Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moralność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moralność. Pokaż wszystkie posty

Trwa demontaż moralności i świętości katolickiej



Sprawa Jacka Krawczyka (1966-1991) dopiero nabiera rozgłosu i rozpędu. Nie jest przypadkiem, że dzieje się to wskutek promowania przez kapucyna, Andrzeja Derdziuka (na zdjęciu powyżej), który jest bratem bliźniakiem polityka powiązanego z kręgami ewidentnie masońskimi (K. Marcinkiewicz, D. Tusk), Zbigniewa Derdziuka. Podstawowe wiadomości w sprawie łatwo można znaleźć w internecie, więc linkowanie jest zbędne. I one właściwie wystarczą dla trzeźwej oceny forsowanych obecnie starań o wyniesienie go do chwały ołtarzy (w marcu 2023 r. diecezja rzeszowska wszczęła proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym). 

Oczywiście nie neguję, że Jacek mógł mieć swoje zasługi w znaczeniu realizacji cnót chrześcijańskich. Nie można też wykluczyć, że ostatecznie dostąpił już szczęśliwości wiecznej u Sędziego Sprawiedliwego. Jednak podstawowe fakty jednoznacznie świadczą przeciw możliwości oficjalnego ogłoszenia go jako wzoru cnót teologalnych w stopniu heroicznym według odwiecznych zasad Kościoła. Beatyfikacja w Kościele Chrystusowym ma bowiem dwa zasadnicze znaczenia, ściśle ze sobą powiązane:

1. orzeczenie, że dana osoba jest w chwale niebiańskiej,

2. orzeczenie, że dana osoba może być otaczana kultem jako wzór cnót teologalnych w stopniu heroicznym, czyli wybitnym i ponadprzeciętnym, świadczącym o wyjątkowym działaniu łaski Bożej w niej, co stanowi podstawę dla zwracania się do niej o wstawiennictwo u Boga.

Uwaga: cnoty teologalne (wiara, nadzieja, miłość) są czymś innym niż cnoty moralne, aczkolwiek są oczywiście powiązane. Same cnoty moralne (wypełnianie przykazań) nie wystarczą do beatyfikacji, nawet jeśli dana osoba praktykowała je w sposób ponadprzeciętny. Być może Jacek rzeczywiście przejawiał pewne zadatki świętości, zwłaszcza w wieku licealnym. Jednak istotne jest, jak potoczyło się jego następne życie, na co oczywiście miało wypaczający i demoralizujący wpływ modernistyczne środowisko kościelne już w Rzeszowie, a potem w Lublinie. Być może nawet - wiele na to wskazuje - miał powołanie do stanu duchownego, które zmarnował i zaprzepaścił wskutek zgubnego oddziaływania środowisk, które teraz forsują jego wyniesienie na ołtarze. 

Fakty w skrócie:

- Studiowanie teologii jaki świecki w ówczesnych warunkach w Polsce oznaczało brak gotowości zupełnego poświęcenia się służbie Bożej, którą w pojęciu katolickim jest stan duchowny i życie konsekrowane. Owszem, przerwanie przez Jacka studiów teologii na rzecz zamiaru podjęcia studiów medycznych może świadczyć o trzeźwym i słusznym rozpoznaniu, iż nie da się pogodzić poważnego podejścia do teologii ze stanem świeckim. Jednak zwrócenie się ku medycynie oraz życiu w małżeństwie oznacza równocześnie odwrócenie się od całkowitego zaangażowania w sprawy duchowe i zbawienie dusz. To z całą pewnością nie świadczy o heroiczności wiary, nadziei i miłości. 

- Wręcz skandaliczny jest fakt, że jako student psychologii zawarł w maju 1990 r., nie będąc w stanie w sposób odpowiedzialny założyć rodziny, związek cywilny ze swoją narzeczoną, a odkładając sakramentalne małżeństwo na później (w tamtych czasach zwykle zawierało się związek cywilny w tym samym dniu, co ślub sakramentalny). Nieodzowne jest oczywiście retoryczne pytanie, po co w tym wieku zawierali najpierw tylko cywilne (które jest ateistyczną parodią sakramentu), a następnie po czasie sakramentalne małżeństwo, skoro będąc studentami nie byli w stanie w sposób odpowiedzialny wydać na świat i wychować potomstwo. Tak więc żył w związku niesakramentalnym przez kilka miesięcy, do września 1990 r., co świadczy o braku przestrzegania nie tylko elementarnych zasad moralności katolickiej, lecz zwykłych, zdroworozsądkowych obyczajów. Tego prostego faktu nie jest w stanie przysłonić, ani tym bardziej usprawiedliwić opiewanie jego zaangażowania na rzecz ubogich. 

Ta sprawa jest charakterystyczna dla typowego u modernistów produkowania fałszywych świętych. Jest to istotny element wypaczania nie tylko wiary, lecz także moralności katolików. 


Zasadność kary śmierci



Kara śmierci jest sprawiedliwą obroną społeczności przed osobą, która po pierwsze zawiniła i po drugie nadal stanowi realne i poważne zagrożenie dla innych osób czy społeczności. Ponadto, jak każda kara, ma znaczenie pokutne oraz wychowawcze (odstraszające naśladowców).

Problemem jest natomiast omylność sądownictwa oraz niedoskonałość systemu więziennictwa. Także dlatego kara śmierci powinna być stosowana tylko w zupełnie oczywistych i wyjątkowych sytuacjach. Cel pokuny i wychowawczy można osiągnąć przez skazanie na pracę w odosobnieniu, tzn. na zarobienie na własne utrzymanie i dodatkowo na cele społeczne. Samo odizolowanie od społeczeństwa wraz z zapewnieniem darmowego utrzymania bez pracy jest niesprawiedliwe, niemoralne i antywychowawcze.

W kwestii głosowania na kandydata czy partię, która deklaruje zamiar wprowadzenia kary śmierci, istotne są wymienione aspekty. Przede wszystkim ten zamiar nie może być motywowany zemstą czy społecznym odruchem zemsty. Równocześnie popieranie wprowadzenia sprawiedliwej kary śmierci generalnie nie przekreśla chrześcijańskiego charakteru programu danej partii czy osoby.

Obecnie próbuje się podważyć moralność kary śmierci w powoływaniu się czy to na zakaz w V przykazaniu Dekalogu, czy też na to, że tylko Pan Bóg jest panem życia. Obydwa argumenty są chybione. Przykazanie V oznacza właściwie "nie morduj", czyli "nie zabijaj bez sprawiedliwego powodu", gdyż zawsze Pan Bóg pozwalał na zabicie agresora dla powstrzymania go przed realnym zabiciem przez niego. Także kara śmierci jest moralna wtedy i tylko wtedy, gdy stanowi niezbędny środek ochrony życia niewinnych osób, zagrożonego przez winowajcę. 

Czy wolno publikować prywatną korespondencję?


Kwestia pojawia się dość regularnie. Często pojawia się mniemanie, jakoby tajemnica korespondencji zabraniała publikowania prywatnej korespondencji. Jest to przede wszystkim nieporozumienie.

Otóż tajemnica korespondencji to pojęcie prawne z dziedziny praw osobistych. Kodeks karny art. 267 zabrania łamania tajemnicy korespondencji w tym znaczeniu, że nie wolno w nieuprawniony sposób zapoznawać się z listami czy wiadomościami adresowanymi do kogoś innego bez zgody tej osoby, ani publikować ich. Innymi słowy: tajemnica korespondencji dotyczy osób trzecich, czyli innych osób niż nadawca i adresat. Nadawca wysyłając wiadomość czy list do adresata sprawia, że ta wiadomość czy list staje się tegoż własnością. Tutaj działa już prawo własności, tzn. adresat ma prawo dysponować wiadomością czy listem otrzymanym od nadawcy według swojego uznania. Ani prawo stanowione, ani naturalne nie nakłada w tym względzie żadnych ograniczeń. 

Skąd się wzięło obiegowe a błędne przeświadczenie, jakoby było inaczej? Otóż wynika ono z pomylenia i nieporozumienia. Owszem, istnieje obyczajowa - nie prawna - dyskrecja w odniesieniu do korespondencji o tyle, o ile dotyczy ona spraw intymnych czy z zastrzeżeniem tajności ze strony nadawcy. NIC więcej. To znaczy: jeśli dana korespondencja nie zawiera ani treści intymnych, ani treści z zastrzeżeniem tajności, na które to zastrzeżenie wyraźnie zgodził się adresat, wówczas adresata nie obowiązuje ŻADNE ograniczenie co do publikowania, ani prawne, ani nawet obyczajowe. 

