Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jurek M.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jurek M.. Pokaż wszystkie posty

Dziurawy jubileusz warszawski (z post scriptum)

 

Sprawa jest bardziej historyczna niż teologiczna, jednak teologia obejmuje także historię, zwłaszcza gdy chodzi o życie Kościoła, które zawsze jest powiązane z lepszą czy gorszą teologią. 

Zdaję sobie sprawę, że niniejszym narażam się na zarzut pisania o sobie czy swoich zasługach. Jednak intencją moją jest tylko pisanie o faktach, których ocenę pozostawiam P. T. Czytelnikom. Chodzi bowiem o artykuł redaktora naczelnego kwartalnika "Christianitas", z którym niegdyś - w zamierzchłych początkach tego czasopisma - współpracowałem, czego zresztą nie da się ukryć. Chodzi w nim o początki tzw. indultu w Warszawie. Zapoznawszy się z owym textem (dostępnym tutaj) musiałem kilka razy parsknąć śmiechem. Otóż rozśmieszyło mnie kilka rzeczy, ale zwłaszcza pomijanie mojego udziału w owych wydarzeniach, które nie może być przypadkowe, gdyż zarówno sam Paweł Milcarek był w centrum wydarzeń, w których uczestniczyłem, jak też wszystkie wspomniane w tekście osoby, które wtedy poznałem osobiście i to dość intensywnie. Wprawdzie nie zostałem zupełnie pominięty, choć na to w międzyczasie widocznie zasłużyłem (😁), co oczywiście - mianowicie w postaci wzmianki w nawiasie o Triduum - należy docenić. Tym niemniej czuję się w obowiązku dorzucenia faktów, które wydają mi się istotne dla pełniejszego i prawdziwszego obrazu tamtego czasu. Zaznaczam, że podaję z pamięci (która - nie chwaląc się - często uchodzi za słoniową), gdyż nie dysponuję żadnymi materiałami archiwalnymi oprócz osobistej korespondencji, która może mieć znaczenie jedynie częściowo i pomocniczo. Pan Milcarek natomiast dysponuje zapewne biuletynem duszpasterstwa, o którym wspomina w tekście. 

Przede wszystkim nie jest prawdą, że "autoryzowane" przez władze diecezjalne celebracje Mszy św. w tradycyjnym rycie zaczęły się dopiero w czerwcu 1996 r. Chodzi tutaj o coniedzielne Msze św. sprawowane przez opiekuna wyznaczonego przez władze archidiecezji warszawskiej. Natomiast dużo wcześniej, mianowicie od września 1995 r. celebrowałem w Warszawie średnio co 2-3 miesiące, oczywiście także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych, czyli w sposób "autoryzowany", nie pokątny czy tajny. Na pewno celebrowałem na początku września 1995 r., w tym dokładnie 3-ego września w święto św. Piusa X (to było w jakimś kościele na Żoliborzu, dokładnie nie pamiętam), potem na początku grudnia (podczas wizyty wraz z x. Emmerson'em z Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra), potem jeszcze kilka razy w pierwszej połowie 1996 r. Wszystkie celebracje odbywały się za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Świadkiem tego jest przede wszystkim Wojciech Środoń (wówczas student prawa, związany z czasopismem Pro fide, rege et lege), który zajmował się zarówno kontaktami z kurią jak też organizacją Mszy św., czyli przede wszystkim pertraktacjami z proboszczami i rektorami kościołów. 

Dla pełności obrazu wydarzeń wspomnę, że po pobycie w Warszawie we wrześniu 1995 r. pojechałem na zaproszenie do Poznania na 2-3 dni, po czym do Gdyni, również na kilka dni, a w końcu do Kalisza, gdzie także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych przewodniczyłem ceremonii zawarcia sakramentu małżeństwa Piotra Tryjanowskiego (także znajomego Marka Jurka, obecnie profesora na UAM w Poznaniu) z małżonką w sanktuarium św. Józefa. Jadąc z Kalisza do Austrii miałem przymusowy dłuższy pobyt w Krakowie (z powodu stłuczki samochodu), gdzie także sprawowałem Mszę św. tradycyjną za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Ówczesny biskup pomocniczy w Krakowie, obecny kard. Nycz, wydał mi po polsku (mój celebret był po łacinie) potwierdzenie prawa do celebracji. 

Także po objęciu funkcji opiekuna przez x. Jana Szymborskiego (tak, to krewny żydokomunistycznej noblistki) bywałem w Warszawie dość często. X. Szymborski bez problemu odstępował wówczas swoją Mszę św. niedzielną, godził się także na dodatkowe Msze św., tudzież na prowadzenie przeze mnie rekolekcyj (prowadziłem przynajmniej raz wielkopostne i przynajmniej raz adwentowe, dokładnie nie pamiętam). Chrzciłem także dzieci, w tym jedno dziecko Pawła Milcarka (nie pamiętam, czy to było pierwsze dziecko Michałek, czy Marysia, u któregoś chyba uzupełniałem obrzędy Chrztu św.) oraz innych 2-3 rodzin, nie licząc trójki dzieci innego znajomego Marka Jurka, Bogusława Kiernickiego, obecnie prezesa fundacji, która wydaje kwartalnik P. Milcarka (chrzty były w Gorzowie i koło Poznania, gdzie jechałem za każdym razem na własny koszt, a nikt się nawet nie zapytał, czy mam za co, przy czym w Gorzowie służył mi do Mszy św. inny znajomy Marka Jurka, obecny profesor Grzegorz Kucharczyk, któremu potem dwukrotnie za darmo poprawiałem tłumaczenie z niemieckiego książki x. Klaus'a Gamber'a). Grafik i fotograf związany z "Christianitas" Paweł Kula tak sobie załatwił ceremonię ślubu, że proboszcz parafii x. Bronisław Piasecki sprawował samą ceremonię ślubną, mnie natomiast powierzono sprawowanie Mszy św. za nowożeńców (to był chyba wrzesień 1997 r.). Była też pierwsza Komunia św. młodszej córki Marka Jurka. Z obecnych znanych mi celebrytów na Mszach św. bywali m. in. Paweł Lisicki, śp. Artur Górski, Paweł Kwaśniak, Dominik Zdort (jego znajomych, braci Janowskich, chrzciłem sub conditione podczas Triduum w 1997 r.), Łukasz Warzecha, przewinął się także Stanisław Krajski, wówczas spoza Warszawy Artur Zawisza, Arkadiusz Robaczewski, Konrad Szymański, Marcin Libicki i Jan Filip Libicki. 

Od 1997 r. do 2002 r. włącznie, czyli przez sześć kolejnych lat, celebrowałem liturgię Triduum w kościółku św. Barbary w centrum (przy parafii Wszystkich Świętych), gdzie doznałem rzeczowej życzliwości tamtejszego x. proboszcza. Zresztą celebrowałem tam także poza Triduum. Znacznie mniej życzliwy był natomiast rektor kaplicy Domu im. Piusa XI (hotel kościelny nieopodal), gdzie mnie kwaterowano (na początku kwaterowano mnie także prywatnie u Pawła Witaszka w Brwinowie). Gdy pozwoliłem wiernym na udział we Mszy św. w kaplicy, x. rektor zrobił awanturę, po czym zmieniono mi kwaterę na hotel sejmowy (chyba począwszy od 1997 r.). Ówczesny rektor kaplicy sejmowej, śp. x. Piotr Pawlukiewicz, nie robił żadnych trudności. Przeważnie jednak celebrowałem w kościołach, gdzie odbywały się Msze św. niedzielne, czyli u Dzieciątka Jezus, w Res Sacra Miser i też u św. Benona. O ile mi wiadomo, do 2002 r. byłem oprócz x. Szymborskiego jedynym kapłanem, który celebrował tzw. indult w Warszawie.  

Od jesieni 1997 r. moje przyjazdy stały się rzadsze, gdyż zakończyłem współpracę z Bractwem Kapłańskim Św. Piotra. Zresztą nie były one konieczne, skoro był opiekun na miejscu w osobie x. Szymborskiego. Angażowano mnie okazyjnie. Stałym elementem było Triduum. Dopiero w związku z wyjazdem do Monachium w 2002 r. i podjęciem tam pracy na parafii ustały moje przyjazdy do Warszawy (i ogólnie do Polski, oprócz stron rodzinnych). 

