaninie o miłosierdziu, czułości itp. - dają się przekupić i przyciągnąć jedynie osobowości słabe i nadpsute. Zdrowe osobowości kierują się ku prawdzie i realizują się w wyzwaniach, nawet jeśli są wymagające. Dlatego możni tego świata - niestety w kolaboracji z wieloma przedstawicielami hierarchii Kościoła - usiłują jak najwcześniej zgasić czy przynajmniej stłumić zdrowy idealizm u dzieci i młodzieży przez rozwiązłość, wskutek tzw. edukacji sexualnej i wszechobecnej pornografii. Czyż sytuacja jest beznadziejna?

Nie jest. Dowodem jest prawda, że Pan Bóg w każdym czasie i w każdej sytuacji działa, wzbudza i powołuje ludzi, których zadaniem jest odnowa duchowa - Kościoła i społeczeństw. Tak też jest bez wątpienia obecnie. Sam tego doświadczam, gdy zwracają się do mnie ludzie młodzi spragnieni zarówno czystego nauczania prawd wiary katolickiej, jak też porady duchowej zgodnej z tymi prawdami. Wprawdzie różnie się toczą ich losy. Jak to zwykle bywa w życiu duszpasterza, przeważnie służy się komuś tylko na pewnym etapie jego drogi życiowej. Duszpasterz nie zatrzymuje dla siebie, bo ma służyć bliźnim, nie sobie. 

Dlatego zwracam się tutaj do tych, którzy rozważają pójście drogą powołania kapłańskiego czy zakonnego, zwłaszcza do wahających się. Nie wiem, czy będąc w ich sytuacji miałbym odwagę pójść drogą powołania. W czasie mojej decyzji - a było to już kilka dekad temu - zaufanie do hierarchii i do Kościoła nie było tak trudne jak obecnie. Jednak z drugiej strony, nie znałem wówczas czystości, wspaniałości i wzniosłości tradycyjnego nauczania Kościoła i jego liturgii. Wtedy nie było internetu, a o Tradycji Kościoła milczały stanowczo także media katolickie. O tyle teraźniejsze młode pokolenie jest w sytuacji o wiele lepszej, choć ma też wiele więcej opcyj życiowych do wyboru. 

Tym niemniej myślę, że także obecny czas jest w pewnym sensie łaską. Pobudzane coraz bardziej nastroje apokaliptyczne - choć zwykle dość płytkie i pochopne - są normalną reakcją na widmo globalnego zagrożenia, nawet jeśli jest to sterowane, a właściwe cele nie są do końca jasne. Jeśli czeka nas era niebywałego w dziejach ludzkości i świata cierpienia czy zniewolenia, to tym bardziej wezwane do działania są jednostki światłe, szlachetne i odważne. Takich nie brakuje obecnie, mimo wszystko. A w sytuacji zagrożenia wartości moralnych, a także egzystencjalnego tym bardziej aktualne i pilne jest zaangażowanie w dziedzinie duchowej, w zbawienie dusz. 

Niniejszym zwracam się właśnie do tych, którzy dostrzegają taką potrzebę. Zdaję sobie sprawę, że akurat takie osoby - w swojej skromności - nie czują się trafnie opisane chlubnymi przymiotnikami. Dlatego wyjaśniam: Jeśli

- dostrzegasz i rozumiesz, że w kryzysie Kościoła i cywilizacji ratunkiem jest powrót do czystej, nieskażonej doktryny i praktyki katolickiej zwłaszcza w liturgii,

- pragniesz mieć swój udział w tej oczyszczającej odnowie Kościoła i cywilizacji, oraz

- jesteś gotowy (gotowa) poświęcić swoje siły i zdolności, nawet swoje życie, dla tego dzieła ku chwale Bożej i zbawieniu dusz

to właśnie do Ciebie kieruję te słowa zachęty i utwierdzenia w dobrych i szlachetnych zamiarach. 

Być może, a nawet prawdopodobnie nosisz w sobie wątpliwości, może nawet niepewność i lęk, także wskutek świadomości swoich niedoskonałości i słabości. Pamiętaj, że Pan Jezus nie przyszedł powołać doskonałych, lecz grzeszników (Mt 9, 12). 

Św. Franciszek Salezy powiedział (źródło): 


"Wielu ludzi się myli, uważając, że osoby ślubujące doskonałość już nie mogą upadać w niedoskonałości, zwłaszcza osoby zakonne. Jednak zakony nie są po to, żeby gromadzić osoby doskonałe, lecz osoby, które mają odwagę dążyć do doskonałości". 

Zachowuj przede wszystkim czystość woli i zamiarów, czyli motywację płynącą z miłości Boga i bliźniego. Reszty dokona Pan Bóg i będziesz zdziwiony (zdziwiona) potęgą Jego przemieniającej łaski. 

Na koniec zalecenia konkretne praktyczne:

1. Dbaj o życie duchowe, czyli modlitwę i przyjmowanie sakramentów, zwłaszcza Spowiedzi i Komunii św. Cenne jest tutaj trzymanie się liturgii tradycyjnej we wszystkich sakramentach i sakramentaliach, na ile to możliwe, gdyż jest to niezawodna szkoła modlitwy także osobistej oraz zdrowego i dojrzałego życia duchowego. 

2. Do wytrwania i postępu w dobrem potrzebna jest duchowa opieka doświadczonego duszpasterza, który jest bezwzględnie wierny odwiecznemu nauczaniu Kościoła, a nie nowinkom ostatnich dziesięcioleci. 

3. Rozwijaj swoją wiedzę oraz intelekt przez właściwą lekturę, zwłaszcza religijną, ale nie tylko. Sięgaj przede wszystkim do klasyków myśli katolickiej, zwłaszcza do pism świętych, do których sięgały pokolenia katolików. To Cię wyposaży w zdrowe i trzeźwe myślenie, niezbędne do właściwej oceny wszelkich nowości, czyli rozeznania - odzielenia ziarna od plew, którymi jesteśmy nachalnie karmieni odgórnie, zarówno w szkołach i na uczelniach, jak też ostatnimi czasy niestety nawet w dziedzinie kościelnej.

4. Zatroszcz się o swoich bliźnich, pouczając ich w prawdzie katolickiej, jeśli trzeba, także upominając. Ta troska wymaga zwykle tworzenia spotkań i kręgów edukacji oddolnej, aczkolwiek pod opieką kogoś dysponującego odpowiednim wykształceniem zwłaszcza w dziedzinie teologii. 

Te zalecenia możesz stosować już tu i teraz, nawet będąc jeszcze uczniem czy studentem. Poznasz wtedy zarówno trud jak też piękno i radość płynącą z zaangażowania dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Jeśli Pan Bóg zechce, to da Ci w odpowiednim czasie usłyszeć wezwanie i poznać powołanie. Wystarczy Twoja wielkoduszna gotowość, a On dokona reszty. 


---
Wersja do słuchania i subskrybowania:


Popieranie działań kapłana


Po pierwsze, idzie się do kościoła nie dla kapłana lecz dla Pana Jezusa i dla zbawienia swojej duszy. 

