Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież. Pokaż wszystkie posty

Co przysięgali papieże przy objęciu urzędu?

Od pewnego czasu pojawia się w internetach wzmianka o tzw. przysiędze koronacyjnej papieży. Jest ona rzeczywiście zawarta w zbiorze około stu urzędowych formularzy kancelarii papieskiej. Najstarsze formularze sięgają przypuszczalnie V wieku, jednak nie sposób ustalić dokładnie ich datowania. 


(tutaj s. 145-148)



Następnie zwraca się do Ludu Bożego (s. 148-157):

Leon XIV - uroczysty początek (z post scriptum)


Jesteśmy po wczorajszej uroczystej inauguracji pontyfikatu Leona XIV z jego homilią jakby programową, z krótkim przemówieniem przed modlitwą Regina coeli, oraz po dzisiejszych audiencjach dla gości, zwłaszcza po audiencji ze przemówienie do przedstawicieli innych wyznań chrześcijańskich oraz kultów niechrześcijańskich. Z pewnością można i należy połączyć słowa z językiem gestów i symboli. Pewne jest, że zarówno przemówienia jak też gesty nie są całkowicie autorskie, gdyż pracuje nad nimi nie tylko prywatny sekretarz, lecz także sekretariat stanu. Celebracje, w tym symbole liturgiczne przygotowuje urząd celebracyj papieskich, który oczywiście zapewne konsultuje się z samym papieżem bądź przynajmniej jego otoczeniem. Myślę, że zarówno papież jak też jego współpracownicy bardziej starannie podchodzą do słów, jednak także znaki mają swoje znaczenie. 

W liturgii wczorajszej znaczące jest użycie słynnej ohydnej feruli geja Lello Scorzelli'ego, wprowadzonej przez Pawła VI i wyłącznie używanej przez Jana Pawła I i Jana Pawła II (więcej tutaj). Benedykt XVI ostrożnie przeszedł na częstsze używanie złotej feruli Piusa IX, zresztą z kłamliwym wyjaśnieniem, że chodziło o jej lekkość. Franciszek zdołał zgromadzić pokaźną kolekcję ferul, przeważnie dość dziwacznych, w swej ohydzie raczej nie odbiegających od straszaka Scorzelli'ego. Oprócz tego atrybutu "nowoczesnego" papiestwa Leon XIV przywdział ornat użyty pierwotnie przez Jana Pawła II w latach 80-ych, a odrzucił paliusz papieski wprowadzony przez Benedykta XVI od początku jego pontyfikatu. Aczkolwiek nie wiemy, na ile to są sugestie czy pomysły jego, a na ile jego ceremoniarza odziedziczonego w spadku po Bergoglio. Ponadto nie śpiewał modlitw liturgicznych, również wyraźnie nawiązując do Franciszka. To są symbole - ze swej natury bardzie oddziaływujące na emocje niż na rozum - też niejako programowe, aczkolwiek zapewne nie tak istotne jak słowa. 

Generalnie dostrzec można tutaj zgodność języka znaków i języka słów. Słowa także apelują do uczuć. Wygląda na to, że Leon XIV stara się nawiązywać do swojego bezpośredniego poprzednika, zarówno w stylu jak też w treściach. Jest to o tyle zrozumiałe, że zarówno hierarchia jak też zwykli ludzie są jednak w znacznej mierze - o ile nie we większości - emocjonalnie przywiązani do Franciszka. Ludzki szacunek i też wdzięczność za zaufanie okazane w stopniach szybkiej kariery można uznać za wyraz lojalności i kultury chyba typowo usańskiej. Pewne jest, że Bergoglio i Prevost się lubili i cenili, choć ten ostatni podobno nie był wymarzonym kandydatem na urząd prefekta dykasterii ds. biskupów. Przypuszczalnie był i może nadal jest w Kurii Rzymskiej ktoś, kto wypromował Prevost'a, przekonując Franciszka do okazania mu względów czy przynajmniej co do przydatności w aparacie bergogliańskim. 

Oprócz zasadniczej podejrzliwości z powodu tego związku, coraz więcej jest krytycznych komentarzy także co do słów wypowiedzianych przez Leona XIV. Nie będę póki co analizował poszczególnych wątków i spraw, gdyż nie widzę konieczności w tej chwili. Chcę tymczasem jedynie zwrócić uwagę na zasadnicze kwestie:

- Kto się spodziewał jasnego, stanowczego i natychmiastowego zerwania z Franciszkiem, ten cierpi na brak realizmu i znajomości działania aparatu kościelnego, zwłaszcza watykańskiego. Takiego zerwania nie podjął nawet sam Franciszek wobec Benedykta XVI i to nawet co do znienawidzonej przez siebie liturgii tradycyjnej czekał ponad 8 lat i starannie się do tego tyrańskiego aktu przygotowywał. 

- Ten pontyfikat z całą pewnością nie będzie restauracją żadnego poprzedniego pontyfikatu, ani tych ostatnich, czyli tzw. posoborowych, ani przedsoborowych. Ideałem jest oczywiście równy dystans przy odpowiedniej bliskości. Na ile Leon XIV będzie umiał mądrze balansować, zobaczymy. W każdym razie programowe nawiązywanie do papieży sprzed Vaticanum II jest już mądre i bardzo cenne, chociażby przez wzbudzenie zainteresowania nauczaniem Leona XIII, które jest wyjątkowo bogate i cenne. To jest zerwanie chociażby z Janem Pawłem II, który cytował niemal wyłącznie "sobór" oraz siebie, co jeszcze bardziej zradykalizował Franciszek. 

- Naiwne, nierealistyczne i niemądre jest także oczekiwanie, że Leon XIV będzie krytykował dokumenty Vaticanum II czy że będzie starał się odsunąć je w zapomnienie, nawet jeśli byłoby to słuszne i zapewne kiedyś z czasem nastąpi za któregoś papieża z kolei. Odnoszę wrażenie, że on próbuje rozumieć je w duchu katolickim i wydobyć z nich to, co jest zgodne z wiarą katolicką i równocześnie odpowiada oczekiwaniom czy to wewnątrz Kościoła czy poza nim. To mi bardziej przypomina słynną "hermeneutykę" ratzingeriańską niż wojtyliańskie i bergogliańskie budowanie sekty V2 w opozycji czy przynajmniej w kontraście do całej historii Kościoła i teologii katolickiej. Wydaje mi się, że Prevost zna tradycyjną teologię katolicką o wiele lepiej i bardziej ją ceni niż czynili to Wojtyła i Bergoglio, a równocześnie chce być wierny Vaticanum II w duchu Benedykta XVI, nawet jeśli wyraża to słowami dokumentów Franciszka. 

