Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Grzechy nieletnich

 


O ile picie alkoholu szkodzi zdrowiu, o tyle jest grzechem. A jest grzechem ciężkim wtedy, gdy wyrządza poważną szkodę dla zdrowia, jest świadome i własnowolne. 

W wieku dorosłym alkohol w małych ilościach i u osób zdrowych nie powoduje szkód dla zdrowia. U osób nieletnich jednak już nawet mała ilość może być szkodliwa. Dlatego nawet prawo świeckie zakazuje sprzedaży alkoholu osobom nieletnim. 

Należy wziąć pod uwagę także praktykowane w Polsce przyrzeczenie z okazji 1ej Komunii św., w którym dziecko zobowiązuje się nie pić alkoholu do 18ego roku życia. To przyrzeczenie obowiązuje, nawet jeśli dziecko nie było świadome trudności jego dotrzymania. Świadome łamanie przyrzeczenia dodatkowo powiększa wagę grzechu spożywania alkoholu przed osiągnięciem pełnoletności.

Mieszkanie wspólne pary nie będącej małżeństwem nie jest wprawdzie grzechem wprost przeciw 6emu przykazaniu, jeśli para żyje w czystości. Jednak może być i zwykle jest grzechem z następujących względów:

- Stanowi okazję do pokus i grzechów wzajemnego pożądania, nawet jeśli nie dochodzi do zbliżeń intymnych. 

- Stanowi zgorszenie, gdyż przynajmniej rodzina i znajomi wiedzą o wspólnym zamieszkiwaniu osób nie będących małżeństwem, co sprzyja mniemaniu, że dochodzi do rozwiązłości i tym samym lekceważenia przykazań Bożych. 

Ciężar grzechów tego rodzaju może być różny. Jest on oczywiście mniejszy niż w przypadku rozwiązłości, czyli prowadzenia pożycia na sposób małżeński (czyli nie w czystości przedmałżeńskiej). Może to być jednak także grzech ciężki, o ile spełnione są zwykłe warunki grzechu ciężkiego (waga materii, świadomość i własnowolność). 

Oczywiście możliwa jest sytuacja, w której grzech nie zachodzi, gdy jest konieczność wspólnego zamieszkania przed ślubem, np. z powodu sieroctwa, przebywania na obczyźnie bez wsparcia innych osób, braku środków na osobne mieszkanie itp. Sytuacja konieczności musi być poważna.

Wojna a objawienia fatimskie

 


Tutaj zawarte są dwie osobne kwestie:
1. polityczno-historyczna: przyczyny obecnego konfliktu między Rosją a Ukrainą, 
2. teologiczna: znaczenie objawień prywatnych oraz ich związek z wydarzeniami historycznymi. 

Kwestię 1. pominę, gdyż po pierwsze nie jestem politologiem ani historykiem, a po drugie, jest to kwestia dość złożona, którą będzie można rozważyć solidnie dopiero z perspektywy czasu oraz w oparciu o dokumenty. Zaś tymczasem dominuje propaganda z obydwu stron konfliktu, co uniemożliwia czy przynajmniej istotnie utrudnia obiektywną ocenę zdarzeń oraz ich przyczyn.

Przy tej okazji warto mieć na uwadze katolickie nauczanie o wojnie sprawiedliwej. Jego zasady są proste, jednak ich zastosowanie do obecnej sytuacji nie jest łatwe, gdyż wymaga to rzetelnej znajomości faktów, co w obecnym stanie raczej nie jest możliwe.

Zadane pytanie sugeruje, że obecna sytuacja wynika z braku nawrócenia Rosji, do którego miało prowadzić poświęcenie tego kraju Niepokalanemu Sercu Najświętszej Mariji Pannie. To by oznaczało stawianie Rosji w roli grzesznika i winowajcy w odniesieniu do aktualnego konfliktu, czyli wykorzystanie treści rzekomych objawień fatimskich do wydania oceny historyczno-politycznej, co oczywiście jest niedopuszczalne metodycznie. 

Wyjaśniam: 
Przede wszystkich należy mieć na uwadze, że tzw. tajemnice fatimskie - a to w drugiej z nich zawarte są słowa o Rosji - nie należą do uznanych przez Kościół objawień Matki Bożej, które miały miejsce od 13 maja do 13 października 1917 r. Pochodzą one dopiero z późniejszych rzekomych objawień danych s. Łucji (bądź rzekomej s. Łucji) z roku 1927, a opublikowanych w 1942 r. Tym samym nie ma żadnych podstaw do przypisywania tym textom wiarygodności w znaczeniu uznania przez Kościół. 

