Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ofiarowanie bóstwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ofiarowanie bóstwa. Pokaż wszystkie posty

Czy wiejski wikary obronił "koroneczkę"?


Względnie nową gwiazdeczką internetową stał się (i raczej pozostanie tylko gwiazdeczką) x. Piotr Piekart z Archidiecezji Krakowskiej. Podobno ma jakieś ciągotki do liturgii tradycyjnej. Jeśli tak jest, to jest to już coś. Jednak zdecydowanie za mało, zwłaszcza w zestawieniu z poziomem intelektualnym i tym samym teologicznym, jaki reprezentuje, jak to widać na niniejszym przykładzie. 

Otóż zwrócono mi uwagę na jego wystąpienie w kwestii wiadomej "koroneczki". Jedyną zaletą tego wystąpienia jest to, że jest krótkie. Jego autor widocznie tkwi po uszy w fałszywej propagandzie łagiewnickiej, gdyż bezmyślnie ją powtarza.

Najpierw zaczyna niby dobrze:


Nie wiem, czy to słuszne twierdzenie wynikło u niego z tego, że czytał niniejszego bloga. Może niekoniecznie. Ciąg dalszy jest już bowiem katastrofalny, gdyż miesza różne sprawy i zupełnie wyłącza rozumowanie:

Wymachując fragmentem z dokumentów Soboru Trydenckiego widocznie nie zauważa, o czym on właściwie mówi. Jak już wielokrotnie zwracałem na to uwagę (por. tutaj), a powinno to być właściwie jasne dla każdego myślącego człowieka:

- Po pierwsze Sobór mówi o obecności eucharystycznej, nie o Ofierze Eucharystycznej, a jest to dość istotna różnica w jest kwestii, skoro liturgia rzymska (i to zarówno tradycyjna jak też Novus Ordo) mówi o ofiarowaniu już PRZED Konsekracją, mianowicie w obrzędzie ofiarowania. 

- Po drugie, czym innym jest kwestia, kim jest Jezus Chrystus, a czym innym kwestia, z czego Jezus Chrystus złożył Ofiarę na krzyżu. Wszak każda Ofiara Mszy św. jest uobecnieniem właśnie Ofiary Krzyżowej i w Nowym Przymierzu NIE ma i nie może być żadnej innej ofiary. 

Tutaj jest sprawa dość prosta: Jezus Chrystus z całą pewnością nie złożył w ofierze Swojego Bóstwa, ponieważ musiałby Ojcu złożyć w ofierze także Jego (Ojca) Bóstwo. Natomiast złożył w ofierze Swoje ludzkie życie, gdyż to ono zostało zabite i nic innego nie mogło zostać zabite czyli ofiarowane. 

Innymi słowy: przytaczanie słów Soboru Trydenckiego w kwestii ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa jest zupełnie nie na temat, lecz próbą odwrócenia uwagi od właściwego problemu. 

Wiejski wikary idzie dalej, mianowicie przechodząc niby płynnie do tematu ofiarowania: 


On tutaj próbuje wybrnąć przez wykręt: unika rozróżnienia na Bóstwo i Człowieczeństwo. A to jest oszustwo. Owszem, w języku pospolitym, nieprecyzyjnym teologicznie można by tolerować wyrażenie, że Jezus Chrystus jest ofiarowany. Jednak herezją już jest powiedzenie, że CAŁY Jezus Chrystus jest ofiarowany, gdyż On nie ofiarował Ojcu Swojego Bóstwa (które jest też Bóstwem Ojca). 

Następnym argumentem jest rzekomy autorytet x. Ignacego Różyckiego, rzekomo uznanego przez teologów rzymskich, co jest zresztą całkowitą nieprawdą, ponieważ dopiero Jan Paweł II za swoich rządów w Watykanie przeforsował włączenie "opinii teologicznej" x. Różyckiego do akt beatyfikacji s. Faustyny, która jest zresztą na zupełnie dennym poziomie (miałem możliwość zapoznania się z aktami), gdyż nie dorównuje nawet książce, na którą powołuje się wiejski wikary:


Tutaj po pierwsze widać, że x. Różycki jest heretykiem, skoro uważa, że Pan Jezus na krzyżu ofiarował całego Siebie. Po drugie, wiejski wikary wydaje się tutaj być jednak mądrzejszy od Różyckiego, gdyż ostatecznie próbuje wybrnąć przez zupełne pominięcie ofiarowania, a zastępując je prośbą o miłosierdzie "przez wzgląd" na całego Jezusa Chrystusa. No cóż, to jest poniekąd mistrzostwo krętactwa i oszukiwania ludzi, niestety typowe dla bagienka krakówkowego. 

W sumie widać, że problem żyje i to jest najważniejsze. Apologeci "koroneczki" podejmują przeróżne chwyty, choć właściwie takie same i tak samo prymitywne, zakładające niewydolność umysłową katolików i podatność na zagadanie sprawy niby mądrze brzmiącym bełkotem. Prawda jednak ostatecznie zwycięży. A upadek oszustów będzie z łomotem. 


Jak lefebvrianie bronią koronkę s. Faustyny? (z post scriptum)

Okazuje się, że lefebvrianie podejmują próby obrony koronki s. Faustyny. Robią to nie z miłości do Jana Pawła II, lecz dla usprawiedliwienia swego przywódcy na Polskę, x. Karl'a Stehlin'a, który w swoim "dziele" o objawieniach fatimskich naiwnie i zarazem ignorancko, bez choćby cienia elementarnej krytyki źródłowej podaje tzw. modlitwę anioła z Fatimy, zawierającą także słowa o ofiarowaniu Bóstwa Jezusa Chrystusa. Tenże przywódca zresztą od dawna nie widzi żadnego teologicznego problemu w koronce, łącząc ją regularnie z - zresztą fałszywie przez niego przedstawianymi - objawieniami fatimskimi jak chociażby tak (źródło tutaj):


Tak więc x. Stehlin po pierwsze samozwańczo uznaje tzw. objawienia anioła z Fatimy za autentyczne i wchodzące w skład uznanych przez Kościół objawień w Fatimie, co jest kłamstwem. Po drugie uznaje tzw. modlitwę anioła z Fatimy z jej słowami o ofiarowaniu Bóstwa Jezusa Chrystusa (więcej tutaj) za autentyczną i zgodną z teologią katolicką, co jest także kłamstwem. Oto wypowiedź jednego z jego wiernych pachołków, zresztą dość wiernie oddająca propagandę łagiewnicką:





Sprawę już wielokrotnie omawiałem (wpisy można znaleźć tutaj pod etykietą "koronka do miłosierdzia Bożego"). Jednak odniosę się także do tej wypowiedzi, która próbuje stworzyć pozory rzetelności teologicznej, a faktycznie jest jedynie mieszającym ignoranckim bełkotem. Po kolei. 


ad 1/

Tylko zupełny ignorant w teologii i liturgii może twierdzić, jakoby w modlitwie ofiarowania podczas Offertorium, czyli przed Konsekracją chodziło o ofiarowanie całego Jezusa Chrystusa. Już dziecko pierwszokomunijne wie, że w tym momencie na ołtarzu jeszcze nie jest obecne Ciało Jezusa Chrystusa i tym samym Jego Bóstwo. Potwierdza to modlitwa ofiarowania wina, która mówi wprost o "kielichu zbawiennym", nie o Jezusie Chrystusie. Jest więc jasne, że w tym momencie ofiarowywany jest chleb i wino jako dary stworzone - postacie przeznaczone do tego, by się stały Ciałem i Krwią Chrystusa. Jest to więc jedynie przygotowanie do Konsekracji, podczas której dopiero pod postaciami chleba i wina staje się obecne Ciało i Krew Chrystusa. Tak więc modlitwy ofiarowania chleba i wina dowodzą raczej przeciwieństwa tego, co pisze autor owego bełkotu: tutaj ofiarowywane są dary stworzone, a nie Ciało i Krew Chrystusa. 

