Co to jest "chorał sarmacki"?



Najkrócej odpowiadając: jest to wynalazek Roberta Pożarskiego na użytek propagowania i komercjalizacji jego stylu wykonywania muzyki dawnej, głównie kościelnej czyli chorału. Także nazwa jest jego wynalazkiem, jako marka komercyjna.

Oto oficjalne informacje o tej osobie (źródło tutaj ):



Nie chcąc na wstępie wdawać się w dyskusję o charakterze muzyczno-estetycznym odnośnie owego "chorału", zwrócę najpierw uwagę na suche fakty historyczne.

Jak można wyczytać w oficjalnej biografii artystycznej, Pożarski studiował we Francji u Marcel'a Peres'a, z którym jest stale związany. W oficjalnych źródłach (jak tutaj ) nazwany jest nawet tegoż uczniem:


Związek z Peres'em jest właśnie kluczem do działalności, z której Pożarski obecnie słynie, czyli projektu "Chorał sarmacki". Podkreślam: wbrew temu, co sugeruje ta nazwa, nie chodzi w tym wcale o prezentację czy odkrycie jakiegoś zapomnianego czy nieznanego dotychczas gatunku, lecz wyłącznie o sposób interpretacji dawnych utworów muzycznych i to sposób nieznany dotychczas. Należy dodać, że nie tylko nieznany lecz wręcz pozbawiony podstaw w wynikach poważnych badań źródeł muzycznych. Ów sztandarowy projekt Pożarskiego jest w swej istocie niczym innym jak zastosowaniem metody interpretacji Peres'a do dawnej muzyki polskiej.

Co mówi Peres o swojej interpretacji? Otóż on sam deklaruje, że nie chodzi mu o rekonstrukcję i reaktywację dawnego wykonania muzyki kościelnej lecz o własną twórczą interpretację dawnych zapisów:


Tym samym kłamliwe są chwyty reklamowe, mówiące - zapewne zresztą za wiedzą i zgodą samego Peres'a - jakoby jego wykonanie było odtworzeniem muzyki dawnej (starożytnej czy średniowiecznej).

Kim jest więc Marcel Peres? Nie ma w tym miejscu potrzeby szerokiego przedstawiania osoby i działalności. Informacje ogólne można łatwo znaleźć w internecie. Zwrócę natomiast uwagę na pewne fakty znane wprawdzie publicznie, jednak zwykle pomijane czy lekceważone.

Jak podają wszystkie źródła, Peres jest związany od 1984 r. z dość znamienną fundacją (źródło tutaj ):



Jest to fundacja z siedzibą w zagrabionym przez rewolucję klasztorze cystersów w Royaumont koło Paryża, zakupionym na początku XX w. przez przemysłowca Jules Gouin. Jak podaje wiki, jego ojciec Ernest, który również był przemysłowcem, dorobił się majątku dzięki poparciu finansjery żydowskiej, w tym także Rothschild'ów:


Poślubił córkę żydowskiego finansjera pochodzącego z Portugalii:



Także jego najstarszy syn Jules poślubił kobietę z zamożnego żydowskiego rodu Singer 'ów. Również tegoż syn Edouard oraz wnuk Henry byli związani zawodowo i rodzinnie z kręgami bankowców i przemysłowców. To właśnie Henry wraz ze swoją małżonką z rodziny Lang oraz przy pomocy lewackiego pisarza Andre Malraux (związanego z komunistami, także sowieckimi, i ożenionego w pierwszym małżeństwie z żydówką) utworzył fundację w Royaumont z wyraźnie lewacko-masońskimi celami "pour le progrès des Sciences de l’Homme" czyli "dla postępu nauk humanistycznych" (źródło tutaj ):



Myślę, że tyle podstawowych informacyj w tym miejscu wystarczy. Pamiętać należy, że fundacja z całą pewnością nie wspiera każdego projektu ani każdego artysty. I zapewne ma poważny wpływ zarówno na orientację jak też na owoce wspieranej działalności.