Oczywiście, ta prosta zasada jest niewygodna wówczas, gdy treść opublikowanej korespondencji jest w jakiś sposób kompromitująca dla nadawcy, który zakładał - bez wyraźnego zastrzeżenia tajności wyraźnie zaakceptowanego przez adresata - że nikt oprócz adresata się o niej nie dowie. To założenie nadawcy w żaden sposób nie stanowi o bezprawności czy nieobyczajności publikacji, zwłaszcza gdy jest ona konieczna czy użyteczna dla ochrony czyjegokolwiek dobra, np. dobrego imienia. 

Do czego odnosi się VIII przykazanie Boże?




Dokładne brzmienie VIII przykazania Dekalogu: "nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu" nie jest przypadkowe. Odnosi się ono do szczególnego przypadku prawdomówności, mając jednak na myśli ogólną zasadę czyli całą dziedzinę prawdomówności.

Po pierwsze chodzi o świadczenie w sądzie, gdzie chodzi o prawdę, czyli zgodność słów z rzeczywistością, czyli z faktami.
Po drugie istotne jest odniesienie do osoby, tzn. że świadectwo fałszywe godzi w kogoś i jest tym samym zaprzeczeniem miłości bliźniego.
Tutaj właśnie zaczyna się problem, czy wolno mówić nieprawdę - czyli kłamać - dla dobra bliźniego.

Ogólna zasada jest taka, że nie każdy ma prawo dowiedzieć się prawdy i należy milczeć, jeśli powiedzenie danej osobie prawdy byłoby sprzeczne ze sprawiedliwością. 

Natomiast w protestanckiej, a także w niby katolickiej, modernistycznej moralistyce (przykład: jezuita Tadeusz Ślipko) występuje pogląd, że powiedzenie nieprawdy dla ratowania życia czy innego wyższego dobra jest moralnie ok, nawet nie jest kłamstwem, gdyż nie tego dotyczy VIII przykazanie. Jest to oczywiście błędne mniemanie. Owszem, przykazanie to mówi o konkretnym przypadku prawdomówności, czyli poświadczenia nieprawdy, jednak dotyczy ono całej dziedziny prawdomówności, dokładnie tak samo jak przykazanie IV odnosi się do każdego stosunku w hierarchii społecznej, przykazanie V do całościowej ochrony życia niewinnego ludzkiego, przykazanie VI do całej dziedziny ludzkiej sexualności. Wyłączenie kłamstwa dla czyjegoś dobra jest więc swoistym prymitywnym biblicyzmem, zresztą sprzecznym z Pismem św. w jego całościowym rozumieniu. 

W katolickiej teologii moralnej sprawa ta była dyskutowana głównie w związku z tzw. restrictio mentalis, czyli "zastrzeżeniem w umyśle". Pojęcie to pochodzi od hiszpańskiego kanonisty z XVI w., Marcina de Azpilcueta. Korzystali z niego głównie jezuici, zwłaszcza w sytuacji prześladowań Kościoła. Papież Innocenty XI potępił tezę jezuity Tomasza Sanchez'a, który usprawiedliwiał taką praktykę. Mimo ogólnego potępienia papieskiego św. Alfons Liguori bronił moralnej dopuszczalności ekwiwokacji (symulacji), czyli szczególnego przypadku restrictio mentalis, co zostało zaaprobowane przez następnych papieży. Św. Alfons rozróżnia:

z: Theologia moralis

Po krótce: św. Alfons rozróżnia między symulacją formalną i materialną. Pierwsza polega na takiej różnicy między słowami (czy zachowaniem zewnętrznym) a wewnętrzną wiedzą (czy postawą), że okłamuje się co do faktów, co jest grzeszne i niedozwolone. Symulacja materialna natomiast nie ma na celu oszukania czyli wyrażenia czegoś sprzecznego z wiedzą wewnętrzną, lecz ma inny cel i jest dozwolona dla słusznego powodu. Jako przykłady święty Doktor podaje zachowanie Jozuego w sytuacji wojny (Joz 8) oraz Pana Jezusa, który wobec uczniów w drodze do Emaus zachował się tak, jakby chciał iść dalej, gdyż chciał pokazać, że zostanie z nimi na ich prośbę (Łk 24).

Szczególnym przypadkiem w tej kwestii jest sytuacja wojny czy to zbrojnej czy wywiadowczej. Pewne jest, że musi być poważny powód do mówienia wieloznacznego czyli potencjalnie mylącego dla odbiorcy, poniekąd analogicznie do zabijania dla obrony niewinnej osoby w razie bezpośredniego zagrożenia życia.

Nie jest to moralne zezwolenie na kłamstwo czy uznanie kłamstwa jako moralnie dopuszczalnej metody obrony. Po pierwsze, wypowiedź wieloznaczna nie jest kłamstwem, a po drugie chodzi o sytuacje, gdy dobro wyższe - jak ochrona niewinnych - wymaga dopuszczenia potencjalnego zmylenia agresora. 

Czy godzi się tańczyć na prymicjach?

 


W ostatnich dekadach rozpowszechnił się w Polsce - i chyba tylko w Polsce - zwyczaj tańców na prymicjach. Oznacza to - widocznie zamierzone - upodobnianie przyjęcia prymicyjnego do wesela czyli zwyczajów godowych. Wbrew pozorom problem jest poważny i złożony. 

Po pierwsze, chodzi o zasadność, słuszność i godziwość wzorowania przyjęcia prymicyjnego na zwyczajach weselnych. Tutaj trzeba zaznaczyć, że dotyczy to tylko specyficznych zwyczajów, wcale nie jedynych, choć obecnie powszechnych i dominujących. Wprawdzie z istoty przyjęcia weselnego w żaden sposób nie wynika niezbędność tańców, jednak w mentalności współczesnej przeważającej obecnie przynajmniej w Polsce praktycznie nie od pomyślenia jest wesele bez tańców. Podkreślam: to jest kwestia rozpowszechnienia schematu, nie konieczności. Osobiście miałem kilka lat temu sposobność uczestniczenia w przyjęciu weselnym, gdzie nie było żadnych tańców, za to była piękna klasyczna muzyka biesiadna. Oczywiście wpłynęło to odpowiednio na całą atmosferę wesela. Nie było na nim ani śladu pijaństwa czy rozpusty, które są w jakimś stopniu praktycznie nieodłączne od typowych wesel z muzyką rockową, pop, disco polo itp., co oczywiście nie jest i nie może być przypadkiem. 

Niestety akurat to tego ostatniego typu od pewnego czasu zaczęto upodabniać przyjęcia prymicyjne. Nie potrafię określić, od kiedy ten proces następował, ponieważ przez dziesięciolecia nie mieszkałem w Polsce i praktycznie nie bywałem na prymicjach, z nielicznymi wyjątkami. Wiem tylko, że za mojej młodości i lat seminaryjnych tańce na prymicjach były nie do pomyślenia, przynajmniej w bardziej konserwatywnych diecezjach na południu Polski. Zaczęto je wprowadzać chyba na prymicjach zakonników (o zgrozo!), co następnie zostało przeniesione także na prymicje księży diecezjalnych. 

Z czego wynikła ta przemiana obyczajów w dziedzinie kościelnej? Ano ewidentnie z następujących przyczyn:

- z chęci dopasowania się do zwyczajów świeckich

- z nieznajomości lub niezrozumienia istotnej różnicy między przyjęciem weselnym i prymicyjnym

- z nieznajomości lub niezrozumienia istotnej różnicy między kapłaństwem a małżeństwem

- z nieznajomości pochodzenia i znaczenia tańca tzw. towarzyskiego jako takiego. 

Mówiąc krótko: z ignorancji, głupoty i komplexów niższości wobec zwyczajów i uciech świeckich. 

Jeśli ktoś powołuje się na to, że taniec wyraża radość i świętowanie, to powinien pomyśleć, czy taniec jest konieczny do wyrażenia radości i świętowania. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie radości i świętowania bez tańczenia, to ma bardzo wąskie horyzonty intelektualne, psychiczne i duchowe. 

Nie bez znaczenia jest fakt, że pozornie ścisły związek świątecznej radości z tańcem cechuje kulturę najniższą, prymitywną, niezależnie od rodzaju muzyki i tańca. Owszem, innego rodzaju są tańce ludowe, a innego tańce dworskie, quasi arystokratyczne. Te ostatnie są na weselach generalnie nieobecne, gdyż niepodzielnie panuje obecnie najprymitywniejsza pseudokultura pop itp. A jeśliby były obecne, to najwyżej w sferach najwyższej arystokracji, której w Polsce obecnie praktycznie nie ma, bądź jej istnienie jest praktycznie niezauważalne i tym samym nie jest w stanie oddziaływać na społeczeństwo. Tak więc de facto mamy do czynienia z upodobnieniem przyjęć prymicyjnych do najniższego folkloru, nawet jeśli piosenki są odpowiednio dobrane i nie epatują wprost erotyką jak ma to miejsce na typowych weselach. Jest to najwyżej wygładzanie czegoś, co się zasadniczo afirmuje i przejmuje. 