Podsumowując: Nie byłem zaangażowany bezpośrednio w batalie wiernych z kurią i proboszczami. Przyjeżdżałem na gotowe. Z nielicznymi wyjątkami, byłem przyjmowany przez duchowieństwo w Warszawie życzliwie. Zwykle nie robiono mi trudności. Także x. Szymborski nie narzucał mi swojego stosowania nowego porządku czytań. 

Natomiast od jesieni 1997 r. relacje ze strony wiernych oziębły, a od 2002 r. ustały (szczytem tego ustania jest powyższy artykulik P. Milcarka). Docierały do mnie jakieś dąsy, które mogłem różnie interpretować (choć to ja miałbym powody, chociażby z tego względu, że zwykle nikogo nie interesowało, czy mam za co - nie mając żadnej pensji - przyjechać z Bawarii czy Austrii, a gdyby nie finansowanie moich przyjazdów przez FSSP w okresie mojej współpracy czyli do połowy 1997 r., zresztą wyraźnie niechętne, to bym musiał je finansować ze stypendiów mszalnych, które wynosiły wówczas 10 DM czyli 5 €, czyli około 150 € na miesiąc; od 1998 r. płacono mi bilet lotniczy na przyjazd na Triduum, będąc zakwaterowany w hotelu sejmowym sam opłacałem posiłki). Zaś potwierdzeniem słuszności mojej decyzji o wycofaniu się z działalności w Warszawie i w Polsce było między innymi następujące zdarzenie: Ponad rok po wydaniu mojej książki (1997) przy okazji wspomniałem Markowi Jurkowi, który załatwił Marcina Dybowskiego jako jej wydawcę, że zostałem przez tego ostatniego oszukany (mam na to dowody). Wówczas Marek Jurek odpowiedział lakonicznie: "ważne, że książka się ukazała"... 


Post scriptum 1

Jest reakcja P. Milcarka:


I jest też moja odpowiedź:



Post scriptum 2

Dla pełności obrazu dodam jeszcze, że nie jestem jedynym tego rodzaju przypadkiem. Wspomniany już w innym miejscu pierwszy Polak wyświęcony w FSSP (w 2000 r.), pochodzący z Gdyni x. Tomasz Dawidowski, wyjechał z Polski i ostatecznie opuścił FSSP, przechodząc do diecezji drezneńskiej, właśnie z powodu traktowania go nie tyle przez władze kościelne w Polsce, co przez tzw. wiernych z Poznania oraz wyświęconego kilka lat po nim x. Wojciecha Grygiel'a. Głównymi dowodzącymi byli wówczas panowie Libiccy, również bliscy znajomi Marka Jurka, zresztą będący w dobrych stosunkach z ówczesnym arcybiskupem poznańskim Juliuszem Paetz'em. Wiem od samego x. Dawidowskiego, że chciał założyć placówkę FSSP w Polsce, a największe szanse widział w Krakowie, mimo że panowie Libiccy w Poznaniu mieli dobre stosunki z tamtejszymi władzami. Natomiast placówkę w Krakowie zarezerwował dla siebie x. Grygiel, który oczywiście nie przewidział dla siebie pozycji innej niż pierwsza. Jak wiadomo, środowisko poznańskie po przewodnictwem Libickich, współpracowało z przebierańcami wrocławskimi, czyli kolesiami x. Grygiel'a (więcej tutaj). Ten ostatni - mimo że od wielu lat publicznie głosi poglądy skrajnie modernistyczne i heretyckie - ma świetne stosunki ze środowiskiem kwartalnika "Christianitas", czyli z Pawłem Milcarkiem, czego dowodem jest częsta obecność chociażby na łamach tego pisma. 

Post scriptum 3

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, istotny, chyba nawet kluczowy. Widać go na przykładzie. Otóż jednym z członków redakcji kwartalnika "Christianitas" jest Michał Barcikowski. Pojawił się w tym środowisku pod koniec lat 90-ych i odtąd należy do jego twardego jądra. Wtedy, gdy jeszcze przyjeżdżałem do Warszawy, służył mi kiedyś do Mszy św. Zapamiętałem go jako uprzejmego. Niedawno na swoim profilu na fb umieścił nawet moją książkę z 1997 r. jako jedną z najważniejszych swoich lektur. Miałem go już jakiś czas temu wśród znajomych na fb, zresztą jak większość tego grona, jednak usunąłem po tym, jak w tym środowisku zaczęły się pojawiać tekściki broniące Lecha Wałęsę, negatywne odnośnie tzw. różańca do granic itp. 


Kilka tygodni temu M. Barcikowski zaprosił mnie do znajomych, co w swojej naiwności przyjąłem, nawet nie żądając wyjaśnień. Po czym przez przypadek okazało się, że wśród polubionych ma anonimową stronkę rzucającą na mnie podłe oszczerstwa, które są perfidną zemstą za mój text o oszustach w kręgach tzw. indultowych (jest tutaj):




Tym samym okazało się znowu, kim jest to towarzystwo. A kim jest? Otóż widać to na następującym przykładzie.

M. Barcikowski należy sam wprawdzie do starszej ekipy kwartalnika i jego środowiska. Dla jego obecnego stanu charakterystyczne są kariery i powiązania młodszego, które jest promowane. Chodzi głównie o jednego młodego człowieka, szczególnie exponowanego - zapewne nie przypadkowo -  z którym Barcikowski intensywnie się prezentuje:



Kim jest Paweł Grad, można się łatwo dowiedzieć w internetach:



Oprócz środowiska P. Milcarkowego, powiązany jest z "Teologią polityczną", czyli Opus Judaei, oraz tzw. Instytutem Nauk o Człowieku, do którego kuratorów należy m. in. George Soros (źródło tutaj)...


Założyciel owego "instytutu" był oczywiście blisko związany z kręgami krakowsko-warszawskiej żydomasonerii:



Tym samym widać, kto kontroluje pisemko P. Milcarka, którego zakulisowym współzałożycielem jest Marek Jurek. A potwierdza to następujący ładny obrazek (tak, to jest ta córka, której dawałem 1-ą Komunię św.):


I jeszcze jedno potwierdzenie:



Judeo"chrześcijaństwo" Marka Jurka (z post scriptum)


Znajomość późniejszych losów niegdysiejszych znajomych bywa niekiedy bardzo przykra. Zwłaszcza wtedy, gdy z wiekiem nie pojawia się przyrost wiedzy i moralności, lecz raczej fakty, które bynajmniej nie świadczą o takim przyroście (nawet jeśli nie są one zupełnie zaskakujące). 

Marek Jurek mówi ostatnio o sobie, że nie jest czynnym politykiem. Jednak od pewnego czasu, mniej więcej od roku, pojawia się publicznie chyba tylko w jednej tematyce. Chodzi o głośny "manifest 16-tu", który jest aktem szczególnie haniebnym (więcej tutaj, tutaj, tutaj, tutaj), a także o wydarzenie nowsze, mianowicie o polemikę ze znanym historykiem i jutjuberem Piotrem Zychowiczem w kwestii wojny w Palestynie. 

Nie wchodząc w szczegóły dyskusji tych panów, która jest swoją drogą godna uwagi, zwłaszcza z powodu wiedzy i argumentów Zychowicza, zwrócę uwagę na dwa główne "argumenty" ze strony Jurka, które nie zostały odpowiednio potraktowane ani przez tego pierwszego, ani przez prowadzącego debatę Igora Janke. 

