Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną "summa cum laude". Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Sprawa x. Alfonsa (Jerzego) Popiełuszki (z post scriptum)
Gdy porwano i zamordowano x. Jerzego Popiełuszkę, byłem na pierwszym roku studiów w Krakowie. Wtedy dość powszechnie znane były jego kazania wydawane w podziemiu. Pisała o nim także prasa zagraniczna zachodnia, do której jako studenci filologii obcych mieliśmy dostęp. On był wtedy chyba najbardziej znanym duchownym polskim w kolejności po papieżu-Polaku. Z dzisiejszej perspektywy jest oczywiste, że musiał być mocno przez kogoś promowany medialnie, a nie była to hierarchia kościelna. Wiadomo, że miał kontakty z masońską rozgłośnią "Wolna Europa", a także bywał w ambasadzie USA. Pamiętam też, że jeden ze starszych kolegów z akademika, akurat iberysta o dość liberalnych poglądach, ale nie wrogi Kościołowi, choć krytyczny, po przeczytaniu tych kazań był zauroczony. To chyba też wyjaśnia tłumy na jego "mszach za Ojczyznę".
W międzyczasie wiemy, że okoliczności jego uprowadzenia i śmierci nie są wyjaśnione, gdyż są poważne dowody podważającego oficjalną wersję przedstawioną na tzw. procesie toruńskim. Nie będę relacjonował tej kwestii, lecz odsyłam do łatwo dostępnych internetowych i książkowych materiałów czy to Wojciecha Sumlińskiego, czy też Leszka Pietrzaka. Być może wkrótce nastąpi przełom o tyle, że wersja reżimu kiszczako-jaruzelskiego zostanie oficjalnie obalona. Choć tego nie życzy sobie nawet wierchuszka systemu wyszyńsko-wojtyliańskiego, który ma widocznie coś do ukrycia. Dlaczego tak jest?
Ano zapewne dlatego, że w razie prawdziwego i pełnego opisania sprawy x. Popiełuszki odsłonięty zostanie wymiar uwikłania systemu kościelnego w reżim komunistyczny. Bardzo prawdopodobna wydaje się hipoteza, że celem uprowadzenia było zastraszenie i przekonanie księdza do podjęcia współpracy z reżimem kiszczako-jaruzelskim. Otóż był on wówczas najbardziej popularnym duchownym w Polsce i był sławny także za granicą, przewyższając w tym najwyższych dostojników jak Prymas i krakowski kardynał Macharski, a nawet słynnego biskupa przemyskiego Tokarczuka. Równocześnie był poniekąd niepokorny, bo nie chciał zostać wysłany do Rzymu. Taki duchowny stanowił zagrożenie także dla władzy świeckiej, skoro nie słuchał nawet przełożonych kościelnych. To zagrażało współpracy komunistów z hierarchią kościelną w procesie transformacji ustrojowej, która musiała pociągać za sobą niezadowolenie zwykłych ludzi, właśnie tych, którzy słuchali wikarego z Żoliborza. Reżim trafnie przewidywał, że ten ksiądz będzie stał po stronie ludzi, a ludzie staną po jego stronie, i że będzie miał przy tym poparcie medialne także z zagranicy. Porwanie i tortury były dla niego ostatnią szansą - szansą na złamanie i zdobycie go dla siebie. Planem B musiało być zabicie go, skoro do tego doszło. Absurdalne jest mówienie o "wypadku przy pracy". Takie "służby" nie ulegają takim wypadkom, gdyż są profesjonalne, zaś akcja była zapewne precyzyjnie przygotowana. Zabicie księdza - zresztą nie pierwsze i nie ostatnie na liście osiągnięć tych "służb" - miało być swoistym rodzajem zemsty na Kościele, mianowicie przez dostarczenie mu fałszywego męczennika, fałszywego świętego.
Dlaczego tak twierdzę? Otóż jedną z naczelnych zasad Kościoła w odniesieniu do procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jest zbadanie zachowania danej osoby w obliczu i w momencie śmierci. Akurat o tym nie wiemy nic, przynajmniej nic wiarygodnego. Nawet jeśli uzna się wersję z tzw. procesu toruńskiego za prawdziwą, to wiadomości zawarte w niej, mianowicie mówiące o tym, że x. Popiełuszko się szamotał i wyrywał, to świadczy ona jasno przeciwko męczeństwu, czyli przeciw heroicznej postawie wiary, nadziei i miłości w obliczu i w momencie śmierci. Podkreślam: że człowiek w takiej sytuacji próbuje się bronić i okazać sprzeciw, to jest naturalne i zrozumiałe. Tak jednak nie zachowuje się męczennik za wiarę, według kryteriów Kościoła.
Do tego należy oczywiście doliczyć ludzkie słabości, jak nałogowy nikotynizm, który także dość jasno świadczy przeciw heroiczności wiary, nadziei i miłości, niezależnie od zasług tego młodego kapłana i zrozumiałej ludzkiej sympatii do niego. Zaś zmiana imienia chrzcielnego na Jerzy świadczy o pewnej próżności, a może także o tym, że już wtedy był przygotowywany do sławy (początkiem mogły być wyjazdy do USA i kontakty tam nawiązane).
Tak więc kult x. Jerzego Popiełuszki jest paradoksalnie owocem współpracy zbrodniczego reżimu komunistycznego z systemem wyszyńsko-wojtyliańskim, którego jedną z głównych cech jest niechlujstwo teologiczne i myślenie w bardzo płytko rozumianym doraźnym interesie. Dlatego właśnie ów system sprzeciwia się rzetelnemu zbadaniu sprawy już nawet na poziomie faktograficznym. Niechęć do prawdy i zakłamanie są tutaj spoiwem interesów.
Podkreślam: zbrodnię na kapłanie należy rzetelnie i do końca wyjaśnić i osądzić, bez jakiegokolwiek względu na osoby. X. Popiełuszko jest z całą pewnością osobą godną upamiętnienia i szacunku na płaszczyźnie społecznej, narodowej i politycznej. Czym innym jest jednak kult liturgiczny Kościoła, gdyż on ma o wiele wyższe kryteria, które nie podlegają i nie mogą podlegać jakimkolwiek doraźnym interesom politycznym, nawet polityczno-kościelnym.