- Może to dziwnie zabrzmi, ale według mnie w obecnej sytuacji Kościoła ważniejsza jest zdrowa osobowość i osobista świętość papieża niż korygowanie bzdur bergogliańskich, wojtyliańskich, montiniańskich i roncalliańskich, co oczywiście też jest niezbędne. Ludzie są niestety nadal przywiązani emocjonalnie do tych postaci i też do Vaticanum II, a tym samym dość odporni na choćby czysto racjonalne podważanie tychże ałtorytetów. Realnie możliwe i długofalowo skuteczne jest jedynie takie prostowanie myślenia w sprawach wiary i moralności, które nie razi uczuć, a jednak prowadzi do trzeźwego namysłu, a przede wszystkim do wierności tej Ewangelii, której Kościół zawsze nauczał. 

- Oczywiście kręgi lefebvriańskie i też sedewakantystyczne będą nadal wskazywały na to, co należałoby uczynić, a czego Leon XIV najprawdopodobniej nie uczyni, bądź nie uczyni w taki sposób, jaki by sobie oni czy może nawet wszyscy szczerzy katolicy życzyli. Powinni jednak wziąć pod uwagę, gdzie jest granica między odwiecznymi zasadami Kościoła a ich osobistym i grupowym interesem, a wygląda na to, że dość często to drugie bierze u nich górę nad tym pierwszym. Leon XIV - niezależnie od tego, czy się go uznaje za papieża czy nie - stara się według swego rozumienia urzędu papieskiego służyć jedności Kościoła i na pewno chce uniknąć formalnego rozłamu widzialnych struktur. Czy to robi w sposób dobry, słuszny, optymalny, o tym można dyskutować, a ostatecznie Pan Bóg go z tego kiedyś osądzi. Normalny, rozsądny człowiek stara się dostrzec i docenić dobrą wolę bliźniego, a tego niestety w kręgach tzw. tradycjonalistycznych bardzo często brakuje, a dominuje nawyk zasadniczej podejrzliwości czy wręcz wrogości wobec wszystkich spoza własnej wąskiej grupy (stąd tyle kłótni i wzajemnych ataków między grupami zarówno wewnątrz lefebvrianizmu jak i sedewakantyzmu). To jest wręcz tragiczne, gdyż szkodzi zarówno tym grupom jak i całemu Kościołowi, hamując czy wręcz niwecząc rozwój i zdobywanie dusz dla Chrystusa. 

Jesteśmy na początku pontyfikatu Leona XIV. Z czasem okaże się, czy i na ile spełni oczekiwania i zadania tego urzędu. Jak już zaznaczałem tutaj kilkakrotnie, najważniejsze dla przyszłości i kondycji Kościoła jest docenienie w nim Tradycji zarówno w nauczaniu wiary i moralności, jak w sprawowaniu kultu. Testem jakości tego pontyfikatu będzie jego stosunek do liturgii tradycyjnej. Módlmy się o światło Ducha Świętego dla niego. 



Post scriptum

Ogólnie mówiąc, póki co Leon XIV wyciąga z nauczania swoich poprzedników to, co da się pogodzić z wiarą katolicką, nawet jeśli zalatuje ideologią powszechnego braterstwa i pokoju światowego typową dla Vaticanum II, na której cześć jego poprzednicy niestety ofiarowali prawdy wiary katolickiej i rozsądek teologiczny. Wydaje się, że on próbuje połączyć kult doczesności z fundamentami chrześcijaństwa, co jest typowe dla ostatniego soboru. Jest to o tyle słuszne, o ile ma na celu ukazanie wartości i praktycznego znaczenia chrześcijaństwa dla całej ludzkości, także dla niekatolików i niechrześcijan. Błąd jednak polega na tym, że przy tym - w torach wybujałego ekumaniactwa - pomija się i praktycznie zaprzecza pochodzeniu Kościoła katolickiego od Boga, oraz popada w naiwne dążenie do zażegnania wrogości ze strony niekatolików kosztem prawdy. To jest duch Vaticanum II, w którym Robert Prevost zdobył wykształcenie. Jednak nie widać w nim pogardy dla tego, co "przedsoborowe", czy to w nauczaniu czy też w praktyce, jak to było w przypadku jego bezpośredniego poprzednika. To już jest dużo i to go bardziej upodabnia do Benedykta XVI. On raczej stara się zachować jedność zarówno współczesną jak też ponadczasową (synchroniczną i diachroniczną, mówiąc językiem ratzingeriańskim), co jest oczywiście słuszne i odpowiada jego formacji zakonnej i osobowości. Jest to jednak zgubne w skutkach, jeśli odbywa się kosztem prawdy. Tutaj może być problem. Konkretnym przykładem są słowa przed modlitwą Regina coeli z dnia inauguracji pontyfikatu, gdzie powiedział, że Franciszek patrzy z nieba. To są słowa po prostu głupie, gdyż nawet papież nie ma prawa twierdzić, że ktoś jest w niebie, dopóki ta osoba nie została kanonizowana. Nawet jeśli osobiście jest przekonany o świętości tej osoby. W przypadku Franciszka bardzo wiele przemawia przeciw jego świętości, a są to fakty powszechnie znane. Nikt nie ma prawa ignorować tych faktów, nawet jeśli doraźnie jest potrzeba pocieszenia tych, którzy boleją nad odejściem tej osoby. Tutaj Leon XIV ma niestety już zły przykład z kazania kardynała dziekana Giovanni'ego Battista Re na pogrzebie Franciszka, gdzie również padły podobne durne słowa. Taka jest obecnie niestety moda w Watykanie, począwszy od ogłoszenia śmierci Jana Pawła II (słynne a haniebne, świadczące o durnocie teologicznej słowa o "odejściu do domu Ojca"). Szkoda, że Leon XIV poddaje się tej modzie, ukazującej poziom teologiczny tej ekipy. Prawdopodobnie jest do tego zachęcany i takie słowa są mu sugerowane przez Sekretariat Stanu, który mu pisze przemówienia, a czemu on nie ma odwagi i też chyba chęci się sprzeciwić. Tutaj widać jego słabość: on dąży do harmonii, a w tym wypadku jest to kosztem prawdy, choć raczej z dobroci serca. 

