Katolik a miecz, czyli czego naucza Pan Jezus

 


Tytułem wstępu uwaga ogólna. Otóż ostatnie wydarzenia mają przynajmniej ten dobry skutek, że wyrażane opinie i zapatrywania ujawniają z gruntu fałszywe, niekatolickie poglądy wielu niby katolików, zarówno duchownych jak też świeckich. Pan Gajda jest tutaj tylko jednym z przykładów. Podłożem opinii i poglądów tych osób jest 

- po pierwsze przynajmniej ignorancja nauczania Kościoła,

- po drugie, tegoż przynajmniej bezwiedne odrzucenie,

- po trzecie natomiast myślenie kategoriami i metodami protestantyzmu, szczególnie w traktowaniu Pisma św.

Innymi słowy: te osoby, prezentujące się i promowane na rzekome wzory i autorytety katolicyzmu, widocznie uważają, że dyletanckie, powierzchowne, fragmentaryczne i subiektywne - czyli właściwie protestackie - czytanie Pisma św. upoważnia nie tylko do zajmowania stanowiska w aktualnych sprawach, lecz także do krytykowania i odrzucania autentycznego katolicyzmu obecnego w odwiecznym nauczaniu i praktyce Kościoła. 

Otóż zasadniczą różnicą między katolickim a protestanckim podejściem w teologii jest kwestia prawa naturalnego. Wynika to z zupełnie odmiennego rozumienia grzechu pierworodnego i jego skutków, tym samym też kwestii usprawiedliwienia przez wiarę. Generalnie w klasycznym protestantyźmie (inaczej jest po części w tzw. liberalnym) odrzucane jest prawo naturalne oraz poznanie rozumowe w sprawach wiary, zaś zastępowane jest subiektywnym traktowaniem Pisma św. oraz fiducjalnym - polegającym na ślepym zaufaniu - aktem wiary. Tym samym odrzucane jest podejście zdroworozsądkowe, łączące poznanie z wiary i rozumowe, na korzyść tego, co się wyczytuje - samemu, bądź pod wpływem czy to grupy, czy irracjonalnie ustanowionego autorytetu - z ksiąg biblijnych. Owoce takiej lektury, z reguły zupełnie oderwanej zarówno od Tradycji interpretacji Pisma św. oraz od nauczania Kościoła, jak też od naukowej exegezy, są właśnie tego rodzaju jak u o. Szustaka (więcej tutaj) i też u p. Gajdy. 

W skrócie:

1. W żadnym miejscu ani Pan Jezus ani Apostołowie nie odrzucają generalnie ani przymusu fizycznego ani prawnego. Dowody:

- Nie ma potępienia ani prawa starotestamentalnego, które zakładało stosowanie przymusu fizycznego i prawnego, ani praktyki ludu starotestamentalnego, gdzie ten przymus był przewidziany i stosowany. Według słów samego Pana Jezusa, On przyszedł nie żeby odrzucić prawo Mojżeszowe, lecz żeby wypełnić. Dotyczy to oczywiście także tej kwestii. 

- Nigdy Kościół nie rozumiał słów Pisma św. jako potępienie wszelkiego przymusu, czy to prawnego czy zbrojnego. Natomiast zarówno sam pod kierownictwem Ducha Świętego stworzył system prawa kościelnego wraz z karami, jak też uznawał i popierał każde prawowite i sprawiedliwe środki przymusu prawnego i zbrojnego, oczywiście podając kryteria czyli ramy moralne. 

2. Słowa i przykład Pana Jezusa odnoszą się ewidentnie nie do porządku społecznego, ani nawet do ustroju Kościoła, lecz do tajemnicy Krzyża, przez którą stało się i staje Zbawienie. Jest jasne, że porządek społeczny, także oparty zgodnie z wolą Stwórcy na prawie naturalnym i Bożym Objawieniu, nie wyklucza ani nie zastępuje porządku nadprzyrodzonego, którego znakiem i drogą jest tajemnica Krzyża. Innymi słowy: żaden porządek prawny, także sprawiedliwy i zgodny z wolą Bożą, nie sprawia, że świadectwo przez cierpienie staje się zbędne czy nieaktualne. Chrześcijanin nie rezygnuje i zgodnie z wolą Bożą nie ma prawa rezygnować ze środków sprawiedliwości, które są zgodne z prawem Bożym. To jednak nie usuwa tajemnicy Krzyża, czyli konieczności naśladowania Jezusa Chrystusa. On ani nie poddawał się generalnie przemocy, ani jej nie odrzucał zasadniczo, a nawet sam stosował, jak chociażby w oczyszczenie świątyni (Mt 21). 

Ta tematyka jest oczywiście dość obszerna. Ad hoc odsyłam zwłaszcza do nauczania św. Tomasza Akwinaty (por. tutaj), które jest całkowicie zgodne z oficjalnym odwiecznym nauczaniem Kościoła. 

Tym samym takie fałszywe "autorytety" jak p. Gajda powinni się otwarcie przyznać, że albo nie znają, albo odrzucają nauczanie Kościoła, albo jedno i drugie, oraz zaprzestać oszukiwania opinii publicznej ich prywatnymi poglądami, mającymi korzenie i uwarunkowania protestanckie czyli heretyckie. 


Czy Kościół musi runąć?

 


Właściwie można przyjąć, że o. Adam Szustak już od dawna nie jest w stanie zaskoczyć (jedynym zaskoczeniem byłoby to, gdyby się nawrócił i odpokutował zatruwanie mentalne i emocjonalne, które od lat uskutecznia). Pisałem już parokrotnie o jego oszustwach i herezjach (por. tutaj). Tym razem przeszedł jednak samego siebie, już dość otwarcie opowiadając się nie tylko po stronie motłochu wylegającego na ulice w imię zabijania dzieci nienarodzonych i manifestującego swoją nienawiść do Kościoła. Otóż popełniając znowu bezczelnie następne fałszerstwa w posługiwaniu się Pismem św. dla swoich kłamliwo-manipulatorskich wywodów, zdemaskował się już dość wyraźnie, widocznie wciąż licząc na naiwność swoich fanów, tudzież bezkarność ze strony władz kościelnych (co w obecnym układzie jest niestety dość prawdopodobne). 

- O. Szustak mówiąc, że w tzw. aborcji dziecko "traci życie", unika powiedzenia, że ono jest po prostu bestialsko zabijane. Ten werbalny zabieg zapewne wynika z tego, że nie chce on urazić tych, którzy to popełniają, co świadczy o zwykłym tchórzostwie i obłudzie. 

- Twierdzi, że prawny zakaz aborcji "nic nie zmienia, bo to się dzieje w sercach ludzi". Widocznie nie słyszał nic ani o funkcji pedagogicznej prawa, ani o faktycznej skuteczności prawnego zakazu przynajmniej u bezmyślnych, którzy nie są zdolni do racjonalnej oceny moralnej, a jedynie groźba kary powstrzymuje ich od złego czynu. Tym samym o. Szustak powinien konsekwentnie opowiedzieć się także za legalizacją kradzieży, chuligańskiego bicia bezbronnych, narkotyków itd. itp. 

- Całe wystąpienie jest wręcz wesołe i to nie tylko spontanicznie, lecz widocznie jako takie zamierzone, w pełni świadomie i z uzasadnieniem. Już sam fakt takiej reakcji w obliczu ataków agresywnego wulgarnego motłochu nie tylko na kościoły, czyli budynki, lecz na Kościół jako taki, jest wyśmienitą autodemaskacją, niezależnie od zawartej w tym wręcz demonicznej bezczelności.  

- Nie mniej demoniczne, a to dogłębnie zakłamane jest, gdy tę swoją diabelską radość nazywa "wielką nadzieją", powołując się na przykład św. Pawła jako "świadka nadzieji". Trudno sobie wyobrazić większą bezczelność: apologeta motłochu domagającego się zupełnej bezkarności zabijania dzieci nienarodzonych przyrównuje siebie do Apostoła narodów. To byłoby nawet groteskowe, gdyby nie tragizm sytuacji, że ten człowiek od lat w habicie zakonu (niegdyś) katolickiego oszukuje ludzi, zwłaszcza młodych, wykorzystując bierność i zagubienie mentalno-teologiczne osób sprawujących obecnie władzę w Kościele.  

