Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

Dlaczego uprawiania teologii nie można pogodzić ze stanem świeckim?

 



Wynika to po pierwsze z natury i specyfiki teologii, po drugie z natury stanu świeckiego.

Teologia jest - mówiąc najprościej - nauką o Bogu łączącą poznanie naturalne (czysto rozumowe) z poznaniem w oparciu o źródła nadprzyrodzone, czyli Boże Objawienie. Jest nauką najogólniejszą (obejmuje wszystkie dziedziny wiedzy), najbardziej uniwersalną (żadna inna nauka nie opiera się na poznaniu zarówno naturalnym jak też nadprzyrodzonym) i najwyższą, gdyż poznanie nadprzyrodzone, czyli drogą rozumnej wiary w Boże Objawienie, daje wiedzę nieosiągalną przez poznanie czysto rozumowe. Dlatego uprawianie teologii wymaga zarówno uniwersalnej wiedzy, staranności i precyzji, jak też sprawności poruszania się w kwestiach bardziej duchowych, co wymaga prowadzenia życia duchowego, czyli na wysokim poziomie moralnym i religijnym. To zwykle nie jest możliwe w stanie świeckim, gdyż poważne, dojrzałe i trwałe życie duchowe wymaga zarówno dogodnych warunków, także odpowiedniego dystansu do spraw doczesnych (oczywiście przy zachowaniu zdrowego realizmu), jak też stałej opieki duchowej, którą zapewnia zwykle stan klerycki i zakonny. Faktycznie w historii Kościoła praktycznie nie było, ani nie ma wybitnych postaci świeckich teologów, choć obecnie można spotkać świeckich reprezentujących znacznie lepszy poziom teologiczny niż znaczna część duchownych, nawet profesorów teologii, co wynika jednak z obecnego żałosnego poziomu instytucjonalnej teologii, a nie z natury stanu duchownego i świeckiego. 

Przykłady: Jeśli ktoś nie jest w stanie i nie ma chęci bycia gotowym do udzielenia pomocy chorym, ten nie powinien zostać lekarzem. Jeśli ktoś nie jest gotowy wyruszyć na wojnę w razie zagrożenie bezpieczeństwa granic, ten nie powinien zostać żołnierzem. Itp. 

Solidne uprawianie teologii wymaga nie tylko rzetelnego studiowania źródeł i pobożności, lecz także zdolności i stałego ćwiczenia myślenia w świetle prawd Bożych zarówno naturalnych jak też naturalnych. Nie chodzi o oderwanie od spraw tego świata w sensie swego rodzaju bujania w obłokach, lecz o wolność od świeckich schematów myślenia (i też działania). 

Z tych właśnie powodów Kościół przez wieki nie zezwalał na studiowanie teologii przez świeckich, tym bardziej na zdobywanie tytułów naukowych upoważniających do nauczania teologii. Obecne doświadczenia potwierdzają słuszność tej zasady. Wprawdzie niestety nie brakowało i nie brakuje duchownych heretyków (wszyscy znaczący herezjarchowie w historii byli duchownymi), to jednak także tylko duchowni byli w stanie skutecznie zwalczać herezje. 

Nie oznacza to, by wykształceni świeccy nie mogli przyczynić się do utrzymaniu teologii katolickiej i jej rozwoju na odpowiednim poziomie. Właściwie każda dziedzina wiedzy świeckiej (nieteologicznej) może i powinna przysłużyć się teologii. 

Zdrowy pociąg ku teologii u normalnego człowieka wiąże się z pragnieniem życia duchowego, a to wymaga odpowiednich warunków (jak wyżej). Zajmowanie się sprawami tego świata, zwłaszcza życiem małżeńskim i rodzinnym, jest oczywiście przeszkodą, a normalne warunki ze swej natury zapewnia stan zakonny i duchowny. Jeśli adept teologii przynajmniej nie rozważa pójścia drogą powołania zakonnego czy duchownego, to z całą pewnością nie traktuje teologii poważnie. Skoro decyduje się na życie świeckie, to zwykle wynika to z braku gotowości i woli życia w czystości, a to już jest problem duchowy, który jest też poważną przeszkodą w poważnym uprawianiu teologii. 

Oczywiście w obecnym, żałosnym stanie zakonów i seminariów to ta sytuacja może być odstraszająca i zniechęcająca, a nie jakaś niechęć do życia duchowego. Tym niemniej życie duchowe na odpowiednim poziomie wymaga spełnienia pewnych niezbędnych warunków, które są praktycznie niemożliwe do spełnienia w stanie świeckim, czy przynajmniej bardzo trudne do spełnienia i mało prawdopodobne. 

Można porównać do niedawnej sprawy łodzi podwodnej Titan, która zatonęła w Atlantyku. Była zbudowana z nakładem sporej wiedzy i środków, nawet kilka razy z powodzeniem odbyła rejs do dna oceanu. Dopiero katastrofa unaoczniła elementarne błędy i wady zarówno konstrukcyjne, jak też formalne, gdyż łódź ta nie została poddana żadnej certyfikacji dopuszczającej do użytku. Podobnie świecka osoba może z jakimś powodzeniem nauczyć się teologii w znaczącym zakresie, może też pisać i wypowiadać się sensownie, lecz ostatecznie obiektywne warunki bycia w stanie świeckim nie przewidują i nie umożliwiają zarówno certyfikacji duchowej jak też stałej kontroli jakości i sprawności, co może mieć katastrofalne skutki zarówno dla tej osoby jak też dla innych osób, które jej zaufały. 

Doniosłość i niezbędność kultu katolickiego współcześnie



(Text prelekcji: http://wieden1683.pl/news/donioslosc-i-niezbednosc-kultu-katolickiego-wspolczesnie-wyklad-x-dra-dariusza-olewinskiego-inaugurujacy-akademie-tradycja-i-przyszlosc-w-lublinie-cz-i/)

Temat być może brzmi prowokująco. Być może potraktowany zostanie przez niektórych jako przejaw wyniosłości czy przestarzałej mentalności nie pasującej do pluralizmu i ekumenizmu. Wydaje się, że przekonanie o doniosłości i niezbędności religii katolickiej stanowi po pierwsze główną trudność u samych katolików, a po drugie jest ono – to jest nasza teza - niezbędne dla przetrwania Kościoła. Oczywiście nie kwestionuję prawdy wiary odnośnie niezniszczalności Kościoła do końca czasów. Ta jest pewna teologicznie. Dokładniej: ta pewność teologiczna odnosi się do przetrwania istoty Kościoła w jakiejś chociażby znikomej liczbie wiernych. Nie oznacza to jednak, jakoby nieuprawnione były rozważania teologiczne i historiozoficzne odnośnie historycznej, konkretnej formy, postaci tego przetrwania, w tym także w aspekcie socjologicznym i socjogenicznym.

I. Współczesność

Czym jest współczesność? W sensie ścisłym chodzi o świat współczesny każdemu z nas, tym samym związany z każdą biografią. Współczesność składa się z poszczególnych biografij i dzieje się na ich wielorakim styku. Współczesność to każdy z nas w jego doniosłości dla innych, pośrednio także zarówno dla przeszłości, jak też dla przyszłości.
Jest to wspólnotowość czasu. Przy tym wiadomo, że właściwie nie wiadomo, czym jest czas, jako że nie ma jego wyczerpującej, ścisłej i jednej definicji. Czas jest zarówno obiektywny, jak też subiektywny. Tym samym można być współczesnym komuś obiektywnie, nie będąc współczesnym subiektywnie, i odwrotnie. Jednak niezaprzeczalnie istnieje wspólnota czasowa, niezależnie od jej ujmowania czy akceptowania przez jej uczestników.
Jak można i trzeba scharakteryzować naszą współczesność? Czy jest to w ogóle możliwe? Jako wspólnota biograficzno-czasowa może być współczesność opisana, oczywiście w uproszczeniu i ogólnieniu. To zakłada adekwatne kryteria, które muszą być 1) same w sobie spójne, 2) odpowiednie do przedmiotu. Możemy próbować tutaj jedynie pewien bardzo skrótowy szkic ograniczony zarówno ramą czasową jak też aspektowo.
Niemal niezliczone są analizy i charakterystki współczesności. Większość z nich można streścić wokół następujących pojęć:
1) antropocentrym
2) sekularyzm
3) globalizm
Zaznaczyć trzeba, że opisowość tych pojęć dotyczy zarówno trendów duchowo-ideologicznych (czyli głównie teorij), jak też faktycznych (praktycznych) procesów w znaczeniu zarówno programowych dążeń, jak też przynajmniej pozornie samodzielnych, nieprogramowych przemian.

ad 1) 

Antropocentryzm wiąże się z tzw. zwrotem ku podmiotowi (subiektywności), szczególnie wyraźnym w filozofii kartezjańskiej i kantowskiej, wraz z pochodnymi. Często zapomina się, że subiektywizm nie jest wynalazkiem czasów nowożytnych. Istniał on od początków znanych poświadczonych dziejów myśli ludzkiej, chociażby u greckich sofistów. Kultura klasyczna grecko-rzymska ukształtowała się i wyrosła w opozycji, wręcz z protestu przeciw relatywizmowi sofistów. Platońsko-arystotelesowskie poszukiwanie rzeczywistości realnej, niezawisłej od podmiotu, trwałej, stało się korzeniem nie tylko jedynego w płodności i skutkach rozwoju myśli zarówno filozoficznej, religijnej i humanistycznej, lecz także przyrodniczej i technicznej. Ta ostatnia dziedzina jest współcześnie najbardziej namacalna, nawet na co dzień. Nie tylko każdy z nas, lecz także ludzie w każdym zakątku ziemi mają kontakt i korzystają z techniki, która jest ostatecznie owocem klasycznej myśli filozoficznej, zwłaszcza arystotelesowskiej. Nie wchodząc w niuanse można powiedzieć: to właśnie zasada przyczynowości, absurdalnie zwalczana z powodu założeń głównie ateistycznych, jest elementarną i nieodzowną podstawą zarówno najprostszej technologii, jak też najbardziej skomplikowanych osiągnięć myśli technicznej. Pomijam tutaj chociażby spór o to, czy np. Chińczycy chronologicznie wcześniej osiągnęli pewne rozwiązania techniczne. Jeśli tak było, to nie stanowi to zaprzeczenia związku między rozwojem techniki a realizmem gnozeologicznym. Wręcz przeciwnie: uniwersalność realizmu jest argumentem na jego korzyść. Myśl klasyczna nigdy nie pretendowała do wyłączności w znaczeniu narodowościowym czy kulturowym, lecz zakłada powszechność zarówno doświadczenia jak też zasad myślenia. 