Jeśli by nawet założyć autentyczność - czyli boskie pochodzenie - tzw. drugiej tajemnicy fatimskiej, warto zauważyć: 

- Z całą pewnością Rosja jako kraj jest bardzo daleka od nawrócenia w znaczeniu katolickim.
- Jest również oczywiste, że poświęcenie Rosji według treści tzw. drugie tajemnicy fatimskiej niestety nie zostało spełnione, a to ze względów politycznych i ekumaniackich. Jak wiadomo, Jan Paweł II pragnął odbyć podróż do Rosji i miał nadzieję, że uniknięcie spełnienia żądania z z tzw. drugiej tajemnicy pomoże mu w osiągnięciu tego celu. Ponadto zapewnie nie chciał też pogarszać stosunków z Rosją już i tak napiętych wskutek ustanowienia katolickich struktur kościelnych w tym kraju. 
- Objawienia prywatne, o ile są autentyczne, jako orędzia mają charakter prorocki, to znaczy są apelem, wezwaniem do działań ze strony ludzi. Jeśli wezwanie jest warunkowe, to oczywiście należy liczyć się z konsekwencjami działania ludzkiego bądź tegoż zaniechania. Innymi słowy: o ile nie nastąpiło wypełnienie wezwania z tzw. drugiej tajemnicy fatimskiej, o tyle należy spodziewać się zapowiedzianych skutków niewypełnienia. 
- Trudno jednak ocenić, czy obecny moment jest spełnieniem zapowiedzi. To dopiero okaże się w rozwoju sytuacji. 
- Na pewno autentyczne, czyli uznane przez Kościół orędzie fatimskie (a do niego nie należą tzw. tajemnice fatimskie) jest nadal aktualne, a to oznacza aktualność wezwania do nawrócenia, pokuty i modlitwy za grzeszników. Owoce są pewne, nawet jeśli ich konkretnej postaci nie można przewidzieć. 

Katolik a "poprawność polityczna"

 


Bezmyślność w używaniu słów nawet w słusznych intencjach bywa zadziwiająca. Przykładem jest wyrażenie "poprawność polityczna", używane ironicznie przez tejże przeciwników. 

Rozumiem i popieram opinię, że tzw. political correctness to właściwie swego rodzaju pałka policyjna, służąca dyscyplinowaniu osób publicznych oraz ich wypowiedzi niezgodnych z pewną dyktaturą kategorij myślenia i poglądów. Ta pałka działa głównie przez lewackie media i lewackich - także kryptolewackich - polityków, a oddziaływuje również na oświatę, szeroko pojętą kulturę, rozrywkę, nawet na dziedzinę sportu. 

Jest oczywiście problem zdefiniowania owej poprawności. Oficjalnej definicji nie ma. Jest dość mgliste rozumienie, z pewnymi dość stałymi pryncypiami, pochodzącymi z lewackich ideologij. Mają one pełnić rolę swoistego "kodex moralnego", wprawdzie nigdzie oficjalnie nie określonego, jednak dość bezwzględnie exekwowanego. 

Jak się zachować w takiej sytuacji?

Po pierwsze, należy ostrożnie i z namysłem posługiwać się pojęciem "poprawność polityczna". Pospólstwo bowiem emocjonalnie z sympatią odbiera to pojęcie i może nie wyczuwać ironii w jego użyciu. Gdy polityk prawicowy rzuca gromy na "polityczną poprawność", to strzela do własnej bramki, nawet jeśli poza tym mówi coś mądrego. 

Po drugie, należy demaskować obłudę określenia "polityczna poprawność". Wiadomo, że polega ono na zawłaszczeniu sobie przez lewaków słowa, które samo w sobie jest kojarzone z czymś dobrym, słusznym i sympatycznym. Normalny człowiek nie lubi niechlujstwa, błędów, swawoli, przekrętów i przestępstw, zwłaszcza w polityce. Gdy więc polityk prawicowy publicznie pluje na polityczną poprawność, nie wyjaśniając pospólstwu, dlaczego to robi, to ma poważny problem w komunikacji z masą. 

Po trzecie. Oczywiście w zwykłym stejtmencie nie sposób zrobić wykładu o powiązaniach ideologicznych i fałszywości tegoż pojęcia. Dlatego radziłbym na co dzień zupełnie unikać tego pojęcia, przynajmniej dopóki nie zostanie dokonane na szerszą skalę jego odkłamanie. 