Post scriptum
Jeśli prawdą jest, że mordercy x. Jerzego wpierw usiłowali go nakłonić do współpracy, to nie świadczy to o nim dobrze. SB i tym podobne służby najpierw przypatrywały się potencjalnemu kandydatowi na TW. Z całą pewnością nie proponowali każdemu, lecz tylko tym osobom, które rokowały nadzieje na lojalną współpracę, przynajmniej pod jakimś naciskiem i ze strachu czy dla korzyści. O tym powinien wiedzieć każdy, kto bada tego typu sprawy.
Skąd wiem o tym? Ano z własnego doświadczenia. Otóż gdy w roku 1988 wraz z jednym współbratem zostałem przez przełożonych SVD oddelegowany na studia do Austrii, trzeba było nie tylko postarać się wydanie paszportu oraz wizy, lecz także konieczne było uzyskanie od władz PRL (w tzw. urzędzie paszportowym) na każdy wyjazd tzw. kartę przekroczenia granicy. Jedną część tejże karty zabierał urzędnik przy kontroli paszportowej przy wyjeździe z kraju, a drugą część trzeba było mu dać przy wjeździe. Oznaczało to, że za każdym pobytem w kraju konieczne było osobiste udanie się do urzędu po taką kartę. Jak się okazało, przy tej okazji odbywał się werbunek na TW i też chyba pobieranie sprawozdań. Dowiedziałem się o tym, gdy na pierwszym przyjeździe do Polski na ferie udaliśmy się razem ze współbratem do urzędu w Nysie po kartę. Mnie wydano kartę po jakiejś chwili czekania, natomiast współbrata wezwano na rozmowę, po której wyszedł także z kartą. Był zdziwiony, że nie byłem wzywany na rozmowę, Sprawa się wyjaśniła, gdy mi powiedział, że był nakłaniany do współpracy. Nie pytałem go, czy się zgodził, bo przypuszczalnie by się raczej nie przyznał. Zresztą od tej pory nie chodziliśmy razem do urzędu po kartę, lecz każdy w swojej miejscowości rodzinnej.
Sprawa jest także o tyle ciekawa, że SB w Nysie, gdzie znajdowało się seminarium SVD, musiało o mnie sporo wiedzieć, skoro nie dostąpiłem wątpliwego "zaszczytu" w postaci propozycji współpracy. Zresztą, jak wiadomo, wtedy jeszcze każdy alumn każdego seminarium miał swoją teczkę w aktach SB. Dlatego bardzo dziwne jest, że po moim dwukrotnym wniosku do IPN o kwerendę w zachowanych zasobach otrzymałem odpowiedź, że nie znaleziono nic oprócz wniosku o paszport. Równocześnie pewne jest, że byłem znany organom PRL już od 1981, gdy to krótko po wprowadzeniu stanu wojennego miałem wraz z kolegą z liceum niemiłe spotkanie z milicją z powodu złożenia kwiatów pod byłą siedzibą "Solidarności" w Przemyślu. Tak więc albo kwerenda w aktach została słabo wykonana, albo moje akta zostały wykradzione i zniszczone, jak w przypadku wielu duchownych. To może mieć związek z tym, że - jak zasadnie podejrzewam - mogła donosić na mnie przynajmniej jedna osoba z rodziny, która została oficjalnie ujawniona jako były TW, a być może też druga osoba, która weszła w rodzinę.
Jaki obowiązek mieli Ulmowie?
Nie milknie dyskusja w sprawie rodziny Ulmów (pisałem w temacie już kilkakrotnie: tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Ostatnio znany polityk, były marszałek sejmu z ramienia PiS, Marek Jurek zaatakował posła Grzegorza Brauna, konkretnie tegoż wypowiedź z mównicy sejmowej uzasadniającą votum separatum od decyzji uchwały o ogłoszeniu roku Ulmów (tutaj).
M. Jurek dopuszcza się niestety szeregu manipulacyj, tudzież oddziaływania na emocje, bez jakichkolwiek podstaw czy to w uniwersalnej etyce, czy nawet w katolickiej teologii moralnej.
Główne jego zdanie brzmi:
"Zdaniem posła Brauna obowiązkiem Wiktorii i Józefa Ulmów było więc w czasie wojny odmawiać schronienia Żydom, a może nawet innych ryzykowanych form materialnej pomocy."
Po pierwsze, G. Braun nic takiego nie powiedział. Czym innym jest powiedzenie, że pierwszorzędnym obowiązkiem rodziców jest ochrona życia swoich dzieci, a czym innym, że obowiązkiem jest odmówić schronienia obcym. Owszem, w tym wypadku obowiązek ochrony życia swoich dzieci wymagał odmówienia udzielenia schronienia żydom. Jednak to nie odmowa schronienia jest przedmiotem obowiązku, lecz ochrona własnych dzieci. Odmowa schronienia wynika z pierwszorzędnego obowiązku, wynikającego z obowiązku rodzicielskiego, który jest nadrzędny wobec obowiązku co do innych ludzi.
Następnie M. Jurek przytacza film "Milczenie", który dotyczy historii pewnego misjonarza jezuity w Japonii w XVII w., który popełnia apostazję dla ratowania życia chrześcijan. Ciągnąc swoją myśl dalej, wskazuje na żołnierzy polskiego podziemia w okresie walki z okupantem niemieckim, którzy narażali życie swoje i swoich rodzin. Zawartą w tych porównaniach swoją zdumiewającą "logikę" uzasadnia tym, że "założeniem Polaków ratujących Żydów (ten zbiór zazębia się przecież z tym drugim, zbrojnie podziemnym) też nie było narażanie bliskich, ale dzielenie się życiem z tymi, dla których pomoc stawała się warunkiem przeżycia". No cóż, to jest piękne, wręcz poetyckie ujęcie. Problem w tym, że popełnia zasadnicze pomieszanie i przekłamanie. Równie dobrze, a właściwie słuszniej należy powiedzieć, że tutaj żydzi podzielili się swoją śmiercią, a Ulmowie przyjęli to podzielenie się dla siebie i dla swoich dzieci, do czego nie mieli moralnego prawa, a nawet postąpili wbrew moralnemu obowiązkowi ochrony życia swoich dzieci.
