Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cnota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cnota. Pokaż wszystkie posty

O braku męstwa



W potocznym języku i potocznej mentalności niemoralność jest kojarzona przede wszystkich ze sferą sexualności. Jest to poniekąd zrozumiałe, gdyż jest to sfera szczególnie delikatna, wrażliwa i równocześnie zagrożona, zwłaszcza obecnie, gdy forsuje się ataki na tę sferę na poziomie już naturalnym i zdroworozsądkowym. Zwykle zapomina się jednak o tym, że moralność względnie niemoralność jest dziedziną całościową, jest systemem, gdzie poszczególne dziedziny są powiązane i współzależne. Innymi słowy: nie można być moralnym względnie niemoralnym tylko w jednej dziedzinie. Grzech w jednej dziedzinie ma zawsze konsekwencje dla całości stanu moralnego człowieka i dla innych sfer tego stanu. A z drugiej strony: zdobywanie cnót - czyli sprawności w dobrem - w jednej dziedzinie zawsze ma dobroczynny wpływ na cała stan moralny człowieka i społeczności, także w innych sferach obyczajowych. 

Jednym z korzeni upadku moralnego w krajach niegdyś chrześcijańskich jest zapaść, a właściwie programowe i systemowe zafałszowanie teologii i to począwszy od katedr uniwersyteckich, seminaryjnych, poprzez kaznodziejstwo aż po szkolne lekcje religii. Jest dość oczywiste, że to zafałszowanie było zaplanowane i jest nadal wręcz brutalnie forsowane, i to obecnie z najwyższych szczebli hierarchii kościelnej, czego dowodem jest "synod o synodalności", mający być właściwie listkiem figowym dla perfidnego narzucenia całemu Kościołowi pomysłów dość wąskiej bandy rewolucjonistów, pałających już nawet nie bardzo skrywaną nienawiścią do wszystkiego, co rdzennie katolickie, począwszy od "katolickiego Boga", poprzez Najświętszą Ofiarę i Najświętszy Sakrament, któremu odmawia należnej czci choćby zewnętrznej, aż do dziedziny moralności, zwłaszcza tej szczególnie bliskiej i ważnej dla choćby biologicznego trwania i rozwoju narodów i całej ludzkości, czyli małżeństwa i rodziny. 

Tak więc znajdujemy się pośród walki, która się toczy nie tylko między Kościołem a możnymi tego świata, lecz także wewnątrz struktur Kościoła. Jak w każdej walce, istotne jest rozbrojenie czy przynajmniej osłabienie przeciwnika. Jako że ta walka jest duchowa, także rozbrojenie czy przynajmniej osłabienie waleczności odbywa się na płaszczyźnie głównie duchowej. Jak wskazuje łacińskie słowo na określenie cnoty - virtus - zbroją są właśnie cnoty. Szczególne powinowactwo do walki ma cnota męstwa, na co również wskazuje jej łacińskie określenie - fortitudo, czyli słowo przywołujące moc i siłę. Ciekawe jest, że polskie określenie tej cnoty - jednej z czterech kardynalnych zestawionych przez Platona - nawiązuje nie do łacińskiej nazwy, lecz do greckiej - ἀνδρεία, od ἀνήρ ἀνδρός czyli mężczyzna. Nie przypadkowo mamy faktycznie do czynienia z wielorakim zniewieścieniem zarówno w Kościele, jak też w mentalności i kulturze, i to forsowanym przez czynniki socjotechniczne i kulturotwórcze. Obliczami tego najwidoczniej programowego procesu są zarówno feminizm i tzw. emancypacja, jak też - co idzie w parze - genderyzm i zwalczanie zdrowej męskości. 