Po pierwsze, Jurek przyrównuje powstanie państwa izraelskiego do kolonizacyj, które miały miejsce w różnych okresach historii aż do XIX wieku. Jest to dość zdumiewające, gdyż świadczy albo o ignorancji historycznej, albo o zakłamaniu, albo o jednym i drugim. Jurek widocznie utożsamia kolonizację z podbojem czyli okupacją obcego terytorium należącego do innej społeczności czy wręcz innego państwa. A jednak jest sporo przykładów historycznych na błędność tego utożsamiania. Mamy przecież kolonie greckie w basenie Morza Śródziemnego, mamy kolonizację Europy Wschodniej przez Polaków i Niemców, a przedtem Niemcy osiedlali się na terenach polskich nie po to, żeby przyłączyć te z ziemie do Rzeszy czy żeby stworzyć tutaj państwo niemieckie, lecz się asymilowali i wnosili swój wkład w rozwój gospodarczy i kulturowy. Podobnie czyniła szlachta polska na Kresach. Owszem, są też inne przykłady, które, choć nazywane kolonizacją, były właściwie okrutnym, niszczycielskim i śmiertelnym dla rodzimych ludów i kultur podbojem, jak zwłaszcza w Ameryce Północnej ze strony protestantów i też żydów przybyłych z Europy. Historyk, a nawet każdy choćby średnio wykształcony człowiek ma obowiązek rozróżniania faktów i pojęć. Tak więc nazwanie tego, co się dzieje od pierwszej połowy XX w. w Palestynie, "kolonizacją" jest dość podłą manipulacją. 

Po drugie, Jurek odnosząc się do wskazania przez Zychowicza na ewidentne zbrodnie popełniane przez wiadome państwo położone w Palestynie, odpowiada, że przecież chodzi o wojnę. Zakładając, że jako historyk i podający się za katolika ma choćby blade pojęcie co do katolickiego nauczania o wojnie sprawiedliwej, nie pojmuję, jak można tak bezczelnie oszukiwać publiczność. Otóż nauczanie katolickie podaje dość wyraziste warunki, które muszą być spełnione, by dana wojna - czyli konkretnie stosowane środki w konflikcie zbrojnym - mogła zostać uznana za sprawiedliwą czyli moralnie godziwą. Są to przede wszystkim:

- przyczyną konfliktu musi być poważne naruszenie zasad sprawiedliwości na poziomie ogólnoludzkim, czyli mówiąc współcześnie naruszenie praw człowieka w skali społecznej, masowej, 

- wyczerpane zostały środki pokojowe mające zaradzić temu naruszeniu i pozostaje jedynie starcie zbrojne,

- środki zbrojne stosowane w starciu muszą być współmierne i adekwatne do celu, jakim jest przywrócenie porządku sprawiedliwości (takim środkiem z całą pewnością nie jest zabijanie ludności cywilnej czy zabór terytorium należącego do niej).

Katolik wie też, że nie chodzi tutaj o specyficznie katolicką doktrynę, nawet jeśli de facto jest ona nauczana głównie czy niemal wyłącznie przez Kościół, lecz o zasady wynikające z prawa naturalnego, które jest poznawalne rozumowo bez konieczności odwołania się do Bożego Objawienia czyli prawd wiary katolickiej. 

Nasuwa się pytanie, co doprowadziło M. Jurka do takiego stanu umysłowo-moralnego. Można się domyślać. Sapienti sat. 



Post scriptum

Pojawiła się wypowiedź jednego z polityków (czyli kolegów), która poniekąd wyjaśnia:


Z tego przykładu prawdopodobnie wynika, że M. Jurek zawsze był i jest na czyichś usługach. Można się domyślać, kto za nim stoi. 


Jaki obowiązek mieli Ulmowie?

 

Nie milknie dyskusja w sprawie rodziny Ulmów (pisałem w temacie już kilkakrotnie: tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Ostatnio znany polityk, były marszałek sejmu z ramienia PiS, Marek Jurek zaatakował posła Grzegorza Brauna, konkretnie tegoż wypowiedź z mównicy sejmowej uzasadniającą votum separatum od decyzji uchwały o ogłoszeniu roku Ulmów (tutaj). 

M. Jurek dopuszcza się niestety szeregu manipulacyj, tudzież oddziaływania na emocje, bez jakichkolwiek podstaw czy to w uniwersalnej etyce, czy nawet w katolickiej teologii moralnej. 

Główne jego zdanie brzmi:

"Zdaniem posła Brauna obowiązkiem Wiktorii i Józefa Ulmów było więc w czasie wojny odmawiać schronienia Żydom, a może nawet innych ryzykowanych form materialnej pomocy."

Po pierwsze, G. Braun nic takiego nie powiedział. Czym innym jest powiedzenie, że pierwszorzędnym obowiązkiem rodziców jest ochrona życia swoich dzieci, a czym innym, że obowiązkiem jest odmówić schronienia obcym. Owszem, w tym wypadku obowiązek ochrony życia swoich dzieci wymagał odmówienia udzielenia schronienia żydom. Jednak to nie odmowa schronienia jest przedmiotem obowiązku, lecz ochrona własnych dzieci. Odmowa schronienia wynika z pierwszorzędnego obowiązku, wynikającego z obowiązku rodzicielskiego, który jest nadrzędny wobec obowiązku co do innych ludzi. 

Następnie M. Jurek przytacza film "Milczenie", który dotyczy historii pewnego misjonarza jezuity w Japonii w XVII w., który popełnia apostazję dla ratowania życia chrześcijan. Ciągnąc swoją myśl dalej, wskazuje na żołnierzy polskiego podziemia w okresie walki z okupantem niemieckim, którzy narażali życie swoje i swoich rodzin. Zawartą w tych porównaniach swoją zdumiewającą "logikę" uzasadnia tym, że "założeniem Polaków ratujących Żydów (ten zbiór zazębia się przecież z tym drugim, zbrojnie podziemnym) też nie było narażanie bliskich, ale dzielenie się życiem z tymi, dla których pomoc stawała się warunkiem przeżycia". No cóż, to jest piękne, wręcz poetyckie ujęcie. Problem w tym, że popełnia zasadnicze pomieszanie i przekłamanie. Równie dobrze, a właściwie słuszniej należy powiedzieć, że tutaj żydzi podzielili się swoją śmiercią, a Ulmowie przyjęli to podzielenie się dla siebie i dla swoich dzieci, do czego nie mieli moralnego prawa, a nawet postąpili wbrew moralnemu obowiązkowi ochrony życia swoich dzieci. 

Otóż Ulmowie nie stali przed alternatywą: albo życie swoje i bliskich, albo wyznawanie wiary. Wręcz przeciwnie. Ochrona życia swoich dzieci była ich świętym obowiązkiem wynikającym z prawa naturalnego i z rodzicielstwa na mocy sakramentu małżeństwa. Na jakiej podstawie M. Jurek twierdzi, jakoby wiara katolicka wymagała udzielenia schronienia żydom kosztem życia swojego i swoich dzieci, pozostaje zagadką. Z całą pewnością takiej podstawy nie ma ani w żadnym orzeczeniu Magisterium Kościoła, ani w całej katolickiej teologii moralnej. 

Podobnie jest z chwytem w postaci przywołania przykładu żołnierzy podziemia, którzy w narracji romantyczno-sanacyjnej wystylizowani zostali niemal na świętych czy przynajmniej męczenników. Także w ich sprawie ani Magisterium Kościoła, ani katolicka teologia moralna nie daje żadnych podstaw do pozytywnej oceny walki niezgodnej z katolicką doktryną tzw. wojny sprawiedliwej. Oczywiście, walka z niemieckim okupantem z całą pewnością zasadniczo była wojną sprawiedliwą o tyle, o ile jej celem była walka o niepodległe państwo chroniące prawo naturalne. Jednak cel nie jest - według katolickiej teologii moralnej - jedynym warunkiem wojny sprawiedliwej. Istotnym warunkiem jest także adekwatność zastosowanych środków. Skrajnym przykładem jest tzw. powstanie warszawskie, które należałoby nazwać rzezią warszawską, urządzoną na zamówienie dowódców Armii Krajowej. Otóż z całą pewnością nie spełniało ono kryteriów wojny sprawiedliwej, a to z tego powodu, że jego przewidywalnym skutkiem nie było wywalczenie niepodległego państwa, lecz jedynie śmierć rzeszy Polaków, zwłaszcza młodych, co na dziesięciolecia osłabiło naród i przyczyniło się do zapaści kulturowo-cywilizacyjnej, która miała miejsce w erze komunizmu. To samo należy powiedzieć o każdej innej tego typu walce z okupantem, także o tzw. żołnierzach wyklętych. Bowiem istotnym warunkiem sprawiedliwości walki jest adekwatność do celu, czyli zastosowanie środków, które prowadzą do celu, jakim jest niepodległość państwowa dla ochrony życia obywateli. Innymi słowy: nie wystarczy zginąć w walce o niepodległość. Moralna ocena danej walki zależy od dostosowania środków. Mówi o tym także sam Pan Jezus (Łk 14,31-32). Jeśli nie ma wystarczających środków militarnych do pokonania wroga, wówczas walka zbrojna z nim jest sprzeczna z warunkami wojny sprawiedliwej i niemoralna, a wobec tego walkę należy prowadzić innymi środkami niż militarne (skoro ich nie ma, przynajmniej w adekwatnej ilości), czyli kulturowo, duchowo, cywilizacyjnie. 

