Warunki zawarcia sakramentu małżeństwa



ad 1)
Według prawa kościelnego dopiero małżeństwo ważnie zawarte i skonsumowane (czyli po odbyciu aktu małżeńskiego) - ratum et consummatum - jest nierozwiązywalne czyli ma pełną obowiązywalność prawną. Wynika to z natury małżeństwa: jego celem pierwszorzędnym jest przekazywanie życia, a to odbywa się w akcie małżeńskim. Ten akt ze swej natury jest płodny, choć nie zawsze jest faktycznie płodny (osobną sprawą jest uczynienie go niepłodnym). Natomiast niepłodność może być tymczasowa, a jej przyczyny nawet w obecnym stanie wiedzy medycznej nie są zawsze jasne. Nierzadko się zdarza, że małżonkowie dopiero po latach starań otrzymują potomstwo. W każdym razie niepłodność może zostać przynajmniej czasami wyleczona, czy to medycznie czyli naturalnie, czy poprzez ingerencję Bożą czyli cud. 

ad 2)
To jest sprawa kościelno-prawna, ale nie czysto dyscyplinarna, czyli podlegająca zmianom, lecz ściśle związana z katolickim rozumieniem małżeństwa, którego podstawą jest Boże Objawienie. Innymi słowy: z pojęcia małżeństwa wypływającego z Bożego Objawienia wynikają takie a nie inne konsekwencje prawne, które nie są dowolnie wymienialne i tym samym są niezmienne. 




ad 3)
Chodzi oczywiście o stwierdzenie nieważności, nie o unieważnienie. Proszę zwrócić uwagę na oryginalny text łaciński.

ad 4)
Obecność świadków należy do formy małżeństwa koniecznej dla ważności prawnej. Jest jednak możliwe uzyskanie dyspenzy od tej formy, gdy okoliczności tego wymagają. Bowiem materią sakramentu jest konsens małżeński czyli nieprzymuszona wola obojga zawarcia małżeństwa w katolickim znaczeniu. Gdy nie ma świadków, wówczas jest problem w stwierdzeniu zaistnienia materii w momencie zawarcia, a ma to konsekwencje zwłaszcza w sytuacji późniejszej chęci zaprzestania pożycia małżeńskiego. Forma zabezpiecza stwierdzenie zaistnienia materii i tym samym ważności zawarcia. Jeśli małżeństwo zostało z konieczności zawarte bez formy, czyli bez świadków, czyli jako małżeństwo tajne, a potem nastała sytuacja normalna czyli możliwość stwierdzenia materii wobec Kościoła, wówczas przeprowadzana jest procedura tzw. uzdrowienia w korzeniu (sanatio in radice), polegająca na formalnym stwierdzeniu materii czyli consensus matrimonii. W ten sposób uzupełniana jest forma, dzięki czemu małżeństwo jest uznawane jako faktycznie zawarte.

Czy określenie "Eucharystia" jest niewłaściwe?



Zacznijmy od samego słowa i pojęcia. Słowo jest pochodzenia greckiego i oznacza "dziękczynienie" (od εὐχαριστώ czyli dziękować, składać podziękowanie). Zgodnie z zasadą pierwszych chrześcijan, słowo to nie oznacza istoty sakramentu, lecz jedynie pewien element, właściwie fragment, wyrażony głównie w prefacji, który umownie został zastosowany do całości. Wynikało to zarówno z głębi tajemnicy tego sakramentu, jak też z konieczności ochrony przed nieporozumieniami. W rezultacie w oficjalnym nazewnictwie Kościoła przyjęło się określenie "sakrament Eucharystii" jako najczęściej stosowane, aczkolwiek nie wykluczające innych nazw jak "sakrament Ołtarza" czy "sakrament Komunii".

Na podobnej zasadzie powstało określenie "Msza święta". Pochodzi ono także od pojedynczego fragmentu liturgii, którym jest rozesłanie w uroczystym wezwaniu diakona "Ite missa est". Słowo missa jest tutaj różnie tłumaczone. Pochodzi ono od łacińskiego mittere czyli posyłać, wysyłać, także ofiarować. W tym miejscu zachodzi właśnie to ostatnie znaczenie, dlatego słusznie przetłumaczono w pierwszej wersji mszału polskiego po Vaticanum II jako "Idźcie, ofiara spełniona". Z czasem łacińskie missa stało się własną nazwą obrzędu sprawowania sakramentu Eucharystii jako całości. Należy mieć na uwadze, że pojęcie "Eucharystia" w znaczeniu sakramentu jest szersze niż Msza św., ponieważ zawiera ono także Komunię św. udzielaną poza Mszą św., a także adorację Najświętszego Sakramentu. Eucharystia jest bowiem także wtedy sprawowana (dokładniej: jej część), gdy kapłan udziela Komunii św. chorej osobie w domu.

W ostatnich dziesięcioleciach stało się modne unikanie określeń takich jak Msza św., Najświętszy Sakrament, Najświętsza Ofiara, Ofiara Mszy św. Ma to związek z protestantyzującą tendencją zamazywania czy wręcz negowania ofiarnego charakteru tego sakramentu. De facto więc preferowanie określenia "Eucharystia" często wskazuje na dystans wobec katolickiego rozumienia, aczkolwiek samo w sobie nie jest heretyckie, mimo że może wynikać z heretyckich poglądów. Należy więc zachować zarówno ostrożność jak też umiar w ocenie.

Jak wskazałem, dla określenia sakramentu nazwa "Eucharystia" jest poprawna i poręczna, aczkolwiek należy pamiętać, że nie wyraża ona istoty. Natomiast niepoprawne i niebezpieczne jest unikanie nazw właściwszych dla określenia istoty, czyli wskazujących na ofiarny charakter.

Czy oglądanie filmów typu Sekielskiego jest grzechem?


Pytanie słusznie zwraca uwagę na problem, którego dotychczas chyba nikt nie poruszył w przestrzeni publicznej, nawet ze strony przedstawicieli hierarchii. Zamiast tego w przestrzeni publicznej panuje jakby obowiązkowa zgodność w postawie wobec tego typu filmów.