Otóż Ulmowie nie stali przed alternatywą: albo życie swoje i bliskich, albo wyznawanie wiary. Wręcz przeciwnie. Ochrona życia swoich dzieci była ich świętym obowiązkiem wynikającym z prawa naturalnego i z rodzicielstwa na mocy sakramentu małżeństwa. Na jakiej podstawie M. Jurek twierdzi, jakoby wiara katolicka wymagała udzielenia schronienia żydom kosztem życia swojego i swoich dzieci, pozostaje zagadką. Z całą pewnością takiej podstawy nie ma ani w żadnym orzeczeniu Magisterium Kościoła, ani w całej katolickiej teologii moralnej.
Podobnie jest z chwytem w postaci przywołania przykładu żołnierzy podziemia, którzy w narracji romantyczno-sanacyjnej wystylizowani zostali niemal na świętych czy przynajmniej męczenników. Także w ich sprawie ani Magisterium Kościoła, ani katolicka teologia moralna nie daje żadnych podstaw do pozytywnej oceny walki niezgodnej z katolicką doktryną tzw. wojny sprawiedliwej. Oczywiście, walka z niemieckim okupantem z całą pewnością zasadniczo była wojną sprawiedliwą o tyle, o ile jej celem była walka o niepodległe państwo chroniące prawo naturalne. Jednak cel nie jest - według katolickiej teologii moralnej - jedynym warunkiem wojny sprawiedliwej. Istotnym warunkiem jest także adekwatność zastosowanych środków. Skrajnym przykładem jest tzw. powstanie warszawskie, które należałoby nazwać rzezią warszawską, urządzoną na zamówienie dowódców Armii Krajowej. Otóż z całą pewnością nie spełniało ono kryteriów wojny sprawiedliwej, a to z tego powodu, że jego przewidywalnym skutkiem nie było wywalczenie niepodległego państwa, lecz jedynie śmierć rzeszy Polaków, zwłaszcza młodych, co na dziesięciolecia osłabiło naród i przyczyniło się do zapaści kulturowo-cywilizacyjnej, która miała miejsce w erze komunizmu. To samo należy powiedzieć o każdej innej tego typu walce z okupantem, także o tzw. żołnierzach wyklętych. Bowiem istotnym warunkiem sprawiedliwości walki jest adekwatność do celu, czyli zastosowanie środków, które prowadzą do celu, jakim jest niepodległość państwowa dla ochrony życia obywateli. Innymi słowy: nie wystarczy zginąć w walce o niepodległość. Moralna ocena danej walki zależy od dostosowania środków. Mówi o tym także sam Pan Jezus (Łk 14,31-32). Jeśli nie ma wystarczających środków militarnych do pokonania wroga, wówczas walka zbrojna z nim jest sprzeczna z warunkami wojny sprawiedliwej i niemoralna, a wobec tego walkę należy prowadzić innymi środkami niż militarne (skoro ich nie ma, przynajmniej w adekwatnej ilości), czyli kulturowo, duchowo, cywilizacyjnie.
M. Jurek miesza zupełnie, gdy retorycznie pyta, dlaczego G. Braun "nie piętnuje – w imię nienarażania rodziny – obowiązków wobec wiary czy Ojczyzny?". Tutaj znów błędnie zakłada, po pierwsze jakoby istniała sprzeczność między obowiązkiem wobec rodziny, a wobec wiary i Ojczyzny, a po drugie jakoby udzielenie schronienia żydom było obowiązkiem wynikającym z wiary. Obydwa założenia są fałszywe. Były marszałek sejmu, uważający się zresztą za katolika, widocznie nie rozumie katolickiej nauki społecznej, której główną zasadą jest subsydiarność. Oznacza ona, że prawa i obowiązki wobec państwa i narodu zaczynają się i kończą tam, gdzie jest dobro podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Innymi słowy: celem, sensem i racją bytu obowiązku wobec narodu i ojczyzny jest dobro rodziny. Jeśli coś godzi w rodzinę, to godzi także w naród i państwo. Przykładem są rozwody, rozwiązłość, związki jednopłciowe itp. Na przykładzie wojennym: jeśli przewidywalnym skutkiem walki partyzanckiej była śmierć ojca rodziny (czy młodzieńca będącego potencjalnym ojcem rodziny polskiej) bez jakiejkolwiek wymiernej korzyści dla rodziny, narodu i państwa, to była to walka niemoralna z katolickiego punktu widzenia, nawet jeśli od dziesięcioleci, może nawet stuleci wpajany jest nam kult tego typu zachowań jako rzekomo bohaterskich i patriotycznych.
Zaś w kwestii postawy Ulmów regularnie zapomina się, że wynikająca z wiary etyka katolicka nie polega na uczuciach, lecz na cnotach. Pierwszą cnotą kardynalną jest sprawiedliwość, a ona wymaga przestrzegania porządku powinności. Nawet jeśli Ulmowie w swojej decyzji byli powodowani szlachetnym współczuciem dla żydów, to jednak nie mieli moralnego prawa działać wbrew rodzicielskiemu obowiązkowi ochrony życia własnych dzieci.
Dowodem jest chociażby fragment jednego z klasycznych podręczników teologii moralnej, słynnego dominikanina (D. Prümmer, Manuale Theologiae Moralis, t. I):
Jak widać, Doktor Kościoła podawany przez papieży jako mistrz i wzór uprawiania teologii, św. Tomasz oraz praktycznie wszyscy teologowie katoliccy jednoznacznie uczą, że w sytuacji zagrożenia życia członkowie rodziny - jak rodzice, mąż, żona i dzieci - mają pierwszeństwo przed innymi bliźnimi.
Swój bełkotliwy wywód M. Jurek oczywiście doprowadza do zarzutu antysemityzmu, co już zupełnie demaskuje poziom intelektualny tego textu. Nie chcę pełnić roli adwokata G. Brauna, tutaj on sam powinien się bronić, jeśli uzna za stosowne. Radzę natomiast panu M. Jurkowi, by się najpierw douczył, zanim się wypowie w kwestiach, o których właściwie powinien mieć choćby ogólne pojęcie, czego tutaj niestety nie wykazuje. A już zupełnie niemoralne jest łajanie kijem antysemityzmu z pozycji własnej ignorancji.
