Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakrament. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakrament. Pokaż wszystkie posty

O tzw. Komunii duchowej raz jeszcze

Temat już podejmowałem (tutaj). Widocznie nadal jest potrzeba:



Jak widać, nawet niby konserwatywny ksiądz profesor ma gruntowanie pomieszane, wykazując się ignorancją.

Należy oczywiście zacząć od zdefiniowania tzw. Komunii duchowej. W sensie właściwym, ścisłym jest to przyjęcie Ciała Pańskiego na sposób jedynie duchowy, nie sakramentalny. Komunia sakramentalna odbywa się przez fizyczne przyjęcie fizycznego (w materii sakramentalnej) Ciała Pańskiego. Komunia duchowa może mieć wtedy miejsce, gdy obiektywne, z przyczyn okoliczności zewnętrznych nie jest możliwe przyjęcie Komunii sakramentalnej. Czym innym są okoliczności wewnętrzne jak brak stanu łaski uświęcającej. Ponieważ Komunia duchowa jest analogiczna i jakby zastępcza względem Komunii sakramentalnej, to warunki jej godnego przyjęcia również muszą być analogiczne.

Oczywiście brak stanu łasku uświęcającej nie wyklucza ani szczerej modlitwy, ani pragnienia przyjęcia Komunii św. To pragnienie jest jednak tylko wtedy szczere i autentyczne, gdy zawiera także pragnienie stanu łaski uświęcającej czyli oczyszczenia z grzechów, co odbywa się w normalnym trybie w sakramentalnej spowiedzi. 

Zamieszanie w kwestii Komunii duchowej bierze się z nieznajomości bądź ignorowania tychże powiązań. Jest dość haniebne, gdy zachodzi to w przypadku przedstawicieli hierarchii czy teologów. 

Jakie są tradycyjne warunki udzielenia sakramentu Ostatniego Namaszczenia?

Najpierw uwaga ogólna. Tradycyjne określenie "Ostatnie Namaszczenie" zostało w Novus Ordo zastąpione przez "Namaszczenie Chorych". To zastąpienie było powodowane nieporozumieniem. Otóż określenie "ostatnie" nie oznacza, jak twierdzą moderniści, jakoby po nim należało umierać, lecz chodzi o to, że jest to namaszczenie ostatnie w kolejności namaszczeń sakramentalnych, począwszy od Chrztu, poprzez Bierzmowanie, święcenia prezbiteratu i episkopatu, aż do namaszczenia udzielanego ciężko chorym i umierającym. Zmiana na "Namaszczenie Chorych" spowodowała zmianę mentalnościową oraz coraz powszechniejsze nadużycie tego sakramentu przez udzielanie masowe i regularne, jako niby zastępnika sakramentu Spowiedzi, choć według prawidłowego obrzędu, udzielenie "Namaszczenia Chorych" powinno obejmować i być poprzedzone spowiedzią chorego, o ile jest w stanie się wyspowiadać.

Tradycyjne określenie "Extrema Unctio" słusznie wskazuje na sytuację extremalną, czyli bliską kresowi życia, czyli poważnej choroby bądź niebezpieczeństwa śmierci. 

Dekret określający warunki udzielenia tego sakramentu według ostatniego wydania tradycyjnego Rituale Romanum (z 1925 r.) podaje co następuje:


Tutaj są podane główne zasady: 

- ten sakrament ma służyć zarówno zbawieniu duszy jak też zdrowiu ciała, 

- należy go udzielać wedle możliwości w tym czasie, gdy osoba przyjmująca jest w stanie brać udział w pełni sił umysłu i rozumu. 

Następnie: 


Ten sakrament powinien być udzielany tylko tym wiernym, którzy po osiągnięciu używania rozumu znajdują się w niebezpieczeństwie śmierci z powodu choroby lub podeszłego wieku. Nie należy go powtarzać w tej samej chorobie. 

Jeśli jest wątpliwość, czy dana osoba ma zdolność używania rozumu, bądź czy rzeczywiście znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci, bądź czy już zmarła, wówczas udziela się tego sakramentu warunkowo. 

Nie należy tego sakramentu udzielać tym, którzy bez skruchy trwali w grzechu ciężkim, a jeśli jest wątpliwość co do tego, wówczas udziela się sakramentu warunkowo. 

Chorym, którzy będąc świadomi poprosili o sakrament przynajmniej niewyraźnie bądź prawdopodobnie by o niego poprosili, a w danym momencie nie są przytomni, należy udzielić sakramentu. 


Gdy chory umarł podczas obrzędu Ostatniego Namaszczenia, wówczas kapłan opuszcza modlitwy odnoszące się do stanu chorobowego. 

Gdy kapłan ma wątpliwość, czy dana osoba żyje, wówczas udziela z formułą warunkową.  


W sytuacji konieczności wystarczy namaszczenie jednej części ciała, najstosowniej na czole, jeśli to możliwe. 

Tyle co do zarządzeń ogólnych. Nie precyzują one, jak widać, momentu śmierci.

W obecnym stanie wiedzy wiemy, że śmierć nie następuje w jednym momencie, lecz funkcje życiowe ustają kolejno i stopniowo. Tzw. śmierć mózgu na pewno nie jest równoznaczna ze śmiercią całego organizmu. Także zatrzymanie pracy serca czy nawet oddechu nie jest w pewnym stopniu nieodwracalne. Kapłan nie jest lekarzem i nie jest w stanie - na użytek udzielenia sakramentu - samodzielnie określić, czy dana osoba już zmarła. Za zmarłą powinien na pewno uznać osobę, której zgon został stwierdzony przez lekarza. Przed tym stwierdzeniem, jeśli nie ma jednoznacznych oznak zgonu, kapłan może udzielić sakramentu warunkowo. Dotyczy to szczególnie nagłych przypadków, zwłaszcza gdy zgon następuje w wyniku odniesionych obrażeń ciała, czy to w trakcie akcji ratunkowej, czy bezpośrednio po niej. 

Czy władza ma prawo uniemożliwić udzielenie sakramentów świętych?

 

Sprawa jest właściwie oczywista, choć widocznie jednak coraz mniej i to nawet w rzekomo katolickiej Polsce. 

Zacząć trzeba od tego, że kapłan katolicki ma obowiązek udzielenia sakramentu, jeśli spełnione są kanoniczne warunki jego udzielenia. Do kanonicznych warunków oczywiście nie należy zgoda władzy świeckiej czy choćby jej przedstawicieli. 

W przypadku ostatniego namaszczenia decydująca jest wola danej potrzebującej osoby, bądź przynajmniej osoby bliskiej, która reprezentuje osobę ciężko chorą, nie będącą w stanie wyrazić swojej woli. 

Jeden z moich wychowawców seminaryjnych opowiadał zdarzenie ze swojego doświadczenia kapłańskiego. Będąc świadkiem wypadku drogowego, w którym został poszkodowany motocyklista. Poszkodowany był jeszcze przy życiu, choć w stanie wskazującym na utratę przytomności. Nie było możliwości zapytania osoby bliskiej, czy poszkodowany życzyłby sobie sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Wówczas kapłan wziął młodzieńca za rękę i poprosił go o znak, czy chce przyjąć Ostatnie Namaszczenie. Młodzieniec dał znak lekkim poruszeniem dłoni, co upewniło kapłana, że ów pragnie sakramentu. 