Antropocentryzm nie jest równoznaczny z humanizmem czy subiektywizmem. Nie można myśli klasycznej ani odmawiać humanistyczności w odpowiednim słowa znaczeniu, ani zarzucać jej braku zainteresowania czy respektowania podmiotu, czyli człowieka. Jest raczej tak, że poglądy sztandarowo niby humanistyczne (w znaczeniu subiektywizmu) z reguły były i okazały się właściwie antyhumanistyczne, bo ukierunkowane ostatecznie przeciw człowiekowi, w czym także ukazała się ich wewnętrzna sprzeczność i fałszywość.

Czym jest więc antropocentryzm jako cecha charakterystyczna współczesności? Istnieje daleko idąca zgodność, że chodzi w nim o sprzeciw wobec teocentryzmu, kojarzonego ze chrześcijańską kulturą średniowiecza. Zauważyć trzeba, że dość często myli się teocentryzm z teokracją, przy czym w określeniu „teokracja“ ma się na myśli właściwie klerokrację. Np. nazywa się obecną republikę islamską w Iranie „teokracją“, podczas gdy jest to właściwie klerokracja z dość wyrafinowanym systemem zawierającym pewne elementy demokracji. Klerokracja jest pewną odmianą oligokracji (oligarchii). W przypadku współczesnego Iranu jest to oligokracja oficjalna. W przypadku chociażby Stanów Zjednoczonych czy Rosji jest to oligokracja ukryta, jako że polegająca na pozorach demokracji. Nie wchodząc dalej w szczegóły socjopolityczne chcę jedynie zwrócić uwagę na nieporozumienie: klerokracja nie jest teokracją. Osobną jest kwestia, czy demokracja może być teokracją. W każdym razie pojęcia te nie wykluczają się. Jest jedynie kwestia realności, czy to przewidywalnej czy faktycznie sprawdzonej, historycznej. Stare rzymskie powiedzenie: vox populi vox Dei zawiera w sobie pewien optymizm w zaufaniu w mądrość mas. Można by je sparafrazować: vox naturae vox Dei. Takie powiedzenie byłoby już bardzo bliskie katolickiej nauce o prawie naturalnym jako podstawie moralności zarówno indywidualnej jak też zbiorowej. Jeśli by moralność – czy to osobowa czy grupowa – koncentrowała się na prawie naturalnym, to taki naturo- czy antropocentryzm w znacznej mierze byłby realizacją Królestwa Bożego na ziemi, czyli właściwie rozumianej teokracji. 

Wracając do kwestii antropocentryzmu: Zapewne nie jest przypadkiem, że to właśnie kultura chrześcijańska rozwinęła takie pojęcia oraz rozwiązania socjopolityczne, które są podstawą standardów współżycia zarówno wewnątrz narodów i państw, jak też norm międzynarodowych. Należy powiedzieć, że kultura chrześcijańska była zdolna do tego właśnie dzięki swemu teocentryzmowi. Rzeczywistość Boga jest rzeczywistością najwyższą, oraz źródłem i gwarancją każdej innej rzeczywistości, czyli rzeczywistości stworzonej. Tym samym nie ma solidniejszego humanizmu, humanizmu prawdziwego, niż teocentrym. (Można zasadnie postawić tezę, że do tego przesłania da się sprowadzić nauczanie Jana Pawła II, a także jego sprzeciw i działania zarówno wobec komunizmu jak też liberalizmu.) 

Tymczasem potocznie rozumie się przez antropocentryzm i humanizm właściwie subiektywizm i relatywizm, które ze swej istoty są zabójcze zarówno dla kultury i nauki, jak też dla społeczności na każdym szczeblu. Istnieją też formy cząstkowe subiektywizmu, także na płaszczyźnie społecznej. Tak komunizm jest subiektywizmem klasy robotniczej (właściwie "jedynie słusznej" partii, czyli komunistycznej), nazizm jest subiektywizmem narodowości czy rasy (także właściwie "jedynie słusznej" partii). 
Jest to dość istotne stwierdzenie, zwłaszcza, że retoryka subiektywizmu wkrada się chociażby do języka codziennego. Na przykład w sposobie wyrażania się polityków i działaczy także szczerze katolickich nagminna jest charakterystyczna fraza „moim zdaniem“, „w mojej opinii“, „w mojej ocenie“. Oczywiście takie wyrażenie jest na miejscu, gdy rzeczywiście chodzi o prywatny pogląd, subiektywną ocenę itp. Jest ono jednak bardzo często nadużywane, tzn. stosowane wtedy, gdy chodzi o prawdziwość i słuszność, gdzie właściwie nie ma i nie powinno być miejsca na subiektywność. Taka fałszywa skromność jest szczególnie częsta w wypowiedziach katolików. Pragną oni chyba szczególnie zachować uprzejmość (kulturalność) wypowiedzi, zapominając przy tym, że możliwe i konieczne jest odróżnienie między subiektywną opinią a stanem obiektywnym rzeczy, który podlega i powinien podlegać merytorycznej ocenie i osądowi. Paradoksalnie właśnie ludzie prawicy w Polsce bardzo często popadają w retorykę subiektywistyczno-relatywistyczną. Być może wynika to z przyzwyczajenia czy to do sytuacji defensywy, czy fałszywego pojmowania pokory jako przeciwieństwa prawdziwości. 

ad 2) 

Sekularyzm również wiąże się zarówno z walką filozoficzną, jak też socjopolityczną. Określenie to pojawiło się w historii – jako eufemizm – w związku z grabieżą dóbr kościelnych począwszy od reformacji, aż do tzw. oświecenia (właściwie zamroczenia masońskiego). Rzecz miała więc podłoże dość konkretne, wymiar namacalny. Jako ideologia sekularyzm głosi oficjalnie tzw. oddzielenie państwa od Kościoła i religii, tzw. świeckość państwa zwaną także laicyzmem. Wyraźna jest przy tym opozycyjność wobec klerokracji, czy to urojonej, czy realnie istniejącej. W praktyce celem jest pozbawienie religii i Kościoła wpływu na życie społeczne, przy czym chodzi o wpływ nie tylko wymierny, materialny, lecz także czy przede wszystkim ideowy, teoretyczny. Dokładniej biorąc: Kościołowi przyznaje się owszem – i to dość chętnie – rolę i funkcję społeczną jako organizacji charytatywnej przeznaczonej do sprawowania troski o potrzebujących, chorych, ubogich, w tym też popieranie polityki imigracyjnej. Natomiast odmawia się Kościołowi prawa wypowiadania się w ogólniejszych kwestiach moralnych, jeśli nauczanie Kościoła nie odpowiada danej linii czy opcji politycznej. Realnie istniejący sekularyzm jest więc dogłębnie obłudny, co zresztą dość dokładnie odpowiada jego genezie oraz przebiegowi w historii. Jego istotnym składnikiem jest dyktowanie Kościołowi jego praw i obowiązków, odmawiając mu jakiegokolwiek samodzielnego wpływu na społeczeństwo, równocześnie głosząc rozdział religii od państwa. 

Istotnym składnikiem sekularyzmu jest praktyczny materializm, nawet praktyczny ateizm. Można tutaj mówić także o konsumpcjoniźmie. Nie jest on właściwie nigdy otwarcie głoszony, lecz jest stosowany i praktykowany. Obecny system ekonomiczny polega na konsumpcji, która jest różnorako pobudzana, rozkręcana i wzmagana. Można nawet mówić o konsumpcjocentryźmie nie tylko gospodarki, lecz także życia społecznego i mentalności. W wersji prymitywnej konsumpcja polega wyłącznie (bądź niemal wyłącznie) na używaniu dóbr materialnych, i to codziennego użytku (jeść, pić, sex itd.), także kosztem potrzeb bardziej ludzkich jak doznania estetyczne, rozwój intelektualny oraz więzi międzyludzkie. Są podstawy do podejrzenia, że hamowanie czy wręcz aktywne przeciwdziałanie dobrobytowi większości ludności (głównie przez politykę monetarną i fiskalną) ma na celu właśnie podtrzymywanie niedostatku na elementarnym poziomie potrzeb (jeść, pić itd.) właśnie po to, by możliwie nie pojawiały się i nie dochodziły do głosu (przynamniej na wyższym szczeblu społecznym) potrzeby wyższego rzędu, gdyż one mogą stanowić zagrożenie dla status quo warstwy rządzącej, będącej właściwie na usługach koncernów sterujących i kontrolujących masową konsumpcję. Stąd właśnie zwalczanie zarówno małych przedsiębiorstw, jak też rodzinnego rolnictwa. 

Nietrudno zauważyć związek z kwestią antropocentryzmu. Sprawa ma się podobnie: sekularyzm głosi wolność od religii i Kościoła, a w rzeczywistości sprowadza człowieka do poziomu najbardziej elementarnych i prymitywnych potrzeb. Spirala konsumizmu nastawiona na maksymalny zysk posiadaczy kosztem konsumentów skutkuje także zniszczeniem środowiska ludzkiego we wielu wymiarach – zarówno kulturowym i duchowym, jak też naturalnym, ekologicznym. Nie jest właściwie tajemnicą, że ziemia byłaby w stanie wyżywić ludzkość nie tylko obecnie, lecz także przyszłe pokolenia, gdyby nie była wyjałowiana środkami chemicznymi, które wprawdzie maksymalizują zysk przez krótki okres czasu, lecz pozostawiają wielorakie i długotrwałe szkody, z reguły niekalkulowane i przemilczane.
Do istoty sekularyzmu – zarówno historycznie, jak też teoretycznie – należy zatem oligarchiczność, dokładniej dyktat oligarchii, czyli pewnej grupy działającej dla swej własnej korzyści kosztem dobra większości, nie tylko samego Kościoła w znaczeniu hierarchii. Zredukowanie człowieka do doczesności jest skierowane nie tylko i często nie wprost przeciw Kościołowi, lecz przeciw człowiekowi i całemu społeczeństwu. 