Po drugie, każdy odpowiada za siebie, zarówno kapłan jak też świecki. Owszem, jeśli w danym kościele czy na celebracji danego kapłana dzieją się skandaliczne nadużycia, to należy takiego kościoła czy celebransa unikać, a nawet zdecydowanie się odciąć.

Po trzecie, należy wziąć pod uwagę stan prawny w kwestii udzielania Komunii. Jeśli kapłan udziela na łapkę z własnego upodobania czy widzimisię, to jest to inna sytuacja niż wtedy, gdy udziela zmuszony do tego przez przepisy Novus Ordo. W tym drugim przypadku kapłan nie ma wyboru, to znaczy ma tylko wybór: albo poddać się przepisom, albo narazić się na suspensę czy przynajmniej zesłanie do domu emerytów. W drugim przypadku biskupi - ostatnio także w Polsce - zwykle wysyłają takiego kapłana do psychiatry i na terapię, co oczywiście oznacza de facto koniec posługi kapłańskiej i wegetację przynajmniej w przewlekłej depresji. Owszem, jest także opcja przejścia do zgromadzenia tradycyjnego, gdzie nie ma Komunii na łapkę, ale po pierwsze oznacza to - zresztą chwalebne - przejście całkowite na liturgię tradycyjną, do czego wielu nie jest gotowych z różnych względów, a po drugie wymaga zgody zarówno biskupa jak też przełożonego takiego zgromadzenia, co także nie jest proste w odniesieniu do kogoś z diagnozą psychiatryczną i w trakcie czy po terapii. Tak wygląda rzeczywistość niestety. Dlatego warto zastanowić się nie tylko nad swoją "czystością" co do kapłana, lecz także nad uwarunkowaniami, w których on się znajduje. Nie każdy jest skory do heroizmu, przynajmniej nie w podskokach i nie od razu. 

"Synodalna" formacja seminaryjna


O ile mi wiadomo, chodzi o jeden z postulatów "synodalnych", które są wynikiem obrad jednej z grup roboczych powołanych przez Franciszka. Grupa pod kierownictwem skrajnie bergogliańskiego i skrajnie progejowskiego kardynała z Madrytu Cobo Cano, który raczył już swoich seminarzystów progejowską propagandą (więcej tutaj), wydała jakby wytyczne do rewizji i przerobienia tzw. ratio fundamentalis czyli ogólnokościelnych zasad kształcenia duchownych (źródło tutaj). 

Najpierw uwaga ogólna co do obecnie modnego hasła "synodalność". Synodalność w znaczeniu  zgromadzenia biskupów dla umówienia i ustalenia niejasnych kwestij sięga czasów apostolskich (tzw. sobór jerozolimski) i starożytnych (sobory lokalne oraz powszechne począwszy od Soboru Nicejskiego I w 325 r.). Greckie określenie "synodos" odpowiada łacińskiemu "concilium" i polskiemu "sobór". Dopiero z biegiem czasu zaczęto w obrębie katolicyzmu terminologicznie odróżniać między "soborem powszechnym" ("concilium oenumenicum", po grecku "oikoumenike synodos") czyli zgromadzeniem biskupów z całego świata, a synodem w znaczeniu zgromadzenia kościelnego o charakterze lokalnym. Jeszcze większe zamieszanie poięciowe nastąpiło wraz z powołaniem "synodu biskupów" przez Pawła VI, zwoływanego co jakiś czas potem także przez Jana Pawła II i jego następców, który był właściwie jakby "małym soborem", gdyż uczestnikami byli przedstawiciele konferencyj biskupów z całego świata (a nie wszyscy biskupi jak w przypadku soboru właściwego). W synodach lokalnych brali udział z natury rzeczy nie tylko biskupi lecz także duchowni niższych stopni. Po Vaticanum II system gremiów doradczych a z czasem też decyzyjnych rozszerzono na parafie tworząc tzw. rady parafialne, w Polsce nazwane dość debilnie i skrajnie modernistyczne "radą duszpasterską", jakoby rada miała się zajmować duszpasterstwem, a nie kapłani. Na tzw. Zachodzie doprowadziło to do gremiokracji na użytek skrajnych modernistów, którzy forsowali skrajne nadużycia zwłaszcza liturgiczne powołując się na swoje gremia parafialne (rada parafialna, wyłoniona przez nią tzw. komisja liturgiczna). Ten obłudny, właściwie sowiecki model - przećwiczony na poziomie krajowym przez niemiecką tzw. "Drogę synodalną" - przejęła dość bezpośrednio ekipa bergogliańska dla przeforsowania dalszej dewastacji ustroju, nauczania i praktyki Kościoła. Sedno taktyki jest to samo co w rewolucji roncalliańsko-montiniańskiej z lat 1960-ych: przejęcie starego pojęcia synodalności, zafałszowanie go oraz użycie dla strukturalno-doktrynalnego przewrotu wewnątrz Kościoła. Zacementowaniem tego przewrotu miał być pontyfikat bergogliański przez utworzenie stałych mechanizmów nowej "synodalności" na poziomie ogólnokościelnym po to, by odgórnie nakazać fałszowanie nauczania i praktyki Kościoła aż do poziomu parafialnego i tym samym zniszczyć czy przynajmniej unieszkodliwić resztki katolicyzmu jeszcze tlące się na niektórych parafiach. 

W przeróbce "ratio fundamentalis" czyli ogólnego regulaminu kształcenia seminaryjnego chodzi o to, by przyszłych kapłanów tresować na potulnych i spolegliwych sługusów gremiów parafialnych i diecezjalnych. Tym samym mają zostać wyeliminowani mężczyźni myślący samodzielnie po katolicku i tym samym potencjalnie bądź realnie zagrażający aparatowi modernistycznemu w jego do spodu bezwzględnej rewolucji. 

Takie formowanie musi oczywiście być sprzężone wszechstronnie z permanentną rewolucją, także w jej gałęzi feministycznej. Feminizm głosi godność i niezależność, a sprowadza się do bycia narzędziem zniewolenia zarówno niewiast jak i wychowywanego przez nie potomstwa. Nie trzeba udowadniać, że niewiasty są generalnie bardziej podatne na różnego rodzaju manipulacje, co widać chociażby w uleganiu nawet durnym i antyestetycznym modom, choć oczywiście zdarzają się wyjątki mężnych niewiast. Zniewieściała uległość i tym samym odmężczyźnienie ma być też wpajane kandydatom na kapłanów. Istotne początki już zostały dokonane przez:
- daleko posuniętą feminizację zawodów wychowawczych i edukacyjnych
- daleko posuniętą feminizację w liturgii Kościoła (śpiew, lektorki, nawet służba liturgiczna i szafarki Komunii)
- ostatnimi laty bergogliańska feminizacja głównych urzędów watykańskich posunięta aż do bezczelnie absurdalnej sytuacji tzw. dykasterii ds. zakonów, gdzie "prefektem" jest zakonnica a jej sekretarzem jest kardynał.
Celem tych zabiegów jest pozyskanie niewiast - rzekomo dotychczas niedocenionych i uciskanych - na użytek radykalnego i dogłębnego przewrotu doktrynalno-strukturalnego w Kościele. To jest plan iście szatański. 