M. Jurek miesza zupełnie, gdy retorycznie pyta, dlaczego G. Braun "nie piętnuje – w imię nienarażania rodziny – obowiązków wobec wiary czy Ojczyzny?". Tutaj znów błędnie zakłada, po pierwsze jakoby istniała sprzeczność między obowiązkiem wobec rodziny, a wobec wiary i Ojczyzny, a po drugie jakoby udzielenie schronienia żydom było obowiązkiem wynikającym z wiary. Obydwa założenia są fałszywe. Były marszałek sejmu, uważający się zresztą za katolika, widocznie nie rozumie katolickiej nauki społecznej, której główną zasadą jest subsydiarność. Oznacza ona, że prawa i obowiązki wobec państwa i narodu zaczynają się i kończą tam, gdzie jest dobro podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Innymi słowy: celem, sensem i racją bytu obowiązku wobec narodu i ojczyzny jest dobro rodziny. Jeśli coś godzi w rodzinę, to godzi także w naród i państwo. Przykładem są rozwody, rozwiązłość, związki jednopłciowe itp. Na przykładzie wojennym: jeśli przewidywalnym skutkiem walki partyzanckiej była śmierć ojca rodziny (czy młodzieńca będącego potencjalnym ojcem rodziny polskiej) bez jakiejkolwiek wymiernej korzyści dla rodziny, narodu i państwa, to była to walka niemoralna z katolickiego punktu widzenia, nawet jeśli od dziesięcioleci, może nawet stuleci wpajany jest nam kult tego typu zachowań jako rzekomo bohaterskich i patriotycznych. 

Zaś w kwestii postawy Ulmów regularnie zapomina się, że wynikająca z wiary etyka katolicka nie polega na uczuciach, lecz na cnotach. Pierwszą cnotą kardynalną jest sprawiedliwość, a ona wymaga przestrzegania porządku powinności. Nawet jeśli Ulmowie w swojej decyzji byli powodowani szlachetnym współczuciem dla żydów, to jednak nie mieli moralnego prawa działać wbrew rodzicielskiemu obowiązkowi ochrony życia własnych dzieci. 

Dowodem jest chociażby fragment jednego z klasycznych podręczników teologii moralnej, słynnego dominikanina (D. Prümmer, Manuale Theologiae Moralis, t. I):


Jak widać, Doktor Kościoła podawany przez papieży jako mistrz i wzór uprawiania teologii, św. Tomasz oraz praktycznie wszyscy teologowie katoliccy jednoznacznie uczą, że w sytuacji zagrożenia życia członkowie rodziny - jak rodzice, mąż, żona i dzieci - mają pierwszeństwo przed innymi bliźnimi. 

Swój bełkotliwy wywód M. Jurek oczywiście doprowadza do zarzutu antysemityzmu, co już zupełnie demaskuje poziom intelektualny tego textu. Nie chcę pełnić roli adwokata G. Brauna, tutaj on sam powinien się bronić, jeśli uzna za stosowne. Radzę natomiast panu M. Jurkowi, by się najpierw douczył, zanim się wypowie w kwestiach, o których właściwie powinien mieć choćby ogólne pojęcie, czego tutaj niestety nie wykazuje. A już zupełnie niemoralne jest łajanie kijem antysemityzmu z pozycji własnej ignorancji. 


M. Jurkowe urojenia - ciąg dalszy (2)


Mamy ciąg dalszy żenującej autodestrukcji człowieka uchodzącego niegdyś za dobrego katolika. W naciąganej dalszej polemice z Pawłem Lisickim popełnił znowu słowa, które świadczą albo o programowym zakłamaniu, albo o chorobowym urojeniu. Oto wyczyn:

Mądrze brzmi, nawet po łacinie. Jednak problem w tym, że takie słowa św. Augustyna po prostu nie istnieją. Oto cały rozdział De civitate Dei XVIII, 46 (źródło tutaj):

Regnante ergo Herode in Iudaea, apud Romanos autem iam mutato reipublicae statu imperante Caesare Augusto et per eum orbe pacato natus est Christus secundum praecedentem prophetiam in Bethleem Iudae, homo manifestus ex homine uirgine, deus occultus ex deo patre. sic enim propheta praedixerat: ecce uirgo accipiet in utero et pariet filium, et uocabunt nomen eius Emmanuel, quod est interpretatum: nobis cum deus. qui ut in se commendaret deum, miracula multa fecit, ex quibus quaedam, quantum ad eum praedicandum satis esse uisum est, scriptura euangelica continet. quorum primum est, quod tam mirabiliter natus est; ultimum autem, quod cum suo resuscitato a mortuis corpore adscendit in caelum. Iudaei autem, qui eum occiderunt et in eum credere noluerunt, quia oportebat eum mori et resurgere, uastati infelicius a Romanis funditusque a suo regno, ubi iam eis alienigenae dominabantur, eradicati dispersique per terras, quandoquidem ubique non desunt, per scripturas suas testimonio nobis sunt prophetias nos non finxisse de Christo; quas plurimi eorum considerantes et ante passionem et maxime post eius resurrectionem crediderunt in eum, de quibus praedictum est: si fuerit numerus filiorum Israel sicut harena maris, reliquiae saluae fient. ceteri uero excaecati sunt, de quibus praedictum est: fiat mensa eorum coram ipsis in laqueum et in retributionem et scandalum. obscurentur oculi eorum, ne uideant; et dorsum illorum semper incurua. proinde cum scripturis nostris non credunt, conplentur in eis suae, quas caeci legunt. nisi forte quis dixerit illas prophetias Christianos finxisse de Christo, quae Sibyllae nomine proferuntur uel aliorum, si quae sunt, quae non pertinent ad populum Iudaeorum. nobis quidem illae sufficiunt, quae de nostrorum inimicorum codicibus proferuntur, quos agnoscimus propter hoc testimonium, quod nobis inuiti perhibent eosdem codices habendo atque seruando, per omnes gentes etiam ipsos esse dispersos, quaquauersum Christi ecclesia dilatatur. nam prophetia in psalmis, quos legunt etiam, de hac re praemissa est, ubi scriptum est: deus meus, misericordia eius praeueniet me; deus meus demonstrauit mihi in inimicis meis, ne occideris eos, ne quando obliuiscantur legem tuam; disperge eos in uirtute tua. demonstrauit ergo deus ecclesiae in eius inimicis Iudaeis gratiam misericordiae suae, quoniam, sicut dicit apostolus, delictum illorum salus gentibus; et ideo non eos occidit, id est non in eis perdidit quod sunt Iudaei, quamuis a Romanis fuerint deuicti et obpressi, ne obliti legem dei ad hoc, de quo agimus, testimonium nihil ualerent. ideo parum fuit, ut diceret: ne occideris eos, ne quando obliuiscantur legem tuam, nisi adderet etiam: disperge eos; quoniam si cum isto testimonio scripturarum in sua tantummodo terra, non ubique essent, profecto ecclesia, quae ubique est, eos prophetiarum, quae de Christo praemissae sunt, testes in omnibus gentibus habere non posset.