Początki Leona XIV


Mija właśnie tydzień od wyboru Leona XIV na Stolicę Piotrową. Już w tym krótkim czasie, od swoich pierwszych wystąpień zdobył sobie sympatię wielu, zarówno katolików jak też niekatolików. Wzbudził i potwierdził nadzieje nie tylko na nowy rozdział w historii Kościoła lecz także na powrót do normalności poważnie zaburzonej i zapewne z rozmysłem burzonej przez ubiegłe 12 lat. 

Symboliczne gesty jak normalny strój chórowy papieski, jak śpiewanie modlitw, jak udzielenie katolickiego błogosławieństwa na spotkaniu z dziennikarzami są dość wymowne, choć mogą zostać uznane za nieistotne. Większą wagę mają słowa nowego papieża, które podawane są codziennie, a wyrażają zarówno niebanalne myśli jak też staranny, klarowny i konkretny styl, jakże daleki od mętnych, pokrętnych, zagadkowych i nierzadko bulwersujących wypowiedzi jego poprzednika. To jest zupełnie inna jakość pod każdym względem. W zachowaniu i słowach jawi się człowiek naturalnie serdeczny, rozsądny, starannie wykształcony pod względem zarówno wiedzy jak też kultury osobistej i pobożności. Już taka osobowość na tym urzędzie jest balsamem dla dusz katolików boleśnie doświadczanych przez minione lata. 

Także poruszane wątki i sposób ich potraktowania sprzyja nadziei na czas o wiele lepszy dla Kościoła. Na szczególną uwagę zasługuje przemówienie do wiernych obrządków wschodnich, które wykazuje zarówno dobrą znajomość ich sytuacji zwłaszcza w krajach, gdzie są mniejszością, jak też głębokie zrozumienie i szacunek dla ich świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa. Przy okazji pojawiła się też myśl dotycząca liturgii, a to także w odniesieniu do Kościoła zachodniego, gdzie mamy bardzo poważną zapaść pod tym względem: 


Czy jest to zapowiedź powrotu do przyznania tradycyjnej liturgii rzymskiej jej właściwego miejsca w życiu Kościoła obecnie, zobaczymy. Myślę, że można się tego spodziewać, aczkolwiek zapewne nie od razu i nie w pierwszej kolejności. 

Są też oczywiście zastrzeżenia co do dotychczasowej działalności Robert'a Prevost'a czy to w funkcji biskupa Chiclayo w Peru, czy też jako prefekta dykasterii ds. biskupów. Chodzi zwłaszcza o jego postawę podczas tzw. pandemii, konkretnie brak sprzeciwu wobec narzuconych przez możnych tego świata środków "zaradczych". Z ostatniego okresu przed konklawe obarczany jest natomiast odpowiedzialnością za usunięcie z urzędów konserwatywnych biskupów jak bp Rey z Frejus-Toulon we Francji i bp Strickland z Tyler w USA. Co do tych ostatnich spraw watykaniści zauważają, że z całą pewnością nie były to osobiste decyzje kardynała Prevost'a, gdyż już za urzędowania jego poprzednika Franciszek zainstalował w tejże dykasterii swojego wiernego pachołka z Brazylii jako sekretarza, który de facto prowadził te sprawy, a decyzje podejmował ostatecznie oczywiście sam Franciszek, a nie kardynał prefekt. Czy kard. Prevost miał możliwość sprzeciwu, trudno powiedzieć. Pewne jest, że sprzeciw byłby bezskuteczny. A wydaje się, że sprzeciw nie pasowałby do osobowości zakonnika wytresowanego w dyscyplinie kościelnej i też do typowej dla mentalności usańskiej lojalności wobec szefa. Podobnie jest chyba z jego postawą podczas pandemii. Prevost z natury i formacji duchowej nie jest buntownikiem czy rewolucjonistą, a być może też nie zdobył się na samodzielne zasięgnięcie wiedzy w tej sprawie i poddał się prądowi zarówno politycznemu jak też wewnątrzkościelnemu, płynącemu zresztą z samego Watykanu. Okaże się, czy jest to słabość charakteru, która może zaważyć na decyzjach podejmowanych z pozycji urzędu papieskiego. Z pewnością łaska urzędu też będzie działać. 

Generalnie wygląda na to, że katolicy wreszcie mogą odetchnąć z ulgą po latach nonsensów, kłamstw, zgorszeń i wyzwisk pochodzących od osoby sprawującej najwyższy urząd w Kościele. Nadszedł też czas na jeszcze trzeźwiejszą ocenę tych ostatnich 12 lat i jej głównego bohatera. Fakt, że kolegium kardynałów elektorów wykreowanych przez niego wybrało ostatecznie kogoś, kto pod wielu, może nawet wszystkimi istotnymi względami stanowi zerwanie z bergoglianizmem, należy uznać za dowód działania Bożej Opatrzności i prowadzenia Kościoła przez asystencję Ducha Świętego. Konklawe z 2013 r. wybrało kogoś, kogo nawet jego liberalni przełożeni zakonni - a jest to przecież dość wyraźnie modernistyczny zakon jezuitów - uważali za niegodnego urzędu biskupa (więcej tutaj), co się zresztą potwierdziło na oczach całego świata. Kulisy tego wyboru są obecnie dobrze znane (wystarczy poszukać w internetach informacyj o tzw. mafii z Sankt Gallen). Poniekąd pocieszające jest to, że skrajni moderniści dla realizacji swojej wywrotowej agendy mogli się zdobyć tylko na takiego kandydata, który był zdolny i skłonny uciekać się do obłudnej skromności, kiczowatych gestów jak całowanie nóg imigrantów, polityków afrykańskich itp. Tamten pontyfikat łączył modernistów niemieckich dążących do możliwie daleko idącego upodobnienia Kościoła do protestantyzmu (dla powstania quasi jednej religii jednoczącej naród niemiecki ku jeszcze większej potędze) z upadłymi moralnie kręgami duchownych, głównie kryptogejów, którzy również są żywo zainteresowani wewnętrznym zafałszowaniem nauczania i praktyki Kościoła, czy przynajmniej rozbiciem jedności doktrynalnej i duszpasterskiej Kościoła ostatecznie w kwestiach moralnych, zaś drogą do tego jest wielowarstwowe i dogłębne ekumaniactwo, które w istocie jest niczym innym jak relatywizmem doktrynalnym i moralnym, wymierzonym w niezniszczalność Kościoła Chrystusowego jako ostoi prawdy. Te powiązania stały się dość jasne właśnie w działaniach Franciszka, nawet jeśli on niby hamował i tonował zbyt niecierpliwe posunięcia pochodzące znad Renu. 