- Groteskowe, aczkolwiek świadczące albo o utracie kontaktu z rzeczywistością, albo znowu o dogłębnym zakłamaniu (albo o jednym i drugim) jest, gdy mówi, że mu "przed oczami stanęła Apokalipsa". Chodzi oczywiście o motłoch skandujący wulgarne nienawistne hasła w stronę świątyń katolickich. Znowu nasuwa się reflexja, czy on w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Widocznie wystarczy mu upajanie się liczbą kliknięć, lajków i fanów, którą widocznie traktuje jako upoważnienie do sprzedawania im - także dosłownie przez Patronite'a - następnych bzdetów serwowanych z mieszanką kokieterii, błaznowania i zadowolenia ze siebie. 

- Natomiast bardzo poważne jest, gdy do swoich zakłamanych i dogłębnie obłudnych wywodów używa słów Pisma św. i to nawet przekręcając ich właściwą treść.  

Powołuje się na Łk 21, 25, a wystarczy spojrzeć na ten fragment, by wiedzieć, że nie ma on nic wspólnego z ulicznymi atakami motłochu na Kościół, państwo i świątynie: 


Jeszcze bardziej niesamowicie kłamliwe i zarazem bezczelne jest wykorzystanie słów Pana Jezusa w  
Łk 12, 49: 


O. Szustak, którego z powodu notorycznego bezwzględnego fałszowania nawet słów Pisma św. można nazwać trafnie oszustakiem, przyrównuje ogień, o którym mówi Pan Jezus, do nienawiści motłochu i swojej nienawiści, skierowanej bezpośrednio do Kościoła i sprawiedliwego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a ostatecznie do Bożego prawa naturalnego i Objawienia, które nakazują ochronę szczególnie bezbronnych i najsłabszych. 






Tym samym nie powinno właściwie dziwić nazwanie Kościoła "ladacznicą polityczną" i "nierządnicą babilońską". 





To pierwsze określenie jest przewrotnie kłamliwe i obłudne, ponieważ odnosi się do tego, że wyrok TK jest zgodny z nauczaniem Kościoła, co jest właśnie powodem ulicznego (i nie tylko) buntu lewactwa. Tym samym nie może być mowy o sprzedawaniu się Kościoła czy kogokolwiek, ponieważ na wyroku zyskują wyłącznie dzieci nienarodzone. Notabene: jedynym, kto się tutaj sprzedaje, jest właśnie o. Szustak, kasujący grube tysiące za obłudne bzdety wkładane do głów naiwnych. 



Natomiast nazwanie Kościoła "nierządnicą babilońską" - w nawiązaniu do Księgi Apokalipsy św. Jana, rozdziały 17-18 - świadczy znowu nie tylko o elementarnej nieznajomości Pisma bądź świadomym fałszowaniu jego teści, lecz zwłaszcza o kategoriach i horyzontach myślowych tego człowieka. Otóż zarówno z treści samej księgi (zwłaszcza Ap 17, 9.18) jak też z całej Tradycji począwszy od Ojców Kościoła aż do exegetów współczesnych wynika, że to określenie wskazuje na imperium rzymskie w znaczeniu typicznym, czyli imperium ziemskiego wrogiego wobec Chrystusa. Już chociażby św. Ireneusz z Lyonu, św. Hipolit Rzymski, Kasjodor i św. Andrzej z Cezarei i właściwie wszyscy teologowie katoliccy tak właśnie interpretują te słowa. Dopiero heretycy tacy jak Martin Luder i Savonarola odnosili to określenie do Kościoła rzymsko-katolickiego, czyli rządzonego przez papieży. Tym samym o. Szustak ponownie zdemaskował się jako myślący kategoriami antykatolickimi i heretyckimi. 

Na koniec jeszcze odpowiedź na pytanie tytułowe, dotyczące głównej tezy oszustaka.



Można by zapytać, czy rzeczywiście go aż tak zaćmiło na umyśle, że w ferworze nienawiści do Kościoła i zarazem miłości dla hołoty lewackiej, której zanosi herbatkę (jak sam się chwali pod koniec wystąpienia), zapomniał o słowach Pana Jezusa:

"A ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go" (Mt 16,18).

Oczywiście oszustak pokrętnie bredzi, że chodzi mu o "ten Kościół", a nie Kościół "ewangeliczny", tak jakby to były dwie różne rzeczywistości, tzn. jakoby istniał inny "Kościół ewangeliczny" i inny "Kościół ten". No cóż, wszyscy heretycy i herezjarchowie chcieli innego Kościoła, nie tego realnego, zbudowanego na fundamencie Apostołów, czyli Tradycji Apostolskiej i Piśmie św., którym oszustak - jak wszyscy heretycy w historii - kłamliwie się posługuje do swoich perfidnych bełkotów. Oszustakowi się marzy "mała trzódka", czyli on życzy sobie, by większość ludzi była z dala od Kościoła i prawdy Bożego Objawienia w Chrystusie. Dlatego właśnie popiera lewackie bunty i antychrześcijańskie, antyludzkie i ludobójcze prawodawstwo. Takie poglądy może głosić tylko zdeterminowany wróg Kościoła i Chrystusa, niezależnie od tego, jakim statusem czy szatą się posługuje.

Św. Tomasz a wyrok TK, czyli Giertychowe oszustwo

W aktualnej sprawie pojawił się wpis znanego polityka, uważanego niegdyś za prawicowego. Podaje list swojego stryja, który zajmuje wysoką pozycję w Watykanie, mianowicie tzw. teologa domu papieskiego. Nie jest to urząd Kurii Rzymskiej, lecz funkcja osobistego doradcy papieża dla spraw teologicznych, więc dość prestiżowa, aczkolwiek bardziej zakulisowa. Chodzi wprawdzie o prywatny list do bratanka, jednak ze stylu wynika, że przeznaczony jest do publicznej wiadomości, co już jest obłudnym zabiegiem. Oto text: 

 

Nasuwa się druga uwaga, również świadcząca o zakłamaniu. Otóż text odnosi się do wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który sam w sobie nie jest przepisem prawa karnego, lecz orzeczeniem odnośnie relacji między przepisami prawa, mianowicie między ustawą o ochronie życia ludzkiego, a ustawą zasadniczą. Tym samym wypowiedź jest zarówno prawnie jak też teologicznie nie na temat, a należy do kategorii przyłączania się i popierania obecnej hucpy uliczno-politykierskiej inscenizowanej przez siły i bandy lewackie. Skandalem jest, że dopuszcza się tego osoba duchowna i to z tak wysokiej watykańskiej pozycji. Nie jest istotne, że czyni to w rzekomo prywatnym liście. 

Trzecie zakłamanie polega na fałszywym cytowaniu św. Tomasza. Autor listu pomija poprzednie, bardziej zasadnicze słowa Doktora Anielskiego, które wprost przeczą jego wywodom, natomiast podaje fragment, który dotyczy zupełnie innej kwestii, mianowicie "czy prawo ludzkie powinno powstrzymywać wszystkie wady (utrum lex humana debeat omnia vitia cohibere)". Tego bowiem dotyczy podany przez niego cytat z Sumy Teologicznej Ia IIae, q. 96, a. 2, ad 2


Posługując się tym cytatem bez podania pytania, na które te słowa odpowiadają, autor popełnia nadużycie i wprowadza czytelników w błąd. W tym miejscu św. Tomasz mówi bowiem o tym, że prawo państwowe powinno prowadzić do cnoty nie natychmiastowo, lecz stopniowo, to znaczy nie musi zwalczać wszystkich wad od razu. Nie ma to więc nic wspólnego z kwestią ochrony fundamentalnego prawa człowieka, jakim jest prawo do życia. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego dotyczy spójności systemu prawnego w tej fundamentalnej sprawie, w której nie może być stopniowania. Stopniowanie może dotyczyć wyłącznie kar, a nie prawa ochrony życia ludzkiego, gdyż ono jest z natury rzeczy niestopniowalne. Ktoś z wykształceniem teologicznym powinien być w stanie te sprawy odróżnić. 