Widzimy to zarówno w Kościele jak i w polityce. Brak jest wyważonej, klarownej i odważnej stanowczości. Za to jest przerost wrażeń, emocyj, układów na potrzebę chwili, dla takich czy innych doraźnych potrzeb, interesów czy sympatij, a zwłaszcza w uleganiu modom, trendom, nierzadko wręcz absurdalnej perswazji. W skrócie: brakuje męstwa. I w takiej wypaczonej mentalności, w takich duchu wychowywane jest młode pokolenie. Słynne, pseudopobożne hasło "nie osądzaj!", czyli "nie miej jasnego zdania!", "nie odróżniaj dobra od zła, prawdy od fałszu!" jest tutaj tylko jednym z przejawów zwalczania naturalnego, zdrowego odruchu stosowania logiki dwuwartościowej na codzień. Zamiast uczenia subtelności myślenia, która uzbraja w zdolność ostrzejszego odróżniania prawdy od fałszu, dobra od zła, wpaja się młodzieży obojętność, właściwie znieczulenie i zniechęcenie do obiektywnych kryteriów, graniczące wręcz z obrzydzeniem do nich, a równocześnie wzmocnienie i stawianie na piedestale wartości swoich subiektywnych upodobań, zachcianek, miłej atmosfery i wszelakich przyjemności, głównie zmysłowych. Efekty są już teraz katastrofalne. Prawda i obiektywne dobro są poczytywane jako mniej ważne niż dobre samopoczucie, zarówno indywidualne jak też zbiorowe. Bycie miłym i nienarażanie się - oczywiście w granicach własnego komfortu czy interesu - jest ważniejsze niż powiedzenie prawdy i opowiedzenie się za prawdą, nawet jeśli tego wymaga stanięcie w obronie skrzywdzonych. W ostatnich dziesięcioleciach rozwinęła się wręcz "kultura" chronienia bandytów. To nie oni muszą się obawiać kary za swoje czyny czy przynajmniej społecznego potępienia czy choćby dezaprobaty, lecz ci, którzy domagają się dla nich sprawiedliwości, bo przecież teraz żyjemy quasi w paradygmacie "prawa do miłosierdzia", czyli bezkarności dla złoczyńców. Ten, kto domaga się sprawiedliwości, uważany jest za kogoś nie z tego świata. Zarówno w Kościele jak i w państwie u steru władzy - w każdej dziedzinie, od ustawodawczej, poprzez wykonawczą aż do sądowniczej - dominują ludzie o takiej mentalności, przy czym myślenie grubokreskowe w kwestii rozliczenia za zbrodnie komunizmu i też za zbrodnie popełnione w III RP dość naturalnie współbrzmi, współgra i współpracuje z herezją miłosierdzizmu wpajaną katolikom odgórnie, oczywiście bazując na instynktownej potrzebie taniego czy wręcz darmowego miłosierdzia dla siebie nawet za cenę niesprawiedliwości czy wręcz okrucieństwa dla innych. Nie przypadkowo herezja - czyli grzech przeciw prawdziwej wierze - powiązana jest tutaj z pogardą dla sprawiedliwości i też dla cnoty męstwa, która ma szczególne znaczenie dla obrony prawdy i prawa Bożego. 

Według św. Tomasza męstwo jest tą cnotą kardynalną, która tak wzmacnia pragnienie i wolę dobra, że człowiek trwa w nich nawet za cenę poważnych niebezpieczeństw dla życia doczesnego czy dóbr doczesnych. Do tych dóbr zaliczają się także komfort emocjonalny, uznanie społeczne, doraźna popularność itp. 

Dlaczego męstwo jest obecnie tak ważne? Ano dlatego, że zarówno w Kościele jak też w społeczeństwie w mniejszości są ci, którzy trzeźwo myślą i chcą szczerze działać dobro. U nich największą przeszkodą jest właśnie brak męstwa. Nie przypadkowo przeciwnikom właśnie na tym braku szczególnie zależy. 

Święty Tomasz mówi, że nadprzyrodzona cnota męstwa zawsze wiąże się z darem męstwa danym przez Ducha Świętego (STh II II q. 136, a. 4 ad 2). Ten dar wyposaża w odwagę stawiania czoła niebezpieczeństwom, nawet grożącym śmiercią fizyczną. Łączy się więc naturalnie z owocami działania Ducha Świętego jakimi są zwłaszcza cierpliwość, czyli znoszenie przeciwności, cierpienia i bólu, oraz wielkoduszność, która jest ofiarowaniem się dla dobra i celu wyższego niż życie doczesne. 

Według katolickiej teologii moralnej, w szczególności według nauki o cnotach, męstwo jest zachowaniem się od skrajności, którymi są z jednej strony bojaźliwość i tchórzostwo, a z drugiej zuchwałość. Dlatego właśnie najwyższym aktem męstwa jest męczeństwo w znaczeniu chrześcijańskim, czyli martyrium - dawanie świadectwa aż do przelania krwi, czyli oddania życia doczesnego (więcej tutaj). 