Moje zdanie jest następujące: jeśli dana osoba nie jest w stanie w żaden sposób wyrazić pragnienia przyjęcia sakramentu Ostatniego Namaszczenia, a kapłanowi nie jest znane nic, co by świadczyło o braku jego woli czy zgody, wówczas kapłan powinien udzielić sakramentu. Prawo cywilne ani władza państwowa nie powinna mu tego ani zakazywać, ani uniemożliwiać, ani utrudniać. 

Podane wyżej zachowanie policjanta i prokuratora jest skandaliczne i bezprawne. Tak nie postępowała nawet komunistyczna milicja w PRL. To zachowanie wpisuje się w mentalność wynikającą z reżimu tzw. pandemicznego, gdy władze państwowe podniosły zakazującą rękę na praktyki religijne zarówno w szpitalach, domach opieki, więzieniach, jak też nawet w świątyniach i budynkach kościelnych. 

Nawet abstrahując od wyrażonej przez policjanta osobistej niewiary i wręcz pogardy dla sakramentów Kościoła, jego zachowanie jest niestety wyrazem braku szacunku dla czyjejś wiary i czyichś potrzeb duchowych. 

Rodzina tych osób ma prawo domagać się ukarania osób odpowiedzialnych za uniemożliwienie praktyk religijnych w tym tragicznym przypadku. 

Równocześnie ten przypadek powinien nakłonić wszystkich do refleksji nad stanem świadomości Polaków co do wartości praktyk religijnych oraz praw osób religijnych. Ci policjanci i prokuratorzy przypuszczalnie uczęszczali niegdyś na lekcje religii, byli u Pierwszej Komunii, być możne nawet przyjęli Bierzmowanie. Jeśli mimo tego tak się zachowali, to jest to skandaliczne świadectwo jakości nauczania przez Kościół w Polsce.


Post scriptum

Takie info krąży po pajęczynie (cytat z tego policjanta wraz z podobizną):



Co mogą aniołowie?

 

Ten buńczuczny tekścik odnosi się do wcześniejszego wpisu co do możliwości sprawowania Komunii św. przez aniołów (tutaj). Dość groteskowa wypowiedź zdradza swój poziom już choćby przez to, że ogłasza s. Łucję błogosławioną...


Przechodząc do rzeczy: Po pierwsze autor widocznie albo nie raczył przeczytać ani komentarzy pod tym wpisem, ani moich odpowiedzi na nie, albo przeczytał i nie zrozumiał względnie nie chciał zrozumieć. 

Coby zakończyć temat, odniosę się raz jeszcze w temacie. 

Właściwie wystarczy uważnie przeczytać podany fragment św. Tomaszowy. Zacznijmy od oryginału (źródło tutaj):




Odnośne słowa św. Tomaszowe wskazane są czerwoną gwiazdką (początek). Oto ich poprawne tłumaczenie:

"Należy jednak wiedzieć, że tak jak Bóg nie związał Swojej mocy sakramentami, tak jakby nie mógł udzielać skutku sakramentów bez sakramentów, tak też nie związał Swojej mocy sługami Kościoła, jakoby nie mógł także aniołom udzielić mocy posługiwania w sakramentach. A ponieważ dobrzy aniołowie są zwiastunami prawdy, tak więc jeśli by jakaś sakramentalna posługa była sprawowana przez dobrych aniołów, należałoby to uznać za ważne, ponieważ powinno by być pewne, że staje się to z woli Bożej, tak jak o niektórych świątyniach mówi się, że są poświęcone przez posługę aniołów. Jeśli by natomiast demony, które są duchami kłamstwa, sprawowały jakąś sakramentalną posługę, to nie należałoby tego uznać za ważne." 

Istotne jest tutaj zdanie poprzedzające (podkreślone na zielono), do którego odnosi się powyższy fragment:

"Tak więc sprawą ludzi jest szafowanie i posługiwanie w sakramentach, nie sprawą aniołów".

Jak widać, autor powyższego bluzga nie potrafi poprawnie cytować źródła, a może nawet raczej nie chce. Bowiem to zdanie jest kluczowe dla właściwego zrozumienia, które wyłożyłem w poprzednim wpisie.

Należy bowiem odróżnić porządek faktyczny, zwyczajny, od porządku wirtualnego, czyli nadzwyczajnego, cudownego. Gramatycznie i znaczeniowo istotny jest tutaj tryb warunkowy (possit, perficeretur, deberet, exhiberent). W porządku zwyczajnym, czyli faktycznym porządku sprawowania sakramentów przez Kościół, szafarzami i posługującymi są ludzie (konkretnie: duchowni). Pan Bóg oczywiście zawsze może działać poza zwykłym porządkiem sakramentalnym, to znaczy może działać cuda, w tym także może sprawiać cuda polegające na tym, iż dobre duchy, czyli dobrzy aniołowie sprawują coś, co według Bożej woli służy uświęceniu i zbawieniu dusz. Nie oznacza to jednak w żaden sposób, jakoby aniołowie sami ze siebie, według zdolności właściwych ich naturze, mogli czynić coś tego rodzaju. 

Ponadto należy mieć na uwadze, że nie ma tutaj mowy o stosunku aniołów do świata materialnego, czy o mocy aniołów nad światem materialnym, ani o udzielaniu Komunii św. Jest mowa tylko o czynności konsekrowania świątyni, czyli o czynności duchowej, która nie oznacza fizycznej władzy nad materią w sensie fizycznego oddziaływania. Pan Bóg oczywiście może w sposób nadzwyczajny posłużyć się aniołami w swoim oddziaływaniu na materię. Nie jest to jednak działanie mocą własną aniołów, lecz działanie wszechmocy Bożej przez aniołów. Ta różnica jest istotna zwłaszcza w kwestii, czy demony, czyli źli aniołowie, mają moc nad przedmiotami materialnymi (o tym było w poprzedni wpisie tutaj). 

Czy godzi się uzupełniać obrzędy Chrztu?

 


Pytanie bezpośrednio odnosi się do sytuacji, gdy dziecko zostało ochrzczone w Novus Ordo. Dotyczy jednak zasady ogólnej. Otóż zawsze gdy dziecko zostało ochrzczone w trybie pilnym (nadzwyczajnym) bez przeprowadzenia całości obrzędu przepisanego w Rituale, wówczas w odpowiednim czasie i możliwości były uzupełniane obrzędy chrzcielne, ewentualnie także sam Chrzest sub conditione, czyli w wypadku gdy jego udzielenie jest wątpliwe czy niepewne. 

Tym samym, po pierwsze, uzupełnianie obrzędów chrzcielnych - czyli przeprowadzenie obrzędów nie stanowiących istoty sakramentu Chrztu, czyli, exorcyzmy, namaszczenie olejem katechumenów itp. - jest zasadniczo dopuszczalne, a nawet przewidziane. 

Po drugie, pewne jest, że obrzęd chrzcielny w Novus Ordo jest mocno okrojony, czyli pozbawiony wielu elementów nie należących wprawdzie do istoty sakramentu, lecz mających wartość sakramentaliów, czyli obrzędów skutecznych na mocy zasług Kościoła. 