Natomiast perfidnie pominięta wypowiedź św. Tomasza w quaestio 95 mówi dokładnie coś przeciwnego do wywodów o. Giertycha, mianowicie że:
- dla człowieka konieczne jest, by doskonałość cnoty przychodziła przez pewną dyscyplinę,
- doskonałość cnoty polega szczególnie na powstrzymywaniu człowieka, zwłaszcza młodego, od niewłaściwych przyjemności,
- właściwe jest, że ludziom wyznaczana jest przez innych dyscyplina, dzięki której dochodzą do cnoty,
- tym, którzy są skorzy do cnoty, wystarczy ojcowskie napomnienie, natomiast dla tych, którzy są skorzy do wad, konieczne jest, by przez siłę i lęk byli powstrzymywani przed złem, także dlatego, by nie szkodzili innym,
- w tym celu ustawy prawne (disciplina legum) narzucają lęk przed karą,
- narzucanie przepisów prawnych jest konieczne dla pokoju między ludźmi oraz dla ich cnoty, ponieważ człowiek odłączony od prawa i sprawiedliwości jest istotą najgorszą pośród wszystkich istot żywych.  


Czwarte zakłamanie polega na pomieszaniu porządku Kościoła oraz jego środków z porządkiem państwowym wraz z jego środkami. Wystarczy mieć elementarną wiedzę choćby socjologiczną i religioznawczą, by odróżnić te dwa porządki i społeczności. To odróżnienie jest fundamentalne dla chrześcijaństwa, w odróżnieniu od innych religij, zwłaszcza judaizmu i islamu, gdzie nie ma odróżnienia między porządkiem naturalnym, czyli zbudowanym na prawie naturalnym, a porządkiem nadprzyrodzonym, czyli realizowanym w Kościele na mocy Bożego Objawienia w Jezusie Chrystusie. Konkretnie: powoływanie się na fakt, że Kościół uświęca przez nauczanie i sakramenty, przeciw prawnej ochronie życia ludzkiego w prawie państwowym, świadczy albo o całkowitej ignorancji teologicznej, zwłaszcza eklezjologicznej, albo o świadomym oszukiwaniu odbiorców na doraźny użytek, albo o jednym i drugim. 

Piąte przekłamanie polega na pominięciu faktu, że także prawo kościelne nakłada najsurowszą ze swoich kar na tych, którzy popełniają aborcję czy w niej współdziałają, mianowicie exkomunikę. Jakim więc prawem "teolog domu papieskiego" domaga się braku ochrony prawnej - tym samym sankcji prawnej - dla dzieci niepełnosprawnych w łonie matki? Tak więc na koniec nasuwa się pytanie, czy ten człowiek był przy zdrowych zmysłach pisząc te słowa.  


P. S.
Pojawiła się bardziej szczegółowa analiza bełkotu Giertychowego, potwierdzająca powyższe uwagi:



Czy katolik powinien publicznie wyrażać swoje stanowisko?

Oczywiście każde działanie powinno mieć podstawy, być celowe i przemyślane. Zasadniczo katolik ma obowiązek świadczenia o prawdzie, nie tylko odnośnie bezpośrednio prawd wiary, lecz także spraw społecznych i politycznych. Dotyczy to także aktualnych wydarzeń. Nie jest katolicką postawą zamykanie się mentalne i praktyczne w sferze czysto religijnej, lecz należy brać udział w życiu społecznym, oczywiście w duchu i zgodnie z odwiecznym nauczaniem Kościoła. 

Jest to zwłaszcza zadanie ludzi świeckich, gdyż to oni dysponują - powinni dysponować - odpowiednią wiedzą i doświadczeniem w sprawach doczesnych. Zadaniem natomiast duchownych jest nauczanie prawd wiary i moralności, oraz czuwanie nad ich przestrzeganiem przez wiernych, także odnośnie kwestij społecznych i politycznych. 

Czy można łączyć różaniec za zmarłych z adoracją Najświętszego Sakramentu?


Oficjum przed wystawionym NS nigdy nie było stosowane w Kościele i nie ma żadnych podstaw w księgach liturgicznych (a samo w sobie jest liturgią), tym samym powinno być uznane za niedozwolone.
Natomiast nabożeństwo różańcowe nie jest liturgią, lecz paraliturgią. Wzięło się ono z tego, że podczas adoracji eucharystycznej odmawiano różaniec, co jest w porządku. Nie jest mi znany odnośny zakaz. W takim wypadku różaniec jest jakby dodatkiem czy wypełnieniem modlitewnym adoracji.  
Podobnie modlitwa za zmarłych była wypełniana czy uzupełniana różańcem, co jest także w porządku. Natomiast problem w łączeniu modlitwy za zmarłych z adoracją NS polega na charakterze nabożeństwa, co jest widoczne także w szatach liturgicznych: adoracja ma szaty białe, podczas gdy za zmarłych obowiązują szaty czarne. Nie należy tego mieszać. Wprawdzie formalny zakaz łączenia różańca za zmarłych z adoracją NS nie jest mi znany, to jednak z powodu rzeczonych uwarunkowań liturgicznych nie należy tego praktykować. Po prostu charakter nabożeństw - adoracji i nabożeństwa za zmarłych - jest całkowicie różny i liturgicznie niemożliwy do połączenia. 

Czy można rozmawiać ze zmarłymi?

 


Pytanie nawiązuje do poprzedniego, czyli odnośnie prośby o wstawiennictwo. 

Oczywiście nie może chodzić o rozmowę w zwykłym tego słowa znaczeniu, ponieważ zmarli nie mówią i nie mogą mówić z oczywistych względów. Jeśli ktoś uważa, że rozmawia ze zmarłymi, to świadczy to o wybujałej fantazji, urojeniach bądź kłamstwie. 

Zasadne jest natomiast pytanie o możliwość komunikowania się ze zmarłymi, niezależnie od tego, jak się to nazwie. 

Zrozumiała jest potrzeba jakiegoś choćby duchowego kontaktu z bliskimi i ukochanymi osobami zmarłymi. Wynika to z więzi miłości, której nie zrywa śmierć. W wyznaniu wiary wyznajemy przekonanie o "świętych obcowaniu", co odnosi się także do tych, którzy nie są oficjalnie ogłoszeni przez Kościół jako święci. Ich czci dedykowane jest właśnie święto Wszystkich Świętych. Pozostaje jednak pytanie, czy jest możliwe komunikowanie się ze zmarłymi ogólnie, czyli wszystkimi, oraz w jaki sposób. 

Najpierw należy odróżnić naturalną ludzką potrzebę zwracania się do ukochanych zmarłych od praktyk okultystycznych, czyli tzw. wywoływania duchów. W praktykach tego typu zachodzi albo oszustwo, albo działanie demoniczne. Demony są mistrzami kłamstwa i tym samym mogą się podszywać pod dusze zmarłych, zwłaszcza tych, którzy oddali się mocy złego. Istotną cechą tych praktyk jest wywołanie sensacji czy zaspokojenie ciekawości, a nie miłość do dusz zmarłych, gdyż miłość jest odrazą dla demonów. Tym samym, jeśli ktoś ze szczerej miłości zwraca się sercem ku umiłowanej osobie zmarłej, przede wszystkim prosząc Pana Boga o przebaczenie i miłosierdzie dla niej, czy też dziękując za dobro otrzymane przez tę osobę, to można być pewnym, że nie zachodzi niebezpieczeństwo działania demonicznego. 

Natomiast nie musi być wolne od działania demonicznego zwracanie się czy przynajmniej myślenie o osobie zmarłej w kategoriach żalu do niej, wyrzutów, czy też oczekiwania spełnienia swoich życzeń czy potrzeb w znaczeniu jakby magicznym, bez prośby skierowanej ostatecznie do Pana Boga z poddaniem się Jego woli. 

Może występować także "rozmowa" w znaczeniu psychologicznym, czyli jakby opowiadanie zmarłej osobie o swoich troskach, radościach itp. Jeśli powodem takiej "rozmowy" jest wiara w świętych obcowanie w połączeniu z miłością do tej osoby, wówczas nie ma zastrzeżeń teologicznych, oczywiście o ile nie oczekuje się od osoby zmarłej konkretnej odpowiedzi, gdyż byłoby to nierozumne. Taka "rozmowa" może mieć wartość psychologiczną, czyli koić ból z powodu odejścia umiłowanej osoby do wieczności. Należy jednak pamiętać, że także umiłowana osoba uważana przez nas prywatnie za świętą może potrzebować naszej modlitwy i ofiary, czego nie należy zaniedbywać. Jeśli "rozmowa"wiąże się z zaniedbywaniem modlitwy i ofiarowania odpustów za zmarłych, wówczas może być furtką dla działania złego ducha, gdyż pochodzi bardziej z egoizmu niż z miłości. 

Czy można prosić zmarłych o wstawiennictwo?