Jak w przypadku innych cnót kardynalnych, św. Tomasz odróżnia składowe (partes) cnoty męstwa. Już św. Augustyn, idąc za Cyceronem do tych części zalicza wielkoduszność, dobroczynność, cierpliwość i wytrwałość. 

Wielkoduszność (magnanimitas) skłania ku czynieniu rzeczy wielkich w prawdziwym znaczeniu, w znaczeniu duchowym. Nie są to dobra doczesne, zaszczyty czy przyjemności zmysłowe, lecz to, co jest wielkie w oczach Bożych, czyli rzeczy wieczne jak chwała Boża i zbawienie dusz. Oczywiście środkiem dla tych celów mogą być także dobra doczesne, ale nie same w sobie. Człowiek wielkoduszny 
- ma upodobanie w ofiarności
- wobec przeciwności jak w też pomyślności zachowuje równowagę ducha
- chętnie udziela innym pomocy, nie oczekując za to wzajemności
- nie schlebia nikomu i nie ulega kosztem prawdy i norm moralnych
- nie dąży do zaszczytów 
- otwarcie wypowiada słowa zdanie, gdy to jest konieczne, tzn. nie boi się względów ludzkich i usiłuje się im przypodobać
- nie przejmuje się krzywdami, który mu zostały wyrządzone
- w swoim zachowaniu i gestach jest opanowany, gdyż działa z namysłem

Do tych cech Arystoteles dodaje, że człowiek wielkoduszny - i zarazem mężny - często używa ironii, przez co rozumie nie wyśmiewanie czy wyszydzanie, lecz stwarzanie wrażenia swojej niższości. Chodzi o to, że taki człowiek nie wystawia na pokaz swojej wielkoduszności, lecz raczej stara się ją ukrywać. 

Hojność (magnificentia) jest realizacją wielkoduszności w dziełach zewnętrznych jak np. budowanie świątyń, klasztorów, pobożne fundacje itp. Człowiek dobroczynny nie szuka swojego dobra, lecz dobra ogólnego. To dążenie jest zarówno afektywne, czyli uczuciowe, jak też efektywne, czyli w czynach. Cechuje ono godność królewską właściwą naturze ludzkiej, czyli każdemu człowiekowi w dziedzinie, jaką dysponuje, począwszy od własnej izby, domu, rodziny, aż po władanie w społeczności, państwie czy Kościele. Dlatego właśnie korupcja, prywata, partyjniactwo, kumoterstwo itp. są przejawami nie tylko patologii społecznej, lecz niedojrzałości osobowej i skarłowacenia moralnego. 

Cierpliwość (patientia) jest takim znoszeniem aktualnego zła, że to zło nie zaburza harmonii duchowej i psychicznej. Innymi słowy: cierpliwość sprawia, że doznawane zło nie paraliżuje i nie szkodzi życiu duchowemu, lecz mu raczej służy. Tak św. Cyprian (De bono patientiae, 14, PL 4, 655) mówi, że cierpliwość nie tylko chroni dobro, lecz odpędza przeciwności, gdyż walka wzmacnia siły duchowe. W nauczaniu Ojców Kościoła (św. Augustyn, Liber de patientia, św. Grzegorz Wielki, In Evangelium l 2., hom. 35) stopniami cierpliwości są:
1. znosić przykrości bez szemrania
2. bez narzekania i skarżenia się u innych osób
3. z radością tak jak Apostołowie, którzy chlubili się, gdy mogli cierpieć za Chrystusa. 

Cierpliwość zdobywa się przez rozważanie
- cierpliwości Boga, który znosi nas grzeszników
- cierpliwości Chrystusa Pana w Jego życiu, męce i śmierci
- cierpliwości świętych Pańskich
- owoców cierpliwości w życiu doczesnym i wiecznym, jak pokutę za popełnione grzechy oraz nagrodę w niebie
- złych skutków niecierpliwości, jak utrata zasług cierpliwości, jak sprowadzenie jeszcze większego zła niż zło, które jest okazją do cierpliwości
- doświadczenia, że niecierpliwość zwykle prowadzi do wielu grzechów, zwłaszcza przeciw miłości. 

Wytrwałość (perseverantia) jest nawykiem trwania w działaniu cnotliwym wskazanym przez prawy rozum (recta ratio), bez zważania na uciążliwości. 

Jakie są wady przeciwne cnocie męstwa?

