Czy kapłana zawsze obowiązuje strój duchowny?


Pytanie jest dość złożone i ma wymiar zarówno prawny (kanoniczny) jak też moralny, tzn. odnośnie grzechu. 

Kapłana katolickiego obowiązują te same normy niezależnie od rodzaju czy miejsca działalności. Kodeks Prawa Kanonicznego nakazuje noszenie odzienia duchownego, które jest bliżej określone w normach wydanych przez konferencję biskupów danego kraju oraz uprawnione zwyczaje lokalne:


Oznacza to, że ordynariusz miejsca powinien czuwać nad przestrzeganiem tego kanonu przez jemu podległych duchownych. Jego stosowanie jest bliżej określone w prawie diecezjalnym lub ponaddiecezjalnym (na poziomie konferencji biskupów). Przestrzeganie tego prawa obowiązuje pod grzechem podobnie do innych przepisów prawa kanonicznego. Ciężar grzechu także zależy od zwykłych warunków (ciężar materii, świadomość, własnowolność).

Tym samym biskup miejsca nie ma prawa udzielić dyspenzy od noszenia stroju duchownego w ogóle, może jednak bliżej określić rodzaj tego stroju, tzn. nie musi to być sutanna, jednak musi to być ubiór wskazujący jednoznacznie na przynależność do stanu duchownego w Kościele katolickim.

Jedynie w sytuacji nadzwyczajnej, jak prześladowania czy specjalne, wyjątkowe zadania, możliwa jest dyspenza - czyli pozwolenie biskupa dla danej osoby oraz sytuacji - na nieużywanie stroju duchownego.

Prawo kanoniczne generalnie zabrania duchownym działalności typu świeckiego:


Działalność dydaktyczno-naukowa w dziedzinach czysto świeckich nie jest wprawdzie wyszczególniona, jednak kanony te należy odnieść na zasadzie analogii: jakakolwiek działalność świecka, tzn. nie wynikająca z władzy święceń czyli sakramentalnej, jest albo zabronia bez wyjątku (can. 285 § 1 - 3), albo dozwolona jedynie za pozwoleniem ordynariusza (can. 285 § 4; can. 286). Wynika to z natury i charakteru święceń oraz przynależności do stanu duchownego: istotą i celem jest działanie dla zbawienia dusz, nie cele doczesne.

Teoretycznie możliwa jest sytuacja, że dany duchowny zmuszony jest do wykonywania pracy świeckiej na własne utrzymanie, tzn. gdy wierni czy przełożony nie jest w stanie zapewnić godziwych i skromnych warunków egzystencji. Jednak także wtedy obowiązuje ubiór duchowny, o ile da się to pogodzić z charakterem i wykonywaniem pracy (np. do ciężkiej pracy fizycznej nieodpowiednie jest ubieranie sutanny).


Jak należy nazywać Zbawiciela?


Pytanie jest jak najbardziej słuszne i zrozumiałe.

Wprawdzie w Ewangeliach jest przeważnie mowa o "Jezusie", jednak już w Listach Apostolskich i Dziejach Apostolskich częściej występuje połączenie "Jezus Chrystus", czy też "Pan" i "Pan Jezus". Określenie w Ewangeliach poświadcza ludzką zażyłość i pochodzi zapewne od najbliższych świadków ziemskiego życia Zbawiciela. Należy pamiętać, że tytuł "Pan" w odniesieniu do Jezusa Chrystusa nie ma nic wspólnego z kurtuazją, lecz jest tłumaczeniem greckiego "Kyrios" (Κυριος), które jest z kolei tłumaczeniem hebrajskiego "Adonai" (אֲדֹנָי) zastępującego imię "Jahwe" objawione Mojżeszowi. Innymi słowy: "Pan Jezus" oznacza, że Jezus jest Bogiem i jest tym samym najkrótszym wyznaniem wiary chrześcijańskiej.

W pismach chrześcijańskich pierwszych wieków praktycznie zanikło używanie samego imienia "Jezus" i dodawano przynajmniej "Chrystus" czy "Pan", często używano tylko tych określeń, tego drugiego oczywiście w znaczeniu wskazanym powyżej.

Obecna moda na używanie samego imienia "Jezus" pochodzi od protestantów. Zgadza się ona z modernistycznym podkreślaniem ludzkiej natury Jezusa Chrystusa, niekiedy wręcz aż do otwartego negowania Jego Boskości. Cała "teologia" modernizmu i także wynikające z niej praktyki i postulaty zmierzają ostatecznie do odrzucenia Boskiej godności Jezusa Chrystusa.

Wielu być może ulega tej modzie nieświadomie, próbując w ten sposób niekiedy zaznaczyć swoją - rzekomą - zażyłość ze Zbawicielem. Tym niemniej praktyka ta faktycznie pomniejsza cześć dla Osoby Jezusa Chrystusa jako Boga-Człowieka.

Należy pamiętać, że imię Jezus (w aramejsko-hebrajskim "Jehoszua" יהושע) oznacza "Jahwe zbawia", jak jest powiedziane przez anioła (Mt 1,21). Tym samym nie jest to tylko i nie przede wszystkim imię własne, lecz imię Boskie, któremu należy się odpowiedni szacunek. Dlatego niewłaściwe, nawet bluźniercze jest używanie go na zasadzie zwykłego imienia.

W liturgii tradycyjnej nakazany jest skłon przy każdym wypowiedzeniu imienia "Jezus". Niestety wraz z Novus Ordo reguła ta popadła w zapomnienie, co sprzyja także brakowi zrozumienia i szacunku dla tego imienia.

Wypowiadanie tego imienia ze czcią i wraz z innymi określeniami - jak "Pan" i "Chrystus" -  wcale nie przeczy zyżałości czy osobistej bliskości. Wręcz przeciwnie: braku szacunku już chociażby wobec imienia świadczy wyraźnie o braku odpowiedniej, duchowej i wewnętrznej relacji z Osobą Zbawiciela.

Dlaczego o. Szustak okłamuje swoich odbiorców?




Ponad pół roku od publicznego zwrócenia uwagi na ewidentnie fałszywe treści głoszone podczas rekolekcyj adwentowych w 2017 r. o. Szustak zareagował i to w bardzo agresywny sposób. Niestety znowu kłamliwy. Powodem był filmik na ten temat, który w międzyczasie, po groźbie infamii rzuconej przez o. Szustaka (w linku poniżej), widocznie został usunięty z yt. Podczas gdy dużo wcześniejszy (z marca br.) wpis na niniejszym blogu (https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/03/czy-pan-jezus-zosta-wskrzeszony-czy.html) został widoczne uznany za niegroźny, ów krótki filmik spowodował gwałtowną reakcję, gdyż jest w stanie trafić do szerszego kręgu odbiorców i jako taki został uznany za niebezpieczny dla sławy słynnego dominikanina.  

Właściwie wystarczy, gdy każdy sam porówna obydwa wystąpienia, o które chodzi:

Od 19:40 do końca:
https://www.youtube.com/watch?v=0mGINvwRJAk

Od 1:30 do 8:55:
https://www.youtube.com/watch?v=mdVudQvWeUg&feature=youtu.be&t=118

W skrócie. O. Szustak mówi najpierw ze szczególną emfazą: "Kochani, jak czytacie słowo Boże, to bardzo łatwo się zorientować, i to wszyscy o tym piszą, Paweł, Jan, każdy, że Chrystus NIE zmartwychwstał, tylko został podniesiony z martwych przez Ojca. Chrystus umarł, na prawdę umarł, śmierć Go pochłonęła i nie mógł z niej wstać. Tylko Ojciec, mówi Paweł, posłał Swego Ducha, żeby podniósł z martwych Jego Syna."  To jest kluczowy fragment, o który chodzi. Są to kłamstwa z następujących względów (jak wykazałem w poprzednim wpisie na blogu podanym w pierwszym linku powyżej):
- Nowy Testament mówi przeważnie dosłownie, że Pan Jezus powstał z martwych, a tylko w mniejszej części fragmentów mówi, że został wskrzeszony,
- o. Szustak wprost neguje Boską moc Jezusa Chrystusa ("nie mógł z niej wstać"),
- twierdzi, że działał tylko Ojciec przez Ducha.

W drugim filmiku twierdzi natomiast, że
- nigdy nie negował tego, iż Pan Jezus powstał z martwych,
- uznaje i "kocha" nauczanie Kościoła, że Zmartwychwstanie jest dziełem Trójcy Przenajświętszej,
- ci, którzy zwrócili uwagę na błędność jego nauki rekolekcyjnej, kłamią i są hejterami działającymi ze złej woli.

No cóż. Oczywiście możliwe jest, że o. Szustak po prawie roku nie całkiem pamięta, co mówił. Jednak gwoli przyzwoitości miał obowiązek sobie przypomnieć, zanim wypowie się w sprawie. Zamiast tego wybrał ponowne okłamywanie odbiorców w połączeniu z bluzganiem i straszeniem tych, którzy mieli odwagę zwrócić mu uwagę na ewidentne kłamstwa głoszone z ambony rekolekcyjnej.

Chwalebne jest, że oto zacytował Katechizm Kościoła Katolickiego odnośnie Zmartwychwstania, aczkolwiek kłamiąc, jakoby osoby krytykujące czegoś nie doczytały czy pominęły. Jednak swoją wypowiedzią w grudniu 2017 r. dość wyraźnie wykazał przynajmniej nieznajomość Katechizmu, a nawet Pisma św., na które się stale powołuje i powoływał także w owym wystąpieniu, twierdząc, jakoby Pismo św. mówiło o wskrzeszeniu, a nie o Zmartwychwstaniu.

O czym świadczy ta historyjka?

Po pierwsze, o braku elementarnej znajomości Pisma św. i Katechizmu.
Po drugie, o braku zwykłej staranności w przygotowaniu swego nauczania.
Po trzecie, o pogardzie dla odbiorców, skoro potrzebował prawie rok czasu na to, by odwołać swoją skandaliczną konferencję z grudnia 2017 r., a uczynił to dopiero pod presją krytyki audiowizualnej (nie było komu zwrócić mu uwagi? gdzie byli przez ten czas jego współbracia i on sam?).
Po czwarte, o wybitnym i butnym zakłamaniu, skoro zamiast przeprosić za fałszywą wypowiedź odpowiada atakiem osobistym, zresztą chybionym i perfidnym.