Tym niemniej należy zachować spokój. Kościół nie runie od tego, że niewiasta będzie wykładała np. język obcy w seminarium. Gorzej by było z przedmiotami teologicznymi, gdyż to by oznaczało dalsze pogłębienie zapaści w nauczaniu teologii, która ze swej natury musi być racjonalna, trzeźwa i odważna, nie uczuciowa i bezkrytyczna. Aczkolwiek w obecnym stanie trudno sobie wyobrazić głębszą zapaść niż ta, która jest już dokonana rękami modernistycznych mężczyzn. 

Oczywiście dalszy tego typu proces spowoduje jeszcze pomniejszenue liczbę seminarzystów, o co zresztą też chodzi, gdyż moderniści już dość otwarcie dążą do święcenia żonatych i kobiet przynajmniej - tymczasowo - tylko do diakonatu. Nie da się jednak wyrugować ani wiary katolickiej, ani racjonalnego myślenia po katolicku, ani nie uda się stłamsić czy wyrugować natury ludzkiej i tym samym różnicy płci oraz ich specyficznych właściwości. Będzie to oznaczało większe powodzenie seminariów tradycyjnych, począwszy od indultowych, poprzez lefevbriańskie aż do sedewakantystycznych. Tym pierwszym można wprawdzie teoretycznie narzucić kwotę żeńskich wykładowców, jednak możliwe są też mechanizmy obronne przynajmniej w pewnym zakresie. 

Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa szaleństwo modernistyczne. Miejmy nadzieję, że już niedługo. Wydaje mi się, że pokolenie obecnej młodzieży doczeka lepszych czasów w Kościele niż obecne. Nawet jeśli dojdzie do oficjalnego rozłamu, którego zresztą nie chcą ani moderniści ani umiarkowani konserwatyści. Ci pierwsi chcą oczywiście zawładnąć umysłami katolików do spodu i bez reszty, co im się na pewno nie uda. 

Co więc począć? Po pierwsze, kształcić się w prawdziwie katolickiej teologii choćby nawet prywatnie w domu. Po drugie, starać się o szczere życie duchowe i sakramentalne. Po trzecie, łączyć się w grupy i środowiska dla tych dwóch pierwszych celów. To jest przygotowywanie pewnego zwycięstwa katolicyzmu, które nie musi być liczbowo-statystyczne, ale na pewno będzie jakościowe pod względem intelektualno-duchowym. 

Dlaczego Pan Bóg daje konsekrować ateistom?


Odpowiedź jest prosta: ponieważ Przeistoczenie jest dla tych, którzy wierzą i pragną Eucharystii, a nie dla niegodnego kapłana. Aczkolwiek także ten ostatni ma szansę się nawrócić. 

To samo dotyczy heretyków i schizmatyków. Pan Jezus daje Siebie tym, którzy tego pragną, nawet mimo niegodności i przewrotności szafarzy. On nie karze ani nie krzywdzi niewinnych. 

Czy godzi się tańczyć na prymicjach?

 


W ostatnich dekadach rozpowszechnił się w Polsce - i chyba tylko w Polsce - zwyczaj tańców na prymicjach. Oznacza to - widocznie zamierzone - upodobnianie przyjęcia prymicyjnego do wesela czyli zwyczajów godowych. Wbrew pozorom problem jest poważny i złożony. 

Po pierwsze, chodzi o zasadność, słuszność i godziwość wzorowania przyjęcia prymicyjnego na zwyczajach weselnych. Tutaj trzeba zaznaczyć, że dotyczy to tylko specyficznych zwyczajów, wcale nie jedynych, choć obecnie powszechnych i dominujących. Wprawdzie z istoty przyjęcia weselnego w żaden sposób nie wynika niezbędność tańców, jednak w mentalności współczesnej przeważającej obecnie przynajmniej w Polsce praktycznie nie od pomyślenia jest wesele bez tańców. Podkreślam: to jest kwestia rozpowszechnienia schematu, nie konieczności. Osobiście miałem kilka lat temu sposobność uczestniczenia w przyjęciu weselnym, gdzie nie było żadnych tańców, za to była piękna klasyczna muzyka biesiadna. Oczywiście wpłynęło to odpowiednio na całą atmosferę wesela. Nie było na nim ani śladu pijaństwa czy rozpusty, które są w jakimś stopniu praktycznie nieodłączne od typowych wesel z muzyką rockową, pop, disco polo itp., co oczywiście nie jest i nie może być przypadkiem. 

Niestety akurat to tego ostatniego typu od pewnego czasu zaczęto upodabniać przyjęcia prymicyjne. Nie potrafię określić, od kiedy ten proces następował, ponieważ przez dziesięciolecia nie mieszkałem w Polsce i praktycznie nie bywałem na prymicjach, z nielicznymi wyjątkami. Wiem tylko, że za mojej młodości i lat seminaryjnych tańce na prymicjach były nie do pomyślenia, przynajmniej w bardziej konserwatywnych diecezjach na południu Polski. Zaczęto je wprowadzać chyba na prymicjach zakonników (o zgrozo!), co następnie zostało przeniesione także na prymicje księży diecezjalnych. 

Z czego wynikła ta przemiana obyczajów w dziedzinie kościelnej? Ano ewidentnie z następujących przyczyn:

- z chęci dopasowania się do zwyczajów świeckich

- z nieznajomości lub niezrozumienia istotnej różnicy między przyjęciem weselnym i prymicyjnym

- z nieznajomości lub niezrozumienia istotnej różnicy między kapłaństwem a małżeństwem

- z nieznajomości pochodzenia i znaczenia tańca tzw. towarzyskiego jako takiego. 

Mówiąc krótko: z ignorancji, głupoty i komplexów niższości wobec zwyczajów i uciech świeckich. 

Jeśli ktoś powołuje się na to, że taniec wyraża radość i świętowanie, to powinien pomyśleć, czy taniec jest konieczny do wyrażenia radości i świętowania. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie radości i świętowania bez tańczenia, to ma bardzo wąskie horyzonty intelektualne, psychiczne i duchowe. 

Nie bez znaczenia jest fakt, że pozornie ścisły związek świątecznej radości z tańcem cechuje kulturę najniższą, prymitywną, niezależnie od rodzaju muzyki i tańca. Owszem, innego rodzaju są tańce ludowe, a innego tańce dworskie, quasi arystokratyczne. Te ostatnie są na weselach generalnie nieobecne, gdyż niepodzielnie panuje obecnie najprymitywniejsza pseudokultura pop itp. A jeśliby były obecne, to najwyżej w sferach najwyższej arystokracji, której w Polsce obecnie praktycznie nie ma, bądź jej istnienie jest praktycznie niezauważalne i tym samym nie jest w stanie oddziaływać na społeczeństwo. Tak więc de facto mamy do czynienia z upodobnieniem przyjęć prymicyjnych do najniższego folkloru, nawet jeśli piosenki są odpowiednio dobrane i nie epatują wprost erotyką jak ma to miejsce na typowych weselach. Jest to najwyżej wygładzanie czegoś, co się zasadniczo afirmuje i przejmuje. 