- Bojaźliwość, która jest nieuporządkowany lękiem przed utratą dóbr doczesnych i z powodu niebezpieczeństw życia. Jest przesadna bojaźń i brak odwagi. Może się to wiązać z tchórzostwem, lenistwem i gnuśnością. Skrajne tchórzostwo prowadzi do popełnienia samobójstwa. 

- Zuchwałość czy to na pogardzaniu życiem, czy też na przecenianiu swoich sił w podchodzeniu do niebezpieczeństw. Może się też wiązać z brakiem miłości do samego siebie. W pojedynku na śmierć i życie zwykle bojaźliwość łączy się z zuchwałością. 

Dodać należy wady przeciwne cnotom powiązanym z męstwem. 

Istnieje także zuchwałość przeciwna wielkoduszności. Polega ona na przecenianiu własnych sił. Przykładem jest chociażby Szymon Piotr, który wpierw deklarował gotowość nawet ofiarowania życia za Chrystusa (Łk 22,33), a potem przestraszył się służącej podejrzewającej o związek z Mistrzem. W taki sposób grzeszą także ci, którzy bez wystarczających zdolności podejmują urzędy publiczne czy kościelne. 

Niezdrowa ambicja jest grzeszna jako przesada w wielkoduszności, gdy ktoś w sposób nieuporządkowany dąży do stanowiska czy statusu publicznego czy kościelnego. Nieuporządkowanie polega na szukaniu pozycji społecznej nie dla służenia Bogu i bliźnim, lecz dla własnych celów, choć może pozornie dobrych. 

Próżność jest nieuporządkowanym szukaniem własnej chwały. Ta chwała może być różnoraka, czy to z powodu czegoś ulotnego czy błahego, jak uroda, czy wobec kogoś, kogo osąd nie powinien być miarodajny (uznanie u idiotów), czy też przez brak związku własnej chwały z szukaniem chwały Bożej i zbawienia dusz. 

Małoduszność polega na zaniechaniu podjęcia czegoś rzekomo zbyt trudnego, podczas gdy w rzeczywistości dysponuje się wystarczającymi siłami i zdolnościami do zdziałania tego. Może to wynikać z zawinionej nieznajomości własnych siły i zdolności. Przykładem jest tutaj gnuśny sługa, który zakopał talent otrzymany od swego pana. Małoduszność może prowadzić do grzechów ciężkich, gdy np. rodzice zaniechają pouczania upominania swoich dzieci pod pretextem braku szans na skuteczność, czy też gdy ktoś zaprzestaje walki z pokusami z wytłumaczeniem, że ich przezwyciężenie przekracza jego siły. 

Do wad przeciwnych hojności należą: umiłowanie w zbytku (czyli w zbędnym luksusie) oraz skąpstwo. Ich wspólną cechą są egoizm oraz brak roztropności. Wbrew obiegowej mentalności, tego typu postawy i zachowania właściwe ludziom zamożniejszym (choć nie tylko), nie są moralnie neutralne, lecz mogą być - i przeważnie są - także grzechem ciężkim, jeśli są przejawem braku właściwiej miłości własnej i bliźniego, czy przynajmniej poważnego nieuporządkowania w stosunku do dóbr doczesnych. 

Cnocie cierpliwości sprzeciwiają dwie wady: niewrażliwość, która oznacza, że kogoś nie porusza cierpienie czy to swoje czy bliźnich, oraz niecierpliwość, czyli nadwrażliwość w tym sensie, że odczuwanie cierpienia powoduje odstępowanie od dobra. Człowiek niecierpliwy okazuje na zewnątrz swą wadę przez szemranie, lamentowanie i zagniewanie. Może to być nawet grzech ciężki, jeśli uderza w inne cnoty, jak np. miłość bliźniego. 

Do cnoty wytrwałości przeciwne są także dwie skrajne wady: niestałość (inconstantia, zwana też mollities, czyli miękkość), gdy ktoś wobec przeciwności lub przeszkód zaprzestaje dobra, które dyktuje prawy rozum, oraz upartość (pertinacia), która jest skłonnością do trwania w czymś wbrew osądowi prawego rozumu, jak np. w fałszywej religii, w złym towarzystwie itp. Także te wady mogą być grzechem ciężkim, jeśli powodują zaniedbanie czy zaniechanie ważnej powinności czy cnoty. 