Mówienie o ofiarowywaniu całego Chrystusa wraz z Bóstwem świadczy również o zupełnej ignorancji teologicznej. Otóż we Mszy św. ofiarujemy to, aż to i tylko to, co ofiarował sam Jezus Chrystus na krzyżu. Czy ofiarował On także Swoje Bóstwo? Oczywiście nie. Komuż miałby ofiarował je ofiarować? Wszak Bóg Ojciec jest tym samym Bogiem co i Syn, czyli ma TO SAMO (nie tylko TAKIE samo) Bóstwo. Zauważył to nawet główny apologeta koronki s. Faustyny x. Ignacy Różycki (więcej tutaj). 

Ponadto: u żadnego teologa katolickiego i też oczywiście w żadnym dokumencie Magisterium Kościoła na przestrzeni wieków nie ma twierdzenia, jakoby Jezus Chrystus ofiarował Swoje Bóstwo. Z prostej przyczyny: to by oznaczało, iż Jego Bóstwo nie jest tym samym, co Bóstwo Boga Ojca, a to jest herezja ariańska. 

Apologeci koronki s. Faustyny regularnie popełniają tutaj dość prymitywny błąd: z faktu, iż pod postaciami eucharystycznymi obecne jest Człowieczeństwo i Bóstwo Jezusa Chrystusa (jak mówi o tym słusznie całe nauczanie Kościoła wraz z Soborem Trydenckim), chcą wyciągać wniosek, iż we Mszy św. ofiarowywane jest także Bóstwo Jezusa Chrystusa. To jest po pierwsze nielogiczne, ponieważ czym innym jest obecność a czy innym jest czynność ofiarowania, a po drugie jest herezją polegającą na oddzieleniu Ofiary Mszy św. od Ofiary Krzyżowej. Jeśli - zgodnie z nauczaniem Kościoła - przyjmujemy, że we Mszy św. nie odbywa się nic innego jak uobecnienie Ofiary Jezusa Chrystusa na krzyżu, to także we Mszy św. nie może być ofiarowywane nic innego niż to, co sam Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu, a z całą pewnością nie było to Jego Bóstwo, ponieważ umarł jedynie co do Swojego Człowieczeństwa (tylko natura ludzka jest śmiertelna), natomiast co do Swojego Bóstwa - wszak tożsamego z Bóstwem Ojca - nie mógł umrzeć, gdyż natura boska - czyli jedno Bóstwo Ojca i Syna i Ducha - jest nieśmiertelna. To są proste sprawy i wystarczy trzymanie się prostej logiki. Tutaj widocznie sekta faustyno-sopoćkańska i sekta stehliniańska mają ten sam problem. 

Przy tej okazji autor powyżej podanego bełkotu wykazuje swoją ignorancję teologiczną odnośnie do nestorianizmu. Otóż istotą nestorianizmu jest negowanie, że podmiotem w Jezusie Chrystusie jest Osoba Syna Bożego współistotnego Ojcu i nierozerwalnie zjednoczona z Ojcem. Jeśli ktoś twierdzi, że we Mszy św. ofiarowane jest Bóstwo Jezusa Chrystusa, a nie neguje tożsamości sakramentalnej Mszy św. z Ofiarą na krzyżu, to twierdzi, że Jezus Chrystus czyli Syn Boży będący w istotowej jedności z Ojcem ofiarował Ojcu to Bóstwo, które jest też Bóstwem Ojca, a to jest absurd. Innymi słowy: z jedności natury ludzkiej i natury boskiej w Osobie Syna Bożego wcale nie wynika, jakoby Syn Boży złożył Ojcu ofiarę zarówno ze Swego Człowieczeństwa jak i ze Swego Bóstwa. Wręcz przeciwnie: Boskość Osoby Jezusa Chrystusa (jeśli rozumiemy są jako współistotną Ojcu) oznacza jedność z Ojcem co do Bóstwa i tym samym wyklucza tegoż ofiarowanie. Jak zauważył nawet x. Różycki, nie ma innej logicznej i tym samym teologicznej możliwości: albo ofiarowanie Bóstwa Jezusa Chrystusa jest niemożliwe, albo rozumie się to Bóstwo jako różne od Bóstwa Boga Ojca, a to jest herezja ariańska. 


ad 2/ 

Tutaj autor ponownie wykazuje brak elementarnej logiki w myśleniu. Otóż czym innym jest kwestia, co jest ofiarowane, a czym innym jest kwestia, kto ofiarowuje. 

Bezsprzecznie jedynie sam Bóg mógł dokonać doskonałą ofiarę dla zbawienia świata. A jak to było możliwe? Właśnie tylko przez Wcielenie Syna Bożego czyli przyjęcie przez Niego stworzonej ludzkiej natury, ponieważ tylko to, co stworzone, może być ofiarowane. Gdyby można było ofiarować Bogu Bóstwo, to Wcielenie byłoby zbyteczne, a Pan Bóg nie czyni nic, co byłoby zbyteczne (lex parsomoniae). 


ad 3/ 

Także tutaj zachodzi brak elementarnej logiki i tym samym prawidłowości teologicznej. Czym innym jest kwestia, kim jest Jezus Chrystus, a czym innym kwestia, co Jezus Chrystus złożył w ofierze na krzyżu. To jest elementarne rozróżnienie między podmiotem ofiary a przedmiotem ofiary. To jest logika na poziomie szkoły podstawowej. Zaś w wymiarze teologicznym chodzi o rozróżnienie między obecnością na ołtarzu, a ofiarowaniem na ołtarzu. Teologicznie pewne jest, że po Konsekracji na ołtarzu obecny jest Jezus Chrystus w Swoim Bóstwie i Człowieczeństwie. Z tego nie wynika jednak w żaden sposób, jakoby Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu zarówno Swoje Człowieczeństwo jak i Bóstwo. Skoro Jezus Chrystus nie ofiarował na krzyżu Ojcu Swojego Bóstwa, ponieważ to Bóstwo jest tożsame z Bóstwem Ojca, to także we Mszy św. nie odbywa się ofiarowanie Bóstwa Jezusa Chrystusa lecz Jego Człowieczeństwa. O nieskończonej wartości tej ofiary decyduje fakt, że jest to Człowieczeństwo Syna Bożego, a nie to, że ofiarowane jest Jego Bóstwo. 


Inne twierdzenia autora to:


4) 

Ponowne pomylenie kwestii, co przyjmujemy w Komunii św. (czyli kwestii obecności eucharystycznej), oraz kwestii, co Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu. Wyłożyłem to już wyżej. 

Dochodzi oczywiście kwestia autentyczności i wiarygodności tzw. modlitwy anioła z Fatimy. Ponieważ nie należy ona do uznanych przez Kościół objawień w Fatimie, katolikowi pod grzechem ciężkim NIE WOLNO uznawać jej za autentyczną i wiarygodną. Gdyby były uznana, to by było wolno uznawać ją za taką, ale nie byłoby takiego obowiązku, jak w przypadku każdego uznanego przez Kościół objawienia prywatnego. Tym samym powoływanie się na tę modlitwę w argumentacji teologicznej świadczy o elementarnej ignorancji co do zasad teologii katolickiej, bądź o świadomym ich odrzucaniu, co jeszcze gorzej świadczy o kimś takim, gdyż zdradza mentalność bardziej podobną do sekt protestanckich niż typową dla katolika. 


5)

Zarzut, jakoby odrzucenie ofiarowania Bóstwa oznaczało "rozdzielenie Chrystusa":

Także tutaj przejawia się ignorancja teologiczna połączona z brakiem elementarnego logicznego myślenia. Odróżnianie nie jest rozdzielaniem, a brak odróżnienia świadczy o pomieszaniu Bóstwa i Człowieczeństwa, co jest właśnie herezją. Jeszcze raz: czy Pan Jezus na krzyżu rozdzielił Swoje Bóstwo i Człowieczeństwo? Oczywiście nie. Według teologii katolickiej - poświadczonej nawet w książeczce "Ćwiczeń duchowych" św. Ignacego z Loyoli, którego lefebvrianie rzekomo bardzo cenią - w śmierci Jezusa Chrystusa na krzyżu umarło Jego ciało, zaś dusza - wszak jest nieśmiertelna - pozostawała cały czas zjednoczona z Bóstwem. Doszło więc do rozdzielenia wewnątrz Człowieczeństwa Jezusa Chrystusa, to znaczy oddzielenia duszy od ciała, co oznacza śmierć czyli ofiarę życia. Skoro dusza jako nieśmiertelna nie umarła, lecz doznała oddzielenia od ciała, to tym bardziej nie mogło umrzeć Bóstwo Jezusa Chrystusa, które jest tożsame z Bóstwem Ojca. Jedynie "bóstwo" ujmowane jako różne od Bóstwa Boga Ojca mogłoby umrzeć czy doznać jakiejś zmiany oznaczającej ofiarę. Jednak przypisywanie takiego "bóstwa" Jezusowi Chrystusowi jest herezją i potężnym bluźnierstwem. 