A wynika to, jak wspomniałem, z fundamentalnego niezrozumienia, poniekąd nawet z choćby powierzchownego odrzucenia istotnej różnicy między weselem i małżeństwem z jednej strony, a prymicjami i kapłaństwem z drugiej. O ile istnieje pewien związek tańca jako rytuału godowego z małżeństwem, o tyle w kapłaństwie tego związku całkowicie nie ma. "Gody" kapłańskie to przyrzeczenie dozgonnej bezżenności, a to się odbywa tradycyjnie wraz z przyjęciem święceń w stopniu subdiakonatu, w Novus Ordo wraz z diakonatem. Jeśli więc już, to wtedy można by świętować "gody" kapłańskie, co jednak także nie upoważnia do tańczenia z tej okazji. Innymi słowy: "tańcem" duchownego jest posługiwanie przy ołtarzu, gdyż to jest wykonywanie przez niego zaślubin z Kościołem. 

W tym miejscu pora na wyłożenie genezy i istoty tańca. Otóż oczywiste jest, że w przyrodzie, wśród zwierząt istnieje pierwotnie taniec jako rytuał godowy. Oznacza on, że prokreacja ma rangę znacznie wyższą niż zaspokojenie subiektywnej pożądliwości, że ma wagę społeczną i kulturową. Takie jest też pochodzenie, natura i charakter tańca w kulturze ludzkiej: wyraża on ponadindywidualny, społeczny i kulturowy wymiar prokreacji, innymi słowy, że prokreacja to nie tylko i nie przede wszystkim pożądliwości, że to nie rozrywka, zabawa, lecz szczególny moment w życiu indywidualnym i społecznym. Owszem, istnieje też taniec kultyczny i taniec wojenny, wraz z pododmianami. Są to jednak pochodne rodzaje, w których oczywisty jest także charakter erotyczny, przynajmniej w wysublimowanej formie. Pamiętać należy o prostytucji kultycznej w religiach pogańskich, także o swoistej erotyce zwyczajów wojskowych (erotyka zastępcza). 

Dlatego właśnie już kult starotestamentalny odrzucał taniec kultyczny, mimo powszechności tańca w kultach pogańskich (taniec Dawida przed Arką Przymierza nie był tańcem liturgicznym, lecz gorszącym występkiem, na co wskazuje fakt, iż tańczył nago jakby postradał zmysły, co dodatkowo wzbudzało zgorszenie). Ta zasada została zachowana w religii Nowego Testamentu. Zgodnie z tym wzorem - gdyż liturgia ma znaczenie także pedagogiczne - Kościół zawsze odnosił się krytycznie do tańców publicznych także w dziedzinie świeckiej, widząc w nich okazję i zachętę do rozwiązłości i zepsucia obyczajów. 

Uwaga: nigdy nie było w Kościele potępienia tańca jako takiego, gdyż taniec ma swoje naturalne miejsce w intymnej relacji małżeńskiej. Właśnie intymność zachowania godowego odróżnia człowieka od zwierzęcia. Tylko w prymitywnym pogaństwie - i naśladującym go neopogaństwie - mamy do czynienia z publicznym zachowaniem godowym i pseudogodowym czyli rozpustnym. Tym właśnie są zabawy taneczne (w formie czy to ludowego folkloru, czy w formie nowoczesnej jak dyskoteki), gdzie intymność po pierwsze staje się publiczna i zostaje w ten sposób zgwałcona i zniszczona, a po drugie nie jest już ograniczona do współmałżonków. Z tej właśnie przyczyny Kościół w nauczaniu pasterzy i świętych napominał i przestrzegał przed tego typu "rozrywkami". Wypaczają one bowiem zarówno pierwotną, właściwą naturę, godność i charakter tańca jako intymnego rytuału godowego, sprowadzając go do grupowej rozrywki, która jako pozbawiona intymności istotnej dla tańca jako rytuału jest bliska rozpuście i zwykle przynajmniej sprzyjająca rozpuście. 

Widać więc jak haniebne, absurdalne i groźne jest przejęcie tańca jako "zabawy" do dziedziny duchownej, która powinna być światłem i wzorem prawdy i moralności. Czyż nie jest to jaskrawy dowód na poniewieranie godnością nie tylko chrześcijańską, lecz nawet kapłańską i duchowną? Czyż nie jest to istotny przyczynek do braku poszanowania kapłaństwa i stanu duchownego? Czy ci, którzy są za to odpowiedzialni, zdają sobie sprawę z tego, że za cenę dość prymitywnej, chwilowej "przyjemności" szargają prawdę i czystość obyczajów, gorsząc zwłaszcza młodzież, nawet jeśli wskutek bezmyślności zyskuje się jej płytką, powierzchowną sympatię? 

Mentalność modernistów charakteryzuje dogłębne zakomplexienie względem myślenia, wartościowania i zwyczajów tego świata. Stąd właśnie usiłują go naśladować, aż do zupełnego upodobnienia i stopienia się. Jednak akurat takiego "Kościoła" świat nie potrzebuje, co ewidentnie pokazują już choćby statystyki kościelne ostatnich dziesięcioleci (zapaść w przyjmowaniu sakramentów, zapaść w liczbie i jakości powołań kapłańskich i zakonnych). Im bardziej rządzący Kościołem usiłują go upodobnić do świata, tym bardziej świat gardzi Kościołem i się od niego odwraca, nawet jeśli pochwala to upodobnianie. "Jeśli sól utraci swój smak, czymże są posolić? Na nic się nie przyda, jeno na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi..." (Mt 5,13)

Czy wolno fałszować dokumenty dla ochrony życia?



Sprawa dotyczy nie tylko ósmego przykazania Dekalogu lecz także stosunku Kościoła i poszczególnego katolika do władzy świeckiej, a także zakresu tej władzy, zwłaszcza wobec zagrożenia i konieczności ochrony życia ludzkiego. Innymi słowy: wystawienie fałszywego świadectwa Chrztu św. jest nie tylko poświadczeniem nieprawdy i tym samym grzechem przeciw ósmemu przykazaniu, lecz także sposobem ratowania przed zabiciem przez zbrodniczą władzę.

W skrócie:

1. Nie ma obowiązku posłuszeństwa wobec niesprawiedliwych zarządzeń władz, jak np. wydawanie osób przeznaczonych przez władzę na zagładę. Co więcej, jest obowiązek pomocy takim osobom, dawanie im schronienia, aczkolwiek nie ma obowiązku narażania swojego życia w ten sposób, gdyż nie ma obowiązku heroizmu, choć heroizm jest pochwalany i zalecany przez etykę chrześcijańską.

2. Ani obowiązek pomocy w ochronie życia, ani heroizm w pomaganiu nie zwalniają z obowiązku przestrzegania przykazań Bożych, także ósmego przykazania. Tym samym nie jest moralnie dopuszczalne jakiekolwiek poświadczanie nieprawdy, także w postaci wydawania fałszywych dokumentów służących do ochrony życia.

Moralnie dozwolone jest jedynie tzw. restrictio late mentalis, czyli przemilczenie prawdy przez niejednoznaczne zdanie, umożliwiające błędne zrozumienie u złoczyńcy, co ma służyć ochronie przed nim. 

Należy to odróżnić od tzw. restrictio pure mentalis, czyli zdania fałszywego, które jest prawdziwe tylko wraz z zatajonym doprecyzowaniem. Takie zdanie zostało potępione moralnie już przez Cycerona (De officiis I, 10; III, 32) i św. Augustyna (De mendacio, Contra mendacium). Także dekret papież Innocenty XI dekretem Świętego Oficjum z 1679 r. (źródło tutaj) potępił następujące zdania:


"Jeśli by ktoś sam lub wobec innych, czy to pytany, czy sam ze siebie, czy to dla rozrywki, czy dla jakiegokolwiek innego celu przysięgał, że nie uczynił czego, co prawdziwie uczynił, a to myśląc w sobie coś innego, czego nie uczynił, czy inną drogą, którą uczynił, czy cokolwiek innego prawdziwego dodając, prawdziwie nie kłamie, ani nie jest krzywoprzysiężcą."

Innymi słowy: dekret potępia twierdzenie, jakoby mówienie czegoś sprzecznego z własnym poznaniem nie było kłamstwem. 

Czy "chodzenie ze sobą" jest grzeszne?