Jak widać, brak cnoty męstwa jest wieloraki i niestety powszechny, także w sposób, którego sobie zwykle nie uświadamiamy. Równocześnie z tej krótkiej prezentacji wynika, że każdy może i powinien się starać o zdobywanie tej cnoty. 

Jak to czynić? Przez nawrócenie i to stałe, permanentne. Zaś nawrócenie zaczyna się od zmiany wewnętrznej, zmiany w umyśle, przemiany w myśleniu w sensie całościowym, czyli w poznaniu prawdy i odrzuceniu błędu i fałszu oraz w ukierunkowaniu uczuć i woli ku prawdziwym wartościom poznanym przez prawy rozum. 

Temu służy rachunek sumienia, lektura duchowa w zdrowym, katolickim duchu, oraz każde inne dobre ćwiczenia duchowne. Temu służą szczególne dni i okresy w roku kościelnym jak Adwent, Wielki Post, kwartalne dni pokutne i każdy piątek. Zaniechanie i zaniedbanie tych praktyk - niestety narzucone odgórnie przez tzw. reformy soborowe - jest główną przyczyną zapaści moralnej krajów niegdyś katolickich. Zaś odnowa moralna może i powinna się zacząć od tych praktyk, które każdy katolik może i powinien podjąć w swoich zakresie. Od tego zaczyna się prawdziwa odnowa Kościoła. 

Czy abstynencja jest szkodliwa?


Wystąpienie, które pojawiło się w lutym 2020 r., wymaga sprostowania, gdyż zawiera poważne błędy teologiczne i rozumowe.

Po pierwsze, x. Bańka nie podaje jasnego i poprawnego teologicznie rozumienia nałogu.

Otóż nałóg jako wewnętrzny przymus do używania jakiejś substancji jest w katolickiej teologii moralnej rozpatrywany w dwóch zasadniczych aspektach:
1. pod względem osłabienia czy zaburzenia wolnej woli (liberum arbitrium), oraz
2. pod względem szkodliwości zdrowotnej.

Nałóg jako rodzaj wady (vitium), czyli przyzwyczajenia i łatwości w złym, jest przeciwieństwem cnoty (virtus), wespół z grzechem (peccatum) i złym usposobieniem (malitia):



(źródło tutaj)

Zasadniczo wszystkie stworzenia są przez Stwórcę dane człowiekowi do użytku, także tzw. używki, czyli substancje, bez których człowiek może żyć, a które służą tylko czy do polepszenia zdrowia i samopoczucia, czy dozwolonej przyjemności. Warunkiem ich moralnego używania są podane wyżej kryteria, czyli panowanie rozumu nad ich używaniem i tym samym rozumne stosowanie zgodnie z duchowym i cielesnym dobrem człowieka w wymiarze zarówno indywidualnym jak też społecznym. Dotyczy to zarówno alkoholu jak też tytoniu i innych narkotyków.

Tradycyjne podręczniki referujące nauczanie św. Tomasza mówią wprawdzie zwykle tylko o upajaniu się alkoholem oraz stosowaniu morfiny, co wynika z ówczesnych zagadnień, gdyż palenie tytoniu pojawiło się w Europie na znaczącą skalę dopiero wraz z odkryciem Ameryki. Jednak Kościół od początku zwalczał używanie tytoniu w każdej postaci, zarówno jako cygara jak też tabaki do wciągania. W 1575 wydano zakaz w Mexyku. W Rosji Piotra Wielkiego uważano palenie tytoniu przez duchownych za grzech śmiertelny i drastycznie karano okaleczeniem nosa i warg. W Europie zachodniej Kościół dopiero w 1725 r. zaniechał zakazu palenia tytoniu i wciągania tabaki. Warto zauważyć, że palenie cygara było typowe dla mieszczaństwa, podczas gdy arystokracja używała tytoniu jako wciąganie tabaki. Dla proletariatu wynaleziono papierosy jako najgorszy i najtańszy produkt.

dane naukowe świadczące o tym, że palenie tytoniu sprzyja późniejszej konsumpcji narkotyków. Także spożywanie alkoholu w młodocianym wieku często prowadzi do używania tytoniu oraz narkotyków z kokainą włącznie (źródło).

