Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

Konotopie a Kościół (z post scriptum)


Monumentalna figura mająca przedstawiać Matkę Najświętszą, uroczyście poświęcona kilka dni temu, wzbudza kontrowersje. Głosy są skrajnie różne. Z jednej strony dominuje zarzut, iż to gigantomania i marnotrawienie środków, które należałoby wykorzystać celach społecznych. Z drugiej strony nie brakuje zachwytu dla rozmachu i religijności fundatorów, którymi są małżonkowie miliarderzy o nazwisku Karkosik. Są też głosy krytyczne odnoszące się do wymowy i wartości religijno-estetycznej tej potężnej figury. 

Pierwsze zarzut da się o tyle obalić, że liczą się nie tylko potrzeby materialne i cielesne, lecz także duchowe. Jeśli ten pomnik ma być religijnym wotum wdzięczności i wyznaniem wiary, to odpowiada to także dobru społecznemu i to nawet poniekąd bardziej. Pozostaje jednak kwestia, czy tego rodzaju wotum jest najbardziej odpowiednie, czy optymalnie służy chwale Bożej i zbawieniu dusz. Na pewno o wiele potrzebniejsze byłoby wzniesienie świątyni dla sprawowania liturgii tradycyjnej czy klasztoru dla zakonu sprawującego tę liturgię. Także wsparcie finansowe tej typu instytucyj byłoby wartościowe, choć nie przyniosłoby tyle rozgłosu. Innymi słowy: wartość użytkowa dla celów religijnych jest znikoma, właściwie bliska zeru, gdyż to miejsce nie nadaje się do sprawowania sakramentów, nauczania wiary, czy choćby do modlitwy osobistej. Czy wybór akurat takiego wotum nie wynika także z szukania chwały własnej, należałoby rozważyć. Pan Bóg osądzi. 

Co do szczerości pobożności fundatorów można mieć wątpliwości chociażby z powodu obecności na uroczystości poświęcenia słynnego elektryka o pseudonimie "Bolek". Skoro przybył, to widocznie został zaproszony, więc zapewne łączy go coś z fundatorami, a to nie świadczy o nich dobrze. Chodzi oczywiście o obiektywne kryteria, nie subiektywne odczucia. 

Jako że chodzi o okazały monument, istotna jest także wartość sakralno-estetyczna. Sakralność wymaga stosowania czy przynajmniej przestrzegania zasad Kościoła co do dzieł sztuki. Według informacyj pochodzących od autora - rzeźbiarza Adama Matejkowskiego - sporządził on najpierw rzeźbę próbną w miniaturze, która została umieszczona przy jakimś kościele. Nie wiadomo, czy po to, by oswoić z nią katolików, czy też po to, by zasięgnąć ich opinii. W każdym razie wynika z tego, że zarówno fundatorzy jak też autor w czasie prac nad figurą byli w kontakcie z władzami kościelnymi, przynajmniej z parafią, a prawdopodobnie także z władzami diecezji włocławskiej. Nie wiadomo, jak współpraca przebiegała, jednak wiadomo, że przynajmniej efekt końcowy uzyskał aprobatę diecezji, skoro biskup miejsca dokonał uroczystego poświęcenia. Tyle w kwestii formalnej. Pozostaje pytanie, czy ta figura odpowiada kryteriom sztuki sakralnej, stosowanym przez Kościół. Należy oczywiście odróżnić kryteria tradycyjne od kryteriów obecnie będących w użyciu. 

W ogólnym wrażeniu figura ma charakter sakralny przynamniej w tym znaczeniu, że jest harmonijna i nie straszy dziwnymi szczegółami. Wyjątkiem jest wyexponowanie piersi, co może razić zarówno estetycznie - jako erotyzacja - jak też historycznie, gdyż w kulturze starotestamentalnej czy ogólnie semickiej niedopuszczalne byłoby ukazywanie matki, a zwłaszcza świętej osoby w ten sposób. Nawet jeśli autor nie miał zamiaru erotyzacji, to miał obowiązek wziąć pod uwagę zarówno historyczność przedstawienia, czyli zgodność z faktycznym ubiorem niewiasty galilejskiej w owych czasach, jak też oddziaływanie na szeroką publiczność, skoro figura ma mieć szeroki zasięg i charakter de facto publiczny. Dziwne, że władze kościelne nie zwróciły uwagi na ten aspekt, albo zauważyły i jednak zlekceważyły. 