A wynika to, jak wspomniałem, z fundamentalnego niezrozumienia, poniekąd nawet z choćby powierzchownego odrzucenia istotnej różnicy między weselem i małżeństwem z jednej strony, a prymicjami i kapłaństwem z drugiej. O ile istnieje pewien związek tańca jako rytuału godowego z małżeństwem, o tyle w kapłaństwie tego związku całkowicie nie ma. "Gody" kapłańskie to przyrzeczenie dozgonnej bezżenności, a to się odbywa tradycyjnie wraz z przyjęciem święceń w stopniu subdiakonatu, w Novus Ordo wraz z diakonatem. Jeśli więc już, to wtedy można by świętować "gody" kapłańskie, co jednak także nie upoważnia do tańczenia z tej okazji. Innymi słowy: "tańcem" duchownego jest posługiwanie przy ołtarzu, gdyż to jest wykonywanie przez niego zaślubin z Kościołem. 

W tym miejscu pora na wyłożenie genezy i istoty tańca. Otóż oczywiste jest, że w przyrodzie, wśród zwierząt istnieje pierwotnie taniec jako rytuał godowy. Oznacza on, że prokreacja ma rangę znacznie wyższą niż zaspokojenie subiektywnej pożądliwości, że ma wagę społeczną i kulturową. Takie jest też pochodzenie, natura i charakter tańca w kulturze ludzkiej: wyraża on ponadindywidualny, społeczny i kulturowy wymiar prokreacji, innymi słowy, że prokreacja to nie tylko i nie przede wszystkim pożądliwości, że to nie rozrywka, zabawa, lecz szczególny moment w życiu indywidualnym i społecznym. Owszem, istnieje też taniec kultyczny i taniec wojenny, wraz z pododmianami. Są to jednak pochodne rodzaje, w których oczywisty jest także charakter erotyczny, przynajmniej w wysublimowanej formie. Pamiętać należy o prostytucji kultycznej w religiach pogańskich, także o swoistej erotyce zwyczajów wojskowych (erotyka zastępcza). 

Dlatego właśnie już kult starotestamentalny odrzucał taniec kultyczny, mimo powszechności tańca w kultach pogańskich (taniec Dawida przed Arką Przymierza nie był tańcem liturgicznym, lecz gorszącym występkiem, na co wskazuje fakt, iż tańczył nago jakby postradał zmysły, co dodatkowo wzbudzało zgorszenie). Ta zasada została zachowana w religii Nowego Testamentu. Zgodnie z tym wzorem - gdyż liturgia ma znaczenie także pedagogiczne - Kościół zawsze odnosił się krytycznie do tańców publicznych także w dziedzinie świeckiej, widząc w nich okazję i zachętę do rozwiązłości i zepsucia obyczajów. 

Uwaga: nigdy nie było w Kościele potępienia tańca jako takiego, gdyż taniec ma swoje naturalne miejsce w intymnej relacji małżeńskiej. Właśnie intymność zachowania godowego odróżnia człowieka od zwierzęcia. Tylko w prymitywnym pogaństwie - i naśladującym go neopogaństwie - mamy do czynienia z publicznym zachowaniem godowym i pseudogodowym czyli rozpustnym. Tym właśnie są zabawy taneczne (w formie czy to ludowego folkloru, czy w formie nowoczesnej jak dyskoteki), gdzie intymność po pierwsze staje się publiczna i zostaje w ten sposób zgwałcona i zniszczona, a po drugie nie jest już ograniczona do współmałżonków. Z tej właśnie przyczyny Kościół w nauczaniu pasterzy i świętych napominał i przestrzegał przed tego typu "rozrywkami". Wypaczają one bowiem zarówno pierwotną, właściwą naturę, godność i charakter tańca jako intymnego rytuału godowego, sprowadzając go do grupowej rozrywki, która jako pozbawiona intymności istotnej dla tańca jako rytuału jest bliska rozpuście i zwykle przynajmniej sprzyjająca rozpuście. 

Widać więc jak haniebne, absurdalne i groźne jest przejęcie tańca jako "zabawy" do dziedziny duchownej, która powinna być światłem i wzorem prawdy i moralności. Czyż nie jest to jaskrawy dowód na poniewieranie godnością nie tylko chrześcijańską, lecz nawet kapłańską i duchowną? Czyż nie jest to istotny przyczynek do braku poszanowania kapłaństwa i stanu duchownego? Czy ci, którzy są za to odpowiedzialni, zdają sobie sprawę z tego, że za cenę dość prymitywnej, chwilowej "przyjemności" szargają prawdę i czystość obyczajów, gorsząc zwłaszcza młodzież, nawet jeśli wskutek bezmyślności zyskuje się jej płytką, powierzchowną sympatię? 

Mentalność modernistów charakteryzuje dogłębne zakomplexienie względem myślenia, wartościowania i zwyczajów tego świata. Stąd właśnie usiłują go naśladować, aż do zupełnego upodobnienia i stopienia się. Jednak akurat takiego "Kościoła" świat nie potrzebuje, co ewidentnie pokazują już choćby statystyki kościelne ostatnich dziesięcioleci (zapaść w przyjmowaniu sakramentów, zapaść w liczbie i jakości powołań kapłańskich i zakonnych). Im bardziej rządzący Kościołem usiłują go upodobnić do świata, tym bardziej świat gardzi Kościołem i się od niego odwraca, nawet jeśli pochwala to upodobnianie. "Jeśli sól utraci swój smak, czymże są posolić? Na nic się nie przyda, jeno na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi..." (Mt 5,13)

Udzielanie święceń mężczyznom ze skłonnością homosexualną

 


Najpierw gwoli uzupełnienia: za pontyfikatu Benedykta XVI wydano dwa ważne dokumenty w tej kwestii, mianowicie

- 31 sierpnia 2005 r. Kongregacja Wychowania Katolickiego wydała Instrukcję dotyczącą kryteriów rozeznawania powołania w stosunku do osób z tendencjami homoseksualnymi w kontekście przyjmowania ich do seminariów i dopuszczania do święceń,

- 31 października 2008 r. ta sama Kongregacja wydała Zasady korzystania z dorobku psychologii w procesie przyjmowania kandydatów i ich formacji do kapłaństwa

Ten ostatni dokument zaostrzył kryteria przyjmowania do seminariów. Dobry przegląd problematyki daje artykuł x. Andrzeja Kobylińskiego (tutaj). Nawiasem mówiąc, jest to text na odpowiednim poziomie merytorycznym i naukowym, w przeciwieństwie do haniebnych textów i wypowiedzi x. D. Oko (więcej tutaj i tutaj). 

Odpowiedź na zadane pytanie zależy oczywiście od definicja pojęć, zarówno pojęcia skłonności, jak też pojęcia homosexualizm. Wprawdzie intuicyjnie i potocznie wydają się one jasne, jednak nie są zdefiniowane naukowo. W teologii od wieków jest znany grzech przeciw naturze, jakim jest sodomia, czyli akt "sexualny" przy użyciu narządów niewłaściwych dla prokreacji bądź użytych w sposób uniemożliwiający prokreację. Tak więc sodomia występuje także między osobami płci przeciwnej (tzw. sex oralny, analny), choć potocznie odnoszona jest błędnie tylko do osób tej samej płci. Różnica polega na tym, że osoby tej płci przeciwnej są zdolne do spółkowania zgodnego z naturą, natomiast gdy między osobami tej samej płci oczywiście nie jest możliwe spółkowanie zgodne z naturą. 