6) 

Zarzut sprzeczności z nauczaniem Soboru Trydenckiego:

Tutaj autor popisał się już bardzo wybitnie albo urojeniami, albo bezczelnym wprowadzaniem w błąd. Ani Sobór Trydencki, ani żaden inny dokument Magisterium Kościoła, ani nawet żaden teolog katolicki nigdy nie nauczał, jakoby Jezus Chrystus ofiarował się Trójcy Przenajświętszej z ciałem, krwią, duszą i bóstwem. Nie wiem, skąd ów autor bierze taki bełkot. Jest owszem nauczanie (poświadczone chociażby w podręczniku dogmatyki katolickiej x. Ludwig Ott, więcej tutaj), że w Ofierze Krzyżowej - i tym samym we Mszy św. - Jezus Chrystus jako Syn Boży czyli jedna Osoba bosko-ludzka jest zarówno podmiotem (czyli ofiarnikiem-kapłanem) jak też adresatem ofiary jako Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej. Tym bardziej nie jest możliwe, by ofiarował coś innego niż Swoje Człowieczeństwo, dokładniej Swoje doczesne życie. 


7) 

Zarzut "niweczenia" dzieła Zbawienia:

To jest już zupełny odlot autora. Szczegóły wyłożyłem już powyżej. 


Podsumowując:

Mamy tutaj do czynienia z wyjątkowo bezczelną ignorancją teologiczną, która obraża nawet elementarną logikę, bez której nie ma solidnej i zdrowej teologii. Równocześnie jest to świadectwo nędzy zarówno intelektualnej jak i moralnej, skoro ktoś nie dysponując widocznie nawet podstawową wiedzą teologiczną porywa się na taką pseudoargumentację i to formułując tak absurdalne zarzuty. Sapienti sat. 



Post scriptum

W łonie FSSPX są jednak myślący krytycznie i mający odwagę wyrazić publicznie krytykę. Przykład tutaj


Krytyka ogranicza się niestety tylko do kwestii dyscyplinarnej. 

Liturgia Godzin przeciw koronce s. Faustyny


Jako że od zawsze modlę się tylko brewiarzem tradycyjnym, dowiedziałem się dopiero teraz - dzięki wskazówce jednego z P. T. Czytelników - że tzw. Liturgia Godzin czyli brewiarz Novus Ordo zawiera text Fulgencjusza z Ruspe, który potwierdza niemożliwość ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa (źródło tutaj). Jak widać w podanym powyżej fragmencie, Jezus Chrystus jako Osoba Boska czyli w Swoim Bóstwie jest adresatem ofiary na krzyżu, która jest uobecniana we Mszy św. Z tego wynika niemożliwość bycia przedmiotem ofiarowania czyli bycia ofiarowanym. Tak zawsze głosiła i głosi wiara i teologia katolicka. Tym samym koronka s. Faustyny zawiera herezję chrystologiczną, o czym była tutaj już wielokrotnie mowa. 

Czy Polsce grozi apostazja? (z post scriptum)

 


Natrafiłem niedawno na książkę reklamowaną przez środowiska niby konserwatywne katolickie. Autorem jest młody teolog cysters (okładka powyżej). Przejrzawszy ją mogę powiedzieć, że zgadzam się z jej zasadniczymi tezami, choć nie ze wszystkimi szczegółami. Oprócz cennych uwag widać w niej także pewną powierzchowność, zbytnie uproszczenia i niedojrzałość myśli.

Natrafiłem jednak także na fragment, który świadczy niestety o porażeniu teologicznego myślenia autora przez wszechobecną propagandę faustyno-sopoćkizmu. Chodzi konkretnie o kwestię ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa, którą poruszałem tutaj już wielokrotnie (por. etykieta "Faustyna"). Oto fragment:

Mimo swej krótkości, fragment zawiera kilka herezyj, czy przynajmniej wypowiedzi tchnących herezją:

1. Powiedzenie, że Syn jest całkowicie w Ojcu, może być rozumiane jako negacja różności Osób Boskich. Przyjmijmy życzliwie, że autor z rozpędu tego nie zauważył. 

2. Jednoznacznie heretyckie jest natomiast powiedzenie, że kenoza (o której mówi św. Paweł w Flp 2,7) oznacza wywłaszczenie istoty Syna na rzecz Ojca. Autor po pierwsze zafałszowuje słowa św. Pawła, który mówi o "wywłaszczeniu" postaci (forma, μορφη), a nie istoty. Po drugie, autor zakłada różność istoty Syna i istoty Ojca, co jest negacją współistotności, którą Kościół wyznaje w Credo (symbolum nicaeno-constantinopolitanum). Otóż Syn nie mógł się wyrzec Swej istoty na rzecz Ojca, gdyż Ojciec i Syn są tą samą istotą (essentia) i tą samą substancją (substantia), o czym mówi chociażby prefacja o Trójca Przenajświętszej. Syn owszem we Wcieleniu przyjął naturę i postać ludzką, jednak herezją jest twierdzenie, jakoby wyzbył się istoty czy natury boskiej. Odróżnienie istoty Syna od istoty Ojca śmierdzi niestety ofiarowaniem Bóstwa zawartym w koronce s. Faustyny, co jest herezją chrystologiczną (szerzej o tym mówię we wpisach nt. s. Faustyny). 

3. Chrystologicznie heretyckie - ariańskie - myślenie autora potwierdza nazwanie Syna "odblaskiem Ojca". Owszem, św. Paweł (Kol 1,15) nazywa Jezusa Chrystusa "obrazem Boga niewidzialnego(εικων του θεου του αορατου), jest to jednak już czysto logicznie coś innego niż odblask. Apostołowi chodzi o to, że w Jezusie Chrystusie widzialny i poznawalny jest Bóg, który sam w sobie jest niewidzialny. Innymi słowy: w człowieczeństwie Jezusa Chrystusa jest widzialny nie tylko Ojciec, lecz także Syn jako Bóg, który sam w sobie jest niewidzialny. Na tym polega bycie "obrazem Boga niewidzialnego". 

4. Problematyczne jest także nazwanie Syna "zamysłem Ojca wyrażonym na sposób ludzkiego istnienia". Owszem, u Ojców Kościoła tajemnica Trójcy Przenajświętszej jest objaśniana przy pomocy analogii antropologicznej, gdzie Ojciec jest umysłem, z którego pochodzi myśl czyli Syn. Trzeba pamiętać, że chodzi tylko o pewną analogię, czyli próbę zrozumienia i objaśnienia tajemnicy przy pomocy pojęć z rzeczywistości ludzkiej. Nie wolno pomijać, że wyższą, dogmatyczną i nieomylną rangę ma prawda o współistotności Ojca i Syna, podczas gdy porównanie do umysłu i myśli poniekąd może zaciemniać tę prawdę i dlatego właśnie Ojcowie Kościoła przytaczają także inne porównania (np. do części jednej rośliny jak korzeń i łodyga), by uniknąć nieporozumienia pomijania czy osłabiania istotowej jedności Osób Boskich. Tym bardziej nie należy mieszać życia wewnątrztrynitarnego z działaniem Boga skierowanym ku stworzeniom, czyli z dziełem zbawienia, także ze Wcieleniem Syna Bożego. Innymi słowy: Syn Boży jest "myślą" Ojca już wewnątrztrynitarnie, czyli przed Wcieleniem. Owszem, istnieje pewna odpowiedniość między Osobą Syna a Wcieleniem, tzn. nie jest przypadkowe czy dowolne, że to Syn Boży stał się człowiekiem, a nie Ojciec czy Duch Święty. Jednak należy pamiętać, że celem Wcielenia nie jest objawienie samego Syna lecz Boga Trójjedynego. W Jezusie Chrystusie, czyli wcielonym Słowie Bożym "mieszka cała pełnia Bóstwa" (Kol 2,9), tego Bóstwa, które jest tym samym co do Ojca i Syn i Ducha Świętego. W Nim cała Trójca Przenajświętsza objawia Siebie ludzkości, nie tylko Ojciec objawia Syna. 