Czy Damian Soból zostanie beatyfikowany?
Najpierw modlitwa za duszę śp. Damiana: Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei!
Jest zapewne zrządzeniem Bożej Opatrzności, że zaledwie kilka miesięcy po głośnym w Polsce i na świecie wyniesieniu do chwały ołtarzy (czy raczej stolików Novus Ordo Missae) rodziny z terenu diecezji przemyskiej został z premedytacją zabity przez zbrodniarzy żydowskich młody przemyślanin pełniący służbę ratowania życia Palestyńczyków zagrożonego przez armię żydowską.
Okoliczności jego śmierci są powszechnie znane. Nie ma żadnych wątpliwości co do faktu, że został zabity - wraz z sześcioma innymi pracownikami akcji humanitarnej w strefie Gazy - ze szczególnie okrutną i wyrachowaną premedytacją. Nie ulega więc wątpliwości, że zostali oni zamordowani za niesienie pomocy głodującej ludności palestyńskiej, której życie znajduje się w bezpośrednim niebezpieczeństwie. To jest istotne z punktu widzenia teologicznego, ponieważ w sprawie Ulmów chodzi również o ratowanie zagrożonego życia ukrywanych Żydów, aczkolwiek to zagrożenie było mniej bezpośrednie niż w tym przypadku.
Równocześnie zachodzi istotna różnica: śp. Damian Soboń nie narażał życia innych osób, lecz jedynie swoje, w przeciwieństwie do Józefa Ulma, który naraził życie całej swojej rodziny, co z punktu widzenia katolickiej teologii moralnej było niemoralne.
W sprawie Ulmów rzekomym dowodem na motywację pochodzącą z wiary katolickiej ma być egzemplarz Biblii z podkreślonym zdaniem o oddaniu życia za bliźnich. Jest to oczywiście bardzo słaby dowód, gdyż po pierwsze musiało by zostać udowodnione, że to podkreślenie pochodzi od Józefa U., a po drugie, że zachodzi związek przyczynowo-skutkowy z decyzją przyjęcia Żydów do domu. Skoro jednak taki "dowód" został jednak uznany jako wystarczający do wykazania nadprzyrodzonej motywacji Józefa U., to obecnie wystarczy wykazać istnienie egzemplarza Biblii należącego do śp. Damiana z tego typu podkreśleniem, by uzasadnić jego wyniesienie na ołtarze. Co oczywiście - według obecnie możliwych przewidywań - nie nastąpi, gdyż obecne władze kościelne zapewne nie są tym zainteresowane, nawet wręcz przeciwnie.
W sumie na tym przykładzie widać wyraźnie, jak niespójne teologicznie i choćby zdroworozsądkowo jest przeforsowanie beatyfikacji Ulmów.
Czy sprawa śp. Damiana Sobóla jest zakończona? Czas pokaże.
Beatyfikacja dziecka nienarodzonego
Beatyfikacja na poziomie inżyniera mechanika
Ten oto człowiek podjął się - chętnie i na zlecenie redakcji "Christianitas" (zwane przez niektórych "Hypocritas") - polemiki z moimi już wyrażonymi zastrzeżeniami co do beatyfikacji Ulmów (por. tutaj).
Porusza dwie kwestie. Oto pierwsza:
Teza jest bardzo naciągana: jakieś "zapiski" w egzemplarzu Pisma św. mają świadczyć o męczeńskim charakterze. Autor widocznie nawet nie wziął pod uwagę prostych faktów.
Po pierwsze, tam nie było Pisma św. lecz to była historia biblijna.
Po drugie, najpierw musiałoby być pewne, że zapiski pochodzą od UImów, a nie zostały później przez kogoś dopisane.
Po trzecie, chodzi nie o zapiski, lecz o jedyne słowo "tak!", które wcale nie musi mieć związku ze sprawą ich zabicia przez Niemców.
Po czwarte, dla orzeczenia męczeństwa istotna jest nie wcześniejsza czy ogólna pobożność kandydatów, lecz ich postawa w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, czyli w tym wypadku zachowanie Ulmów wtedy, gdy do ich domu wtargnęli oprawcy. O tym zachowaniu fani beatyfikacji milczą, co świadczy o tym, że albo nic w tej kwestii nie wiedzą, albo że fakty oraz wiedza o nich świadczą przeciw tezie o męczeństwie.
Zresztą podobnie jest ze sprawą x. Jerzego Popiełuszki: dopóki nie stwierdzono jednoznacznie, że zachował wolę oddania życia oraz męstwo w sytuacji zadawania mu cierpienia i zagrożenia życia, dopóty nie ma podstaw do orzeczenia o męczeństwie według tradycyjnych reguł Kościoła.
O tym inżynier mechanik (skądinąd to szlachetny i potrzebny zawód) oczywiście nie musi wiedzieć, a w związku z tym nie powinien się wypowiadać w temacie, chyba że chce manipulować publicznością, a przy okazji się ośmieszyć.
Drugi jego argument jest dłuższy:
Przyznać trzeba, że zabieg z powołaniem się na tradycyjny obrzęd Chrztu św. jest przebiegły, aczkolwiek znowu na poziomie jedynie inżyniera mechanika i zupełnie chybiony.
Po pierwsze, autor popełnia tutaj nadużycie, gdyż z formuły wstępnego obrzędu Chrztu św. wcale nie wynika prawo do narzucania dzieciom, zwłaszcza kosztem ich życia, własnej interpretacji wiary katolickiej. Zwróćmy uwagę: według tej formuły to Kościół daje wiarę, nie rodzice. Rodzice proszą o wiarę Kościoła. Zaś z wiary Kościoła wcale nie wynika, jakoby rodzice mieli prawo czy obowiązek narażać życie swoich dzieci dla ochrony życia obcych. Nawet jeśli Ulmowie działali zgodnie ze swoim subiektywnym rozumieniem wiary, na pewno nie działali w zgodności z nią w rozumieniu Kościoła katolickiego, który nigdy nie nauczał wyższości ratowania życia obcych nad obowiązkiem ochrony życia swoich dzieci.