W tradycyjnej teologii moralnej nie ma w tym kontekście także pojęcia "skłonność" (inclinatio). Dopiero w nowszych dokumentach kościelnych, a nieco wcześniej w publikacjach teologicznych pojawiło się pojęcie "tendencja homosexualna", zapewne pod wpływem literatury świeckiej. W tradycji teologicznej jest mowa o grzechu, czyli akcie i to w myślach, słowach i czynach, oraz o pokusie. Pojęcie "skłonności" czy "tendencji" sugeruje jakby neutralność moralną, czy wręcz naturalność, co jest oczywiście sprzeczne z katolicką oceną aktów sexualnych między osobami jest samej płci. Są to pojęcia z dziedziny psychologii, nie z dziedziny moralności i teologii. To jest istotne dla właściwego ujęcia i zrozumienia problemu. Bowiem psychologia, operując takimi a nie innym narzędziami pojęciowymi, zarówno zakłada pewne ujęcie problemu, jeśli nie wręcz ocenę, jak też zmierza do wyznaczenia odpowiednich dla siebie środków. Dlatego nie należy mieszać, ani przejmować wprost perspektywy i pojęciowości psychologicznej, choć oczywiście można się posłużyć pomocniczo. 

W perspektywie teologicznej każda pokusa nawiązuje do natury ludzkiej zranionej i osłabionej przez grzech pierworodny. To zranienie na swoją postać także w sferze psychicznej, czego przejawem jest m. in. to, co psychologia nazywa skłonnością czy tendencją homosexualną. Jest to przejaw specyficzny, dotyczący na szczęście nikłego odsetka populacji rodzaju ludzkiego, choć w ostatnich dekadach szczególnie nagłaśniany, promowany i propagowany. Zjawisko samo w sobie nie jest nowe, lecz znane od zarania ludzkości. Nie przypadkowo nawet św. Paweł (Rz 1,26-28) o nim wspomina, podając równocześnie przyczynę, mianowicie odwrócenie się od prawdziwego Boga, diagnozując problem jako właściwie i dogłębnie duchowy, religijny. W tym świetle szczególnie jaskrawo rysuje się problem homosexualizmu w szeregach duchowieństwa, które jest przecież ustanowione dla służby prawdziwemu Bogu. 

Tyle tytułem wstępu dla nakreślenia problemu we właściwej perspektywie teologicznej. Oczywiście nie jest możliwe tutaj wyczerpujące omówienie. 

Odpowiadając konkretnie na zadane pytania:

1. Kryteria dopuszczenia do sakramentu święceń są dość jasno podane zarówno w Kodeksie Prawa Kanonicznego, jak też w podanych wyżej dokumentach Magisterium z 2005 i 2008 r. Zastosowaniem tych zasad są wytyczne Konferencji Episkopatu Polski wydane w 2021 r. (tutaj), gdzie jest powiedziane m. in.:


Wyjaśniam: skoro nie mogą być przyjęci do seminarium, to nie mogą też zostać dopuszczeni do święceń. Logiczne. 

Kodeks Prawa Kanonicznego podaje następujące przeszkody do godziwego przyjęcia święceń:

Jeśli by uznać "skłonność homosexualną" za chorobę psychiczną (infirmitas psychica), to jest to przeszkoda. 

2. Prawo kościelne wprost nie przewiduje kary za zatajenie "skłonności homosexualnej". Nie oznacza to, że biskup czy przełożony zakonny nie może wymierzyć kary według swego uznania. Kara kanoniczna musi mieć podstawy w prawie kanonicznym, tzn. dany czyn musi być kanoniczne zakwalifikowany jako karalny. Odnośnie do sakramentu święceń Kodeks Prawa Kanonicznego mówi o przeszkodach w wykonywaniu przyjętych święceń:


Tłumaczenie "popadł" w ostatnim zdaniu jest nietrafne, gdyż w oryginale łacińskim "afficitur" oznacza stan, a nie popadnięcie, tym samym odnosi się także do sytuacji, gdy ktoś był chory psychicznie już przy przyjmowaniu święceń. 

Zakaz wykonywania święceń nie zachodzi automatycznie, lecz musi zostać orzeczony przez ordynariusza. 

3. "Skłonność homosexualna" nie jest przeszkodą według litery Kodeksu Prawa Kanonicznego. To biskup ocenia, czy w danym przypadku zachodzi kanoniczna przeszkoda choroby psychicznej. Owszem, biskupa (i też przełożonych zakonnych) obowiązują zasady podane w wyżej wspomnianych dokumentach co do przyjmowania do seminariów, co ma oczywiście związek z dopuszczeniem do święceń, jednak faktycznie i prawnie są to różne sprawy. Instrukcje nie przewidują żadnej dyspensy z kryterium przyjmowania do seminarium. Zachodzi jednak kwestia, co się rozumie przez "tendencję homosexualną". Sprawa jest oczywista, gdy ktoś popełnia czy popełniał tego typu grzech. Trudno jest natomiast udowodnić "skłonność" czy "tendencję". 

4. Wykonywanie święceń przez osobę wyświęconą ważnie choć niegodziwie jest ważne. Natomiast godziwość zależy od wielu czynników, głównie od szczerej woli wiernego wykonywania przyjętych święceń, czyli sprawowania sakramentów dla chwały Bożej i zbawienia dusz, co oznacza także szczere dążenie do osobistej świętości według wymagań stanu duchownego. 

Czy kapłanem można być tylko w hierarchii?

 


Nie wiem, co dana osoba miała na myśli, ale zacytowania wypowiedź jest przynajmniej nieprecyzyjna. 

Do hierarchii, czyli stanu duchownego, przynależy się wraz z przyjęciem przynajmniej niższych święceń (w Novus Ordo wraz ze święceniami diakonatu). Innymi słowy: każdy ważnie wyświęcony jest członkiem hierarchii Kościoła. To członkostwo trwa pod względem sakramentalnym (w przypadku święceń wyższych począwszy od diakonatu) na zawsze, gdyż ważnie przyjęte święcenia nie mogą zostać wymazane. Możliwy jest natomiast zakaz wykonywania władzy święceń, czyli czynności sakramentalnych, do których wyświęcony ma prawo na podstawie święceń. Ten zakaz może wynikać z kary suspenzy, czy z kary wydalenia ze stanu duchownego. Obydwie kary, jak wszystkie kary w Kościele, mają naturę uzdrawiającą, to znaczy mogą - i powinne - zostać odwołane gdy ustaną przyczyny czyli godziwe powody ich wymierzenia. 

Innymi słowy: można utracić jedynie prawną przynależność do hierarchii, czyli przywiązanie do większości praw i obowiązków wynikających z przynależności do stanu duchownego. Jednak także kapłan wydalony ze stanu duchownego - czyli laizowany - ma prawo a nawet obowiązek udzielenia rozgrzeszenia w sytuacji nadzwyczajnej niebezpieczeństwa śmierci, jeśli w danej sytuacji nie ma kapłana o regularnym statusie. Jest to dowód na to, iż pewien rodzaj (czy stopień) przynależności od hierarchii pozostaje na zawsze. 