Oto następny fragment z wręcz banalnymi błędami teologicznymi, świadczący niestety znowu o poziomie wykształcenia teologicznego doktora teologii i to habilitowanego:

Tutaj znowu muszę skorygować:

5. Autor widocznie nie rozumie greckoteologicznego pojęcia "przebóstwienie" (θεωσις) i popełnia przy tym herezję antropologiczno-soteriologiczną. Otóż uświęcenie - to jest katolickie pojęcie analogiczne do greckiego "przebóstwienia" - w życiu doczesnym nie polega na uwolnieniu od grzeszności, gdyż także ludzie święci są w możności popełnienia grzechów przynajmniej powszednich. Ich świętość polega na tym, że z tej możności nie korzystają, przynajmniej nie w sposób świadomy, własnowolny i bez żalu doskonałego. Uświęcenie nie odbiera bowiem człowiekowi wolności woli, choć jest istotnie dziełem łaski, oczywiście wraz z aktami woli człowieka. Zdolność do tych aktów stanowi o tym, że człowiek aż do ostatniego tchu jest zdolny do grzeszenia i szatan nie zaprzestaje usiłowań, by go do tego skłonić. Tak więc właściwe, ostateczne uwolnienie od grzeszności - w znaczeniu braku zdolności do grzeszenia - następuje dopiero wraz z przejściem do wieczności. Dlatego właśnie Kościół nie ogłasza nikogo świętym za życia. 

6. Niemniej poważnym, choć banalnym błędem jest powiedzenie, że dopiero zmartwychwstanie uwalnia od złych skłonności i pokus. Już w najprostszym katechiźmie można przeczytać, że natychmiast po śmierci człowiek staje przed obliczem Boga na sąd indywidualny, tracąc równocześnie możliwość zarówno grzeszenia jak też zdobywania zasług na życie wieczne (czyścieć jest jedynie miejscem oczyszczającego cierpienia, pokutowania za grzechy, nie zasługiwania na życie wieczne). Tym samym nie ma miejsca na pokusy, ani na zmianę stanu duszy, w którym się człowiek znajdował w momencie śmierci czyli przejścia do wieczności. Nie pojmuję, jak duchowny i to z tytułami naukowymi mógł takie bzdury napisać. Natomiast całkowicie zgadzam się z jego - wyrażoną w następnym akapicie - krytyką paraprotestanckiego, fałszywego miłosierdzia, obecnego u "nowoczesnych" kaznodziejów, zwłaszcza tych gwiazdorów medialnych (typu dominikanin Szustak i cała zgraja pseudojezuitów itp.). Problem w tym, że krytyka musi być solidna i precyzyjna, gdyż w przeciwnym razie sama naraża się na zarzut braków merytorycznych i nie ma odpowiedniej siły argumentacyjnej. 

Podsumowując: 

Na tym przykładzie widać niestety brak solidnej wiedzy i precyzji teologicznej, mimo niewątpliwych zalet książki, zasługującej na uznanie zwłaszcza na tle setek czy wręcz tysięcy egzemplarzy o wiele bardziej niechlujnej i wręcz wprost heretyckiej literatury (pseudo)teologicznej zaśmiecającej księgarnie i biblioteki. Tragiczne jest, że nawet ktoś mający zadatki na dobrego, myślącego po katolicku teologa niestety - póki co - tkwi z schematach apostazji chrystologicznej propagowanej przez koronkę i "Dzienniczek" s. Faustyny (zresztą będący prawdopodobnie dziełem x. Sopoćki). Pozostaje więc życzyć mu więcej dociekliwości i staranności teologicznej, tudzież jeszcze więcej odwagi w myśleniu po katolicku. 


Post scriptum

W międzyczasie sława o. Strumiłowskiego wyraźnie rośnie, staje się on coraz bardziej lubiany i ceniony w kręgach szerokokościelnych. Równocześnie ukazał się korzeń jego błędów wskazanych powyżej, mianowicie niedouczenie wręcz w elementarzu filozoficzno-teologicznym, co poświadcza jego następująca wypowiedź:


Wprawdzie godne pochwały jest przywołanie klasycznej definicji prawdy, obecnie często pogardzanej. Jednak przy tej okazji o. Strumiłowski zdradza swoją wręcz haniebną dla habilitowanego doktora teologii nieznajomość łaciny. 

Otóż po pierwsze definicja ta brzmi: adaequatio rei et intellectuS. To jest materiał pierwszego semestru kursu łaciny, że intellectus należy do IV deklinacji, gdzie genitivus równa się nominativus. Wypadałoby, żeby habilitowany doktor teologii znał prawidłową odmianę tego elementarnego słowa, a przynajmniej prawidłowe brzmienie definicji, która należy do elementarza dorobku myśli ludzkiej. 

Drugi kardynalny błąd o. Strumiłowskiego w tym miejscu polega na tłumaczeniu intellectus jako "rozum", co jest oczywiście fałszywe. Prawidłowym tłumaczeniem jest "umysł", zaś odpowiednikiem polskiego słowa "rozum" jest łacińskie "ratio". 

O. Jacek Salij a ofiarowanie bóstwa


Jeden z P. T. Czytelników zwrócił mi uwagę na krótki, publicystyczny text słynnego dominikanina o. Jacka Salija w kwestii ofiarowania bóstwa (tutaj). Mówiąc krótko: ten text jest dość zaskakującym przykładem widocznie zamierzonej, systemowej niekompetencji teologicznej, czy raczej zakłamania na doraźny użytek, oraz pseudopobożnej manipulacji. 

Na wstępie o. Salij wyraża swoje zaskoczenie i zdziwienie faktem, że ktoś zadał mu pytanie w tej sprawie. Czyżby jako teolog sam nie dostrzegł problemu? Czyż nie zna choćby nawet textów słynnego apologety koronki s. Faustynowej, x. Ignacego Różyckiego, który nie tylko porusza, lecz dość szeroko omawia problem, dowodząc, że problem jest? Czyż dominikanin, wykładowca teologii, nie zainteresował się dyskusją toczoną od dziesięcioleci, której uczestnikami byli słynni teologowie jak x. prof. Wincenty Granat i x. prof. Czesław Bartnik? Aż taka ignorancja w sprawie i to w sytuacji wypowiadania się w temacie jest wręcz haniebna. 

Nie mniej haniebna jest odpowiedź dominikanina na problem teologiczny. Nie odróżnia on bowiem między zdaniem, kim jest Jezus Chrystus, a zdaniem, co Jezus Chrystus ofiarował na krzyżu, a to ostatnie jest kluczową kwestią w sprawie. Jako teolog ma obowiązek wiedzieć, że w całej historii chrześcijaństwa nie było prawowiernego teologa, który by twierdził, jakoby Jezus Chrystus ofiarował Ojcu Swoje bóstwo. I to właściwie powinno zamknąć dyskusję. Oczywiście teolog powinien być w stanie odpowiednio uzasadnić ów fakt. Co do szczegółów odsyłam do dotychczasowych wpisów w tej kwestii na niniejszym blogu. 

Nie wiem, czy o. Salij rzeczywiście zupełnie nie ma pojęcia w temacie, w którym się wypowiada. Jednak z całą pewnością, o ile jest uczciwy intelektualnie i ma wiedzę choćby katechizmową, ma obowiązek dostrzec problem zamiast szydzić sobie z zadającego pytanie. 

Czy o. Koń obroni ofiarowanie Bóstwa?

Odpowiadając krótko: szczerze wątpię.  

Oto powody.