Nie należy jednak zapominać, że zawsze istniało coś takiego jak zdrowy sekularyzm chrześcijański. Jest on zawarty chociażby w słowach Pana Jezusa: „dajcie cesarzowi, co cesarskie, dajcie Bogu to, co boskie“ (Mt 22,21). Chodzi o właściwy „rozdział“ Kościoła od państwa oraz państwa od Kościoła. Kluczem do właściwego zrozumienia są słowa: „to, co boskie“. Pan Jezus nie mówi: „to, co kościelne“. Oczywiście zasada sprawiedliwości dotyczy także Kościoła. Także Kościołowi należy zwrócić zagrabione mienie. Pan Jezus powiedział właściwie: Bóg nie potrzebuje pieniędzy przeznaczonych na podatek. Bóg nie stanowi konkurencji dla władzy państwowej. Bóg jest ponad wszelką władzą, Bogu ma podlegać i poddać się wszelka władzy, gdyż od Boga pochodzi porządek stworzenia, w którym nieodzowna jest władza. Tym samym system społeczny i polityczny zakładający odcięcie się od źródła władzy, którym jest Bóg, jest skazany na niepowodzenie, gdyż jest w sprzeczności z porządkiem naturalnym i zarazem z samym sobą. W doświadczeniu historycznym takie systemy okazywały się dość rychło jako zbrodnicze i wyniszczające. Tak też dzieje się aktualnie chociażby w Europie: zapaść demograficzna jest coraz bardziej naoczna. Przy tym jest dość oczywiste, że nie jest ona skutkiem ubocznym jakiegoś samoistnego, przypadkowego procesu, lecz rezultatem planowego działania, być może nawet wprost zamierzonym. 

Zdrowe ustawienie stosunku między sferą religii i doczesności można natomiast streścić w słynnym powiedzeniu monastycznym: ora et labora. Zakłada ono łączność i związek tych dwóch czynności ludzkich – modlitwy i pracy, czyli religii i doczesności, przy równoczesnym odróżnieniu. Wg reguły św. Benedykta pracuje się w milczeniu, tzn. bez zbędnych rozmów, zabawiania się w rozmowie. Tak wyraża się również podobieństwo pracy do modlitwy. Praca wymaga skupienia ducha, jest pewnego rodzaju nabożeństwem. Zaś modlitwa wymaga także wysiłku fizycznego, czynności zewnętrznej, pracy przynajmniej ust i strun głosowych. Przez pracę mnisi dbali nie tylko o swoją własną doczesność, lecz byli także krzewicielami wielorakiej kultury – agrarnej, gastronomicznej, medycznej, sztuk pięknych. Można powiedzieć, że nie byłoby w Europie nie tylko tylu pomników kultury, lecz także osiągnięć nauki i techniki, gdyby nie było mnichów realizujących właśnie związek wieczności i doczesności. Dlatego właśnie zbójecki sekularyzm zarówno protestantów jak też masonerii uderzył przede wszystkim w monastycyzm, wiedząc, że to właśnie klasztory są centrami zarówno pobożności i kultu Bożego, jak też właściwie rozumianej kultury chrześcijańskiej i prawdziwego humanizmu.

ad 3)

Najbardziej nowoczesnym pojęciem w naszej szkicowej analizie współczesności jest globalizm. Słowo jest nowe. Zostało utworzone w związku z procesem expansji gospodarczej, technicznej, medialnej, a także politycznej, układu i systemu, którego centrum jest Ameryka Północna oraz Europa Zachodnia. Ten proces nie jest jednostronny, jednokierunkowy, gdyż oznacza także wpływ i oddziaływanie krajów i kultur pozaeuropejskich. Mówienie o globalnej wiosce jest owszem przesadzone, ma jednak realne podłoże. Proces ten zapoczątkowany został odgórnie, czego wyrazem było utworzenie tzw. Ligi Narodów, a następnie Organizacji Narodów Zjednoczonych. W okresie komunizmu mówiło się o imperialiźmie amerykańskim czy zachodnim, pomijając z tej strony oczywiście imperializm komunistyczno-sowiecki, znacznie starszy, jako że sięgający korzeniami internacjonalizmu komunistycznego, który był i jest istotnym składnikiem tej perfidnej, zakłamanej i małpiującej ideologii. Warto zauważyć: komunizm sowiecki prowadził ewidentną politykę niszczenia i mieszania narodowości według starej zasady divide et impera. W krajach kapitalistycznych miał i ma miejsce ten sam proces, aczkolwiek prowadzony sprytniej, tzn. z reguły nie przez przymusowe przesiedlenia, lecz głównie przez planową imigrację z obcych kręgów kulturowych, zwłaszcza islamskich. Mieszanie ras i narodowości zaczęło się na wielką skalę najpierw w Stanach Zjednoczonych na początku i w pierwszej połowie XX w. W Europie zaczęto ten proces programowo w ramach rozwoju gospodarczego po II wojnie św. pod pretextem zapotrzebowania na siłę roboczą. Zarówno Zachód jak też kraje komunistyczne miały swoje kolonie i rezerwuary demograficzne w krajach południowych, przy czym oczywiście tylko Zachód mógł być atrakcyjny dla imigrantów. 

Obserwując scenę polityczną i gospodarczą można dostrzec dość wyraźny związek między globalizmem w znaczeniu polityczno-gospodarczym a polityką imigracyjną. Mówi się obecnie nawet dość często o demograficznej konieczności imigracji dla ratowania systemu emerytalnego krajów rozwiniętych. Ci sami ludzie u steru władzy prowadzą brutalną politykę antyrodzinną, antykoncepcyjną i protanazyjną, z dość wyrażnym poparciem, a nawet z rozpoznawalnym mandatem bossów międzynarodowej finansjery i ekonomii.

Trzeba zwrócić uwagę, że 1° globalizm w pewnym sensie nawiązuje do katolickiego uniwersalizmu, 2° wykazuje jednak istotne różnice i także sprzeczności wobec niego. Bliższym dla nas przykładem jest Unia Europejska, która jest tworem globalizmu na działce europejskiej. Także w tym układzie można dostrzec jakby ambiwalentność tej instytucji oraz związanego z nią procesu: z jednej strony nawiązanie do historyczno-kulturowej jedności Europy, z drugiej jednak ewidentne odejście, a nawet negację i zwalczanie tych korzeni. Wobec tej wewnętrznej niespójności i sprzeczności ma miejsce różnorodność ocen ze strony katolików i Kościoła. Jako katolicy jesteśmy podzieleni w tej kwestii. W takiej sytuacji (sporów i zacietrzewienia) łatwo jest stracić z oczu odwieczne, stałe zasady Kościoła. Są one ze swej istoty teologiczne, ogólne. Jednak są one zarówno niezbędne dla właściwej oceny, jak też są wskazówką i normą dla zachowania i postępowania.

Z natury rzeczy pojawia się tutaj sprawa idei narodowej i nacjonalizmu, zwłaszcza rozumianych jako sprzeciw i opozycja wobec globalizmu. Jak to się ma do uniwersalizmu katolickiego? Czyż nie jest on zaprzeczeniem narodowizmu? Tak może się wydawać powierzchownie. Jednak zarówno z istoty katolicyzmu jak też historycznie jest pewne, że to właśnie katolicyzm wspiera i promuje zdrowy narodowizm. W przypadku Polski dochodzi okoliczność, że tożsamość narodowa ukształtowała się właśnie wraz z katolicyzmem i cywilizacją łacińską. Nie można być kulturowo Polakiem odrzucając w sobie cywilizację łacińską i tym samym katolicką. Dlatego właśnie jesteśmy świadkami i przedmiotami walki wrogów Polski z katolicyzmem, tudzież walki wrogów katolicyzmu przeciw Polsce. Odbywa się to także poprzez walkę z cywilizacją łacińską w Polsce i w Kościele polskim. Narodowościowy charakter religijności Polaków w znaczeniu odejścia od powszechnej Tradycji Kościoła (jak w tzw. „Kościele“ narodowym) nie służy, lecz niszczy zarówno naszą katolickość jak też polskość.

Konkretny przykład: największym problemem i korzeniem dramatycznej sytuacji politycznej jest – mówiąc wprost – naiwność i łatwowierność wyborców. Jeśli katolicy wybierają kogoś otwarcie walczącego nie tylko z Kościołem, lecz nawet z prawem naturalnym, to wskazuje to na poważny problem zarówno myślowy, jak też emocjonalny. Brakuje trzeźwego osądu, zaś dajemy się zwieść pozorom, wrażeniom i mniej czy bardziej wyrafinowanej manipulacji. To także ma związek z brakiem trzeźwej, harmonizującej ze zdrowym rozsądkiem religijności. Nie jest przypadkiem, że to właśnie modernistyczni katolicy (związani z tzw. ruchami) są z reguły zwolennikami i popieraczami ugrupowań liberalnych i lewackich. To są właśnie owoce modernizmu, czyli skutki odejścia od prawdziwego katolicyzmu, także w dziedzinie liturgii. Paradoxalna, aczkolwiek właściwie zrozumiała jest sytuacja, gdy pewna słynna "charyzmatyczka"-polityczka zachowuje się i działa w sposób typowy dla wrogów Kościoła i narodu. 

W tym miejscu nasuwa się porównanie: sytuacja obecna wygląda na walkę Dawida z Goliatem. Prowokacyjnie można jednak zadać pytanie: kto jest właściwie Dawidem, a kto Goliatem? Narody czy oligarchowie globalizmu? 