Innym przykładem takiego zachowania jest kłamliwy atak na twórców filmu o M. Zielińskim:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/zwiedziony-zwodziciel.html

Tragiczne i skandaliczne jest, że tego typu osobowość uchodzi za jednego z najpopularniejszych duchownych katolickich w Polsce. Oczywiście należy docenić talent medialno-retoryczny o. Szustaka. Jednak na tym przykładzie widać u niego niestety poważny deficyt nie tylko teologiczny,  lecz także duchowy i osobowościowy.

Niestety o. Szustak jest tu typowym przykładem. Zakłamanie - nie tylko co do głoszonych treści lecz także pod względem relacji do odbiorców - jest charakterystyczne dla wszystkich medialnie głośnych gwiazd modernizmu. Tytułem przykładu:

Jeden z jezuitów:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-pisemka-prywatnego-stowarzyszenia.html

O drugim sławnym jezuicie:
https://www.youtube.com/watch?v=7uIFEk7Kljg

Jeden ze współbraci o. Szustaka, który z nim występuje:
https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/kto-zyje-na-cmentarzu.html

Tutaj wymowna fotka z o. Szustakiem, o. Nowakiem i M. Zielińskim:


Zaś wszyscy oni są mniej czy bardziej blisko związani z tzw. charyzmatyzmem oraz z pewnym wąskim gronem hierarchów, promowanych i wychwalanych przez świeckie media antykatolickie. Tym samym diagnoza odnośnie rozróżniania duchów jest prosta i jednoznaczna.

Dlatego należy głośno i zdecydowanie demaskować takich zwodzicieli, by chronić młodzież narażoną na wciąganie w coś, co jest tylko pozornie katolickie, zaś w istocie wpajaniem herezyj pod pretekstem pomocy duchowo-życiowej i przyciągania do Kościoła. Tacy zwodziciele przyciągają najwyżej do siebie. Oby nie zabrakło trzeźwego osądu i oby nie było za późno.

Ile jest Kościołów? Czyli pozasoborowe myślenie o. Posackiego





Odpowiedź może być krótka: mamy 21 sobory powszechne, razy 2 daje 42 Kościoły przed- i posoborowe :-D

Ta wypowiedź o. Posackiego jest tak groteskowa i żałosna, że komentarz jest właściwie zbędny. 

Odpowiadam jednak, gdyż nie jest to tylko niemerytoryczny i nikczemny atak osobisty, lecz ukazuje myślenie wielu gwiazd medialnych mieniących się katolikami. 

Po pierwsze, o. Posacki ani słowem nie uzasadnia twierdzenia, jakoby moja wypowiedź była sprzeczna z nauczaniem Vaticanum II.

Po drugie, ani słowem nie uzasadnia swojego podziału między Kościołem przed- i posoborowym. 

Powiem wprost: to jest zwykła, prymitywna propaganda bez jakichkolwiek podstaw w teologii katolickiej i to sprzeczna nie tylko z prostym wyznaniem wiary ("wierzę w jeden Kościół, święty, katolicki i apostolski") lecz także z dokumentami Vaticanum II i po nim. 

Na koniec wypada mi życzyć o. Posackiemu rychłego powrotu do normalnej kondycji intelektualnej i moralnej. 

I jeszcze jedna uwaga. Ten jego atak wiąże się przypuszczalnie z faktem, iż o. Posacki od początku był powiązany ze środowiskiem kryptookultystycznego miesięcznika "Egzorcysta", który dane mi było niedawno zdemaskować: 


Szatan nie lubi zdemaskowania. 

Czy strona zwiedzeni.pl zawiera błędy teologiczne?



Zapoznawszy się z materiałami zawartymi na rzeczonej stronie (https://zwiedzeni.pl/), skupiając się jedynie na aspekcie czysto teologicznym, nie zauważyłem błędów pod względem katolickiego nauczania wiary i moralności.

Strona specjalizuje się w upowszechnianiu informacyj głównie odnośnie tzw. trzeciej fali pentekostalizmu (tzw. Toronto Blessing), pośrednio także tzw. charyzmatyzmu, czyli odpowiednika protestanckiego pentekostalizmu w ramach Kościoła. Oczywiście nie jestem w stanie sprawdzić warstwy czysto informacyjnej. Widzę jednak dobry poziom wyczucia pod względem teologicznym, choć nie trudno dostrzec, że autorzy raczej nie są zawodowymi teologami czy absolwentami studiów teologicznych. W niektórych kwestiach miałbym uwagi w celu doprecyzowania czy odpowiedniego rozróżnienia teologicznego, jednak nie dotyczą one substancji, lecz spraw szczegółowych.

Strona nie tylko rzetelnie informuje, lecz także ukazuje pośrednio, że dotychczas brak jest w języku polskim - i nie tylko - solidnych narzędzi w postaci odpowiedniej literatury teologicznej do uporania się z wyzwaniem jakim jest ruch Toronto Blessing. Wprawdzie generalnie wystarczy proste wyczucie duchowe i teologiczne by rozeznać, że nie pochodzi to od Ducha Świętego. Jednak ktoś bez odpowiedniej wiedzy teologicznej raczej nie jest w stanie przeciwstawić się podstępnej perswazji ze strony niektórych teologów i duchownych propagujących i broniących ten ruch. Tym cenniejsza jest ta strona i jej działalność, choć może i powinna być rozwijana i doskonalona.

Czy liturgia tradycyjna jest mało wyrazista?



X. Wojciech Grygiel, należący formalnie do FSSP, udzielił wywiadu, który sprawia wrażenie ofensywy po serii skandali związanych z jego działalnością, jak zwłaszcza jego celebracje polowe w ramach rekonstrukcji historycznej pod Grunwaldem, a także wręcz heretyckie tezy w wywiadzie z T. Terlikowskim (film niestety zniknął z sieci). Chodzi o wywiad dla stronki podszywającej się pod konserwatyzm katolicki: 

 http://myslkonserwatywna.pl/ks-prof-wojciech-grygiel-fssp-tradycjonalizm-musi-nabrac-wyrazistosci-wywiad-dla-portalu-myslkonserwatywna-pl/

Wypowiedź owa stanowi zarówno pewne wyjaśnienie, jak też poszerzenie i obronę znanych dotychczas poglądów i stanowiska tego duchownego. Dla przejrzystości będę się odnosił do poszczególnych fragmentów, komentując je.

"Ta liturgia w szczególny sposób pozwala ludziom przekroczyć wymiar ziemski i rzeczywiście odczuć to, że jeśli wchodzę do kościoła, to wkraczam w inną rzeczywistość, rzeczywistość nadprzyrodzoną."
To zdanie zakłada zupełne obce teologii katolickiej pojęcie nadprzyrodzoności, właściwie okultystyczne. Wg teologii katolickiej nadprzyrodzoność jest synonimem boskiego działania, czyli dziedziny bezpośredniego wpływu Boga w świecie, w skrócie: Bożej łaski. Twierdzenie, jakoby fizyczne wejście do kościoła było wkroczeniem w rzeczywistość bezpośredniego działania Bożego jest absurdalne i fałszywe.

"...jak wejdą, to doświadczą innej rzeczywistości, doświadczą transcendencji i to musi z pewnością tak przyciągać."
Podobny absurd, wychodzący od nieteologicznego i niekatolickiego pojęcia transcendencji. Mówienie o "transcendencji" jako "innej rzeczywistości" odnośnie pomieszczenia sakralnego i liturgii nie ma nic wspólnego ani z teologią katolicką, ani nawet ze zdrowym rozsądkiem. Liturgia katolicka, już także pod względem miejsca, jest niczym innym jak wyrazem i realizacją natury Kościoła, która jest bosko-ludzka w znaczeniu Tajemnicy Wcielenia, czyli obecności Boga samego w rzeczywistości stworzonej. Mówi o tym chociażby Prolog św. Jana, który x. Grygiel odmawia chyba codziennie: "Przyszedł do Swojej własności, a Swoi Go nie przyjęli". Rzeczywistość ziemska, widzialna, jest własnością Boga, który ją stworzył. Wg Bożego planu Zbawienia i teologii katolickiej nie ma innej drogi poznania Boga jak właśnie rzeczywistość stworzona, przez którą i w której miało miejsce Boże Objawienie. Celebracją czyli sakramentalną realizacją tego jest właśnie liturgia. Jednak doświadczenie Boga nie działa automatycznie - przez samo wejście do świątyni czy zewnętrzne uczestnictwo w liturgii - lecz zakłada akt wiary bądź przynajmniej podstawową dyspozycję ku niej. Powierzchownie, empirycznie-uczuciowo przyciągać ku llturgii tradycyjnej może jedynie atmosfera sakralno-modlitewna. Jednak z całą pewnością nie stanowi ona transcendencji, "innej rzeczywistości", czy wręcz "rzeczywistości nadprzyrodzonej". 


"Tak naprawdę my tę liturgię odtwarzamy po tych, którzy doświadczali jej jeszcze w latach 50-tych i 60-tych."
Nie jest jasne, czy jest to zarzut, czy stwierdzenie. Raczej zarzut. Jednak nic nie wskazuje na to, by x. Grygiel starał się sięgać głębiej, do korzeni liturgii. Widocznie dąży czy przynajmniej opowiada się za "modernizacją" liturgii tradycyjnej. Nie podaje konkretnych postulatów, więc pozostają przypuszczenia i domysły.


"Myślę raczej, że ten śmiech może wypływać z tego, że w dość niewolniczy sposób przywiązaliśmy się do pewnych aspektów nie przynależących do istoty liturgii. I w tym miejscu sam mam wiele zastrzeżeń."
Tutaj znajduje się również jedynie ogólnikowe sformułowanie, aczkolwiek dość niepokojące. Co należy do istoty liturgii, a co nie należy? Czy chodzi o rozróżnieni z działu rubryk De defectibus? Czy może o podział widoczny w różnicach między liturgią tradycyjną a Novus Ordo? Wszak konieczne byłoby doprecyzowanie. Tymczasem należy odnotować problem: według teologii katolickiej, a także już nawet według filozofii klasycznej (arystotelisowsko-tomistycznej) nie można oddzielić istoty od formy, można je jedynie abstrakcyjnie odróżnić. Zarzut przywiązania do "pewnych aspektów" jest nie tylko zagadkowy, lecz wręcz niepokojący, zwłaszcza wobec następujego rozwinięcia, mimo że pozostaje ono nieprecyzyjne i zagadkowe.