Jak się to ma do sytuacji w Polsce? Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że owa fundacja, finansując M. Peres'a wspiera także jego działalność w Polsce, trwającą zresztą już ponad 20 lat. Główną formą tej działalności jest festiwal w Jarosławiu, który ma wyraźnie charakter "ekumeniczny" i paramasoński, promujący islam (warto zajrzeć tutaj ):


Ta promocja islamu pochodzi zapewne od Peres'a, który ma ją w swoim stałym repertuarze ( źródło ):



Odnogą tego festiwalu są "warsztaty liturgiczne Ars Celebrandi" organizowane w Licheniu przez właściwie tę samą ekipę pod duchowym (i też finansowym) przywództwem dominikanina o. W. Gołaskiego. To są największe doroczne imprezy w Polsce, wprost propagujące działalność M. Peres'a i jego uczniów. Pod pozorem promowania liturgii tradycyjnej odbywa się w ten sposób dość nachalne przeszczepianie peresizmu na grunt polski, pod oficjalną acz kłamliwą etykietką nadaną przez R. Pożarskiego czyli jako "chorał sarmacki".

Na koniec kilka skrótowych uwag teologicznych oraz muzyczno-estetycznych.

Jak wiadomo, muzyka kościelna czyli wykonywana podczas liturgii katolickiej, uregulowana jest w księgach liturgicznych także w zapisie nutowym, który zawiera pewne reguły interpretacji. Dochodzi do tego żywa tradycja interpretacji, kultywowanej w ośrodkach czyli instytutach muzyki kościelnej założonych i kierowanych przez władze kościelne. Wiadomo, że "nowatorska" interpretacja prezentowana przez Peres'a i jego uczniów nie tylko nie ma związku z instytutami kościelnymi lecz wprost znajduje się w sprzeczności z ich zasadami interpretacji. Zapewne dlatego właśnie peresiści w Polsce obrali sobie dla autopromocji akurat kręgi indultowe, które już generalnie traktowane są przez władze kościelne jako dziwaczne i niezrozumiałe.

Główną zasadą muzyki kościelnej, czyli takiej, którą według reguł Kościoła wolno używać podczas liturgii, jest duch wiary i modlitwy. Tym samym kryteriami podstawowymi jest zgodność z
- wiarą katolicką oraz
- istotą i naturą modlitwy.

Podstawową prawdą wiary jest wiara o Bogu Trójjedynym, Stworzycielu i Zbawcy, ku któremu mają się zwracać wszystkie siły i dążenia człowieka. Ten jedyny prawdziwy Bóg przewyższa wszystko Swoją dobrocią i pięknem. To ku Niemu człowiek wznosi się w modlitwie, której może i powinna pomagać muzyka w liturgii. Dlatego w muzyce kościelnej istotny jest wymiar piękna, czyli estetyczny.

Nie mniej istotna jest powszechność muzyki kościelnej, która jest udziałem w powszechności czyli katolickości liturgii i Kościoła. Innymi słowy: każdy uczestnik liturgii, także niewykształcony muzycznie powinien mieć możliwość odebrania muzyki liturgicznej jako pięknej i pomocnej we wzniesieniu umysłu i serca ku Bogu.

Czy te kryteria są spełnione w wypadku peresizmu z fałszywą etykietką "chorału sarmackiego"? Zdecydowanie nie są. Wystarczy zapytać przeciętnych odbiorców tego stylu, zarówno duchownych jak też zwykłych wiernych. Duszpasterze dopuszczający tego typu śpiewaków powinni - oczywiście najpierw poza liturgią - zaprezentować współbraciom i też wiernym te wykonania z zapytaniem, czy są one pomocne w modlitwie. Wynik takiej ankiety jest dość łatwy do przewidzenia. Tym samym tego typu śpiewacy nie powinni mieć prawa występowania podczas liturgii katolickiej, pod żadnym pozorem. Liturgia nie jest miejscem experymentowania wymysłów artystycznych, tym bardziej pseudoartystycznych. Kto tego nie rozumie, ten nie ma i chyba też nie chce mieć ani pojęcia ani wyczucia dla zasad Kościoła i zasad liturgii.

Przy okazji można sobie obejrzeć, jakie są owoce pereso-pożarskizmu wśród młodzieży:


(źródło tutaj )



(źródło tutaj )

Czy późnośredniowieczna praktyka świadczy przeciw celibatowi? (z post scriptum)



Znany w pewnych kręgach świecki chemik, chlubiący się byciem "akolitą" tudzież często paradujący jako fałszywy "subdiakon" w celebrach indultowych, regularnie próbuje usprawiedliwić i uzasadnić swoją praktykę, która jest jego wynalazkiem i to sprzecznym z Tradycją Kościoła. Mówiąc krótko: ta sprzeczność polega na tym, że NIGDY w historii Kościoła nie było praktyki, by świecki i to nie żyjący w celibacie sprawował liturgiczną funkcję subdiakona, czyli stopnia wyższych święceń.