Streszczając powyższe uwagi można sformułować następujące tezy:
1° Globalizm jest imitacją i surogatem katolickiego uniwersalizmu.
2° Katolicki uniwersalizm wraz z nauką o prawie naturalnym jest i musi pozostać kryterium w procesie zarówno globalizacji jak też nacjonalizacji.
3° Katolicka nauka o prawie naturalnym jest jedyną solidną podstawą zdrowego narodowizmu.


II. Kult

Pojęcie kultu wiąże się już chociażby etymologicznie z pojęciem kultury jako fenomenem wyłącznie ludzkim. Ten związek językowy ma miejsce, o ile mi wiadomo, jedynie w łacinie. Ma to znamienny głęboki wymiar historyczny i ideowy. Pojęcie cultura to w pierwotnej cywilizacji rzymskiej po pierwsze uprawianie ziemi. Religia grecko-rzymska miała - przynajmniej w przeważającej mierze - charakter agrarny (kosmiczny), zresztą podobnie jak religia Mojżeszowa, i chyba wszystkie znane religie, z wyjątkiem islamu, który – a jest to najmłodsza religia – ma charakter wybitnie militarny. 

Ten charakter zawiera już też zarodek duchowy idei kultury i kultu. Jest to przejaw jedności duchowo-materialnej człowieczeństwa. Zarówno kultura jak i kult mają wymiar tak materialny jak też duchowy. Nie ma kultury materialnej bez pierwiastka duchowego i odwrotnie. Równocześnie kult religijny jest istotnym składnikiem, a nawet najwyższym i z reguły najbardziej uroczystym wyrazem kultury, oczywiście odpowiednio dla danej religii. W przypadku religij naturalnych jest tak, że kultura wyłania i wytwarza kult. Zaś istota religii objawionej polega na tym, że ona – jako że pochodząca nie od ludzi, lecz od Boga – kształtuje, koryguje, prowadzi i udoskonala kulturę danego ludu czy narodu. 

Czym jest kult religijny sam w sobie? Można go najogólniej zdefiniować jako zespół czynności zarówno duchowych (wewnętrznych) jak też zewnętrznych skierowanych ku rzeczywistości ponadludzkiej. Zespołowość zakłada pewien porządek, którego zasada musi być 
1° duchowa, 
2° stała (tzn. przynajmniej względnie niezmienna), 
3° społeczna przynajmniej w znaczeniu komunikowalności, ponadindywidualności, zrozumiałości dla innych. Najczęściej kult ma charakter społeczny także w znaczeniu zewnętrznym, tzn. ma miejsce i czas publiczny, często nawet państwowy. 

Zauważamy więc, że każdy kult niejako ukierunkowuje i – przynajmniej w jakimś stopniu – formuje zarówno społeczność jak też poszczególnego człowieka. Nie jest więc przypadkiem, że władcy w historii ludzkości stale przywiązywali wielką wagę do spraw kultu, zarówno wtedy, gdy sami pełnili funkcję kultyczną (czy to jako bóstwo, czy jako najwyższy kapłan), jak też w sytuacji rozdzielenia funkcyj czysto politycznych od czysto duchowo-religijnych. Miało to oczywiście skutki zarówno dobroczynne jak też zgubne czy to dla państwa czy to dla religii, w zależności od prawdziwości i wartości moralnej zarówno danej religii jak też danych działań władcy.


III. Katolickość

W ostatnich dziesięcioleciach praktycznie zaprzestało się mówić o kulcie katolickim, oczywiście nie znaczeniowo, rzeczowo, lecz językowo i pojęciowo. Wprawdzie odpowiednia dykasteria watykańska nadal – przynajmniej dotychczas – zachowuje swą nazwę jako Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscyplina Sakramentów, jednak w codziennym i akademickim słownictwie kościelnym słowo „kult“ praktycznie zanikło. Może się więc wydawać, że chodzi o coś przestarzałego, niewspółczesnego. Czy tak jest? 

Przyczyny tej zmiany językowej są natury teologicznej. Od około stu lat istnieje nurt teologiczno-liturgiczny, którego głównym, choć nie zawsze wyrazistym założeniem i dążeniem jest rzekomy powrót do wyobrażanej liturgii starochrześcijańskiej, szczególnie z okresu przedkonstantyńskiego. Liturgia ta miała być prosta, tzw. wspólnotowa, w przypadku Mszy św. oparta na Ostatniej Wieczerzy nie tylko w znaczeniu sakramentalnym, lecz przede wszystkim obrzędowym. Skutki i owoce tego pojmowania widzimy na co dzień. Reforma liturgii tzw. posoborowa poszła tym tropem nie tylko w praktyce, lecz także w mentalności duchowieństwa i katolików świeckich. Zwykle bezskutecznie można im mówić i udowadniać, że ani sobór ani żaden przepis posoborowy nie nakazał celebransowi ustawiać się za ołtarzem. Uporczywie rozpowszechnione jest też przeświadczenie, jakoby sobór nakazał język narodowy w liturgii. Nawet jeśli uda się wyprowadzić kogoś z tych dwóch błędów, to jako ostateczny, niby najbardziej ważki argument pozostaje u nich twierdzenie: przecież Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy nie odwracał się tyłem do Apostołów i nie modlił się po łacinie. Taka wypowiedź jest tyle banalna, co zawierająca w sobie sedno problemu, mianowicie zasadniczo błędne pojmowanie zarówno wydarzenia z Ostatniej Wieczerzy jak fundamentalne nieporozumienie odnośnie liturgii Mszy św. Istotą problemu jest mniej czy bardziej uświadomione odrzucenie znaczenia Mszy św. i liturgii jako kultu Bożego sensu stricto, czyli jako czynności wybitnie religijnej będącej w ciągłości z kultem świątynnym Starego Testamentu, dokładniej: ze składaniem ofiar, a nie z nabożeństwem synagogalnym czy wręcz świąteczną wieczerzą paschalną. 

W tym miejscu nie jest możliwe bliższe rozważenie problematyki zarówno egzegetycznej jak też dogmatycznej z tym związanej. Niech tutaj wystarczy wskazanie chociażby na prace teologiczne kardynała Ratzingera, jako że są one łatwo dostępne i bynajmniej nie przestarzałe. Nie jest przypadkiem, że ks. Ratzinger już jako profesor sprzeciwiał się banalizacji liturgii oraz odzieraniu jej ze splendoru zarówno teologicznego jak też kulturowego. W swej obronie godności liturgii katolickiej mógł się posłużyć swą rozległą wiedzą i wnikliwością w dziedzinie zarówno źródeł teologii i liturgii, jak też teologii współczesnej, zwłaszcza egzegezy. Mówiąc najkrócej: solidna wykładnia źródeł zarówno biblijnych jak też patrystycznych nie stoi bynajmniej w sprzeczności z Tradycją liturgiczną Kościoła, lecz ją potwierdza i uzasadnia. To nie liturgia tradycyjna sprzeciwia się wydarzeniu z Ostatniej Wieczerzy, lecz ci, którzy zwalczają tę liturgię i zastępują innymi, wymyślonymi czy rzekomo na nowo odkrytymi obrzędami. 

Sprowadzenie Mszy św. do pamiątki Ostatniej Wieczerzy ma korzenie protestanckie, a nawet jeszcze dalej idące. Jak wspomniałem, chodzi tutaj ostatecznie o negację spełnienia i kontynuacji ofiar Starego Przymierza w Ofierze Mszy św. Moderniści liturgiczni z tzw. ruchu liturgicznego najpierw chcieli niby oczyścić liturgię katolicką z rzekomych naleciałości pogańskich. Dlatego właśnie odrzucali np. używanie kadzidła czy inne elementy wskazujące w jakikolwiek sposób na kultyczny charakter Mszy św. Uznają owszem znaczenie Mszy św. jako dziękczynienia. W krajach, gdzie intencje mszalne nie wyszły z użycia, nie neguje się wprawdzie także charakteru np. przebłagalnego, jednak pojmuje się go właściwie w znaczeniu szczególnej, najbardziej wartościowej modlitwy. Podobnie charakter chwalebny ogranicza się z reguły do wypowiadanych słów, zaś nie do ofiary kultycznej jako takiej. Właściwa czynność ofiarnicza, kapłańska, pozbawiona jest znaczenia jako taka, a to na korzyść słów modlitwy oraz intencji kapłana. Dlaczego ważne jest to odróżnienie? 

Wiąże się to z istotą i ważkością ofiary kultycznej. Kultyczne ofiarowanie jest
1° szczytowym,
2° uroczystym
3° urzędowym oraz
4° społecznym sprawowaniem kultu czyli okazywaniem czci. 

Dotyczy to właściwie każdej religii, zaś w szczególny sposób religii objawionej, począwszy od Starego Testamentu aż do jego wypełnienia w Jezusie Chrystusie. Podkreślam wbrew rozpowszechnionemu obecnie błędowi: Msza św. NIE jest pamiątką, powtórzeniem czy uobecnieniem Ostatniej Wieczerzy, lecz uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Owszem, Jezus Chrystus ustanowił sakrament Eucharystii razem z sakramentem święceń we Wieczerniku, w związku czasowo-przestrzennym z Ostatnią Wieczerzą. Jezus Chrystus ofiarował siebie jako prawdziwy i wieczny Baranek paschalny, wypełniając I unieważniając obrzędy Starego Przymierza. Wyraźnie mówią o tym już księgi Nowego Testamentu, zarówno Ewangelie, jak też zwłaszcza List do Hebrajczyków. Rozdarcie zasłony przybytku świątyni Jerozolimskiej w momencie śmierci Chrystusa Pana oznacza właśnie odsłonięcie i wypełnienie tajemnicy Starego Przymierza, a równocześnie ujawnienie jego pustki, która została wypełniona pełnią prawdy Jezusa Chrystusa. 