Post scriptum

Prześledzenie wątku "shekhinah" w judaiźmie zwłaszcza kabalistycznym daje ciekawe powiązania niestety na niekorzyść posągu konotopieńskiego. 

Najpierw widać dość wyraźne nawiązania symboliczne:


Wątek erotyczny związany z shekhinah jest bardzo wyraźny. Posąg konotopieński przedstawia nie matkę, lecz oblubienicę, podczas gdy tzw. Protoewangelia w Księdze Rodzaju mówi o Niewieście jako matce, której potomstwo zmiażdży głowę węża. Zupełny brak nawiązania do macierzyństwa oraz brak stóp miażdżących szatana jest bardzo znaczący. Znamienne jest także powiązanie postaci z koroną drzewa, co bezpośrednio odsyła do kabały. Oto dowody z książki słynnego autora żydowskiego (źródło tutaj):



Owszem, są pewno różnice w szczegółach, jednak mimo tego pewne jest, że symbolika tego posągu jest o wiele bliższa kabalistycznemu systemowi znaków niż znakom, zasadom i wymowie sztuki chrześcijańskiej. 

Czy pomnik w Domostawie jest nadużyciem?


W związku z odsłoniętym wczoraj (14.07.2024) pomnikiem ofiar zbrodni ludobójstwa na Wołyniu otrzymałem następujące pytanie:

Otóż, dokładnie biorąc, mamy tutaj jedynie zarys krzyża wewnątrz orła, czyli użycie krzyża jedynie jako symbolu, nie jako znaku ściśle religijnego, który byłby przedmiotem kultu. Wygląda na to, że artysta to przemyślał. Nie dostrzegam więc nadużycia znaku krzyża.

Osobiście wolałbym, gdyby krzyż wieńczył koronę na orle, gdyż oznaczałoby to związek państwa polskiego z chrześcijaństwem. Nie wiem, dlaczego artysta wybrał wersję lewacką - piłsudczykowską - orła. Prawdopodobnie z powodów historycznych, gdyż wtedy takie było oficjalne godło państwowe. 

Użycie symbolu krzyża jako zarysu w otwartym ciele orła nawiązuje do oznaczenia okrutnej śmierci, jaka była zadawana ofiarom, w tym także kapłanom katolickim. Dla wyrażenia wręcz diabelskiego okrucieństwa artysta wybrał drastyczne przedstawienie dziecka nadzianego na trójząb. Niewinność dziecka pasuje do chrześcijańskiego znaczenia krzyża jako znaku Męki i Śmierci Jezusa Chrystusa. 

Podkreślam: pomnik - ani ten, ani żaden inny - nie jest obiektem kultu religijnego, lecz obiektem zasadniczo świeckim. To nie wyklucza włączenia symbolu religijnego, jakim jest krzyż, oczywiście z zachowaniem odpowiedniego znaczenia i szacunku. W tym wypadku to zostało zachowane, choć emocjonalnie razić może połączenie z drastycznym nawiązaniem do wydarzeń historycznych, co zresztą zapewne zostało przez artystę zamierzone. 

Pytania o sztukę kościelną


1. Anachronizmy nie muszą być sprzeczne z prawdziwością historyczną. W zasadzie prawdziwości historycznej chodzi o zgodność z wydarzeniami, czyli o taką ich prezentację, która daje odbiorcy dostęp do wydarzenia historycznego. Ten dostęp jest możliwy a być może nawet konieczny poprzez posłużenie się współczesnymi atrybutami czy symbolami godności królewskiej, biskupiej itp. 

2. Podobnie jak w 1. Istotny jest przekaz stosowny do odbiorcy. Odbiorca wschodni zna strój biskupi wschodni, zachodni zbiór mu niewiele mówi. 