 

Jeśli ktoś jest zasadnie przekonany, że dana osoba zmarła doznała już szczęśliwości wiecznej, czyli osiągnęła niebo, wówczas może prywatnie zwracać się do niej o wstawiennictwo. Dotyczy to zasadniczo osób zmarłych w opinii świętości. Ma to wyraz w spontanicznym nawiedzaniu grobu takich osób, co jest wyrazem czci i zaufania w ich wstawiennictwo. 

Nie powinno to jednak mieć charakteru kultu przodków, czyli wzywanie ich wszystkich o wstawiennictwo, bez różnicy co do prawdopodobieństwa osiągnięcia przez nich nieba. Taki kult nie jest zgodny z wiarą i praktyką Kościoła. Natomiast można i należy modlić się za dusze zmarłych, zwłaszcza krewnych i przyjaciół, nawet jeśli zasadnie można przyjąć, że prawdopodobnie są już w niebie. Także w takim razie modlitwy za nich nie będą daremne, lecz będą miały wartość prośby o wstawiennictwo. 

Czy naród jest ważniejszy niż rodzina?

 


Temat jest ważny i aktualny, ponieważ w obiegu jest wiele nieporozumień i błędów. 

Najpierw należy zdefiniować pojęcia. 

Rodzina jest społecznością pierwotną naturalną, czyli konieczną dla istnienia rodzaju ludzkiego. Naród natomiast jest społecznością kulturową i wtórną. Ma on oczywiście znaczenie dla istnienia ludzkości w jej wymiarze duchowym i jako forma organizacji, wynikająca ze społecznego i duchowego wymiaru natury człowieka. W tym aspekcie stanowi wartość wyższą w znaczeniu wyższego poziomu realizacji wymiaru społecznego życia człowieka. Nie zmienia to jednak faktu, że ze swej istoty jest formą wtórną względem rodziny. Wyraża to trafnie określenie narodu jako "rodziny rodzin". Zawarta jest tutaj współzależność. Należy jednak podkreślić, że jest ona asymetryczna, to znaczy: naród nie może istnieć bez rodzin, podczas gdy rodzina - przynajmniej w zakresie elementarnym - może istnieć bez formy życia społecznego, jaką jest naród, przynajmniej w pojęciu ścisłym. 

W tym znaczeniu rodzina ma pierwszeństwo, wynikające z porządku stworzenia. Zachodzi owszem trudność w zrozumieniu tej zasady, gdyż w pewnym sensie jest ona przeciwna do mentalności społeczno-politycznej, ukształtowanej w czasach nowożytnych na kanwie ustrojów wywodzących się z absolutyzmu i pochodnych form, zwłaszcza socjalizmu. Chociażby fakt obowiązkowej służby wojskowej na rzecz władcy czy państwa, wraz z odpowiednią edukacją szeroko pojętą - począwszy od szkół, aż do środków krzewienia ideologii państwowej w mediach, w literaturze i szeroko pojętej kulturze finansowanej przez państwo, aż do stworzonych w absolutyźmie rytuałów państwowych - wytworzył wzorzec obywatela i patrioty, który w znacznej części oddalony jest od prawa naturalnego nauczanego nie tylko przez Kościół lecz także przez klasycznych myślicieli. Przez pokolenia wpajano nam, że obowiązkiem nadrzędnym jest "obrona ojczyzny", co oznaczało de facto obronę rządzących i władzy państwowej. Za odmowę groziły drakońskie konsekwencje, do kary śmierci i konfiskaty majątku włącznie. Wywarło to oczywiście wpływ na kategorie myślenia, wtłaczane od dzieciństwa, aż po rytuały państwowe i "narodowe". Hasła często, a nawet zwykle nie pokrywały się z rzeczywistą motywacją i charakterem, co było szczególnie jaskrawe w komuniźmie, który także chętnie wykorzystywał uczucia narodowe, oczywiście instrumentalnie i obłudnie. Zapomniano, a nawet programowo tłumiono zasadę, że dobro narodu nie może być przeciwne dobru jego rodzin, i odwrotnie. Zaś realizacja tej zasady jest głównym kryterium odróżnienia autentycznego, zdrowego nacjonalizmu od fałszywej i obłudnej fasady, wykorzystującej uczucia narodowe dla interesów władzy czy grupy sprawującej ją. 

Tym samym: jeśli ktoś głosi, że dobro rodziny należy ofiarować dla dobra narodu, to należy uznać to przynajmniej za nieprzemyślaną ideologię. Naród jako społeczność kulturowa powinien mieć taką formę organizacji, która jest w zgodzie z dobrem swych rodzin i jemu służy. Jeśli chodzi na przykład o służbę wojskową, to dojrzałe państwo narodowe powinno dysponować armią, która nie jest zmuszona narażać życie i zdrowie ojców (i matek) rodzin, których pierwszym i niezastępowalnym obowiązkiem jest utrzymanie i wychowanie dzieci, co oczywiście zakłada fizyczną obecność. Ta zasada zgadza się z koncepcją społeczeństwa i państwa stanowego, o którym jest mowa w klasycznej etyce społecznej Kościoła (obiecany już jakiś czas temu szkic jest w przygotowaniu). 

Dla realizacji katolickiego programu społecznego - a na tym powinno zależeć narodowcom w Polsce - konieczne jest trzymanie się zasad, które są jego fundamentem. Do nich należy także współzależność między rodziną i narodem, a jest ona hierarchiczna, w zgodzie z prawem naturalnym, czyli pochodzącym od Stwórcy. Cokolwiek uderza w dobro rodziny, uderza też w naród, nawet jeśli czynione jest w imię haseł "narodowych". 

Czy zabicie dziecka z tzw. wadą letalną jest dopuszczalne?

 


Najpierw należy mieć na uwadze poprawną definicję. Cytuję za jednym z portali medycznych:

Tym samym odpowiedź jest prosta: nie ma moralnego obowiązku stosowania uporczywej terapii, czy to w przypadku człowieka dorosłego, czy też noworodka. Kościół naucza o tym wyraźnie. 

Czym innym jest jednak zabicie, zarówno człowieka dorosłego nieuleczalnie chorego, czy noworodka. Jest to zawsze morderstwo, nawet jeśli jest fałszywie nazywane eutanazją. 

Czy katolikowi wolno uprawiać jogę?

 


Pojęcie "joga" jest wieloznaczne. Może ono oznaczać jedynie ćwiczenia fizyczne, bez kontextu światopoglądowego czy religijnego. Aczkolwiek de facto nauczanie jogi często - czy nawet zwykle - wiąże się z przekazywaniem także tego kontextu. 

Na podstawie prawdy, że najwyższe są w człowieku władze duchowe (czyli intelekt i wola), wykluczone jest, by ćwiczenia czysto fizyczne (cielesne) miały same przez się miały powodować wpływ złych duchów. Mogą natomiast mieć wpływ na sferę psychiczną w znaczeniu mechanizmów emocjonalnych. 

Tak więc, należy przede wszystkim zwrócić uwagę, kto jest nauczycielem danych ćwiczeń i czy nie przekazuje treści sprzecznych z prawdami wiary katolickiej. Następnie należy być czujnym na skutki duchowe praktykowania jogi. Jeśli np. w związku z tym występuje niechęć do modlitwy, praktyk duchowych i przyjmowania sakramentów, wówczas są to oznaki złego wpływu i należy zaprzestać natychmiast. 

Zresztą dobry fachowiec fizjoterapeuta nie musi sięgać do praktyk przynajmniej niepewnych. Wystarczy fachowa wiedzy medyczna wraz z umiejętnościami. Aczkolwiek pewne ćwiczenia fizyczne mogą się pokrywać z technikami jogi, co jednak nie wynika z tych ostatnich, lecz z fizjologii ciała ludzkiego. 

Co robić, gdy nie ma możliwości przystępowania do sakramentów?

 


W sytuacji niemożliwości przyjęcia Sakramentów Świętych mimo starania liczy się pragnienie ich przyjęcia wraz z praktykami, które każdy katolik może stosować, czyli modlitwa, w tym także rachunek sumienia i żal za grzechy. Należy pamiętać, że doskonały żal za grzechy w połączeniu z pragnieniem i zamiarem wyspowiadania się, gdy będzie to możliwe, ma moc gładzenia także grzechów ciężkich. 