 


Temat był już poruszany jakiś czas temu (por. tutaj). Zasady katolickie są oczywiście niezmienne, ponieważ bazują na prawdzie o człowieku w świetle zarówno poznania naturalnego jak też nadprzyrodzonego, czyli z Bożego Objawienia. 

Doświadczenie zakochania się - nawet już w wieku wczesnym młodzieńczym - jest dość powszechne i normalne. Należy do procesu dojrzewania emocjonalnego i osobowego w ukierunkowaniu na małżeństwo czyli założenie rodziny. Problem polega na oderwaniu tego doświadczenia z jego kontextu osobowo-społecznego, zwłaszcza przez zredukowanie do dziedziny uczuciowej i zmysłowej, co ma poważne konsekwencje, mianowicie destrukcyjne zarówno dla tych osób jak też dla społeczeństwa. 

Tzw. chodzenie ze sobą - nazywane też "byciem ze sobą" - oznacza więcej niż samo uczucie i wzajemną atrakcyjność, mianowicie jest świadomym zachowaniem i postępowaniem w konsekwencji wzajemnego uczucia i atrakcyjności. Jest to wspólne spędzanie czasu. Jego celem powinno być wzajemne poznawanie się, czyli budowanie wspólnoty osobowej. W mentalności, która przyzwala na rozwiązłość, przeradza się to jednak w zaspokajanie pożądliwości zmysłowej, także popędu sexualnego, co jest oczywiście moralnie złe i fatalne w skutkach, ponieważ wypacza proces dojrzewania i skrzywia osobowości, czyniąc je zwykle niezdolnymi do prawdziwego, wiernego i trwałego małżeństwa w przyszłości. 

Dlatego naczelną zasadą jest zachowanie czystości, czyli wstrzemięźliwości zmysłowo-sexualnej. Prostym środkiem pomocnym jest spotykanie się tylko w miejscu publicznym i w obecności przynajmniej wizualnej osób trzecich, gdyż zwykle zabezpiecza to przed zbliżeniami intymnymi. Wprawdzie od pewnego czasu promowane są zachowania intymne także w miejscach publicznych, np. pocałunki, co jest oczywiście niemoralne i świadczy bardziej o ostentacji niż o głębi uczuć. Jednak człowiek z normalną wrażliwością czuje, że nie jest to miejsce i sytuacja właściwa dla tego typu zachowań. Zadaniem społeczności jest wyrażanie dezaprobaty dla takiego zachowania, dla dobra tych osób. 

Im większa jest powściągliwość zmysłowa tym większe są szanse i warunki dla rozwijania autentycznej więzi osobowej, czyli trwałej relacji na płaszczyźnie zarówno rozumowej jak też emocjonalnej. Nie ma sprzeczności między uczuciami a rozumem, jeśli uczucia są regulowane przez rozumność. Takie uczucia są trwałe, w przeciwieństwie do uczuć sprzężonych bardziej z doznaniami zmysłowymi.

W skrócie:

- zakochanie się jest czymś normalnym

- jest szansą dla dojrzewania emocjonalnego i osobowego

- nie są dozwolone moralnie zachowania zarezerwowane dla małżonków, czyli zbliżenia intymne. 

Czy osoba niemoralna może nauczać na uczelni katolickiej?

 


Prawo kanoniczne wyraźnie mówi, że na uczelni katolickiej nauczać mogą jedynie osoby nienaganne pod względem zarówno wiary jak też obyczajów:



Kompetentna władza - zwykle jest to biskup miejsca albo w przypadku uczelni zakonnych przełożony zakonny - ma obowiązek czuwać nad przestrzeganiem tego przepisu. Oznacza to, że powinna czuwać nad tym, by żadna osoba nauczająca w sprzeczności do wiary katolickiej bądź prowadząca niemoralne życie nie nauczała na uczelni katolickiej. W razie stwierdzenia takowych faktów władza ma obowiązek usunąć daną osobę od nauczania, czyli odebrać jej prawo do nauczania (facultas docendi). 

Jeśli kompetentna władza nie wypełnia należycie swojego obowiązku, wówczas należy zawiadomić o sprawie rzymską Kongregację ds. Wychowania Katolickiego, która sprawuje najwyższy nadzór nad działalnością uczelni katolickich. Skierowane pismo powinno zawierać odpowiednie dowody co do faktów oraz zostać wysłane przesyłką poleconą z potwierdzeniem odbioru. 

Czy nauczanie w sprawie kary śmierci jest nieomylne?

 


Po pierwsze, katechizm powinien podawać stałe nauczanie Kościoła, czyli niezależne od trendów, mniemań i opinij, nawet jeśli nie jest ono dogmatyczne w sensie ścisłym czyli formalnie nieomylne. 

Po drugie, katechizm nie jest właściwą formą zdefiniowania nauczania w znaczeniu wprowadzania zmian chociażby formalnych, czyli co do rangi danego zdania teologicznego. Innymi słowy: gdy papieże mieli mocą swojego autorytetu określić nauczanie w danej kwestii, to wydawali bullę czy encyklikę, w której wyjaśniali i ustanawiali daną prawdę. To nauczanie było następnie przejmowane do nauczania katechizmowego. Wynika to z natury katechizmu: jego zadaniem jest nauczanie jak najprostsze i zależne także od zdolności i zrozumienia u odbiorców. Natomiast do natury nauczania papieskiego, czyli skierowanego do całego Kościoła, należy uniwersalność i ponadczasowość przynajmniej w zamierzeniu. 

Po trzecie, naturą nauczania nieomylnego jest niezmienność. Jeśli dane nauczanie zostało zmienione, to albo nie należy dziedziny nauczania wiary i obyczajów wynikającego z Bożego Objawienia, albo jest omylne i zarazem tymczasowe, więc także nieobowiązujące w sumieniu. 

Wynika to z natury nieomylności Kościoła i tym samym papieskiej. Polega ona nie na otrzymywaniu nowych objawień w biegu historii, lecz na charyzmacie nieomylnej wierności Bożemu Objawieniu danemu raz na zawsze przez Jezusa Chrystusa. 

W zastosowaniu do kwestii kary śmierci:

Wprowadzenie diametralnej zmiany do katechizmu jest pogwałceniem nie tylko formalnych procedur dokumentów papieskich, lecz także natury katechizmu oraz istoty nauczania Kościoła. Równocześnie oznacza to, że także ta zmiana może ulec zmianie, ponieważ katechizmy są formalnie zmienne (materialnie i formalnie niezmienne są prawdy wiary pochodzące wprost z Bożego Objawienia). Zresztą już samo wprowadzenie zmiany w nauczaniu odnośnie kary śmierci oznacza, że wprowadzający tę zmianę uznał nauczanie w tej kwestii za zmienne, czyli podległe także przyszłym zmianom. 

Stanowisko odnośnie kary śmierci samo w sobie nie jest dogmatyczne, tzn. nie jest zawarte wprost w prawdach i moralności podanych w Bożym Objawieniu. Jest natomiast powiązane z takimi prawdami jak te, że jedynie Bóg jest władcą życia i śmierci, oraz że piąte przykazanie Dekalogu odnosi się do zabijania niewinnych, a nie do słusznej koniecznej ochrony życia niewinnych przed zbrodniarzem i jego prawdopodobnymi czynami. Pewne jest także, że w Bożym Objawieniu oraz dotychczasowym zwyczajnym (tzn. nieuroczystym dogmatycznie) nauczaniu Kościoła nie ma zasadniczego odrzucenia, ani tym bardziej potępienia kary śmierci. Tym samym teologicznie możliwe i poprawne jest jedynie precyzowanie warunków jej stosowania, oczywiście jako środka koniecznego i ostatecznego ku ochronie życia niewinnych. Inne funkcje tej kary - jak wychowawcza oraz zadośćuczynienia - są wtórne i podrzędne.   

W Kościele istnieje zasada zgodności diachronicznej, czyli na przestrzeni wieków. Dlatego już w starożytności nowość czy nowinka były synonimami herezji. Każde nauczanie wiary katolickiej musi być mieć podstawy i być zakorzenione w Bożym Objawieniu poświadczonym przez Tradycję Kościoła i Pismo św. Cokolwiek jest z tym sprzeczne, musi być odrzucone, niezależnie od tego, czy i na ile ma oparcie czy poparcie w trendach i opiniach współczesnych. 

Oznacza to, że wcześniejsze katechizmy, podające tradycyjne katolickie nauczanie odnośnie kary śmierci, nie tracą na aktualności i nie mogą jej utracić. Tym samym mogą być podstawą do kształtowania wiary i poglądów wiernych także obecnie i w przyszłości. 

Prawo kanoniczne a prawo moralne


Nie do końca rozumiem pytanie, które właściwie nie jest pytaniem, lecz sugestią. Widać w nim potrzebę wyjaśnienia kwestii zasadniczej, mianowicie stosunku między prawem moralnym a prawem kanonicznym, czyli kościelnym. 