Tym samym uprawnione jest pragnienie zapewnienia dziecku także łask płynących za sakramentaliów. Nie jest to wykroczenie przeciw Novus Ordo czy posłuszeństwu, lecz słuszne docenienie wartości tych obrzędów w porządku łaski. 

Jaki jest cel małżeństwa według nauczania Kościoła?

Imago de Pytania do teologa katolickiego.

Według tradycyjnej teologii katolickiej celem, dla którego Bóg ustanowił instytucję i Sakrament Małżeństwa jest trwanie rodzaju ludzkiego czyli potomstwo. Tylko na tej podstawie można uzasadnić zarezerwowanie pożycia płciowego wyłącznie dla małżeństwa. Ten cel, gdyż chodzi o relację ludzką i potomstwo ludzkie, zawiera w sobie całość wymiaru także osobowego, zwłaszcza wraz z miłością, wiernością, uczciwością, dozgonnością itd. Należy więc go rozumieć jako cel istotny, nadrzędny, który nie wyklucza lecz zakłada cele pośrednie, a także godność ludzką dzieci pochodzących ze związku małżeńskiego. Innymi słowy: ani pożycie płciowe, ani dzieci nie są środkiem ku dobru małżonków, lecz odwrotnie, tzn. miłości, wierność i wszystkie cechy małżeństwa są ukierunkowane ku płodności, która obejmuje także wychowanie i odpowiedzialność za zbawienie dusz, od zawarcia małżeństwa aż do śmierci.

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. mówi o celu pierwszorzędnym (finis primarius) i celu drugorzędnym (finis secundarius). Tym pierwszym jest prokreacja i wychowanie potomstwa, drugim wzajemna pomoc małżonków oraz lekarstwo na pożądliwość (remedium concupiscentiae). Jest w tym zawarta cała istota i głęboka, a zarazem uporządkowana treść katolickiej teologii małżeństwa.

Począwszy od Vaticanum II zaczęto cele małżeństwa podawać w odwrotnej kolejności, tzn. najpierw dobro małżonków, a następnie wydanie potomstwa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o tych celach jako równorzędnych i stanowiących nierozerwalną jedność. Tym samym nie ma podstaw twierdzenie, jakoby dobro małżonków - jakkolwiek pojmowane - było pierwszym i nadrzędnym celem.

Imago de Pytania do teologa katolickiego.

Imago de Pytania do teologa katolickiego.

Istotne znaczenie wydania potomstwa wynika jasno także z Kodexu Prawa Kanonicznego z 1983 r. Dopiero małżeństwo wykonane (consummatum, czyli po odbycia aktu małżeńskiego) jest nierozwiązywalne, zaś przeszkodą uniemożliwiającą zawarcie małżeństwa jest impotencja czyli niezdolność do aktu małżeńskiego. Bezpłodność (sterilitas) nie jest przeszkodą kanoniczną i tym samym powodem orzekania nieważności małżeństwa, ponieważ
- jest często tymczasowa,
- a jeśli jest trwała, to może być często zdiagnozowana przed zawarciem związku,
- może być leczona,
- akt małżeński zawiera w sobie i skutkuje także więzią osobową i tym samym naturalnym obowiązkiem dozgonnej wierności,
- w takim wypadku małżeństwo może zostać spełnione zastępczo przez adopcję i tym samym zrealizować cel trwania rodzaju ludzkiego,
- dotyczy zwykle jednego współmałżonka i w razie unieważnienia konsekwencje egzystencjalne poniosłaby jednostronnie tylko ta osoba, która często czy zwykle nie ponosi winy za swoją bezpłodność.

Tym niemniej w różnych publikacjach czy nauczaniu ustnym, także duchownych i teologów rozpowszechnił się pogląd, jakoby celem nadrzędnym małżeństwa było dobro małżonków, zresztą często pojmowanie bardzo nisko jako legitymizacja wyżycia pożądliwości czy wręcz korzyść egzystencjalna i materialna. Potomstwo - zwykle ograniczane do jednego czy dwójki dzieci - jest często ujmowane jako dodatek, jakby uzupełnienie i rodzaj zabezpieczenia na starość, a nie jako cel nadrzędny. Skutkuje to nie tylko infantylizacją relacji małżeńskiej (małżeństwo dla zabawy) i brakiem dojrzałości rodzicielskiej, lecz także brakiem gotowości przyjęcia potomstwa według woli Bożej i też osobowego traktowania dzieci, gdy dziecko jest traktowane jako środek do spełnienia potrzeb i planów małżonków, a nie jako dziecko Boże, za które rodzice są odpowiedzialni przed Bogiem. Ma to konkretne przełożenie zarówno na liczbę potomstwa, jak też na trwałość małżeństw (która wymaga dojrzałości osobowej i duchowej), a także na rozwój osobowy, duchowy i kompetencje społeczne młodego pokolenia.

Całkiem logicznie, po tej samej linii idzie domaganie się legalizacji oraz przywilejów dla "małżeństw" homosexualnych. Skoro płodność jest jedynie drugorzędna, a właściwym celem jest dobro dwójki ludzi, to nie ma prostej, naturalnej przeszkody dla realizacji takowych żądań.
Zmiany w tej dziedzinie są doświadczalne na codzień, zarówno w Polsce, jak też w krajach niegdyś katolickich. Ich kierunek jest wręcz zatrważający, chociażby demograficznie. Przyczyny i tym samym winę upatruje się zwykle w anonimowych procesach historycznych, co jest niczym innym jak rodzajem paramarxistowskiego determinizmu, który jest irracjonalny i fałszywy. Jest to uciekanie od wyciągania wniosków z błędów popełnionych we własnym zakresie i tym samym od przyznania się do winy polegającej na odejściu od stałego, odwiecznego nauczania Kościoła. Empirycznym dowodem przeciwnym są rodziny chrześcijańskie, nie tylko zresztą katolickie, które także obecnie, w aktualnych realiach kulturowych i społecznych, trzymając się tradycyjnego rozumienia małżeństwa i rodziny (często jedynie intuicyjnie, bez głębszej reflexji teologicznej) podejmują wręcz heroiczny trud zarówno wierności małżeńskiej jak też płodności zgodnie z wolą Bożą, dla dobra nie tylko i nie przede wszystkim własnego.

Czy zatwierdzenie fałszywych słów Konsekracji powoduje ich ważność?

 


Wypowiedź nie jest do końca jasna, jednak w tym brzmieniu jest fałszywa, gdyż przynamniej może zawierać poważny błąd.

Otóż według sakramentologii katolickiej słowa sakramentalne, czyli tzw. forma sakramentu jest ustanowiona przez samego Jezusa Chrystusa i jest tym samym niezmienna. Tym samym ani Stolica Apostolska ani ktokolwiek inny nie ma prawa zmieniać tych słów, także w tłumaczeniach. Zmiana tych słów - dokonana przez kogokolwiek - powoduje nieważność sakramentu, w tym wypadku Konsekracji. 

Rubryki Missale Romanum z 1962 r. (w części Ritus servandus) podają, jakie słowa stanowią formę sakramentalną:

 

W rubrykach Novus Ordo Pawła VI nie podano, które słowa są istotną formą sakramentu. Równocześnie zmieniono formułę Konsekracji, co miało fatalne skutki przynajmniej psychologiczne, pedagogiczne i pastoralne, gdyż zasugerowało fałszywie, jakoby nawet słowa Konsekracji były dowolnie zmienialne. To oczywiście zachęciło do dalszych i swawolnych zmian, jak chociażby w fałszywych tłumaczeniach "pro multis" jako "za wszystkich". Te ewidentnie fałszujące tłumaczenia niestety zostały zatwierdzone przez kongregację watykańską. 