Oczywiście należy najpierw podkreślić, że publiczne piętnowanie grzechów, zwłaszcza tego typu, w szeregach duchowieństwa jest słuszne i potrzebne, gdy nieskuteczne dla nawrócenia okazało się upominanie w cztery oczy oraz powierzenie sprawy władzom kościelnym. Słuszne jest też domaganie się sprawiedliwej kary, gdyż ukaranie ma sens zarówno zadośćuczynienia i naprawienia, jak też pedagogiczny, czyli zapobieganie naśladowaniu zła. Nie będę tutaj wchodził szczegółowo w temat, czy takie były motywacje Sekielskich, ponieważ brakuje mi wszechstronnych danych. Pewne jest, że motywacja jest przynajmniej niejasna, a nawet wątpliwa. Wydaje się dość prawdopodobne, że motywacją nie była ani życzliwość wobec Kościoła, ani wobec ofiar nadużyć. Te ostatnie zostały potraktowane raczej instrumentalnie w określonym celu. Jeśli tak jest, to motywacja jest nieczysta i tym samym grzeszna.

Oprócz motywacji istotne są faktyczne skutki, zarówno społeczne jak też indywidualne, osobiste. Skutkiem - i to chyba zamierzonym - jest podważenie autorytetu Kościoła i to nie tylko jako instytucji lecz jego nauczania w dziedzinie obyczajów. Oczywiście, o ile filmy ukazują fakty, to te fakty jako grzechy, a nie publiczne ich ukazanie jest przyczyną złą. Jednak to ukazanie ma także swoje skutki, zarówno zamierzone jak też uboczne, które należy brać pod uwagę w ocenie moralnej. Bez wątpienia ochrona przed wykorzystywaniem sexualnym jest dobrem wyższym niż reputacja duchowieństwa czy całego Kościoła. Jednak by cel ochronny był wiarygodny, musiałby odnosić się do wszystkich grup społecznych, nie tylko do duchownych, aczkolwiek słuszne jest oczekiwanie od duchowieństwa zachowywania wyższych standardów.

Skutki indywidualne, czyli dla własnej osoby, każdy musi rozważyć sam. Każdy musi w sumieniu zadecydować, czy oglądanie filmu, którego motywacja jest przynajmniej niejasna, a być może nawet zła, jest odpowiednim spożytkowaniem czasu i energii. Tego typu film powinny oczywiście zobaczyć władze kościelne z obowiązku. Szeroka publiczność natomiast ogląda w najlepszym wypadku z ciekawości, a nierzadko szukając potwierdzenia dla swoich uprzedzeń czy nawet wrogości wobec Kościoła i duchowieństwa.

Pewne jest: Co do istoty tego typu filmy nie pokazują czegoś nowego. Grzech zawsze był w Kościele i szeregach duchowieństwa. Także filmy czy inne publikacje tego nie zmienią. Oczywiście dobrze, że powstały, jeśli uchronią choćby jedno dziecko przed nadużyciem czy doprowadzą do sprawiedliwego ukarania winowajców. Niemniej ważne, a nawet najważniejsze i konieczne jest pobudzenie do nawrócenia i odnowy zarówno wewnątrz Kościoła jak też w ogóle w przestrzeni społecznej. Grzechy wśród duchowieństwa nie pochodzą ani od Pana Boga ani z boskiej konstytucji Kościoła, lecz ze zbrukania duchem świata, zmysłowością, czyli z braku ducha, którym powinni żyć zwłaszcza duchowni. Duchowni nie biorą się znikąd, lecz pochodzą z rodzin, społeczności lokalnych, szkół itd. Tym samym od stanu moralnego w rodzinach, w społeczeństwie i państwie zależy także poziom moralny duchowieństwa.

Jak właściwie rozważać tajemnice różańca?


Rozważanie modlitewne ma różne formy. Są różne definicje rozważania.

Najważniejsze jest, żeby rozważanie spełniało definicję modlitwy. Zaś klasyczna katolicka definicja modlitwy - podana chociażby u św. Jana Damasceńskiego i św. Tomasza z Akwinu - to: wzniesienie umysłu do Boga.

Oznacza to, że modlitwa jest czynnością co do istoty duchową, gdyż jest aktywnością umysłu. Jednak umysł zakłada także odpowiednie czynności całego człowieka, czyli także ciała, uczuć, woli, rozumu.

W przypadku modlitwy różańcowej usta są zajęte powtarzaniem tych samych słów, które są prośbami. Dla wzbogacenia i pogłębienia dodane jest rozważanie tzw. tajemnic, czyli wydarzeń życia Pana Jezusa i Jego Matki. To odpowiada naturze i strukturze naszego umysłu, który zwykle i przeważnie zajmuje się wydarzeniam i osobami. Z myśleniem wiąże się wyobraźnia czyli duchowe przedstawianie sobie osób i wydarzeń. Jest to "widzenie" i "słyszenie" zdolnościami umysłu. Podstawą są tutaj opisy z Ewangelii czy dzieła świętych Kościoła. Można posłużyć się także pobożnymi obrazami.

Systematyczną szkołą takiego rozważania są Ćwiczenia duchowe św. Ignacego z Loyoli. Nie ma więc żadnej sprzeczności między duchowością tzw. ignacjańską a odmawianiem różańca. Te sposoby modlitwy nawzajem się pogłębiają i uzupełniają.

Pomocny może być na przykład taki sposób: Przed każdą tajemnicą wyobrażam sobie wydarzenie, którego tajemnica dotyczy, czyli widzę miejsce, osoby, okoliczności. Wtedy kieruję słowa różańca z Panem Jezusem do Ojca oraz do Matki Bożej w uwielbieniu Jej Syna i z prośbą o Jej wstawiennictwo w drodze z Jej Synem.

Czy usuwanie tabernakulum na bok jest zgodne z wiarą katolicką?


Problem pojawił się wraz z celebrowaniem tzw. twarzą do ludu. Zaś takie celebrowanie zostało wprowadzone z fałszywym powoływaniem się na Ostatnią Wieczerzę ("Pan Jezus nie spożywał Ostatniej Wieczerzy tyłem do uczniów") oraz rzekomy nakaz Vaticanum II. Wskazanie na Ostatnią Wieczerzę jest fałszywe i protestanckie. W rozumienia katolickim Msza św. nie jest odtwarzaniem czy pamiątką Ostatniej Wieczerzy lecz uobecnieniem Ofiary Krzyżowej. Natomiast Vaticanum II nie mówi ani słowem o kierunku celebracji, ani tym bardziej nie nakazuje celebrowania twarzą do ludu, czyli odwrócenia celebransa.

W związku - ewidentnie kłamliwym i heretyckim - wprowadzeniem celebracji przodem do ludzi pojawił się problem ustawienia celebransa tylem do tabernakulum i tym samym do Najświętszego Sakramentu. Jest to szczególnie jaskrawe w starszych kościołach, gdzie tabernakulum znajduje się w centralnym miejscu, w sercu świątyni. Gdzieniegdzie usunięto Najświętszy Sakrament do ołtarza bocznego. W nowobudowanych kościołach zwykle umieszcza się tabernakulum to z boku, czyli nie na centralnym miejscu, albo w osobnej kaplicy. Oczywiście nie rozwiązuje to problemu braku czci dla Najświętszego Sakramentu, lecz jakby cementuje ten brak już w sposób architektoniczny.