Tak więc w Roku Świętym ogłoszonym przez Franciszka jako "rok nadziei" to właśnie on przez swoje odejście na sąd Boży dał Kościołowi nadzieję na powrót do czystości wiary i dążenia do autentycznej, nie pokazowej świętości. Nawet jeśli nie nastąpi to nagle, lecz będzie to proces. W sumie wygląda na to, że pontyfikat Leona XIV może być najlepszym od czasu św. Piusa X, oczywiście na tle obecnej sytuacji w Kościele i świecie. Trzeba go otoczyć żarliwą modlitwą. 

Leon XIV - co nas czeka?


Wczorajszy wynik konklawe jest sporym zaskoczeniem. Aczkolwiek sprawdziły się prognozy, że nie zostanie wybrany ktoś pokroju Franciszka, czyli jakby Franciszek II. 

Przede wszystkim wybór imienia "przedsoborowego" jest aktem sporej odwagi, podobnym do decyzji kardynała Ratzinger'a - Benedykta XVI. Jeśli to ma być program, to możemy sobie pogratulować. Z drugiej strony mamy fakt, że swoją karierę w hierarchii kościelnej kardynał Prevost zawdzięcza Franciszkowi, aż do bardzo ważnego stanowiska w Kurii Rzymskiej jako prefekt dykasterii ds. biskupów, czyli prowadzącej nominacje biskupie oraz nadzorowanie posługiwania biskupów. Ktoś powołany na to stanowisko musiał się cieszyć szczególnym zaufaniem Franciszka i należał do jego najbliższych współpracowników niemal na równi z sekretarzem stanu. Na czas piastowania tego urzędu przez kardynała Prevost'a przypadają tak skandaliczne posunięcia jak usunięcie z urzędu biskupa Strickland'a (Tyler w USA) oraz biskupa Rey'a (Frejus-Toulon we Francji), obydwóch zasłużonych pasterzy w duchu Tradycji Kościoła, a równocześnie haniebne nominacje na stolice biskupie zwłaszcza w USA. Należy jednak zauważyć, że takie procedury nie zaczęły się wraz z urzędowaniem kardynała Prevost'a na tym stanowisku, lecz miały miejsce od początku pontyfikatu Franciszka, za co on z całą pewnością osobiście odpowiada, a potrzebował jedynie kogoś, kto jego rozkazy wiernie wykonuje. Ostatecznie pozostanie zagadką, na jakiej podstawie Franciszek obdarzył akurat Prevost'a takim zaufaniem. Prawdopodobnie była to jedna z jego niezliczonych zachcianek wynikająca z jakiejś osobistej sympatii. Być może też Franciszek czuł wzrastający brak sympatii wobec niego ze strony biskupów na całym świecie i uznał, że potrzebuje kogoś, kto byłby w stanie moderować nastroje. 

Równocześnie korzenie kariery Prevost'a sięgają głównie okresu gdy był przełożonym generalnym swego zakonu (2002-2013), czyli końca pontyfikatu Jana Pawła II i cały pontyfikat Benedykta XVI. Przełożeni generalni są dobrze znani w Watykanie, tym bardziej przełożony augustianów, którego siedziba znajduje się tuż obok Placu św. Piotra. Prawdopodobnie już wtedy o. Prevost został wciągnięty na listę tzw. episcopabili, co potem zostało zrealizowane na początku pontyfikatu Franciszka przez nominację biskupią dla diecezji w Peru, gdzie o. Prevost wcześniej posługiwał jako misjonarz. Tak więc jest to dość typowa ścieżka kariery hierarchicznej, mimo że styl bergogliański nie oznacza typowości. Zrozumiała jest natomiast sympatia dla kogoś, kto z rzymskim doktoratem (z prawa kanonicznego na Angelicum) jako obywatel USA (czyli Usaniec) udaje się na misje do ubogiego Peru. 

Nie ma wielu publicznych wypowiedzi kardynała Prevost'a. Te, które są znane, wskazują z jednej strony na ortodoksyjne poglądy, a z drugiej na lojalność wobec Franciszka. Zobaczymy, jak to się rozwinie w roli papieża. Myślę, że dużych niespodzianek nie będzie. Najważniejszy jest oczywiście jego stosunek wobec Tradycji Kościoła. Przynależność do starego zakonu augustianów wskazuje raczej na szacunek. Nawet biorąc pod uwagę fatalny stan zakonów obecnie, można powiedzieć, że zakonnik generalnie reprezentuje większą dojrzałość osobowościową i duchową niż kler diecezjalny. Skoro został wybrany na dwie kadencje przełożonego swojego zakonu, to widocznie wyróżniał się zarówno wiernością dla ducha zakonu jak też zdolnością prowadzenia duchowego i zarządzania. 

Nie jest póki co znany jego stosunek do liturgii tradycyjnej. Jednak myślę (na podstawie jakiejś swojej znajomości mentalności usańskiej, gdyż wielokrotnie bywałem w USA, głównie właśnie w Chicago), że jako Usaniec jest przede wszystkim pragmatystą, a to oznacza, że wobec powodzenia tejże liturgii zarówno w USA jak też ogólnie na świecie, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, nie będzie z nią walczył, a raczej możemy liczyć na pewną przychylność czy przynajmniej większą tolerancję niż za Franciszka. Czas pokaże. Marzeniem byłoby oczywiście, żeby sam zaczął sprawować tę liturgię. Wydaje mi się, że pasowałby do niej, skoro jest człowiekiem wrażliwym na sprawy duchowe i ogólnie na piękno. Trzeba się modlić za niego. 


P. S.

Pojawiła się bardzo dobra pogłoska, że nowy papież prywatnie sprawował tradycyjną Mszę św:



Kto będzie następnym papieżem?