Prawo moralne to są normy moralne pochodzące z prawa naturalnego, czyli poznawalnego rozumem, oraz prawa objawionego, czyli nadprzyrodzonego, znanego z Bożego Objawienia podanego w Piśmie św. oraz Tradycji Kościoła. Prawo kanoniczne, czyli kanony ustanowione w ciągu wieków przez Kościół a zebrane od 1917 r. w jednej księdze zwanej Kodeksem Prawa Kanonicznego (nowa wersja pochodzi z 1983 r.), to są normy, które są konkretnym zastosowaniem Bożego Objawienia ogólnie do życia Kościoła i poszczególnych jego członków. Tym samym zachodzi jego zależność od Bożego Objawienia i w tym znaczeniu względność. 

Zakres prawa kanonicznego jest oczywiście węższy, gdyż reguluje ono życie Kościoła jako społeczności i dotyczy członków Kościoła, podczas gdy prawo moralne - zarówno naturalne jak i nadprzyrodzone - obowiązuje wszystkich ludzi (według zakresu i stopnia jego poznania przez nich). Tym samym nie wszystkie normy moralne mogą być w pełnym zakresie ujęte w prawie kanonicznym. Grzechy osobiste, nie mające bezpośrednich i widzialnym skutków dla życia Kościoła, ze swej natury są zwykle nieuchwytne dla prawa kanonicznego, choć oczywiście podlegają prawu moralnemu. 

Dlatego moralne nauczanie Kościoła ma zakres znacznie szerszy niż normy prawa kanonicznego. Do natury tego ostatniego, które jest prawem stanowionym, należy exekwowalność prawna, czyli udowodnienie winy oraz wymierzenie kary przez instytucję sądów kościelnych. Natomiast przedmiotem moralnego nauczania są grzechy, czyli wykroczenia przeciw prawu moralnemu, nawet jeśli nie są znane nikomu oprócz popełniającego. Tutaj jedyną instancją jest często spowiednik. Działa on oczywiście także w imieniu Kościoła, a ostatecznie Jezusa Chrystusa, jednak w dziedzinie tak zwanego "forum wewnętrznego" (forum internum), czyli osobistego stosunku katolika do prawa moralnego. 

Najbardziej istotna różnica różnica polega na tym, że prawo moralne - jako ustanowione przez Boga raz na zawsze - jest niezmienne, podczas gdy prawo kanoniczne powstawało w stopniowym rozwoju i zasadniczo podlega zmianom. Zmiany te oczywiście są zależne od Bożego prawa moralnego w tym znaczeniu, że są jego zastosowaniem do konkretnych przypadków historycznych. 

Kształtowanie prawa kanonicznego podlega więc rozwojowi właściwemu dla każdego prawa stanowionego czyli ustaw prawnych. Właściwy rozwój polega na doskonaleniu, czyli zwiększaniu odpowiedniości względem prawa Bożego zarówno naturalnego jak i objawionego. 

Co to jest prymat sumienia?

 


Pytanie zawiera widoczne nieporozumienie. Przede wszystkim problematyczne jest mówienie o prymacie sumienia. Tego typu hasła są zwykle skrótem myślowym, który łatwo może zawierać czy przynajmniej powodować błędy. W tym wypadku jest to błąd fundamentalny. 

Zacznijmy od tego, czym jest sumienie. Źródło tego słowa w języku polskim nie jest jasne. Możne je jednak rozumieć jako w miarę dosłowne tłumaczenie łacińskiego conscientia (con = z, scientia = wiedza, umiejętność) oraz greckiego συνείδησις (συν = z,  εἰδέναι = poznawać, od εἴδος = obraz, kształt). Być może słowo to pierwotnie brzmiało z-umienie w znaczeniu współ-wiedzy, współ-poznania, czyli równoczesnego działania umysłu. W pochodnym znaczeniu określenie to odnosi się do umiejętności moralnej oceny oraz wynikającego stąd nakazu moralnego w odniesieniu do działania względnie jego zaniechania. 

W tym znaczeniu określenie "prymat sumienia" jest absurdalne, ponieważ zakłada ono, jakoby sumienie było jednym z elementów szeregu, w którym znajduje się na pierwszym miejscu pośród innych. Atoli sumienie jest umiejętnością jedyną i niezastępowalną. 

Tym niemniej mówienie o jego "prymacie" wiąże się z drugim znaczeniem, mianowicie jako nakazu. Chodzi o nakaz wewnętrzny, nazywany często "głosem sumienia", w odróżnieniu od nakazów czy zakazów zewnętrznych, pochodzących od instancyj innych niż osobista ocena moralna. Tutaj tkwi problem zarówno antropologiczny (filozoficzno-psychologiczny), jak też teologiczny. Albowiem poddanie się nakazowi zewnętrznemu, czyli przymusowi, jest także decyzją sumienia wynikającą z mniej czy bardziej reflektowanych powodów czy pobudek. Tak więc także przymus nie może ani zastąpić ani usunąć głosu sumienia, tym samym nie stanowi żadnej konkurencji, lecz podlega ocenie sumienia. W tym znaczeniu można - w sposób bardzo nieprecyzyjny czy wręcz mylący - mówić o prymacie, przy czym należy mieć na uwadze, o jaką kwestię czy temat chodzi. 

Właściwie rozumiany "prymat" nie oznacza bynajmniej, jakoby głos sumienia miał rangę absolutną i nieomylną. Takowej rangi nie nauczał ani żaden teolog katolicki ani tym bardziej żaden dokument Kościoła. Ponad sumieniem jest prawo Boże, zarówno poznawalne czysto rozumowo, czyli naturalne, jak też objawione w sposób nadprzyrodzony. To ono jest nieomylne, nie sumienie. Sumienie może błądzić, może być skrzywione, niewykształcone, czy przynamniej stłumione i zagłuszone w konkretnych ocenach moralnych i decyzjach człowieka. Człowiek ma obowiązek badać swoje sumienie oraz kształcić je w świetle i według norm prawa Bożego. Mówią o tym wszystkie dokumenty Kościoła poświęcone tej kwestii, a także wszyscy wielcy teologowie Kościoła. 

Następną pułapką pojęciową zawartą w pytaniu jest "internalizacja". Właściwie nie ma definicji tego pojęcia, mimo że brzmi ono i jest używane w quasi "uczony" sposób. Zwykle chodzi o to, że ktoś nie przyjmuje jakiejś prawdy czy normy moralnej, mimo że ją zna. Przyczyną może być oczywiście brak odpowiedniego wyłożenia i uzasadnienia w przekazywaniu, zwłaszcza w wychowaniu dzieci i młodzieży. Jednak przyczyną może być decyzja odrzucenia tej prawdy i normy, czy wręcz zasadnicza niechęć do treści ograniczających swawolę czy wymagających jakiegoś wysiłku duchowego bądź moralnego. Tym samym brak "internalizacji" jako taki nie jest i nie może być usprawiedliwieniem przed odpowiedzialnością moralną, ponieważ sam podlega ocenie moralnej. 

Jesteśmy więc w temacie błądzącego sumienia w znaczeniu czy to błędnej oceny danego czynu bądź zachowania, czy błędnego nakazu sumienia. Przykład: w sytuacji niesprawiedliwej i zbrodniczej wojny jednym obywatelom sumienie nakazuje udział w takiej wojnie z przekonania dla słuszności sprawy, innym z powodu lojalności wobec własnego państwa, które jest agresorem, jeszcze innym nakazuje uległość wobec zbrodniczej władzy ze względu na ochronę własną i rodziny, jeszcze innym nakazuje bierny bądź nawet aktywny sprzeciw. Te zupełnie różne postawy nie mogą równocześnie moralnie słuszne i dobre. Dlatego fałszywe byłoby twierdzenie, jakoby każda z nich była moralnie usprawiedliwiona z powodu prymatu sumienia. Pomocne jest tutaj klasyczne katolickie rozróżnienie między wartością moralną czynu a winą. Ma ono zresztą zastosowanie także w prawodawstwie świeckim i to od wieków: inna jest kwalifikacja prawna niezamierzonego spowodowania czyjejś śmierci, a inna zabójstwa, zwłaszcza z premedytacją. Osoba obwiniana za zabójstwo jest ponadto badana psychologicznie na okoliczność, czy jest osobowością patologiczną stanowiącą trwałe zagrożenie dla zdrowia i życia innych. Zwykle jest tak, że seryjni przestępcy i zbrodniarze mają wyraźnie i nieodwracalnie skrzywioną osobowość, odporną na resocjalizację. Mówienie o usprawiedliwiającym braku internalizacji w takich przypadkach jest kpiną ze zdrowego rozsądku i z krzywdy ofiar. Jest to przykład skrajny, jednak zasada obowiązuje generalnie. 