Moderniści powołują się tutaj na układ architektoniczny starożytnych i średniowiecznych świątyń, gdzie rzekomo albo wcale nie było tabernakulum, albo znajdowało się gdzieś z boku. Po pierwsze, jest to powoływanie się fałszywe, gdyż są dowody historyczne na stosowanie tabernakulum już we wczesnym średniowieczu. Po drugie, ten argument modernistyczny jest niczym innym jak herezją archeologizmu, która polega na odtwarzaniu zwyczajów zamierzchłych czasów z pominięciem postępu rozumienia prawd wiary katolickiej, czy wręcz przeciw tym prawdom.

Owszem, prawdą jest, że świątynie skoncentrowane architektonicznie na tabernakulum stały się powszechną regułą dopiero z końcem średniowiecza, a w baroku przybrały szczególnie wyraziste i bogate formy. Nie był rozwój przypadkowy, gdyż wynikał wprost z prawdy wiary katolickiej o realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Ta prawda należy od początku - czyli od czasu Apostołów - do depozytu wiary Kościoła, aczkolwiek jej dowartościowanie oraz odpowiednie wyrażenie nastąpiło dopiero stopniowo na przestrzeni wieków, zaś impulsem były herezje atakujące ją. Dlatego powracanie do dawnych form architektonicznych odnośnie miejsca tabernakulum oznacza de facto nie tylko odrzucenie słusznego, autentycznego rozwoju rozumienia wiary i pobożności katolickiej, lecz uderza w prawdę wiary przynajmniej pośrednio.

Dowodem na to jest chociażby spontaniczne zachowanie ludzi w pomieszczeniu bez tabernakulum jako centrum i serca świątyni. Coraz bardziej powszechne staje się zachowanie w stylu hali widowiskowej i miejsca spotkań, czyli bez postawy modlitwy i adoracji.

Zaś pod względem teologicznym zarówno ustawianie się celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu, a także usuwanie tabernakulum na bok jest nie tylko fałszywe, lecz sprzeczne także z nauczaniem Vaticanum II. Bowiem w konstytucji o liturgii czytamy, że Jezus Chrystus jest w największy sposób obecny pod postaciami eucharystycznymi, a nie w akcji liturgicznej, ani w osobie celebransa:


Dlatego postawienie celebransa i jego czynności w centrum, kosztem miejsca Najświętszego Sakramentu jest fałszywe, sprzeczne z wiarą katolicką, niszczące tę wiarę u wiernych, oraz gorszące.

Czy objawienia prywatne Boga Ojca są teologicznie możliwe?


Najpierw od strony duszpasterskiej. Prywatnymi objawieniami zasadniczo nie należy się zajmować, przynajmniej dopóki nie zostaną uznane przez władze kościelne. Tym bardziej nie wolno wierzyć i rozpowszechniać, gdy zostały już formalnie odrzucone czy przynajmniej mają treści wątpliwe teologicznie.

Zaś od strony teologicznej istotne są tutaj dwie zasady:
- wszechmoc i wolność Boga, oraz
- stałość i niesprzeczność Jego działania w historii.

Oczywiście Bóg może działać w historii wyłącznie według Swojej woli i Swojego planu, oraz de facto tak działa, także w sposób nieprzewidywalny dla nas. Jednak równocześnie nie przeczy Sobie ani Swemu poprzedniemu działaniu, gdyż całe działanie, choć odbywa się w historii, jest równocześnie wieczne w znaczeniu ponadczasowe.

Innymi słowy: nie można wprawdzie z góry wykluczyć, że Bóg Ojciec zadziała w objawieniu prywatnym (oczywiście autentycznym), jednak można i należy wykluczyć, że byłoby ono sprzeczne z dotychczas znanym nam działaniem, czyli z Bożym Objawieniem w historii.

Konkretnie: możemy przyjąć, że może się wydarzyć objawienie prywatne tego typu co głos Boga Ojca poświadczony w Ewangeliach, jak w
Mt 3, 17
Mk 9, 7
Łk 9, 35
J 12, 28

Z tego samego powodu jest teologicznie wykluczone objawienie się Boga Ojca w widzialnej postaci, gdyż nie ma to podstaw w Bożym Objawieniu, dokładniej, w sposobie objawiania się Boga Ojca w historii.

Czy Bóg potrzebuje obrony?



Zestawienie "obrony Boga" z "terroryzowaniem ludzi" jest po pierwsze niejasne, a po drugie dziwne. Podczas gdy to pierwsze jest zupełnie zagadkowe, to drugie jest tutaj bliżej określone jako "budzenie nienawiści, przemocy, ekstremizmu i ślepego fanatyzmu", jednak nadal nie wiadomo, o co konkretnie chodzi. Bez tego dookreślenia nie można w sposób odpowiedzialny odnieść się do tych słów.

Mogą one być jednak okazją do paru wyjaśnień.

Otóż apologia czyli obrona nauczania Kościoła przed zarzutami i atakami ze strony zarówno żydów jak i pogan, jest najstarszym i pierwotnym gatunkiem teologii katolickiej, zresztą zakorzenionym już w Piśmie świętym.

Tak więc w obronie, którą Kościół zawsze uprawiał, nie chodzi o obronę Boga, lecz obronę prawdy o Bogu, która została nam dana czy to przez naturalne światło rozumu, czy to przez wiarę w Boże Objawienie. Tej obrony Pan Bóg właśnie potrzebuje, gdyż po to właśnie powierzył Kościołowi Boże Objawienie, by Kościół je głosił, także odpowiadając na argumenty przeciwników. Tym samym negowanie apologetyki katolickiej jako takiej jest negowaniem misji Kościoła powierzonej mu przez Boskiego Założyciela - Syna Bożego.

Czy wyświęcanie żonatych diakonów jest ważne i godne?




Jak poświadczają te zapytania, temat jest obecnie intrygujący.