Przeanalizujmy po kolei.

1. Pan Wolański zauważa słusznie, że w Tradycji Kościoła celibat (czyli dozgonne bezżeństwo) obowiązywał od momentu przyjęcia święceń subdiakonatu. Pomija jednak, że
- subdiakonów w Kościele zawsze obowiązywała wstrzemięźliwość sexualna i celibat czyli dozgonna bezżenność, oraz że
- on sam regularnie popełnia wykroczenie przeciw tej zasadzie i tym samym grzech ciężki przeciw prawdziwej czci Boga i przeciw Kościołowi, skoro jako świecki nieżyjący ani w czystości ani w celibacie pełni funkcję subdiakona.

Tę swoją praktykę próbuje usprawiedliwić tym, że robi to tylko w zastępstwie subdiakona, podobnie jak ministranci, czyli świeccy nie wyświęceni w żadnym stopniu święceń, zastępują minorystów (duchownych niższych święceń, czyli kleryków). Jest to tłumaczenie nieporadne i kłamliwe, z wielu względów:

- Nigdy w Kościele nie było praktyki zastępowania przez świeckich w funkcjach duchownych wyższych święceń, z subdiakonatem włącznie. I nie jest to bynajmniej przypadkowe, gdyż począwszy od subdiakonatu obowiązywała stała i dożywotnia wstrzemięźliwość sexualna. Ma to istotne znaczenie ze względu na istotę sprawowania kultu katolickiego jako działania w Osobie Jezusa Chrystusa, jak też ze względu na jedność sakramentu święceń, którego jakby przedsionkiem jest stopień subdiakona (przez niektórych teologów zaliczany nawet do święceń sakramentalnych).

- Podczas gdy w sytuacji braku minorystów jest potrzeba a nawet konieczność usługiwania kapłanowi, co jest powodem dopuszczenia świeckich (ministrantów) do spełnienia koniecznych posług, to nie ma nigdy i pod żadnym względem konieczności ani nawet potrzeby zaangażowania świeckich do pełnienia funkcji subdiakona, gdyż ma ona miejsce wyłącznie w formie celebracji uroczystej, która nie jest niezbędna pod jakimkolwiek względem. Innymi słowy: nawet celebracja biskupa może się odbyć w razie braku subdiakona w formie mniej uroczystej (tzw. celebracja prałacka). Stopień świetności formy nie jest istotny pod względem wyrażania wiary katolickiej, podczas gdy pomieszanie porządku hierarchicznego uderza wprost w ustrój Kościoła i tym samym w jego istotę.

2. Pan Wolański twierdzi, że przed święceniami subdiakonatu nie składano przyrzeczenia celibatu, oraz wiąże z tym twierdzenie, że udzielanie święceń niższych żonatym było powszechne. Jako przykład podaje Mikołaja Kopernika, Jana Kochanowskiego oraz Franciszka Liszt'a.

Zauważmy:

- Kopernik miał prawdopodobnie niższe święcenia, ale nie był żonaty.

- Kochanowski prawdopodobnie nie miał święceń, przynajmniej wyższych, aczkolwiek przez pewien czas zarządzał probostwem, o czym mówi źródło:


Zaznaczyć należy, że określenie in sacris oznacza generalnie wszystkie stopnie święceń jako związane ze sprawowaniem sakramentów, nie tylko wyższe stopnie święceń, por. tutaj i tutaj :


Istotne jest także, że Kochanowski był proboszczem PRZED zawarciem związku małżeńskiego, czyli z całą pewnością nie otrzymał święceń jako żonaty. Wraz z małżeństwem prawdopodobnie stracił probostwo, którego w znaczeniu duszpasterstwa zresztą nigdy nie miał, bo nigdy nie rezydował na probostwie, a był jedynie zarządcą z tytułem dochodów z probostwa. Tytuły kościelne były bowiem wówczas dość często traktowane jako sposób zabezpieczenia dochodów za zarządzanie, nie za sprawowanie sakramentów czyli nie za duszpasterstwo.

- Liszt zamierzał zawrzeć związek małżeński w wieku 50 lat, w 1861 r. w Rzymie. Jednak małżeństwo nie doszło do skutku, po czym jego niedoszła małżonka Carolyne zaczęła studiować teologię i pisać książki, a kompozytor zamieszkał w jednym z klasztorów rzymskich, częściowo też w Watykanie, poświęcając się muzyce religijnej. Kilka lat później, w 1865 r., przyjął tonsurę oraz niższe święcenia, nosząc odtąd koloratkę jako strój duchowny.