Jeśli jest możliwość, najlepiej jest odmawiać modlitwy wspólnie w rodzinie czy grupie. Może to być różaniec, albo też odczytywanie textów początkowych Mszy św. do Ewangelii włącznie. Mogą być także inne nabożeństwa z modlitewnika katolickiego, zwłaszcza przygotowujące do Komunii św. duchowej, oraz pieśni pobożne. Należy posłużyć się dobrym modlitewnikiem tradycyjnym. 

Czy zmiana słów Konsekracji sprawia nieważność Mszy św.?


Zależy, jaka zmiana. 

Jako istotne dla ważności Konsekracji zostały określone przez papieży słowa:

"Hoc est enim Corpus meum"

oraz

"Hic est enim calix Sanguinis mei".

Pozostałe słowa formuły Konsekracji nie są istotne dla jej ważności, aczkolwiek oczywiście zasługują na szacunek i nie wolno ich zmieniać. 

Rubryki Missale Romanum w dziale o usterkach w celebracji (De defectibus) mówią tak:


Tak więc podane są całe słowa Konsekracji jako forma sakramentu, której nie wolno zmieniać. Równocześnie zaznacza się, że tylko taka zmiana słów powoduje nieważność, która zmienia ich znaczenie. Ta zasada wynika z faktu, że w liturgiach różnych obrządków uznanych za ważne, są nieistotne różnice w słowach Konsekracji, a także od zawsze istniały tłumaczenia słów -wypowiedzianych prawdopodobnie po aramejsku - Pana Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Słowa w obrządku rzymskim, czyli po łacinie, są także tłumaczeniem słów Pana Jezusa, oczywiście z zachowaniem ich sensu oryginalnego. 

Tym niemniej należy zauważyć, że dokonanie zmian w formule Konsekracji przez Pawła VI miało fatalne skutki psychologiczne. Spowodowało bowiem wrażenie i mniemanie, jakoby te centralne i święte słowa podlegały zmianom według uznania osoby aktualnie sprawującej władzę w Kościele. 

Następnie jest kwestia poprawnego tłumaczenia oryginalnych słów Konsekracji. Mszał Pawła VI (Novus Ordo Missae) zawiera słowa "pro multis", czyli "za wielu", jak to zostało poprawnie przetłumaczone w dotychczasowym mszale dla diecezyj polskich. Natomiast w niektórych innych tłumaczeniach (niemieckim, angielskim, francuskim itd.) popełniono zafałszowanie słów oryginału tłumacząc jako "za wszystkich". Benedykt XVI starał się o korektę tych fałszywych tłumaczeń. Udało się to w mszale włoskim. W trakcie były prace nad mszałem niemieckim, jednak w ich dokończeniu zgodnie z pragnieniem Benedykta XVI przeszkodził koniec pontyfikatu. Franciszek niestety przeforsował anulowanie korekty, którą dokonano w mszale włoskim, oraz wielokrotnie opowiadał się za fałszywym tłumaczeniem. 

Oczywiście należy teologicznie wykładać i wyjaśniać, że Jezus Chrystus oddał Swoje życie za zbawienie wszystkich ludzi. Jednak w tej kwestii chodzi o poprawność tłumaczenia. Tłumaczenie, które zmienia treść oryginału, jest fałszerstwem, niezależnie od powodów czy intencyj. 

Czy Marija podlegała grzechowi i jego skutkom?

 


Przede wszystkim należy odróżnić:

- grzech pierworodny, czyli wspólny rodzajowi ludzkiemu w wyniku pochodzenia od pierwszych rodziców, którzy zgrzeszyli, 

- grzech jako osobiste przekroczenie prawa Bożego, oraz 

- skutki grzechu pierworodnego. 

Wiemy z nieomylnego nauczania Kościoła, że Marija była wolna od grzechu pierworodnego oraz wszelkich osobistych grzechów. Oznacza to, że nigdy nie popełniła nawet grzechu powszedniego. W tym była podobna do Swojego Boskiego Syna. Żyła od poczęcia - czyli początku swego istnienia - w łasce uświęcającej, której nigdy nie utraciła. 

Nie oznacza to jednak wolności od skutków grzechu pierworodnego, które są wspólne dla całego rodzaju ludzkiego i tym samym dla każdego człowieka. W wypadku Mariji chodzi oczywiście o skutki, które nie są grzeszne, czyli cierpienie i śmierć. Natomiast zła pożądliwość, czyli skłonność do zła, która także jest skutkiem grzechu pierworodnego, nie miała miejsca w duszy Matki Najświętszej. Nie oznacza to niemożliwości zgrzeszenia, ani pomniejszenia zasługi w uniknięciu jakiegokolwiek grzechów. 

Marija miała oczywiście wolną wolę jak każdy człowiek i tym samym miała możliwość zgrzeszenia przez akt swojej woli. Nie była też wolna od słabości i ludzkich ograniczeń, które nie wynikają z własnej woli i są tym samym bez grzechu. Tak np. w trosce macierzyńskiej postawiła zarzut swojemu dwunastoletniemu Synowi po znalezieniu w świątyni. Było to na wskroś ludzkie, w pewnym sensie niedoskonałe, gdyż świadczyło o braku zrozumienia dla tajemnicy Wcielenia Syna Bożego, który był równocześnie Jej Synem, jednak nie było w żaden sposób grzeszne wobec Jego boskiej godności i woli. Potem podczas Męki Syna zapewne po ludzku zrozumiały ból stanowił próbę Jej wiary, podobnie jak u każdego człowieka, zwłaszcza matki, a nawet jeszcze bardziej. 

Podlegała cierpieniu, jak każdy grzesznik, a nawet w pewnym sensie bardziej niż inni ludzie, ponieważ jako nieskalana żadnym grzechem zarówno o wiele bardziej odczuwała ohydę zła, jak też współczuła z cierpieniem innych, zwłaszcza Swojego Syna. Podleganie cierpieniu odróżnia Mariję od stanu pierwszych rodziców w raju, czyli przed grzechem pierworodnym, gdyż wtedy nie było cierpienia. Nie była też pod względem naturalnym nieśmiertelna, gdyż śmierć fizyczna jest wspólna całemu rodzajowi ludzkiemu, nie będąc grzechem, lecz jego skutkiem. Fakt, że w momencie śmierci czyli zakończenia żywota doczesnego, została przeniesiona z duszą i ciałem do chwały niebiańskiej, nie oznacza nieśmiertelności naturalnej - jest ona właściwa tylko Bogu i w pewnym sensie duchom bezcielesnym - lecz wynika z działania łaski, która jest udziałem w Zmartwychwstaniu Jej Syna. 

Czy przywłaszczenie rzeczy przeznaczonej do wyrzucenia jest grzechem?

 

Nie jest grzechem, nawet jeśli prawo państwowe czy właściciel tego zabrania. Warunkiem dopuszczalności moralnej jest jedynie pewność, że dana rzecz jest przeznaczona do wyrzucenia. Chodzi oczywiście zasadniczo o produkty żywnościowe, które podlegają zepsuciu, a zepsucie powoduje nieprzydatność do użycia zgodnie z przeznaczeniem. Użycie zgodnie z przeznaczeniem wynikającym z natury danej rzeczy ma pierwszeństwo przed prawem własności i dysponowania. Ma to zresztą także przełożenie na prawo państwowe, gdy ono np. zezwala na przywłaszczenie owoców z drzewa rosnącego na terenie sąsiada, którego owoce sięgają na teren innego właściciela. 

Kiedy pożądliwość jest grzeszna?




Należy odróżnić psychologiczne i moralne pojęcie pożądliwości. 
W znaczeniu psychologicznym pożądanie jest pobudzeniem skierowanym ku jakiejś rzeczy, osobie bądź czynności w celu jej doznania, doświadczenia i tym samym pewnego choćby cząstkowego posiadania. Jest to naturalne, codzienne i niemal nieustanne zachowanie, czyli proces emocjonalno-zmysłowy, w którym jakiś udział ma także wola, aczkolwiek nie zawsze bądź tylko w ograniczonym stopniu podporządkowana rozumowi. Przynależy ono więc to sfery cielesno-zmysłowo-uczuciowej człowieka, choć oczywiście nie jest wyjęte spod poznania rozumowego i przynajmniej pewnej możliwości opanowania i kierowania przez rozum. 

Natomiast w znaczeniu moralnym pożądliwość jako poruszenie zmysłowo-uczuciowo-wolitywne podlega wartościowaniu moralnemu. Ocena danego aktu czy zachowania pożądliwego zależy od zgodności z normami moralnymi, które są rozumne i powszechne (jako prawo naturalne). Pożądliwe poruszenie zmysłów, uczuć i woli niezgodne z prawem moralnym jest grzeszne. 