Franciszkanin o. Koń (powyżej zrzut z jego bloga) bohatersko podjął się obalania wytoczonych tutaj argumentów przeciw koronce s. Faustyny (przynajmniej w wersji podanej przez x. Sopoćkę) a właściwie w całej sprawie s. Faustyny. Skoro "koroneczka" zawiera bardzo poważny błąd teologiczny wykazujący myślenie według herezji ariańskiej, a ta "koroneczka" została - według "Dzienniczka" - podyktowana rzekomo przez samego Pana Jezusa, to mamy do czynienia z niebywałym oszustwem i systemowym oszukiwaniem katolików w celu zwiedzenia ich do herezji, a właściwie do apostazji ariańskiej. 

Jakie to działa o. Koń bohatersko wytacza (a podobno przygotowuje nawet książkę obalającą moje - a właściwie nie tylko moje - zarzuty)?

Pierwszym ciosem o. Konia jest powołanie się na holenderskiego jezuitę Korneliusza van den Steen, znanego pod łacińską wersją nazwiska A Lapide (zm. 1637). Był wykładowcą exegezy biblijnej najpierw w Lovanium (Belgia), a następnie w Rzymie. Jest autorem komentarzy do większości ksiąg biblijnych. Teologicznie nie zajmował się niczym innym. Jego komentarze świadczą rzeczywiście o znajomości języków biblijnych oraz wcześniejszych dzieł exegetycznych, nie wykazują one jednak myślenia systematyczno-teologicznego. Innymi słowy: dogmatyka katolicka, wyczulona na precyzję pojęciową, była mu dość obca. Istotne jest także, że jego komentarze zostały wydane dopiero w 1681 r. w Antwerpii, czyli długo po jego śmierci, tak więc nie miał on wpływu na treść i jakość wydania, a pomyłki czy wręcz zmiany redaktorskie wówczas nie były rzadkością, zwłaszcza gdy drukowały wydawnictwa niekatolickie.

O. Koń wskazuje na fragment w komentarzu o. Korneliusza do Ewangelii św. Mateuszowej. Brzmi on następująco (źródło tutaj - wydanie poprawione z 1747 r. z wydawnictwa niemieckiego Veith z siedzibami w Augsburg‘u i Würzburg‘u, nie opatrzone "nihil obstat" władzy kościelnej, str. 68-69): 



Istotny jest tutaj kontext, niestety zupełnie pominięty przez o. Konia. Otóż Korneliusz (zakładając, że te słowy pochodzą od niego, co wcale nie jest pewne) usiłuje dokonać alegorycznej interpretacji trzech darów Mędrców ze Wschodu, odnosząc je do Ofiary Chrystusa na Krzyżu. Jest to oczywiście bardzo karkołomne przedsięwzięcie, sprzeczne z zasadami exegezy biblijnej, gdzie podstawą i granicą jest zawsze sens literalno-historyczny. Oto główne zdanie w tłumaczeniu roboczym:

"Natomiast Chrystus ofiarował Przenajświętszej Trójcy trzy dary, to jest ciało, duszę i bóstwo, i tak też chrześcijanie ofiarują Jej [Trójcy] akty wiary, nadziei i miłości."

Tak więc, po pierwsze, mamy tu wręcz karygodne pomieszanie teologiczne: darów Mędrców z Ofiarą Chrystusa na Krzyżu, z chrystologiczną triadą (ciało, dusza, bóstwo) oraz z cnotami teologalnymi. Jedynym wspólnym mianownikiem tych wątków teologicznych jest troistość, nic więcej. Jest to więc dość dobitny przykład na kiepską dogmatycznie jakość myślenia teologicznego tego jezuity, oczywiście zakładając, że to zdanie w takiej postaci pochodzi w całości od niego. W każdym razie już pod względem uporządkowania teologicznego jest to zdanie, którego autor powinien się wstydzić. 

Po drugie, zdanie to zawiera ewidentny absurd w sformułowaniu tego, co Chrystus ofiarował. Jakie Bóstwo Chrystus ofiarował Trójcy Przenajświętszej, do której Sam przynależał? Chyba że autor zakłada, iż Bóstwo Chrystusa było inne niż Bóstwo Drugiej Osoby Boskiej, a tak właśnie głosi herezja ariańska. Chyba że założenie jest z gruntu absurdalne, oznaczając, że Jezus Chrystus miał dwa Bóstwa: jedno Bóstwo jako Chrystus, czyli to ofiarowane, oraz drugie Bóstwo jako Drugiej Osoby Boskiej. 

Po trzecie, jest tutaj jednak istotna różnica względem koronki s. Faustyny, gdzie jest mowa o ofiarowaniu Bóstwa OJCU, nie Trójcy Przenajświętszej. Otóż według dogmatyki katolickiej (przykład: Ludwig Ott, Katholische Dogmatik) Syn Boży - wraz z Ojcem i Duchem - był adresatem Ofiary Krzyżowej, nie tylko jej podmiotem (w bosko-ludzkiej Osobie). Tak więc ofiarowanie Bóstwa Chrystusa Ojcu jest znacznie wyraźniejszą negacją współistotności Syna i Ojca, gdyż jest ono logiczne tylko przy założeniu, że Bóstwo Syna nie jest tożsame z Bóstwem Ojca (jak głosi herezja ariańska). 

Tak więc ten argument o. Konia nie jest w stanie obronić koronki s. Faustyny. Polega on na braku solidnej analizy teologicznej. 

Drugi cios o. Konia ma być w jego zamierzeniu już powalający. Otóż powołuje się on na dzieło XIX-wiecznego dogmatyka niemieckiego, x. Matthias'a Scheeben'a, słusznie polecanego także przez wielu teologów współczesnych. O. Koń wstawia cytat z jego głównego - choć nie największego - dzieła pt. Die Mysterien des Christentums. Tak się składa, że znam to dzieło, i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że o. Koń się myli w swoim argumentowaniu, a widocznie nie przeczytał tego dzieła w całości, choć próbuje się posługiwać jego fragmentem w sposób nierzetelny, pomijając jego kontext oraz całość myślenia x. Scheeben'a. Innymi słowy: o. Koń pozwala sobie na manipulację i to dość prymitywną. Wyjaśniam:

1. Podany przez o. Konia fragment jest zupełnie nie w temacie, ponieważ mówi o "zadatku (Pfand) Ducha Świętego" w człowieku, a nie o ofiarowaniu Bóstwa Ducha Świętego. Jeśli o. Koń nie potrafi czy nie chce odróżnić tych spraw, to niestety nie jestem w stanie mu pomóc, ponieważ chodzi o elementarną logikę. Owszem, mówi się potocznie, także w języku biblijnym - i o tym właśnie jest rozdział w książce x. Scheeben'a -, że Duch Święty zamieszkuje w człowieku, że człowiek jest świątynią Ducha Świętego itp. Jednak teolog ma obowiązek myślenia precyzyjnego, naukowego, porządkującego i krytycznego także wobec sformułowań biblijnych w tym znaczeniu, że jego zadaniem jest interpretowanie i wyjaśnianie treści Pisma św. i jego poszczególnych fragmentów w zgodności z całym nauczaniem Kościoła, do którego należą przede wszystkim dogmaty wiary katolickiej. Innymi słowy: ani w tym fragmencie, ani w żadnym innym x. Scheeben nie mówi, jakoby człowiek - czy też sam Jezus Chrystus - ofiarowywał czy choćby mógł ofiarowywać Bóstwo Ducha Świętego. 

2. Jak już wspomniałem, wszystko wskazuje na to, że o. Koń nie przeczytał książki x. Scheeben'a, na którą się powołuje. Otóż nieco dalej, w § 65 (od strony 356) x. Scheeben dość solidnie wykłada, na czym polega Ofiara Jezusa Chrystusa. Oczywiście nie mogę tutaj zreferować całości. Ograniczę się do głównych i istotnych treści, które jednoznacznie wykluczają choćby nawet możliwość myślenia, że Jezus Chrystus złożył ofiarę ze Swojego Bóstwa. 

- Przez ofiarę w najszerszym sensie rozumiemy ofiarowanie komuś jakiejś rzeczy, żeby okazać mu miłość i oddanie. 