Po drugie, x. Bańka popełnia zdanie, którego nie można w żaden sposób usprawiedliwić. Otoż twierdzi, jakoby wymaganie przyrzeczenia nieużywania alkoholu i tytoniu do 18ego roku życia przynosiło "więcej szkody niż pożytku" i wynikało "z purytanizmu". Są tutaj dwie kwestie:
- samo przyrzeczenie abstynencji oraz
- jego wymaganie przy okazji Pierwszej Komunii św.

X. Bańka atakuje wprawdzie bezpośrednio przymus, ale de facto atak uderza w samo przyrzeczenie. Jest oczywiste, że do osiągnięcia wieku dorosłego i samodzielności życiowej za życie i zdrowie dziecka, a także za jego wychowanie moralne i też religijne odpowiadają rodzice. Tym samym wymaganie przyrzeczenia dotyczy właściwie rodziców. Kościół w Polce mówi rodzicom: jeśli chcecie, żeby wasze dziecko przyjęło Pierwszą Komunię św., to musi ono złożyć przyrzeczenie abstynencji od alkoholu i tytoniu dopóki wy jesteście za nie odpowiedzialni. Rodzice oczywiście mogą odrzucić to wymaganie. Dziecku jest to w tym wieku zwykle obojętne. Rodzice zwykle akceptują i popierają ten wymóg, mając na względzie dobro dziecka, wiedząc, że chodzi o jego ochronę. To przyrzeczenie jest natomiast niewygodne dla przemysłu alkoholowego i tytoniowego, a także dla dorastającej młodzieży, która kieruje się bardziej chęcią doznań zmysłowych niż rozumem i umiarkowaniem. Dlatego nazwanie tej praktyki Kościoła w Polsce "bardzo dziwną" jest właśnie bardzo dziwne, zwłaszcza w wykonaniu kapłana. 

Owszem sama reguła wymogu przyrzeczenia jest nowością i specyfiką Kościoła w Polsce. W innych krajach odpowiedzialność za wychowanie do używek spoczywa na rodzicach bez ingerencji i wsparcia Kościoła. Czy Kościół ma prawo dawać wskazówki rodzicom i stawiać wymagania? Oczywiście ma, nawet jeśli w innych krajach o innej kulturze i zwyczajach tego nie czyni.

Po trzecie, x. Bańka ma wyraźnie problem także z samą abstynencją, wiążąc ją z protestanckim purytanizmem. Tutaj wystarczy wskazać chociażby na św. Tomasza, który mówi jasno, że Chrystus wzywa do abstynencji, o ile używka jest przeszkodą w dążeniu do doskonałości:


(źródło tutaj)

Doskonałość należy rozumieć tutaj całościowo, to znaczy nie tylko moralnie jako wolność od grzechów, lecz także jako sprawność w dobrym czyli rozwinięcie sił i umiejętności człowieka.

Zgodność z cnotą umiarkowania dotyczy zasadniczo skutków zdrowotnych danej używki, tzn. ilości, która nie jest szkodliwa dla zdrowia, a polega na wdzięcznym używaniu daru pochodzącego od Boga.

Na zasadzie zgodności i harmonii wszystkich cnót, zarówno moralnych jak też kardynalnych i teologalnych, nie może być tutaj sprzeczności zwłaszcza z miłością Boga i bliźniego. Według katolickiej teologii moralnej, stosowanie używek także nienałogowe może być grzeszne, jeśli sprzeciwia się miłości Boga, miłości własnej (szkodzenie własnemu zdrowiu i doskonałości moralnej) oraz bliźniego. Konkretnie: jeśli wydawanie pieniędzy na daną używkę sprzeciwia się uczynkom na rzecz kultu Bożego i dzieł miłosierdzia, wówczas jest grzeszne, nawet jeśli nie stanowi braku umiarkowania. Tutaj wchodzi w grę zarówno sytuacja materialna w danym otoczeniu, w tym potrzeby bliźnich, nie tylko w rodzinie, jak też stan: inną jakość ma zapalenie cygara przez pracowitego męża i ojca po zaspokojeniu potrzeb rodziny, a inną przez duchownego, który nawet przez prawo kanoniczne zobowiązany jest do skromnego życia oraz troski o ubogich.