Odpowiedź jest prosta: nie wiem. Nie wiedzą tego także kardynałowie, którzy wezmą udział w konklawe. Nie wiedzą tego nawet ci spośród nich, którzy mają swojego kandydata i w sposób zorganizowany usiłują go przeforsować wszelkimi środkami. 

Zabiegi Franciszka sprawiły, że działania tego typu, jakie podjęła "słynna" mafia z Sankt Gallen, stały jeszcze łatwiejsze. On nie zwoływał zwyczajnych konsystorzy kardynalskich, podczas których kardynałowie mogliby się poznać. Za to mianował kardynałami takich, którzy albo są powszechnie znani z popierania lewackiej agendy, albo są z tak odległych zakątków świata, że mało znają albo wcale nie znają mechanizmów watykańskich i - co gorsza - pochodząc z krajów biednych i zależnych finansowo od zamożnych Kościołów lokalnych w Europie i Ameryce Północnej bardzo podatni są na "sugestie" ze strony ekipy bergogliańskiej zainstalowanej w Rzymie. Licząc na to, że z wdzięczności za purpurę okażą mu też lojalność po śmierci. I on wykreował ich nadliczbowo, przekraczając znacznie ustaloną w konstytucji apostolskiej "Universi Dominici" liczbę 120. Franciszek więc uczynił wszystko czy prawie wszystko, by zapewnić trwanie i kontynuację swojej linii na Stolicy Piotrowej. Czy to zadziała? Okaże się. 

Po pierwsze, wydaje się, że także w razie - dość prawdopodobnego - wyboru kogoś z wyznawców bergoglianizmu nie będzie to osoba tego samego pokroju pod względem osobowościowym i sposobu rządzenia, mianowicie w stylu autokratycznej i obłudnej tyranii. 

Po drugie, wydaje się, że zarówno kardynałowie pragnący zakonserwowania i kontynuowania bergoglianizmu jak też ci pragnący powrotu do linii ratzingeriańskiej będą chcieli raczej młodego papieża, by zapewnić Kościołowi dłuższy okres spokoju. 

Po trzecie, ktoś starszy będzie wzięty pod uwagę jako kandydat kompromisowy i przejściowy, gdy frakcja bergogliańska - niewątpliwie najsilniejsza - nie będzie w stanie przełamać oporu mniejszości blokującej. 

W sumie wydaje się, że nadchodzą czasy przynajmniej nie gorsze dla Kościoła niż ostatnie 12 lat, a być może nawet nieco lepsze. Kryterium jest stosunek nowego papieża do Tradycji. Do tego, by został wybrany ktoś miłujący Tradycję, trzeba by cudu Bożego. Czego oczywiście nie należy wykluczać. Dla przyszłości Kościoła kluczowe jest trwanie Tradycji doktrynalnej i liturgicznej. To trwanie jest pewne, gdyż gwarantowane przez samego Zbawiciela, jako że jej zanik oznaczałby zniszczenie Kościoła, co jest niemożliwe. Jednak jej trwanie i rozkrzewienie zależy od konkretnych zarządzeń, które to albo utrudniają, albo ułatwiają, albo przynajmniej nie hamują. 

Pewne jest, że wiary katolickiej i sakramentów katolickich nie można zniszczyć, nawet jeśli trzeba nam będzie jeszcze jakiś działać w sposób ograniczony i pośród prześladowań. Trudne okresy są po to, by dojrzewać i wzmacniać się duchowo. Kiedyś - a nie wiemy kiedy - na pewno nastanie papież wywodzący się ze środowiska tradycyjnego, nie modernistycznego. Modernizm już gnije i obumiera, o czym świadczy poziom moralny i intelektualny ekipy bergogliańskiej z takimi postaciami jak "Tucho" Fernandez, Zanchetta itp. Stan powołań oraz liczby praktykujących są także jednoznaczne. Nawet jeśli moderniści osiągną całkowite opanowanie urzędów watykańskich, to jednak nie opanują wiary i sumień katolików wciąż wierzących po katolicku czyli tradycyjnie. 

W porównaniu z rokiem 2013 zachodzi pewna niewielka lecz wyraźna analogia. Moim zdaniem, kluczem do nastrojów ówczesnych i zarazem do wyjaśnienia powodu abdykacji Benedykta XVI jest jego ostatnie spotkanie z duchowieństwem diecezji Rzymskiej. Jego żywe i emocjonalne przemówienie miało jako zasadniczy temat i wątek wierność Vaticanum II. Mówił tak, jakby chciał po pierwsze bronić się przed zarzutem zdrady wobec Vaticanum II, a po drugie bronić swojej "hermeneutyki reformy" skierowanej przeciw "hermeneutyce zerwania". Wygląda na to, że stał w obliczu groźby otwartego buntu części kardynałów i biskupów, a także był zmęczony aferami, które mu buntownicy zgotowali, jak słynne wykradzenie dokumentów przez kamerdynera Paolo Gabriele, który z całą pewnością sam nie wpadł na taki pomysł lecz działał na zlecenie kogoś, kto dotychczas nie został odkryty. W każdym razie te wydarzenia należy moim zdaniem uznać za zwiastuny wyboru kardynała Bergoglio jako kandydata stronnictwa skrajnie modernistycznego. 

Z kolei w ostatnich dniach życia Franciszka miał miejsce pewien niemal niezauważony, drobny epizod, mianowicie prywatna wizyta na wózku i bez sutanny w bazylice św. Piotra, gdy udał się do grobu papieża św. Piusa X, co zapewne nie było przypadkowe. Motywy tej zachcianki, podanej jako mała sensacja, nie zostały przez nikogo podane. Prawdopodobne wydaje się natomiast, że był to symboliczny gest, mający za zadanie uspokoić tradycyjnych katolików, w tym także konserwatywnych kardynałów. Podobną wymowę ma ostatnia encyklika Franciszka o kulcie Najświętszego Serca Pana Jezusa, który jest jednym ze sztandarów tradycyjnej pobożności katolickiej, szczególnie znienawidzonym przez masonów i innych wrogów Kościoła. Wygląda na to, że była to jego reakcja na rosnący sprzeciw kardynałów i biskupów wobec linii jego pontyfikatu oraz próba zapewnienia o trwaniu w Tradycji Kościoła. Czy jest to zwiastun wyniku konklawe, które zacznie się za dwa dni, zobaczymy. 