Po drugie, autor miesza porządek naturalny, czyli prawo naturalne, z porządkiem nadprzyrodzonym, czyli prawem z wiary i to "rozumianym" dość prymitywnie i tendencyjnie. Według teologii katolickiej nie ma i nie może być sprzeczności między naturalnym obowiązkiem rodziców wobec dzieci, a wychowaniem ich we wierze. Cóż byśmy powiedzieli o rodzicach, którzy w imię swojej pobożności i dawania przykładu we wierze narzucaliby swoim małym dzieciom post ścisły i całonocne adoracje Najświętszego Sakramentu? Czyż to nie byłby raczej sposób wychowania ich na wrogów wiary i Kościoła?
Po trzecie, autor popełnia zafałszowanie typowe dla herezji miłosierdzizmu, polegające na oderwaniu miłosierdzia od sprawiedliwości. Innymi słowy: czyn Ulmów, polegający na udzieleniu schronienia obcym za cenę narażenia życia swoich dzieci, z całą pewnością nie był uczynkiem miłosierdzia w rozumieniu katolickim, ponieważ był sprzeczny z cnotą sprawiedliwości, czyli z respektowaniem prawa swoich dzieci do ochrony ze strony rodziców. To był najwyżej akt litości i to prawdopodobnie nie bezinteresownej. A to jest nie jest to samo, gdyż uczynki miłosierdzia, także co do ciała, nigdy nie są sprzeczne z cnotami zarówno kardynalnymi, do których należy sprawiedliwość, jak też teologalnymi.
Podsumowując: apologia autorstwa inżyniera mechanika (powinien mieć kompetencje w swym zawodzie) jest godna poziomu teologicznego tej beatyfikacji. Sapienti sat.
Czy Ulmowie zmarli jak męczennicy za wiarę?
W kwestii heroiczności cnót Ulmów już się wypowiedziałem (tutaj). W skrócie: mimo możliwej czy prawdopodobnej szlachetnej motywacji rodziców Ulma, oczywiste jest, że narażenie życia swoich dzieci dla udzielenia pomocy innym osobom jest sprzeczne z cnotą sprawiedliwości i tym samym wyklucza heroiczny stopień cnót nadprzyrodzonych (wiary, nadziei i miłości). Cnoty kardynalne (do których należy sprawiedliwość) są bowiem według katolickiej teologii moralnej naturalnym fundamentem cnót nadprzyrodzonych.
Tytułowe pytanie jest także kluczowe w kwestii teologicznej oceny kontrowersyjnej beatyfikacji rodziny Ulmów. Wyjaśniam po kolei. Otóż procesy beatyfikacji (i kanonizacji) składają się z dwóch głównych, formalnie niezależnych procesów:
- o heroiczności cnót wiary, nadziei i miłości w momencie śmierci,
- o cudach za przyczyną danych sług Bożych.
W razie zakwalifikowania śmierci danego sługi Bożego jako męczeństwa, proces o męczeństwie, czyli wykazujący poniesienie śmierci męczeńskiej, zastępuje proces o cudach. Cuda są teologicznie znakiem Bożym potwierdzającym heroiczność cnót danej osoby. Tradycyjnie wymagane były do beatyfikacji przynajmniej dwa udowodnione cuda za wstawiennictwem danej osoby, zaś do kanonizacji następne przynajmniej dwa, które musiały wydarzyć się po beatyfikacji. W ramach "reform" po Vaticanum II zredukowano o połowę liczbę wymaganych cudów (czyli jeden do beatyfikacji i następny do kanonizacji), co jest błędne teologicznie i otworzyło furtkę do wręcz masowych, a przynajmniej wątpliwych wyniesień na ołtarze. Błędność tej decyzji polega zasadniczo na tym, że cud jako wydarzenie historyczne może być orzekany jedynie z pewnością tzw. moralną, filozoficznie mówiąc, empiryczną, indukcyjną, która ze swej natury polega jedynie na prawdopodobieństwie. Dopiero zsumowanie orzeczeń wysoce prawdopodobnych, daje pewność godną spraw Kościoła, zwłaszcza jego kultu publicznego i przykładów świętości.
Teologiczną racją pominięcia procesu o cudach przez zastąpienie go procesem o męczeństwie jest to, że męczeństwo jest naocznym dowodem działania łaski w danej osobie, szczególnie w okolicznościach i momencie jej śmierci. Wynika z tego konieczność rzetelnego zbadania i udowodnienia, analogicznie do procesu o cudach.
Postulator procesu rodziny Ulmów (widoczny powyżej) słusznie podaje główne czynniki wchodzące w skład udowodnienia śmierci męczeńskiej (źródło tutaj):
1. aspekt materialny, czyli śmierć nagła, wskutek zadanej przemocy
2. aspekt formalny co do osoby umęczonej (ex victimae): motywacja z wiary katolickiej
3. aspekt formalny co do osoby męczącej (ex persecutoris): motywacja nienawiści do wiary katolickiej
Aspekt pierwszy raczej nie ulega wątpliwości w przypadku Ulmów, gdyż to potwierdzają jednoznaczne dowody, czyli zarówno relacje świadków jak też stan ciał stwierdzony po exhumacji, tzn. fakt poniesienia śmierci nagłej w wyniku przemocy.
Aspekt drugi już wcale nie jest taki pewny. Nie wystarczy bowiem ogólna religijność i pobożność danej osoby. Istotna jest motywacja czynu, który był bezpośrednią przyczyną zadania śmierci. Być może Ulmowie byli pobożni. Być może też przyjęli żydów z pobudek szlachetnych, czyli z chęci udzielenia pomocy tym, którzy o to prosili. Nie byłoby też naganne, jeśli udzielili pomocy w zamian za jakieś korzyści, np. za pomoc w pracach domowych, polowych czy rzemieślniczych (ze świadectw historycznych wynika, że pracowali u Józefa Ulmy przy garbowaniu skór), gdyż sprawiedliwość wymaga pewnej wzajemności. Taka motywacja jednak nie jest nadprzyrodzona, czyli nie pochodzi z nadprzyrodzonej cnoty miłości, co jest konieczne dla spełnienia definicji męczeństwa.