Zgodnie z porządkiem i hierarchią władz w psychice człowieka ocena moralna odnosi się do aktu woli. Istota pozbawiona możliwości panowania nad swoimi zmysłami i uczuciami nie ponosi odpowiedzialności za czyny i zachowanie z nich wynikające. Tyle gwoli podstawowych wyjaśnień. 

Słowa i zdania występujące w Piśmie św. oczywiście nie zakładają systematycznej psychologii, którą znamy dzisiaj. Dlatego - po pierwsze - nie należy ich rozumieć bezpośrednio w tym sensie. 

Po drugie, należy mieć na uwadze, że język biblijny jest bardziej obrazowo-konkretny niż współczesne nam języki, a nawet ówczesne języki kultur, które wytworzyły myślenie abstrakcyjno-systematyczne jak grecki i łaciński. 

Tyle tytułem wstępu, który powinien pomóc ku ostrożności w interpretowaniu i przejmowaniu wprost wyrażeń i sformułowań znanych z Pisma św. 

Natomiast na pewno nie ma sprzeczności czy błędów w treści Pisma św. właściwie rozumianej. 

Zdanie z Kazania na Górze o grzechu przez pożądliwe spojrzenie (Mt 5, 27) należy rozumieć dokładnie i poprawnie. Pomaga w tym i warunkuje kontext. Otóż cały ten rozdział Ewangelii podaje zasady moralności wyższej i głębszej niż te znane z religii mojżeszowo-rabinicznej, gdzie zasadniczo liczyły się czyny zewnętrzne. Nauczanie Jezusa Chrystusa odpowiada bowiem psychologii człowieka i to w sposób niedościgniony. Wskazuje bowiem na rolę i wagę władz i aktów wewnętrznych, zwłaszcza woli. Grzech bowiem zaczyna się i polega istotnie na ukierunkowaniu woli, co wyraża się w myślach i zamiarach. 

Przechodząc już konkretnie do zadanego pytania, należy mieć na uwadze specyfikę sexualności człowieka, która obejmuje nie tylko sferę biologiczną, czyli popęd sexualnych, lecz także sferę uczuć, zmysłów, a nawet władze duchowe jak intuicję, inteligencję i ogólnie racjonalność. Komplexowość sexualności stanowi pod pewnym względem trudność, ale przede wszystkim o możliwości i konieczności zintegrowania z innymi warstwami osobowości, także duchowymi. Innymi słowy: człowiek nie jest zdany na poruszenia popędów, burze uczuć czy same wrażenia zmysłowe. Jego wszystkim aktom, także tym należącym do dziedzin niższych, czyli poniekąd biologiczno-zwierzęcych, towarzyszy świadomość, która jest przynajmniej otwarta na działanie rozumu, czyli najwyższej władzy duchowej, która pośród stworzeń jest właściwa tylko człowiekowi. Oznacza to, że u człowieka - i to także w przypadku osobowości patologicznych czy niepełnosprawnych - nie ma pożądania "absolutnego" w sensie całkowitego oderwania od myślenia, rozumowania, chcenia i zamierzenia. Na tym właśnie polega jego ludzki charakter. Tym samym o czystości bądź nieczystości pożądania decyduje jego ukierunkowanie przez władze wyższe, czyli akty rozumu i woli. 

Katolickie podręczniki teologii moralnej podają owszem pewne ogólne normy zachowania i postępowania w dziedzinie szóstego przykazania. Kryterium głównym jest tutaj zgodność z celem sexualności, którym jest przekazywanie życia w sposób właściwy dla człowieka, czyli w małżeństwie. Wynika z tego, że istnieje i powinna być przestrzegana wyraźna różnica między zachowaniem między małżonkami a niemałżonkami. Fakt bycia albo niebycia małżeństwem stanowi jasną i decydującą okoliczność we wszystkich szczegółowych kwestiach. Konkretnie: pożądanie własnej żony czy własnego męża jest moralnie w porządku, oczywiście z zachowaniem poszanowania osobowej - racjonalno-wolitywnej - godności danej osoby, czyli nie redukując jej do obiektu zaspokojenia własnej pożądliwości. 

W sytuacji dopiero zamierzonego, czyli jeszcze niezawartego małżeństwa, pożądliwość opanowana przez rozum jest także w porządku, o ile respektowana jest okoliczność braku zawarcia małżeństwa. To respektowanie ma konkretnie taką postać, że należy powstrzymywać się od okazywania bliskości i czułości właściwego dla małżonków. Dotyczy to także takich spraw jak tańce damsko-męskie, gdyż one zwykle polegają na bliskości fizycznej, która przynajmniej potencjalnie może mieć charakter erotyczny, i tym samym stanowi przekroczenie granicy, która jest w sposób naturalny zarezerwowana dla małżonków. 

Czy onanizm zawsze jest grzechem ciężkim?

 


Jeśli czyn wynika z zamiaru podniecenia erotycznego poza aktem małżeńskim, to jest grzeszny. Taki zamiar stanowi ciężką materię grzechu. Ciężar grzechu zależy od spełnienia także dwóch innych warunków, mianowicie świadomości i własnowolności. 

Spełnienie takiego aktu, czyli zakończenie wylaniem nasienia nie jest istotne dla kwestii, czy jest to grzech lekki czy ciężki. Aczkolwiek przerwanie świadczy raczej o uprzednim braku pełnej świadomości, tym samym przeciw spełnieniu warunków grzechu ciężkiego. 

Może być tak, że ciężar grzechu nie jest całkiem jasny. Dlatego należy wyznać taki grzech w spowiedzi dla spokoju sumienia. 

Czy czyn sodomski popełniany w nieświadomości jest grzechem?




Pytanie odnosi się do wcześniejszych wpisów (por. tutaj i tutaj i tutaj).

Jeśli czyn sodomski był popełniany zgodnie z sumieniem pod wpływem fałszywych nauk, wówczas odpowiedzialność spoczywa na tym, kto fałszywie pouczył, natomiast na osobie popełniającej nie ciąży grzech. Jednak dobrze jest wyznać te czyny na następnej spowiedzi dla spokoju sumienia. 

Co jest dozwolone podczas aktu małżeńskiego?



Temat ten był już omawiany poprzednio (zwłaszcza tutaj). Powtórzę w skrócie w zastosowaniu do tego pytania:

W akcie małżeńskim moralnie dozwolone jest wszystko, co jest zgodne z naturą oraz ma związek z istotą aktu jakim jest płodność. Dotyk i pieszczoty służące właściwemu połączeniu narządów płciowych spełniają te warunki. Czym innym jest natomiast wzajemne podniecanie zmysłowe dla niego samego, to znaczy z zamiarem uniknięcia właściwego połączenia czyli celowego pominięcia płodności. 
Ponadto: jeśli akt został spełniony w sposób naturalny, lecz po stronie kobiety nie doszło do przeżycia orgazmu, wówczas moralnie dozwolone jest stymulowanie jej w celu tego przeżycia także po samym akcie. Wynika to z naturalnego związku między aktem a przeżyciem zmysłowym, które ma swoje miejsce i prawo bytu w małżeństwie. 

Co ma robić katolik?

 


Wbrew pozorom, odpowiedź nie jest trudna, aczkolwiek sytuacja jest trudna, niezwykła, w pewnym sensie nawet groźna. 

Katolik nie ma obowiązku śledzenia wszystkich wypowiedzi i posunięć papieża. Fakt, że wieści o tym docierają błyskawicznie praktycznie w każdy zakątek świata, jest czymś nowym w historii ludzkości i Kościoła. Obecnie powoduje to zamieszanie i owszem uzasadniony niepokój. Jest to uwarunkowane także tym, że jako Polacy byliśmy w ostatnich dekadach wychowywani w kulcie osoby papieża, już nawet nie jego nauczania. Pamiętać należy, iż do czasu Jana Pawła II przeciętny katolik w Polsce znał najwyżej imię papieża, często nawet nie wiedział, jak wygląda, nie znał jego wypowiedzi oficjalnych, tym bardziej tych nieoficjalnych. Pierwszym papieżem w historii, który udzielił wywiadu książkowego był Paweł VI. Benedykt XVI jako pierwszy udzielił wywiadu dla mediów, konkretnie dla telewizji niemieckiej w przeddzień wizyty w Ojczyźnie. Mentalnościowo nie łatwo jest się przestawić na trzeźwe, zdroworozsądkowe podejście do osoby papieża i jego wypowiedzi oraz czynów, które nie mają żadnej rangi w znaczeniu nauczania Kościoła. 