Osobną, aczkolwiek ściśle powiązaną, jest kwestia winy w znaczeniu teologiczno-moralnym. Jest to kwestia dla Sakramentu Spowiedzi czyli stanu sumienia. Osoba przystępująca dobrowolnie do tego sakramentu ma przynajmniej resztkowe wyrzuty sumienia czyli poczucie winy, tym samym "zinternalizowała" conajmniej w minimalnym stopniu ogólne zasady moralne. Zarówno teologia moralna jak też nauki empiryczne są zgodne co do tego, że głosu sumienia jako choćby resztkowej oceny moralnej swoich czynów i zachowań nie można całkowicie stłumić czy usunąć. Ani czynniki zewnętrzne (wychowanie, zwyczaje, nakazy), ani wewnętrzne (nawyki, potrzeba poczucia własnej wartości itp.) nie są w stanie zniweczyć wewnętrznej zasady moralnej nakazującej "czyń dobrze", chociaż pojęcie dobra może być u danej osoby poważnie skrzywione czy wręcz fałszywe. W tym znaczeniu sumienie jest zdolnością silniejszą i trwalszą niż umiejętność racjonalnego myślenia. 

Teologiczne uwarunkowania przejścia osób duchownych i zakonnych do Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X itp.

 


Należy odróżnić następujące płaszczyzny tego pytania:

1. kanoniczną, czyli kościelno-prawną

2. teologiczną, czyli w świetle prawd wiary katolickiej

3. moralno-ascetyczną

4. psychologiczną. 


1. 

W aspekcie kanonicznym chodzi zarówno o 

- status czyli prawa i obowiązki danej osoby wynikające z aktualnego (opuszczanego) członkostwa w strukturach diecezjalnych bądź zakonnych, jak też

- status kanoniczny wspólnoty, do której dana osoba wstępuje czy ma zamiar wstąpić. 

W Kościele zawsze było możliwe i zdarzało się przejście z jednej struktury kościelnej do innej (z zakonu do diecezji i odwrotnie, z diecezji do diecezji, z zakonu czy zgromadzenia do zakonu czy zgromadzenia). Jest to możliwe także obecnie, zaś warunkiem jest zgoda przełożonego po obydwu stronach. Według przepisów prawa, powinna ona zależeć nie od widzimisię czy swawoli, lecz od dobra zarówno danej osoby podejmującej przejście jak też od dobra Kościoła. Inicjatywa powinna wychodzić od tej osoby, oczywiście w porozumieniu zarówno ze spowiednikiem (czy kierownikiem duchowym), jak też z przełożonymi po obydwu stronach. Wynika to ze specyfiki stosunku podległości kościelnej, która jest czymś znacznie więcej niż formalnym członkostwem czy zatrudnieniem, lecz ma bardziej charakter wspólnoty rodzinno-duchowej. Innymi słowy: zarówno pod względem kanonicznym jak też duchowym przełożony kościelny jest bardziej ojcem niż rozkazodawcą. Dotyczy to oczywiście również zakonów żeńskich, na co wskazuje także nazewnictwo: matka generalna czy matka przełożona.

Praktycznie procedura powinna polegać na tym, że dana osoba prosi zarówno o przyjęcie do innej wspólnoty jak też o pozwolenie opuszczenia dotychczasowej. Zwykle przełożeni obydwu wspólnot porozumiewają się ze sobą przynajmniej korespondencyjnie. Prośba przejścia powinna być wnikliwie zbadana oraz potraktowana poważnie i z dobrą wolą według wspomnianych kryteriów (dobro danej osoby oraz dobro Kościoła, oczywiście równocześnie). Istotne jest tutaj, że dana osoba jest związana przyrzeczeniem czy ślubem posłuszeństwa z dotychczasowym przełożonym, którego obowiązkiem jest dbałość o dobro podwładnego, zaś prawem jest wymaganie posłuszeństwa, oczywiście w ramach poprawnie rozumianego posłuszeństwa kościelnego, którego nadrzędną normą są prawdy wiary i moralności. 

Formalnie wystarczy, jeśli przełożony dotychczasowy wyda pisemną zgodę na opuszczenie wspólnoty oraz przejście do innej, zaś nowy przełożony formalnie przyjmie daną osobę. Prawo kanoniczne wymaga tutaj okresu próbnego (ad experimentum), który zwykle trwa trzy lata. Przed ostatecznym (po okresie próbnym) przejściem do nowej wspólnoty dana osoba pozostaje formalnie członkiem pierwotnej (czyli w przypadku duchownych zachowuje dotychczasową inkardynację) oraz ma prawo powrotu do pierwotnej wspólnoty. Dopiero inkardynacja w nowej wspólnocie powoduje pełny i stały status w niej. 

Sprawa jest bardziej złożona - zarówno teologicznie jak też kanonicznie i praktycznie - gdy wspólnota, do której dana osoba pragnie przejść nie ma jasnego czy formalnego statusu kanonicznego. Ma to wpływ oczywiście zarówno na aspekt dobra danej osoby i Kościoła, jak też na płaszczyznę porozumienia między przełożonymi. Przełożeni powinni tutaj wyłączyć względy osobiste i emocjonalne. Może być tak, że w trosce o - subiektywnie pojęte - dobro danej osoby przełożony (względnie przełożona) nie wyrazi zgody na przejście do wspólnoty bez oficjalnego statusu kanonicznego. Jeśli dana osoba w sumieniu nie zgadza się z tą decyzją, wówczas powinna poprosić przełożonego (przełożoną)

- o pozwolenie przebywania poza diecezją względnie poza domem tego zakonu oraz 

- jeśli jest osobą zakonną, skierować do Stolicy Apostolskiej (Kongregacji ds. Zakonów) prośbę o zwolnienie ze ślubów wiążących ją z dotychczasową wspólnotą. 

Zwolnienie ze ślubów czyli odejście ze stanu zakonnego wiąże się zwykle z pozbawieniem prawa do noszenia dotychczasowego stroju zakonnego. Przyjęcie do nowej wspólnoty daje natomiast prawo do stroju tej wspólnoty. 

Procedura w dykasteriach rzymskich trwa zwykle wiele miesięcy, a nawet lat. Na ten czas dobrze jest znaleźć z przełożonym przejściowe rozwiązanie ugodowe. Praktycznie mało prawdopodobne jest, by przełożony (względnie przełożona) próbował na siłę zatrzymać daną osobę w swojej wspólnocie. Jeśli by to miało miejsce, wówczas należy się podporządkować, chyba że zachodzi niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia - wtedy naturalne prawo ochrony swego życia działa jako nadrzędne wobec prawa kościelnego. Należy o tej decyzji poinformować przełożonego formalnie wraz z wyczerpującym uzasadnieniem. 

Jeśli by przełożony bądź dykasteria rzymska nałożyła karę za samowolne opuszczenie wspólnoty zakonnej bądź diecezji, wówczas można i należy się bronić prawnie, zarówno według norm prawa kościelnego, jak też - w razie braku skuteczności - w ramach prawa państwowego (które oczywiście może dotyczyć tylko praw obywatelskich jak np. prawo pracy, ubezpieczeń itp.). 

Konkretnie odnośnie Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, należy zaznaczyć, że jego status kanoniczny jest niejasny. Z pewnością nie można zasadnie twierdzić, że jego kapłani są suspendowani, skoro od 1 września 2015 roku (List Apostolski Misericordia et misera, nr 12) mają oficjalnie jurysdykcję do spowiadania oraz asystowania w Sakramencie Małżeństwa. Brakuje jednak całościowej kanonicznej regulacji w znaczeniu zatwierdzenia statutów i tym samym pełnej osobowości kościelno-prawnej na poziomie uniwersalnego prawa kościelnego. Jest to sytuacja nadzwyczajna pod względem prawnym. Tym bardziej znaczące są aspekty teologiczne. 


2. 

Kanonistyka jest dziedziną teologiczną. Oznacza to, że normy i reguły kościelno-prawne (kanoniczne) są podrzędne względem norm teologicznych czyli prawd wiary. Konkretnie oznacza to: jeśli życie w danej wspólnocie zakonnej czy strukturze kościelnej stanowi niebezpieczeństwo dla wiary i moralności, wówczas zachodzi zasadny powód to opuszczenia tej wspólnoty czy struktury. Wystarczy tutaj osobiste przekonanie o zagrożeniu, oczywiście o ile ma uzasadnienie zarówno w solidnej znajomości prawd wiary i moralności, jak też w bezsprzecznych faktach. Jeśli np. dana wspólnota czy przełożony wymaga czegoś, co jest sprzeczne z nauczaniem wiary i moralności, czy chociażby z normami dyscyplinarnymi czy liturgicznymi, wówczas jest to poważny powód. Należy zebrać dowody na taki stan rzeczy oraz przedstawić go przełożonemu względnie przełożonej. Jeśli nie ma wiarygodnych szans na skorygowanie stanu rzeczy, wówczas zachodzi moralna i teologiczna racja do opuszczenia danej wspólnoty czy struktury. Postępowanie kanoniczne powinno być podporządkowane tej racji, a nie odwrotnie. 