Po czwarte, należy pracować nad tym odkłamaniem, to znaczy wszcząć i wygrać debatę o tym, co jest na prawdę poprawne w polityce, a co fałszywie się tak określa. To odkłamanie musi się opierać na faktach, które są dostępne i zrozumiałe dla pospólstwa. Nie wystarczy, że polityk dobrze i mądrze myśli. Polityk, jeśli chce osiągnąć cel zdobycia i sprawowania władzy, musi odpowiednio dotrzeć do pospólstwa, to znaczy umieć z nim komunikować, a to oznacza także słuchanie odzewu, przede wszystkim gotowość słuchania. 

Katolik a kłusownictwo

 


Przez kłusownictwo rozumie się zwykle łowienie dzikiej zwierzyny na cudzym terenie. 

Sprawa jest o tyle skomplikowana, że na terenach nieogrodzonych - a na takich zwykle żyją dzikie zwierzęta - zwierzęta przemieszczają się swobodnie i nie sposób określić, czyją własnością jest dane zwierzę. Dlatego stosuje się zasadę terytorialną: zwierzyna przebywająca na danym terytorium jest własnością posiadacza tegoż. Jest to oczywiście tylko umowna zasada, którą można łatwo podważyć. Bardziej spójna jest zasada ograniczenia wstępu na dane terytorium. Ponieważ granice można dość dokładnie wyznaczyć, właściciel może kontrolować dostęp do swojego terenu. Jeśli teren zamknięty nie jest odpowiednio obszerny - rzędu przynajmniej dziesiątków tysięcy hektarów - to zwierzyna dzika nie ma dobrych warunków exystencji i tym samym występuje słabo bądź wcale. Wyjątkiem są chyba tylko ryby, aczkolwiek także ich ekosystem nie może być całkowicie zamknięty. 

Z punktu widzenia teologii moralnej istotne jest,

- że dana zwierzyna jest cudzą własnością (choć trudno określić jej właściciela), oraz

- czy istnieje konieczność jej zdobycia dla swojego życia i zdrowia.

Oczywiście także tutaj obowiązuje zasada, że prawo własności prywatnej nie ma rangi absolutnej, choć oczywiście ma wiążącą rangę i dlatego jest zawarte w Dekalogu. Innymi słowy: moralnie dopuszczalne jest sięgnięcie po cudzą własność prywatną wtedy i tylko i o ile to jest niezbędne dla własnego życia i zdrowia, czyli z konieczności ratowania wartości wyższej, jaką jest życie ludzkie. Te warunki są istotne, choć w praktyce są często pomijane, co wynika głównie z mentalności odziedziczonej po komuniźmie. 

W przypadku własności państwowej sprawa jest bardziej złożona, gdyż własność skarbu państwa nie jest to własnością prywatną lecz wspólna, a zarządzaną przez władze państwowe, których obowiązkiem jest dbałość o dobro wspólne. Tutaj granicą moralnej dopuszczalności jest określenie dobra wspólnego. Otóż dobro wspólne składa się z dobra jednostek, czyli wszystkich obywateli. Dlatego z mienia skarbu państwa wolno korzystać każdemu obywatelowi, o ile nie wyrządza przez to szkody ani nie umniejsza korzystania przez innych obywateli. Tak jest z perspektywy teologii moralnej. 

Osobną kwestią są przepisy regulujące pożytkowanie mienia państwowego. Oczywiście powinne być one podporządkowane zasadzie dobra wspólnego wszystkich obywateli. Zachodzi tutaj kwestia ocena zgodności przepisów z tą zasadą. Wiadomo, że każdy zainteresowany jest skłonny do interpretowania i działania raczej na swoją korzyść prywatną niż na rzecz dobra wspólnego. Istnieje nawet w prawie pojęcie niewielkiej szkodliwości społecznej. Tym samym możliwa jest sytuacja, że dany czyn może zostać tak właśnie prawnie zakwalifikowany, a mieć moralne uzasadnienie w rozsądnym i zasadnym przekonaniu, że nie wyrządza się szkody współobywatelom. Władze państwowe, regulując zasady korzystania z mienia skarbu państwa, powinne mieć na uwadze moralny wymiar oraz pedagogiczną rolę przepisów. Tylko wówczas ich exekwowanie może być realistyczne, gdyż będą miały powszechne uznanie i poparcie. 