W skrócie: wypowiedzi i czyny, które nie dotyczą wprost prawd wiary i moralności, i nie są podawane jako oficjalne nauczanie, katolik może spokojnie zignorować, aczkolwiek psychologicznie zrozumiałe jest, że powodują one zamieszanie, dezorientację i niepokój. 

Także w obecnej sytuacji katolik ma środki zbawienia dane Kościołowi na zawsze i nieutracalnie:

1. Prawdy wiary i moralności zawarte w stałym nauczaniu Kościoła, czyli dokumentach papieży, soborów i świętych Doktorów Kościoła na przestrzeni wieków. Jest ono podane zwykle jasno i wystarczająco w tradycyjnych katechizmach Kościoła. Wszelkie odchylenia od stałego nauczania czy nowe nauki nie mają mocy wiążącej i tym samym mogą i powinny być jako takie zignorowane. 

2. Sakramenty święte, najlepiej sprawowane w tradycyjnej liturgii Kościoła. Także tutaj formy sprawdzone przez wieki mają pierwszeństwo i dają gwarancję wyrażania prawd wiary w sposób pewny i nieskażony. 

3. Trwanie w jedności hierarchicznej, czyli respektowanie ustroju Kościoła, oczywiście w ramach właściwie pojętej podległości kościelnej i posłuszeństwa. Oznacza to, że żadna władza nie ma prawa wymagać przyjęcia i praktykowania nauczania bądź czynów sprzecznych ze stałym nauczaniem i stałą praktyką Kościoła, zaś katolik ma obowiązek poddania się danej władzy jedynie w zakresie jej kompetencji, to znaczy gdy nie ma sprzeczności pod względem wiary i moralności. Innymi słowy: posłuszeństwo kościelne oznacza podległość zgodnym zarządzeniom władz kościelnych na przestrzeni wieków. Jeśli dane zarządzenie obecnych władz jest z nimi sprzeczne, wówczas po prostu nie obowiązuje. To jednak nie upoważnia katolika do zasadniczego odrzucenia aktualnej władzy. 

W poszczególnym kwestiach mogą się pojawiać trudności rozeznania. Wówczas należy się poradzić zaufanego duchownego, który przestrzega tradycyjnego nauczania i dyscypliny Kościoła. W razie niemożliwości niezwłocznej konsultacji pozostaje własna ocena i decyzja w sumieniu, według wskazań znanych prawd wiary i moralności. 

Jaki jest stosunek Kościoła do Starego Testamentu?




Odpowiedź jest zawarta w skrócie w słynnym powiedzeniu św. Augustyna (Quaestionum in Pentateuchum liber 2,73, PL 34, 623):

Novum Testamentum in Vetere latet, et in Novo Vetus patet. 

czyli:

Nowy Testament jest zawarty w sposób ukryty w Starym, a Stary został odkryty w Nowym. 

Oznacza to ścisły związek i współzależność w interpretacji. Równocześnie jest to stosunek hierarchiczny w tym sensie, że Stary Testament jest przygotowaniem Nowego, który jest spełnieniem. 

Oznacza to, że właściwy i trwały sens przepisów Starego Testamentu ukazuje się w Nowym. Tym samym te przepisy zachowują swoją ważność dopiero i tylko w Nowym Testamencie, który jest szczytem i pełnią Bożego Objawienia. 

Czy opowiadanie o potopie w Księdze Rodzaju jest historyczne?

 


Pytanie dotyczy ogólnie exegezy i hermeneutyki biblijnej. Otóż w teologii już począwszy od Ojców Kościoła odróżnia się znaczenia Pisma św. Są to dwa główne, mianowicie

- dosłowny (literalny), czyli historyczny, oraz

- duchowy.

W tym ostatnim odróżnia się trzy rodzaje:

- alegoryczy, czy wskazujący na rzeczywistość inną, wyższą, zwłaszcza w znaczeniu proroctw Starego Testamentu wskazujących na ich spełnienie w Nowym Testamencie,

- moralny (tropologiczny), czyli dający wskazówki moralnego postępowania, oraz

- anagogiczny, czyli wskazujący na dobra przyszłe i ostateczne, czyli eschatologiczne. 

Zostało to ujęte w scholastycznym powiedzeniu:

Littera gesta docet, 

quid credas allegoria, 

Moralis quid agas, 

quo tendas anagogia.

Należy mieć na uwadze, że sens literalny czyli historyczny jest jedynie podstawą, jakby fundamentem dla sensów duchowych. Na tym polega jego waga, ale także trudność we właściwym ujęciu. W exegezie, czyli nauce poświęconej właściwemu odczytaniu i wykładowi treści Pisma św., chodzi najpierw i głównie o zbadanie tej podstawowej warstwy, która sama w sobie jest już złożona. Wymaga bowiem ujęcia zarówno wiedzy filologicznej o językach oryginalnych, jak też historycznej w szerokim znaczeniu, czyli źródeł pisanych pozabiblijnych, jak też danych archeologicznych. 

Zamiarem autorów Pisma św. nie było zastąpienie źródeł wiedzy naukowej, czy to historycznej, przyrodniczej czy ogólnie literatury, choć oczywiste są powiązania i podobieństwa. Celem pism biblijnych jest przekazanie prawd religijnych, czyli odnośnie rzeczywistości w jej najgłębszym wymiarze, którego nie dosięgają żadne inne sposoby i źródła wiedzy. Równocześnie muszą się one posługiwać językiem, czyli systemem znaków słownych, metafor i środków stylistycznych, które były dostępne w danym czasie i miejscu. 

Te trzy główne uwarunkowania - zarówno historyczne jak też co do charakteru i celu pism - wyznaczają badanie tzw. rodzajów literackich zawartych w Biblii. Chodzi przy tym o rodzaje literackie nie tylko poszczególnych ksiąg, pochodzących zresztą z różnych epok i miejsc historycznych, lecz także ich części czy nawet fragmentów. Albowiem wiele z tych ksiąg zawiera w sobie różnorodne fragmenty, które są wcześniejsze bądź zostały przejęte z istniejącej tradycji ustnej. 

Dotyczy to także opowiadania o potopie (Rdz 6-9). Nowoczesne badania paleograficzne i archeologiczne wykazały dwa główne aspekty tego opowiadania:

- Możliwy związek z archeologicznie udowodnionymi wydarzeniami potopu jak w Ur w Mezopotamii (4 tysiąclecie a.Ch.n.), w Szurrupak (ok. 2800 a.Ch.n.), Kisz (ok. 2600 a. Ch. n.), a zwłaszcza tzw. zalanie Morza Czarnego (ok. 5600 a.Ch.n.).

- Podobieństwa i możliwe pokrewieństwa z opowieściami o potopie w mitologiach wielu innych kultur, i to nie tylko regionu Bliskiego i Środkowego Wschodu (zwłaszcza epos o Gilgameszu) i Grecji oraz Rzymu, lecz także Celtów, Germanów, Indii, Chin, a nawet Indian północnoamerykańskich. 

W tym znaczeniu można bez wątpienia mówić o historyczności opowiadania z Księgi Rodzaju, gdyż przejmuje ono uniwersalną tradycję ludzkości, która ma z całą pewnością związek przynajmniej z lokalnymi doświadczeniami potopu u różnych ludów. 

Równocześnie wyraźne i daleko idące są różnice między opowiadaniem z Księgi Rodzaju a wszystkimi innymi tradycjami pod względem teologicznym. Chodzi głównie o przezwyciężenie politeizmu oraz obraz karzącego i równocześnie miłosiernego, ratującego Boga Jahwe. W tym znaczeniu mamy do czynienia z historycznym źródłem Bożego Objawienia, gdyż opowiadanie biblijne w swej właściwej treści jest jedyne w swym rodzaju, mimo że posługuje się narracyjnym materiałem mitologii ludów nie tylko ościennych, lecz także odległych, a tym samym uniwersalnym pod względem kulturo- i religioznawczym. 

Czy osoba niemoralna może nauczać na uczelni katolickiej?