- Pierwszą istotną cechą aktu ofiarowania jest, że zachodzi realna różnica między ofiarnikiem i jego darem ofiarnym.

- Drugą istotną cechą jest, że w rzeczy ofiarowanej zachodzi realna i widzialna zmiana, która wyraża oddanie się ofiarnika. 

- Najważniejszą cechą ofiarowania jest zewnętrzne oddanie jakiejś rzeczy Bogu. W sposób doskonały wyraża to zniszczenie bądź unicestwienie rzeczy ofiarowanej, bądź przynajmniej oddanie Bogu na wyłączną własność. 

Jakże o. Koń jest w stanie pogodzić te podniesione przez x. Scheeben'a istotne znamiona ofiarowania z ofiarowaniem Bóstwa Jezusa Chrystusa? Wygląda więc na to, że o. Koń albo nie doczytał, albo po prostu oszukuje na doraźny użytek. 

Co Czcigodny Sługa Boży x. prof. Wincenty Granat sądził o koronce s. Faustyny?

 

Dzięki wskazówce życzliwego czytelnika trafiłem na książkę z wypowiedzią bodaj najwybitniejszego polskiego dogmatyka katolickiego w okresie powojennym, Sługi Bożego x. profesora Wincentego Granata, słynnego, wielce zasłużonego i powszechnie poważanego rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którego proces beatyfikacyjny został rozpoczęty w 2010 r. Chodzi o pracę zbiorową pod jego redakcją:


W naszym temacie istotne są następujące strony, które przytaczam w całości, by nie narazić się na zarzut wybiórczości. Zachęcam najpierw do zapoznania się ze słowami x. Granata, po czym wyrażę swoje uwagi. 








Teraz moje streszczenie oraz uwagi:

1. X. Granat słusznie zwraca uwagę, że teologicznie i liturgicznie fałszywy jest kult jednego przymiotu Boga, ponieważ wszystkie przymioty Boga stanowią jedność, a są odróżniane jedynie względnie w porządku poznania teologicznego, nie jako realne różnice. 

2. Teologicznie fałszywe jest mówienie, jakoby dzieło stworzenia było dziełem miłosierdzia, ponieważ należy odróżnić między miłością i miłosierdziem w działaniu Boga. To drugie jest związane z dziełem Odkupienia. 

3. Koronka s. Faustyny zawiera trzy poważne i fundamentalne błędy, zresztą powiązane ze sobą:
- negację tożsamości Bóstwa Syna i Ojca
- bluźniercze ofiarowanie Bóstwa
- bluźniercze zdegradowanie Bóstwa do ofiary przebłagalnej za grzechy. 

4. Objawienia prywatne, także te niezawierające błędów i uznane przez Kościół, nigdy nie są obowiązujące we wierze. Innymi słowy: nie ma obowiązku wierzenia w autentyczność także uznanych przez Kościół objawień prywatnych. 

5. Objawienia s. Faustyny są raczej produktem jej naturalnej exaltacji i nie mają znamion cudu, czyli nadprzyrodzonego pochodzenia od Boga. 

6. Kongregacja Św. Oficjum słusznie zakazała rozpowszechniania kultu Bożego Miłosierdzia w formie podanej przez s. Faustynę. 

Równocześnie widać daleko idącą ostrożność, pewną niejasność i też pewną niespójność wypowiedzi x. Granata. Z jednej strony stanowczo twierdzi, że formy kultu pochodzące od s. Faustyny zawierają poważne błędy teologiczne (raczej należy tutaj mówić o herezji i bluźnierstwach) i że zostały słusznie zakazane. Z drugiej strony jednak zaznacza, iż ten zakaz nie jest ostateczny i nieomylny. Czyżby ktoś nakłonił x. Granata do rozmiękczenia i rozmycia jego opinii? X. Granat wyraźnie neguje nadprzyrodzony charakter rzekomych objawień s. Faustyny. Równocześnie mówi o jej "charyzmacie", nie wyjaśniając różnicy, ani nie określając pochodzenia owego "charyzmatu" w porządku łaski czyli nadprzyrodzoności. Jakże tak wytrawny teolog mógł pominąć tak istotne wyjaśnienia i doprecyzowania? Z całą pewnością mamy tutaj do czynienia z niespójnością wypowiedzi, która może być skutkiem czyjejś ingerencji w wypowiedź czy też w oficjalne stanowisko autora. Czy ma to związek z faktem, że mniej więcej w tym samym czasie x. Granat zrezygnował z funkcji rektora KUL (pod przymusem?) i został zwykłym kapelanem sióstr zakonnych? Wyjaśnienie tej kwestii wymaga dogłębnego studium materiałów archiwalnych i dokumentacji odnośnie myśli, życia i działalności x. Granata. W tym miejscu musi wystarczyć zwrócenie uwagi na problem badawczy.

W każdym razie pewne jest, że

- x. Granat miał i wysuwał publicznie poważne zastrzeżenia wobec treści pochodzących (przynajmniej oficjalnie) od s. Faustyny, 

- te zastrzeżenia są oparte na fundamentalnych prawdach wiary katolickiej oraz odwiecznych zasadach Kościoła w dziedzinie oceny teologicznej. 

Na koniec warto zwrócić uwagę na długi przypis numer 36 (strona 407). Otóż podaje on dane pochodzące od zgromadzenia sióstr w Łagiewnikach. Brak jest podania źródeł i dokumentów. A jest to oficjalna narracja wydarzeń podawana obecnie do wierzenia i to bez poddania sprawy solidnym i niezależnym badaniom źródłowym. Co więcej: nie ma dostępu do podstawowych źródeł archiwalnych w sprawie. Tym samym cały świat jest zmuszany do ślepego zaufania w prawdziwość narracji pochodzącej z klasztoru łagiewnickiego. Nie muszę zaznaczać, że nie ma to nic wspólnego ani z rzetelnością naukową, ani nawet ze zwykłym zdroworozsądkowym podejściem do sprawy od strony choćby tylko historycznej. 

Tym samym opinia x. Granata potwierdza i nawet rozszerza moje zastrzeżenia, o których było już wielokrotnie (zapraszam zwłaszcza tutaj i do wszystkich wpisów z etykietą koronka czy Faustyna). 

Nie jesteśmy zresztą odosobnieni w zastrzeżeniach. Oto przykład krytyki angielskojęzycznej w oparciu o teologię św. Jana od Krzyża:

Czy stare modlitewniki uzasadniają ofiarowanie bóstwa? (uzupełnione)

Temat ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa w związku z koronką s. Faustyny był już wielokrotnie omawiany na niniejszym blogu (por. tutaj wraz z zawartymi tam linkami). 

Następną próbą argumentacji na rzecz koronki s. Faustyny jest wskazanie na dwa modlitewniki, które zawierają pewną modlitwę, obydwa tę samą:




Manuale x. Józefa Schneider'a (drugie wydanie z 1877 roku - poważnie zmienione, a posługujące się fałszywie imprimatur pierwszego wydania z 1868 r.) mogło korzystać ze starszego modlitewnika x. Wiedemann'a (z 1832 r.). Natomiast ten ostatni nie podaje żadnego źródła dla odnośnej modlitwy.

Jest to taka sama modlitwa (u Wiedemann'a):




U x. Schneider'a: 



X. Schneider we wstępie swojego Manuale clericorum mówi ogólnikowo, że modlitwy opatrzone odpustami zaczerpnął z tajemniczej "Collectio Prinzivalliana", przy czym nie podaje, które modlitwy są opatrzone odpustami. 

We wstępie wydania pierwszego (1868 r., źródło tutaj), mówi:




We wstępie wydania drugiego (1877 r.), poważnie zmienionego, mówi to samo:



Z Collectio Prinzivalliana chodzi zapewne o wydany w 1862 r. zbiór dekretów odnośnie odpustów oraz świętych relikwij. Nie są w nim podane żadne modlitwy. Tym samym pochodzenie modlitwy mówiącej o ofiarowaniu Bóstwa Jezusa Chrystusa jest owiane tajemnicą. Być może jej źródłem jest fragment pism o św. Gertrudzie, o którym wypowiedziałem się poprzednio. Może to być źródło w tym znaczeniu, że anonimowy autor Preces Gertrudianae w oparciu o ów fragment opisujący rzekomą modlitwę św. Gertrudy, ułożył modlitwę, która była następnie jej przypisywana i jako taka powielana w modlitewnikach.