W formule Konsekracji wprawdzie odróżnia się słowa istotne (essentialia), czyli konieczne dla ważności, od słów nieistotnych, które nie są konieczne dla ważności. Według klasycznych podręczników dogmatyki katolickiej (dokładniej: sakramentologii, jak na przykład tutaj), opierających się na nauczaniu Magisterium Kościoła, zwłaszcza Soborów Florenckiego (Decretum IV) i Trydenckiego (sesja XIII, De Eucharistia cap. I), słowa istotne to:

"Hoc est enim corpus meum"

oraz

"Hic est enim calix sanguinis mei".

Pozostałe słowa nie są istotne dla ważności Konsekracji. 

Tym niemniej nikomu nie wolno zmieniać słów Konsekracji także w tłumaczeniach, jak orzekło Święte Oficjum w swoim upomnieniu z 1958 roku: 



Podsumowując:
Ważność (nie przez wszystkich uznawana) zmienionych lub fałszywie przetłumaczonych słów Konsekracji nie wynika z zatwierdzenia, lecz z faktu, że zmiany dotyczą słów nieistotnych dla ważności. 

Co robić, gdy nie ma możliwości przystępowania do sakramentów?

 


W sytuacji niemożliwości przyjęcia Sakramentów Świętych mimo starania liczy się pragnienie ich przyjęcia wraz z praktykami, które każdy katolik może stosować, czyli modlitwa, w tym także rachunek sumienia i żal za grzechy. Należy pamiętać, że doskonały żal za grzechy w połączeniu z pragnieniem i zamiarem wyspowiadania się, gdy będzie to możliwe, ma moc gładzenia także grzechów ciężkich. 

Jeśli jest możliwość, najlepiej jest odmawiać modlitwy wspólnie w rodzinie czy grupie. Może to być różaniec, albo też odczytywanie textów początkowych Mszy św. do Ewangelii włącznie. Mogą być także inne nabożeństwa z modlitewnika katolickiego, zwłaszcza przygotowujące do Komunii św. duchowej, oraz pieśni pobożne. Należy posłużyć się dobrym modlitewnikiem tradycyjnym. 

Warunki zawarcia sakramentu małżeństwa



ad 1)
Według prawa kościelnego dopiero małżeństwo ważnie zawarte i skonsumowane (czyli po odbyciu aktu małżeńskiego) - ratum et consummatum - jest nierozwiązywalne czyli ma pełną obowiązywalność prawną. Wynika to z natury małżeństwa: jego celem pierwszorzędnym jest przekazywanie życia, a to odbywa się w akcie małżeńskim. Ten akt ze swej natury jest płodny, choć nie zawsze jest faktycznie płodny (osobną sprawą jest uczynienie go niepłodnym). Natomiast niepłodność może być tymczasowa, a jej przyczyny nawet w obecnym stanie wiedzy medycznej nie są zawsze jasne. Nierzadko się zdarza, że małżonkowie dopiero po latach starań otrzymują potomstwo. W każdym razie niepłodność może zostać przynajmniej czasami wyleczona, czy to medycznie czyli naturalnie, czy poprzez ingerencję Bożą czyli cud. 

ad 2)
To jest sprawa kościelno-prawna, ale nie czysto dyscyplinarna, czyli podlegająca zmianom, lecz ściśle związana z katolickim rozumieniem małżeństwa, którego podstawą jest Boże Objawienie. Innymi słowy: z pojęcia małżeństwa wypływającego z Bożego Objawienia wynikają takie a nie inne konsekwencje prawne, które nie są dowolnie wymienialne i tym samym są niezmienne. 




ad 3)
Chodzi oczywiście o stwierdzenie nieważności, nie o unieważnienie. Proszę zwrócić uwagę na oryginalny text łaciński.

ad 4)
Obecność świadków należy do formy małżeństwa koniecznej dla ważności prawnej. Jest jednak możliwe uzyskanie dyspenzy od tej formy, gdy okoliczności tego wymagają. Bowiem materią sakramentu jest konsens małżeński czyli nieprzymuszona wola obojga zawarcia małżeństwa w katolickim znaczeniu. Gdy nie ma świadków, wówczas jest problem w stwierdzeniu zaistnienia materii w momencie zawarcia, a ma to konsekwencje zwłaszcza w sytuacji późniejszej chęci zaprzestania pożycia małżeńskiego. Forma zabezpiecza stwierdzenie zaistnienia materii i tym samym ważności zawarcia. Jeśli małżeństwo zostało z konieczności zawarte bez formy, czyli bez świadków, czyli jako małżeństwo tajne, a potem nastała sytuacja normalna czyli możliwość stwierdzenia materii wobec Kościoła, wówczas przeprowadzana jest procedura tzw. uzdrowienia w korzeniu (sanatio in radice), polegająca na formalnym stwierdzeniu materii czyli consensus matrimonii. W ten sposób uzupełniana jest forma, dzięki czemu małżeństwo jest uznawane jako faktycznie zawarte.

Czy ważna jest spowiedź poza konfesjonałem?


Ważność spowiedzi nie zależy od miejsca sprawowania tego sakramentu. Jednak miejsce sakralne, zwłaszcza konfesjonał, ma znaczenie dla godziwości, o ile nie ma odpowiednich powodów, dla których się sprawuje poza konfesjonałem czy nawet poza świątynią.

Natomiast Kodex Prawa Kanonicznego stanowi:



Miejsce sprawowania wskazuje na sakramentalną naturę i godność, aczkolwiek w wypadku spowiedzi ważniejsze jest niezwlekanie, gdyż może to mieć znaczenie dla zbawienia dusz. Dlatego zwykle kapłan powinien być stale gotowy do wysłuchania spowiedzi, nawet jeśli nie ma możliwości udania się do konfesjonału. W normalnych warunkach kapłan powinien spowiadać w konfesjonale, odziany w sutannę komżę oraz stułę.

Ostatnimi czasy niestety rozpowszechniło spowiadanie gdzie popadnie i jak popadnie, bez zachowania zewnętrznych znaków czynności sakramentalnej. Jest to oczywiście wbrew zasadom Kościoła i godności sakramentu. Kapłan tak postępujący popełnia grzech i to nawet ciężki, jeśli jest świadomy zasad Kościoła oraz ma wolny wybór.

Czy ważność Mszy św. zależy od wiary kapłana?


Intencją konieczną do ważności Konsekracji i tym samym całej Mszy św. jest intencja czynienia tego, co czyni Kościół. Nie jest więc istotne, czy i jak celebrans rozumie czynność Kościoła. Oznacza to: jeśli celebrans jest przekonany, że Kościół celebruje tylko Ostatnią Wieczerzę, a nie Ofiarę Jezusa Chrystusa, i w tym sensie celebruje, wówczas celebracja jest ważna. Dopiero świadome odrzucenie katolickiego rozumienia Mszy św. jako takiego, czyli intencja nieczynienia tego, co czyni Kościół, powoduje nieważność.