Oto tłumaczenie ks. Władysława Kubickiego (dotychczas z jedynego chyba wydania polskiego):


Wystarczy elementarna zdolność czytania ze zrozumieniem, by wiedzieć, że św. Augustyn mówi historiozoficznie o tym, że kara, jaka spotkała Żydów po Ukrzyżowaniu Mesjasza, czyli ich rozproszenie po całym świecie służy temu, iż przez pisma Starego Testamentu, które przechowują, dają świadectwo temu, że chrześcijanie nie wymyślili tych pism dla wykazania spełnienia proroctw w Jezusie Chrystusie, lecz że to spełnienie wynika z zapowiedzi prorockich, które przechowują wrogowie Kościoła, którymi są Żydzi. Nie ma tu więc ani słowa o wspólnocie życia chrześcijan i Żydów, ani tym bardziej o jakiejś współpracy czy braterstwie. Istotne jest także, iż św. Augustyn mówi o księgach Starego Testamentu, nie o Talmudzie, którego za jego czasów widocznie jeszcze nie było albo był dopiero w trakcie powstawania. Nie było jeszcze nawet tzw. textu masoretów, czyli hebrajskiej Biblii, która zafałszowała mesjańskie proroctwa wskazujące wyraźnie na Jezusa Chrystusa. Trzeba być zupełnym ignorantem i do tego fałszerzem, żeby ze słów św. Augustyna wywodzić to, co M. Jurek wywodzi w swoich słowach. 

Oczywiste jest, że słowa św. Augustyna nie odnoszą się do żydów talmudycznych, gdyż ich religia opiera się na Talmudzie, a nie na Starym Testamencie (Tanach). Słowa te można odnieść najwyżej do karaimów, którzy opierają się wyłącznie na Tanach i odrzucają Talmud, aczkolwiek jest to sekta żydowska powstała także dopiero w średniowieczu w opozycji do talmudystów. 


M. Jurkowe urojenia - ciąg dalszy


Grono Jurkowo-Milcarkowe, czyli autorzy haniebnego "manifestu 16", nadal bezwstydnie się pogrąża. Otóż na portalu "Christianitas" (zwanym przez niektórych "Hipocritas") wstawiono nie mniej haniebny text Marka Jurka sprzed roku, gdy już wtedy w dość zakłamany sposób zaatakował Grzegorza Brauna za akcję gaśnicową. 

Oto obszerne fragmenty:


M. Jurek odnosi się tutaj do internetowego wywiadu z grudnia 2023 roku, udzielonego świeżo po słynnej akcji z gaśnicą. Przy porównaniu relacji M. Jurkowej z faktyczną wypowiedzią M. Brauna nie sposób nie zauważyć, że ten pierwszy albo nie umie słuchać ze zrozumieniem, albo świadomie przekręca i manipuluje. Oto odnośne fragmenty:


Swoje tekścidło M. Jurek pisał w reakcji na akcję z gaśnicą, czyli jest to atak na G. Brauna. Na jego wstępie były marszałek sejmu opisuje, jak to Adam Michnik dopuścił się poważnej manipulacji a właściwie zafałszowania faktów w związku z ogłoszeniem Mszy św. sprawowanej w kaplicy sejmowej w intencji o deszcz w sytuacji suszy. To fałszerstwo zrównuje ze słowami G. Brauna, iż to on - M. Jurek - jest przypuszczalnie jednym z dwóch głównych inicjatorów chanukki w sejmie. G. Braun zaznaczył wyraźnie, że tak "zdaje się". M. Jurek nie zdementował tego aż do stycznia 2025 roku, mianowicie do swojej dyskusji z P. Lisickim, gdzie mówi jakby mimochodem:


M. Jurek nie wydał żadnego sprostowania, gdy jeden z posłów PiS, czyli jeden z jego byłych kolegów partyjnych, powiedział z mównicy sejmowej w sposób kategoryczny to samo, co G. Braun powiedział ostrożnie jako przypuszczenie: 


M. Jurek nie tylko nie zdementował, lecz wpisał się w grono obrońców chanukki w sejmie. Uważał, że nie trzeba dementować? Że zdementowanie byłoby niekorzystne dla niego? Dlaczego nigdy nie wyjaśnił, kto jest odpowiedzialny za zaproszenie sekty Chabad Lubawicz do świętowania chanukki w sejmie?

Fakt, że M. Jurek zrównuje Michnikowe bardzo "luźne" podejście do faktów, czyli właściwie kłamliwą manipulację, z wypowiedzią G. Brauna, która była jedynie przypuszczeniem i to o tyle zasadnym, że jest prawdopodobnie oparta na tym, co jeden z posłów PiS czyli byłych kolegów partyjnych M. Jurka powiedział z mównicy sejmowej, świadczy po prostu o podłości. 

O podłości świadczy także M. Jurkowe przekręcenie tego, co G. Braun powiedział o ludobójstwie żydowskim. 

Przede wszystkim w owym wywiadzie G. Braun w żaden sposób nie odniósł się do życzeń chanukkowych M. Jurka wypowiedzianych w funkcji marszałka sejmu, lecz miał na myśli zapewne wystąpienie posła Polaczka, którego M. Jurek nie zdementował, a mógł to zrobić przynajmniej na portalach społecznościowych. 

Po drugie, podłe jest sugerowanie, jakoby G. Braun autoryzował "wymysły" na temat M. Jurka. 

Po trzecie, podłe jest przedstawianie rytuału chanukkowego inscenizowanego przez sektę Chabad Lubawicz jako "zapalenie przez żydowskich duchownych chanukowych lampek przy tablicy, gdzie pośród innych posłów, ofiar drugiej wojny światowej, widnieją nazwiska zamordowanych i zmarłych żydowskich posłów na Sejm Rzeczypospolitej". Na jakiej podstawie M. Jurek twierdzi, że sekta Chabad Lubawicz reprezentuje Żydów, którzy przed II wojną światową byli posłami na sejm? I od kiedy to chanukka jest upamiętnieniem zmarłych? 

Po czwarte, zakłamane i podłe jest zrównanie świętowania chanukki w sejmie z istnieniem synagog w państwie kościelnym czy rabinatu polowego. Od kiedy to świętowanie chanukki w sejmie jest istotną praktyką religii judaistycznej? Czy M. Jurek jako historyk i człowiek myślący na prawdę nie jest w stanie odróżnić tolerancji dla fałszywych kultów od ich promowania w przestrzeni publicznej? 

Po piąte, twierdzenie, jakoby Machabeusze byli "prawzorem licznych katolickich powstań" świadczy albo o ignorancji historycznej i teologicznej, albo o odrzucaniu katolickiego nauczania o wojnie sprawiedliwej. Nasuwa się też pytanie, czy M. Jurek w ogóle czytał Księgi Machabejskie. Jeśli czytał, to czy rzeczywiście uważa, iż takie oto fragmenty (1 Mach) mogą być pierwowzorem dla działania katolika? 



Podobnie w 2 Księdze Machabejskiej:








No cóż. Komuś się gruntownie pomieszały sprawy i minimalne standardy moralne. Kyrie eleison!

Pan Jesus a chanukka - raz jeszcze


Nie milknie dyskusja ostatnich dni w związku z "manifestem 16". I nadal niestety debata brnie w ślepe zaułki i tematy zastępcze. 

Przypominam: Sprawa dotyczy działań Grzegorza Brauna, a dokładnie jego sprzeciwu wobec świętowania chanukki przez sektę Chabad Lubawicz w przestrzeni publicznej. Za sprawą Marka Jurka sprawa się obraca wokół kwestii, czy Pan Jezus świętował chanukkę, czy raczej wokół stanowczego i upartego twierdzenia M. J., że świętował. Nie bardzo rozgarnięte osoby ze środowiska jakby konserwatywno-katolickiego ulegają tej narracji bądź przynamniej dają się wmanewrować w temat:

Otóż powoływanie się na to, że Pan Jezus świętował chanukkę, jest dziełem apologetów świętowania chanukki przez sektę Chabad Lubawicz w przestrzeni publicznej. Ten rzekomy przykład Pana Jezusa ma usympatycznić nie tylko samą chanukkę, ale także sektę Chabad Lubawicz. W ten sposób sekciarze z Chabad Lubawicz oraz inni świętujący chanukkę w przestrzeni publicznej stają się jakby naocznie "starszymi braćmi", nawet rzekomo kimś wyjątkowo bliskim Jezusowi Chrystusowi. Czyż chrześcijanin mógłby mieć czelność pomyśleć coś innego? 