Czy niekatolik może być papieżem?

Tu jest cały szereg pytań i tematów, oczywiście powiązanych ze sobą. Odpowiadam skrótowo, ponieważ tematy były już poruszane (etykieta: papiestwo). 

1. Obowiązek posłuszeństwa wobec papieża dotyczy wyłącznie

- urzędowego (ex cathedra) nauczania prawd wiary i obyczajów

- prawowitych, czyli zgodnych z wiarą katolicką, nauczaniem moralnym oraz z prawem Kościoła zarządzeń dyscyplinarnych. 

Tego obowiązku nie ma w przypadkach sprzecznych z wiarą katolicką, nauczaniem moralnym oraz z prawem Kościoła, oraz w przypadku prywatnych, czyli nieurzędowych nauk czy orzeczeń. 

Urzędowe nauczanie papieskie (ex cathedra) ma aspekt materialny i formalny:

- materialnie obejmuje prawdy Objawienia Bożego oraz prawdy wprost zeń wypływające i bezpośrednio powiązane

- formalnie jest podawane jako nauczanie mocą urzędu apostolskiego oraz skierowane do całego Kościoła.

Urzędowym nauczaniem Kościoła nie są ani wypowiedzi nie oparte przynajmniej pośrednio na Bożym Objawieniu, ani takie, które są skierowane do ograniczonego grona osób (np. tylko do jakiejś grupy pielgrzymów). Nie jest istotne rozpowszechnienie danej wypowiedzi, lecz intencja, z jaką jest wypowiadana, tzn. czy jest wypowiadana mocą autorytetu powszechnego nauczyciela całego Kościoła. Jeśli ta intencja nie jest wyraźna, to dana wypowiedź jest jedynie prywatna, nawet jeśli jest podawana przez massmedia na całym świecie. Z tej zasady wynikała tradycyjna praktyka papieży, czyli daleko idąca powściągliwość w wypowiadaniu się, zwłaszcza publicznym. Swoista gadatliwość została zapoczątkowana na znaczną skalę dopiero przez Jana Pawła II, a doprowadzona do skrajności przez Franciszka z jego słynnymi wywiadami na pokładzie samolotów i nie tylko. Jest to przyczyną zamieszania i szkodzi zarówno duszom jak też urzędowi papieskiemu, godząc w jego powagę i autorytet. 

2. Teologowie katoliccy są zgodni co do tego, że niekatolik nie może być papieżem, ponieważ widzialna głowa Kościoła nie może być poza Kościołem, a poza Kościołem (w znaczeniu widzialnej wspólnoty wiernych Jezusa Chrystusa) znajduje się każdy heretyk, schizmatyk i apostata (tym bardziej oczywiście żyd, poganin, ateista itp.). Nie są jednak zgodni co do tego, jak należy formalnie i skutecznie prawnie (czyli ze skutkami prawnymi) orzec, czy dana osoba sprawująca formalnie urząd papieski jest katolikiem czy nim nie jest. Otóż kościelna procedura orzekania o tym, że ktoś jest heretykiem, zakłada postępowanie wyjaśniające wraz z możliwością obrony oraz - w razie stwierdzenia herezji - wycofania się z herezji. Problem polega na tym, że obecne prawo kanoniczne nie przewiduje specjalnej procedury wobec osoby sprawującej formalnie urząd papieski. Nie oznacza to, że nie można zastosować procedury zwykłej. Trudność polega na kwestii, kto miałby orzec o heretyckości takiej osoby, skoro nie ma w Kościele władzy wyższej niż urząd papieski. Dlatego właśnie część teologów obecnych uważa, że dopiero następny papież bądź któryś z następnych papieży będzie w stanie wydać takie orzeczenie. Wydaje się, że bardziej słuszna jest opinia św. Roberta Bellarmina, Doktora Kościoła, według którego władzę orzekania o popadnięciu w herezję osoby sprawującej urząd papieski ma kolegium biskupów, czyli przynajmniej znaczna czy reprezentatywna część żyjących obecnie biskupów. Dopóki to nie nastąpiło, wolno uważać taką osobę za papieża. 

Czy katolik powinien białe uznawać za czarne? (z post scriptum)



Nieznany dotychczas szerzej xiądz z diecezji bielsko-żywieckiej Przemysław Sawa zasłynął ostatnio dzięki swojemu wpisowi na facebook, opublikowanemu także przez niektóre modernistyczne media:



Opublikował także wersję po angielsku, widocznie celując w sławę poza Polską, która ma dotrzeć także do Watykanu:


Kim jest x. Sawa? Najwięcej można się o nim dowiedzieć na stronie Uniwersytetu Śląskiego:


Warto zwrócić uwagę, że rubryki "badania naukowe" oraz "bibliografia" są puste, co jest bardzo dziwne w przypadku pracownika naukowego. Nigdzie nie jest też podane, u kogo i na jaki temat pisał pracę doktorską. Tym samym nie ma możliwości zapoznania się z jego dorobkiem naukowym. Tak więc wygląda na to, że posadę uniwersytecką dostał nie za osiągnięcia naukowe.

Więcej o dokonaniach można się dowiedzieć na stronie wspólnoty, której przewodzi:


Ta wspólnota powołuje się na związek ze świeckim teologiem "charyzmatycznym" z Mexyku:


Warto zwrócić na jego związek z "charyzmatycznym" xiędzem Ricardo, który następnie założył strukturę o znamionach sekty z przekrętami finansowymi:

(link)

X. Ricardo działał także w Polsce, o czym szerzej można poczytać tutaj.

Świecki mistrz x. Sawy opublikował sporo książek, także tłumaczonych na polski. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na jedną z nich, gdyż ukazuje ona więcej niż pseudopobożne, inspirowane protestantyzmem frazesy typowe dla tych kręgów. Chodzi w niej o "formację liderów", przez co autor rozumie "mężczyzn i kobiety", którzy "są pasterzami ludu":