Czy wolno kłamać dla słusznej sprawy?

 

Pytanie zawiera nietrafne sugestie i pomieszanie spraw. Oczywiście nie ma obowiązku wydania kogoś na niechybną śmierć. Ale też nie może być obowiązku skłamania dla ratowania komuś życia. Co więcej, ochrona życia - czy to swojego czy cudzego - nie usprawiedliwia skłamania czyli fałszywego świadectwa. Może być natomiast powodem wypowiedzi wieloznacznej. Tak uczy niezmienna katolicka teologia moralna. Niestety od pewnego czasu wkradł się do poglądów katolików, także duchownych i teologów, pogląd przeciwny, zresztą promowany i nagradzany przez tzw. opinię publiczną, nakręcaną przez środki masowego przekazu, zwłaszcza w związku z tzw. holocaustem i ratowaniem życia w extremalnej sytuacji wojny. O ile wchodzi w grę ratowanie przez kłamstwo, o tyle z gruntu fałszywe i niekatolickie jest określenie "sprawiedliwy wśród narodów świata", gdyż popełnianie fałszywego świadectwa jest niezgodne z etyką chrześcijańską, a jest usprawiedliwiane na gruncie etyki żydowskiej (talmudycznej) i kuranicznej (taqqiya). 

Temat już był poruszany kilkakrotnie. Polecam poprzednie wpisy w temacie zarówno VIII przykazania jak też covid'a (por. tutaj i tutaj).

Wygląda na to, że fałszywy pogląd jezuity o. Ślipko, jakoby wolno było kłamać w słusznej sprawie np. ratowania czyjegoś życia, poważnie zatruwa myślenie nawet katolików. 

Jak już wyłożyłem poprzednio, według nauczania Kościoła moralnie niedopuszczalne jest wszelkie kłamstwo, czyli każde świadome i celowe powiedzenie nieprawdy, czyli czegoś sprzecznego z posiadaną wiedzą. Moralnie dopuszczalna jest jedynie wypowiedź wieloznaczna (tzw. restrictio late mentalis), nawet jeśli dopuszcza wprowadzenie w błąd kogoś, kto nie ma prawa dowiedzieć się prawdy, a chce ją zdobyć w celu niegodziwym czyli niedopuszczalnym moralnie. 

Ta sama zasada dotyczy zarówno np. ukrywania żydów czy wystawiania im fałszywych metryk chrztu, jak też tzw. paszportów covidowych: poświadczenie nieprawdy jest grzechem. Słuszny cel ratowania życia czy zdrowia jedynie pomniejsza winę, ale nie czyni kłamstwa czymś moralnym, dobrym czy choćby neutralnym. 

Argument o. Ślipko, że hitlerowiec nie ma prawa dowiedzieć się prawdy o przebywaniu żydów, można łatwo obalić, gdyż z braku prawa do prawdy nie wynika prawo do bycia okłamywanym i tym samym do kłamania. Brak prawa do dowiedzenia się prawdy oznacza tylko, że dana osoba nie powinna się dowiedzieć prawdy, a nie że powinna zostać okłamana czy że wolno ją okłamać. Wolno jedynie wprowadzić ją w błąd przez wypowiedź wieloznaczną. 

Oczywiście wierność także ósmemu przykazaniu może wymagać heroizmu, jednak jest moralnym obowiązkiem katolika. Życie doczesne czy dobra materialne nie są dobrami absolutnymi i nie wolno poświęcać zasad moralnych w imię ratowania dóbr doczesnych. 

Porównanie do kwestii szabatu jest tutaj nietrafne, gdyż sprawa odnosiła się do faryzejskiej interpretacji drugiego przykazania, nie do samego przykazania. Uczniowie Pana Jezusa, zrywając kłosy dla zaspokojenia głodu sprzeniewierzyli się jedynie ówczesnej żydowskiej interpretacji przykazania, nie samem przykazaniu. Ponadto Pan Jezus powiedział o sobie, że jest Panem szabatu, czyli to On daje właściwe znaczenie przykazania i tym samym wyznacza granice grzechu. 

Czy potępienie błędów M. Luder'a jest niezmienne?

 

Otrzymałem następujące zapytanie:


Pytanie zawiera nieścisłości i nieporozumienia, jednak porusza ważną kwestię aktualności potępienia błędów herezjarchy Martin'a Luder'a. 