Ponadto nader chwalebna jest dobrowolna abstynencja z pobudek czy to socjalno-moralnych (dawanie przykładu możliwości życia bez używek oraz solidarności z nałogowcami, których ratuje tylko zupełna abstynencja), czy religijnych, czyli dla zadośćuczynienia za grzechy pijaństwa i rozwiązłości (co się zwykle wiąże z pijaństwem), oraz dla wyproszenia łask potrzebnych do wyjścia z nałogów. Jest to akt miłości bliźniego, słusznie popierany i propagowany przez Kościół.

Jest mowa o tym pochwalnie także w tradycyjnych podręcznikach teologii moralnej. Jako że x. Bańka studiował teologię w seminarium w Niemczech, akurat blisko Ratyzbony, oto przykład podręcznika z 1927 r. wydanego z Imprimatur późniejszego zasłużonego biskupa Ratyzbony Michael'a Buchberger'a, autora słynnej encyklopedii katolickiej (Lexikon für Theologie und Kirche):





Oczywiście można dyskutować, czy i na ile zasadny i skuteczny jest obowiązek ślubowania abstynencji przy okazji Pierwszej Komunii. Wiele przemawia na korzyść tej praktyki, aczkolwiek stosowana jest chyba tylko w Polsce. Jasne, że nie daje ona zupełnej skuteczności ochrony dzieci i młodzieży w jej zdrowiu duchowym, psychicznym i fizycznym, jednak jest poważnym i bardzo cennym środkiem ze względu choćby na część młodych ludzi, także w znaczeniu ćwiczenia woli. Jest to owszem pewien przymus, jak każdy przymus wychowawczy. Jednak sensowność i korzyści są niepodważalne. Dlatego zadziwia i zasmuca atak ze strony kapłana Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Oby ta wypowiedź - zakładam jedynie nierozważna, a nie wynikająca ze złej woli - została rychło odwołana i skorygowana.

Na koniec wyjaśnię jeszcze kwestię grzeszności samego nałogu i ulegania jemu, co także nie zostało odpowiednio wyjaśnione przez x. Bańkę, który wspomniał jedynie, że w sytuacji nałogu pomniejszone czy wręcz wyłączone jest zaangażowanie woli, co powoduje pomniejszenie winy i tym samym grzeszności. 

X. Bańka pominął niestety odpowiedzialność za wpadnięcie w nałóg, co zresztą pasuje do jego sprzeciwu wobec wychowania do trzeźwości. Otóż jeśli ktoś wchodzi w stosowanie używek ze świadomością niebezpieczeństwa czy wręcz ryzyka popadnięcia w nałóg, to wówczas grzeszy ciężko, o ile nie stara się przeciwdziałać temu niebezpieczeństwu przez ćwiczenie woli, zwłaszcza cnoty umiaru. 

Analogicznie rzecz się ma w przypadku wpływu wychowawczego: jeśli rodzice czy inni wychowawcy pozwalają dziecku czy młodemu człowiekowi na stosowanie używek przed wykształceniem czy bez wykształcenia rozumnego poznania oraz hartu woli i wypróbowania w cnocie umiarkowania, to także grzeszą ciężko przeciw miłości bliźniego i obowiązkom stanu.

Czy jest cnota słodyczy?



Nie zapoznałem się z całością rekolekcyj o. Wawrzyńca, lecz z dwoma naukami, począwszy od tej wskazanej w tytule. Wskazano mi na nią jako adresowaną do mnie, zapewne z tego powodu, że jestem znany z ostrej krytyki herezyj i nadużyć. Z uwagą zapoznałem się, by skorzystać z pouczenia i upomnienia. Doceniam intencje i ogólnie treść w sumie lepszą niż u innych medialnych "gwiazd" kościelnych.

Problematyczne jest mówienie o "cnocie słodyczy". O. Wawrzyniec wspomina, że polskie tłumaczenie dzieła francuskiego teologa x. Adolfa Tanquerey'a mówi w tym miejscu o łagodności, jednak nie uzasadnia, dlaczego sam wybiera określenie "słodycz". W innym kazaniu rekolekcyjnym przyznaje się, że nie zna francuskiego:


Także tłumaczenie angielskie mówi o "łagodności":


W oryginale francuskim słowo to brzmi "douceur":



Samo słowo ma lexykalnie dość szerokie znaczenie, jak podaje standartowy słownik, jednak w znaczeniu cechy moralnej jest synonimem cierpliwości i łagodności:





O wiele ważniejsze niż znaczenie słownikowe jest teologiczne znaczenie użyte w kontexcie przez autora dzieła, na które powołuje się o. Wawrzyniec. X. Tanquerey definiuje "douceur" jako cnotę łączącą w sobie umiarkowanie, cierpliwość oraz życzliwość, zarówno wobec bliźnich jak też wobec siebie oraz wobec wszystkich rzeczy zarówno ożywionych jak też nieożywionych. Jest to cnota w istocie wewnętrzna, tzn. mająca miejsce w woli oraz wrażliwości, jednak przejawiająca się w słowach, gestach i zachowaniu.