3. Putto to, o ile wiem, wynalazek barokowy. W nim jest zawarte nawiązanie do niewinności dziecięcej. Można z tym dyskutować. Wiadomo, że nie jest to rozwiązanie idealne. Nie wiem, czy istnieje lepsze. W każdym razie fałszu nie widzę. 

4. Takie przedstawienie nawiązuje do Księgi Daniela 7, czyli ma solidną podstawę biblijną. 

Jakie są zasady sztuki kościelnej?



Od lat 60-ych ubiegłego stulecia jesteśmy świadkami niebywałego niszczenia i deptania nie tylko liturgii Kościoła, lecz także sztuki kościelnej, która jest przecież ściśle związana z liturgią i przestrzenią liturgiczną. O muzyce czyli sztuce akustycznej już się wypowiadałem (por. tutaj). Z powodu niedawnego wydarzenia w pewnej wiosce w archidiecezji gnieźnieńskiej, gdzie umieszczono w ołtarzu głównym wręcz bluźnierczy kicz, zresztą aż rażąco gryzący się z istniejącym historycznym wystrojem, wypowiem się po krótce także o sztuce plastycznej.

Pewna "artystka" z Krakowa popełniła "dzieło" na zamówienie proboszcza i przy wsparciu dziwnego człowieka o nazwisku Dariusz Karłowicz (szefa tzw. Fundacji Św. Mikołaja i rocznika "Teologia Polityczna"), który organizuje zbiórkę pieniędzy dla tego przedsięwzięcia:


Na szczęście, powodzenie jest póki co niewielkie. Widocznie normalni ludzie trzeźwo oceniają to "dzieło", więc prawdopodobnie będzie musiał dołączyć kasiasty sponsor, który uzna zaśmiecenie kościoła czymś takim za stosowne. Oto ów obraz w zbliżeniu wraz z jego autorką:


Jak widać, postać Mariji nie ma nic z piękna typowego dla klasycznych obrazów. Jest uroda najwyżej przeciętnej kobiety i to nie najmłodszej, co jest sprzeczne z historią (w Izraelu wówczas wychodziły za mąż kilkunastoletnie dziewczęta). Zaś postać Dzieciątka Jesus jest wybitnie - przepraszam za wyrażenie - szkaradna. Ujęcie Dzieciątka przez Matkę nie ma nic z czułości, wzrok Matki jest jakby nieobecny i mroczny. Dzięciątko jakby odpychało się od Matki, wzrok ma jakby dziecka upośledzonego umysłowo. A nie jest to pierwszy obraz "religijny" tejże autorki, gdyż miała ona na swoim koncie - a jakże, na fali szału miłosierdzizmu łagiewnickiego - obraz "Jezusa miłosiernego": 


O tym wcześniejszym obrazie mówi tak:


Tak więc przyznaje wprost, że chodzi o jej prywatny pomysł i jej prywatną ambicję, nie o prawdę czy to teologiczną, czy choćby historyczną: 


Zwróćmy uwagę na wizerunek Pana Jezusa:


To jest twarz kogoś z połączeniem upośledzenia umysłowego, przepicia alkoholowego i narkomanii. To jest o wiele więcej niż kicz. To jest ohydne bluźnierstwo z Jezusa Chrystusa oraz szydzenie z wiary chrześcijan. 

A kimże jest ta autorka, o której "arcydzieła" zabiega elyta duchowna i świecka? Na swojej stronie internetowej podaje ona bardzo skrótowo swój życiorys "artystyczny":

Pośród swoich dokonań podaje między innymi następujące znamienne "arcydzieła":


Tym samym jest dość jasne, do jakich kręgów i środowisk ona należy.

Jak to możliwe, że akurat taką osobę kato-modernistyczne środowiska upodobały sobie na quasi nadworną "artystkę"? Ano wynika to przede wszystkim czy to z ignorancji, czy przynajmniej z pogardy dla zasad, którymi Kościół się od wieków kierował sprawując mecenat nad wieloraką sztuką, zwłaszcza w przestrzeni sakralno-kościelnej. Jakie to są zasady?