Wygląda na to, że autorem tego zabiegu był x. Georg Friedrich Wiedemann. Kim on był? Informacje podane na oficjalnej stronie uniwersytetu w Monachium, gdzie spędził większość życia, są dość skąpe, aczkolwiek znaczące.



Dane wiki nie są istotnie bogatsze, właściwie takie same. Nieco pełniejsze są informacje w niemieckim słowniku biograficznym dostępnym w internecie.

Istnieje też książkowa, prawie stustronicowa biografia x. Wiedemann'a, co jest dość nietypowe dla osoby bez znaczących osiągnięć czy to naukowych czy duszpasterskich. Jego Manuale Precum zostało wznowione w reprincie, co niekoniecznie świadczy o popycie. Inne jego publikacje to podręcznik do liturgii Mszy św. oraz 6-tomowy podręcznik do historii powszechnej. Nie są to więc prace naukowe w znaczeniu pogłębionych badań. Ciekawe jest, że wspomniana biografia została najpierw opublikowana w czasopiśmie "Sion" (czyżby nawiązanie do syjonizmu?) wydawanym przez stowarzyszenie katolików świeckich na czele z właścicielem wydawnictwa o nazwisku Karl Kollmann, o którym brak jest bliższych danych. Było to czasopismo o charakterze popularnym, przeznaczone dla szerokich mas katolików. Ciekawe, że w konkurencji do niego - i to również w Augsburg'u - powstało czasopismo katolickie o podobnym tytule, mianowicie "Neue Sion" ("nowy Syjon"), wyrażające już w tytule eklezjologię katolicką. Jego założyciel i wydawca, filozof Carl Haas, był konwertytą z protestantyzmu i poświęcał wiele miejsca tematyce stosunków katolicko-protestanckich.

Podsumujmy:

1. Pochodzenie modlitwy podanej pierwotnie przez x. Wiedemann'a, następnie przejętej w drugim, zafałszowanym wydaniu Manuale  x. Schneider'a, jest nieznane. Jest więc textem anonimowym.

2. Podczas gdy drugie wydanie Manuale x. Schneider'a mogło się oprzeć na tajemniczym autorytecie x. Wiedemann'a, ten ostatni nie ma żadnego poparcia dla podanej przez siebie modlitwy.

3. X. Wiedemann zarówno w wykształceniu jak też w działalności nie był teologiem systematycznym, lecz jedynie autorem dzieł popularyzatorskich. Tym samym nie miał kompetencji wnikliwego teologa, aczkolwiek miał autorytet wystarczający do zaufania dla jego publikacyj. Ten autorytet wyjaśnia udzielenie imprimatur kościelnego mimo ewidentnie teologicznie wadliwego zdania zawartego w owej modlitwie.

4. Zapewne znamienne jest powiązanie x. Wiedemann'a ze stowarzyszeniem świeckich wydającym czasopismo "Sion" czyli "Syjon". 

"Straszna zemsta" Jakuba Szymańskiego czyli "kilka prostych" (z post scriptum)

 


Niestety muszę się odnieść do następnego występu Jakuba Szymańskiego z megalomańskiego kanaliku na yt (było już tutaj). Uważam to za konieczne nie dlatego, że występ sprowadza się do nienawistnego plucia na moją skromną osobę, lecz dlatego, że są to nadal kłamliwe manipulacje obliczone na naiwność odbiorców. Zresztą Szymański wprost podaje, że chodzi mu o "straszną zemstę", nie o rzeczową dyskusję: 


Jego poziom ukazuje ponadto dość groteskowa groźba przemocy fizycznej, która świadczy o tym, że on widocznie nie bardzo panuje nad tym, co mówi:


Przyznaje się też do "zmęczenia psychicznego" (osobiście myślę, że problem jest poważniejszy):


Sam podaje związek przyczynowo-skutkowy między swoim "wykończeniem" a groźbą ukarania mnie:


Sprawa ma wymiar całkiem przyziemny, ale o tym na końcu. 

Najpierw parę uwag odnośnie rzekomego "rozsmarowania" mnie na ścianie. Ograniczę się do spraw zasadniczych, co powinno wystarczyć. Na prymitywne bluzgi oczywiście nie będę odpowiadał. Każdy sam łatwo może ocenić poziom, gdzie prócz pozorów rzeczowości i zaczepek w stylu nastolatków spod trzepaka właściwie nie ma nic. 

Przede wszystkim polecam zapoznanie się wpierw z moimi wpisami, do których odnosi się Szymański, gdyż on nadal widocznie albo nie zapoznał się z nimi rzetelnie, albo udaje i próbuje odwrócić uwagę swoich odbiorców od argumentów w nich zawartych. 

Pierwszy przykład to sprawa fałszerstwa w tekście koronki. Otóż napisałem wyraźnie (por. tutaj), że na dany moment nie jestem ustalić, kto dokonał fałszerstwa pierwotnego textu koronki - x. Andrasz czy x. Sopoćko. Wydanie textu koronki z 1937 r. nie jest mi znane. Text pokazany przez Szymańskiego jest o tyle ciekawy, że podaje tylko jakiś numer rzekomego "pozwolenia Władzy Duchowej", bez podania, kto i kiedy je wydał:


Natomiast cytowanie przez Szymańskiego fragmentu "Dzienniczka" mówiącego o tym wydaniu nie jest wystarczającym dowodem, ponieważ nie jest znany ówczesny oryginał "Dzienniczka". Ani obecnie rozpowszechniana oficjalna wersja drukowana, ani rękopis znany z lat 1970-ych nie muszą być zgodne z oryginałem, ponieważ brak jest badań naukowych odnośnie jego pochodzenia (ślepe wierzenie w narrację zainteresowanych nie jest racjonalne), i tym samym nie ma dowodu źródłowego, który przecież powinien być ogólnie dostępny przynajmniej w formie elektronicznej. Także Szymański nie pokazuje pierwotnego textu "Dzienniczka". Tym samym według Szymańskiego mamy ślepo wierzyć w autentyczność wersji podawanej obecnie, choć pierwotny text "Dzienniczka" nigdy nie był i nadal nie jest dostępny publicznie, a obecnie istnieją możliwości techniczne ku temu. To jest mentalność typowa dla sekt domagających się ślepej i wręcz irracjonalnej naiwności. 

Zresztą: jeśli wersja podana przez x. Sopoćkę jest autentyczna i pierwotna, to tym gorzej dla fanów s. Faustyny, gdyż wtedy jest oczywiste, że heretycka treść koronki pochodzi od niej i tym samym nie może to być autentyczne objawienie nadprzyrodzone, lecz tylko wymysłem jej fantazji bądź mamieniem szatańskim. 

Na podobnym poziomie jest obszernie i wylewnie omawiana przez niego sprawa rzekomej modlitwy św. Gertrudy. Także w tej kwestii Szymański albo nie doczytał mojego wpisu w tej sprawie (por. tutaj), albo mimo przeczytania działa u niego blokada umysłowa wyłączająca trzeźwe, rzeczowe myślenie. Zresztą pisałem już także o Manuale x. Schneider'a (por. tutaj). Do podanych przeze mnie argumentów Szymański w ogóle się nie odnosi, co świadczy znowu albo o niechlujstwie w przygotowaniu wystąpienia, albo o braku kontrargumentów, albo o oszukiwaniu swoich odbiorców, albo o wszystkim na raz. Po krótce:

Tzw. modlitwa św. Gertrudy wcale nie jest modlitwą św. Gertrudy pod względem źródłowym, gdyż pochodzi jedynie z opisu, którego autorką jest anonimowa zakonnica, przy czym także ów opis nie jest potwierdzony źródłowo jako autentyczny. Jego pierwsze wydanie ma dość dziwny charakter, na co już zwróciłem uwagę w odnośnym wcześniejszym wpisie. Tym samym Szymański okłamuje swoich odbiorców, twierdząc stanowczo, że chodzi o modlitwę św. Gertrudy, choć nie ma na to ŻADNYCH dowodów. Owa modlitwa pochodzi pierwotnie z dziełka pt. Preces Gertrudianae, ANONIMOWEGO i wydanego BEZ IMPRIMATUR, o czym będzie poniżej. 