Tym samym x. Tanquerey odnosi się wyraźnie do pary cnót clementia et mansuetudo, o której mówi św. Tomasz jako pochodnej części kardynalnej cnoty umiarkowania:





Już pobieżne zapoznanie się z tą systematyką wystarczy by stwierdzić, że nie ma to wiele wspólnego ze słodyczą, ani w potocznym rozumieniu ani w rozumieniu teologicznym.

Podsumowując:
Użycie określenia "słodycz" w tym temacie nie tylko nie ma pojęciowego oparcia w teologii katolickiej. W tej tematyce z całą pewnością nie chodzi o słodzenie komuś słowami czy gestami w sytuacji, gdy słuszny jest gniew i kara. Słodycz byłaby zakłamaniem sytuacji i tym samym przeciwna miłości Boga, który jest prawdą i miłuje prawdę, oraz miłości bliźniego, która wymaga upomnienia czy nawet skarcenia. Słusznie więc o. Wawrzyniec dołącza temat upomnienia.

Zacząć należy od tego, że cnota łagodności (clementia et mansuetudo), o której mówi św. Tomasz, nie jest cnotą nadrzędną, lecz podrzędną i mniejszą niż cnoty teologalne jak wiara, nadzieja i miłość, czy też kardynalne jak roztropność i sprawiedliwość:


Oznacza to, że łagodność ustępuje i powinna ustępować, jeśli wymagają tego inne cnoty, jak chociażby sprawiedliwość, oczywiście w połączeniu z umiarkowaniem, ponieważ cnoty kardynalne, podobnie jak teologalne, stanowią całość. 

Takie samo jest ujęcie w całej katolickiej literaturze teologiczno-duchowej. Tutaj jeszcze jeden przykład:





Przede wszystkim teza o. Wawrzyńca, że nie należy upominać, jeśli nie można tego uczynić ze słodyczą i w sposób unikający zawstydzenia upominanego, nie ma podstaw w katolickiej teologii moralnej. Przytoczyć można chociażby św. Augustyna:



(źródło tutaj)

Tym samym jedynym warunkiem upomnienia jest miłość, a nie taka czy inna reakcja osoby upomnianej. 

Wiadomo, że upomnienie godzi w pychę. Osoba, która popełniła błąd czy grzech z powodu słabości, a nie złej woli, z wdzięcznością przyjmie upomnienie, nawet jeśli nie jest ono słodkie, wiedząc, że może je wykorzystać dla pożytku swojej duszy, nawet jeśli byłoby niesłuszne. 

Kiedy należy pomagać?


Przykazanie miłości bliźniego zrównuje z miłością do samego siebie. Poza przypadkami patologicznej nienawiści do siebie, każdy zwykle chce własnego dobra i do niego dąży (pomijając w tym miejscu kwestię złudzeń czy błędów co do tego dobra). To jest wystarczające kryterium.

Jest ono wypełnione i bliżej określone w nauczaniu Ewagelii oraz w przykładzie Jezusa Chrystusa. Jest to przykład heroiczny, właściwie niedościgniony, jednak ukazuje właściwy sens także przykazania miłości bliźniego.

Już w Kazaniu na Górze a także na wielu innych miejscach Ewangeli jasne jest, że kryterium pomocy nie jest oczekiwanie czy wyrachowanie wzajemności. Etyka Chrystusowa przewyższa handel wymienny, czyli zwykłą sprawiedliwość, aczkolwiek ją zawiera. Innymi słowy:
- Zasadniczą postawą chrześcijanina jest czynienie bliźniemu tego, czego sam pragnie i oczekuje od bliźnich.
- Czynienie dobra obowiązuje chrześcijanina także wtedy, gdy nie może się spodziewać wzajemności, oczywiście w ramach swoich możliwość i zgodnie ze sprawiedliwością, czy według zasady: każdemu według tego, co mu się należy.