Sprawa ofiarnego kultycznego charakteru Mszy św. nie jest więc abstraktem dogmatycznym, lecz dotyczy całej historii Zbawienia, w tym także stosunku Kościoła do Starego Testamentu, jak do judaizmu (talmudyzmu). Dopiero z tego punktu widzenia można zrozumieć zaciekłą walkę wrogów Kościoła przeciw jego liturgicznej Tradycji, zwłaszcza przeciw Ofierze Mszy św. Mówiąc w pobieżnym skrócie: 

1° Kult katolicki, zwłaszcza w jego szczytowym wyrazie, jakim jest Msza św., ze swej natury i istoty zarówno nawiązuje - w pewnym antropologicznym sensie – do religij naturalnych, jak też jest spełniającą i wypełniającą kontynuacją kultu Starego Przymierza. Wskazuje na to wyraźnie już chociażby Kanon Rzymski, powołujący się zarówno na ofiarę pogańskiego króla-kapłana Melchizedeka, jak też patriarchy Abrahama. 

2° To nawiązanie i kontynuacja jest równocześnie zastąpieniem i unieważnieniem. Mówiąc wprost: od momentu Ofiary Krzyżowej Jezusa Chrystusa nie ma (i do końca świata nie będzie) innych godnych, prawdziwych form i wyrazów kultu prawdziwej religii, czyli oddawania czci prawdziwemu Bogu. 

W tym kontekście często spotykamy zarzut następującego rodzaju: Pan Bóg nie potrzebuje ofiary. Cóż to za Bóg, który wymaga zabijania niewinnych zwierząt, ich spalania czy niszczenia innych rodzajów żywności? Czyż Bóg chciał i musiał wymagać, by Jego Syn tak cierpiał i złożył siebie samego w okrutnej ofierze na Krzyżu? Owszem, sprawa dotyczy bezpośrednio pojęcia Boga, czyli prawdy o Bogu, oraz właściwie kwestii, czy Kościół głosił i głosi Boga prawdziwego. Jest na ten temat sporo książek. Temat jest bardzo aktualny, wręcz gorący, aczkolwiek nie zawsze bezpośrednio poruszany. Znowu dostrzegamy ścisły wewnętrzny związek z istotą, prawdziwością i zarazem racją bytu Kościoła, a nawet właściwie każdej religii, przynajmniej jako kultu zewnętrznego, ale także jako kultu duchowego, gdyż żadna religijność, żadna pobożność nie może się obejść bez ofiary przynajmniej duchowej, wewnętrznej. 

Słuszna jest uwaga, iż sporządzanie krwawych ofiar przynajmniej kontrastuje, czy wręcz sprzeciwia się pojęciu Boga jako miłosiernego Ojca. Słusznie też pamiętamy słowa Zbawiciela: „miłosierdzia raczej chcę niż ofiary“ (Mt 12,7). Zarówno już prorocy Starego Przymierza, jak też zwłaszcza nauczanie i przykład postępowania Jezusa Chrystusa umiejscawia się w pewnym krytycznym dystansie wobec kultu świątynnego oraz innych wyrazów religii zewnętrznej. Równocześnie należy mieć na uwadze, że sam Zbawiciel poddał się obrzędom Starego Testamentu począwszy od obrzezania, aż do rytualnej uczty Ostatniej Wieczerzy. Czyżby więc zachodziła niespójność czy wręcz sprzeczność w postawie samego Jezusa Chrystusa, która następnie przeszła na Jego Kościół? Można odnieść takie wrażenie obserwując dyskusje i spory między katolikami a modernistycznym heretykami, którzy zresztą także chcą uchodzić za katolików i to nawet tych jedynie prawdziwych, bo nowoczesnych. Ci ostatni zarzucają katolikom przestarzały, okrutny obraz Boga, zaś katolicy recytują z podręczników dogmatyki, wykazując modernistom herezję (i słusznie). Sytuacja wydaje się być patowa, przynajmniej dopóki jedna ze stron nie zostanie oficjalnie potępiona (na co się raczej nie zanosi). Trwa jednak wojna podjazdowa, obliczona na to, kto i jaki zdobędzie wpływ na ster władzy, po pierwsze po to, żeby czuć się bezpiecznie (tzn. nie obawiać się exkomuniki), a po drugie, żeby skutecznie zepchnąć przeciwnika na margines czy poza margines.

Mówiąc z pozycji katolika przyznaję, że brak jest u nas pogłębionej refleksji odnośnie prawd wiary. Nie wystarczy recytować definicje dogmatyczne, aczkolwiek w zgubnym błędzie są moderniści, którzy traktują je jako przestarzałe formułki bez istotnego znaczenia dla współczesności. Problem jest palący zwłaszcza w sprawie, która dotyczy właśnie najbardziej codziennego i zarazem szczytowego przejawu życia Kościoła jakim jest Msza św. Z powodu ram czasowych pozwolę sobie sformułować możliwie prosto i zwięźle: Bóg – Jezus Chrystus po to ustanowił Najświętszą Ofiarę, żeby ludzkość zaprzestała wszelkiego innego kultu. Można to owszem porównać do sytuacji rodzica czy pedagoga, który widząc zabawę dzieci ani nie zakazuje zabawy w ogóle, ani im nie zabiera zabawek, lecz koryguje, poucza, ukierunkowuje i prowadzi dążenia dzieci wyrażone w zabawie. Dziecko jest z natury ciekawskie i twórcze, oczywiście także naśladowcze. W zabawie wyraża i rozwija swoją wyobraźnię oraz zdolności. Oczywiście nie można sprowadzić kultu religijnego do zabawy dziecinnej. Jednak pewna analogia istnieje. Każdy obrzęd, zwłaszcza świecki, także zupełnie poważny, składa się z czynności i znaków symbolicznych, wskazujących na rzeczywistość wyższą, duchową. Rytuał religijny oczywiście nie jest zabawą czy grą, gdy chodzi w nim o poważne, fundamentalne sprawy jak życie i śmierć, miłość i grzech. Porównanie jest jednak o tyle trafne, że wskazuje na istotę ekonomii Bożej, także w odniesieniu do religii. Założyć należy oczywiście katolickie rozumienie religii, także naturalnej, nieobjawionej. Bóg stworzył człowieka zdolnego do religijności. To jest podstawą każdej religii. Człowiek zraniony grzechem pierworodnym pozostawiony własnym ułomnym zdolnościom jest owszem w stanie, a nawet w dyspozycji wynaleźć czy stworzyć jakieś formy religijności, w tym także ofiary kultowe. Jest poświadczone w Piśmie św., że miały one miejsce już przed Objawieniem. Objawienie starotestamentalne nie odrzuciło sprawowania ofiar, lecz je nakazało, aczkolwiek w formie skorygowanej, oczyszczonej, oraz w pewnym krytycznym dystansie. Syn Boży, który stał się człowiekiem, dokonał przełomu także w historii religii. Faktycznie wkrótce po Jego Ofierze Krzyżowej ustał kult Starego Testamentu. Dokonało się tym samym ostateczne oczyszczenie religijności, właśnie w ustanowieniu prawdziwej nieprzemijającej religii. To oczyszczenie zachowało autentyczny, prawdziwy rdzeń każdej religijności. Dlatego katolicyzm nie wahał się przejąć pewne elementy kultów pogańskich, jak chociażby kadzidło czy kult świętych miejsc, obrazów, także osób świętych. W teologii protestanckiej przez długie wieki usiłowano – i nadal poniekąd usiłuje się – wykazać rzekomą poganizację (hellenizację) chrześcijaństwa w katolicyzmie, co miałoby być dowodem fałszywości katolicyzmu. Takie myślenie przejawia się niekiedy także w niektórych kręgach tradikatolików, którzy nie znając ogólniejszej perspektywy teologicznej w swoim poniekąd słusznym proteście przeciw współczesnemu indyferentyzmowi religijnemu popadają w skrajność upodabniającą ich myślenie i argumentowanie dla protestanckiego.

Podam przykład: pewien gorliwy katolik (i równocześnie polityk) w swoim zapale niedawno podawał jako wzór niszczenie pogańskich bożków i miejsc kultowych przez misjonarzy chrześcijańskich. Gdy zapytałem go o źródło, z którego czerpał swą wiedzę w tym temacie, nie potrafił bądź nie chciał odpowiedzieć. Domyślam się, że z jakichś niby tradycyjnych prelekcyj czy broszurek, których informacje są albo owocem fantazji, albo nie mają pochodzenia katolickiego. Kościół owszem zawsze uważał siebie za jedyną prawdziwą religię. Jednak jego zwykłą metodą w odniesieniu do naturalnej religijności nie było niszczenie, równanie z ziemią, lecz oczyszczanie i przejmowanie tego, co nie sprzeciwia się prawdzie objawionej. Obrazy bożków zastępowano obrazami świętych, kadzidło palono nie na cześć bożków lecz na chwałę Bożą i świętych. Jeśli misjonarze chrześcijańscy niszczyli fizycznie pogańskie miejsca kultu i przedmioty (a miało to miejsce raczej rzadko), to nie w ślepej zapalczywości, lecz dla naocznego udowodnienia, że są to jedynie zwykłe przedmioty materialne, a nie bóstwa czy istoty ponadludzkie. Owszem, w Jezusie Chrystusie Bóg powiedział ludzkości: zaprzestańcie tych krwawych, absurdalnych ofiar, oto Ja wam daję jedyną prawdziwą, doskonałą i nieprzemijającą Ofiarę, która przewyższa każdy kult, jaki istniał i mógł zaistnieć; uznaję każde ziarenko prawdy i pobożności zawarte w waszych obrzędach, możecie je przejąć do Ofiary Nowego i Wiecznego Przymierza, o ile zgadzają się one z prawdą i są dla was pożyteczne.

Czy współautor jest współodpowiedzialny?



Są tutaj dwie zasadnicze kwestie:
1. formalna, czyli formuły danej publikacji
2. odpowiedzialności moralnej za treść danej publikacji.

Współpraca w powstaniu publikacji jest rodzajem umowy prywatnej ze skutkami publicznymi i prawnymi. Tym samym podstawą jest jasne uregulowanie zasad tej współpracy. Zarówno współpraca jak też jej zasady powinny być wolne, czy podlegające wyborowi uczestników. Jeśli takiego wyboru nie ma, wówczas należy rozważyć celowość i moralną dopuszczalność udziału. Ktoś, kto z własnej woli godzi się na przymus, ponosi odpowiednio za niego odpowiedzialność.