Dlatego w przypadku celebransa o poglądach de facto sprzecznych z nauczaniem Kościoła prawdopodobieństwo nieważności celebracji jest duże, ale nie jest pewne czy nieuchronne.

Czy Kościół został stworzony przez człowieka?



To już właściwie nie jest wcale zaskakujące, że o. Szustak "zaskoczył" kolejnym wystąpieniem (o poprzednich jest tutaj wraz z linkami do wcześniejszych), które jest mieszanką herezji, niedouczenia i arogancji. Mieszanka została podana znowu sugestywnie z pozą mającą stworzyć pozory kompetencji, oryginalności i miłości do odbiorcy.

Po kolei:

1. O. Szustak cytuje słowa swojego współbrata Jacka Szymczaka, przeciwstawiające "religijność" z jednej strony i "wiarę" z drugiej. To odróżnienie o. Szustak uważa za "kluczowe": "religijność odpowiada na pytanie: co robić, natomiast wiara odpowiada na pytanie: kim jestem". Na tych słowach opiera swoje wywody.

Jest to właściwie nic innego jak podwórkowa wersja poglądu słynnego protestanckiego teologa Karl'a Barth'a:
"Religia jest niewiarą. Religia jest sprawą, należy wręcz powiedzieć: jest sprawą bezbożnego człowieka."

(źródło tutaj)


To bzdurne zdanie protestanta należy rozumieć w kontekście fałszywego, typowego dla protestantyzmu przeciwstawienia uczynków w znaczeniu czynnej religijności z jednej, a "wiary" rozumianej jako irracjonalny akt z drugiej strony. W myśleniu protestanckim natura człowieka jest wskutek grzechu pierworodnego tak skażona grzechem i zepsuta, że nie jest zdolna do dobrych uczynków. Dlatego człowiek jest zdany na uczuciową wiarę, która właściwie nie musi i nie może prowadzić ani do praktyk religijnych ani do moralnego życia. No cóż. Dobrze wiedzieć, jakie zasady głosi swoim odbiorcom o. Szustak. Dlatego nie dziwi, że ma tyle fanów, skoro według niego wystarczy mieć naiwną, uczuciową "wiarę", nie związaną z żadnymi wymaganiami praktycznymi.


2. O. Szustak odróżnia i przeciwstawia "religijny system kościelny" w znaczeniu "kościołów, liturgii, administracji, zasad kościelnych, prawa kościelnego", które nazywa "ustanowionymi przez człowieka", "prawdziwej wierze nastawionej na spotkanie z Bogiem", czyli "bycie religijnym" w znaczeniu "zachowań, praktyk, zwyczajów" z jednej strony oraz "bycie wierzącym" z drugiej.



Wygląda na to, że o. Szustak albo nie wie, że liturgią jest sprawowanie sakramentów ustanowionych przez Jezusa Chrystusa (czemu zaprzeczają apostaci), albo odrzuca katolicką prawdę wiary, że sakramenty są ustanowione przez Jezusa Chrystusa, nie przez Kościół. A wystarczy znać nowy katechizm:


Według nauczania Kościoła sprawowanie i przyjmowanie sakramentów jest nie tylko czynnością wiary, lecz także wymaga spełnienia odpowiednich kryteriów moralnych, zarówno poprzedzających jak też wynikających z sakramentów. Kto oddziela wiarę od praktyk sakramentalnych i moralnych, ten nie tylko wzywa do bezczeszczenia sakramentów, lecz także do lekceważenia wymagań wynikających z wiary.


3. Pochwalenie "załamania systemu kościelnego", mianowicie faktu, że "zamarł Kościół instytucjonalny, liturgiczny, sakramentalny w jego najbardziej powszechnym znaczeniu".



Te słowa świadczą, że o. Szustak albo nie zna i nie rozumie wartości sakramentów według nauczania Kościoła, albo tę wartość odrzuca, albo jedno i drugie. Katechizm naucza:


W każdym razie jego entuzjastycznego zachwytu faktem "zamarcia" sprawowania sakramentów świętych nie można nazwać inaczej jak wręcz diabelskim.


4. "Wiara potrzebuje, ale nie w sposób konieczny, swojego wyrazu w instytucjach, w praktykach, zwyczajach, zachowaniach, nabożeństwach, sakramentach itd.", ponieważ "wiara się w nich wyraża", ale "bez nich wiara nie znika", "bez nich wiara nie przestaje być pusta, dlatego, że to ona jest sednem, a nie te praktyki są sednem"; "wiara bez religijności może istnieć".



Mamy tutaj znowu dowód nie tylko braku katolickiego rozumienia sakramentów, lecz ich fałszywe ujęcie, mianowicie protestanckie. Jak mówi już wyżej podany cytat z katechizmu, sakramenty są zbawczym działaniem Jezusa Chrystusa przez posługę Kościoła, a nie wyrazem wiary, zwłaszcza nie w tym sensie, jak ją ujmuje o. Szustak, czyli niezobowiązującego uczucia.

Ponadto o. Szustak popełnia w tym miejscu zdanie (min 6:30), które samo w sobie jest absurdalne, ale pasuje do o. Szustakowego pojęcia "wiary" (nawet jeśli to zdanie jest pomyłką Freudowską, czyli nieopacznym powiedzeniem czegoś, czego się nie chciało powiedzieć, a co świadczy o myśleniu):


 Rzeczywiście wiara, którą głosi o. Szustak jest pusta. Bo nie jest to wiara katolicka.


5. "Pan Bóg zabrał nam to" czyli praktyki religijne, "sytuacja nam ucięła naszą religijność i chwała Bogu". 

Tutaj znowu o. Szustak się mota w swoich myślach i słowach, bo raz mówi, że Pan Bóg zabrał, co jest bluźnierstwem, a potem wymyka się powiedzeniem, że to sytuacja jest winna, ale jednak dziękuje Panu Bogu za to i tym samym przypisuje odpowiedzialność, czyli potwierdza bluźnierstwo. A jest ono fałszywe zarówno faktograficznie, gdyż to rządzący nałożyli zakaz publicznego sprawowania liturgii, jak też teologicznie, gdyż Panu Bogu nie można przypisywać odpowiedzialności za złe decyzje i czyny ludzkie.


6. "Sednem nie są sakramenty (...) w znaczeniu tej zewnętrznej otoczki, którą im nadaliśmy". 

O. Szustak znowu się plącze, próbując zasugerować, jakoby nie powiedział tego, co powiedział. I popełnia przy tym nie tylko kłamstwo lecz następną bzdurę. Wiadomo przecież, że obecnie ograniczenia nie dotyczą tylko "otoczki" sakramentów, lecz w ogóle ich sprawowania, przynajmniej z udziałem ludu, a nawet zupełnie. Czy jedynie "otoczką" jest uczestniczenie wiernych we Mszy św. i przyjmowanie Komunii św.? Czyż "otoczką" jest przystępowanie do spowiedzi świętej, chrzczenie dzieci, udzielanie bierzmowania itd.? Czyżby o. Szustak tak był skupiony na maskowaniu swego krętactwa, że nawet nie zauważa, jakie kłamstwa i bzdury plecie?