Poprzednio już wytoczyłem kilka zasadniczych argumentów przeciw tezie, jakoby Pan Jezus świętował chanukkę. Przypominam po krótce:

- Ewangelia św. Jana (10) nie mówi o żadnym świętowaniu "odnowienia" świątyni przez Pana Jezusa, gdyż przechadzanie się w portyku Salomona nie jest żadnym świętowaniem. Dla jasności układ świątyni: 

Jak widać, tzw. portyk królewski znajdował się jeszcze dalej od Przybytku i właściwej świątyni z ołtarzem niż tzw. dziedziniec pogan. Jak więc Pan Jezus mógł będąc w tym miejscu uczestniczyć w obrzędach świątynnych? Skoro Ewangelista podkreśla, że Pan Jezus podczas święta znajdował się akurat w tym miejscu, a nie w miejscu sprawowania kultu, to tym samym wyraził dystans Zbawiciela co do tego kultu. Jeśli ktoś podczas Mszy św. nie znajduje się w kościele, ani nawet przy nim, a jedynie spaceruje ulicą przylegającą do dziedzińca kościoła, to czy możemy powiedzieć, że uczestniczy we Mszy św.?

- To święto nie obowiązywało pobożnego żyda, ponieważ nie istnieje w Prawie Mojżeszowym. 

- Nawet jeśli Pan Jezus uczestniczył w ówczesnym państwowym święcie "odnowienia" świątyni, to z całą pewnością nie świętował chanukki, która jest pomysłem znacznie późniejszym, mianowicie talmudycznym. 

- Stosunek Pana Jezusa do świątyni jerozolimskiej jest podany w Ewangeliach w sposób dość jednoznaczny: Pan Jezus chodził do świątyni nie po to, żeby składać ofiary i w nich uczestniczyć, lecz żeby tam nauczać i tak przygotować lud na kult Nowego Testamentu, w którym ta świątynia jest zbędna (J 2,19; 4,21). Nie ma ani jednego słowa Pana Jezusa pochwalnego dla świątyni jerozolimskiej, ani dla kultu tam sprawowanego. Wręcz przeciwnie, odnosi się stale krytycznie i zarzuca, iż świątynia została uczyniona "jaskinią zbójców" (Łk 19,46) i "targowiskiem" (J 2,16). Nie chodziło przy tym o jakieś nadużycia co do litery Prawa Mojżeszowego, lecz te zarzuty trafiały w sedno kultu starotestamentalnego, jakim były sprawowane tam ofiary. Tutaj Pan Jezus jest nieprzejednany, mimo że równocześnie nazywa świątynię "domem Ojca" (J 2,16; Łk 2,49). To określenie z całą pewnością nie oznacza, jakoby Bóg tam mieszkał, lecz o poświęcenie tego miejsca Bogu. 

Ponadto należy wziąć pod uwagę powiązane fakty historyczne. Otóż chrześcijanie jerozolimscy nigdy nie świętowali odnowienia świątyni, o którym mówią Księgi Machabejskie, ani do niego nie nawiązywali. Doroczne świętowanie poświęcenia bazyliki Grobu Pańskiego (Anastasis) związali natomiast ze "świętem namiotów" (sukkot), które upamiętniało wędrówkę Izraela do ziemi obiecanej (Kpł 23,34; Pwt 16,13-14) oraz poświęcenie pierwszej świątyni przez Salomona (2 Krn 6). Zwracają na to uwagę Sozomen w swojej Historia ecclesiastica (II, 26, 4) oraz Egeria (Itinerarium 48,2). Gdyby Pan Jezus świętował święto Machabejskie, to by zapewne ono było upamiętniane przez chrześcijan jerozolimskich. 

O istotnych różnicach między świętem Machabejskim "odnowienia świątyni" a talmudyczno-chasydzką chanukką już poprzednio wspomniałem: podczas gdy świętowanie Machabejskie odnosiło się do historycznego faktu wznowienia prawowitego kultu w świątyni i polegało na bliżej nieokreślonych czynnościach rytualnych w świątyni, to chanukka jest infantylno-nacjonalistycznym pseudorytuałem, nawiązującym do bajki o rzekomym cudzie z lampą oliwną, o którym oczywiście nie ma mowy nigdzie w Biblii, zwłaszcza hebrajskiej. 

Jeszcze raz podkreślam: W temacie świętowania chanukki przez sektę Chabad Lubawicz w przestrzeni publicznej jest zupełnie nieistotne, czy Pan Jezus świętował "odnowienie" świątyni czy nie. To jest jedynie zabieg psychologiczny, rodzaj szantażu emocjonalnego, tym bardziej podłego, że polegającego na fałszu historycznym, czyli podawaniu za fakt historyczny czegoś, na co nie ma jakichkolwiek dowodów, a przeciw czemu przemawia wiele przesłanek z bliższego i dalszego kontextu historycznego. Nawet jeśli by Pan Jezus rzeczywiście świętował święto Machabejskie, co jest wysoce nieprawdopodobne, to nie stanowi to żadnego dowodu ani na korzyść świętowania chanukki przez katolików, ani na korzyść promowania sekty Chabad Lubawicz w przestrzeni publicznej. Wszak już za czasów apostolskich Kościół jednoznacznie orzekł, że nawet prawo Mojżeszowe - do którego nota bene z całą pewności nie należy świętowanie chanukki - straciło swoją obowiązywalność formalną, choć trwa materialnie co do istoty w Nowym Testamencie czyli w Kościele w postaci spełnionej i aktualnej do końca dziejów. Dlaczego sekta Chabad Lubawicz nie występuje publicznie z obrzezaniem, czy choćby ze świętowaniem Paschy (pesah)? Wtedy pokazałaby, jaką obrzydliwością jest obrzęd obrzezania i jak banalne są ich obrzędy paschalne. 

Taką samą taktykę pomieszania i szantażu emocjonalnego stosuje Marek Jurek w swojej drugiej polemice z Pawłem Lisickim. 

Pytanie retoryczne "czy Jezus udawał?" jest oczywiście absurdalne. Co miał Pan Jezus udawać, a czego nie? Czyż wypełnianie prawa Mojżeszowego przez Pana Jezusa jest jakimkolwiek argumentem na korzyść chanukki w sejmie? Czyż były marszałek sejmu uważający się za katolika nie zna Ewangelii, gdzie wielokrotnie jest mowa o tym, że Pan Jezus dość często łamał prawo Mojżeszowe w rozumieniu faryzeuszy (por. Mk 2,28; 3,4; Mt 12,8)? Co Pan Jezus wtedy udawał, a czego nie udawał? 

Paweł Lisicki niepotrzebnie wszczął kwestię, czy Pan Jezus świętował "jom kippur" czyli "święto pojednania" (Kpł 16-29-30; 23,26-32; Li 29,7-11). Zbawiciel mógł to oczywiście świętować, gdyż wynikało to z prawa Mojżeszowego, podobnie jak Pascha (pesah), a w przeciwieństwie do święta "odnowienia". Nie muszę tutaj wykładać uzasadnienia teologicznego tej możliwości. Wynika ona oczywiście z tajemnicy Wcielenia dla naszego zbawienia. Z tego także oczywiście w żaden sposób nie wynika słuszność czy sprawiedliwość inscenizowania chanukki w sejmie przez kogokolwiek, także przez sektę Chabad Lubawicz. 

Marek Jurek twierdzi stanowczo, jakoby z Jezusowego "posłuszeństwa wobec Matki i Opiekuna" wynikało posłuszeństwo "wobec praw swego narodu". Na jakiej podstawie twierdzi, że Matka Boża i św. Józef nie tylko sami świętowali "odnowienie" lecz także nakazywali Jezusowi to świętowanie, pozostaje jego słodką tajemnicą. No cóż, ma widocznie bujną fantazję. Czyżby nie wiedział, że święto Machabejskie, a tym bardziej świętowanie chanukki nigdy nie przynależało do prawa Mojżeszowego? Czyż jako historyk nie jest w stanie odróżnić prawa Mojżeszowego (torah) od prawa państwowego dynastii hasmonejskiej? 

Wybitnie pomieszane i zakłamane jest jego następujące zdanie:

"Mówimy cały czas o szacunku dla pamięci o Świątyni i dla święta, które to upamiętnia. Nie o jego obchodzeniu."