Uczestnicy oczywiście mogą i powinni umówić się co do zasad współpracy, tzn. czy wspólnie ponoszą odpowiedzialność za treść czy nie. Należy to jasno podać czytelnikom, którzy mają prawo wiedzieć, kto odpowiada za daną treść. Brak takiego podania jest nieuczciwe i naganne przynajmniej moralnie.

Jeśli została ustalona wspólna odpowiedzialność na podstawie uzgodnienia treści, ale doszło do złamania uzgodnienia, czyli do zmiany uzgodnionej treści na inną, wówczas strona pokrzywdzona nie ponosi moralnej odpowiedzialności, oraz może a nawet powinna domagać sprostowania oraz zadośćuczynienia za poniesioną szkodę moralną.

Dla uniknięcia problemów moralnych i prawnych należy ustalić jasne zasady współpracy, unikając w miarę możliwości formuły współautorstwa. Jeśli nie można jej uniknąć, wówczas należy jednoznacznie uregulować - w formie umowy cywilnoprawnej - zasady takiej współpracy, z prawem veto oraz odszkodowania włącznie.

Apostacka "wizja" czyli nowe szaty x. Heller'a



Jednym z najbardziej znanych duchownych w Polsce jest x. Michał Heller (już kiedyś było mi dane krótko o nim napisać). Jego popularność wręcz explozywnie wzrosła w 2008 r. w związku z przyznaniem mu tzw. nagrody Templeton'a. Posypały się też inne nagrody i zaszczyty, o których sam zainteresowany słusznie zauważa, że są "nagrodami za nagrodę" (źrodło tutaj od min. 29:00):



Nagroda została ufundowana przez amerykańskiego spekulanta giełdowego, John'a Templeton'a, który "dorobił się" w ten sposób pokaźnego majątku. Klucz do zrozumienia tej nagrody jest podany wprost w oficjalnym opisie. Otóż bazuje on na idei fundatora, którą jest "postęp w religii":


Jak ów "postęp" należy rozumieć, jest dość jasne w kontekście, gdyż oprócz ufundowanej nagrody Templeton założył organizację pseudoreligijną o iście antychrześcijańskim charakterze:


Otwarcie podaje się jako cel stworzenie "nowych form/ wyrazów religijnej wiary i praktyki": 


Aktualnie głównym projektem tej organizacji jest zbliżenie judaizmu, chrześcijaństwa i islamu poprzez konkretnie podany sposób działania:





Tak więc kontakty i spotkania "ekumeniczne" mają prowadzić do tworzenia wieloreligijnych społeczności, wytworzenia "więzi" oraz współpracy.
Cel pozornie szczytny, niby humanitarny. Jednak kryje się za tym coś zupełnie antyhumanitarnego, mianowicie tłumienie pytania o prawdziwą religię i tym samym pośrednie, praktyczne odrzucenie prawdziwości religii jako takiej, w szczególności chrześcijaństwa jako prawdziwej religii. 

Przyjrzyjmy się więc działalności x. Heller'a. Pośród narosłych w ostatnich latach niezliczonych peanów i uwielbień - zresztą dość pustych i banalnych - należy najpierw na trzeźwo wydobyć suche fakty. Można tutaj pominąć dziedzinę prywatną.
Oficjalnie daje (każe?) się on przedstawiać następująco (źródło tutaj od min 00:30):


Natomiast oficjalne informacje na wiki podają:

Jakie kwalifikacje stoją za tym? Otóż wbrew pozorom i kłamliwej propagandzie są one dość słabe:
- w seminarium duchownym w Tarnowie napisał pracę magisterską w dziedzinie exegezy Księgi Rodzaju u x. prof. Stanisława Łacha
- zrobił magisterium i doktorat z filozofii przyrody na KUL w temacie kosmologii relatywistycznej u x. prof. Stanisława Mazierskiego (o recenzji pracy mówi tutaj)
- był słuchaczem na wydziale fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, bez wyników naukowych i bez żadnej pracy naukowej
- zrobił habilitację, nie wiadomo gdzie, u kogo i na jaki temat
- był wykładowcą logiki i filozofii przyrody w seminarium duchownym w Tarnowie
- od 1972 r.  był wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym w Krakowie
- według własnej informacji podanej w autobiograficznym wywiadzie, od 1976 r. był "visiting professor" na uniwersytecie katolickim w Lowanium (Belgia), przy czym informacja jest absurdalna i ewidentnie kłamliwa, ponieważ równocześnie jest mowa o stypendium naukowym zdobytym dla niego przez kard. Wojtyłę, więc widocznie się tam douczał, a nie nauczał:


- w 1980 r. przebywał na stypendium w Catholic University of America w Waszyngtonie, bez żadnej znanej pracy naukowej
- przebywał także na stypendiach naukowych w Oxfordzie, Cambridge, Leicester (Anglia) oraz Bochum (Niemcy), również bez znanych wyników w postaci pracy naukowej uznanej przez te uczelnie.

Resztę kariery x. Heller zawdzięcza Janowi Pawłowi II (notabene znanemu ze specyficznego patriotyzmu lokalnego), który go powołał do współpracy z obserwatorium astronomicznym w Castel Candolfo oraz do Papieskiej Akademii Nauk, do której zresztą powoływani są także wyznawcy innych religij a nawet ateiści. Naukowy profil na oficjalnej stronie Akademii podaje ewidentnie nieprawdziwą informację, jakoby x. Heller był fizykiem teoretycznym, mimo że - jak wynika z oficjalnych biografij - nie ukończył żadnych studiów z fizyki, nie zdobył żadnego tytułu naukowego i nie opublikował żadnej pracy naukowej w tej dziedzinie:


Internetowa Britannica podaje niekonkretne i wieloznaczne dane, co jest bardzo dziwne, gdyż chodzi o osobę żyjącą, która ma obowiązek podać i udokumentować poszczególne etapy swojej działalności i kariery naukowej:


Tak więc nie do końca wiadomo, co x. Heller robił na zagranicznych uczelniach: czy wizytował tzn. dokształcał się, a nie ma żadnych prac naukowych przyjętych przez te uczelnie, czy prowadził tam wykłady, ale nie ma go w spisie wykładowców. Czyli mamy do czynienia z poważną luką w biografii. W sumie więc, mimo szumnych wpisów o rzekomej działalności naukowej za granicą, wychodzi na to, że
- nie zdobył żadnego tytułu naukowego poza uczelnią kościelną w Lublinie (KUL),
- nigdy nie był pracownikiem żadnej uczelni poza kościelnymi w Tarnowie i Krakowie,
- liczne stypendia naukowe nie zaowocowały ŻADNĄ pracą naukową uznaną przez "wizytowane" czy jakiekolwiek inne uczelnie.
Nasuwa się pytanie: dlaczego są takie fałsze i niejasności odnośnie kwalifikacji naukowej? Podejrzenie o hochsztaplerstwo - i to systematycznie uprawiane - wygląda na mocno uzasadnione.

Należy podkreślić, że x. Heller był zawsze i nadal jest jedną z czołowych postaci katolewackiego środowiska "Znak", do czego się otwarcie przyznaje (źródło tutaj od min 35:27):


To właśnie, dość wpływowe środowisko pompowało i pompuje sławę i popularność x. Heller'a i to w sposób wręcz groteskowy (źródło tutaj od min 14:30):



Nie stroni przy tym od prymitywnych chwytów na poziomie budki z piwem albo jeszcze gorzej (źródło tutaj od min 32:02):

  

Aczkolwiek zdarzają się też trafne żarty, jak ten świadczący o autoironii (źródło tutaj od min 47:35):



Analizując poglądy x. Heller'a, ograniczę się do wypowiedzi dotyczących teologii przynajmniej pośrednio, czyli także filozofii. Uczynię tak z dwóch powodów:
- Jak widać w powyższym zarysie biograficznym, x. Heller nie ma ŻADNEJ kwalifikacji naukowej w dziedzinie nauk przyrodniczych i matematycznych, więc widocznie już dlatego nie może brać udziału i de facto nie bierze udziału w poważnej fachowej debacie w tej dziedzinie, i zapewne dlatego jego wypowiedzi w tej tematyce nie są traktowane poważnie w kręgach przyrodników i matematyków.
- Z wykształcenia jest teologiem (ukończenie seminarium duchownego) oraz filozofem przyrody (magisterium, doktorat i habilitacja), a wypowiada się stale łącząc te dziedziny i to w sposób niegodny zarówno naukowca jak też kapłana.

Zbędne jest przedstawianie całości jego twórczości książkowej, która zresztą nie ma charakteru naukowego, ani metodologicznie ani formalnie. Zresztą treść jego książek porusza się - pod względem zarówno matematyczno-przyrodniczym jak też filozoficznym - w obrębie banałów na poziomie najwyżej pierwszych lat studiów, poszerzonych o anekdoty i pozory oryginalności polegającej na groteskowych i wręcz absurdalnych postulatach natury pseudofilozoficznej i pseudoteologicznej, owiniętych w aurę pozornej naukowości matematyczno-przyrodniczej. Natomiast ostrze przekazu jest dość oczywiste: skierowane jest wprost bądź pośrednio przeciw zasadom i tezom filozofii i teologii katolickiej. Do takiego wniosku prowadzi uważne prześledzenie wypowiedzi x. Heller'a dostępnych w internecie.