Klasykiem teologii sztuk plastycznych jest św. Jan Damasceński, Ojciec i Doktor Kościoła z końca VII i początku VIII w., łączący swym autorytetem chrześcijaństwo wschodnie i zachodnie. W swoich mowach apologetycznych przeciwko obrazoburcom wypracował on główne zasady sztuki chrześcijańskiej, zwłaszcza tej przeznaczonej do użytku kościelnego w sensie ścisłym, czyli w liturgii oraz w pomieszczeniach liturgicznych czyli świątyniach. Są to po krótce:

1. Prawdziwość historyczna, czyli zgodne z prawdą historyczną przestawianie wydarzeń i osób. Św. Jan Damasceński mówi tutaj o konieczności widzenia oczami ciała, bądź przynajmniej przez wizję wewnętrzną w znaczeniu doświadczenia mistycznego pochodzącego od Boga. Innymi słowy: wolno przedstawiać tylko to, co było widziane przez świadków danych wydarzeń, jak wydarzenia z Ewangelii czy Dziejów Apostolskich, bądź co widziane w autentycznym widzeniu mistycznym, jak w Apokalipsie św. Jana. Stąd się bierze kanon wizerunku Jezusa Chrystusa i Jego Matki w ikonografii wschodniej. Przestrzeganie tego kanonu jest konieczne dla autentyczności obrazu. W chrześcijaństwie zachodnim niestety już pod koniec średniowiecza dość swobodnie traktowano tę zasadę, oczywiście ze szkodą dla jakości sztuki religijnej także w przestrzeni sakralnej. 

2. Prawdziwość teologiczna, czyli zgodność treściowa z Bożym Objawieniem podanym w Piśmie św. i Tradycji Kościoła. Zachodzi tutaj oczywiście ścisły związek z prawdziwością historyczną, jednak nie są to wymiary tożsame. W sztuce zachodniej zachowywano prawdziwość teologiczną, mimo swobodnego traktowania prawdziwości historycznej. 

3. Funkcja medialna, czyli personalno-religijna, to znaczy pośrednictwo w nawiązaniu osobistej relacji wierzącego z przedstawionymi osobami i wydarzeniami. Łatwo zrozumieć ścisłą zależność od prawdziwości zarówno historycznej jak też teologicznej. 

4. Funkcja katechetyczno-pedagogiczna, czyli pouczanie o wydarzeniach i osobach, które prowadzi do internalizacji i naśladowania wzorów oraz wyrażonych zasad moralnych. 

Dopiero spełnienie tych wszystkich kryteriów w stopniu przynajmniej dostatecznym kwalifikuje dane dzieło do użytku kościelnego w znaczeniu umieszczenia w przestrzeni sakralnej. Są to kryteria obiektywne, niezależne od uczuć czy upodobań estetycznych. A obiektywizm jest koniecznym warunkiem zdatności do użytku publicznego. O tym niestety regularnie się zapomina od ponad pół wieku, we wręcz opętanym szale unowocześniania i pogoni za nowościami, przy równoczesnym lekceważeniu czy wręcz pogardzie dla zdrowego wyczucia zwykłych wiernych na poziomie choćby estetycznym. Gdyby poddawano pod głosowanie zwykłych wiernych "dzieła" nowoczesnych "artystów", to z całą pewnością przynajmniej 95% z nich nigdy by się nie znalazło w kościołach. Tymczasem szkaradota "nowoczesnej sztuki" jest brutalnie narzucana katolikom przez pasterzy, którzy zwykle sami nie mając trzeźwego osądu, a za to w szalonym pędzie za "nowoczesnością" dają sobie i swoim wiernym wcisnąć wręcz bluźniercze twory chorych, a niekiedy wręcz kipiących pogardą do wiary katolickiej umysłów rzekomo wielkich "artystów". 

Oczywiście nie wystarczy narzekać i odrzucać. Trzeba starać się o alternatywę do bluźnierczego kiczu, który zalał i nadal zalewa świątynie katolickie. Prawdziwa alternatywa musi sięgać do odwiecznych zasad Kościoła w odniesieniu do sztuki. Tutaj jest rola odpowiedniego wykształcenia i wychowania prawdziwie katolickich artystów. 

Czy nagość w sztuce jest grzechem?