Ponadto: skoro Ulmowie ukrywali żydów przez dwa lata (od 1942 do 1944), to widocznie nie była do tego konieczna miłość bliźniego w stopniu heroicznym. Po prostu mogli być przekonani, że uda im się to udzielanie pomocy bez narażania życia swojego i swoich dzieci.
Mówiąc krótko: dla udowodnienia faktu poniesienia przez Ulmów śmierci męczeńskiej byłoby konieczne udowodnienie, że w momencie bezpośredniego zagrożenia życia - czyli gdy oprawcy stanęli przed nimi - Ulmowie wykazali intencję i wolę oddania życia swojego (i swoich dzieci) dla ratowania żydów, i to z motywów nadprzyrodzonych, czyli z nadprzyrodzonej cnoty miłości bliźniego, której wzorem jest Jezus Chrystus. To jednak nie zostało w żaden sposób wykazane, gdyż to nie wynika z zeznań świadków. Żaden ze świadków nie zeznał, jakoby Ulmowie chętnie przyjęli wyrok wydany na nich przez oprawców.
Niemniej wątpliwy jest aspekt trzeci - motywacja oprawców, zwłaszcza ich dowódcy, niemieckiego żandarma Eilert'a Dieken'a. Postulator x. Burda powołuje się na fakt, że Dieken wystąpił ze wspólnoty protestanckiej, wyrzekając się tym samym wiary, w której został ochrzczony. To miałby niby być dowód na to, iż zabił Ulmów z nienawiści do wiary katolickiej. Jest to jednak rozumowanie bardzo powierzchowne, nielogiczne i w gruncie rzeczy fałszywe. Sprawa jest złożona i bynajmniej nie oczywista. O ukrywaniu żydów przez Ulmów doniósł Ukrainiec Leś, prawdopodobnie z chciwości co do ich majątku. Nie była to więc motywacja z nienawiści do wiary katolickiej. Gdy Dieken otrzymał donos, miał obowiązek wykonać exekucję według zbrodniczego prawa okupanta, niezależnie od swoich osobistych przekonań. To zbrodnicze prawo było ogólne, nie skierowane ani konkretnie przeciw Ulmom jako katolikom, ani przeciw katolikom w ogóle. Motywacją tego zbrodniczego prawa była fałszywa ideologia nazistowska, a nie bezpośrednia nienawiść do Kościoła czy katolicyzmu. Innymi słowy: motywacja z nienawiści do wiary katolickiej w wypadku Ulmów nie jest wcale pewna, a raczej wątpliwa. Gdyby Dieken działał z własnej inicjatywy, bez obowiązku służbowego, czy choćby był znany z innych działań skierowanych przeciw katolikom jako takim, czyli z powodu ich wiary, stanowiłoby to poszlakę dla stwierdzenia jego motywacji w zamordowaniu Ulmów, aczkolwiek jeszcze nie dowód. Jednak nie ma tutaj nawet poszlak tego typu, tym bardziej dowodów, które są niezbędne dla spełnienia trzeciego warunku orzeczenia o męczeństwie.
Jest więc oczywiste, że beatyfikacja rodziny Ulmów nie spełnia tradycyjnych kryteriów Kościoła, a nawet novusowych, czyli tych oficjalnie obowiązujących od 1983 r. po reformach w związku z Vaticanum II. Sprawa jest ewidentnie naciągana i to istotnie, co kolejny raz podważa wiarygodność osób winnych tego procederu oraz uderza we wiarygodność Kościoła.
Post scriptum
O poziomie teologicznym postulatora beatyfikacji Ulmów świadczy także następująca jego wypowiedź, gdzie myli proste słowa łacińskie ("dicunt" od "dicere" = mówić, natomiast "docere" = uczyć, pouczać):
Czy dziecko nieochrzczone może zostać beatyfikowane? (sprawa rodziny Ulmów)
Problem jest głębszy. Otóż beatyfikowanie dziecka nienarodzonego można tak samo uzasadnić jak beatyfikowanie nieochrzczonych niemowląt, analogicznie do niewiniątek zabitych przez Heroda z nienawiści do Chrystusa. Podstawą jest tzw. wiara niewyraźna (fides implicita) czy też przynajmniej niewyraźne pragnienie przynależności do Kościoła Bożego (votum Ecclesiae implicitum), obecne u rodziców niemowlęcia - narodzonego czy nienarodzonego. Kościół czci bowiem jako świętych nie wszystkie niemowlęta zabite przez Heroda, lecz tylko te, których rodzice oczekiwali Zbawiciela i wierzyli w Niego w sobie możliwy sposób. Wiara rodziców, zawierająca przynajmniej niewyraźne pragnienie Zbawienia w Jezusie Chrystusie, ma działanie zbawcze od strony człowieka, o ile w danym przypadku nie było możliwe przyjęcie sakramentu Chrztu św.
Problem teologiczny w sprawie planowanej beatyfikacji rodziny Ulmów polega na głębszej kwestii, mianowicie po pierwsze na istotnej zmianie pojęcia męczeństwa. Kościół zawsze rozumiał męczeństwo jako oddanie życia za prawdziwą wiarę, czyli przynajmniej niewyraźną wiarę (fides implicita) w Jezusa Chrystusa. Tak więc zadanie śmierci danej osobie czy osobom musiało wynikać z nienawiści do prawdziwej wiary, do wiary w Jezusa Chrystusa (ex odio fidei). W przypadku rodziny Ulmów nie miało to miejsca, nawet jeśli motywacja rodziców w jakiś sposób była powiązana z ich prostą wiarą. Historycznie nie ulega wątpliwości, że Niemcy zamordowali ich nie z powodu wyznawania wiary katolickiej, lecz z powodu ukrywania żydów, czyli łamania prawa (a właściwie bezprawia) okupanta. Właściwym motywem Niemców była w tym wypadku nienawiść do żydów, nie do wiary katolickiej. Rodzina Ulmów mogła swobodnie wyznawać i praktykować wiarę katolicką, aż do momentu ujawnienia ukrywania przez nich żydów. Takie są fakty historyczne, od których należałoby zacząć w kwestii ewentualnego wyniesienia na ołtarze.