Ważność udzielenia sakramentu święceń nie zależy od tego, czy przyjmujący święcenia jest żonaty czy nie, podobnie jak nie zależy od tego, czy jest chory, czy zdrowy, moralnie przynajmniej w normie czy osobą niemoralną, oraz jaką ma motywację do przyjęcia święceń, w jaki sposób zdobył dopuszczenie do święceń itp. Te kwestie natomiast są istotne dla godziwości udzielenia święceń. Sam fakt dopuszczenia kogoś do święceń nie jest istotny. Nie są istotne także regulacje prawne odnośnie tego dopuszczenia, gdyż prawo zasadniczo jest zmienne, a powinno być podporządkowane normom nadrzędnym. Istotna jest zgodność z normami, którymi są prawdy wiary katolickiej poświadczone w Tradycji Apostolskiej oraz Piśmie św.

Problem z tzw. diakonatem stałym obecnie polega na tym, że po raz pierwszy w historii Kościoła (pomijając schizmatyków i heretyków) święceni nie są zobowiązani do stałej wstrzemięźliwości sexualnej, niezależnie od tego, czy żyją w małżeństwie czy nie (więcej tutaj). Wskazany w pytaniu "regulamin naboru" Archidiecezji Łódzkiej zakłada nawet, że kandydatami do diakonatu stałego są wyłącznie żonaci, a to w wieku od 32 do 60 lat, co oznacza de facto, że nie stawia się im jakichkolwiek wymagań odnośnie wstrzemięźliwości sexualnej, całkiem tak samo jak w protestantyźmie i tylko w nim, ponieważ u wschodniaków obowiązuje wstrzemięźliwość liturgiczna, czyli związana z dniami sprawowania kultu Bożego (wschodniacy nie sprawują Eucharystii codziennie, lecz tylko w niedziele i święta). Tym samym mamy tutaj do czynienia z jednym z głównych elementów protestantyzacji życia Kościoła, co oczywiście godzi w jego wiarę i autorytet. Nie jest tutaj istotne, że ma to miejsce już od pontyfikatu Pawła VI.

Fałszywe jest powoływanie się na Vaticanum II, gdyż Lumen gentium mówi, że
- na diakonów stałych mogą być wyświęcani także starsi żyjący w małżeństwie,
- jak też "zdatni młodzi", których jednak ma obowiązywać celibat.


Wprawdzie nie jest tutaj jasne, co oznacza "żyjący w małżeństwie", gdyż nie musi to wykluczać zachowywania wstrzemięźliwości sexualnej. Mowa o "dojrzalszym wieku" akurat sugeruje tę wstrzemięźliwość, o ile oznacza wiek postprokreacyjny. Tym niemniej dalsze dokumenty w kwestii diakonatu stałego niestety poszły w kierunku zupełnego pominięcia wymogu wstrzemięźliwości, co jest sprzeczne zarówno z dyscypliną Kościoła od czasów apostolskich jak też z katolicką prawdą wiary o istocie, naturze i charakterze sakramentu święceń. Nie odgrywa tutaj żadnej roli fakt, że te dokumenty zostały wydane przez Pawła VI oraz lokalne konferencje biskupów, gdyż żadna władza nie jest w stanie zmienić ani prawd wiary katolickiej, ani faktów historycznych.

W takim stanie rzeczy jest nie tylko prawem lecz wręcz obowiązkiem katolików przeciwstawienie się w odpowiedni sposób. Oznacza to, że wierny Kościołowi katolik nie powinien w żaden sposób współdziałać w przygotowaniu i wyświęcaniu według owych reguł, które są sprzeczne z Tradycją Apostolską oraz wiarą Kościoła. Należy pouczać i napominać, by nikt nie ważył się przyłożyć ręki do tego przedsięwzięcia godzącego w samo serce Kościoła, mianowicie w sprawowanie sakramentów świętych. To forsujący tak określony diakonat stały stawiają siebie poza Kościołem (niezależnie od piastowanego stanowiska), nie ci, którzy się tej protestantyzacji we wierze i dyscyplinie przeciwstawiają.

Obowiązek sprzeciwu wynika także z obrony życia rodzin, który ten problem dotyka. Jest skandaliczne i niesłychane, że władze kościelne ważą się odciągać ojców rodzin od życia rodzinnego, od obowiązków stanu także wobec dzieci. Skoro tzw. formacja do diakonatu stałego - zupełnie słusznie - oznacza poświęcenie czasu, sił i środków, do których na podstawie prawa Bożego naturalnego i objawionego mają prawo dzieci kandydata, to jest to wołająca o pomstę do nieba krzywda niewinnych, niezależnie od tego, kto zaciąga na siebie winę za tę krzywdę.


P. S. 
Aktualny przykład w temacie tzw. stałych diakonów, czyli zakompleksionych panów, zaniedbujących obowiązki rodzinne dla dowartościowania się w roli "półksiędza". Jeden z takich (a może nawet więcej niż jeden) przez lata używał nieważnej formuły Chrztu św. i chrzcił tym samym nieważnie, w tym także jednego przyszłego księdza:

https://www.aod.org/sacramentsupdate


Czy święcenia niepowołanych są ważne?


Intencja czy usposobienie przyjmującego święcenia ma oczywiście wpływ na ich godziwość, ale nie ma wpływu na ich ważność sakramentalną. Innymi słowy: także komunista czy inny oszust wyświęcony zgodnie z warunkami ważności (musi być przynajmniej ochrzczony, a szafarz święceń musi mieć intencję ich udzielenia oraz użyć formuły sakramentalnej koniecznej do ważności) jest ważnie wyświęconym duchownym. Dlatego właśnie celem formacji seminaryjnej przed święceniami jest rzetelne rozeznanie przez przełożonych zarówno motywacji i usposobienia, jak też zdatności kandydata do święceń. Oczywiście nawet najbardziej rygorystyczne kryteria nie dają całkowitej gwarancji. Jednostki wybitnie inteligentne a moralnie szczególnie podłe są zdolne oszukać nawet mądrych i doświadczonych przełożonych. Dlatego Kościół dysponuje zarówno statutami prawnymi obowiązującymi duchownych, jak także środkami dyscyplinarnymi służącymi do exekwowania, w razie konieczności także do wymierzania kar, z wydaleniem ze stanu duchownego włącznie.

Czy nagość w sztuce jest grzechem?


Pod względem teologicznym nagość sama w sobie - czy to w sztuce, czy na "żywo" - nie jest złem, gdyż Pan Bóg stworzył człowieka nagim i tak przychodzi na świat każdy człowiek. Jednak to nie jest koniec sprawy w perspektywie teologicznej, która zawiera także prawdę filozoficzną o człowieku, czyli antropologiczną.