7. Zgodnie ze swoją exponowaną manierą rzekomego miłośnika i znawcy Pisma św., o. Szustak w swoim obrzydzaniu praktyk religijnych podpiera się słowami proroka Izajasza. Jednak widocznie nie doczytał do końca fragmentu, na który się powołuje, gdyż zawiera on wprost wskazanie na zobowiązania do praktyk moralnych:


Ponadto powoływanie się na ten fragment w argumentacji przeciw sakramentom Kościoła jest bluźnierczym pomyleniem ich z kultem starotestamentalnym, który był jedynie niedoskonałą zapowiedzią prawdziwego kultu Nowego Testamentu, do którego istoty należą zobowiązania moralne i wewnętrzne, właśnie czystość serca oraz czynne wypełnianie przykazania miłości Boga i bliźniego. 


8. Kończąc wątek, będąc widocznie świadomym bzdurności tego, co powiedział, słusznie się spodziewa krytyki, którą odrzuca jednym zdaniem: "wiem, że zaraz będą głosy: Szustak oczywiście zanegował sakramenty, zanegował instytucję Kościoła, nie, nie zanegował, tylko o co tak nam na prawdę chodzi?". 

W taki to krętacki sposób o. Szustak próbuje wyszydzić tych, który ośmielają się wskazać na jego bzdurne, heretyckie i bluźniercze wywody zwodzicielskie. I widocznie uważa swoich odbiorców za idiotów, którzy nie potrafią dostrzec krętactwa i obłudy, a łykają zupełnie bezkrytycznie każde jego zdanie, nawet jeśli jest ono ewidentnie sprzeczne z prostymi faktami i jego innymi zdaniami. 


9. "Ogromna część naszej wiary katolickiej jest zbudowana na zabobonach, na strachu, na prymitywnych lękach, na niewiedzy, na przesądach, na chęci poczucia bezpieczeństwa, i dlatego łapiemy się najprostszych wyjaśniających rzeczywistość ideologii, które nie mają nic wspólnego z tajemnicą Ewangelii, z tajemnicą tego, czym jest rzeczywistość, kim jest Pan Bóg, z tajemnicą Boga itd."

Cóż. Także to zdanie stanowi mieszankę kłamstwa, obłudy, bluźnierstwa i bezczelności. W najlepszym wypadku o. Szustak widocznie nie wie, na czym zbudowana jest wiara katolicka, której najwidoczniej nie zna, gdyż głosi treści o wiele bardziej protestanckie niż katolickie. Tym samym jego wiara ewidentnie nie jest wiarą katolicką.

Oczywiście słuszna jest krytyka i odrzucenie budowania swojej osobistej "wiary" - w znaczeniu prezentowanym przez o. Szustaka - na prywatnych objawieniach, zwykle fałszywych, czy prywatnych naukach wygłaszanych w stylu quasi prorockim. Brakuje tu jednak powiedzenia, jakie są prawdziwe podstawy wiary katolickiej. Dlaczego o. Szustak tego nie mówi, a mówi jedynie tajemniczo o "tajemnicach"? Powodu można się domyślać na podstawie całości "nauczania" o. Szustaka: jego źródła widocznie są tego samego rodzaju, mianowicie niekatolickie, lecz protestanckie i paraprotestanckie - fałszywe ideologie pseudocharyzmatyków i tym podobnych sekciarzy.

Wskazuje na to wyszydzenie "chęci poczucia bezpieczeństwa". Widocznie o. Szustakowi nie podoba się, że wiara katolicka, która jest oparta na Bożym Objawieniu, właśnie daje poczucie bezpieczeństwa, czyli pewność trwania w prawdzie objawionej przez samego Boga. Właśnie ten, kto nie przyjmuje tej pewności - jak protestanci i pochodzące od nich sekty - szuka bezpieczeństwa w sensacjach i przeżyciach łechtających uczucia i ciekawość. Dlatego podatność na fałszywych "proroków" jest ściśle powiązana z protestantyzacją, którą o. Szustak tak perfidnie uprawia.

Czy późnośredniowieczna praktyka świadczy przeciw celibatowi? (z post scriptum)



Znany w pewnych kręgach świecki chemik, chlubiący się byciem "akolitą" tudzież często paradujący jako fałszywy "subdiakon" w celebrach indultowych, regularnie próbuje usprawiedliwić i uzasadnić swoją praktykę, która jest jego wynalazkiem i to sprzecznym z Tradycją Kościoła. Mówiąc krótko: ta sprzeczność polega na tym, że NIGDY w historii Kościoła nie było praktyki, by świecki i to nie żyjący w celibacie sprawował liturgiczną funkcję subdiakona, czyli stopnia wyższych święceń.

Przeanalizujmy po kolei.

1. Pan Wolański zauważa słusznie, że w Tradycji Kościoła celibat (czyli dozgonne bezżeństwo) obowiązywał od momentu przyjęcia święceń subdiakonatu. Pomija jednak, że
- subdiakonów w Kościele zawsze obowiązywała wstrzemięźliwość sexualna i celibat czyli dozgonna bezżenność, oraz że
- on sam regularnie popełnia wykroczenie przeciw tej zasadzie i tym samym grzech ciężki przeciw prawdziwej czci Boga i przeciw Kościołowi, skoro jako świecki nieżyjący ani w czystości ani w celibacie pełni funkcję subdiakona.

Tę swoją praktykę próbuje usprawiedliwić tym, że robi to tylko w zastępstwie subdiakona, podobnie jak ministranci, czyli świeccy nie wyświęceni w żadnym stopniu święceń, zastępują minorystów (duchownych niższych święceń, czyli kleryków). Jest to tłumaczenie nieporadne i kłamliwe, z wielu względów:

- Nigdy w Kościele nie było praktyki zastępowania przez świeckich w funkcjach duchownych wyższych święceń, z subdiakonatem włącznie. I nie jest to bynajmniej przypadkowe, gdyż począwszy od subdiakonatu obowiązywała stała i dożywotnia wstrzemięźliwość sexualna. Ma to istotne znaczenie ze względu na istotę sprawowania kultu katolickiego jako działania w Osobie Jezusa Chrystusa, jak też ze względu na jedność sakramentu święceń, którego jakby przedsionkiem jest stopień subdiakona (przez niektórych teologów zaliczany nawet do święceń sakramentalnych).

- Podczas gdy w sytuacji braku minorystów jest potrzeba a nawet konieczność usługiwania kapłanowi, co jest powodem dopuszczenia świeckich (ministrantów) do spełnienia koniecznych posług, to nie ma nigdy i pod żadnym względem konieczności ani nawet potrzeby zaangażowania świeckich do pełnienia funkcji subdiakona, gdyż ma ona miejsce wyłącznie w formie celebracji uroczystej, która nie jest niezbędna pod jakimkolwiek względem. Innymi słowy: nawet celebracja biskupa może się odbyć w razie braku subdiakona w formie mniej uroczystej (tzw. celebracja prałacka). Stopień świetności formy nie jest istotny pod względem wyrażania wiary katolickiej, podczas gdy pomieszanie porządku hierarchicznego uderza wprost w ustrój Kościoła i tym samym w jego istotę.

2. Pan Wolański twierdzi, że przed święceniami subdiakonatu nie składano przyrzeczenia celibatu, oraz wiąże z tym twierdzenie, że udzielanie święceń niższych żonatym było powszechne. Jako przykład podaje Mikołaja Kopernika, Jana Kochanowskiego oraz Franciszka Liszt'a.