Czyż w sprawie nie chodzi o to, że sekta Chabad Lubawicz została zaproszona najprawdopodobniej przez niego właśnie do celebrowania chanukki w sejmie RP? Czyż to celebrowanie jest konieczne dla pamięci o świątyni jerozolimskiej? Czyż brakiem szacunku dla święta chanukki jest traktowanie jej na równi ze świętami innych kultów i sekt, czyli niewpuszczanie do gmachu sejmu? Czy Marek Jurek wie, co pisze? 

Odnośnie do rozdartej zasłony Przybytku w świątyni odnoszę wrażenie, że P. Lisicki zaczerpnął ten wątek z moich poprzednich uwag. Widocznie jednak niestety nie do końca zrozumiał to, co napisałem, a M. Jurek bezlitośnie to wykorzystuje. Otóż w kwestii stosunku Pana Jezusa do świątyni jerozolimskiej nie jest istotne, kiedy zasłona została rozdarta. To rozdarcie nie spowodowało opustoszenia Przybytku, lecz jedynie ukazało jego pustkę. A pusty był już od wieków, od momentu zburzenia świątyni Salomona i zaginięcia Arki Przymierza, a nawet od zawsze, gdyż nigdy w nim nie było widzialnego obrazu Boga niewidzialnego, którym stał się dopiero wcielony w człowieczeństwie Syn Boży. Dlatego właśnie Pan Jezus zapewne nie czcił, ani nie nakazywał czcić tego Przybytku. Pusty Przybytek bardziej upamiętniał niewierność Izraela, która doprowadziła do zburzenia świątyni, niż przymierze Boga z Izraelem, który złamał to przymierze. W 2-ej Księdze Machabejskiej - oczywiście nie uznawanej przez żydów za kanoniczną - czytamy dość wyraźnie o związku losu świątyni z postępowaniem ludu:


W końcu wierność Boga okazała się w założeniu Kościoła, który jest niezniszczalnym Ciałem Syna Bożego, nie w odbudowaniu świątyni czy to przez Machabeuszy, czy to przez Heroda, czy obecnie przez syjonistów. 

M. Jurek pisze:

"Paweł Lisicki słusznie przypomina, że Jezus był Świątynią, ale Zbawiciel nie przeciwstawiał Świątyni swego Ciała – Świątyni Jerozolimskiej, ale je utożsamiał."

No cóż, aż takiej bzdury to się jednak nie spodziewałem. W którym miejscu Pan Jezus utożsamił Swoje Ciało ze świątynią jerozolimską? Wtedy, gdy mówił o zburzeniu świątyni i Swoim Zmartwychwstaniu? M. J. widocznie nie umie czytać ze zrozumieniem, zwłaszcza textów biblijnych, a raczej jest skłonny przekręcać je na swój doraźny użytek. Jakże można twierdzić, że połączenie zburzenia świątyni z jej "odbudowaniem" przez Zmartwychwstanie nie jest przeciwstawieniem kultu starotestamentalnego niezniszczalnemu kultowi nowotestamentalnemu w Ciele Mistycznym Chrystusa? Czyż od momentu Wcielenia Syna Bożego, a najpóźniej od Zmartwychwstania nie ma wyboru między świątynią jerozolimską a świątynią Ciała Syna Bożego? Czy to nie jest wręcz radykalne przeciwstawienie? Czyż można pogodzić kult Jezusa Chrystusa z kultem świątyni jerozolimskiej i to w kontekście zamysłu jej odbudowania? Czyż ten zamysł - dość wyraźnie obecny w sekcie Chabad Lubawicz - nie stanowi zaprzeczenia i odrzucenia prawdy, iż prawdziwe odbudowanie jedynej prawdziwej świątyni Boga prawdziwego nastąpiło raz na zawsze w Zmartwychwstaniu?

M. Jurek pisze:

"Tak, dzieje narodu wybranego są prefiguracją doświadczeń Kościoła i narodów chrześcijańskich."

Co to oznacza w kontekście tematu świątyni i chanukki? O jakie doświadczenia chodzi? O zbezczeszczenie świątyni i jej odnowienie? Czyżby M. Jurek uważał, iż Mistyczne Ciało Chrystusa doznaje czy mogło doznać bezczeszczenia i odnowienia? Do czego się tu odnosi? Do Pachamamy w bazylice watykańskiej? Dlaczego nie mówi tego wprost? Czyżby sugerował konieczność katolickiego "powstania Machabeuszy" przeciw okrutnemu tyranowi, który bezcześci świątynię? Takie myślenie można by poniekąd zrozumieć w obecnym kontekście wydarzeń w Kościele. Psychologicznie zrozumieć. To jednak nie zmienia faktu, że jest tutaj zawarty poważny i fundamentalny błąd teologiczny, właściwie herezja, mianowicie negacja niezniszczalnej świętości Mistycznego Ciała Jezusa Chrystusa. Na tym właśnie polega istotna i fundamentalna różnica między kultem starotestamentalnym i nowotestamentalnym: ten pierwszy doznawał zniszczeń i odnowień, natomiast ten drugi jest trwały i wieczny. Tego nie są w stanie zmienić ani procesje z Pachamamą, ani sprawowanie "modlitw" ekumaniackich, ani rujnowanie i przebudowywanie świątyń katolickich na modłę modernistyczną, ani nawet dewastacja liturgii w postaci Novus Ordo. Co oczywiście nie oznacza, jakoby nie należało bronić godności, powagi i czystości kultu katolickiego. 

Najgroźniejsze ataki na Kościół i narody chrześcijańskie polegają akurat na próbach powrotu do Starego Testamentu, a szczególnie próby choćby zbliżenia do religii talmudycznej. A to z tego prostego powodu, że oznacza to odejście od prawdy o Boskości Jezusa Chrystusa, czy przynajmniej jej zamazanie, a to jest rdzeń wszystkich herezyj w historii Kościoła, także obecnie. Promując w przestrzeni publicznej kult otwarcie negujący Boskość Jezusa Chrystusa oraz w związku z tym dążący do nawrotu kultu związanego ze świątynią jerozolimską - a to promowanie uprawia Marek Jurek - dąży się do zniszczenia Jego Mistycznego Ciała. Takie przedsięwzięcie oczywiście nie może się powieść eschatologicznie. Tym niemniej bój toczy się o dusze, zarówno katolików jak też wyznawców fałszywych kultów jak choćby sekta Chabad Lubawicz. Czy Marek Jurek wziął pod uwagę konsekwencje, jakie wynikają z faktu, że w przestrzeni publicznej polskiej - i to z jego czynnym zaangażowaniem - pozycję uprzywilejowaną zyskała sekta negująca Zbawienie w Jezusie Chrystusie? Jakież on ma sumienie? Czy pomyślał, jak to może być i zapewne jest odczytywane choćby przez przeciętnych katolików, mianowicie jako przynajmniej relatywizacja jedynej prawdziwości religii katolickiej? Słusznie i chwalebnie M. J. angażował się w prawną ochronę biologicznego życia dzieci nienarodzonych. Deo gratias! Ale czy pomyślał, że promowanie sekty Chabad Lubawicz w przestrzeni publicznej może zabić i zapewne niejednokrotnie zabija życie duchowe, życie w prawdziwej wierze i tym samym życie w łasce Bożej? 

Na koniec jeszcze jedna "złota" myśl M. Jurka i jego towarzyszy, mianowicie utożsamianie bycia Żydem z Człowieczeństwem Pana Jezusa. Powołuje się on przy tym na słowa Edyty Stein, nota bene bez podania źródła i tym samym uniemożliwiając sprawdzenie kontextu tych słów, o ile one rzeczywiście padły. Czy można te słowa same w sobie uznać za prawdziwe? Czy istotną składową człowieczeństwa człowieka jest przynależność do jakiejś narodowości i kultury? 