Księga Rodzaju mówi o tym, jak po upadku grzechowym pierwsi rodzice "poznali, że są nadzy" (2, 25). To poznanie ma związek z grzechem, ale nie wynika z grzechu, ani tym bardziej nie jest grzeszne. Także samo nagość nie jest grzeszna. W upadku grzechowym człowiek poznał siebie lepiej, swoją słabość, ułomność, także złość moralną, mimo naturalnej doskonałości. W świetle teologii katolickiej można powiedzieć, że dopiero po upadku grzechowym pierwsi rodzice poznali, że ich ciała są stworzone jako płodne czyli przeznaczone do rozmnażania się, a sposób prokreacji jest nie tylko związany z bólem i cierpieniem (z powodu zarówno namiętności jak też cieleśnie), lecz także w pewnym sensie poniżający i uczący pokory. To jest właśnie podstawa i powód wstydu, który doprowadził do zasłonięcia narządów rodnych jako wstydliwych. Dla jasności: ani samo ciało ludzkie, ani przekazywanie życia jako takie nie jest wstydliwe, lecz jego sposób owszem. To są istotne niuanse, które mają konsekwencje dla postawionego pytania.

Po pierwsze, każdy zdrowo wychowany człowiek ma naturalne i spontaniczne poczucie wstydu, które jest właściwie niczym innym niż aktualizacją poczucia wstydu pierwszych rodziców, choć nie zawsze reflektowaną i świadomą. Jedynie osobowości patologiczne nie mają naturalnego oporu w pokazywaniu się nago publicznie czy nawet wobec osób bliskich bez konieczności. To poczucie powinno być respektowane także w sztuce.

Po drugie, sztuka - przynajmniej prawdziwa - nie jest prostą prezentacją rzeczywistości, lecz pochodzi z zamysłu artysty i ten zamysł wyraża. Dlatego istotne jest, z jakim zamysłem artysta przedstawia nagie ciało, gdyż ma to wpływ na treść przedstawienia i tym samym na ocenę moralną. Innymi słowy: samo namalowanie nagiego ciała nie musi być grzeszne. Grzeszny może być natomiast zamysł. Jeśli w zamyśle jest pobudzanie namiętności i pożądliwości, wówczas takie dzieło jest z założenia grzeszne, co zwykle ma też swój wyraz w sposobie przedstawienia. Jeśli natomiast zamysłem jest oddanie piękna ciała dla wyrażenia prawdy duchowej, wówczas nie jest to przedstawienie grzeszne samo w sobie, nawet jeśli może być wykorzystane w sposób nieuporządkowany czyli grzeszny.

Po trzecie: Ponieważ sztuka jest środkiem wyrazu wymykającym się kategoriom doktrynalnym, czyli racjonalno-pojęciowym, dlatego nie ma oficjalnych ogólnych reguł Kościoła odnośnie sztuki, to znaczy formalnych granic godziwości. Tym samym sprawa jest pozostawiony wyczuciu duszpasterzy oraz wiernych. I to zasadniczo wystarczy, gdyż racjonalnie myślący i moralnie ukształtowany człowiek jest w stanie odróżnić nagość w sztuce, jak na przykład w Sądzie Ostatecznym Michała Anioła, od nagości w pornografii.

Po czwarte: Tym samym każdy musi samodzielnie, ale dzięki spowiednikowi i sakramentom świętym, uporać się z obrazami spotykanymi czy to w sztuce czy na co dzień. Jest oczywiście coś innego niż szukanie podniecenia i zaspokojenia namiętności w pornografii, co jest oczywiście destrukcyjne dla osobowości i zdrowia duchowego, także psychicznego. Podstawą jest zachowanie zdrowego rozsądku czyli zasadniczego rozumienia ciała ludzkiego, w tym nagości, w świetle prawd wiary katolickiej. Konkretnie chodzi o uznanie dobroci ciała, wraz ze sferą sexualną, ale w połączeniu z uznaniem ułomności, słabości i podatności na grzech czyli zło. Takie trzeźwe podejście wymaga uporządkowania myślenia, a to prowadzi do pracy nad sobą dla uporządkowania namiętności, nie do ich niszczenia (co jest zresztą niemożliwe).

Czy duszpasterz może wykluczyć zwolenników x. Natanka od Komunii św.?


O ile mi wiadomo, na zwolenników x. Natanka nie została nałożona żadna kara kościelna, ani exkomuniki, ani interdyktu. Tym samym duszpasterz nie ma prawa odmówić udzielenia Komunii św. takim osobom, oczywiście pod zwykłymi warunkami dotyczącymi wszystkich wiernych.

Czy jest możliwość zbawienia po śmierci?





Pytanie zawiera nieporozumienie, zaś powodem nieporozumienia są bałamutne słowa zawarte w cytacie.

Po pierwsze należy wyjaśnić, co to jest zbawienie. W pojęciu teologii katolickiej jest to osiągnięcie - dzięki łasce Bożej - wiecznej szczęśliwości po śmierci. W tym znaczeniu zbawienie odbywa się właśnie po śmierci w znaczeniu spełnienia, aczkolwiek zależy ono od wiary i czynów człowieka za życia, a tym samym zaczyna się już za życia. Należy mieć na uwadze, że to Pan Bóg zbawia przez Swoje Objawienie w Jezusie Chrystusie, zaś od człowieka zależy przyjęcie tego zbawienia w akcie wiary, który wyraża się w uczynkach miłości i nadziei.

Na pewno fałszywe jest mniemanie, jakoby dopiero po śmierci czy w momencie śmierci człowiek miał okazję i możliwość przyjęcia zbawienia. Jest to teza bez podstaw w Bożym Objawieniu, a nawet z nim sprzeczna, oraz niebezpieczna, gdyż bagatelizuje powagę zarówno tegoż Objawienia skierowanego do każdego człowieka w życiu doczesnym jak też wagę odpowiedzi człowieka na Objawienie, której realizacją są uczynki, począwszy od myśli, poprzez słowa aż do czynów.

Co do samego cytatu: bełkotliwe jest mówienie o "obumarciu sumienia" i jego "budzeniu się do życia" po śmierci.
Po pierwsze, sumienie żyje wraz z człowiekiem, choć może być skrzywione i przytłumione. Jednak nawet największy zbrodniarz ma sumienie, czyli wewnętrzny głos mówiący o tym, co jest dobre, a co złe (choć ten osąd może być błędny).
Po drugie, wraz ze śmiercią ciała kończy się możliwość wyboru i tym samym decyzja sumienia. Sumienie związane głównie z władzami duchowymi człowieka, tym samym z duszą nieśmiertelną, trwa po śmierci jako poznanie dobra i zła, ale bez możliwości wyboru. Świadomość tego, że nieodwracalnie wybrało zło, jest głównym elementem kary wiecznej czyli potępienia.
Po trzecie, po śmierci jedynie ciało obudzi się do życia, mianowicie w powszechnym zmartwychwstaniu na końcu świata. Natomiast dusza człowieka jako nieśmiertelna - a wraz z nią sumienie - nie budzi się do życia, gdyż nigdy nie umiera.