Szymański szczególnie obszernie mówi o Manuale clericorum, rzekomo zawierającym ową modlitwę. Pokazuje przy tym jedynie stronę tytułową oraz imprimatur tej książki:


Jak każdy może sprawdzić (książka jest dostępna tutaj), Manuale zawiera trzy "modlitwy gertrudiańskie" (preces Gertrudianae), przy czym już sama nazwa wskazuje, że nie są to modlitwy św. Gertrudy, lecz pochodzące z tradycji gertrudiańskiej, czyli z modlitw przypisywanych świętej. 

Oto pierwsza modlitwa:



Druga modlitwa:


Trzecia modlitwa:



Jak widać, żadna z tych modlitw nie zawiera nic odnośnie ofiarowania Bóstwa, nawet pośrednio. Trzecia modlitwa mówi jedynie o ofiarowaniu przez Jezusa Chrystusa Jego niepokalanego Serca wraz ze wszystkimi dobrami w nim zawartymi. Jest to więc potwierdzenie, iż Jezus Chrystus ofiarowuje tylko Swoje Człowieczeństwo (gdyż Serce oznacza tutaj właśnie człowieczeństwo). 

Gwoli wyjaśnienia: Owszem, istnieje publikacja pod tytułem Preces Gertrudianae (tutaj wydanie z 1689 r.). Jest to dziełko ANONIMOWE i wydane BEZ imprimatur kościelnego, mimo że wówczas już był obowiązek aprobaty przez władze kościelne:


Już strona tytułowa zdradza fałsz i oszustwo, gdyż podaje, iż są to modlitwy "podyktowane" rzekomo przez samego Chrystusa oraz "objawione przez Ducha Świętego". Już to twierdzenie dyskwalifikuje to pisemko, zwłaszcza wobec faktu, że nie ma imprimatur kościelnego i tym samym zatwierdzenia rzekomych objawień prywatnych. 

Książeczka ta rzeczywiście zawiera modlitwę, o którą chodzi Szymańskiemu: 



Manuale w pierwotnym wydaniu z 1868 r. opatrzonym imprimatur biskupa Ratyzbony, podaje modlitwy na wizytację Najśw. Sakramentu, podczas Mszy św., oraz przed i po Komunii św. Także modlitwy podczas Mszy św. - od strony 323 do 341 - nie zawierają ANI SŁOWA o ofiarowaniu Bóstwa. Wyjątkiem jest strona 338, której brakuje w wydaniu, na które trafiłem (źródło tutaj):


Szymański pierwotnie opiera się na poważnie zmienionym wydaniu z 1877 r., które bezprawnie i fałszersko posługuje się imprimatur udzielonym dla wydania z 1868 r. Dopiero po moim wskazaniu na wydanie z 1868 r. podał miejsce owej modlitwy w tym wydaniu. 

Ta sprawa nie ma jednak wpływu na zasadniczą kwestię, mianowicie na fakt, że owa rzekoma modlitwa św. Gertrudy ukazała się pierwotnie w książce ANONIMOWEJ BEZ IMPRIMATUR (więcej tutaj i tutaj). 

Na koniec jeszcze znamienne fragmenty z jego groźby "rozsmarowania" mnie na ścianie, tym razem raczej płaczliwe:










Tak więc sprawa jest jasna: chodzi o pieniądze. Człowiek naprodukował się filmików o "wielkiej s. Faustynie", co jest oczywiście w modzie, na fali i nadal dość dochodowe. I oczywiście otwiera drzwi do establishmentu kościelnego w Polsce, gdzie "Dzienniczek" obecnie zastępuje już nie tylko katechizm lecz nawet Pismo św. A tu nagle okazuje się, że taki niegdyś spotkany "Dariuszek" śmie podważyć ten biznes, co oczywiście powoduje niemały kłopot, gdyż trzeba się tłumaczyć z wypowiedzianych bzdur, debilnych zachwytów i kłamstw, przy czym biznes już poważnie spadł w ciągu kilku tygodni. Tak więc sytuacja jest groźna finansowo, co pozwala zrozumieć wręcz groteskową agresję. Człowiek po prostu walczy o 2000 zł miesięcznie na swoje utrzymanie, i to zamiast zabrać się za normalną, uczciwą pracę. 

Oby nas Pan Bóg uchował przed takimi "apostołami". 



Post scriptum 1

Napawający optymizmem jest następujący komentarz Szymańskiego pod jego filmikiem na yt:


Zaznaczam: napawa optymizmem, ponieważ przyznaje, że do wielu osób dociera trzeźwa argumentacja. 

Zaś korekta jest jednak konieczna: koronkę s. Faustyny przestają odmawiać nie tylko "panienki", lecz wszyscy myślący trzeźwo w świetle wiary katolickiej wyznającej współistotowość Jezusa Chrystusa z Bogiem Ojcem. Osobiście znam przeważnie mężczyzn tak myślących, bo przyjmujących dobre argumenty. Deo gratias! 


Post scriptum 2


W reakcji na niniejszy wpis Szymański dopisał pod swoim filmikiem następujący komentarz rzekomo obalający mój dowód odnośnie modlitwy św. Gertrudy i zarzucający mi kłamstwo:


Odpowiadam:

Szymańskiemu widocznie nawet nie chciało się zajrzeć do zalinkowanego przeze mnie wydania Manuale clericorum (tutaj). Ponieważ Szymański nie podał wydania, na którym się opiera, sięgnąłem do wydania z 1868 roku, gdyż to właśnie znalazłem w internecie (mam zapisany ten exemplarz) i na ten rok datowane jest imprimatur, na które Szymański wskazuje:


Strona 316 wygląda w nim tak:

Natomiast modlitwa po elewacji znajduje się na innych stronach i brzmi tak: 




Jak widać, nie ma w tej modlitwie ani śladu ofiarowania Bóstwa, ani pochodzenia tej modlitwy od św. Gertrudy. 

Zajrzyjmy do wydania, na które powołuje się Szymański, pochodzącego z 1877 roku: 


Rzeczywiście na stronie 316 znajduje się zupełnie inna modlitwa, aczkolwiek nie ma ani słowa o tym, że pochodzi ona od św. Gertrudy:


Tak więc: podczas gdy wydanie z 1868 r. w wersji, której znalazłem w góglach (mam ścięgnięty exemplarz), nie zawiera ani śladu ofiarowania Bóstwa, to wydanie z 1877 r. podaje modlitwę, która to ofiarowanie zawiera. Na karcie tytułowej tego drugiego podane jest: Editio altera et emendata czyli "wydanie drugie i poprawione". Akurat ta modlitwa z całą pewnością nie jest poprawą lecz fałszem teologicznym. Jak należy wytłumaczyć ten fakt? 

Z danych biograficznych (dostępne tutaj) wynika, że x. Schneider zmarł w dość młodym wieku 60 lat w roku 1884. 


Teoretycznie mógł więc sam przygotować drugie wydanie, choć mieszkał w Rzymie i zajmował się czymś innym. 

Oczywiście ten fakt nie stanowi ŻADNEGO dowodu na poprawność teologiczną ofiarowania Bóstwa. 

Zaś znamienne jest, że to drugie wydanie widocznie wcale nie zostało sprawdzone przez cenzora, ponieważ posługuje się ono imprimatur z roku 1868 udzielonym dla wydania pierwszego. Oto dowód:



Tym samym wydawca wraz z autorem dopuścili się OSZUSTWA na czytelnikach, skoro sugerują, jakoby drugie wydanie - zawierające inne texty - miało dla nich imprimatur kościelne. To pasuje do oszustwa polegającego na umieszczeniu w Manuale przeznaczonym do formacji kleryków ewidentnie heretyckiej modlitwy pochodzącej pierwotnie z anonimowej i wydanej bez imprimatur kościelnego książeczki. Oto na jakich autorytetach opiera się Szymański...