 


Prawo kanoniczne wyraźnie mówi, że na uczelni katolickiej nauczać mogą jedynie osoby nienaganne pod względem zarówno wiary jak też obyczajów:



Kompetentna władza - zwykle jest to biskup miejsca albo w przypadku uczelni zakonnych przełożony zakonny - ma obowiązek czuwać nad przestrzeganiem tego przepisu. Oznacza to, że powinna czuwać nad tym, by żadna osoba nauczająca w sprzeczności do wiary katolickiej bądź prowadząca niemoralne życie nie nauczała na uczelni katolickiej. W razie stwierdzenia takowych faktów władza ma obowiązek usunąć daną osobę od nauczania, czyli odebrać jej prawo do nauczania (facultas docendi). 

Jeśli kompetentna władza nie wypełnia należycie swojego obowiązku, wówczas należy zawiadomić o sprawie rzymską Kongregację ds. Wychowania Katolickiego, która sprawuje najwyższy nadzór nad działalnością uczelni katolickich. Skierowane pismo powinno zawierać odpowiednie dowody co do faktów oraz zostać wysłane przesyłką poleconą z potwierdzeniem odbioru. 

Czy nauczanie w sprawie kary śmierci jest nieomylne?

 


Po pierwsze, katechizm powinien podawać stałe nauczanie Kościoła, czyli niezależne od trendów, mniemań i opinij, nawet jeśli nie jest ono dogmatyczne w sensie ścisłym czyli formalnie nieomylne. 

Po drugie, katechizm nie jest właściwą formą zdefiniowania nauczania w znaczeniu wprowadzania zmian chociażby formalnych, czyli co do rangi danego zdania teologicznego. Innymi słowy: gdy papieże mieli mocą swojego autorytetu określić nauczanie w danej kwestii, to wydawali bullę czy encyklikę, w której wyjaśniali i ustanawiali daną prawdę. To nauczanie było następnie przejmowane do nauczania katechizmowego. Wynika to z natury katechizmu: jego zadaniem jest nauczanie jak najprostsze i zależne także od zdolności i zrozumienia u odbiorców. Natomiast do natury nauczania papieskiego, czyli skierowanego do całego Kościoła, należy uniwersalność i ponadczasowość przynajmniej w zamierzeniu. 

Po trzecie, naturą nauczania nieomylnego jest niezmienność. Jeśli dane nauczanie zostało zmienione, to albo nie należy dziedziny nauczania wiary i obyczajów wynikającego z Bożego Objawienia, albo jest omylne i zarazem tymczasowe, więc także nieobowiązujące w sumieniu. 

Wynika to z natury nieomylności Kościoła i tym samym papieskiej. Polega ona nie na otrzymywaniu nowych objawień w biegu historii, lecz na charyzmacie nieomylnej wierności Bożemu Objawieniu danemu raz na zawsze przez Jezusa Chrystusa. 

W zastosowaniu do kwestii kary śmierci:

Wprowadzenie diametralnej zmiany do katechizmu jest pogwałceniem nie tylko formalnych procedur dokumentów papieskich, lecz także natury katechizmu oraz istoty nauczania Kościoła. Równocześnie oznacza to, że także ta zmiana może ulec zmianie, ponieważ katechizmy są formalnie zmienne (materialnie i formalnie niezmienne są prawdy wiary pochodzące wprost z Bożego Objawienia). Zresztą już samo wprowadzenie zmiany w nauczaniu odnośnie kary śmierci oznacza, że wprowadzający tę zmianę uznał nauczanie w tej kwestii za zmienne, czyli podległe także przyszłym zmianom. 

Stanowisko odnośnie kary śmierci samo w sobie nie jest dogmatyczne, tzn. nie jest zawarte wprost w prawdach i moralności podanych w Bożym Objawieniu. Jest natomiast powiązane z takimi prawdami jak te, że jedynie Bóg jest władcą życia i śmierci, oraz że piąte przykazanie Dekalogu odnosi się do zabijania niewinnych, a nie do słusznej koniecznej ochrony życia niewinnych przed zbrodniarzem i jego prawdopodobnymi czynami. Pewne jest także, że w Bożym Objawieniu oraz dotychczasowym zwyczajnym (tzn. nieuroczystym dogmatycznie) nauczaniu Kościoła nie ma zasadniczego odrzucenia, ani tym bardziej potępienia kary śmierci. Tym samym teologicznie możliwe i poprawne jest jedynie precyzowanie warunków jej stosowania, oczywiście jako środka koniecznego i ostatecznego ku ochronie życia niewinnych. Inne funkcje tej kary - jak wychowawcza oraz zadośćuczynienia - są wtórne i podrzędne.   

W Kościele istnieje zasada zgodności diachronicznej, czyli na przestrzeni wieków. Dlatego już w starożytności nowość czy nowinka były synonimami herezji. Każde nauczanie wiary katolickiej musi być mieć podstawy i być zakorzenione w Bożym Objawieniu poświadczonym przez Tradycję Kościoła i Pismo św. Cokolwiek jest z tym sprzeczne, musi być odrzucone, niezależnie od tego, czy i na ile ma oparcie czy poparcie w trendach i opiniach współczesnych. 

Oznacza to, że wcześniejsze katechizmy, podające tradycyjne katolickie nauczanie odnośnie kary śmierci, nie tracą na aktualności i nie mogą jej utracić. Tym samym mogą być podstawą do kształtowania wiary i poglądów wiernych także obecnie i w przyszłości. 

Prawo kanoniczne a prawo moralne


Nie do końca rozumiem pytanie, które właściwie nie jest pytaniem, lecz sugestią. Widać w nim potrzebę wyjaśnienia kwestii zasadniczej, mianowicie stosunku między prawem moralnym a prawem kanonicznym, czyli kościelnym. 

Prawo moralne to są normy moralne pochodzące z prawa naturalnego, czyli poznawalnego rozumem, oraz prawa objawionego, czyli nadprzyrodzonego, znanego z Bożego Objawienia podanego w Piśmie św. oraz Tradycji Kościoła. Prawo kanoniczne, czyli kanony ustanowione w ciągu wieków przez Kościół a zebrane od 1917 r. w jednej księdze zwanej Kodeksem Prawa Kanonicznego (nowa wersja pochodzi z 1983 r.), to są normy, które są konkretnym zastosowaniem Bożego Objawienia ogólnie do życia Kościoła i poszczególnych jego członków. Tym samym zachodzi jego zależność od Bożego Objawienia i w tym znaczeniu względność. 

Zakres prawa kanonicznego jest oczywiście węższy, gdyż reguluje ono życie Kościoła jako społeczności i dotyczy członków Kościoła, podczas gdy prawo moralne - zarówno naturalne jak i nadprzyrodzone - obowiązuje wszystkich ludzi (według zakresu i stopnia jego poznania przez nich). Tym samym nie wszystkie normy moralne mogą być w pełnym zakresie ujęte w prawie kanonicznym. Grzechy osobiste, nie mające bezpośrednich i widzialnym skutków dla życia Kościoła, ze swej natury są zwykle nieuchwytne dla prawa kanonicznego, choć oczywiście podlegają prawu moralnemu. 

Dlatego moralne nauczanie Kościoła ma zakres znacznie szerszy niż normy prawa kanonicznego. Do natury tego ostatniego, które jest prawem stanowionym, należy exekwowalność prawna, czyli udowodnienie winy oraz wymierzenie kary przez instytucję sądów kościelnych. Natomiast przedmiotem moralnego nauczania są grzechy, czyli wykroczenia przeciw prawu moralnemu, nawet jeśli nie są znane nikomu oprócz popełniającego. Tutaj jedyną instancją jest często spowiednik. Działa on oczywiście także w imieniu Kościoła, a ostatecznie Jezusa Chrystusa, jednak w dziedzinie tak zwanego "forum wewnętrznego" (forum internum), czyli osobistego stosunku katolika do prawa moralnego. 

Najbardziej istotna różnica różnica polega na tym, że prawo moralne - jako ustanowione przez Boga raz na zawsze - jest niezmienne, podczas gdy prawo kanoniczne powstawało w stopniowym rozwoju i zasadniczo podlega zmianom. Zmiany te oczywiście są zależne od Bożego prawa moralnego w tym znaczeniu, że są jego zastosowaniem do konkretnych przypadków historycznych. 

Kształtowanie prawa kanonicznego podlega więc rozwojowi właściwemu dla każdego prawa stanowionego czyli ustaw prawnych. Właściwy rozwój polega na doskonaleniu, czyli zwiększaniu odpowiedniości względem prawa Bożego zarówno naturalnego jak i objawionego. 

X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...