W skrócie: Los człowieka rozstrzyga się w tym, czy przyjmuje on zbawienie. Ta decyzja jest możliwa tylko do momentu śmierci. Wraz ze śmiercią kończy się egzystencja z aktami woli, czyli możliwość wyboru, gdyż akt woli ludzkiej jest zawsze aktem całego człowieka, czyli duszy i ciała. Sama dusza po śmierci nie ma już możliwości aktu woli czyli ludzkiego wyboru, gdyż nie ma ciała (otrzyma je dopiero po zmartwychwstaniu, a będzie to ciało przemienione, nieprzemijalne).

Czy rodzina ma wymiar trynitarny?


Nie wiem, w jakim kontekście padło owo zdanie. Jeśli dotyczyło więzi miłości, to o tyle można w nim uznać ziarno prawdy, ponieważ prawdziwa miłość międzyludzka oczywiście pochodzi od Boga i ma w Bogu swoje źródło. Tyle. Natomiast pod względem dalszym teologicznym zdanie to jest heretyckie, aczkolwiek wynika raczej z niewiedzy, która jest jednak w przypadku duchownego karygodna (jako ignorantia grassa). 

Jest bowiem teologicznie istotna różnica między Osobami Trójcy Przenajświętszej a osobami ludzkimi, także w rodzinie: Osoby Ojca, Syna i Ducha Świętego mają bowiem nie tylko wspólną naturę, jak w przypadku wszystkich osób ludzkich, lecz także wspólną istotę czyli substancję w znaczeniu filozoficzno-teologicznym, podczas gdy każda osoba ludzka jest osobną substancją. Wspólność substancji (consubstantialis, ὁμοούσιος) stanowi o jedności Osób Boskich, która nie jest możliwa w przypadku osób ludzkich. Dlatego między ludźmi są różnice poglądów, spory i konflikty, podczas gdy między Osobami Trójcy są one niemożliwe. Tym samym osoby ludzkie nigdy nie dorównają i nie mogą dorównać wspólnocie trynitarnej, choćby nawet cząstkowo. Mogą jedynie żyć miłością, która pochodzi od tej wspólnoty, ale jedynie na ludzki sposób, czyli wraz z różnicami poglądów i mimo sporów czy nawet konfliktów.

Czy patrzenie na nagość jest grzechem?


Samo patrzenie na nagie ciało nie jest grzechem. Grzechem jest natomiast pożądanie w znaczeniu pragnienia zgrzeszenia, czyli popełnienia czyni sexualnego poza małżeństwem bądź w małżeństwie z wykluczeniem potomstwa. Oczywiście chodzi o pragnienie uświadomione i nieodrzucone aktem woli.

Samo pożądanie bez przyzwolenia woli na grzech nie jest grzechem lecz poruszeniem zmysłowo-uczuciowym. W praktyce jednak zwykle granica - czyli przejście do przyzwolenia woli - jest nieostra. Dlatego dobrze jest się spowiadać z pożądań także wtedy, gdy nie ma pewności co do przyzwolenia, a może były to tylko pokusy, czyli tylko pożądanie bez przyzwolenia.

Jest też oczywiście kwestia odpowiedzialności za wzbudzanie pożądania u innych osób przez swoją nagość. Jeśli celem jest wzbudzenie pożądania, to jest to oczywiście grzeszne. Także brak uwzględnienia powodowania pożądania jest grzechem zaniedbania.

Czy wolno chronić przed zasłużoną karą?



Pytanie zostało postawione w prawdzie odnośnie duchownych, jednak sprawa dotyczy każdego katolika oraz ogólnoludzkiego pojęcia sprawiedliwości i porządku społecznego. Oczywiście tym bardziej dotyczy duchownych, których obowiązuje szczególna pieczołowitość w szafowaniu swoim autorytetem.

Teologicznie chodzi o chrześcijańskie traktowanie grzesznika, podczas gdy w kategoriach społeczno-prawnych chodzi przynajmniej o wykroczenie czy nawet o przestępstwo. Wprawdzie pojęcie "grzesznik" nie zawsze pokrywa się z pojęciem "przestępca", jednak w tym wypadku się ewidentnie pokrywa, aczkolwiek nie chodzi tutaj o prywatną sferę sexualną lecz o sferę porządku publicznego.

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że chrześcijański porządek miłości zasadniczo nie jest sprzeczny z naturalnym porządkiem sprawiedliwości (czyli z zasadami poznawalnymi rozumowo jako prawo naturalne), lecz go zakłada i na nim buduje. O tej elementarnej prawdzie wiary i teologii katolickiej zwykle zapominają - bądź ją wręcz odrzucają - zwolennicy i piewcy tzw. miłosierdzia, mianowicie fałszywie rozumianego jako zasady sprzecznej ze sprawiedliwością czy przewyższającej sprawiedliwość. W katolickim pojęciu Boga nie ma choćby cienia sprzeczności między przymiotami Boga, także między sprawiedliwością i miłosierdziem. Tym samym także Boży nakaz miłosierdzia wobec grzeszników nie oznacza unieważnienia, pomniejszenia czy choćby przytłumienia sprawiedliwości. Konkretnie: sprawiedliwa kara jest u Boga zawsze aktem miłosierdzia wobec grzesznika, który ma go prowadzić ku nawróceniu i zadośćuczynieniu za popełnione zło.

Tym samym duchowni, którzy zaangażowali się w akcję ochrony pana "Margot" przed sprawiedliwym traktowaniem ze strony organów państwa, wykazali swoją elementarną nieznajomość, a może nawet odrzucenie katolickiego pojęcia miłosierdzia i tym samym pojęcia Boga.

Oczywiście zaangażowanie byłoby zasadne i usprawiedliwione, gdyby chodziło o ochronę stosowania prawa naturalnego - tzw. praw człowieka - czy poszanowania godności ludzkiej, którą ma także przestępca i ktoś o chorej osobowości. W tym wypadku jednak nic nie wskazuje na to, by pan "Margot" był niesprawiedliwie czy niesłusznie potraktowany przez organa państwa.