Ukrywanie żydów samo w sobie nie wynikało wprost z wiary katolickiej, gdyż Ulmowie nie mieli takiego obowiązku na podstawie moralności katolickiej. Wręcz przeciwnie: narażenie życia swoich dzieci dla ratowania obcych ludzi jest moralnie przynajmniej wątpliwe, nawet jeśli motywacją było współczucie i to w kontekście naiwnego niedocenienia ryzyka dla własnej rodziny. Innymi słowy: motywacja rodziców mogła być szlachetna, gdyż byli to ludzie prości, kierujący się bardziej uczuciem niż rozumem oświeconym wiarą. Tym niemniej ryzykowanie życia nie tylko swojego lecz także swoich dzieci było conajmniej nieroztropne. Porządek sprawiedliwości wymaga spełnienia obowiązków wobec każdego według tego, co mu przysługuje. Dzieciom Ulmów przysługiwała troska o zapewnienie bytu i bezpieczeństwa. Natomiast obowiązek pomocy żydom poszukiwanym przez Niemców jest moralnie podrzędny wobec obowiązku rodzicielskiego. Innymi słowy: moralna jest tylko taka pomoc żydom, która nie narusza obowiązków wobec swoich dzieci. Ten obowiązek został tutaj jaskrawie naruszony, nawet jeśli Ulmowie działali z pobudek subiektywnie szlachetnych.
Tym samym ta beatyfikacja jest sprzeczna z zasadami Kościoła pod każdym istotnym względem, zarówno co do katolickiego pojęcia męczeństwa, jak też co do istoty beatyfikacji jako stawiania za wzór postawy heroicznie katolickiej. Ulmowie ani nie zginęli za wiarę w Jezusie Chrystusa, ani ich działanie - choć mogło być subiektywnie szlachetne, wynikające z dobrego serca - nie może być wzorem w znaczeniu katolickiej moralności, która zakłada obiektywny porządek sprawiedliwości, także co do powinności rodzicielskich.
Wszczęcie procesu wyniesienia na ołtarze w tym przypadku polega na zafałszowaniu już nawet na poziomie faktów. Zakwalifikowanie śmierci Ulmów jako męczeństwa - co jest sprzeczne z prawdą historyczną - niesie ze sobą brak wymogu choćby jednego cudu za ich wstawiennictwem (tradycyjnej wymagane były przynajmniej dwa potwierdzone cudy), gdyż ten wymóg nie zachodzi w sprawach o męczeństwo. Tak więc zafałszowanie oczywistego faktu, że śmierć Ulmów - oczywiście tragiczna i godna współczucia - nie była męczeństwem za wiarę, otworzyło drogę do beatyfikacji bez Bożego potwierdzenia świętości danych osób, jakim jest cud za ich wstawiennictwem. Tym samym katolicy są oszukiwani, na doraźny użytek (można się domyśleć, czyj użytek).
Na czym polega prywatny kult osób zmarłych w opinii świętości?
Poprzednie pytanie wywołało pytanie dalsze związane: czy zgodne z wiarą katolicką jest prywatne przemawianie do osób zmarłych, zwłaszcza do zmarłych w opinii świętości?
Po pierwsze, jest to coś istotnie innego niż publiczne przemawianie do osoby zmarłej, zwłaszcza podczas kazania.
Po drugie, opinia świętości nie jest beatyfikacją lecz spontaniczną reakcją wiernego ludu. Okazuje się to szczególnie przy grobie tej osoby, nie tylko podczas pogrzebu. Wierni okazują swoje przywiązanie do niej, zwykle przez zapalanie świec, składanie kwiatów. Niekiedy pojawiają się też prośby modlitewne o wstawiennictwo tej osoby.
Po trzecie, poprawnie powinne one być skierowane do Pana Boga ze wskazaniem na wstawiennictwo. Osoby bez wiedzy teologicznej nierzadko proszą spontanicznie wprost osobę zmarłą, co nie jest poprawne teologicznie. Do tzw. kultu prywatnego wystarczy skierować prośbę do Pana Boga wskazując na wstawiennictwo danej osoby.
Taki kult prywatny jest ważnym argumentem w procesie beatyfikacyjnym. Istotne jest, żeby był spontaniczny, tzn. niesterowaną i niepromowaną odgórnie - także przez władze kościelne - inicjatywą własną wiernych, oraz trwały, tzn. trwał przez dłuższy czas, także w pokoleniu, które nie znało danej osoby osobiście.
Czy święci i błogosławieni są zbawieni?
Rozpoznanie prowadzące do orzeczenia odbywa się w drodze procesu kanonicznego. Tradycyjne postępowanie procesowe, opisane zwłaszcza przez kardynała Lambertini'ego (późniejszego papieża Benedykta XIV), jest najsurowszym i najbardziej wnikliwym pośród znanych w historii. Składało się ono z dwóch osobnych procesów sądowych: procesu o heroiczności cnót i procesu o cudach za wstawiennictwem danej osoby, bądź procesu o męczeństwie w przypadku cech męczeństwa czyli oddania życia za wiarę. Jak w każdym postępowaniu sądowym, dowody oparte są na faktach materialnych (jak pisma czy wypowiedzi danej osoby, stan ciała po exhumacji oraz uzdrowienia za wstawiennictwem) oraz zeznaniach świadków. Są to dane empiryczne, dlatego mogą prowadzić jedynie do pewności moralnej (certitudo moralis), nie dogmatycznej ani metafizycznej. Z powodu złożoności i wszechstronności postępowania jest to jednak pewność najwyższa z możliwych, oczywiście o ile zachowane są tradycyjne procedury.
Istnieje też możliwość zatwierdzenia poświadczonego przez wieki spontanicznego kultu danej osoby przez wiernych. Jest to tzw. kanonizacja równoważna (aequipolens). Ma ona wówczas miejsce, gdy kult ze strony ludu wiernego jest długotrwały i żywy, a z powodu odległości czasowej od śmierci danej osoby oraz stanu materiału dowodowego (brak świadków i świadectw) nie ma możliwości przeprowadzenia stosowanego zwykle postępowania kanonicznego odnośnie heroiczności cnót. Nie chcąc pozostawić takiej sprawy jedynie zwyczajowi, papież zatwierdza kult danej osoby przez dekret. Oczywiście teoretycznie możliwy jest także zakaz takowego kultu.