Zauważmy:

- Kopernik miał prawdopodobnie niższe święcenia, ale nie był żonaty.

- Kochanowski prawdopodobnie nie miał święceń, przynajmniej wyższych, aczkolwiek przez pewien czas zarządzał probostwem, o czym mówi źródło:


Zaznaczyć należy, że określenie in sacris oznacza generalnie wszystkie stopnie święceń jako związane ze sprawowaniem sakramentów, nie tylko wyższe stopnie święceń, por. tutaj i tutaj :


Istotne jest także, że Kochanowski był proboszczem PRZED zawarciem związku małżeńskiego, czyli z całą pewnością nie otrzymał święceń jako żonaty. Wraz z małżeństwem prawdopodobnie stracił probostwo, którego w znaczeniu duszpasterstwa zresztą nigdy nie miał, bo nigdy nie rezydował na probostwie, a był jedynie zarządcą z tytułem dochodów z probostwa. Tytuły kościelne były bowiem wówczas dość często traktowane jako sposób zabezpieczenia dochodów za zarządzanie, nie za sprawowanie sakramentów czyli nie za duszpasterstwo.

- Liszt zamierzał zawrzeć związek małżeński w wieku 50 lat, w 1861 r. w Rzymie. Jednak małżeństwo nie doszło do skutku, po czym jego niedoszła małżonka Carolyne zaczęła studiować teologię i pisać książki, a kompozytor zamieszkał w jednym z klasztorów rzymskich, częściowo też w Watykanie, poświęcając się muzyce religijnej. Kilka lat później, w 1865 r., przyjął tonsurę oraz niższe święcenia, nosząc odtąd koloratkę jako strój duchowny.

Tym samym wszystkie trzy przykłady podane przez p. Wolańskiego są chybione: w żadnym z tych przypadków nie mamy do czynienia z udzieleniem święceń żonatemu. Tym samym jego teza jest ewidentnie kłamliwa.

3. Dokładnie tak samo rzecz się ma ze wskazaniem na artykuł A. Borka o praktyce udzielania święceń na przełomie XV i XVI w. w kilku diecezjach polskich. Praca ma charakter zasadniczo statystyczny, jak zaznacza autor:



Jednak w żaden sposób nie potwierdza tezy p. Wolańskiego, a nawet jej dość wyraźnie przeczy, przynajmniej pośrednio:


Zestawienia statystyczne jasno pokazują związek święceń akolitatu ze święceniami wyższymi, czyli od subdiakonatu do prezbiteratu. Wprawdzie znaczna część wyświęconych akolitów nie przyjmowała wyższych święceń, jednak dokładnie NIC nie wskazuje na to, by w momencie przyjęcia święceń akolitatu byli oni żonaci. Także więc analiza tych źródeł potwierdza praktykę Kościoła także obecną: akolitat udzielano kandydatom do urzędów kościelnych związanych zasadniczo z wyższymi święceniami, aczkolwiek nie wszyscy de facto dochodzili do wyższych stopni, co wiązało się z wieloma czynnikami.







Wyjaśnić należy, że używane przez A. Borka określenie "duchowieństwo świeckie" jest mylne i może prowadzić do nieporozumień. Autor ma na myśli oczywiście duchowieństwo diecezjalne w odróżnieniu od zakonnego i nawiązuje do łacińskiego określenia "clerus saecularis". Należy pamiętać, że polskie słowo "świecki" może oznaczać zarówno łacińskie "saecularis" (w znaczeniu duchowieństwa żyjącego w świecie, czyli nie w klasztorze) jak też "laicalis", czyli przynależność do stanu świeckiego w odróżnieniu do stanu duchownego związanego z tonsurą oraz święceniami.

4. Kłamliwe jest także sugerowanie przez p. Wolańskiego, jakoby kanonicy minoryści byli żonatymi mężczyznami z prawem sprawowania liturgicznej funkcji subdiakona. Jest dokładnie odwrotnie: wszystkie dokumenty Kościoła ze wszystkich epok zakazują sprawowania liturgicznych funkcyj wyższych święceń nieżyjącym we wstrzemięźliwości sexualnej.

5. W końcu kłamliwe w tym kontekście jest również wskazanie na wschodniacką praktykę udzielania święceń niższych na stałe:
Po pierwsze, także w Kościele rzymskim święcenia niższe zawsze były i są udzielane na stałe, jednak ich wykonywanie jest uzależnione od pewnych warunków.
Po drugie, wmieszanie tutaj udzielania święceń niższych na stałe sugeruje fałszywie, jakoby już w pierwszych wiekach udzielano święceń niższych zarówno żonatym jak też bez zobowiązania do wstrzemięźliwości.

Jest dokładnie odwrotnie: jak poświadczają źródła historyczne, we większości regionów Kościoła nawet już lektorzy i kantorzy byli zobowiązani do życia w czystości. Natomiast praktyka święcenia żonatych bez zobowiązania do wstrzemięźliwości pochodzi od sekty nowacjan i została wprowadzona drogą fałszerstwa dopiero na schizmatyckim Synodzie Trullańskim II (691 r.), w ewidentnej sprzeczność z Tradycją Apostolską oraz nauczaniem Ojców Kościoła, świętych i papieży. W tym temacie można i należy sobie poczytać zwłaszcza następujące źródła:

Książkę kardynała Alfonsa M. Stickler'a, archiwisty Stolicy Apostolskiej:


Książka została wydana pierwotnie przez urzędowe wydawnictwo watykańskie:



Znacznie obszerniejsza jest źródłowo-historyczna pozycja jezuity o. Cochini'ego o pochodzeniu apostolskim celibatu:



Bardziej systematyczna jest książka profesora papieskich uczelni w Rzymie, obecnego rektora kolegium Campo Santo:



Przypadek p. Wolańskiego jest dość typowy dla strategii kłamliwej propagandy antykatolickiej, która widocznie atakuje nawet środowiska tzw. indultowe czyli deklarujące pielęgnowanie tradycyjnej liturgii rzymskiej w podległości władzom diecezjalnym. Ofiarą tej perfidnej akcji są głównie młodzi ludzie, często zasadniczo dobrej woli, jednak niewyposażeni w odpowiednią wiedzę i czujność, za to podatni na perswazję i kłamstwa, zwłaszcza gdy odpowiada to ich własnym zachciankom, upodobaniom i pożądliwościom. Zmierza to do wytworzenia nie tyle poczwary łączącej katolicyzm tradycyjny z antykatolickim modernizmem, co raczej do storpedowania i perwersji zainteresowania młodych ludzi Tradycją katolicką, sprowadzając je do estetyki, samorealizacji i autoprezentacji. Już charakter stosowanej metody - fałszerstwa, kłamstwa, oszczerstwa, wykluczanie opinii katolickiej - jednoznacznie wskazuje na pochodzenie i motywy. To też jest element szatańskiego smrodu, który wtargnął do Kościoła.


Post scriptum


Na koniec jeszcze gwoli uzupełnienia w temacie, gdyż argumenty bardzo często powracają: 

1. 