Właściwym zadaniem duchowieństwa jest staranie się o nawrócenie grzesznika, zarówno przez modlitwę i post, jak też przez pouczanie, upominanie i karcenie. Akurat tego owi duchowni nie uczynili, przynajmniej nic na to nie wskazuje. Tym samym dopuścili się publicznej zdrady swoich obowiązków wynikających ze stanu duchownego oraz publicznego zgorszenia, za które powinni zostać odpowiednio ukarani przez swoich przełożonych.

Czy wolno siedzieć podczas adoracji?



Nie ma przepisów liturgicznych odnośnie postawy wiernych podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Generalnie należy przyjąć, że wierni powinni się stosować do postawy ministrantów (gdy akurat nie są w akcji). Nie jest to jednak wymóg liturgiczny lecz wytyczna ku orientacji. Dlatego słuszne jest mniemanie, że zasadniczą postawą podczas adoracji powinno być klęczenie. Nie jest to zasada bezwarunkowa. Jej stosowanie zależy od okoliczności miejsca (czy jest odpowiednie podłoże, ławka itp.) oraz danej osoby, to znaczy, że pozwalają jej siły i możliwości fizyczne.

Natomiast nadrzędną i zawsze obowiązującą zasadą jest, że powinno to być postawa, która danej osobie w danych okolicznościach pomaga w modlitwie, czyli uniesieniu umysłu - czyli uwagi, myśli, uczuć, woli - ku Bogu. Myśli modlitewne podczas adoracji mogą być różne. Mogą być czy to uwielbieniem, uniżeniem przez Bogiem, wolą ofiary i zadośćuczynienia za grzechy, ale także może to być myśl o spoczynku i pokoju w Bogu. Postawa zewnętrzna może i powinna wyrażać te wielorakie treści, oczywiście o ile nie powoduje zamieszania u innych osób obecnych i nie burzy porządku w danym miejscu. Tym samym także postawa siedząca może przynajmniej chwilami najbardziej odpowiadać danej myśli modlitewnej, gdy chodzi np. o odpoczynek w Bogu. Przy czym oczywiście nie należy zapominać o zasadniczej treści adoracji, którą jest uwielbienie Boga i uniżenie przed Jego Majestatem.

Odnosząc się do wspomnianej w pytaniu sytuacji osobistej, która zresztą jest dość częsta:
Jeśli ktoś nie jest w stanie wytrwać dłuższy czas na klęcząco bez szkody dla skupienia na modlitwie, wówczas oczywiście można także siedzieć, gdyż ta postawa mniej zwraca uwagę i rozprasza innych obecnych niż stanie (wzgląd na miłość bliźniego jest tutaj także ważny). Wówczas polecałbym jednak co jakiś czas uklęknąć choćby na chwilę, dla wyrażenia swojej wewnętrznej postawy adoracji. Tak np. gdy się odmawia różaniec podczas adoracji, to zalecałbym uklęknąć na słowa "chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu". Analogicznie przy szczególnych słowach innych modlitw, względnie na ich początek i koniec. Będzie to zapewne także odpowiednio zrozumiane przez inne obecne osoby, to znaczy pozwoli uniknąć wrażenia, jakoby siedzenie było powodowane lenistwem czy brakiem szacunku wobec Najświętszego Sakramentu.

Dlaczego modlitwa "Ojcze nasz" pomija Osoby Trójcy Przenajświętszej?



Tzw. modlitwa Pańska, czy "Ojcze nasz", jest przekazana w Piśmie św. dwa razy: u św. Mateusza (6, 9-15) oraz u św. Łukasza (11, 2-4). Warto się przyjrzeć tym fragmentom w ich kontekście, gdyż prowadzi to do odpowiedzi na pytanie. Nie jest tutaj konieczna szczegółowa egzegeza.






Po krótce:

- Pan Jezus poucza, jak uczniowie mają się modlić, nie jakiej formuły mają używać. Formuła jest oczywiście pomocna jako wzór, lecz istotne w niej są nie słowa, jest wewnętrzne ukierunkowanie.

- Pan Jezus uczy w tych słowach modlitwy osobistej, nie publicznej czyli liturgicznej, mimo że prośby zawierają liczbę mnogą. W tym wypadku liczba mnoga oznacza, że jest to wzór dla wszystkich uczniów, czyli dla każdego. Dlatego właśnie w tradycyjnej liturgii rzymskiej nie ma wspólnego odmawiania tej modlitwy, lecz odmawiana jest czy to przez samego celebransa (podczas Mszy św.), czy w ciszy czyli indywidualnie (celebrans jedynie intonuje i kończy, jak w oficjum czy w liturgii godzin).

- Jest pewne, że Pan Jezus przez tę modlitwę wprowadza uczniów w Swoją relację z Ojcem, oczywiście nie zrównując jej z naszą relacją. Innymi słowy: posłannictwo Jezusa Chrystusa jako Boga-Człowieka jest wprowadzeniem w intymną relację z Bogiem jako Ojcem. W Jezusie Chrystusie uczniowie poznają Boga jako Ojca, czego wyrazem jest szczególnie modlitwa Pańska.

- Teologicznie nie można oddzielić poznania Boga Ojca od poznania Boga Syna i Boga Ducha Świętego. Jak mówi Pismo św., to Duch Święty pobudza i prowadzi do tego poznania i wzywania Ojca tak jak wzywał Go Jezus Chrystus podczas ziemskiego życia (Mk 14, 36; Rz 8, 15; Gal 4, 6). Równocześnie to Syn objawia Ojca, a to nawet w ten sposób, że ten, kto widzi Syna, ten widzi także Ojca (J 14, 9).

Podsumowując:
Modlitwę "Ojcze nasz" mówimy przez Syna, w Synu i ze Synem, który jest wcielonym Słowem Ojca do nas, czyli prawdziwym Człowiekiem. W pewnym sensie można powiedzieć, że Syn Boży po to stał się Człowiekiem, żeby nas nauczyć tej modlitwy jako naszej, a pochodzącej od Niego, nie tylko co do słów, lecz z Jego relacji do Ojca.
Oczywiście są istotne różnice w tej relacji, gdyż Pan Jezus nie mógł modlić się o przebaczenie Swoich grzechów, gdyż ich nie miał. Jednak modlił się o przebaczenie naszych grzechów, właśnie jako Człowiek, czyli jeden z nas, choć sam był bez grzechu.
Tym samym dwie pozostałe Osoby Trójcy Przenajświętszej są obecne w tej modlitwie, choć nie są nazwane słowami bezpośrednio. Są jednak nazwane pośrednio, chociażby w wyrażeniu "imię Twoje". Wszak to imię zawiera prawdę o Trójcy Przenajświętszej, gdyż Bóg Ojciec jest Osobą Ojca najpierw i przede wszystkim w relacji do Syna. Ta relacja jest z kolei podstawą i korzeniem naszej dziecięcej relacji do Boga, którą ożywia i prowadzi Duch Święty, zresztą także nazywany "Ojcem ubogich" (Pater pauperum - sekwencja Zesłania Ducha Świętego) w liturgicznej Tradycji Kościoła.