Pod względem teologicznym nagość sama w sobie - czy to w sztuce, czy na "żywo" - nie jest złem, gdyż Pan Bóg stworzył człowieka nagim i tak przychodzi na świat każdy człowiek. Jednak to nie jest koniec sprawy w perspektywie teologicznej, która zawiera także prawdę filozoficzną o człowieku, czyli antropologiczną.

Księga Rodzaju mówi o tym, jak po upadku grzechowym pierwsi rodzice "poznali, że są nadzy" (2, 25). To poznanie ma związek z grzechem, ale nie wynika z grzechu, ani tym bardziej nie jest grzeszne. Także samo nagość nie jest grzeszna. W upadku grzechowym człowiek poznał siebie lepiej, swoją słabość, ułomność, także złość moralną, mimo naturalnej doskonałości. W świetle teologii katolickiej można powiedzieć, że dopiero po upadku grzechowym pierwsi rodzice poznali, że ich ciała są stworzone jako płodne czyli przeznaczone do rozmnażania się, a sposób prokreacji jest nie tylko związany z bólem i cierpieniem (z powodu zarówno namiętności jak też cieleśnie), lecz także w pewnym sensie poniżający i uczący pokory. To jest właśnie podstawa i powód wstydu, który doprowadził do zasłonięcia narządów rodnych jako wstydliwych. Dla jasności: ani samo ciało ludzkie, ani przekazywanie życia jako takie nie jest wstydliwe, lecz jego sposób owszem. To są istotne niuanse, które mają konsekwencje dla postawionego pytania.

Po pierwsze, każdy zdrowo wychowany człowiek ma naturalne i spontaniczne poczucie wstydu, które jest właściwie niczym innym niż aktualizacją poczucia wstydu pierwszych rodziców, choć nie zawsze reflektowaną i świadomą. Jedynie osobowości patologiczne nie mają naturalnego oporu w pokazywaniu się nago publicznie czy nawet wobec osób bliskich bez konieczności. To poczucie powinno być respektowane także w sztuce.

Po drugie, sztuka - przynajmniej prawdziwa - nie jest prostą prezentacją rzeczywistości, lecz pochodzi z zamysłu artysty i ten zamysł wyraża. Dlatego istotne jest, z jakim zamysłem artysta przedstawia nagie ciało, gdyż ma to wpływ na treść przedstawienia i tym samym na ocenę moralną. Innymi słowy: samo namalowanie nagiego ciała nie musi być grzeszne. Grzeszny może być natomiast zamysł. Jeśli w zamyśle jest pobudzanie namiętności i pożądliwości, wówczas takie dzieło jest z założenia grzeszne, co zwykle ma też swój wyraz w sposobie przedstawienia. Jeśli natomiast zamysłem jest oddanie piękna ciała dla wyrażenia prawdy duchowej, wówczas nie jest to przedstawienie grzeszne samo w sobie, nawet jeśli może być wykorzystane w sposób nieuporządkowany czyli grzeszny.

Po trzecie: Ponieważ sztuka jest środkiem wyrazu wymykającym się kategoriom doktrynalnym, czyli racjonalno-pojęciowym, dlatego nie ma oficjalnych ogólnych reguł Kościoła odnośnie sztuki, to znaczy formalnych granic godziwości. Tym samym sprawa jest pozostawiony wyczuciu duszpasterzy oraz wiernych. I to zasadniczo wystarczy, gdyż racjonalnie myślący i moralnie ukształtowany człowiek jest w stanie odróżnić nagość w sztuce, jak na przykład w Sądzie Ostatecznym Michała Anioła, od nagości w pornografii.

Po czwarte: Tym samym każdy musi samodzielnie, ale dzięki spowiednikowi i sakramentom świętym, uporać się z obrazami spotykanymi czy to w sztuce czy na co dzień. Jest oczywiście coś innego niż szukanie podniecenia i zaspokojenia namiętności w pornografii, co jest oczywiście destrukcyjne dla osobowości i zdrowia duchowego, także psychicznego. Podstawą jest zachowanie zdrowego rozsądku czyli zasadniczego rozumienia ciała ludzkiego, w tym nagości, w świetle prawd wiary katolickiej. Konkretnie chodzi o uznanie dobroci ciała, wraz ze sferą sexualną, ale w połączeniu z uznaniem ułomności, słabości i podatności na grzech czyli zło. Takie trzeźwe podejście wymaga uporządkowania myślenia, a to prowadzi do pracy nad sobą dla uporządkowania namiętności, nie do ich niszczenia (co jest zresztą niemożliwe).