"Wydaje mi się, że znaczny problem tkwi w tym, że wśród części osób identyfikujących się z tym ruchem pokutuje przekonanie, że Msza Trydencka jest bardziej okazją do rekonstrukcji historycznej i uporczywej próby trwania w przeszłości, niż do głębokiego przeżycia religijnego prowadzącego gdzieś dalej."
Ten zarzut, nieco bardziej konkretny, zaskakuje. Czyż to nie x. Grygiel od lat praktykuje celebracje polowe w ramach rekonstrukcji historycznej na polach pod Grunwaldem, i to wbrew odwiecznym i nadal aktualnym regułom Kościoła co do miejsca celebracji? Brakuje wskazania osób i przykładów owej "uporczywej próby". I brakuje też wskazania, jak wg autora wypowiedzi należałoby uskuteczniać Mszę Trydencką jako "okazję do głębokiego przeżycia religijnego". Postulat oczywiście poniekąd słuszny. Niesłuszne natomiast i wręcz skandaliczne jest sugerowanie, jakoby komuś nie zależało na liturgii jako przeżyciu religijnym. Z istotnym zastrzeżeniem: z całą pewnością nie "przeżycie religijne" jest istotą liturgii, choć takie jest powszechne przeświadczenie i nastawienie rasowych modernistów. "Przeżywanie" jest jedynie aspektem, wymiarem emocjonalno-subiektywnym. Istotą jest przekazywanie prawdy Objawienia oraz urzeczywistnianie dzieła Zbawienia w sposób sakramentalny, czyli uświęcanie dusz. Temu - a nie przeżyciom - jest i ma być podporządkowana warstwa zewnętrzna liturgii. Zaś sugerowanie, jakoby wierność formie liturgii była w sprzeczności z właściwie rozumianym przeżywaniem liturgii, jest dość perfidnym zabiegiem. W tym miejscu należy jeszcze zwrócić uwagę na kwestię zasadniczą. Otóż w Kościele katolickim zasadniczym kryterium nie jest przeżycie religijne, lecz wiara w znaczeniu w przyjęcia Bożego Objawienia. Natomiast sprowadzenie wiary i pobożności do przeżycia religijnego jest właściwe dla protestantyzmu, modernizmu i typowych dla nich sekt i "ruchów", zaś obce katolicyzmowi. 


"Nie ma szans, żeby ten ruch nabrał pędu jeśli będzie wiązał się tylko (...) zbyt silnie przede wszystkim z pewnym obrazem świata, który ta liturgia niesie ze sobą."
Znowu brak precyzji i konkretów. Dlatego oskarżenie ma wartość jedynie oszczerstwa, zaś postulat, ku któremu zmierza, jedynie charakter pułapki. Znając publiczne dystansowanie się x. Grygiela od filozofii arystotelesosko-tomistycznej, można się domyśleć, że o nią właśnie chodzi. Szkoda, że brak tutaj wyrazistości, przykładów i argumentów. 


"Jestem zdania, że Msza Święta i liturgia jest ponad kontekstem historycznym, ponad pewnymi uwarunkowaniami kulturowymi, więc z racji tego, że dzisiejszy świat jest zupełnie inny niż świat, w którym powstawała liturgia trydencka, trzeba mieć dystans do wielu elementów, które nie stanowią treści liturgii, ale są tylko pewnymi obrazami przejętymi z kultury i zwyczajów danej epoki."
To jest typowy "argument" i postulat modernistów, reformatorów i notorycznych "unowocześniaczy" wszelkich dziedzin życia Kościoła, także liturgii. Chwytliwy, bo przecież nikt nie chce trwać w przeszłości i zacofaniu, każdy chce dorównywać poziomowi współczesności i być nastawionym przyszłościowo. Czyli chodzi o "argument" psychologicznie sprytny, aczkolwiek nieuczciwy, bazujący na fałszywych przesłankach. Sprowadzenie tradycyjnej liturgii do "kontekstu historycznego" jej powstania i to przy braku podania, co jest jej istotą, a co jedynie historycznie względnymi "elementami", jest intelektualnie i argumentacyjnie wybitnie nieuczciwe, wręcz żenujące już pod względem czysto formalnym. Niemniej fałszywe jest to zdanie pod względem merytorycznym. Otóż wszystko w sakramentach (i tym samym w liturgii) jest uwarunkowane historycznie, także - wg klasycznego rozróżnienia - ich zarówno istotna materia jak też forma. Wynika to z natury i istoty sakramentów Kościoła: są one historycznie ustanowionym urzeczywistnianiem, czyli historycznie wydarzającym się uobecnianiem historycznych wydarzeń historii Zbawienia. Przykład: już nawet użycie chleba i wina jest niczym innym jak właśnie zastosowaniem historycznie uwarunkowanych materii z wydarzenia sprzed 2000 lat. Jeśliby odrzucić te ewidentnie historycznie uwarunkowane elementy, to coż pozostanie jako "istota"? W takowym myśleniu historycznym (właściwie ahistorycznym czyli gnostyckim) konsekwnentni są skrajni moderniści postulujący sprawowanie "Eucharystii" z materiami typu chipsy i coca-cola. No cóż, nie wiem, czy x. Grygiel zdaje sobie z tego sprawę. W każdym razie powinien był solidniej przemyśleć swoją wypowiedź. Czy do "nieistotnych elementów" zalicza coś innego? Dlaczego nie określa, o co mu chodzi? Dlaczego pozostawia czytelników z niepewnością i domysłami? Popatrzmy dalej. 


"Dużym problemem są osoby, które przywiązują zbyt wielką wagę do rzeczy zewnętrznych. To często robi czarny PR tej liturgii. Rozumiem, że można się spierać o estetykę liturgii i że można się spierać o zgodność celebry z rubrykami. Dziś jednak jednym z problemów tych środowisk jest to – przepraszam, że to ujawniam, ale uważam, że trzeba pewne rzeczy nazwać – że dochodzi do zrównania i pomieszania istoty z zewnętrznym wyrazem, czego wynikiem jest to, że liturgia staje się dla nich celem i bożkiem samym w sobie, a nie jest drogą do prawdziwego spotkania z Bogiem."
Tutaj x. Grygiel jest już nieco bardziej konkretny. Mówi o "rzeczach zewnętrznych", mając na myśli "zgodność z rubrykami". Tyle. Nic więcej. Brak dalszych konkretów. Zamiast tego kolejny raz powtarza, że chodzi o odróżnienie między "istotą" a "zewnętrznym wyrazem". Dlatego znowu zasadnicze pytanie: dlaczego nie definiuje tej istoty czy przynajmniej nie nazywa po imieniu? Pozostawienie tak zasadniczego i poważnego zarzutu bez jednoznacznego określenia i bez wskazania choćby przykładów (oprócz haniebnej wg niego wierności rubrykom) jest zabiegiem wręcz nikczemnym. Jedyną wskazówką, o co chodzi, jest kolejne określenie liturgii jako "spotkania z Bogiem". Czy to wystarczy? Oczywiście nie wystarczy. Po pierwsze nikczemne jest utożsamianie wierności rubrykom z bałwochwalstwem. Po drugie fałszywe jest przeciwstawianie jej "spotkaniu z Bogiem". Po trzecie samo wyrażenie "spotkanie z Bogiem", które pełni funkcję nie tylko głównego argumentu lecz także quasi definicji liturgii, jest określeniem bardzo wieloznacznym, nieteologicznym, jedynie potocznym, które w tym temacie można zarówno - pod pewnymi warunkami precyzującymi - przyjąć jak też całkiem zasadnie odrzucić. Wynika z tego, że x. Grygielowi wcale nie chodzi o pouczenie czy korektę doktrynalną czy chociażby pastoralną, lecz jedynie o uderzenie w tych, którzy w jego opinii bałwochwalczo traktują liturgię i rubryki. No cóż, tak ogólnikowe a zarazem zdecydowane oskarżanie kogoś o publiczne i programowe grzeszenie przeciw pierwszemu przykazaniu nie ma nic wspólnego z rzetelną polemiką, czy już chociażby z przyzwoitością wypowiadania się.


"Ta sytuacja wymaga oczyszczenia, bo powoduje ona szereg niepotrzebnych napięć, a to nie robi nam dobrej wizytówki. Ruch Tradycji będzie sobie musiał poradzić z tym i przybrać dojrzałą formę. Potrzeba mu jeszcze okrzepnięcia, istnieje potrzeba refleksji i zwrócenia uwagi na elementy rzeczywiście istotne i nabrania dystansu do rzeczy mało ważnych i drugorzędnych."
Jest to następne, wręcz maniakalne powtórzenie mglistego i przez to perfidnego postulatu odróżniania "elementów istotnych" od "rzeczy mało ważnych i drugorzędnych". Postulat "nabrania dystansu" do tych ostatnich i tym samym "przybrania dojrzałej formy" przez "Ruch Tradycji" staje się tutaj o tyle groźniejszy, że powiązany zostaje z wymaganiem "oczyszczenia". Nie jest jasne, czy chodzi o oczyszczanie liturgii z "rzeczy mało ważnych", czy z rubryk, czy z ludzi, którzy dbają o wierność wobec nich. W każdym razie groźba jest poważna. Czas pokaże, co ona konkretnie oznacza, tzn. jakie konsekwencje spotkają tych, którzy nie pasują do x. Grygielowego programu "uwspółcześniania" liturgii tradycyjnej. Straszenie niedobrą wizytówką wskazuje zapewne na główny temat postulowanej przez niego "refleksji". Nieuchronnie nasuwa się pytanie: które rubryki x. Grygiel uważa za zbędne czy wręcz szkodliwe dla "przeżycia religijnego"? Czy może chodzi już o rubryki jako  takie? Czymże liturgia tradycyjna różniłaby się od "charyzmatycznej" spontaniczności i swawoli typowej dla modernistów, wrogów Tradycji katolickiej? Czyż nie właśnie stały porządek i dyscyplina stanowią o specyficznej, akurat istotnej dla liturgii tradycyjnej obiektywności i pociągającej powszechności?