Czy Pan Jezus spożywał Swoje Ciało?



Pismo św. podaje, że Pan Jezus podawał swoim uczniom chleb i wino, które stały się Jego Ciałem i Krwią. Tak więc sam nie spożywał, lecz dawał do spożywania. Na tym między innymi polega różnica między tym, co Pan Jezus sprawował podczas Ostaniej Wieczerzy, a Mszą św., którą sprawuje Kościół czyli kapłani działający w Osobie (in persona) Pana Jezusa. To "w Osobie" nie oznacza odgrywania Ostatniej Wieczerzy, wbrew niestety rozpowszechnionemu obecnie mniemaniu. Msza św. NIE jest ani pamiątką, ani powtórzeniem, ani uobecnieniem Ostatniej Wieczerzy, lecz uobecnieniem Ofiary Krzyżowej, czyli Ofiary, którą Chrystus Pan złożył Ojcu na Krzyżu, a która staje się obecna we Mszy św.
To uobecnienie co do swej istoty nie jest ani powtórzeniem, ani upamiętnieniem, lecz czymś więcej, mianowicie wydarzeniem łączącym Kościół obecnie - i wszystkich czasów - z wydarzeniem na Golgocie. Ta łączność jest sakramentalna, czyli w znakach widzialnych, w których działa niewidzialna łaska Zbawienia.

Jak powinien się zachować katolik wobec zwyczajów weselnych?


Odpowiadając krótko: katolik nie ma obowiązku przestrzegania zwyczajów kulturowych czy pseudokulturowych, lecz ma obowiązek postępować zgodnie z sumieniem ukształtowanym w świetle prawd wiary i moralności katolickiej. Innymi słowy: katolik powinien być człowiekiem myślącym samodzielnie i o silnym charakterze, nie o mentalności stadnej.

Odnośnie tańców damsko-męskich nie ma wprawdzie oficjalnego generalnego zakazu Kościoła, a choć są zalecenia i zakazy duszpasterskie. Każdy duszpasterz ma prawo i obowiązek je wydawać, choć nie są one wiążące prawnie. Tak więc, jeśli katolik rozpozna, że zalecenie duszpasterskie - pochodzące od autentycznych katolickich autorytetów moralnych - jest słuszne, wówczas ma obowiązek być jemu posłusznym. Jeśli nie rozpozna, to przyczyną może być brak gotowości i woli rozpoznania, które prowadziłoby do korekty własnych zachowań czy odróżniania się od otoczenia. Takie zamknięcie na prawdę jest także grzeszne, aczkolwiek wina i jej stopień może być niejasna w danym przypadku.

Szczególnie skandaliczne jest przejmowanie tego typu zwyczajów weselnych do przyjęć prymicyjnych, gdzie od pewnego czasu coraz częściej także stosuje się potańcówki. Jest to przejaw bezmyślności i zakomplexienia, a zarazem dominacji mentalności świeckiej w przestrzeni duchownej.

Należy mieć na uwadze, że nie chodzi o każdy taniec. Taniec jako taki jest swoistym połączeniem sportu i expresji, także w znaczeniu sztuki. W starożytnych kulturach pogańskich taniec był związany z teatrem, zaś teatr z kultem publicznym czyli religią. Prostytucja świątynna była dość powszechna w kultach pogańskich, dlatego nie dziwi, że doszło także do wytworzenia tańca godowego i rozrywkowego, który ma charakter mniej czy bardziej wyraźnie erotyczny, choć nie zawsze bezwstydny. Właśnie z powodu różnorodności tańców nie ma generalnego potępienia tańca jako takiego przez Kościół. Nie oznacza to jednak zasadniczej neutralności, chociażby z powodu - faktycznych, choć nie koniecznych - powiązań zarówno kultami pogańskimi jak też ze sferą erotyczną. Problem polega także na naturze tańca jako expresji nonwerbalnej i tym samym trudno uchwytnej w kategoriach doktrynalnych. Dlatego kwestia ta jest pozostawiona prowadzeniu duszpasterskiemu, zarówno w spowiedzi jak też w kazaniach i katechezie. Jest oczywiste, że nie każdy taniec jest grzeszny i nie każdy tańczący czy tańcząca grzeszą. Istotne jest, jakie treści i emocje dany taniec zawiera i powoduje, zarówno w tańczących osobach jak też w odbiorcach.

Co to jest przebaczenie?



Należy się modlić o zbawienie duszy dla grzeszników. To nie wyklucza kar doczesnych, lecz je nawet zakłada, ponieważ one oczyszczają duszę i prowadzą w ten sposób do zbawienia. Oczywiście karanie należy pozostawić Panu Bogu. Modląc się o miłosierdzie dla grzeszników, prosimy nie o pobłażliwość dla grzeszenia, lecz o łaskę nawrócenia. Modlitwa Pana Jezusa "przebacz im bo nie wiedzą co czynią" (tak modlił się także św. Szczepan podczas męczeństwa) jest aktem miłości bliźniego, nie pobłażliwości dla zła. Ze swojej strony należy przebaczyć w tym sensie, że przebaczenie nie wyklucza, lecz zakłada sprawiedliwą karę, którą oczywiście należy pozostawić Panu Bogu. Brak przebaczenia tak rozumianego jest grzechem przeciw miłości bliźniego, a to wtedy ciężkim, gdy są spełnione warunki grzechu ciężkiego, czyli - oprócz materii grzechu, która w przypadku żywionej nienawiści jest ciężka - świadomość i własnowolność.

Tak więc nie chodzi o pobłażliwość wobec zła. Przykład: w przypadku miłosierdzia wobec rozwodników nie wolno lekceważyć krzywdy drugiego małżonka i dzieci, gdyż byłoby to bezduszne i okrutne. Oczywiście grzesznikowi należy przebaczyć w tym sensie, że się modlimy o zbawienie jego duszy, ale nie w sensie wybawienia od kar doczesnych, które oczywiście pozostawić trzeba Panu Bogu. Miłosierdzie wobec grzesznika nie oznacza też zaniechania sprawiedliwości dla niego także w sensie ukarania w systemie państwowo-prawnym, o ile jest on zgodny z prawem naturalnym.

X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...