Istotne jest: samo niewyznaczenie przez przełożonego zadań duszpasterskich czy miejsca celebracji NIE jest karą w znaczeniu kanonicznym, lecz najwyżej szykaną. Kara kanoniczna musi spełnić pewne warunki określone w Kodexie Prawa Kanonicznego. Przede wszystkim musi być poprzedzona upomnieniem kanonicznym określającym konkretne przestępstwo oraz termin wyznaczony do poprawy. Dopiero po upływie tego terminu i braku poprawy legalne jest wymierzenie kary, czy to w postaci częściowego, czy całkowitego pozbawienia prawa wykonywania władzy święceń (czyli suspenzy), czy nawet wydalenia ze stanu duchownego (to jest zwykle ostateczna kara, choć może nastąpić także kara najsurowsza, czyli exkomunika). 

Brak zachowania tej kanonicznej procedury oznacza, że dana decyzja przełożonego jest nie tylko wysoce niemoralna, lecz także nielegalna, choć oczywiście trudna jest obrona przed nią, jeśli nie ma dokumentu, czyli dekretu wymierzającego, gdyż wtedy brakuje podstawowego dowodu w sprawie. To jest obecnie niestety częsta praktyka, świadcząca o wybitnej perfidii danej osoby czy instytucji. 

Należy też odróżnić między ważnością a godziwością sprawowania sakramentów. 

Sprawowanie sakramentów przez kapłana nie objętego kanonicznymi - czyli wymierzonymi zgodnie z prawem kościelnym - karami jest ważne i godziwe. 

Sprawowanie sakramentów przez kapłana suspendowanego (tym bardziej laizowanego) jest obiektywnie niegodziwe, choć on sam może być przekonany o niegodziwości czy nawet o nielegalności kary. W sakramentach, do których ważnego sprawowania konieczne jest posiadanie jurysdykcji - jak sakrament spowiedzi i małżeństwa, sprawowanie jest zasadniczo nieważne, chyba że zachodzi zasada supplet Ecclesia, czyli uzupełnienie przez Kościół braków prawnych dla dobra dusz. 


Czy należy całować xiędza w rękę?

 


Nie ma przepisu kościelnego w kwestii całowania dłoni kapłana przez wiernych. Jest tylko zwyczaj, który nie jest obowiązkowy. Praktycznie zaniknął on w ostatnich dziesięcioleciach. Są próby jego reaktywowania w kręgach "tradycyjnych". 

O ile mi wiadomo, nigdy nie było odpustu przepisanego za ucałowanie xiędza w rękę. Tradycyjny wykaz odpustów wydany przez Stolicę Apostolską (Enchiridion indulgentiarum z 1952 r. ) zawiera jedynie odpust cząstkowy za nabożne ucałowanie

- pierścienia papieża (300 dni), kardynałów (100 dni), patriarchów, arcybiskupów, biskupów oraz prefektów apostolskich (50 dni), 

- dłoni neoprezbitera w dzień jego święceń oraz pierwszej Mszy św. (100 dni).





Prawdopodobnie na podstawie tych odpustów rozwinął się nabożny zwyczaj, który jednak raczej nigdy nie był powszechny. 

Jego podłożem jest zapewne także przewidziane w liturgii tradycyjnej ucałowanie ręki celebransa przez asystę (diakona, subdiakona) względnie ceremoniarza. 

Za nabożne służenie do Mszy św. jest także udzielony odpust cząstkowy i to wysokiego stopnia, gdyż aż 3 lat:


Warto to mieć na uwadze, gdyż dla wiernego katolika powinno to być motywujące. 

Wskazane tutaj odpusty nie są już podane w nowym wykazie odpustów z 1999 roku (por. tutaj), nie zostały jednak formalnie odwołane. Osobiście uważam, że nie mogły zostać odwołane, ponieważ nie ma ku temu powodów ani teologicznych, ani rozumowych. Tym samym można uważać je za istniejące, choć nie są podane w nowym wykazie. 

Czy Pan Jezus był świeckim?


W związku z powyższym wystąpieniem o. Szustaka otrzymałem prośbę o wyjaśnienie:



Odpowiadając w skrócie niestety muszę stwierdzić, że o. Szustak ponownie wprowadza publiczność w błąd. Nawet jeśli czyni to z niewiedzy, to jest ona poważna, zawiniona i karygodna, ponieważ kapłan ma obowiązek i możliwość zdobyć wiedzę w temacie zanim się wypowie, gdyż są to sprawy ogólnodostępne chociażby w podręcznikach teologii i nawet w katechiźmie.

Zwrócę uwagę na główne kwestie.

1. O. Szustak twierdzi, że wraz z Wielkim Czwartkiem kończy się Wielki Post. Otóż się myli. Powinien sobie chociażby przeliczyć dni od Środy Popielcowej, a wtedy będzie wiedział, kiedy się kończy okres 40-dniowy (odejmując niedziele, gdyż są one "małym Zmartwychwstaniem"). Zarówno liczebnie jak też liturgiczne Wielki Post się kończy dopiero Wigilią Paschalną. Oczywiście jego trzy ostanie dni - Triduum Sacrum - mają szczególny charakter. Należą one jednak także do okresu pokutnego i szczególnego rozpamiętywania Męki Pańskiej.

2. O. Szustak twierdzi, że brak błogosławieństwa we Wielki Czwartek i Piątek oznacza trwanie i jedność liturgii Triduum. Jest to znowu tylko domorosła teoryjka, nie mająca żadnych podstaw ani w teologii ani w samej liturgii. Gdyby o. Szustak miał pojęcie o liturgii tradycyjnej, to by wiedział, że nie ma w niej żadnych błogosławieństw w liturgii żałobnej. Ten charakter żałobny został przeniesiony do liturgii Triduum także w Novus Ordo.

3. Delikatnie mówiąc dziwna - i to bardzo - jest wspomniana przez o. Szustaka a stosowana w klasztorze dominikanów w Krakowie praktyka spożywania konsekrowanych hostij "garściami". Mam nadzieję, że chodzi o spożywanie w ramach Komunii św., a nie w sensie objadania się opłatkami. Szkoda, że o. Szustak tego bliżej nie wyjaśnił, żeby uniknąć nieporozumień i tym samym możliwego zgorszenia.

4. Najszerzej potraktowaną kwestią jest charakter Wielkiego Czwartku w związku z ustanowieniem kapłaństwa, a dokładniej sakramentu święceń. Tutaj o. Szustak twierdzi wprost, że
- Pan Jezus "był świeckim"
- chodzi o kapłaństwo na "wasz" i "mój sposób"
- to samo kapłaństwo Chrystusowe "wyraża się na różny sposób"
- istota kapłaństwa Chrystusowego "wyraża się w służbie"
- dlatego "dzień kapłaństwa" to "dzień tych, którzy służą"

No cóż, taki stek przekłamań, przekręceń i bzdetów, nie zawsze zdarza się nawet o. Szustakowi.