Rzeczony fragment bulli brzmi w oryginale następująco (źródło tutaj):

Czyli papież Leon X potępia m. in. następujące zdanie z nauczania M. Luder'a i jego zwolenników:

"Spalenie heretyków jest przeciwne woli Ducha", w domyśle Świętego. 

Chodzi oczywiście o karę śmierci stosowaną zwykle za herezję. 

Należy mieć na uwadze, że nie jest to kara kościelna, lecz kara orzekana i wykonywana przez władzę świecką. Prawo kościelne nie zna kary śmierci. Kościół owszem wypowiadał się teologiczne w kwestii dopuszczalności i zasad stosowania kary śmierci. Te same zasady dotyczą tej kary, gdy była orzekana i wymierzana heretykom. Mówiąc najkrócej, papież odrzuca mniemanie, jakoby stosowanie kary śmierci wobec heretyków było niezgodne z wolą Bożą. Papież nie mówi, że należy skazywać heretyków na śmierć przez spalenie. To jest istotna różnica. Należy zinterpretować to następująco: przesłanki konieczne do moralnie uzasadnionego orzeknięcia kary śmierci mogą być spełnione także w odniesieniu do heretyków. 

Bulla Exsurge jest oczywiście dokumentem exkatedralnym. Wynika to dość jasno z jej treści, gdzie papież powołuje się na swój autorytet apostolski. Tym niemniej należy rozróżnić warstwę doktrynalną, czyli nauczanie wiary i obyczajów (wraz z różnicowaniem stopnia pewności) od warstwy dyscyplinarnej, czyli zarządzeń praktyczno-prawnych. 

Charakter exkatedralny sam w sobie nie jest równoznaczny z nieomylnością w znaczeniu dogmatu Soboru Watykańskiego I, to znaczy nie musi oznaczać nieomylności formalnej, wiążącej katolików na zasadzie wiary w Boże Objawienie. Do formalnej nieomylności konieczne są bowiem także takie warunki jak - materialnie - przynależność danego orzeczenia do dziedziny wiary i moralności wynikającej z Bożego Objawienia, nie tylko dyscyplinarnej, oraz - formalnie - jego wiążące, czyli definiujące przedłożenie całemu Kościołowi. 

Tak więc bulla jako dokument jest aktem exkatedralnym, jednak nie każde jej zdanie jest nieomylną definicją dogmatyczną, której odrzucenie oznacza popadnięcie w herezję formalną, aczkolwiek może świadczyć o herezji materialnej, czyli odrzucaniu jakiejś prawdy wiary katolickiej. 

Podane wyżej zdanie o moralnej dopuszczalności kary śmierci dla heretyków, mimo że jest orzeczeniem exkatedralnym, nie spełnia warunków nieomylności formalnej, gdyż nie dotyczy wprost prawd wiary i obyczajów, oraz nie jest definicją dogmatyczną. Pod względem formalnym papież nie podaje tutaj do wierzenia prawdy typu: palenie heretyków na stosie jest zgodne z natchnieniem Ducha Świętego. Takie zdanie w ogóle nie kwalifikuje się do kategorii definicyj dogmatycznych, gdyż wprost dotyczy państwowego porządku prawnego, a nie prawd wiary i moralności. Owszem, w kwestii kary śmierci dla heretyków słusznym jest stanowisko oparte na przesłankach z dziedziny prawd wiary i moralności, jednak to słuszne stanowisko ze swej natury nie jest prawdą wiary czy moralności, czyli przynależącą do dziedziny nieomylności Kościoła i papieża. Jeśli by więc któryś papież ogłosił zdanie przeciwne, czyli takie, które bulla podaje jako pochodzące od M. Luder'a, to ono również nie byłoby w żaden sposób wiążące, nawet jeśli by było głoszone uroczyście czyli jako definicja dogmatyczna. 

Te wyjaśnienia mogą się wydawać nieco zawiłe, jednak są właściwie o tyle proste, że polegają na prostych zasadach, które wymagają precyzyjnego stosowania, a tego niestety jest obecnie szczególnie brak zarówno u teologów jak też w dokumentach watykańskich. 

Jak w obecnej sytuacji można mieć tradycyjny ślub?

 


Przede wszystkim należy dla siebie zadecydować o priorytetach:

- Czy ważniejszy jest celebrans, czy ryt sakramentu?

- Czy ważniejszy jest ryt, czy miejsce jego sprawowania?