"Sądzę, że wtedy pokażemy się jako ruch wartościowy, w pełni zreflektowany i umiejący podjąć efektywny dialog ze współczesnością. Nie możemy zlekceważyć tego dialogu. Jeżeli się zamkniemy w getcie rekonstrukcji – zginiemy. Minie pokolenie, minie zachwyt – i koniec."
Tutaj x. Grygiel przemawia już uroczyście w imieniu "Ruchu Tradycji". Ciekawe na jakiej podstawie i z czyjego upoważnienia. I na jakiej podstawie zarzuca brak dialogu ze współczesnością oraz - ponownie - zamykanie się w "getcie rekonstrukcji". Nadal brakuje określenia tych poważnych zarzutów, choć właściwie wystarczyłoby przyznać się do własnych błędów, skoro przemawia się w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nic ze tego. Widocznie takie ogólnikowe opluwanie i łajanie ma załatwić sprawę, oczywiście przy zachowaniu własnej niekwestionowanej autorytatywności. Ciekawa jest ponadto następna groźba (po domaganiu się oczyszczenia jak wyżej): widmo "zginięcia", wymarcia wraz z pokoleniem. No cóż, już nawet taki nonsens w międzyczasie nie jest w stanie zaskoczyć. Nie wiadomo wprawdzie, kogo ma na myśli, mówiąc o "pokoleniu". Sam należy do pokolenia wychowanego na NOMie, podobnie jak większość wiernych, którym posługują xięża przywiązani do Tradycji, a jest to głównie młodzież i młode rodziny. Kto miałby więc wyginąć, przeminąć? Logiczne jest, że przemija to, co jest modą jednego pokolenia. Czyżby x. Grygiel uważał - jak większość modernistów - jakoby zainteresowanie i zachwycenie liturgią tradycyjną było jedynie przejściową modą? Na jakiej podstawie? Czyż to nie on właśnie postuluje dopasowanie tej liturgii do współczesności? Czyż nie zauważa właśnie w takim zabiegu zgubnego związania liturgii z przemijającą jednopokoleniową modą? Ktoś tu albo nie potrafi w sposób uporządkowany i logiczny myśleć, albo świadomie miesza i kręci.


"Nie można trzymać się kurczowo schematów, które mają często charakter czysto kulturowy i historyczny, właściwy mentalności danego okresu. Czasy się zmieniły, ludzie myślą inaczej i mam wrażenie, że ta tradycyjna liturgia ma jeszcze dużo do pokazania, w momencie w którym przestaniemy absolutyzować zmienne elementy. Chociażby kwestie strojów liturgicznych, czy ornat rzymski czy ornat gotycki, czy krótsza koronka czy dłuższa".
To jest najbardziej konkretny i jasny fragment wypowiedzi. Czy stanowi to rozwiązanie stałej zagadki, pomówień i oszczerstw? Nie. Wręcz przeciwnie. Nie wiem, z jakimi wiernymi x. Grygiel ma do czynienia na co dzień. Nie wiem, kogo konkretnie ma na myśli. Nie wykluczam, że są ludzie, dla których istotny jest kształt ornatu czy długość koronki. Jednak pewne jest, że podanie tych spraw jako jedynych konkretnych przykładów na rzeczy "nieistotne" i wymagające korekty jest po pierwsze podłą karykaturą środowiska, dla którego x. Grygiel pracuje i które go chyba utrzymuje, po drugie niemniej podłym unikaniem skonkretyzowania zarzutów i kluczowego postulatu.


"Tu potrafi dochodzić do bardzo niezdrowych napięć w sposób zupełnie nieuzasadniony. Ten materialny aspekt liturgii powinien pełnić rolę służebną, być funkcją liturgii, bo tylko wtedy mamy do niego właściwy dystans. Wydaje mi się, że niestety sporo jest głosów, które ku mojemu zatroskaniu cały czas absolutyzują te elementy w liturgii, których nie wolno absolutyzować. Kwestie zewnętrzności, stroju, przesadna interpretacja rubryk… To ma być duch liturgii, a nie czysty rubrykalizm. Wówczas bogiem się nam staje sama liturgia, a nie Ten do kogo liturgia ma prowadzić. To jest mój największy zgrzyt i mówię o nim otwarcie."
Kolejne powtórzenie wypowiedzianych już zarzutów, z nieznaczącym rozszerzeniem. No cóż, styl wypowiedzi mało typowy i raczej niechlubny dla przyrodnika, który powinien się odznaczać logicznością i uporządkowaniem wypowiedzi. I nadal typowy brak konkretów, właściwie haniebny dla kapłana i naukowca w kontekście tak poważnego zarzutu jak bałwochwalstwo. Zwykła przyzwoitość, niezależnie od aspiracyj intelektualnych, wymagałaby podania przykładów "absolutyzowania elementów, których nie wolno absolutyzować". O kształcie ornatu i długości koronek już wiemy. Coś jeszcze? Można się domyślać na podstawie szerszego kontextu i faktów towarzyszących. Zapewne należy te słowa kojarzyć z faktami powszechnie znanymi, jak chociażby z celebracją pontyfikalną w lutym br., gdzie główną rolę - oprócz Kardynała L. R. B. odgrywał właśnie x. Grygiel wraz ze swoimi przyjaciółmi zaproszonymi przezeń z rodzinnego Wrocławia. Nasuwa się tutaj pytanie odnośnie tego przykładu: kto zgrzeszył bałwochwalczym podejściem do "elementów" zewnętrznych i rubryk - jego przyjaciele ceremoniarze świeccy przybrani w prałackie sutanny, czy ci, którzy upomnieli się o przestrzeganie rubryk także w tej sprawie? Czy za podejście bałwochwalcze x. Grygiel uważa wskazanie na skandaliczne niedbalstwo odnośnie świec na ołtarzu przy równoczesnej dbałości jego głównego ceremoniarza - przezeń uroczyście po nazwisku od ołtarza pochwalonego - o fioletowe pończochy? Wyjaśnienie tej kwestii x. Grygiel jest winien wiernym i wszystkim czytelnikom tego wywiadu.

Tymczasem na kanwie wydarzeń można zasadnie przypuszczać, że celem tych zagadkowych oskarżeń jest usprawiedliwienie tego, co praktykuje sam x. Grygiel i jego przyjaciele. A są to ewidentne poważne wykroczenia zarówno przeciw rubrykom (świeccy ceremoniarze biskupi), jak też przeciw zasadom liturgii tradycyjnej (świecki żonaty "akolita" w roli subdiakona). Na podstawie dotychczasowych wypowiedzi i zachowania tego grona (więcej tutaj i tutaj) można wnioskować, że właśnie o tego typu "unowocześnianie" chodzi. Jest zrozumiałe, że nie wypada mu tego powiedzieć wprost. Przypuszczalnie chętnie zachęcałby ogólnie do tego typu nadużyć na szerszą skalę, oczywiście publicznie jedynie ogólnikowo i enigmatycznie, zaś w praktyce już dość konkretnie. Wiedząc, że zakorzenione nadużycie dość trudno wykorzenić. Stąd właśnie nikczemne oskarżanie o "bałwochwalstwo" tych, którzy by się sprzeciwili jego "unowocześnieniom" służącym rzekomo "przeżyciu religijnemu".


Przy końcu wywiadu tematyka się poszerza, aczkolwiek nawiązuje do wcześniejszych wypowiedzi:
"Spór nauka – wiara z reguły nie jest sporem o pryncypia. Spór nauka-wiara jest wynikiem tego, że każda ekspresja teologiczna zakłada to, że operujemy pewnym językiem, który angażuje pojęcia uwikłane w kontekst obrazu świata, w kontekst kultury. Nie ma języka teologicznego, który jest absolutnie wolny od kontekstualności. W związku z tym konflikt nauka wiara nie powstaje na płaszczyźnie prawd teologicznych, ale na gruncie konfliktu obrazów, które w  ekspresję tych prawd są zaangażowane. Mamy przykładowo od dawna toczący się konflikt kreacjonizm – ewolucjonizm. Proszę sobie choćby jednak przypomnieć, w jakich tarapatach znalazł się św. Tomasz z Akwinu, kiedy usiłował zastąpić neoplatonizm arystotelizmem. Okazało się potem, że to było doskonałe narzędzie, które przysłużyło się do olbrzymiego rozwoju teologii."
Jest to wypowiedź jedynie pozornie bardziej rzeczowa. Faktycznie wykazuje niestety ten sam problem przynajmniej metodologiczny. Wyjaśniam w skrócie:

1. Nie ma sporu między nauką a wiarą. Natomiast był często i nadal jest spór między teologią a naukami przyrodniczymi. To chyba x. Grygiel ma właściwie na myśli. Teologia jest także nauką (wg klasycznej koncepcji nawet królową nauk). Wierzącymi są tak teologowie (z reguły) jak i przyrodnicy. Zaś redukowanie naukowości do przyrodnictwa jest zarówno nienaukowe jak też ahistoryczne, tudzież wbrew elementarnym zasadom metodologii nauk.

2. Spór między teologią a naukami przyrodniczymi z reguły ma charakter zasadniczy czyli sporu o pryncypia. Chodzi mianowicie o granice kompetencji, czyli zasady metodologiczne oraz odnośnej refleksji. Oczywiście wchodzi tutaj dziedzina gnozeologii czyli teorii poznania. Wszak nagminnym grzechem przyrodników jest absolutyzowanie własnej metody, co jest już czysto filozoficznie absurdalne. To jest też zwykle przyczyna i korzeń konflktu na linii teologia-przyrodnictwo.

3. Upatrywanie przyczyn konfliktu akurat i wyłącznie po stronie teologii (w historycznie uwarunkowanym, względnym języku "ekspresji teologicznej") jest typowe dla stronniczości i uwikłania w zabobony przyrodnictwa. Aczkolwiek od kogoś, kto powinien mieć przynajmniej jakieś pojęcie o teologii katolickiej, należałoby się spodziewać choćby krzty krytycyzmu wobec tego, co się działo i dzieje po stronie przyrodnictwa. Tymczasem wg x. Grygiela to teologia jest "uwikłana w kontekstualność", natomiast przyrodnictwo jest instancją nadrzędną, wręcz absolutną... Coś takiego może powiedzieć poważnie tylko ktoś uwikłany w zabobon redukcjonizmu.

4. Pewną relatywizacją rangi przyrodnictwa jest chyba wyrażenie "konflikt obrazów". Czyżby wg x. Grygiela także przyrodnictwo poruszało się jedynie w dziedzinie obrazów, a nie poznania rzeczywistości?

5. Zupełnym pomieszaniem różnych kwestij jest mówienie jednym cięgiem o kontextualności teologii, sporze między kreacjonizmem i ewolucjonizmem, oraz arystoteliźmie w teologii. Sprawia to wrażenie kiepskiej znajomości zarówno zasad teologii katolickiej, jak też historii teologii i filozofii. Ponadto x. Grygiel wykazuje tutaj  brak kompetencji już nawet w temacie kreacjonizmu, zakładając widocznie, że kreacjonizm należy do dziedziny teologii, tak jakby nie było - zarówno na przestrzeni wieków jak też obecnie - przyrodników reprezentujących kreacjonizm z pozycji i wg metody ich dziedziny naukowej.