Po pierwsze, o. Szustak powinien przynajmniej określić, co rozumie przez bycie świeckim. Prawdą jest, że Jezus Chrystus nie pochodził z pokolenia kapłaństwa starotestamentalnego czyli Lewiego. Jednak gdyby o. Szustak znał Pismo św., zwłaszcza List do Hebrajczyków, to by wiedział, że Pan Jezus jest w nim nazwany "kapłanem według porządku Melchizedeka" (Hb 5, 6-10):


Tak samo Pan Jezus nie był świeckim ani co do swej Osoby ani posłannictwa ani stylu życia. Pod wszystkimi względami był o wiele bardziej duchownym niż kapłani starotestamentalni, którzy poza okresową, turnusową służbą w świątyni prowadzili zwykłe życie świeckie, w tym także rodzinne. Zawężanie pojęcia stanu kapłańskiego do dziedzicznego kapłaństwa starotestamentalnego jest więc zarówno historycznie jak też teologicznie fałszywe. Szczególnie ważny jest aspekt chrystologiczny, czyli boskie pochodzenie i godność Jezusa Chrystusa oraz Jego zbawcze pośrednictwo między Bogiem a ludźmi. Doprawdy nie do pojęcia jest powiedzenie, że Pan Jezus był osobą świecką. To można właściwie zakwalifikować do bluźnierstwa.

Podobnie jest z twierdzeniem o. Szustaka, że udział świeckich i duchownych w kapłaństwie Jezusa Chrystusa różni się "sposobem", niczym więcej. Widocznie o. Szustak nie zna nawet nauczania Vaticanum II, które wyraźnie mówi:


Podsumowując:
Niestety znowu widać zarówno poważne braki w wykształceniu teologicznym, nawet w znajomości Pisma św., jak też znaczące skrzywienie poglądów ku protestantyzmowi. Tym samym o. Szustak oraz jego przełożeni mają na sumieniu wprowadzanie w błąd i w heretyckie, nawet bluźniercze poglądy, tych, którzy odbierają jego wystąpienia. Tym samym nadal trwa zwodzenie i oszukiwanie ludzi, którzy pragnąc nauczania Kościoła faszerowani są fałszywymi treściami.



Post scriptum

1.
W związku z tym otrzymałem pytanie wymagające dopowiedzenia:



Odpowiedź jest krótka: 
Fakt wypowiedzenia kłamstwa przez bpa Rysia nie sprawia, że przestaje być kłamstwem. 

Zresztą akurat bp Rysiowi nierzadko się to zdarza. Już jego książka o celibacie, napisana w czasie gdy był jeszcze profesorem historii Kościoła, jest niestety jednym wielkim - choć objętościowo małym - kłamstwem i oszustwem na czytelnikach. 


2. 
I jeszcze jedno dopowiedzenie na życzenie:



1. Zasada domniemania niewinności dotyczy stanu przed zbadaniem sprawy i orzeczeniem winy. W tym wypadku sprawa jest zbadana i oczywista, gdyż 
- wypowiedzi są ewidentnie fałszywe w sprawach, na które wskazałem,
- o. Szustak ma obowiązek przygotowania się do publicznej wypowiedzi przynajmniej na podstawie katechizmu i podręczników teologii.
Tak więc wina polega przynajmniej na tym, że się nie przygotował, a to jest nie do usprawiedliwienia, gdyż to są sprawy z zakresu podstawowej wiedzy teologicznej przerabianej na zasadniczych studiach. Tym samym de facto o. Szustak w sposób zawiniony wprowadza ludzi w błąd, sugerujący przy tym, że jest osobą kompetentną i przygotowaną do nauczania wiary katolickiej. Przynajmniej na tym polega kłamstwo i oszustwo. 

2. Nie wiem, skąd pochodzi podany cytat. W każdym razie głosi nieprawdę. Wystarczy sobie policzyć dni od Środy Popielcowej. A wypada umieć liczyć w takim zakresie. 

Czy przed Vaticanum II była możliwa laizacja?


Laizacja - czyli przeniesienie prawne do stanu świeckiego - było zawsze możliwe decyzją Stolicy Apostolskiej czyli papieża.

Przepisy Kodexu Prawa Kanonicznego z 1917 r. są prostsze, choć rozróżniają między między duchownymi niższymi (od tonsury do akolitatu) i wyższymi (od subdiakonatu):


Tak więc przeniesienie do stanu świeckiego wyższych duchownych było możliwe przez dekret bądź orzeczenie Stolicy Apostolskiej. Nie oznaczało to jednak zwolnienia z obowiązku celibatu. Jedynie w przypadku, gdy dany kapłan przyjął święcenia wyższe "pod przymusem ciężkiego lęku", możliwe było zwolnienie z tego obowiązku w wyniku procesu przed sądem kościelnym. Oznacza to, że jedynie w takim przypadku, po orzeczeniu sądowym, taki kapłan przeniesiony do stanu świeckiego mógł zawrzeć sakramentalny związek małżeński.

Ta pozornie surowa dyscyplina ma swoje uzasadnienie praktyczno-życiowe. Nierzadko się bowiem zdarzało i zdarza, że po jakimś czasie laizowany kapłan pragnie powrócić do stanu duchownego i regularnego sprawowania władzy święceń. Związek małżeński jest wtedy przeszkodą.

Czy celibat nie należy do istoty kapłaństwa?



Dyskusja o celibacie pojawia się często i regularnie, mimo że sprawa jest dość jasna i jednoznacznie wyjaśniona od wieków. Także Sobór Watykański II nic nie zmienił w temacie, zresztą nie mógł tego uczynić, gdyż chodzi o Tradycję Apostolską, a Paweł VI ("Sacerdotalis coelibatus") i  Jan Paweł II ("Pastores dabo vobis") potwiedzili odwieczne nauczanie i dyscyplinę Kościoła.

Skąd więc ciągłe odświeżanie dyskusji i podważanie celibatu?

Po pierwsze dlatego, że temat dotyczy konkretnych osób i to nie tylko samych duchownych, lecz także rodzin, z których pochodzą, oraz niewiast, które się nierzadko zakochują akurat w księżach.

Po drugie, Kościół katolicki jest jedyną religią, która wymaga od swoich duchownych życia w celibacie. Fakt istnienia w jego łonie obrządków wschodnich z wybrakowaną dyscypliną pod tym względem nie podważa ogólnej reguły, o czym poniżej.

Po trzecie, modne w ostatnich dziesięcioleciach  trendy "ekumeniczne", którą dążą do zniwelowania Kościoła katolickiego do poziomu wspólnot schizmatyckich i heretyckich.

Odpowiedź na pytanie może być krótka: celibat tak samo należy do istoty kapłaństwa jak należy do Osoby Jezusa Chrystusa, w którego kapłaństwie jest ustanowiony każdy kapłan Nowego Testamentu. Tak więc problem jest natury chrystologicznej i sakramentologicznej, nie tylko i nie głównie dyscyplinarnej.

Czy i na ile celibat należy do istoty Osoby Jezusa Chrystusa?

Pytanie dotyczy oczywiście tylko Człowieczeństwa Syna Bożego, które jest drogą dzieła Zbawienia.

Po pierwsze, jest to pełne Człowieczeństwo, bez braków i bez zmieszania, choć istniejące w jednej Osobie Bosko-Ludzkiej. Tym samym wszystko, co ludzkie w Jezusie Chrystusie, jest także możliwe do zrealizowania zasadniczo przez każdego człowieka. Konkretnie jest to świętość.