Czy nagi model grzeszy?


Występowanie nago poza sytuacją intymną w małżeństwie i poza koniecznością (np. podczas koniecznych badań lekarskich czy zabiegów) jest sprzeczne z naturalnym poczuciem wstydu, które służy ochronie godności osoby ludzkiej oraz sexualności. Dlatego ubiór, przynajmniej minimalny, jest jedną z oznak odróżniających człowieka od zwierząt. Tylko człowiek ma poczucie wstydu, w przeciwieństwie do innych istot żywych. To poczucie wyraża ludzką wrażliwość odnośnie stosunków międzyludzkich, stanów emocjonalnych oraz rozumnego i duchowego wymiaru człowieczeństwa. Pozbywanie się tego poczucia, jego zwalczanie i gwałcenie uderza ostatecznie w godność człowieka, zwłaszcza gdy służy lubieżności czy komercyjnej pseudosztuce. Dlatego szanujący swoją godność człowiek, zwłaszcza katolik, nie powinien pod żadnym pretextem godzić się na takie występowanie czy swoje czy innej osoby. Państwo ma obowiązek zakazać zmuszania do tego typu sytuacyj, zwłaszcza w ramach systemu szkolnictwa, gdyż jest to pogwałcenie sumień i osobowości.

Jeśli ktoś jest zmuszany do tego typu czynności, czy jako model czy artysta, to ma prawo i obowiązek przeciwstawić się. Jeśli nie widzi problemu w takich czynnościach, to powinien poważnie zastanowić się nad swoim poczuciem wstydu i naturalnym wyczuleniu na godność swoją oraz innych osób.

Nie chodzi tutaj o purytanizm, który z genezy i natury jest protestancki, a wynika z fałszywej pogardy dla cielesności oraz niewłaściwego rozumienia grzeszności. Katolicka teologia docenia dobroć, piękno i godność dzieła stworzenia, w tym także ciała ludzkiego. Dlatego właśnie wymaga szacunku dla niego, co oznacza zastrzeżenie korzystania z niego w odpowiedni sposób, mianowicie nie dla nieuporządkowanego pobudzania i zaspokajania pożądliwości, jak ma to miejsce w tzw. sztuce.

W tym temacie często wskazuje się np. na freski przedstawiające Sąd Ostateczny w Kaplicy Sykstyńskiej. Rzeczywiście obraz przedstawia nagie czy prawie nagie ciała ludzkie. Należy jednak zwrócić uwagę, że obrazy te nie mają charakteru sexualnego czy pożądliwego. Prawdziwa sztuka potrafi właśnie tak przedstawić, że u normalnego odbiorcy nie powoduje to niewłaściwego pobudzenia zmysłowego. Wynika to przede wszystkim z podejścia i zamysłu artysty. Postacie namalowane przez Michała Anioła nie mają w sobie nic wyzywającego, mimo - a raczej właśnie dlatego - że przedstawiają bardziej ideał piękna ciała ludzkiego niż realne ciała. Do stworzenia takich obrazów artysta nie musiał mieć przed sobą żywych modeli.

Jak odróżnić muzykę dobrą od złej?