Tak więc już na wstępie widać, że założenia autora są z gruntu niekatolickie i antykatolickie, gdyż są sprzeczne z hierarchiczno-sakramentalnym ustrojem Kościoła, gdzie przewodzenie jest związane z sakramentem święceń i przynależnością do stanu duchownego. Na takim myśleniu opiera się widocznie działalność x. Sawy. Zresztą nie kryje się on wcale ze swoją praktyką nawiązującą do zwyczajów pentekostalno-protestanckich, gardzącą przepisami Kościoła odnośnie sprawowania liturgii nawet według norm Novus Ordo:










Jak widać, x. Sawa popełnia cały szereg poważnych wykroczeń przeciw regułom liturgicznym:

- Przewodzi "modlitwie o uzdrowienie" podczas liturgii eucharystycznej, co jest wyraźnie zakazane przez Stolicę Apostolską w specjalnej instrukcji w tym temacie:



- Jako celebrans dopuszcza stosowanie instrumentów nieliturgicznych, wyraźnie zakazanych także przez przepisy wydane przez Konferencję Episkopatu Polski:



Po tych wstępnych uwagach, koniecznych dla ujęcia kontextu, przejdźmy do samych wypowiedzi x. Sawy. Zwróćmy uwagę na dwie, treściowo ściśle powiązane i bliskie czasowo:

W pierwszym x. Sawa odrzuca zarzut protestantyzacji Kościoła przez modernistów, zwłaszcza tzw. "charyzmatyków", atakując równocześnie katolików za sprzeciw wobec protestantyzacji:



W drugim x. Sawa odnosi się do niedawnego wystąpienia x. abpa Jana Pawła Lengi w TVP, rozszerzając swój atak nie tylko na innych krytyków poczynań obecnego pontyfikatu, lecz także ogólnie na katolików sprzeciwiających się protestantyzacji:



Nie wchodząc w czysto emocjonalne pochwały i uwielbienia skierowane w jedną stronę, a wyrazy pogardy i potępienia skierowane w drugą, zwróćmy uwagę na zasadnicze wątki tych wypowiedzi. Można jest streścić następująco:

1. Od protestantów można i należy się uczyć. 
2. Trzymanie się Tradycji Kościoła nie jest ani konieczne, ani potrzebne ("stare formy nie dają życia").
3. Franciszek uczy, więc tak uczy Kościół. 
4. Kto nie słucha Franciszka, ten nie jest dobrym katolikiem (albo w ogóle). 

ad 1.

Tutaj jest ewidentna sprzeczność nie tylko z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, lecz także z konstytucją dogmatyczną "Lumen gentium", która jasno mówi, że pełnia prawdy i środków zbawienia jest tylko w Kościele katolickim, czyli rządzonym przez następców św. Piotra, choć pierwiastki prawdy i środków zbawienia znajdują się poza Kościołem:


ad 2.

X. Sawa po pierwsze miesza w pojęciu Tradycji, nie odróżniając Tradycji Bożej, Apostolskiej i kościelnej. Po drugie widocznie neguje prosty fakt, że także Tradycja Kościoła ma swoje źródło i moc w Tradycji Bożej czyli Bożym Objawieniu przekazanym przez Apostołów (w Tradycji Apostolskiej). Dlatego właśnie sprowadza Tradycję Kościoła do "starych form", które "nie dają życia". Widać tutaj także dziwne pojęcie "życia", które z całą pewnością nie jest teologiczne. Cóż bowiem oznacza, jakoby liturgia tradycyjna (tzw. trydencka) nie dawała "życia", skoro jest ważnym i skutecznym sprawowaniem sakramentu Eucharystii, tym samym udzielającym łaski na życie wieczne? 

Także tutaj x. Sawa albo nie zna albo neguje choćby nauczanie Vaticanum II, gdzie w konstytucji o Bożym Objawieniu "Dei Verbum" jest jasno podkreślony związek i zależność Magisterium Kościoła od Tradycji i Pisma św. 


Innymi słowy: nauczanie Kościoła nie stoi i nie może stać ponad Tradycją i Pismem św., lecz podlega im jako kryterium. 

ad 3. 

Tutaj dochodzimy do kwestii, która jest sednem i podłożem dyskusji i sporów o pontyfikat Franciszka. Jest oczywiste, że krytyka opiera się na zasadzie wierności Bożemu Objawieniu poświadczonemu w Tradycji i Piśmie św. Chodzi więc o istotę, charakter i zakres władzy papieskiej. 

X. Sawa widocznie nie tylko wyraża naiwne i prymitywne uwielbienie dla Franciszka, lecz bezrefleksyjnie, nieteologicznie i kłamliwie traktuje przedmiot sporu i problem. Pozycję krytyków sprowadza do umiłowania przestarzałych form, co jest zwykłym kłamstwem czy przynajmniej przejawem braku elementarnej uczciwości. Franciszko-latria x. Sawy jest tak przesadna że aż śmieszna. I z całą pewnością jest nie do pogodzenia z katolickim rozumieniem papiestwa i ogólnie urzędu hierarchicznego w Kościele. 

Jako dowód świadczy przede wszystkim konstytucja dogmatyczna "Pastor aeternus" Soboru Watykańskiego I, gdzie dość jasno jest podane, że

- zadaniem następcy św. Piotra jest obrona wiary oraz rozstrzyganie w kwestiach spornych odnośnie wiary


 - asystencja Ducha Św. jest obiecana następcom św. Piotra nie po to, żeby podawali nową naukę, lecz żeby zachowywali i wyjaśniali Boże Objawienie przekazane przez Tradycję Apostołów


Są to podstawowe kryteria dla właściwego, katolickiego rozumienia urzędu papieskiego, w tym także charyzmatu nieomylności w orzeczeniach zdefiniowanych jako nieomylne. 

Istota i zakres władzy papieskiej była przemiotem rozważań i dyskusji teologów już wiele wieków przed Vaticanum I. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na traktat św. Roberta Bellarmin'a, jezuity i kardynała, który dokonał przeglądu, syntezy i też wyjaśnienia tej kwestii, niepodważalnego i nie podważonego ani przez późniejszych teologów, ani przez Magisterium Kościoła. 


Uczony jezuita dla uzasadnienia prawdy, że papież jest głową i rządcą całego Kościoła, wykazuje obszernie na podstawie wielu źródeł, iż jako taki nie może być sądzony przez władzę wyższą na ziemi, gdyż takiej nie ma:




(De Rom. Pont. l. II, 26)

Nie chodzi więc o to, jakoby wydawanie sądu o papieżu było niedopuszczalne czy grzeszne, lecz o stwierdzenie faktycznej niemożliwości odbycia sądu nad papieżem i ukarania go, a to z tego powodu, że na ziemi nie ma on wyższej władzy nad sobą. 