Jak wspomniałem, jest otóż pewne, że aż do VII w. także na Wschodzie obowiązywała zasada wstrzemięźliwości duchownych (continentia clericalis). Jest pewne, że ta zasada pochodzi od Apostołów (wszyscy Apostołowie byli bezżenni, św. Piotr był w momencie powołania wdowcem). Obszernie o tym mówią książki, które podałem wyżej. Wiem, że spora część starszych książek twierdzi inaczej, tzn. twierdząc błędnie, że wschodniacy zachowują starszą tradycję. To twierdzenie jest obecnie gruntownie obalone przez badania źródłowo-historyczne ostatnich dekad. W Polsce niestety wielu nadal opiera się na kłamliwej książce x. Grzegorza Rysia wydanej w 2002 r., która perfidnie powiela przestarzałe mity rozpowszechniane w antykatolickiej propagandzie wschodniaków i protestantów.

Jedynym problemem jest fakt, że papieże pozwolili unitom zachować wadliwą, opartą na fałszerstwie praktykę. Tutaj dopiero wchodzi kwestia dogmatycznej rangi celibatu:
- Po pierwsze dopiero od kilku dziesięcioleci sprawa jest historycznie ostatecznie wyjaśniona, tzn. jest bezsprzecznie wykazane, że obecna praktyka wschodniacka wcale nie jest pierwotna i apostolska.
- Po drugie, wstrzemięźliwość ma ścisły związek z istotą sakramentu święceń jako włączeniu w działanie Osoby Jezusa Chrystusa, ale jako kwestia dyscypliny nie należy do istoty sakramentu, która stanowi o jego ważności. Trafne jest tutaj porównanie do chleba używanego w Eucharystii: z całą pewnością Pan Jezus użył chleba niekwaszonego, i temu wierna jest tradycyjna liturgia rzymska, jednak Konsekracja chleba kwaszonego nie powoduje nieważności sakramentalnej.

2.
Pewien młody człowiek zabłysnął następującym argumentem:



Popełnia tutaj szereg elementarnych błędów, mam nadzieję, że z niewiedzy, nie ze złej woli:

Po pierwsze, nie ma żadnego oficjalnego dokumentu "Rzymu" w tej sprawie. Są jedynie rzekome listy sekretariatu Komisji "Ecclesia Dei" skierowane do prywatnych osób, tudzież ustna wypowiedź byłego sekretarza tejże Komisji. Tego typu wypowiedzi NIE stanowią oficjalnego stanowiska Stolicy Apostolskiej i tym samym nie mają ŻADNEJ mocy wiążącej. Mogą jedynie stanowić podstawę do tego, że ktoś praktykujący to sprzeczne z Tradycją Kościoła dziwactwo obecnie de facto nie naraża się na kary kościelne.

Po drugie, istotne jest, co jest Tradycją Kościoła, tzn. zgodne z wiarą Kościoła odnośnie sakramentów święceń i Eucharystii oraz z poświadczoną od czasów apostolskich dyscypliną. Tych faktów nie jest w stanie zmienić ani żaden list Komisji "ED" do prywatnych osób, ani nawet oficjalny dokument (którego zresztą nie ma i raczej nie będzie, przynajmniej póki co).

Po trzecie, młodzieniec miesza różne sprawy. Otóż czymś innym jest dopuszczenie akolity alumna seminarium przygotowującego się do kapłaństwa i żyjącego w celibacie, a czymś innym "akolity" świeckiego żonatego i tym samym nie mającego nic wspólnego ze stanem duchownym. W przypadku tego pierwszego pełnienie posługi subdiakona da się pogodzić z Tradycją Kościoła. Przypadku tego drugiego zdecydowanie nie da się pogodzić.

Po czwarte, nawet gdyby istniał oficjalny dokument dopuszczający świeckich żonatych "akolitów" do pełnienia posługi subdiakona, to nie stanowiłby on Magisterium choćby nawet zwyczajnego. A to z wielorakich powodów, mianowicie
- natury sprawy, która jest sama w sobie dyscyplinarna, nie dotycząca wprost wiary i moralności, choć ściśle z nimi powiązana, oraz
- sprzeczności z Tradycją Apostolską wraz ze stałym nauczaniem i dyscypliną Kościoła.
Być może młodzieniec o tym nie wie, ale w Kościele jest tak, że władza kościelna, zwłaszcza władza nauczania, ma dość ściśle określone granice i tym samym nie ma prawa ani nauczać ani zobowiązywać do przestrzegania czegoś, co nie ma podstaw ani w źródłach Objawienia (Tradycji i Piśmie św.) ani w stałej praktyce Kościoła.

3.
Wśród fanów p. Wolańskiego podawane są kłamliwie także inne rzekome przykłady na godzenie funkcyj duchownych, w tym liturgicznych, ze stanem małżeńskim.

- Prezydent Francji: Chodzi o to, że prezydenci Francji z racji urzędu roszczą sobie prawo do tytułu honorowego kanonika Bazylika Laterańskiej w Rzymie. Jest to pozostałość przywileju królów Francji, sięgającego króla Henryka IV, który w 1604 r. z racji nawrócenia się na katolicyzm ofiarował Stolicy Apostolskiej posiadłość opactwa w Clairac, a w ramach wzajemności otrzymał honorowy tytuł kanonika (źródło tutaj). Niektóry prezydenci Republiki Francuskiej jako quasi spadkobiercy prawni monarchii korzystają z tego tytułu. Pierwszym prezydentem, który z niego skorzystał, był Charles de Gaulle. Zresztą po nim jedni z niego korzystali, inni nie korzystali (źródło tutaj). Ten tytuł nie wiąże się ani z prawem do uposażenia, ani do sprawowania funkcyj liturgicznych. Tym samym nie ma dokładnie nic wspólnego ze sprawą święcenia żonatych. Dotyczy natomiast kwestii teologicznego rozumienia namaszczenia na króla czyli koronacji. Wiadomo, że - jak każdy obrzęd liturgiczny - jest to sakramentale, choć niektórzy teologowie średniowieczni (pod wpływem fałszywej teologii bizantyńskiej) uważali namaszczenie na króla za sakrament.

- Podobny charakter ma powoływanie się na rzekomo diakonalną funkcję cesarza czyli władcy świeckiego podczas liturgii.
Po pierwsze, nie zawsze był jasny teologiczny status namaszczenia koronacyjnego. W teologii bizantyńskiej i niemieckiej była tendencja sakralizacji, czyli nadawania władzy królewskiej i cesarskiej statusu sakralnego. Nie ma to jednak oparcia ani w Tradycji Kościoła, ani nawet u przytłaczającej większości Ojców Kościoła (przykładem jest chociażby doktryna polityczna św. Jana Damasceńskiego, który streszcza i syntetyzuje nauczanie Ojców Kościoła, por. tutaj).
Po drugie, żadne księgi liturgiczne nie przewidują pełnienia funkcji duchownych wyższych święceń nawet przez namaszczonego władcę. Jeśli miało to gdzieś miejsce i zostało odnotowanie historycznie, to było to jedynie lokalne nadużycie, sprzeczne z nauczaniem i sakramentalną dyscypliną Kościoła.
Po trzecie, poświadczone jest owszem rozumienie władzy namaszczonego władcy jako posługi diakonalnej, ale akurat nie w znaczeniu liturgiczno-sakramentalnym lecz w dziedzinie charytatywnej czyli doczesnej (więcej tutaj).

Tym samym całkowicie chybione i kłamliwe są także tego typu próby p. Wolańskiego i jego fanów.