Jaka jest różnica między świętym i błogosławionym?
Ogłoszenie kogoś błogosławionym (beatyfikacja) oznacza, że
- po zbadaniu zarówno życia danej osoby jak też zgłoszonych cudów przypisywanych jej wstawiennictwu można przyjąć, że ta osoba jest w niebie, oraz
- wolno publicznie wzywać jej wstawiennictwa, także w formie lokalnego święta liturgicznego czyli na ograniczonym terenie (diecezji, zakonu czy kraju).
W kanonizacji dochodzi jedynie stopień pewności tego orzeczenia oraz rozciągnięcie liturgicznego święta na cały Kościół.
W procesie kanonizacyjnym nie jest ponownie badana heroiczność cnót, czy męczeństwo za wiarę, lecz jedynie rozpowszechnienie kultu oraz następne cuda przypisywane danej osobie, które wydarzyły się po beatyfikacji.
Procesy według tradycyjnych zasad miały charakter przewodu sądowego, w którym ważono dowody i argumenty. Do beatyfikacji były wymagane przynajmniej dwa uznane cuda, do kanonizacji następne dwa (czyli w sumie cztery). Liczba ma znaczenie dlatego, ponieważ orzekanie o cudach, tak samo jak o każdych wydarzeniach historycznych, odbywa się z pewnością moralną (certitudo moralis), nie metafizyczną czy dogmatyczną.
Niestety po Vaticanum II nie tylko poważnie okrojono czynności procesowe, lecz zmniejszono o połowę liczbę wymaganych cudów. Oczywiście ma to konsekwencje dla stopnia pewności.
Czy walka zbrojna na froncie jest przeszkodą do beatyfikacji?
Mogę odpowiedzieć jedynie ogólnie, ponieważ nie znam wystarczająco tych dwóch przypadków.
Warunkami wstępnymi do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego są przede wszystkim: odejście do wieczności w opinii świętości oraz stały kult, czyli modlitwy prywatne wiernych, zwłaszcza przy grobie danej osoby, oraz inne oznaki czci oraz świadectwa wysłuchania modlitw za domniemaną przyczyną danej osoby. Z powodu tego drugiego warunku tradycyjnie można było wszcząć proces najwcześniej dopiero 50 lat po śmierci, aczkolwiek papież mógł udzielić dyspenzy w uzasadnionych przypadkach, tzn. gdy sława świętości i łask za wstawiennictwem danej osoby była powszechna oraz w stopniu nadzwyczajnym. Niestety ten wymóg trwałego, spontanicznego kultu ze strony wiernych został w ostatnich dziesięcioleciach zlekceważony przez zredukowanie czasu oczekiwania na wszczęcie procesu do 5 lat (w niektórych przypadkach nawet z tego wymogu dyspensowano). Ponadto we wielu przypadkach należy mieć wątpliwości, czy kult jest spontaniczny, tzn. nie inspirowany medialnie oraz odgórnie wspierany i sterowany.
W samym procesie informacyjnym, który jest prowadzony przez ordynariusza miejsca pochówku danej osoby (o ile zezwalają na to okoliczności), przedmiotem badania jest heroiczność cnót teologalnych czyli wiary, nadziei i miłości. Udział w walce zbrojnej sam w sobie nie świadczy przeciw tym cnotom, aczkolwiek konieczne jest zbadanie zgodności postawy danej osoby w tej walce z owymi cnotami, co jest szczególnie trudne. Tradycyjną zasadą Kościoła w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym jest dokładność i ostrożność, tzn. zarzuty i zastrzeżenia były traktowane bardzo poważnie. Chodzi bowiem o wiarygodność Kościoła.
Walka zbrojna na froncie wiąże się z tematem wojny sprawiedliwej. Liczy się zarówno cel danej wojny, tzn. jej słuszność moralna, ale także osobista postawa danej osoby w takiej wojnie. W przypadku wojny niesprawiedliwej sprawa jest bardziej złożona, gdyż dochodzi kwestia konieczności, tzn. nieuchronności udziału w niej, tym samym osobistej odpowiedzialności za ten udział.
Najogólniej mówiąc, udział w walce zbrojnej może być moralnym obowiązkiem, mianowicie wtedy, gdy chodzi o wojnę sprawiedliwą według warunków nauczanych przez Kościół. Równocześnie obowiązuje w niej odpowiednia postawa moralna, według wskazań etyki katolickiej.
-
Dla tych P. T. Czytelników, którzy nie wiedzą, co oznacza skrót FSSPX, wyjaśniam, że po polsku oznacza on: Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X. Z...
-
Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień...
-
Niestety mamy kolejny skandal w wykonaniu słynnej internetowej gwiazdy stehlinizmu, ponownie świadczący o wręcz niewyobrażalnej i karygodnej...
-
Odpowiedź wydaje się prosta. Wydarzenie jest powszechnie znane. W międzyczasie pojawiły się też następne oficjalne dokumenty oraz liczne kom...
-
Z powinności blogerskiej muszę znów zająć się ponowną przykrą sprawą następnego popisu, tym razem duetowego, gdyż poszerzonego o przedstawic...
-
Odbyła się zapowiadana szumnie "debata" dwóch głośnych twarzy internetowych: Marcina Zielińskiego (więcej tutaj i tutaj ) oraz D...
-
Już kilka lat temu byłem pytany o opinię w sprawie x. Dolindo Ruotolo. Zacząłem wtedy zapoznawać się z dostępnym materiałem. Dość rychło zau...
-
Określenie oraz pojęcie "duchowość", dość popularne w przestrzeni kościelnej w okresie mojej młodości, w ostatnich latach - akurat...
-
Przy okazji aktualnej sprawy posła Grzegorza Brauna (więcej tutaj ) słusznie nasuwa się pytanie, czy katolikowi wolno uczestniczyć w świętow...
-
Pytanie dotyczy dwóch zasadniczych kwestij teologicznych: 1. pojęcia ofiarowania, czyli ofiary kultowej, w świetle zwłaszcza Bożego Obj...