Tym samym wszystkie trzy przykłady podane przez p. Wolańskiego są chybione: w żadnym z tych przypadków nie mamy do czynienia z udzieleniem święceń żonatemu. Tym samym jego teza jest ewidentnie kłamliwa.

3. Dokładnie tak samo rzecz się ma ze wskazaniem na artykuł A. Borka o praktyce udzielania święceń na przełomie XV i XVI w. w kilku diecezjach polskich. Praca ma charakter zasadniczo statystyczny, jak zaznacza autor:



Jednak w żaden sposób nie potwierdza tezy p. Wolańskiego, a nawet jej dość wyraźnie przeczy, przynajmniej pośrednio:


Zestawienia statystyczne jasno pokazują związek święceń akolitatu ze święceniami wyższymi, czyli od subdiakonatu do prezbiteratu. Wprawdzie znaczna część wyświęconych akolitów nie przyjmowała wyższych święceń, jednak dokładnie NIC nie wskazuje na to, by w momencie przyjęcia święceń akolitatu byli oni żonaci. Także więc analiza tych źródeł potwierdza praktykę Kościoła także obecną: akolitat udzielano kandydatom do urzędów kościelnych związanych zasadniczo z wyższymi święceniami, aczkolwiek nie wszyscy de facto dochodzili do wyższych stopni, co wiązało się z wieloma czynnikami.







Wyjaśnić należy, że używane przez A. Borka określenie "duchowieństwo świeckie" jest mylne i może prowadzić do nieporozumień. Autor ma na myśli oczywiście duchowieństwo diecezjalne w odróżnieniu od zakonnego i nawiązuje do łacińskiego określenia "clerus saecularis". Należy pamiętać, że polskie słowo "świecki" może oznaczać zarówno łacińskie "saecularis" (w znaczeniu duchowieństwa żyjącego w świecie, czyli nie w klasztorze) jak też "laicalis", czyli przynależność do stanu świeckiego w odróżnieniu do stanu duchownego związanego z tonsurą oraz święceniami.

4. Kłamliwe jest także sugerowanie przez p. Wolańskiego, jakoby kanonicy minoryści byli żonatymi mężczyznami z prawem sprawowania liturgicznej funkcji subdiakona. Jest dokładnie odwrotnie: wszystkie dokumenty Kościoła ze wszystkich epok zakazują sprawowania liturgicznych funkcyj wyższych święceń nieżyjącym we wstrzemięźliwości sexualnej.

5. W końcu kłamliwe w tym kontekście jest również wskazanie na wschodniacką praktykę udzielania święceń niższych na stałe:
Po pierwsze, także w Kościele rzymskim święcenia niższe zawsze były i są udzielane na stałe, jednak ich wykonywanie jest uzależnione od pewnych warunków.
Po drugie, wmieszanie tutaj udzielania święceń niższych na stałe sugeruje fałszywie, jakoby już w pierwszych wiekach udzielano święceń niższych zarówno żonatym jak też bez zobowiązania do wstrzemięźliwości.

Jest dokładnie odwrotnie: jak poświadczają źródła historyczne, we większości regionów Kościoła nawet już lektorzy i kantorzy byli zobowiązani do życia w czystości. Natomiast praktyka święcenia żonatych bez zobowiązania do wstrzemięźliwości pochodzi od sekty nowacjan i została wprowadzona drogą fałszerstwa dopiero na schizmatyckim Synodzie Trullańskim II (691 r.), w ewidentnej sprzeczność z Tradycją Apostolską oraz nauczaniem Ojców Kościoła, świętych i papieży. W tym temacie można i należy sobie poczytać zwłaszcza następujące źródła:

Książkę kardynała Alfonsa M. Stickler'a, archiwisty Stolicy Apostolskiej:


Książka została wydana pierwotnie przez urzędowe wydawnictwo watykańskie:



Znacznie obszerniejsza jest źródłowo-historyczna pozycja jezuity o. Cochini'ego o pochodzeniu apostolskim celibatu:



Bardziej systematyczna jest książka profesora papieskich uczelni w Rzymie, obecnego rektora kolegium Campo Santo:



Przypadek p. Wolańskiego jest dość typowy dla strategii kłamliwej propagandy antykatolickiej, która widocznie atakuje nawet środowiska tzw. indultowe czyli deklarujące pielęgnowanie tradycyjnej liturgii rzymskiej w podległości władzom diecezjalnym. Ofiarą tej perfidnej akcji są głównie młodzi ludzie, często zasadniczo dobrej woli, jednak niewyposażeni w odpowiednią wiedzę i czujność, za to podatni na perswazję i kłamstwa, zwłaszcza gdy odpowiada to ich własnym zachciankom, upodobaniom i pożądliwościom. Zmierza to do wytworzenia nie tyle poczwary łączącej katolicyzm tradycyjny z antykatolickim modernizmem, co raczej do storpedowania i perwersji zainteresowania młodych ludzi Tradycją katolicką, sprowadzając je do estetyki, samorealizacji i autoprezentacji. Już charakter stosowanej metody - fałszerstwa, kłamstwa, oszczerstwa, wykluczanie opinii katolickiej - jednoznacznie wskazuje na pochodzenie i motywy. To też jest element szatańskiego smrodu, który wtargnął do Kościoła.


Post scriptum


Na koniec jeszcze gwoli uzupełnienia w temacie, gdyż argumenty bardzo często powracają: 

1. 

Jak wspomniałem, jest otóż pewne, że aż do VII w. także na Wschodzie obowiązywała zasada wstrzemięźliwości duchownych (continentia clericalis). Jest pewne, że ta zasada pochodzi od Apostołów (wszyscy Apostołowie byli bezżenni, św. Piotr był w momencie powołania wdowcem). Obszernie o tym mówią książki, które podałem wyżej. Wiem, że spora część starszych książek twierdzi inaczej, tzn. twierdząc błędnie, że wschodniacy zachowują starszą tradycję. To twierdzenie jest obecnie gruntownie obalone przez badania źródłowo-historyczne ostatnich dekad. W Polsce niestety wielu nadal opiera się na kłamliwej książce x. Grzegorza Rysia wydanej w 2002 r., która perfidnie powiela przestarzałe mity rozpowszechniane w antykatolickiej propagandzie wschodniaków i protestantów.

Jedynym problemem jest fakt, że papieże pozwolili unitom zachować wadliwą, opartą na fałszerstwie praktykę. Tutaj dopiero wchodzi kwestia dogmatycznej rangi celibatu:
- Po pierwsze dopiero od kilku dziesięcioleci sprawa jest historycznie ostatecznie wyjaśniona, tzn. jest bezsprzecznie wykazane, że obecna praktyka wschodniacka wcale nie jest pierwotna i apostolska.
- Po drugie, wstrzemięźliwość ma ścisły związek z istotą sakramentu święceń jako włączeniu w działanie Osoby Jezusa Chrystusa, ale jako kwestia dyscypliny nie należy do istoty sakramentu, która stanowi o jego ważności. Trafne jest tutaj porównanie do chleba używanego w Eucharystii: z całą pewnością Pan Jezus użył chleba niekwaszonego, i temu wierna jest tradycyjna liturgia rzymska, jednak Konsekracja chleba kwaszonego nie powoduje nieważności sakramentalnej.

2.
Pewien młody człowiek zabłysnął następującym argumentem:



Popełnia tutaj szereg elementarnych błędów, mam nadzieję, że z niewiedzy, nie ze złej woli:

Po pierwsze, nie ma żadnego oficjalnego dokumentu "Rzymu" w tej sprawie. Są jedynie rzekome listy sekretariatu Komisji "Ecclesia Dei" skierowane do prywatnych osób, tudzież ustna wypowiedź byłego sekretarza tejże Komisji. Tego typu wypowiedzi NIE stanowią oficjalnego stanowiska Stolicy Apostolskiej i tym samym nie mają ŻADNEJ mocy wiążącej. Mogą jedynie stanowić podstawę do tego, że ktoś praktykujący to sprzeczne z Tradycją Kościoła dziwactwo obecnie de facto nie naraża się na kary kościelne.

Po drugie, istotne jest, co jest Tradycją Kościoła, tzn. zgodne z wiarą Kościoła odnośnie sakramentów święceń i Eucharystii oraz z poświadczoną od czasów apostolskich dyscypliną. Tych faktów nie jest w stanie zmienić ani żaden list Komisji "ED" do prywatnych osób, ani nawet oficjalny dokument (którego zresztą nie ma i raczej nie będzie, przynajmniej póki co).