6. Zdanie o kontextualności teologii należy zapewne powiązać z wypowiedzią x. Grygiela w wywiadzie z T. Terlikowskim. Wówczas pojawiły się następujące skandaliczne tezy:
- Odnośnie cudów: to, co dziś Kościół uważa za cuda, może zostać w przyszłości wyjaśnione fizykalnie czyli przyrodniczo.
- Odnośnie Eucharystii: nie można wykluczyć, że dogmat o Transubstancjacji będzie można kiedyś zastąpić "lepszym" określeniem, bo ów dogmat jest uwikłany kontextualnie w pojęcie substancji, które może zostać obalone naukowo.
Tymi tezami x. Grygiel wykazał się nieznajomością, niezrozumieniem, bądź odrzuceniem elementarnych pojęć teologii katolickiej, dotyczących niezbywalnych prawd wiary, także nawet Zmartwychwstania.

7. Niemniej absurdalne jest zrównanie postępu poznania w naukach przyrodniczych z posłużeniem się arystotelizmem w teologii (od św. Tomasza). Prawda historyczna jest taka, że już Ojcowie Kościoła posługiwali się pojęciami z filozofii arystotelesowskiej (w powszechnej wówczas recepcji neoplatońskiej). Pojęcie substancji (ousia) posłużyło jako narzędzie dogmatyczne już na pierwszym soborze powszechnym, co też nigdy nie straciło na aktualności. Czym innym jest posługiwanie się pojęciami wypracowanymi przez filozofów, a czym innym teologiczna (czy filozoficzna) refleksja nad wynikami nauk szczegółowych jak przyrodnictwo. Już nawet pobieżna znajomość historii nauk przyrodniczych i filozofii wyposaża we wiedzę, że nauki szczegółowe wychodzą z założeń, których same nie mogą dowieść, lecz które są im dostarczane czy to przez powszechne ludzkie przeświadczenie, czy przez naukę ogólną jaką jest filozofia. Tym samym w ramach czystej metody przyrodniczej (czy historycznej gdy chodzi o nauki historyczne) nie ma możliwości obalenia podstawowych pojęć metafizyki lub zastąpienia ich zupełnie nowymi. Jest owszem możliwe pogłębianie i precyzowanie znanych już pojęć, ewentualnie dodawanie nowych na podstawie poszerzonego poznania. Nie jest natomiast możliwe prawdziwe poznanie rzeczywistości sprzeczne z dotychczasowym poznaniem prawdziwym. Teza przeciwna jest niczym innym jak sprzecznym w sobie agnostycyzmem i relatywizmem.

Odnośnie końcowych tez x. Grygiela, odwołujących się do pojęć i koncepcyj przyrodnictwa, nie będę się wypowiadał, gdyż jest to osobny temat. Wspomnę jedynie, że jako teolog stykający się także z literaturą przyrodniczo-naukową, mam wątpliwości, czy tezy głoszone przez x. Grygiela jako przyrodnicze, rzeczywiście odpowiadają fachowej wiedzy fizykalnej.

Powyższa analiza tez teologicznych prowadzi niestety do następujących podsumowujących wniosków: Ta wypowiedź wykazuje brak znajomości bądź przynajmniej zrozumienia elementarnych pojęć i zasad teologii katolickiej, począwszy od pojęcia nadprzyrodzoności, poprzez naturę i istotę sakramentów i liturgii, aż po rozumienie natury i metody teologii jako nauki. Już samo podejście zarówno do zagadnień teologicznych jak też problemów pastoralnych jest niestety - przykro to stwierdzić - skandaliczne. Pozostaje mi wyrazić życzenie, by x. Grygiel zaprzestał tego typu wypowiedzi stanowiących kompromitację nie tylko jego osoby, lecz także zgromadzenia, które on w Polsce reprezentuje. Na takową kompromitację owo zgromadzenie nie zasługuje.

Czy odpowiedź na list może zmienić Tradycję Kościoła? (uzupełnione)


Temat fałszowania liturgii tradycyjnej przez najgłośniejszą medialnie grupę indultystów - notabene cieszących się poparciem strajnie modernistycznych przekaziorów jak deon.pl i KAI - był już okazyjnie poruszany:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/08/w-sprawie-faszowania-liturgii-czy.html

Ostatnio pojawiła się w sieci wymiana listów między x. Dawidem Pietrasem (z diecezji zielonogórsko-gorzowskiej) a sekretarzem Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei". Łatwo można znaleźć informacje odnośnie osoby, z których wynika, że jest właściwie zadomowiony w Novus Ordo, nie w liturgii tradycyjnej, co ma znaczenie dla postawionych przez niego pytań:

 

List składa się z 29 pytań w kontekście przygotowywanej przez autora rozprawy doktorskiej w dziedzinie prawa kanonicznego.


Pytania mają służyć wyjaśnieniu jego osobistych wątpliwości:

Z punktu widzenia formalno-prawnego odpowiedź sekretarza Komisji ma wyłącznie właśnie taki charakter. NIC więcej. List skierowany do osoby prywatnej i nie opublikowany w organie Stolicy Apostolskiej ani nie jest wiążącą interpretacją prawa, ani nie stanowi prawa (nie jest aktem prawnym), lecz jest wyłącznie stanowiskiem odnośnie praktycznego stosowania prawa. To jest istotne dla jego właściwej interpretacji. Nic pod tym względem nie zmienia fakt, że w korespondencji poruszana jest także kwestia rangi odpowiedzi Komisji, gdyż jest to także odpowiedź jedynie deklarująca, nie konstytuująca prawo (o czym będzie poniżej).



Nie ma potrzeby analizowania wszystkich poruszonych kwestij. Ograniczę się do spraw, które budzą najpoważniejsze zastrzeżenia.

Chodzi najpierw o wykroczenia przeciw rubrykom tradycyjnych ksiąg liturgicznych oraz przeciw odwiecznym regułom kanonicznym i liturgicznym Kościoła. Są to przede wszystkim dwie kwestie dotyczące sprawowania funkcyj przez świeckich:


Pytanie dotyczące pełnienia posługi subdiakona przez świeckiego sugeruje odpowiedź, powołując się na poprzednie listy Komisji do osób prywatnych, które nie zawierają jednoznacznego odniesienia do tzw. akolitów świeckich nie będących kandydatami do kapłaństwa:

 

Tym razem odpowiedź Komisji jest jednoznaczna: dopuszcza ona możliwość pełnienia funkcji subdiakona przez akolitę świeckiego nie będącego kandydatem do kapłaństwa:


Wskazany kanon Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 r. mówi w sposób oczywisty o ustanowieniu akolity według ksiąg i prawa Novus Ordo, czyli odnosząc się wyłącznie do liturgii tzw. posoborowej. Wówczas, w roku 1983 r., nie było jeszcze ani indultu ani oficjalnego potwierdzenia dalszej legalności ksiąg liturgicznych z 1962 r. Tym samym mamy do czynienia z pomieszaniem porządków nie tylko prawno-kanonicznych, lecz przede wszystkim liturgicznych, co jest jednoznacznie odrzucone we wszystkich oficjalnych dokumentach odnoszących się do aktualnego stosowania liturgii tradycyjnej, zwłaszcza w obydwu motuproprio - "Ecclesia Dei" z 1988 r. oraz "Summorum Pontificum" z 2007 r.

Problem jest poważny, nie tylko natury prawnej, lecz głównie liturgicznej i doktrynalnej. Święcenia subdiakonatu są w Tradycji Kościoła pierwszym stopniem święceń wyższych, związanym ze ślubowaniem dozgonnego celibatu. Jest to więc urząd co do istoty zupełnie inny niż tzw. ustanowiony akolita w Novus Ordo, którym może być też świecki, niezobowiązany do życia w czystości. Dopuszczenie kogoś takiego do pełnienia funkcji wyświęconego wyższego duchownego, związanej istotnie z celibatem, jest wewnętrznie sprzeczne i przeciwne sakramentologii i eklezjologii katolickiej.

Problem istnieje także pod względem prawnym. Chodzi o to, że w poprawnej interpretacji każdego prawa konieczne jest włączenie intencji prawodawcy. Skoro w Kodeksie Prawa Kanonicznego 1983 r. nie ma intencji zachowania sprawowania liturgii tradycyjnej, to na jakiej podstawie stosuje się do niej kanony sprzeczne z jej porządkiem liturgiczno-prawnym?  

Odnośnie pytania numer 7 - w temacie świeckich ceremoniarzy biskupich - Komisja odpowiada ostrożniej, mianowicie, że "nie widzi zastrzeżeń". Równocześnie mówi wyraźnie, że chodzi o sytuację "nieobecności wyświęconego ceremoniarza":


Przy okazji warto zauważyć, że x. Pietras popełnia fałszerstwo w swoim tłumaczeniu, zamieniając "zastrzeżenie" (objection) na "przeszkodę" (po angielsku by to było "obstacles"):


Jest jasne, że sytuacji, o której mowa, nie było w żadnej celebracji w Polsce, gdyż byli obecni kapłani, którzy byli w stanie przygotować się do tej posługi przynajmniej tak samo jak uczynili to świeccy. Zabrakło jednak widocznie dobrej woli, czy to u organizatorów czy u nich samych, albo u jednych i drugich.

Pytanie odnośnie sposobu wykonywania chorału gregoriańskiego łączy bardzo różne kwestie, zrównując klasyczne wykonanie z nowością w postaci experymentów M. Peresa, które on sam rozumie nie jako odtwarzanie wykonania historycznego, lecz poszukiwanie własnej, nowoczesnej interpretacji (więcej tutaj): 


Pytanie otrzymało najkrótszą i najprostszą z możliwych odpowiedzi, bez zróżnicowania:


Czy Komisja była świadoma problemu wykonania przez szkołę Peresa? Pytanie jest w każdym razie perfidne, gdyż próbuje wyręczyć adresata w zbadaniu sprawy i sugeruje odpowiedź, jest więc właściwie oszukańcze.

Godne uwagi są też niektóre inne odpowiedzi o charakterze bardziej ogólnym i zasadniczym.