Teologicznie istotna jest tutaj kwestia rangi sumienia w podejmowaniu decyzyj moralnych, do których oczywiście należy także decyzja co do stanu i miejsca. Jest to osobny i dość szeroki temat, który przedstawię wkrótce w osobnym wpisie. 


3. 

W tym temacie zachodzą oczywiście aspekty z dziedziny duchowości, ascetyki i moralności. Dla osoby duchownej czy zakonnej ważne, a nawet istotne jest, czy dana decyzja jest zgodna nie tylko z prawem kościelnym i wiarą katolicką, lecz także z duchowością katolicką poświadczoną w nauczaniu i przykładzie świętych Kościoła. 

Należy mieć na uwadze, że obecny stan Kościoła nie ma analogii w całej historii. Nigdy dotychczas nie było sytuacji, by struktury kościelne de facto zwalczały wiarę katolicką oraz nauczanie Kościoła z ubiegłych stuleci aż do czasów apostolskich. Nie jest tutaj istotna motywacja tego zwalczania. Wiadomo, że odbywa się ono zwykle w powoływaniu się na Sobór Watykański II oraz papieży ostatnich dziesięcioleci. Jest to osobny temat, bardzo szeroki. W tym miejscu wystarczy wskazać, że 

- nie może być sprzeczności wewnątrz nauczania Kościoła, który jest i pozostaje ten sam od Zesłania Ducha Świętego aż do końca czasów,

- zerwanie ciągłości tego nauczania zawsze świadczy i musi świadczyć przeciw tym, którzy tego dokonują, nie odwrotnie. 

Życie duchowe, pobożność i asceza katolicka są także podrzędne i w pewnym sensie powinny być wtórne i pochodne względem prawd wiary. To one są jedynym prawdziwym i solidnym fundamentem zdrowej duchowości i dążenia do świętości. Odejście od prawd wiary katolickiej zawsze ma konsekwencje dla moralności, życia duchowego i pobożności (nie przypadkiem Kościół boryka się obecnie z nadużyciami moralnymi niesłychanymi w dziejach, przynajmniej co do skali). Przebywanie we wspólnocie czy strukturze zaciemniającej czy wręcz negującej doktrynę katolicką stanowi niebezpieczeństwo dla życia wiary. Ochrona tego życia jest prawem i obowiązkiem także wobec swojego życia duchowego. Jeśli decyzja przełożonego jest obiektywnie sprzeczna z wiarą katolicką, wówczas nie obowiązuje moralnie. Jeśli takie decyzje są nagminne, wówczas zachodzi powód odejścia z takiej struktury, niezależnie od skutków kanonicznych. Oczywiście najpierw należy podjąć kroki wyjaśnienia oraz odpowiedniego upomnienia przełożonego czy wspólnoty. Gdy usiłowania nie doprowadzą do uzasadnionej nadziei na istotną poprawę, wówczas moralnie i duchowo usprawiedliwione jest odejście z takiej wspólnoty. 


4.

U większości katolików, także duchownych i zakonników, mamy obecnie do czynienia z wręcz skandalicznym brakiem znajomości prawd wiary, zasad moralności, prawa kościelnego i duchowości katolickiej. W takiej sytuacji biorą górę mechanizmy psychologiczne, głównie emocje zaciemniające czy wręcz tłumiące trzeźwe myślenie i reagowanie. Jest to widoczne zwykle także w niniejszej sprawie. Brak solidnej wiedzy teologicznej, ascetycznej i kanonicznej zastępowany jest przez własne fantazje, uprzedzenia i odczucia, co jest oczywiście niegodne duchownych, tym bardziej w pozycji przełożonych. Należy się z tym liczyć, ale równocześnie starać o merytoryczne podejście. Wymaga to trudu i cierpliwości, z miłości bliźniego, która należy się także błądzącym przełożonym. 

Czy brak świadomości grzechu pomniejsza winę?



Warunki grzechu ciężkiego dotyczą każdej dziedziny i każdego grzechu. Przypominam, że są to:
1. ważka materia
2. świadomość grzeszności
3. własnowolność czynu.

Grzech ciężki ma miejsce, gdy spełnione są wszystkie trzy warunki.

Sfera sexualna należy generalnie do materii ciężkiej, gdyż dotyczy zdrowia i życia nie tylko własnego lecz także bliźnich.

Świadomość grzeszności może być oczywiście różna. W sprawie sodomii trudno o brak świadomości, gdyż wystarczy już zdrowy rozsądek. Problem jest, gdy pożądliwość przysłania czy przytłumia świadomość.

Podobnie jest z własnowolnością. Także tutaj nieuporządkowana pożądliwości może pomniejszać wolność czynu czy zachowania. Jednak liczy się także ogólna odpowiedzialność za własną postawę moralną. Człowiek dorosły, dojrzały emocjonalnie i moralnie, nie kieruje się przede wszystkim zmysłowością czy uczuciami, lecz obiektywnym dobrem zgodnie z porządkiem i prawem naturalnym.


Jak należy rozumieć kary w Starym Testamencie?



Kluczem do właściwego rozumienia Starego Testamentu jest Nowy Testament. Stary nie bowiem przygotowaniem, zapowiedzią i wychowawcą ku Nowemu.

Prawo Mojżeszowe z jednej strony odpowiadało ówczesnej sytuacji narodu, z drugiej wychowywało naród według woli Bożej, także w kontraście wobec innych narodów.

Nie jest przypadkiem, że czwarte przykazanie Dekalogu jest pierwsze w szeregu przykazań odnoszących się do relacyj międzyludzkich. Jest pewne zarówno zdroworozsądkowo jak też empirycznie, że stosunek do rodziców jest istotny nie tylko dla więzi rodzinnych lecz także ogólnie społecznych, tym samym także dla porządku i pokoju społecznego. To pozwala zrozumieć wagę przypisywaną tej sprawie, wraz z karą przewidzianą za przewinienia. Brak szacunku dla rodziców godzi zarówno w podstawowe relacje społeczne jak też w relację do Boga, gdyż to rodzice byli w Izraelu pierwszymi nauczycielami we wierze i też celebrującymi obrzędy religijne, których większość odbywała się w domach (codzienne modlitwy, uczty świąteczne, wspólne pielgrzymki).

Nowy Testament i tym prawo kościelne nie zawiera kary śmierci jako kary za przewinienia moralne i religijne. Nie ma też odrzucenia kary śmierci, która jest rozumiana jako obrona przed złoczyńcą, nie jako zemsta. W tym znaczeniu w Kościele wypełniło się proroctwo Ezechiela (33,11):

"Powiedz im: Na moje życie! - wyrocznia Pana Boga. Ja nie pragnę śmierci występnego, ale jedynie tego, aby występny zawrócił ze swej drogi i żył. Zawróćcie, zawróćcie z waszych złych dróg! Czemuż to chcecie zginąć, domu Izraela?"

Czym są ewangeliczne talenty?


Przypowieść o talentach mamy w Ewangeliach właściwie w dwóch wersjach: tej właściwej u św. Mateusza (25, 14-30) oraz nieco zmienionej u św. Łukasza (19, 12-27), gdzie jest mowa o minach, czyli znacznie mniejszej sumie pieniędzy (jeden talent to 60 min).

Jest powiedziane wprost, że w przypowieści chodzi o Królestwo Boże, czyli rzeczywistość istotnie duchową, ale nie wyłącznie duchową. W znaczeniu biblijnym nie ma oddzielenia rzeczywistości duchowej i materialnej, aczkolwiek jest odróżnienie, z wyraźnym prymatem tej pierwszej.

Tym samym talentów nie można odnosić jednostronnie ani to sfery materialnej ani czysto duchowej, lecz do każdego daru Bożego, zarówno w znaczeniu łaski jak też wszystkiego, co pochodzi od Boga i jest nam powierzone. Istotne są aspekty:
- obdarowania przez Boga oraz
- obowiązek zdania sprawy czyli odpowiedzialności przed Bogiem.

Wskazują na to zarówno pochwały za pomnożenie jak też nagany i kary za brak pomnożenia czyli gospodarowania darem według własnych sił i możliwości.