Po drugie, ta świętość ma konkretną postać także w Jezusie Chrystusie. Innymi słowy: jako Najwyższy Kapłan Nowego Przymierza jest także wzorem i drogą świętości dla każdego ustanowionego w Jego Kapłaństwie.

Po trzecie, nic, co Jezus Chrystus realizował i dokonał jako Człowiek, nie jest przypadkowe, lecz odpowiada Jego planowi Zbawienia aż do końca czasów w Kościele. Innymi słowy: Jezus Chrystus żył w celibacie nie z przypadku ani z konieczności czy to osobistej czy historycznej, lecz po to i dlatego, żeby Jego kapłani tak żyli, by On stawał się obecny w nich w historii ludzkości aż do końca czasów także w formie życia, której On jest przykładem i wzorem.

To są właśnie fundamenty i właściwe powody wstrzemięźliwości duchownych, która obowiązuje w Kościele od przykładu samego Boskiego Założyciela, który powołał do takiego życia także Apostołów i ich następców.

Często spotyka się mniemanie, jakoby celibat wprowadzono w Kościele dopiero średniowieczu czy nawet później. Jest to właściwie kłamstwo historyczne polegające na pomieszaniu kilku różnych spraw.
Po pierwsze, wstrzemięźliwość sexualna duchownych obowiązywała od początku Kościoła, czego dowodem są już Apostołowie. Żaden z Apostołów nie miał żony i dzieci, tylko św. Piotr był wcześniej żonaty, w chwili powołania był wdowcem i żył w celibacie. Św. Paweł był również celibatariuszem i wszyscy inni biskupi znani z Pisma św. Gdy św. Paweł mówi o wyborze na biskupa "męża jednej żony", to oczywiście nie ma na myśli, jakoby innym mężczyznom pozwalał na poligamię. I na pewno nie miał na myśli, że kandydat musi być żonaty, gdyż przecież sam był celibatariuszem. W podanej regule chodzi o to, że kandydatem na biskupa może być tylko ktoś, kto był żonaty najwyżej jeden raz. Dlaczego? Przecież Kościół nigdy nie zabraniał wdowcom ponownego ożenku? Ano kandydatem na biskupa może być tylko jednokrotnie żonaty właśnie dlatego, że ktoś powtórnie żonaty widocznie nie jest w stanie obyć się bez żony, czego dowiódł przez ponowny ożenek. To jest logiczne tylko w świetle zasady poświadczonej wyraźnie przez wszystkie źródła historyczne: wprawdzie w pierwszych wiekach dopuszczano do święceń także żonatych, lecz od przyjęcia święceń byli zobowiązani do życia wstrzemięźliwego czyli bez pożycia z żoną (żony wstępowały zwykle do klasztoru). Są w tym temacie solidne prace naukowe historyczno-teologiczne. Dla przykładu:

Na stronie watykańskiej:
http://www.vatican.va/roman_curia/congregations/cclergy/documents/rc_con_cclergy_doc_01011993_bfoun_en.html

Książka Kardynała Archiwisty:
https://www.ignatius.com/The-Case-for-Clerical-Celibacy-P248.aspx

Książka profesora Papieskiego Instytutu Archeologii Chrześcijańskiej i rektora Kolegium Niemieckiego w Rzymie:
https://www.ignatius.com/Celibacy-in-the-Early-Church-P267.aspx

Tutaj o dyskusji po polsku:
http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.ojs-doi-10_15633_tts_289/c/289-217.pdf

Zbiór wypowiedzi teologów:
http://www.clerus.org/pls/clerus/V3_S2EW_CONSULTAZIONE.mostra_pagina?target=0&id_pagina=00002603

Resztki tej starokościelnej dyscypliny mamy dzisiaj w obrządkach wschodnich:
- biskupami mogą być wyłącznie celibatariusze, oraz
- o żenić się wolno tylko przed święceniami diakonatu.
Te zasady są zrozumiałe jedynie w świetle powyższej zasady starożytnego Kościoła o wstrzemięźliwości całkowitej począwszy od święceń. Ta zasada została wiernie zachowana jedynie w Kościele rzymskim (w dycyplinie łacińskiej).

Tak więc w średniowieczu nie wprowadzono celibatu, gdyż celibat zawsze w Kościele obowiązywał, także tych, którzy byli żonaci przed przyjęciem święceń. Jedyna zmiana, która nastąpiła w średniowieczu, polegała na tym, że zaczęto święcić wyłącznie nieżonatych. Z prostego powodu: komuś, kto przywykł do pożycia małżeńskiego, trudniej jest się przestawić na życie wstrzemięźliwe.

W końcu pytanie w kwestii odmiennej dyscypliny obrządków wschodnich w Kościele katolickim. Czy nie jest to sprzeczność? Jak to pogodzić z chrystologiczną i sakramentologiczną naturą celibatu? Jak papieże mogli pozwolić na odstępstwo?

Po pierwsze, należy wziąć pod uwagę okoliczności przyjęcia do Kościoła tzw. unitów: chodziło o ratowanie dusz ze schizmy, która jest zgubą dla dusz.
Po drugie, celibat sam w sobie, choć ma naturę chrystologiczną i sakramentologiczną, jest sprawą dyscypliny, nie doktryny jako takiej. Dyscyplina ulega zmianom w Kościele, tzn. jest i powinna być dopasowywana do nauczania wiary. Konkretnie dyscyplina celibatu musi pasować względnie być dopasowywana do prawd wiary odnośnie kapłaństwa. To nie wyklucza pewnej tymczasowej tolerancji dla dyscypliny wadliwej, gdy celem jest dobro nadrzędne, czyli przynależność do Kościoła, gdyż od tego zależy zbawienie dusz.
Po trzecie, w okresie uniatyzmu wiedza o historycznych uwarunkowaniach wadliwej dyscypliny wschodniej nie była tak pełna i ugruntowana jak obecnie. Dzisiaj wiemy z całą pewnością, że dyscyplina wschodnia nie jest pierwotna, starożytna, lecz jest odejściem od Tradycji Apostolskiej, aczkolwiek nie całkowitym (jak wspomniane wyżej). Tak więc papieże wspaniałomyślnie pozwolili unitom - tymczasowo - zachować wadliwą dyscyplinę wschodnią, by ułatwić im powrót na łono Kościoła, tym bardziej, że wówczas nie było jasne, iż kłamstwem jest mniemanie, jakoby dyscyplina wschodnia była starożytna.

Na koniec wspomnę książkę wydaną kilkanaście lat temu, pt. Celibat, autorstwa ówczesnego wykładowcy historii Kościoła z Krakowa, x. Grzegorza Rysia. Jest ona modelowym przykładem skandalicznej nierzetelności naukowej, historycznej manipulacji, zakłamania oraz antykatolickiej propagandy. W skrócie mówiąc, sprowadza ona katolicką dyscplinę celibatu do
- wrogości Kościoła wobec sexualności i pożycia małżeńskiego, oraz
- względów majątkowych czyli ochrony dóbr kościelnych przed rozproszeniem wskutek dziedziczenia przez potomstwo duchownych.
A jest to nic innego jak powielanie antykatolickiej propagandy prostestantów i ateistów. Dlatego ostrzegam przed tą książką i chętnie wyłożę w razie potrzeby także bliżej, dlaczego jest ona zakłamana i antykościelna.