Po trzecie, młodzieniec miesza różne sprawy. Otóż czymś innym jest dopuszczenie akolity alumna seminarium przygotowującego się do kapłaństwa i żyjącego w celibacie, a czymś innym "akolity" świeckiego żonatego i tym samym nie mającego nic wspólnego ze stanem duchownym. W przypadku tego pierwszego pełnienie posługi subdiakona da się pogodzić z Tradycją Kościoła. Przypadku tego drugiego zdecydowanie nie da się pogodzić.

Po czwarte, nawet gdyby istniał oficjalny dokument dopuszczający świeckich żonatych "akolitów" do pełnienia posługi subdiakona, to nie stanowiłby on Magisterium choćby nawet zwyczajnego. A to z wielorakich powodów, mianowicie
- natury sprawy, która jest sama w sobie dyscyplinarna, nie dotycząca wprost wiary i moralności, choć ściśle z nimi powiązana, oraz
- sprzeczności z Tradycją Apostolską wraz ze stałym nauczaniem i dyscypliną Kościoła.
Być może młodzieniec o tym nie wie, ale w Kościele jest tak, że władza kościelna, zwłaszcza władza nauczania, ma dość ściśle określone granice i tym samym nie ma prawa ani nauczać ani zobowiązywać do przestrzegania czegoś, co nie ma podstaw ani w źródłach Objawienia (Tradycji i Piśmie św.) ani w stałej praktyce Kościoła.

3.
Wśród fanów p. Wolańskiego podawane są kłamliwie także inne rzekome przykłady na godzenie funkcyj duchownych, w tym liturgicznych, ze stanem małżeńskim.

- Prezydent Francji: Chodzi o to, że prezydenci Francji z racji urzędu roszczą sobie prawo do tytułu honorowego kanonika Bazylika Laterańskiej w Rzymie. Jest to pozostałość przywileju królów Francji, sięgającego króla Henryka IV, który w 1604 r. z racji nawrócenia się na katolicyzm ofiarował Stolicy Apostolskiej posiadłość opactwa w Clairac, a w ramach wzajemności otrzymał honorowy tytuł kanonika (źródło tutaj). Niektóry prezydenci Republiki Francuskiej jako quasi spadkobiercy prawni monarchii korzystają z tego tytułu. Pierwszym prezydentem, który z niego skorzystał, był Charles de Gaulle. Zresztą po nim jedni z niego korzystali, inni nie korzystali (źródło tutaj). Ten tytuł nie wiąże się ani z prawem do uposażenia, ani do sprawowania funkcyj liturgicznych. Tym samym nie ma dokładnie nic wspólnego ze sprawą święcenia żonatych. Dotyczy natomiast kwestii teologicznego rozumienia namaszczenia na króla czyli koronacji. Wiadomo, że - jak każdy obrzęd liturgiczny - jest to sakramentale, choć niektórzy teologowie średniowieczni (pod wpływem fałszywej teologii bizantyńskiej) uważali namaszczenie na króla za sakrament.

- Podobny charakter ma powoływanie się na rzekomo diakonalną funkcję cesarza czyli władcy świeckiego podczas liturgii.
Po pierwsze, nie zawsze był jasny teologiczny status namaszczenia koronacyjnego. W teologii bizantyńskiej i niemieckiej była tendencja sakralizacji, czyli nadawania władzy królewskiej i cesarskiej statusu sakralnego. Nie ma to jednak oparcia ani w Tradycji Kościoła, ani nawet u przytłaczającej większości Ojców Kościoła (przykładem jest chociażby doktryna polityczna św. Jana Damasceńskiego, który streszcza i syntetyzuje nauczanie Ojców Kościoła, por. tutaj).
Po drugie, żadne księgi liturgiczne nie przewidują pełnienia funkcji duchownych wyższych święceń nawet przez namaszczonego władcę. Jeśli miało to gdzieś miejsce i zostało odnotowanie historycznie, to było to jedynie lokalne nadużycie, sprzeczne z nauczaniem i sakramentalną dyscypliną Kościoła.
Po trzecie, poświadczone jest owszem rozumienie władzy namaszczonego władcy jako posługi diakonalnej, ale akurat nie w znaczeniu liturgiczno-sakramentalnym lecz w dziedzinie charytatywnej czyli doczesnej (więcej tutaj).

Tym samym całkowicie chybione i kłamliwe są także tego typu próby p. Wolańskiego i jego fanów.

Czy spokój rozwiązuje problem bluźnierstwa?

  Pod szumnym tytułem "Działalność Apostolska" dołączył do grona jutjuberów we wrześniu 2018 anonimowy kanał, na którego istnienie...