Władze Kościoła regulują prawnie jedynie muzykę kościelną, czyli wykonywaną w ramach liturgii oraz w pomieszczenia kościelnych czyli przeznaczonych dla kultu Bożego. Osąd odnośnie innych rodzajów muzyki pozostawia się roztropności duszpasterzy oraz samych wiernych. Wiąże się to z tym, że - w odróżnieniu od wypowiedzi słownych, czy to pisemnych czy ustnych - muzyka działa zasadniczo na uczucia i emocje, zaś treść słowna pełni w niej rolę jedynie drugorzędną i podrzędną. Tym samym przekaz i odbiór jest zasadniczo subiektywny i trudno uchwytny doktrynalnie, aczkolwiek stosowalne są także kryteria racjonalne, czego dowodem jest cała dziedzina krytyki muzycznej czy w ogóle sztuki. Odnośnie wszelkich rodzajów i dziedzin sztuki Kościół zwykł działać zasadniczo przez inspirację, patronat i tworzenie wzorców, dzięki czemu powstał przebogaty zasób dzieł, który nie tylko na zawsze pozostanie istotną i najcenniejszą częścią dorobku ludzkości, lecz stale może służyć jako punkt odniesienia, natchnienie i wzór dla następnych pokoleń. Akurat w dziedzinie muzyki postawa Kościoła nacechowana jest życzliwą opieką oraz zaufaniem do zdrowego gustu i wyczucia zarówno wiernych jak też wszystkich ludzi dobrej woli. Człowiek, którego duch, uczucia i wrażliwość są ukształtowane przez prawdy wiary oraz zdolność odróżniania dobra od zła, ma także wyczucie piękna, które jest odblaskiem doskonałości, harmonii i dobroci samego Boga. Także tutaj ma zastosowanie reguła: pokaż mi, co lubisz, a powiem ci, kim jesteś, czyli co masz w sercu.

Znane powiedzenie, że muzyka łagodzi obyczaje, zawiera w sobie dwa zasadnicze aspekty: po pierwsze, muzyka służy expresji, głównie uczuć, ale także poniekąd treści, po drugie także moderuje i kształtuje uczucia zarówno twórcy jak też odbiorcy, przez co ma wpływ nie tylko na sferę emocjonalną i psychiczną, lecz również na zachowanie, postawy, a nawet - przynajmniej pośrednio - na przekonania i poglądy. Istnieje więc jakby sprzężenie zwrotne: słuchamy tego, co ma pewien oddźwięk w naszym wnętrzu, i równocześnie poddajemy się tegoż wpływowi, przynajmniej przez to, że pozwalamy wzmocnić w sobie odpowiednie emocje, odczucia czy fantazje.

Tym samym nie jest bynajmniej obojętne, jakiej muzyki słuchamy, w znaczeniu zarówno rodzaju i gatunku jak też konkretnych twórców. Wiadomo przecież, że akurat w dziedzinie muzyki cechy indywidualne twórczości są szczególnie mocne i tak wyraźne, że bardzo łatwo jest odróżnić utwory poszczególnych twórców nawet w ramach jednego gatunku, stylu czy nurtu. (Jedynym wyjątkiem jest muzyka gregoriańska, czyli liturgiczna Kościoła, która nie tylko nie podaje poszczególnych kompozytorów lecz de facto nie daje możliwości odróżnienia, ponieważ indywidualne cechy są praktycznie nieobecne, a przynajmniej zupełnie ukryte pod jednorodnością gatunkową, łączącą prostotę zasad z wolnością i bogactwem ich stosowania.)

Jak więc katolik może i powinien dobierać sobie muzykę do słuchania? Czy wystarczy słuchać tego, co mi się subiektywnie podoba, co po prostu lubię?

Najpierw należy wziąć pod uwagę, że nasze upodobania estetyczne są wynikiem wpływów i ukształtowania już od bardzo wczesnego wieku. Naukowo jest właściwie pewne, że wpływ mają już nawet wrażenia akustyczne z okresu prenatalnego. Tym ważniejsze i brzemienne w skutki jest to, czego słuchają dorastające dzieci, a jest to zwykle muzyka, którą lubią i słuchają rodzice i najbliższe otoczenie. Nie jest przypadkiem, że wielcy muzycy w dziedzinie klasycznej pochodzą i są wychowywani z reguły w rodzinach o takich zamiłowaniach. Natomiast brak kultury muzycznej w domu jest typowy dla upodobania w gatunkach popkulturowych w szerokim znaczeniu. Oczywiście indywidualnie granice bywają płynne, tzn. także wybitni wykonawcy muzyki klasycznej nierzadko słuchają czy nawet grają muzykę nowoczesną. Znacznie gorzej jest w drugą stronę: kto wychował się wyłącznie w popkulturze, ten bardzo rzadko interesuje się i znajduje upodobanie w muzyce klasycznej. Uświadomienie sobie uwarunkowań, które przynajmniej miały znaczący wpływ na wrażliwość i gust muzyczny, powinno być początkiem ich relatywizacji. Innymi słowy: nie wystarczy poprzestać na tym, że coś mi się podoba. Powinienem przynajmniej dopuścić możliwość, że to upodobanie może być zbyt zawężone, czy wręcz niedobre i szkodliwe.