Najprościej obecnie - paradoxalnie - osiągnąć sprawowanie tradycyjnego ślubu u FSSPX (oczywiście nie licząc warunków, jakie ze swej strony stawia FSSPX). Wynika to z faktu, że - według udzielonej przez Franciszka zgody - kapłani FSSPX mogą od biskupa miejsca uzyskać jurysdykcję, której biskup miejsca udziela zwykle tylko proboszczom, względnie także wikarym, natomiast każdy kapłan spoza parafii musiał mieć delegowaną jurysdykcję od proboszcza.

Wprawdzie odnośnie do parafij sytuacja dla obrzędów sakramentalnych oprócz Mszy św. nie jest prawnie jasna, gdyż motu proprio Traditionis custodes odnosi się wyłącznie do mszału sprzed 1970 r. Jednak faktycznie panuje obecnie interpretacja, według której sprawowanie obrzędów sakramentalnych jest całkowicie zakazane. Można i należy z takim mniemaniem polemizować zarówno prawnie jak też teologicznie, jednak realnie decyduje praktyka w danej diecezji i parafii. 

Tak więc zarówno teologicznie jak też prawnie nic nie stoi na przeszkodzie, by proboszcz udzielił delegacji kapłanowi, nie wnikając w to, w jakim rycie obrzęd będzie sprawowany. Niesie to ze sobą pewne ryzyko konsekwencyj dla proboszcza, o których zadecyduje biskup miejsca. Nie należy z góry wykluczać, że znajdzie się odpowiedni proboszcz i też biskup. 

W obecnej nadzwyczajnej sytuacji prześladowania tradycyjnej liturgii Kościoła moralnie dopuszczalne jest rozwiązanie stosowane od wieków w sytuacji prześladowań: sprawowanie bez formalnej jurysdykcji. Wiąże się to oczywiście z kwestią dostępu do odpowiedniej świątyni, ze znalezieniem celebransa itp. Tutaj każdy musi ułożyć swoje priorytety. Prawnie wygląda to tak, że celebrans może dokument o zawarciu sakramentalnego małżeństwa, wraz z podpisami nowożeńców i świadków. Taki dokument można następnie przedłożyć u swojego proboszcza celem oficjalnego uznania ważnego zawarcia sakramentalnego małżeństwa mimo braku formalnej jurysdykcji celebransa. Jeśli celebrans nie chce się ujawnić, wówczas wystarczy dokument podpisany przez małżonków oraz dwóch świadków. To powinno wystarczyć do przeprowadzenia procedury tzw. sanatio in radice, czyli uznania ważności zawartego małżeństwa mimo braku jurysdykcji celebransa. 

X. Oko kłamie i jego promotorzy wraz z nim (z post scriptum)

 



Niestety jeszcze raz muszę poruszyć sprawę x. Oko, o której był już obszerny wpis (tutaj). A to z tego powodu, że zarówno on sam jak też jego promotorzy - zwłaszcza środowisko PCh24 oraz Paweł Lisicki, a ostatnio także Dawid Mysior - nadal sieją kłamstwa, a moje sprostowania usuwają bez słowa. Jest to tym bardziej skandaliczne, że te osoby prezentują się jako katolicy konserwatywni, co szczególnie zobowiązuje do rzetelności i uczciwości w podejściu do faktów i prawdy. Motywacji można się dość łatwo domyśleć: nikt normalny nie lubi ani mafii, ani nadużyć, ani duchownych homosexualnych, więc bardzo łatwo zdobyć sobie popularność jadąc na takich tematach, tudzież oczywiście zrobić pokaźny biznes, bo połączenie dziedziny poniżej pasa z dziedziną kościelną zawsze wzbudza ciekawość i otwiera portfele. 

Następujące kłamstwa x. Oko omówiłem już chyba wystarczająco w poprzednim wpisie:

- że powodem sprawy jest rzekomo artykuł naukowy x. Oko,

- że x. Oko został skazany za swój pogląd na tzw. lawendową mafię w Kościele,

- że Franciszek jest okłamywany co do przestępców homosexualnych w hierarchii i dlatego  działa tak jak działa. 

Uzupełniam po krótce:

Ani książka x. Oko, ani jej fragment opublikowany w niemieckim miesięczniku Theologisches nie są pracami naukowymi, lecz jedynie zlepkiem internetowych wieści, i to niepełnych, wybiórczych i w poważnym stopniu przekręconych. Ów miesięcznik - w którym zresztą także publikowałem - nie jest czasopismem naukowym, lecz popularno-teologicznym, oczywiście generalnie na wysokim poziomie merytorycznym. Dlatego, przyznam szczerze, nie do końca rozumiem, dlaczego puszczono w nim coś takiego jak wypociny x. Oko. Mam jednak swoje przypuszczenie na podstawie osobistej znajomości z gronem redaktorskim. Otóż przypuszczalnie x. Oko zaoferował redakcji swój text, a dla redakcji była to mile widziana okazja do oczyszczenia się. Wyjaśniam: 

- Przez wiele lat redaktorem naczelnym tego miesięcznika był Dawid Berger, były nauczyciel religii z Kolonii, doktor filozofii, który habilitował się na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Otóż jego funkcja w miesięczniku zakończyła się z hukiem po tym jak w 2010 r. "wyoutował" się jako praktykujący homosexualista. Następnie wydał książkę, w której oskarżył m. in. Benedykta XVI o ukrywany homosexualizm. 

- Jest jeszcze inna afera. Otóż bardziej znany w Polsce były ksiądz Krzysztof Charamsa, który wyoutował się jako praktykujący homosexualista, studiował w Lugano u obecnego redaktora naczelnego tegoż miesięcznika x. prof. Manfred'a Hauke. 

- W okresie gdy byłem związany ze stowarzyszeniem teologów niemieckojęzycznych Deutsche Arbeitsgemeinschaft für Mariologie, prowadzonym przez x. Hauke, byłem osobiście świadkiem, że x. Wolfgang Rothe - znany obecnie z sądowego oskarżenia wobec x. Oko - ubiegał się o przyjęcie do tego stowarzyszenia. W tej sytuacji, wiedząc, kim jest x. Rothe, wystosowałem pisemnie do x. Hauke swój sprzeciw i zawiesiłem swoje członkostwo w DAM do momentu aż członkostwo x. Rothe zostanie jednoznacznie odrzucone (x. Hauke może potwierdzić te fakty). Niestety miał on poparcie poprzedniego przewodniczącego DAM, emerytowanego profesora dogmatyki z Augsburga, x. prof. Anton'a Ziegenaus'a. Ostatecznie x. Rothe nie został przyjęty do DAM, ale czasami publikowano jego texty w Theologisches. Zakończono z nim współpracę dopiero gdy zaczął otwarcie bronić homosexualizmu. 

O tych faktach mógłby się dowiedzieć x. Oko, gdyby się postarał. Widocznie nie zależy mu na faktach i prawdzie, lecz na robieniu ze siebie bohatera, żeby jego wypociny się sprzedawały. Do tego celu wykorzystał obecne grono wydawców Theologisches, któremu zależy na oczyszczeniu swojego wizerunku, a równocześnie bywa dość naiwne niestety (jak świadczą fakty). 

Tyle tytułem uzupełnienia poprzedniego wpisu. 

Nie mniej istotne dopowiedzenie odnośnie do przytaczanej sprawy kardynała Hans'a Hermann'a Groër'a z Wiednia. Otóż tutaj kłamanie przez x. Oko i jego promotorów przekracza wszelkie granice. Splamił się tym nawet Paweł Lisicki (z którym się zasadniczo zgadzam we wielu kwestiach) w jednym ze swoich wystąpień w obronie x. Oko. Ostatnio oszczercze kłamstwo popełnił też jeden z młodych redaktorów PCh24 Paweł Chmielewski: 


Nie wiem, na czym się ten człowiek opiera, chyba tylko na kłamstwach x. Oko, gdyż tutaj nic nie jest prawdą, co można sprawdzić choćby nawet zaglądając do wikipedii. Jedynie w jednym szczególe wikipedia kłamie, mianowicie co do liczby oskarżeń, bowiem po prawdzie oskarżenie wobec kard. Groër‘a wysunął tylko jeden były uczeń i to po około 30 latach. Nie jest znana ŻADNA inna osoba z imienia i nazwiska. Tak więc twierdzenie, że takich przypadków było więcej, jest bezpodstawne. A zupełnym kłamstwem - a to już głosi Chmielewski - jest powiedzenie, jakoby Groër molestował kleryków. O kontekście tej sprawy już kiedyś pisałem (tutaj).

Jeden z jego byłych uczniów i to chyba najsłynniejszy, a zupełnie nie podzielający poglądów teologicznych Kardynała, mianowicie x. Helmut Schüller - który był zresztą wikariuszem generalnym kardynała Schönborn‘a, a następnie przywódcą tzw. Pfarrerinitiave, która wysuwała postulaty daleko idących zmian w nauczaniu i dyscyplinie Kościoła - nawet jeszcze w roku 2006, czyli trzy lata po śmierci Kardynała publicznie potwierdził, że nigdy u niego nie zauważył choćby najmniejszych podstaw do oskarżeń o molestowanie czy choćby skłonność (źródłem jest wywiad dla żydowskiego dziennika dla Austriaków): 


Należy mieć na uwadze, że x. Schüller swego czasu należał do grona młodzieży szczególnie blisko związanej z x. Groër'em, mianowicie do Legionu Marii, którego ten ostatni był krajowym duszpasterzem, czyli na całą Austrię. 

Istotne są także następujące fakty:

Jedynym rzekomym potwierdzeniem oskarżeń tego jednego ucznia są zarzuty niektórych byłych współbraci z klasztoru benedyktynów w Göttweig, do którego przynależał kardynał Groër. Te zarzuty, zresztą mgliste, bez podania konkretnych faktów, były przedmiotem apostolskiej wizytacji w klasztorze. Jej wyniki nie zostały nigdy opublikowane, nie wymierzono także żadnej kary Kardynałowi. Należy mieć na uwadze, że zarzuty pochodziły od współbraci znanych z antykatolickich poglądów, jak o. Udo Fischer, który od lat zwalczał katolicką doktrynę moralną. 

To się dokładnie wpisuje w całość sprawy. Otóż zwykle jest pomijane niestety, jak doszło do oskarżeń wobec kardynała Groër'a. Otóż ten były uczeń, o nazwisku Josef Hartmann, wysunął swoje oskarżenie w marcu 1995 r. na łamach masońskiego tygodnika Profil (jego ówczesny redaktor naczelny, Hubertus Czernin, jest zdeklarowanym masonem), po tym, jak Kardynał w swoim liście pasterskim na Wielki Post (urzędował jeszcze na stolicy arcybiskupiej mimo osiągnięcia wieku emerytalnego i złożenia rezygnacji) słowami św. Pawła napiętnował homosexualizm. Jest więc jasne, że w oskarżeniu chodziło właściwie o podważenie nauczania Kościoła w tej kwestii, co było regularnie artykułowane przez buntowników w łonie Kościoła (np. tutaj). 

Jak słusznie podaje wiki, tzw. afera Groër'a stała się zapalnikiem dla tzw. plebiscytu ludu kościelnego (Kirchenvolksbegehren), co wskazuje na przygotowaną strategię o dalekosiężnych celach (por. także tutaj). Obecnie, prawie 30 lat po tych wydarzeniach, widać jeszcze wyraźniej, iż propaganda o rzekomych czy rzeczywistych nadużyciach sexualnych w Kościele ma właściwie na celu wymuszenie zmian w nauczaniu i dyscyplinie Kościoła w dziedzinie sexualnej. 

Teraz jesteśmy świadkami kolejnego szczytu tego nacisku. Haniebne jest, że x. Oko i jego - mniej czy bardziej naiwni - promotorzy dość dokładnie wpisują się w tę strategię. Aczkolwiek wszystko wskazuje na to, że motywacja x. Oko jest bardziej przyziemna, mianowicie kreowanie siebie na bohatera i sprzedawanie swojej dość niskiej jakości i w poważnym stopniu zakłamanej książki. 

---
Wersja do posłuchania:




Post scriptum

Od przedstawiciela prezydium wspomnianego wyżej stowarzyszenia teologów niemieckich (DAM) otrzymałem następującą wiadomość:

W tłumaczeniu:

"Księdza odrzucenie członkostwa ks. Rothe całkowicie się potwierdziło. My ulegaliśmy oszukiwaniu przez niego. Czy Ksiądz zechciałby znowu aktywnie uczestniczyć w działalności Deutsche Arbeitsgemeinschaft für Mariologie?"

Wyjaśniam: x. Rothe po moim sprzeciwie jednak nie został przyjęty do DAM. Spora część członków stowarzyszenia wprawdzie nie rozumiała mojego stanowiska, jednak widocznie uznała je za znaczące. Teraz, po latach, stało się dla wszystkich oczywiste, że mój sprzeciw był słuszny. 

Tak to jest w życiu, że niekiedy dopiero po latach okazuje się, kto ma rację.