Jest to więc przypowieść o wartości i wadze naszego działania w wymiarze ostatecznie nadprzyrodzonym, aczkolwiek nieoddzielnym od rzeczywistości ziemskiej, stworzonej. Odpowiada to naturze człowieka, która jest duchowo-cielesna.

Chodzi więc także o to, że nie absurdalne byłoby sprowadzanie Królestwa Bożego czy to do sfery czysto duchowej, czy jedynie materialnej. Nie przypadkowo Pan Jezus posługuje się przykładem z życia codziennego. W pewnym sensie mamy tutaj - w słowach samego Zbawiciela - do czynienia z nobilitacją pieniędzy czy ogólnie dóbr doczesnych. Ich znaczenie i godność jest związana z ich istotą, którą jest bycie darem Bożym, Jego własnością powierzoną nam dla działania i pomnożenia.

Istotna jest tutaj zależność od Boga: nie są one własnością człowieka w znaczeniu absolutnego prawa własności. Równocześnie przypowieść jest skierowana przeciw zazdrości i przeciw fałszywie ujmowanemu egalitaryzmowi, skoro słudzy nie zostali obdarowani po równo.

Ostre pouczenie i zarazem ostrzeżenie skierowane jest do tych, którzy nie doceniają otrzymanego daru, być może właśnie z zazdrości o większe dary otrzymane przez innych.

Tym samym przypowiść wymyka się wszelkim zawężeniom, czy to do kwestii sporu między kapitalizmem a socjalizmem, czy to do indywidualistycznej absolutyzacji własności prywatnej. Nie można jej bowiem oddzielić o stale obecnej w Ewangelii prawdy o człowieku, mianowicie o prymacie ducha i sfery duchowej, moralnej, i wymiaru eschatologicznego, wiecznego. Dopiero w tej perspektywie sprawy doczesne ukazują się w swym właściwym znaczeniu, przeznaczeniu, godności i porządku.

Czy inseminacja jest moralnie dopuszczalna?


W odnośnej wypowiedzi o. Recław mówi o inseminacji jako homologicznym sztucznym zapłodnieniu, czyli sztucznym wprowadzeniu do organizmu kobiety męskiej komórki rozrodczej w celu połączenia komórką jajową (jest to technika właściwie identyczna z tą stosowaną na zwierzętach hodowlanych...). O. Recław twierdzi, że nie ma jednoznacznego stanowiska Kościoła w tej sprawie. Jest to ewidentna nieprawda, gdyż wystarczy znać chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie temat jest zwięźle i jasno omówiony:


Jasno jest podana zarówno ocena moralna jak też jej uzasadnienie, mianowicie z powodu oddzielenia powstania życia od aktu małżeńskiego czyli cielesnego zjednoczenia matki i ojca. Masturbacja oczywiście nie jest takich zjednoczeniem, czego o. Recław widocznie nie rozumie.

Tym samym o. Recław diametralnie mija się z prawdą (jak zresztą bardzo często, a nawet regularnie w swoich wypowiedziach dostępnych w internecie). Mając obowiązek znajomości nauczania Kościoła zawartego chociażby w Katechiźmie, oszukuje tym samym odbiorców, co jest skandaliczne i karygodne.

Czy zakładanie się jest grzechem?



W podręcznikach katolickiej teologii moralnej nie ma jednoznacznej negatywnej oceny zakładania się, o ile chodzi o rodzaj gry czy zabawy polegającej na ustaleniu nagrody pieniężnej czy rzeczowej dla osoby, która przewidzi bieg wydarzeń czy zdarzenie. Jednak zakładanie się może być grzeszne, gdy spełnione są warunki, które stanowią czy to nieuczciwość w grze, czy powodują utratę charakteru zabawy. Tak np. gdy jedna z osób ma z góry przewagę dzięki pewnej wiedzy w sprawie, czy gdy zastawiona suma przekracza możliwość wydatku, który nie powoduje uszczerbku na środkach do życia danej osoby i jej rodziny. 

Na pewno grzeszne jest zakładanie się czy to o coś grzesznego, czy prowadzącego do grzechu. Wówczas zakład jest grzechem cudzym jako nakłanianie czy motywowanie do grzechu. Także zakładanie się w sytuacji, gdy przewidywalnie poprowadzi to do kłótni czy wrogości, jest grzeszne jako świadome umożliwianie sobie okazji do grzechu, podobnie do innych gier, które wzbudzają emocje wrogości czy zazdrości. 

Czy klient odpowiada za wykorzystanie zysku przez sprzedawcę?



Klient nie odpowiada bezpośrednio za ta, jak sprzedawca pożytkuje swój zysk, gdyż zwykle nie ma na to wpływu, a nawet zwykle nie wie o sposobie tego pożytkowania. Gdy wie i ma możliwość wyboru, wówczas powinien odpowiednio dopasować swój wybór. Nie ma jednak moralnego obowiązku, o ile nie ma pewności, że inny sprzedawca również nie pożytkuje swego zysku w sposób niemoralny.
Należy wykorzystać swoją wiedzę w tym względzie informując sprzedawcę o swoich zastrzeżeniach czy sprzeciwie, wraz z decyzją wyciągnięcia konsekwencyj w decyzji. Wówczas wiedza i decyzja mogą mieć realny wpływ.
Ze swej strony należy być gotowym do pewnych ograniczeń, gdy wchodzą w grę sprawy nadrzędne.
Np. gdy wiem, że dana firma wspiera niemoralne akcje, a mam możliwość wyboru zakupu u innej firmy bez istotnej negatywnej różnicy, wówczas sprawa jest oczywista. Istotny jest rodzaj i waga różnicy. Jeśli różnica jest typu luxusu, wówczas sprawa jest jasna. Jeśli natomiast chodzi o narzędzie pracy, np. komputer, czyli jakość i trwałość, wówczas decydująca może być sama umowa kupna-sprzedaży.
Trzeba bowiem rozróżnić dwie osobne płaszczyzny:
- umowy ze sprzedawcą
- prywatne decyzje sprzedawcy (nawet jeśli mają zasięg szerszy).
W tej drugiej płaszczyźnie obowiązek moralny wynika z prawa naturalnego, zasadniczo niezależnego od umowy kupna-sprzedaży. Natomiast umowa kupna-sprzedaży może i powinna zależeć od prawa naturalnego. Ostatecznie chodzi o równowagę między dobrem osobistym i dobrem wspólnym czyli społecznym. Jedno nie powinno się sprzeciwiać drugiemu i odwrotnie. Równocześnie należy wziąć pod uwagę realną, choć ograniczoną odpowiedzialność za dobro wspólne.

Czy osoba, która utraciła dziewictwo, może zawrzeć święty związek małżeński?

Może. Domyślam się, że nie chodzi o przypadek kogoś owdowiałego. Utrata dziewictwa, o ile była grzeszna (tzn. nie w wyniku gwałtu), jest wprawdzie w tym znaczeniu skazą na duszy, że każdy grzech pociąga za sobą jako skutek nie tylko winę (która jest przebaczana w Spowiedzi św.), lecz także karę oraz skłonność do grzechu. Jednak grzech zmazany sakramentalnie i odpokutowany jest o tyle nieistotny, że stan łaski uświęcającej powoduje zarówno godziwość zawarcia Sakramentu Małżeństwa jak też jest warunkiem kroczenia na drodze świętości.
Mówiąc w skrócie: także osoba, która utraciła dziewictwo, może żyć w stanie łaski uświęcającej, a to jest istotne dla osiągnięcia świętości oraz owocności łaski Sakramentu Małżeństwa.
Jeśli z popełnionego grzechu dana osoba wyciągnie tę korzyść, że będzie bardziej świadoma swojej słabości i nauczy się przez to pokory, wówczas można w pewnym sensie powiedzieć, że ta utrata była "dobra" pod względem następstw dla duszy. Co oczywiście nie znaczy, że grzech może być dobry czy obojętny, czy że można i należy grzeszyć dla osiągnięcia pokory. Grzech śmiertelny jest zawsze śmiertelnym niebezpieczeństwem dla zbawienia duszy. Jednak pewne jest także, że Bóg obmywa duszę i czyni ją świętą, gdy człowiek szczerze żałuje i pokutuje. Tak jest na płaszczyźnie duchowej czyli istotnej. Płaszczyzna psycho-fizyczna ma swoje znaczenie, ale nie jest istotna.
Może być tak, że ktoś, kto zachował czystość, jest bardziej podatny na pokusy szatańskie poprzez pewność siebie i tym samym pychę, czyli wywyższanie się nad innych i pogardzanie nimi. Wówczas stan duszy może być o wiele gorszy niż kogoś, kto przez całe życie żałuje przeszłej nieczystości i trwa dzięki pokorze w łasce Bożej.