Alarmującym sygnałem powinno być upodobanie w twórczości wyraźnie destrukcyjnej. Jak ją rozpoznać? Są tutaj kryteria subiektywne i obiektywne.

Najprostszym obiektywnym kryterium rozpoznawczym jest życie danego twórcy, mianowicie pod względem moralnym i duchowym. Wiadomo przecież, że twórczość jest wyrazem nie tylko odczuć i poglądów, lecz także stanu duchowego twórcy. Szczególnie w młodym wieku odbiorca utożsamia się nie tylko z przekazem danego utworu lecz także poniekąd z twórcą, który wyraża siebie (czy coś ze siebie) w przekazie. Oczywiście jest też możliwy odbiór z krytycznym dystansem, jednak wymaga to pewnej dojrzałości intelektualnej, emocjonalnej i osobowościowej, co zwykle nie jest cechą wieku młodzieńczego. Konkretnie: jeśli dany twórca ma problem z alkoholem, narkotykami, sexualnością i w ogóle z etyką, to powinien być traktowany przynajmniej ostrożnie, a właściwie wręcz unikany, nawet jeśli wykazuje wybitny talent, a jego przekaz pobudza emocje. Nie chodzi o to, że każdy twórca musi być świątobliwy czy nienaganny by zasługiwać na słuchanie. Chodzi o zwrócenie uwagi na to, jakie konsekwencje w życiu danego twórcy ma przekaz, który on podaje, przy czym chodzi bardziej o przekaz emocjonalny niż racjonalno-werbalny.

Drugim kryterium obiektywnym, nie mniej istotnym, są poglądy danego twórcy, czyli jego przekonania co do zasadniczych kwestii odnośnie życia i świata. Jeśli ktoś ma fałszywy światopogląd, to ma to nieuchronnie wpływ nie tylko na jego osobowość lecz także na twórczość i tym samym na tych, którzy tę twórczość konsumują. Nie chodzi o to, że katolik powinien słuchać tylko twórczości katolików. Jest oczywiste, że jest sporo twórców niekatolików, których twórczość jest piękna, wzniosła, budująca i uszlachetniająca. Z drugiej strony nie brakuje katolików, których dzieła bywają nawet gorszące. Chodzi tutaj bardziej o kryterium negatywne: Gdy dany twórca swoimi poglądami zwalcza religię, Kościół i moralność, to z całą pewnością ma to swój wyraz także w jego muzyce, nawet jeśli nie podejmuje ona tej tematyki wprost.

Podsumowując:

1. Jeśli ktoś ma upodobanie w muzyce tworzonej przez kogoś niemoralnego i zwalczającego religię, Boga i Kościół, to powinien być zaniepokojony stanem swojego wnętrza oraz tegoż konsekwencjami.

2. Kto szuka muzyki pożytecznej, uszlachetniającej, ten powinien zwracać uwagę nie tylko na poziom artystyczny, lecz także na poglądy oraz życie danego twórcy, czyli jego stan duchowy i moralny.

3. Osoba o zdrowym i mocnym kręgosłupie duchowym i moralnym może dla wiedzy, rozeznania i nawet dla rozrywki zapoznawać się także z dziełami innych twórców, o ile nie oznacza to poparcia dla nich czy marnowania czasu i środków.

4. Dbałość o czystość własnego serca przez pogłębianie wiary, modlitwę i przyjmowanie sakramentów, wyposaża w odpowiednie wyczucie duchowe także odnośnie konsumpcji dóbr kultury.