Szczególnie interesujące są wystąpienia x. Heller'a w związku z jego 80-ymi urodzinami i potem, ponieważ, jak sam wyznaje, po 80tce można sobie już na wszystko pozwolić (źródło tutaj od min 44:22):


Charakterystyczne jest stanowcze odrzucenie poszukiwania zgodności między naukami przyrodniczymi a opisem stworzenia z Księgi Rodzaju (źródło tutaj od min 56:58):


To odrzucenie staje się zrozumiałe wobec następującego ujmowania rangi i miejsca człowieka w rzeczywistości (źródło tutaj od min 3:30):


Interesująca, choć zarazem zdawkowo-wymijająca jest odpowiedź na zapytanie wprost o osobiste godzenie nauk przyrodniczych i wiary (źródło tutaj od min 1:05:00):


Nie przypadkowo x. Heller odsyła do swoich książek, w których notorycznie i absurdalnie atakuje potwierdzanie prawdziwości właściwej treści Pisma św. odnośnie do stworzenia przez wyniki prac przyrodników, jak ma to miejsce w koncepcji "inteligentnego projektu":




W zamian mówi enigmatycznie, że między "wiarą otwartą i nauką o szerokich horyzontach nie ma konfliktu" (źródło tutaj od min 11:15)


Co x. Heller rozumie przez "wiarę otwartą"? Nie podaje definicji, ani nie wyjaśnia, o co mu właściwie chodzi. Można jednak wywnioskować z jego wypowiedzi, w których od dawna i regularnie atakuje arystotelizm i tomizm.
Wręcz irracjonalną awersję do arystotelizmu wykazuje szyderczo w tej wypowiedzi (źródło tutaj od min 28:18):


Swoje pogardliwe niezrozumienie, czym jest arystotelizm, ujawnia przy tej okazji (źródło tutaj od min 25:38):


Ta wypowiedź kłamliwie pomija, że to Arystoteles stworzył filozoficzne, pojęciowe i metodologiczne podstawy naukowości, zwłaszcza dla nauk przyrodniczych. Przeciwstawianie arystotelizmu naukom przyrodniczym może polegać jedynie albo na elementarnej ignorancji odnośnie historii i metodologii nauk, albo na perfidnym oszukiwaniu odbiorców.
Jednym z fragmentów, gdzie dość otwarcie ujawnia swoje poglądy, jest przyznanie się do zwalczania tomizmu (tutaj od min 26:40):


X. Heller stosuje tutaj typową metodę: to, co chce ośmieszyć, sprowadza do metafory, pod którą kryje się pogarda. W ten sposób, manipulując uczucia odbiorców, odwraca uwagę od sedna sprawy. Nie wyjaśnia bowiem, na czym polega według niego różnica między prawdą a tomizmem. Nie podaje choćby przykładu prawdy, którą ma na myśli. Przekaz polega więc wyłącznie na porównaniu tomizmu to butelki i to znienawidzonej bo "wtłaczanej do gardła". Oto cała mądrość tej wypowiedzi.

Nawet na drążące pytanie swojego kolegi odpowiada jedynie wymijająco (źródło tutaj od min 37:26):


Inna wypowiedź przy okazji dotycząca tomizmu jest również znamienna (źródło tutaj - od min 49:45):


Jasne jest, że x. Heller wpierw unika odpowiedzi, kim jest Bóg i jak należy o Nim mówić chociażby dzieciom. Przyciśnięty przez prowadzącego posługuje się wybiegiem, w którym sam się plącze: odpowiedzią ma być wskazanie na definicję ostensywną, przy czym rodzice mają być "przykładem" oznaczającym i okazującym Boga. Czyli według niego, rodzice mają wskazywać na siebie jako przykład tego, kim jest Bóg. X. Heller kończy to zdanie sarkastycznym śmiechem, w którym wtóruje mu publiczność.
Sarkastyczne jest także zestawienie teologii św. Tomasza z "teologią" prostego człowieka modlącego się "pod figurą". To perfidne zestawienie wyraża dość wyraźnie pogardę dla tej pierwszej.

We wielu swoich wystąpieniach x. Heller opowiada się natomiast za "teologią apofatyczną". Podaje, co przez to rozumie (źródło tutaj od min 2:48):


Słusznie wskazuje tutaj na Pseudo-Dionizego Areopagitę, jednak wykazuje fundamentalne niezrozumienie przedmiotu. W tak zwanej teologii negatywnej nie chodzi bowiem o negację poznania Boga, lecz o orzekanie o Bogu za pomocą określeń odnoszących się pierwotnie do świata stworzonego, które w zastosowaniu do Boga są poprzedzane zaprzeczeniem jak na przykład "niestworzony", "nieskończony", "niewidzialny", "nieśmiertelny" itp. Nie ma to więc - wbrew sugestiom x. Heller'a - nic wspólnego z agnostycyzmem teologicznym czy filozoficznym.

Tutaj mówi bzdurę odnośnie teologii w ogóle (źródło tutaj od min 23:30):


Pozornie słuszne rozróżnienie między "ciągłością" rozumianą jako "wierność" a "otwarciem na zmianę" jest tutaj perfidnym chwytem demagogicznym. Absurdalne i już nawet historycznie fałszywe jest przeciwstawienie tutaj chrześcijaństwa zachodniego wschodniemu. Widocznie x. Heller nie wie o poważnych zmianach w łonie chrześcijaństwa wschodniego względem Tradycji patrystycznej (pod względem zarówno teologicznym, jak też liturgicznym i prawnym) i wyznaje propagandowo-brukowcowy zabobon, jakoby tzw. prawosławie było bardziej patrystyczne niż Kościół katolicki. Podany przykład nieuznawania soborów późniejszych (widocznie x. Heller nie jest w stanie powiedzieć, który sobór jest uznawany przez tzw. prawosławie jako ostatni) świadczy o fundamentalnej ignorancji, gdyż wystarczy wiedzieć, że chodzi o sobory sprzed schizmy w 1054 r. czyli powszechne w rozumieniu prawosławnym. Powodem nieuznawania soborów późniejszych nie jest "wierność" lecz - w pojęciu teologów wschodnich - brak jedności i tym samym możliwości soboru powszechnego czyli wspólnego dla chrześcijaństwa wschodniego i zachodniego. Nieprawdą jest także, jakoby zmiany w liturgii były "bardzo słabo tolerowane" w prawosławiu, gdyż przeciw tej tezie świadczy choćby fakt reformy liturgicznej Nikona w Rusi, która doprowadziła do schizmy. Z drugiej strony Kościół katolicki miał przed Vaticanum II liturgię o wiele starszą niż wszystkie obrządki bizantyjskie (tradycyjna liturgia rzymska jest najbliższa starożytnej liturgii antiocheńskiej poświadczonej najbliżej u maronitów). Groteskowym bełkotem jest powiedzenie, że w Kościele "co chwila jakiś sobór zmienia łacinę na język narodowy". Jak powszechnie wiadomo, łacina była językiem liturgii i oficjalnym Kościoła od starożytności. Co więcej: także ostatni sobór tego nie zmienił, lecz wyraźnie powiedział (konstytucja o liturgii):


Jest właściwie skandaliczne, że x. Heller po pierwsze widocznie nie zna dokumentów soborowych, a po drugie w związku z tym publicznie wygłasza ewidentną nieprawdę. 

W ramach prezentacji książki - obszernego wywiadu wydanego z okazji 80-ych urodziny - został wyróżniony znamienny fragment, który widocznie należy uznać za swoiste  wyznanie "wiary" (źródło tutaj od min 48:30):


Jeśli to nie ma być bezmyślny bełkot - co można wykluczyć, gdyż jest to wywiad-rzeka w formie pisanej - to oznacza nie mniej nie więcej, że x. Heller przypisuje sobie
- preegzystencję czyli istnienie przed bytem doczesnym
- 'stąpanie" po wieczności, czyli jej deptanie,
- przejście do wieczności po śmierci, twierdząc, że jest ona ta sama, z której rzekomo wyszedł.
Te twierdzenia przypominają nie tylko pogańską wiarę w reinkarnację, lecz także centralną w ideologii masońskiej koncepcję "boskiej iskry", która jest głoszona obecnie w ruchach globalistyczno-ezoterycznych, niby łączących naukowość i duchowość (por. chociażby tutaj). Do tego nurtu należy zwłaszcza założyciel "Club of Budapest", żydowski filozof Erwin Laszlo, inicjator tzw. Deklaracji z Fuji. Ta myśl jest zresztą także obecna w filozofii chasydów, co poświadcza chociażby żydowski artysta Jehuda Bacon:

(źródło tutaj)

Zgadza się to zupełnie z rozumieniem wieczności podanym przez x. Heller'a (źródło tutaj od min 4:10):


Zupełnie pomieszane ma pojęcie Boga (źródło tutaj od min 8:40):


Powołuje się na katechizm, a mówi coś zupełnie innego i to nawet ignorując podstawowe rozróżnienie, obecne nagminnie już w filozofii starożytnej i potem w chrześcijaństwie, mianowicie między obecnością Boga istotową a obecnością w działaniu, czyli obecność mocy Bożej. Jest to istotne dla pojęcia Boga jako Transcendencji i Absolutu, czyli Bytu różnego od bytów świata stworzonego, a zarazem ogarniającego ten świat czynnością stwórczą i utrzymującą w istnieniu. Ta wypowiedź x. Heller'a zamazuje tę różnicę i to nie przypadkowo, co jest oczywiste na tle innych jego wypowiedzi.

Podobnie jest w wypowiedziach x. Heller'a o charakterze bardziej praktycznym jak ta odnośnie formacji w seminariach duchownych (źródło tutaj od min 21:22):


Otóż najpierw twierdzi, że obecne studia i formacja pochodzą z końca XIX w., są zupełnie nie przydatne i należy jest gruntownie zreformować, przy czym za wzór stawia reformę potrydencką, na której właśnie opierają się obecnie nadal - przynajmniej w Polsce - zasady i struktura studiów. Jakby nie było jeszcze dość sprzeczności w tym, co mówi, podaje przykład ze Stanów Zjednoczonych (był tam na stypendium w drugiej połowie lat 70-ych), gdzie alumni są kształceni na "pracowników socjalnych" czyli bez podstaw filozoficzno-teologicznych. Tak więc miesza tutaj nie tylko fakty i własne postulaty, ale nawet prawdę i fałsz. Nie trzeba mieć wybitnej wiedzy w temacie, by wiedzieć, że formacja seminaryjna od reform potrydenckich aż do Vaticanum II miała dwie główne zasady: dyscyplina klasztorna oraz studia tomistyczne. Te zasady x. Heller widocznie chciałby obalić, a zamiast nich przestawić na "kierunek", w którym "świat poszedł" od końca XIX wieku. Jaki to kierunek? Tego się nie dowiadujemy, co zresztą nie zaskakuje, gdyż jest to typowa taktyka wypowiedzi x. Heller'a. Skoro ten człowiek w dość prostej sprawie tak okrutnie miesza i ściemnia, to właściwie nie powinno dziwić, że czyni to także w bardziej złożonych i abstrakcyjnych kwestiach.

Obszerniejsza i jeszcze ciekawsza jest przedstawiona przez x. Heller'a osobno jego "wizja" rzeczywistości i zarazem historii wszechświata. Warto się jej przyjrzeć, gdyż według słów samego autora stanowi ona jakby apogeum jego myśli, uwieńczenie poglądów i swoistą syntezę (źródło tutaj od min 15:25):


Te uwagi wstępne mają widocznie zabezpieczyć "wizję" przed krytyką, która jest konieczna. Wszak x. Heller przedstawia ją jako (rzekomo) naukową i to łączącą "naukę" - a właściwie przyrodnictwo - i teologię, sugerując zresztą fałszywie, jakoby teologia nie była nauką. Przyjrzyjmy się po kolei zaprezentowanym tezom.

Swoją "osobistą" wizję x. Heller zaczyna od słusznego pytania:


To pytanie nazywa następnie retorycznym i odpowiada na nie - bez jakiegokolwiek uzasadnienia - twierdząco:


Oczywiście należy się zgodzić z odpowiedzią, jednak człowiek myślący oczekuje od wykładu filozoficznego choćby skrótowego uzasadnienia. A tego brakuje zarówno w tym miejscu jak też w innych znanych mi wypowiedziach x. Heller'a.

Następuje wypowiedź, gdzie można tylko przecierać uszy ze zdumienia i właściwie też powstrzymując się od parsknięcia śmiechem, gdyż x. Heller widocznie całkiem poważnie rozważa, czy "prawybuchu dało się jakoś uniknąć":


Problem jest natury logicznej i metodologicznej: skoro tzw. prawybuch jest uznanym powszechnie faktem kosmofizycznym, a w pytaniu chodzi o to, czy istniało coś przed tym faktem, to jakże - trzymając się faktów uznanych naukowo - można pytać o możliwość uniknięcia tego faktu? Zresztą x. Heller nie podaje, kto z naukowców stawia takie pytanie. Można się domyśleć: nikt, ani żaden naukowiec, ani ktokolwiek logicznie myślący.
Z następną tezą można się zgodzić, aczkolwiek tutaj także brakuje argumentacji:


Godny szczególnej uwagi jest bliższy opis owego "stanu Alfa":


Jak sam x. Heller podaje, odwołuje się on tutaj do teologicznego pojęcia Logosu. Czy można się z tym zgodzić? Którą teologię x. Heller ma na myśli? Niestety nie podaje tego. Dowiadujemy się tylko, że rozumie on "Logos" jako "Pole Racjonalności", przy czym pisownia z dużej litery wskazuje widocznie na Transcendencję czyli jakieś pojęcie Boga.
X. Heller podaje, co rozumie przez "zacieśnienie": mówi, że to "trochę więcej niż metafora" i jako przykład podaje ułożenie prostego zdania przez uporządkowanie chaotycznie rozsypanych liter:


Dowiadujemy się, że "na początku informacja została wstrzyknięta do naszego wszechświata, i to są właśnie prawa fizyki, które tym światem rządzą":



Innymi słowy: prawa fizyki, dzięki którym zaistniał wszechświat, są "zacieśnieniem" Pola Racjonalności czyli Logosu. Są one "podpolem" Logosu, czyli pod względem rodzaju tym samym, co Logos. Ten "stan Alfa" czyli początek istnienia wszechświata, x. Heller nazywa "Pierwszym Wcieleniem Logosu":



Na pytanie, co było "ciałem", w który "wcielił" się Logos, odpowiada więc, że Logos (czyli "Pole Racjonalności") stał się "ciałem Wszechświata". Innymi słowy: Logos wcielił się w siebie jako w ciało wszechświata. No cóż. Żeby wypowiedzieć tak absurdalny bełkot, trzeba mieć wybitny tupet i mieć odbiorców za zupełnych idiotów. Równocześnie brakuje powiedzenia wprost, że neguje zarówno biblijne pojęcie stworzenia jak też chrześcijańskie pojęcie Wcielenia, i to zapewne w ramach swojej perfidnej taktyki, o której mówi następująco (źródło tutaj od min 1:57:45):


O taktyce świadczy także ta wypowiedź: mimo że x. Heller sam posługuje się w swojej rzekomo naukowej wizji filozoficzno-biblijnym pojęciem Logos, twierdzi równocześnie, że nie należy łączyć treści Biblii z teoriami naukowymi (źródło tutaj od min 2:02:45):



Jednak to jeszcze nie koniec "wizji". Owo "wcielenie Logosu" w stanie Alfa x. Heller podaje jako pierwowzór poczęcia każdego człowieka:


Zestawiając z poprzednimi zdaniami, należy wnioskować, że nie tylko wszechświat, lecz także każdy człowiek jest "wcieleniem Logosu" w znaczeniu "obrazu i podobieństwa" stanu Alfa. Jednak "drugim wcieleniem Logosu" x. Heller nazywa to, co teologia nazywa jedynym Wcieleniem Syna Bożego czy Jezusa Chrystusa:


Tym samym - przez fałszywe zastosowanie pojęcia "wcielenie" - x. Heller właściwie neguje prawdziwe Wcielenie, które jest JEDYNE zarówno co do istoty jak też co do faktyczności. Tę myśl, która jest właściwie apostazją, ubiera sprytnie przez dodanie pojęcia, które każdy normalny człowiek chętnie przyjmuje:


Kolejnym stopniem apostazji jest powiedzenie, że Logos jest krzyżowany i umiera w naszym ludzkim cierpieniu i umieraniu, co przeczy jedyności i historyczności Krzyża Jezusa Chrystusa:


Twierdzenie, że świadomość ludzka wraz ze śmiercią "gaśnie", oznacza właściwie negację nieśmiertelności duszy, której funkcją jest świadomość:


Na koniec tego pseudowykładu x. Heller odkrywa karty, formułując swoją tezę, która leży u podstaw tego heretyckiego, a nawet apostackiego - gdyż zrywającego z elementarnymi prawdami Objawienia biblijnego - bełkotu:


Tym samym x. Heller zadeklarował, że wyznaje swoisty monizm, który jest tak absurdalny i bełkotliwy, że nawet on sam nie jest w stanie - a może nawet nie chce - w sposób spójny i niesprzeczny przedstawić. Trafnie to ujmuje następujący komentarz internetowy:


Nie dziwi więc zgodność z poglądami wojującego ateisty, gdy nazywa Boga "matematyką" (źródło tutaj od min 1:00:10):



Bzdurne, aczkolwiek pasujące do tego systemu, jest ujmowanie wiary jako wypadkowej wielu przypadłości (źródło tutaj od min 1:06:00):




Trzeba mieć na uwadze, że słowa te padły przy okazji tematu umysłu w kontekście ewolucjonizmu. Wojujący ateista Dennett i x. Heller zgodzili się w zasadniczych punktach, a to ewidentnie dlatego, że poglądy tego drugiego pasują do poglądów pierwszego, nie odwrotnie.

Nie przypadkowo więc x. Heller przywołuje "wyznanie wiary" pokręconego naukowo i światopoglądowo Einstein'a, którego pojęcie religii i Boga - nie mające właściwie nic wspólnego z naukowością - jest bliższe panteizmowi niż chrześcijaństwu (źródło tutaj od min 55:58):





W takim kontekście nie dziwi właściwie, gdy zwierzęta nazywa "naszymi bliźnimi niższymi" (źródło tutaj od min 1:08:56):


Nawet wprost twierdzi, że granica między człowiekiem a zwierzęciem jest "sztuczna", czyli właściwie neguje nieśmiertelność duszy ludzkiej (źródło tutaj od min 1:23:00):


Skoro Bóg jest matematyką a Jezus Chrystus jest "drugim wcieleniem pola racjonalności", to i człowiek może być tylko "wyższym bliźnim" bezrozumnych zwierząt. Uszczypliwie, choć bez przesady można by dodać, że bełkotliwe wywody x. Heller'a są na pewno poniżej rozumności właściwej człowiekowi. Świadczy o tym także wypowiedź, gdzie za możliwe uważa stworzenie przez człowieka "konstrukcji" wyposażonej w świadomość ludzką, czyli tym samym dopuszcza stwórczą - czyli boską - zdolność człowieka (źródło tutaj od min 1:10:20):


Natomiast każdy trzeźwo myślący człowiek, a tym bardziej naukowiec wie, że taka perspektywa jest niemożliwa z punktu widzenia filozoficznego i teologicznego, gdyż świadomość jest pierwiastkiem duchowym. Także z punktu widzenia nauk przyrodniczych zupełnie nic nie wskazuje na takową możliwość. Tym samym tę "wizję" można zaliczyć jedynie do niskiego polotu bajek science fiction. Zresztą jest to widocznie zamierzone i programowe, skoro mówi o nauce jako "sztuce", co w jego wydaniu polega na pseudonaukowym gawędziarstwie (źródło tutaj od min 1:51:30):


Jednak działalność x. Heller'a nie jest niegroźna. Dzięki ogromnym środkom finansowym i intensywnemu promowaniu w mediach antychrześcijańskich i pseudochrześcijańskich ma on niestety poważny wpływ zwłaszcza na młodych ludzi, których można łatwo zafascynować napompowaną sławą, chodliwymi frazesami i pozorami naukowości.

Przykładem pozorów wiedzy i pseudonaukowego zaślepienia jest modny obecnie trend tzw. neuronauki, forsowany głównie w środowisku quasi uczniów x. Heller'a, o czym pisałem już nieco obszerniej (tutaj).

Kończąc nie muszę chyba wyjaśniać tytułu niniejszego wpisu. W przeciwieństwie do x. Heller'a i jego fanów nie uważam, że tylko głupi nie potrafią podziwiać jego "nowości". Zaś wszystkim dedykuję na koniec tę oto BAJKĘ, zupełnie nie wstydząc się roli szczerego dziecka.