Doniosłe jest pytanie o zależność stosowania liturgii tradycyjnej od Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 r.:


Odnośny punkt instrukcji brzmi:

(za: http://www.vatican.va/roman_curia/pontifical_commissions/ecclsdei/documents/rc_com_ecclsdei_doc_20110430_istr-universae-ecclesiae_lt.html)

Tak więc sprawa jest właściwie prosta: chodzi wyłącznie o kwestie dyscyplinarne, czyli dotyczące stosowania reguł liturgii tradycyjnej, a nie samych reguł tej liturgii. Innymi słowy: Kodeks obowiązuje odnośnie liturgii tradycyjnej jedynie w zakresie nieokreślonym przez samą liturgię czyli księgi liturgiczne (jak Mszał, Rytuał itd.). Konkretny przykład: gdy jest mowa o uczestniczącym w celebracji Mszy św. subdiakonie, czyli osobie, która przyjęła święcenia subdiakonatu według tychże ksiąg liturgicznych, to Kodeks Prawa Kanonicznego nie ma władzy - ani zamiaru - zastępowania go kimś innym, np. akolitą, gdyż byłoby to w sprzeczności zarówno z księgami liturgicznymi jak też z zakresem władzy Kodeksu. Inny przykład: księgi liturgiczne nie określają kwestii postu eucharystycznego. Ta sprawa była zawsze regulowana w prawie kanonicznym. Dlatego w celebrowaniu liturgii tradycyjnej wystarczy - pod względem czysto prawnym - zachować post eucharystyczny jedynie w wymiarze przewidzianym w Kodeksie z 1983 r.

Idąc tym tropem, następne pytania dotyczą starszych dekretów Stolicy Apostolskiej odnośnie liturgii, najpierw czy mają one nadal moc prawną:


Odpowiedź jest zasadniczo twierdząca, aczkolwiek można mieć wątpliwość, czy text nie zawiera błędu, tzn. czy nie powinno być "if" zamiast "of" oraz "preceptive" ("nakazujące") zamiast "perceptive", gdyż wtedy zdanie byłoby jaśniejsze. X. Pietras nie bardzo sobie radzi z tłumaczeniem, co jest tutaj akurat zrozumiałe:


W każdym razie zdanie potwierdza obowiązywanie przedsoborowych dekretów odnośnie liturgii tradycyjnej.

Następne pytanie dotyczy rangi odpowiedzi samej Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei". Odpowiedź jest twierdząca, analogicznie do poprzedniego pytania:





Tym samym Komisja przyznaje swoim odpowiedziom tę samą rangę co przedsoborowym dekretom odnośnie liturgii. Jest to o tyle zrozumiałe, że posoborowa Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zajmuje się jedynie liturgią Novus Ordo, stosując jej własne przepisy. Logicznie wynika z tego, że Komisja "Ecclesia Dei" zajmuje się liturgią tradycyjną według jej własnych, przedsoborowych przepisów. W przeciwnym razie nie miałoby sensu wyjęcie liturgii tradycyjnej z kompetencji Kongregacji ds. Kultu Bożego. Tym samym absurdalne i sprzeczne z porządkiem prawnym jest ingerowanie w liturgię tradycyjną w oparciu o przepisy odnoszące się co do zamiaru i litery do Novus Ordo. Tego swojego postępowania Komisja nie uzasadnia ani prawnie, ani teologiczne, co zresztą nie dziwi, gdyż takowe uzasadnienie nie jest możliwe.

Ponadto Komisja przemilcza istotny fakt: dekrety Świętej Kongregacji Obrzędów były publikowane w oficjalnych organach Stolicy Apostolskiej. Zgodnie z powszechną zasadą prawną, dekrety te obowiązywały powszechnie dopiero po ich oficjalnej publikacji, tzn. dopiero wtedy miały ogólnie wiążącą moc prawną. Natomiast odpowiedź skierowana do x. Pietrasa jest skierowana tylko do niego i nie została opublikowana jako oficjalny dokument Komisji, tym samym nie ma rangi ogólnie wiążącego dokumentu, lecz służy jedynie jako wyjaśnienie do prywatnego użytku x. Pietrasa jako adresata.

Szczególnie godne uwagi są w końcu dwie sprawy wprawdzie szczegółowe, jednak znamienne w perspektywie ogólniejszych wniosków. W obydwu sprawach Komisja odpowiada twierdząco, akceptując istniejącą praktykę, przy czym pierwsza polega na używaniu ksiąg starszych niż te z 1962 r., zaś druga na wykroczeniu nawet poza posoborowe przepisy.
Najpierw chodzi o "wykroczenie" zachowawcze:


Następnie o wykroczenie "postępowe": 


Mówiąc krótko: Komisja przyklepuje coś, co nie ma pokrycia w żadnym dokumencie odnośnie stosowania liturgii tradycyjnej obecnie. To jest charakterystyczne dla tego listu, a także dla obecnej linii Komisji: dyktatura faktów dokonanych - czyli praktykowania nadużyć - jest kluczem do tego dokumentu. Jak widać powyżej, we wielu kwestiach list jest niespójny i sprzeczny wewnętrznie. Linia postępowania staje się jasna dopiero w kluczu praxizmu, który jest niczym innym jak aplikacją marxizmu do liturgii Kościoła. Tym wątkiem zajmę się osobno.

Jakie refleksje nasuwają się tytułem wniosków i podsumowania, zwłaszcza odnośnie dwóch pierwszych spraw, które w sposób wyraźny dotykają prawd wiary i ustroju Kościoła?

Z pewnością należy wziąć pod uwagę kontext tej korespondencji. Ma ona miejsce
- po latach praktykowania nadużyć sprzecznych z literą rubryk oraz zasadami wiary i liturgii katolickiej,
- po zaproszeniu sekretarza Komisji na tzw. warsztaty Ars Celebrandi, gdzie został włączony do takiej praktykowanej już wcześniej celebry,
- wcześniejsze celebracje odbywały się z udziałem kilku biskupów, jednego kardynała (Burke) oraz w obecności biskupa miejsca (z Włocławka).

Tak więc zastosowano taktykę faktów dokonanych: zaczęto praktykować ewidentne nadużycia, po czym postarano się o ich quasi oficjalną aprobatę praktyczną (nie prawną), za którą ma widocznie uchodzić ta odpowiedź sekretarza Komisji.

Dla jasności:

- Nigdy w Kościele nie było pełnienia funkcji święceń wyższych przez świeckich, także funkcji subdiakona.
- Nigdy w Kościele nie było pełnienia funkcji ceremoniarza biskupiego w celebracji pontyfikalnej przez świeckiego.

Są to w sposób oczywisty wynalazki wąskiego grona osób powiązanych głównie z x. Wojciechem Grygielem (znanym ze skrajnie niekatolickich, wręcz heretyckich poglądów), grona, które cieszy się wszelkim poparciem kręgów otwarcie antykatolickich:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/07/udawany-katolicyzm-czyli-czy-fideizm.html 

X. Grygiel nie kryje swoich wywrotowych poglądów odnośnie także liturgii tradycyjnej:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-liturgia-tradycyjna-jest-mao.html



Warto zwrócić uwagę także na niedawne zachwyty zakulisowego organizatora "warsztatów" Ars Celebrandi:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/11/czy-film-kler-sprzyja-nawroceniu-koscioa.html

Czy abp G. Pozzo miał realną możliwość udzielenia innej odpowiedzi, po tym jak praktyka tej grupy była de facto tolerowana przez kilku hierarchów (okłamywanych co do stanu prawnego i faktycznego w tych sprawach)? Pewne jest, że odpowiedź inna - tzn. zgodna z literą i teologią tradycyjnych ksiąg liturgicznych -  byłaby stwierdzeniem popełnienia wykroczeń przez kilku hierarchów, którzy wówczas przypuszczalnie nie mieli świadomości wagi swojego udziału w imprezach organizowanych przez tę grupę.

Pewne jest więc, że mamy do czynienia z typową taktyką modernistycznych wrogów Kościoła. Dokładnie w ten sam sposób wprowadzano celebrację versus populum, w językach narodowych, Komunię do ręki, świeckich szafarzy i szafarki, i inne zwyczaje ewidentnie antykatolickie: najpierw praktykowano z naiwną tolerancją władz, a następnie, gdy bezwiedni katolicy zostali jako tako oswojeni z nadużyciem, zażądano oficjalnego uznania. Jest to więc atak wymierzony tym razem w resztki liturgii tradycyjnej ujęte w indultyźmie. Czy jest to zapowiedź, iż jedynym miejscem sprawowania liturgii tradycyjnej wiernie z jej nieskażonym duchem i literą będą struktury i wspólnoty niepodlegające Komisji "Ecclesia Dei"?

Że będą tego typu ataki na liturgię tradycyjną, coby ją zafałszować w duchu herezji modernizmu, było do przewidzenia. Jednak żadna tego typu próba nie jest w stanie zmienić ewidentnych faktów i prostych zasad Tradycji liturgicznej Kościoła. Zawsze będą jasne granice między rzetelną wiernością a fałszerskimi pomysłami, które mają rzekomo służyć upowszechnieniu i jedności.


Post scriptum

Link do tego textu wstawiłem jako komentarz na tablicy autora. Komentarz został bez słowa usunięty. O czym to świadczy, jest chyba dość jasne.

Przy okazji wspomnę epizod sprzed ponad dwóch lat, gdy x. Dawid napisał do mnie z prośbą o kontakt, na co chętnie przystałem. Jednak znamienne jest, że oczekiwał, iż będę do niego telefonował w jego interesie. Pisemny kontakt chyba mu nie odpowiadał, wolał widocznie, żebym ponosił koszty udzielania mu pomocy... No cóż, czy to świadczy o dojrzałości osobowej i duchowej?


Dlaczego używanie wulgaryzmów jest grzechem?



Mówiąc najprościej: zasadniczo jest. Grzeszność i jej stopień zależy od warunków.

Najpierw warto wspomnieć aspekt kulturowo-historyczny, czyli zarówno pochodzenie wulgaryzmów jak też przemiany w ich używaniu. Wiele słów uważanych obecnie powszechnie za wulgarne były niegdyś używane bez takiej konotacji w języku warstw najniższych, nie związanych z kulturą piśmienną i językiem literackim. Łatwo to zauważyć obecnie w istnieniu różnych słów na tej samej rzeczy, tzn. słowa kulturalnego i wulgarnego. Właściwie wszystkie wulgaryzmy mają odpowiednik w języku zwykłym, kulturalnym. Wybór wulgaryzmu oznacza więc czy to brak kultury przynajmniej językowej, czy też świadome preferowanie określenie wulgarnego, czego powodem są zwykle negatywne emocje odnośnie czy to treści wyrażanej czy adresata wypowiedzi.

Drugą istotną cechą wulgaryzmów jest ścisły, właściwie niemal wyłączny związek ze sferą sexualności oraz wydalania fizjologicznego, czyli dziedziną, która zwykle otoczona jest poczuciem intymności, dyskrecji, wstydu i ścisłej prywatności. Podczas gdy nawet użycie kulturalnego wyrażenia odnośnie tej tematyki dość często uważane jest czy może być uznane za niestosowne, to tym bardziej użycie określenia wulgarnego - czy to w danym temacie czy jako "przerywnika" emocjonalnego - może i zwykle powinno być uznane za rodzaj napaści słownej czy wręcz werbalnego molestowania. Taka jest generalnie praktyka oraz odczucie nie tylko w cywilizacji europejskiej, lecz przynajmniej w znacznym stopniu w wymiarze ogólnoludzkim (właściwie każdy język kulturowy rozróżnia słownictwo wulgarne od niewulgarnego).

Jak to się ma do zasad etyki katolickiej czy ogólnie chrześcijańskiej?

Etyka chrześcijańska bazuje na prawie naturalnym, którego klasycznym, aczkolwiek kulturowo związanym wyrazem jest Dekalog. Dziesięcioro Przykazań nie wyczerpuje całości etyki religii Mojżeszowej, lecz jest to jedynie skrótowy kodex, pod którego konkretnymi wskazaniami (nakazami i zakazami) należy rozumieć całą szeroką tematykę moralną. Oznacza to, że nie każdy element etyki religii objawionej, nawet jeśli jest istotny, musi być wprost wymieniony w Dekalogu. Np. z braku odniesienia do homosexualizmu czy samogwałtu nie można wnioskować o dowolności w tych sprawach.

Nie ulega wątpliwości, że kultura krajów i narodów europejskich, także Polski, była kształtowana głównie przez chrześcijaństwo. Dotyczy to także kultury języka i ogólnie komunikowania się, także przez różne dziedziny sztuki. Wiadomo, że wierzenia i nawyki pogańskie najdłużej trwały w najniższych warstwach społecznych. Dotyczy to także kultury języka czy jej braku. Język codzienny warstw wykształconych, będących nośnikiem cywilizacji, był (powinien być) najbliższy językowi literatury, zarówno religijnej jak też świeckiej, zarówno pisanemu, jak też mówionemu (kazania, przemowy, wystąpienia publiczne). Dopiero wraz z proletaryzmem najpierw XIX-wiecznym (naturalistyczno-pozytywistycznym), a następnie komunistycznym, nastąpiło wprowadzenie wulgaryzmów do dziedziny szeroko pojętej kultury. Za prekursora można wprawdzie uznać herezjarchę M. Ludera, którego przemowy i nawet kazania opływają w wulgarność, jednak przez wieki na szczęście nie znalazł naśladowców o porównywalnej randze.

Dlaczego wulgaryzacja języka jest sprzeczna nie tylko z kulturą, lecz także z etyką chrześcijańską?
Wynika to z godności człowieka, której orędownikiem i rzecznikiem zawsze był i jest Kościół Chrystusowy. Nienależyte akcentowanie czy wręcz sprowadzanie spraw codzienności do sfery sexualnej traktowanej werbalnie bez należnej dyskrecji, a z wyraźną pogardą, godzi w godność człowieka z jej prymatem sfery duchowej, wraz z szacunkiem dla dziedzin niższych, poddanych rozumności, wartościom duchowym oraz wzniosłym uczuciom.

Zresztą wystarczy zwykły krótki namysł nad najczęstszymi słowami wulgarnymi, żeby pojąć, iż nie zasługują one ani na bezmyślne stosowanie, ani na bycie nośnikiem czy wyrazem emocyj, które u normalnego człowieka zwykle nie mają związku ze sferą oznaczaną przez te słowa.

W praktyce używanie wulgaryzmów wynika przeważnie z bezmyślności (czy to z nawyku, czy z bezrefleksyjnego naśladowania), nawet jeśli nie jest wyrazem braku opanowania języka. Jedno i drugie, zarówno brak panowania rozumu nad emocjami i słowami, jak też bezmyślność w słowach, jest samoupodleniem się i tym samym grzechem przeciw miłości własnej. Równocześnie jest to grzech przeciw miłości bliźniego, gdyż sprowadza myśli i uczucia innych do sfery poniżej pasa i to traktowanej czy to z pogardą czy lubieżnie. Tym bardziej grzeszne jest nazywanie bliźnich określeniami wulgarnymi.

Ostatecznie są to oczywiście grzechy przeciw miłości Boga, gdyż godzą w godność człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże, co oznacza wyposażenie w zdolności duchowe i duchowe powołanie, które sfery niższe traktuje z należnym szacunkiem według ich godności. Kulturalne określenia dla tych spraw są właśnie wyrazem takiego szacunku i rozumnego opanowania. 

Na koniec jeszcze jeden aspekt, mianowicie dawanie dobrego przykładu i świadectwa postawie chrześcijańskiego szacunku i opanowania, w tym sensie więc szlachetności i szlachectwa duchowego. Kto jak nie właśnie katolik powinien być wzorem takiego stosunku do rzeczywistości stworzonej, do bliźnich i do samego siebie, jaki odzwierciedla miłością Boga samego, który z dobroci stworzył wszystko i kazał człowiekowi nazywać rzeczy właśnie jako dobre?

Czy celibat nie należy do istoty kapłaństwa?



Dyskusja o celibacie pojawia się często i regularnie, mimo że sprawa jest dość jasna i jednoznacznie wyjaśniona od wieków. Także Sobór Watykański II nic nie zmienił w temacie, zresztą nie mógł tego uczynić, gdyż chodzi o Tradycję Apostolską, a Paweł VI ("Sacerdotalis coelibatus") i  Jan Paweł II ("Pastores dabo vobis") potwiedzili odwieczne nauczanie i dyscyplinę Kościoła.

Skąd więc ciągłe odświeżanie dyskusji i podważanie celibatu?

Po pierwsze dlatego, że temat dotyczy konkretnych osób i to nie tylko samych duchownych, lecz także rodzin, z których pochodzą, oraz niewiast, które się nierzadko zakochują akurat w księżach.

Po drugie, Kościół katolicki jest jedyną religią, która wymaga od swoich duchownych życia w celibacie. Fakt istnienia w jego łonie obrządków wschodnich z wybrakowaną dyscypliną pod tym względem nie podważa ogólnej reguły, o czym poniżej.

Po trzecie, modne w ostatnich dziesięcioleciach  trendy "ekumeniczne", którą dążą do zniwelowania Kościoła katolickiego do poziomu wspólnot schizmatyckich i heretyckich.

Odpowiedź na pytanie może być krótka: celibat tak samo należy do istoty kapłaństwa jak należy do Osoby Jezusa Chrystusa, w którego kapłaństwie jest ustanowiony każdy kapłan Nowego Testamentu. Tak więc problem jest natury chrystologicznej i sakramentologicznej, nie tylko i nie głównie dyscyplinarnej.

Czy i na ile celibat należy do istoty Osoby Jezusa Chrystusa?

Pytanie dotyczy oczywiście tylko Człowieczeństwa Syna Bożego, które jest drogą dzieła Zbawienia.

Po pierwsze, jest to pełne Człowieczeństwo, bez braków i bez zmieszania, choć istniejące w jednej Osobie Bosko-Ludzkiej. Tym samym wszystko, co ludzkie w Jezusie Chrystusie, jest także możliwe do zrealizowania zasadniczo przez każdego człowieka. Konkretnie jest to świętość.

Po drugie, ta świętość ma konkretną postać także w Jezusie Chrystusie. Innymi słowy: jako Najwyższy Kapłan Nowego Przymierza jest także wzorem i drogą świętości dla każdego ustanowionego w Jego Kapłaństwie.

Po trzecie, nic, co Jezus Chrystus realizował i dokonał jako Człowiek, nie jest przypadkowe, lecz odpowiada Jego planowi Zbawienia aż do końca czasów w Kościele. Innymi słowy: Jezus Chrystus żył w celibacie nie z przypadku ani z konieczności czy to osobistej czy historycznej, lecz po to i dlatego, żeby Jego kapłani tak żyli, by On stawał się obecny w nich w historii ludzkości aż do końca czasów także w formie życia, której On jest przykładem i wzorem.

To są właśnie fundamenty i właściwe powody wstrzemięźliwości duchownych, która obowiązuje w Kościele od przykładu samego Boskiego Założyciela, który powołał do takiego życia także Apostołów i ich następców.

Często spotyka się mniemanie, jakoby celibat wprowadzono w Kościele dopiero średniowieczu czy nawet później. Jest to właściwie kłamstwo historyczne polegające na pomieszaniu kilku różnych spraw.
Po pierwsze, wstrzemięźliwość sexualna duchownych obowiązywała od początku Kościoła, czego dowodem są już Apostołowie. Żaden z Apostołów nie miał żony i dzieci, tylko św. Piotr był wcześniej żonaty, w chwili powołania był wdowcem i żył w celibacie. Św. Paweł był również celibatariuszem i wszyscy inni biskupi znani z Pisma św. Gdy św. Paweł mówi o wyborze na biskupa "męża jednej żony", to oczywiście nie ma na myśli, jakoby innym mężczyznom pozwalał na poligamię. I na pewno nie miał na myśli, że kandydat musi być żonaty, gdyż przecież sam był celibatariuszem. W podanej regule chodzi o to, że kandydatem na biskupa może być tylko ktoś, kto był żonaty najwyżej jeden raz. Dlaczego? Przecież Kościół nigdy nie zabraniał wdowcom ponownego ożenku? Ano kandydatem na biskupa może być tylko jednokrotnie żonaty właśnie dlatego, że ktoś powtórnie żonaty widocznie nie jest w stanie obyć się bez żony, czego dowiódł przez ponowny ożenek. To jest logiczne tylko w świetle zasady poświadczonej wyraźnie przez wszystkie źródła historyczne: wprawdzie w pierwszych wiekach dopuszczano do święceń także żonatych, lecz od przyjęcia święceń byli zobowiązani do życia wstrzemięźliwego czyli bez pożycia z żoną (żony wstępowały zwykle do klasztoru). Są w tym temacie solidne prace naukowe historyczno-teologiczne. Dla przykładu:

Na stronie watykańskiej:
http://www.vatican.va/roman_curia/congregations/cclergy/documents/rc_con_cclergy_doc_01011993_bfoun_en.html

Książka Kardynała Archiwisty:
https://www.ignatius.com/The-Case-for-Clerical-Celibacy-P248.aspx

Książka profesora Papieskiego Instytutu Archeologii Chrześcijańskiej i rektora Kolegium Niemieckiego w Rzymie:
https://www.ignatius.com/Celibacy-in-the-Early-Church-P267.aspx

Tutaj o dyskusji po polsku:
http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.ojs-doi-10_15633_tts_289/c/289-217.pdf

Zbiór wypowiedzi teologów:
http://www.clerus.org/pls/clerus/V3_S2EW_CONSULTAZIONE.mostra_pagina?target=0&id_pagina=00002603

Resztki tej starokościelnej dyscypliny mamy dzisiaj w obrządkach wschodnich:
- biskupami mogą być wyłącznie celibatariusze, oraz
- o żenić się wolno tylko przed święceniami diakonatu.
Te zasady są zrozumiałe jedynie w świetle powyższej zasady starożytnego Kościoła o wstrzemięźliwości całkowitej począwszy od święceń. Ta zasada została wiernie zachowana jedynie w Kościele rzymskim (w dycyplinie łacińskiej).

Tak więc w średniowieczu nie wprowadzono celibatu, gdyż celibat zawsze w Kościele obowiązywał, także tych, którzy byli żonaci przed przyjęciem święceń. Jedyna zmiana, która nastąpiła w średniowieczu, polegała na tym, że zaczęto święcić wyłącznie nieżonatych. Z prostego powodu: komuś, kto przywykł do pożycia małżeńskiego, trudniej jest się przestawić na życie wstrzemięźliwe.

W końcu pytanie w kwestii odmiennej dyscypliny obrządków wschodnich w Kościele katolickim. Czy nie jest to sprzeczność? Jak to pogodzić z chrystologiczną i sakramentologiczną naturą celibatu? Jak papieże mogli pozwolić na odstępstwo?

Po pierwsze, należy wziąć pod uwagę okoliczności przyjęcia do Kościoła tzw. unitów: chodziło o ratowanie dusz ze schizmy, która jest zgubą dla dusz.
Po drugie, celibat sam w sobie, choć ma naturę chrystologiczną i sakramentologiczną, jest sprawą dyscypliny, nie doktryny jako takiej. Dyscyplina ulega zmianom w Kościele, tzn. jest i powinna być dopasowywana do nauczania wiary. Konkretnie dyscyplina celibatu musi pasować względnie być dopasowywana do prawd wiary odnośnie kapłaństwa. To nie wyklucza pewnej tymczasowej tolerancji dla dyscypliny wadliwej, gdy celem jest dobro nadrzędne, czyli przynależność do Kościoła, gdyż od tego zależy zbawienie dusz.
Po trzecie, w okresie uniatyzmu wiedza o historycznych uwarunkowaniach wadliwej dyscypliny wschodniej nie była tak pełna i ugruntowana jak obecnie. Dzisiaj wiemy z całą pewnością, że dyscyplina wschodnia nie jest pierwotna, starożytna, lecz jest odejściem od Tradycji Apostolskiej, aczkolwiek nie całkowitym (jak wspomniane wyżej). Tak więc papieże wspaniałomyślnie pozwolili unitom - tymczasowo - zachować wadliwą dyscyplinę wschodnią, by ułatwić im powrót na łono Kościoła, tym bardziej, że wówczas nie było jasne, iż kłamstwem jest mniemanie, jakoby dyscyplina wschodnia była starożytna.

Na koniec wspomnę książkę wydaną kilkanaście lat temu, pt. Celibat, autorstwa ówczesnego wykładowcy historii Kościoła z Krakowa, x. Grzegorza Rysia. Jest ona modelowym przykładem skandalicznej nierzetelności naukowej, historycznej manipulacji, zakłamania oraz antykatolickiej propagandy. W skrócie mówiąc, sprowadza ona katolicką dyscplinę celibatu do
- wrogości Kościoła wobec sexualności i pożycia małżeńskiego, oraz
- względów majątkowych czyli ochrony dóbr kościelnych przed rozproszeniem wskutek dziedziczenia przez potomstwo duchownych.
A jest to nic innego jak powielanie antykatolickiej propagandy prostestantów i ateistów. Dlatego ostrzegam przed tą książką i chętnie wyłożę w razie potrzeby także bliżej, dlaczego jest ona zakłamana i antykościelna.


Czy nakładanie rąk to magia?



W jednym z poprzednich wpisów zwróciłem już po krótce uwagę na biblijne korzenie i znaczenie gestu nakładania rąk:

https://teologkatolicki.blogspot.com/2018/10/czy-naozenie-rak-zawsze-byo-w-kosciele.html

Pojawia się też słuszne pytanie o ogólne znaczenie, istotę oraz działanie nakładania rąk, niezależnie od jego stosowania poświadczonego w Piśmie św. oraz Tradycji Kościoła.

Odpowiedź jest o tyle prosta, że jako gest sakramentów i sakramentaliów Kościoła może mieć i faktycznie ma pochodzenie i znaczenie najpierw naturalne, podobnie jak inne znaki sakramentalne - woda, oliwa, chleb, wino, ślubowanie wierności małżeńskiej.

Nałożenie rąk jest więc pierwotnie znakiem naturalnym. Czy tylko znakiem w znaczeniu symbolu czy może czymś więcej, tzn. znakiem skutecznym naturalnie (tzn. poza skutecznością sakramentalną, gdy jest użyty w sprawowaniu sakramentów)? Rzecz się ma podobnie jak z naturalną skutecznością innych znaków, wody, oliwy itd. Jednak trudność polega na tym, że w odróżnieniu od nich trudno jest zbadać naukowo-fizykalnie i określić naturalną skuteczność nałożenia rąk. Tym niemniej można i należy przyjąć, że ono także ma swoją naturalną efektywność, mimo że - przynajmniej dotychczas - nie jesteśmy w stanie podać fizykalnego mechanizmu jego działania.

Pewne jest też, że szatan może się posługiwać mechanizmem naturalnym także w przypadku nałożenia rąk. Wynika to z katolickiej nauki o stworzeniu, dokładnej z angelologii jako działu dogmatyki.

Ponadto wiadomo, że szatan nie może działać bezpośrednio na materię (ponieważ nie ma naturalnego wewnętrznego związku z materią), lecz musi posługiwać się sferą duchowo-psychiczną człowieka, który się jemu oddaje czy pozwala posługiwać jako narzędzie. Dotyczy to także naturalnego działania gestu nałożenia rąk: szatan może się posługiwać mechanizmem naturalnym wykonywanym przez człowieka. Zależy to oczywiście od stanu duchowego człowieka, tzn. czy i na ile jest on oddany czy przynajmniej podatny na bycie narzędziem działania szatańskiego.

Tak więc sprawa dotyczy ostatecznie porządku stworzenia, dokładniej stosunku między duchem złym a światem materialnym (wraz z jego prawami także niezbadanymi naukowo), a także między tymże duchem a człowiekiem. Nie ma to nic wspólnego z magią w znaczeniu zabobonów. Jednak ma owszem związek z okultyzmem o tyle, gdy chodzi o posługiwanie się mechanizmami naturalnymi, które wymykają się dotychczas badaniom fizykalnym, aczkolwiek można z pewnością teologiczną (dogmatyczną) powiedzieć, że szatan nie może działać poza i wbrew prawom fizykalnym czyli w sposób nadprzyrodzony.

W temacie pojęcia nadprzyrodzoności będzie osobny wpis za niedługo.

Kto żyje na cmentarzu?


Po kilku panach w różnym wieku, którzy osiągnęli szczyty popularności poprzez filmiki jutjubowe, pojawiła się ostatnio osoba płci pięknej, która widocznie próbuje iść w ich ślady. Różnica polega jednak na tym, że nie wypowiada się sama lecz zadaje pytania duchownym, którzy się następnie produkują do kamery w mniej czy bardziej sensowny a rozbawiony sposób. Poświęca się ona tematyce "katolickich mitów", które nie są ani katolickie ani mitami, a jedynie jakimiś zabobonami z rodowodem mniej czy bardziej ewidentnie pogańskim. Tak więc już w temacie jest poważne zakłamanie. Za pewne nieprzypadkowe. Tak więc bardzo dziwi fakt, że duchowni katoliccy w ogóle wyrazili zgodę na występowanie w czymś takim. Być może sami też zapragnęli sławy dzięki potencjalnej sławie osoby płci pięknej, choć nie będącej uosobieniem ani wiedzy, ani inteligencji, ani innych walorów duchowych (pomijając walory zewnętrzne).

 

Zaś o poziomie tej serii, osiągającej już trzeci odcinek, świadczy dość dobitnie wypowiedź dominikanina Tomasza Nowaka, który z całą powagą głosi, jakoby chrześcijanie wierzyli, iż na cmentarzu "żyją ludzie, tylko w inny sposób po prostu". Nasuwa się pytanie, o jakich ludzi chodzi. Raczej nie ma na myśli bezdomnych czy zabłąkanych, gdyż jest to możliwe jedynie w lecie. Ma więc widocznie na myśli zmarłych. Czy oni żyją, skoro umarli? Czyżby o. Nowak twierdził, że na cmentarzu żyją dusze nieśmiertelne? Gdzie żyją? W grobach czy między nimi? Skoro żyją na cmentarzu, to po co jest niebo, czyściec i piekło? A może chodzi o ciała, które żyją tak swoim życiem bez dusz, że się rozkładają aż pozostaną tylko kości najwyżej, a następnie także kości obracają się w proch ziemi? I taki jest koniec życia ludzi na cmentarzu?

No cóż, można wziąć pod uwagę, że filmiki mają charakter właściwie satyryczny. Jednak także satyra powinna zachowywać choćby minimalny poziom intelektualny, zwłaszcza gdy porusza kwestie teologiczne i dotyczące wiary, i też sprawy jednak poważne.

Tak więc mamy kolejny przykład radosnej twórczości duchownych i okołoduchownych, gdzie poziom intelektualny i teologiczny sięga najwyżej bruku. I to bruku z kałużami śmierdzącymi nieuctwem, niechlujstwem intelektualnym i herezją modernistyczną.

Tak więc powiązania tego portalu nie są zaskakujące:


W ten sposób katolicy są za pieniądze katolików karmieni treściami niekatolickimi i antykatolickimi, i to pod kłamliwą nazwą aleteia = prawda...

X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...