M. Jurek myli tutaj człowieczeństwo w znaczeniu natury (φυσις) z cechami osobowymi. Być może nawet nie wie czy nie rozumie, że zgodnie z teologią katolicką należy to odróżnić. E. Stein jako osoba z myśleniem wypaczonym przez żydowską "filozofię" fenomenologiczną negowała takie klasyczne pojęcia i rozróżnienia jak natura, istota, przypadłości itp. Nie wolno tego jednak robić, gdy się poruszamy w dziedzinie teologii i prawd wiary katolickiej. Innymi słowy: cechy osobowe - jako kod genetyczny, kolor skóry, język ojczysty, doświadczenia życiowe, charakter i formacja kulturowa i religijna itp. - nie stanowią natury człowieka czyli człowieczeństwa. To są jedynie przypadłości, które są zmienne i zawsze indywidualne i niepowtarzalne, gdyż nie ma dwóch ludzi o identycznych cechach osobowych, nawet w przypadku bliźniaków jednojajowych. Mówienie więc, że bycie Żydem stanowi część Człowieczeństwa Jezusa Chrystusa, jest conajmniej nieporozumieniem wynikającym z elementarnej ignorancji nie tylko pojęć lecz także podstaw chrystologii katolickiej. 

Celem tej narracji jest wpajanie czci dla Żydów - zwłaszcza dla tych z sekty Chabad Lubawicz - analogicznej do czci dla boskiego Człowieczeństwa Jezusa Chrystusa. Jeśli bycie Żydem ma być składnikiem tegoż Człowieczeństwa, to każdemu Żydowi, jako rzekomo krewnemu Jezusa Chrystusa, należy się taka cześć jak Ciału Chrystusa zarówno Mistycznemu, jakim jest Kościół, i też jak eucharystycznemu czyli Najświętszemu Sakramentowi. Chyba nie trudno dostrzec, że to jest absurd. Czyżby M. Jurek tego nie dostrzegał? A może jednak właśnie dostrzega...

Czy Pan Jezus świętował chanukkę? (z post scriptum)

 

Odezwał się w sprawie sam przywódca sygnatariuszy "manifestu szesnastu", formalnie jedynie w polemice z Pawłem Lisickim, ale de facto szerszej (tutaj), dotykając także pośrednio moje uwagi poprzednie (tutaj). 

Nie wiem, czy Paweł Lisicki się do tego odniesie. Należy się do tego odnieść, ponieważ Marek Jurek niestety nadal propaguje kłamstwa typowe dla sekty Chabad Lubawicz. 

1. M. Jurek twierdzi stanowczo, że Pan Jezus świętował chanukkę, ponieważ wypełniał wszystkie przykazania religii Mojżeszowej. Zapomina jednak wskazać, w którym miejscu religia Mojżeszowa nakazuje świętowanie chanukki. Otóż nawet Księgi Machabejskie - zresztą nie należące do żydowskiego kanonu Biblii, a znane w obecnym kształcie dopiero od II wieku po Chrystusie - nie mówią nic o takowym święcie. Pierwsza księga mówi jedynie o samym odnowieniu kultu w świątyni (1 Mach 4,36nn). Druga Księga Machabejska mówi jedynie o ustanowieniu przez Machabeuszy święta na rocznicę odnowienia, nie o samym święcie: "Wspólną zaś uchwałą i ślubowaniem postanowili, że cały naród żydowski będzie każdego roku obchodził ten dzień uroczyście." (2 Mach 10,8) Tak więc oczywiste jest, że religia Mojżeszowa nie nakazuje świętowania "odnowienia świątyni", lecz było to jedynie państwowe święto Machabeuszy, bardziej polityczne niż religijne, gdyż fundamentem religii było prawo Mojżeszowe, a nie ustawy władców. To państwo za czasów Pana Jezusa już praktycznie nie istniało, i nie wiemy, w jakim zakresie, w jakiej formie Rzymianie dopuszczali czy tolerowali to święto, które wszak dość wyraźnie, choć pośrednio skierowane było także przeciw ich panowaniu w Jerozolimie. Zapewne potomkowie i zwolennicy dynastii hasmonejskiej zachowywali pamięć o wydarzeniach, do których odnosi się chanukka. Wszystko wskazuje jednak na to, że wówczas nie było oficjalnego święta, tym bardziej wiążącego dla sprawiedliwego żyda, gdyż jego obowiązywało jedynie prawo Mojżeszowe, a nie późniejsze dodatki, choćby były dobre i słuszne. Zresztą akurat z takimi dodatkami, nakładanymi przez faryzeuszy i kapłanów, bezsprzecznie walczył Pan Jezus. Dopiero judaizm talmudyczny, przekształcając to święto w obecną chanukkę, nadał sprawie pewne pozory święta religijnego. Pierwszą wzmiankę o świętowaniu chanukki w znaczeniu zbliżonym do współczesnego podaje dopiero Talmud babiloński, w traktacie Szabat, rozdział 2. Zaś obecne obchody tego święta są tworem późnośredniowiecznym, a głównie właśnie dopiero sekty Chabad Lubawicz. 

2. M. Jurek stawia następną bardzo odważną, a właściwie bezpodstawną tezę: "Uniwersalizm swej misji Zbawiciel otwarcie proklamował dopiero przed Swoim Wniebowstąpieniem, a Apostołowie zaczęli pojmować go jeszcze później, po Zesłaniu Ducha Świętego." Czyżby uważał Pana Jezusa za obłudnika czy choćby przebiegłego polityka? Jednak się myli i to bardzo poważnie, gdyż widocznie nie zna słów z Ewangelii św. Mateusza 8,11 i św. Łukasza 13,29: 
"Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim."
"Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym."
Te słowa są skierowane akurat do przywódców i uczonych narodu żydowskiego. Czyż to jest jeszcze mało wyraźnego uniwersalizmu i to na długo przed śmiercią i zmartwychwstaniem? A może M. Jurek wespół z modernistycznymi exegetami uważa, że Ewangeliści zmanipulowali wydarzenia, wkładając słowa wypowiedziane przez Pana Jezusa po Wniebowstąpieniu na czas przed nim? 

3. M. Jurek uporczywie utożsamia sektę Chabad Lubawicz nie tylko z całym obecnym judaizmem talmudycznym, lecz nawet z religią Mojżeszową, co jest oczywiście fałszywe, ahistoryczne (szczególnie wstyd, gdyż M. J. jest historykiem z wykształcenia) i absurdalne. Ponadto miesza tolerancję Kościoła dla fałszywych kultów, w tym dla kultu talmudycznego, z promowaniem tegoż kultu, czego wyrazem jest zaproszenie sekty Chabad Lubawicz do świętowania chanukki w sejmie. Nie wiem, co jest podłożem tych pomieszań: czy brak logicznego myślenia, brak elementarnej wiedzy, czy brak szacunku do prawdy. W każdym razie jedno, drugie i trzecie jest haniebne dla osoby publicznej pretendującej do wypowiadania się z pozycji katolika. 

Podsumowując:
Po pierwsze, potwierdziło się moje wyrażone na świeżo podejrzenie, że to Marek Jurek jest inicjatorem i właściwym autorem "manifestu szesnastu". 
Po drugie, potwierdziło się niestety także, iż z jego strony nie ma gotowości przyznania się do błędów, a zamiast tego jest uporczywe trwanie w nich, nawet kosztem uznania prostych faktów. 

Od początku nie spodziewałem się i nie spodziewam reakcji wprost na moje uwagi, gdyż uchodzą one zapewne za nieuprzejme i obraźliwe, mimo że widocznie nie można podważyć ich prawdziwości. Ta bezsilność wyraża się w postawie typowej dla urażonej primadonny. Jeśli taki miałby być katolicyzm tradycyjny, to pozostawałoby jedynie powiedzenie "dobranoc". 



Post scriptum

Pojawił się też wątek, czy aby to Marek Jurek wprowadził chanukkę do sejmu RP. On sam temu nie zaprzecza, ale próbują temu zaprzeczać jego pachołkowie. Jak to więc jest? Wprowadził czy nie wprowadził? Dlaczego sam nie wyjaśni tak prostej kwestii? Boi się prawdy? Próbuje zamącić prawdę?

Po pierwsze pewne jest, że on nigdy nie zaprzeczył, iż to jego zasługą jest chanukka w sejmie.
Po drugie pewne jest, że zawsze bronił i nadal zapalczywie broni chanukki w sejmie. 

Oto dowody:




Tak więc według Marka Jurka sprzeciw wobec świętowania chanukki przez sektę Chabad Lubawicz w sejmie jest antysemityzmem i dewiacją...