To nie wyklucza braterskiego upomnienia, którego przykładem jest św. Paweł wobec św. Piotra (Gal 2, 11nn). Św. Robert nie neguje, że papież heretyk może być sądzony i ukarany przez Kościół:


 (De Rom. Pont. l. II, 27)

Co więcej: także papieża obowiązują przepisy kościelne, mianowicie jako wytyczne, mimo że nie ma on nad sobą władzy, która by go zmuszała do ich przestrzegania:


 (De Rom. Pont. l. II, 27)

Choć papież jako ojciec dla wiernych nie ma nad sobą zwierzchnika, to jest zobowiązany kierować się kanonami ojców, czyli Tradycją Kościoła, oraz nakazywać innym ich przestrzeganie: 


(De Rom. Pont. l. II, 27)

Są to istotne i niezmienne wskazówki, podane przez uczonego i świętego jezuitę i kardynała, nie wymyślone przez niego, lecz zaczerpnięte i uzasadnione nauczaniem soborów, papieży oraz Ojców i Doktorów Kościoła. 


ad 4. 

Ma to oczywiście związek z kwestią posłuszeństwa kościelnego, szczególnie wobec papieża czyli sprawującego urząd następcy św. Piotra. Tutaj x. Sawa powołuje się na regułę św. Ignacego z Loyoli, zawartą w "Ćwiczeniach duchowych": 


X. Sawa cytuje tylko w przybliżeniu słowa podkreślone, używając je na doraźny użytek bez kontextu całego zdania jak też bez kontextu pozostałych reguł podanych przez św. Ignacego, które należy wziąć pod uwagę dla właściwego zrozumienia tego fragmentu:





Dopiero w całości reguł, które stanowią jedność, można właściwie interpretować dany wycinek, który bez kontextu jest niezrozumiały i wręcz fałszywie rozumiany i używany, jak to ma miejsce w przypadku x. Sawy. Innymi słowy: on dopuszcza się oszustwa, uderzając słowami św. Ignacego w krytyków Franciszka. 

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na kluczowe pojęcie - "Kościół hierarchiczny". Jak każde słowo u św. Ignacego, także to określenie nie jest przypadkowe, lecz przemyślane i wyważone. Św. Ignacy nie mówi o poszczególnym przedstawicielu Kościoła czy hierarsze, lecz mówi o Kościele jako całości, który nie polega na działaniach czy nauczaniu poszczególnego hierarchy, lecz trwa przez wieki, począwszy od Apostołów. O takie właśnie orzeczenia tutaj chodzi, mianowicie pochodzące od Kościoła jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego, nie od poszczególnego duchownego sprawującego władzę. Ojcu założycielowi zakonu jezuitów chodzi o podporządkowanie własnej, subiektywnej opinii Magisterium Kościoła, które z całą pewnością jest czymś zupełnie innym niż subiektywna opinia danego hierarchy, zwłaszcza gdy jest nowa i nieoparta na ciągłym nauczaniu Kościoła. 

Tym samym wyjaśniona jest kwestia obowiązku posłuszeństwa: posłuszeństwo kościelne polega na przezwyciężeniu subiektywizmu. I oczywiście także przełożeni czyli hierarchowie zobowiązani są do poddania swojego subiektywnego osądu orzeczeniom Kościoła w jego ciągłym nauczaniu na przestrzeni wieków. W przeciwnym razie ich orzeczenia nie będą orzeczeniami Kościoła hierarchicznego, lecz najwyżej subiektywnymi opiniami, niezależnie od zajmowanej pozycji czy sprawowanego urzędu. Takie opinie oczywiście nie są i nie mogą być przedmiotem ani posłuszeństwa wiary (które przysługuje Bożemu Objawieniu nauczanemu nieomylnie), ani posłuszeństwa kościelnego (które dotyczy autentycznego nauczania Kościoła w odnośnie prawd wiary i moralności). Innymi słowy: wszelkie nowości wprowadzane przez dzierżącego jakąkolwiek władzę w Kościele nie mają żadnej mocy wiążącej katolików w znaczeniu posłuszeństwa wiary czy kościelnego. 


Podsumowując:
Wystąpienia x. Sawy są po pierwsze obłudne, gdyż on sam widocznie regularnie i notorycznie popełnia wykroczenia przeciw wierze i dyscyplinie przynajmniej sakramentalnej Kościoła. 
Po drugie, wystąpienia te nie mają żadnej podstawy w teologii katolickiej, choć po kimś z doktoratem z teologii należałoby się spodziewać choćby minimum kompetencji teologicznej.
Po trzecie, te wystąpienia są widocznie obliczone z jednej strony na wpajanie niekatolickiego kultu osoby, w tym wypadku Franciszka, a z drugiej strony na łajanie wiernych, którzy myślą i czują kategoriami wiary katolickiej i dyscypliny Kościoła. 
Po czwarte, można się domyślać motywacji takiego perfidnego działania, co pozostawiam jednak przenikliwości Szanownych Czytelników. 



POST SCRIPTUM

Na reakcję nie trzeba było długo czekać:


I też odpowiedź:



I jeszcze uzupełnienie:




Mówiąc szczerze, nie można tego nazwać poważnym dorobkiem naukowym w teologii. To są najwyżej pisemka na okoliczność własnej działalności krążącej wokół protestantyzmu, ekumaniactwa i pseudocharyzmatyzmu. 


I jeszcze ciekawy EPILOG: 






Za ujawnianie tych faktów x. Sawa i jego "wspólnota" wygrażają krokami prawnymi. Także w tym widać
- zakłamanie i oszukiwanie, gdyż za podanie faktów publicznych nie można być ściganym i ukaranym,
- mentalność sekciarską polegającą na systemie strachu przed wodzem. 

No coż. Żałosne to. Widać, jak nisko może upaść nawet ktoś mianowany "exorcystą". On sam potrzebuje pomocy duchowej i nawrócenia. 



Post scriptum 2

Widocznie poznał się na nim także jego biskup, gdyż spotkało go odsunięcie od "wspólnoty":



I oto najnowsze orzeczenie biskupa: