Rola x. Michała Sopoćko w sprawie s. Faustyny jest powszechnie znana i bezsprzecznie istotna. Dlatego właśnie godny uwagi jest jego "Dziennik", opublikowany po raz pierwszy dopiero w 2010 r.
Tytuł "dziennik" to właściwie za dużo powiedziane. Być może autor zaczynał pisanie z takim zamiarem. Pierwsze wpisy - z roku 1915 - są bardzo szczegółowe, nawet bardziej szczegółowe niż to zwykle bywa w kronikach, mimo sytuacji wojennej. Potem była kilkunastoletnia przerwa w pisaniu "Dziennika" (od 1922 do 1937, potem od 1962 do 1967), akurat w okresie znajomości z s. Faustyną i w okresie soboru. Znaczna część to wspomnienia z lat i okresów poprzednich, czyli coś w rodzaju zapisków do autobiografii. Także tematyka jest niespójna i pomieszana. Opisy wydarzeń przeplatane są uwagami niby duchowymi. Zdarzają się też cytaty z lektur i fragmenty tekstów modlitewnych, nie wiadomo po co zapisane, jak np. fragmenty brewiarza (czyżby z nudów?). Równocześnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że autor pisał dla szerokiej publiczności, jakby przewidział i zamierzał publikację. Aczkolwiek chyba żaden poruszony wątek nie jest potraktowany całościowo, jasno i kompletnie, oprócz jednego, mianowicie rzekomej świętości s. Faustyny, o której jednak mówi niewiele konkretów i wypowiada się bardzo krótko.
Dla pełniejszej analizy konieczne byłoby powiązanie z innymi źródłami, zwłaszcza z pismami x. Sopoćki i świadectwami najważniejszych osób w sprawie. Tutaj muszę ograniczyć się do podstawowych kwestij, na które warto zwrócić uwagę.
Pierwszy wpis, z 10 VI 1915 r., zawiera zdanie łacińskie z haniebnymi błędami: "intede Christi" zamiast "intende Christe", co świadczy o podstawowej ignorancji w języku, niegodnej kapłana w tamtych czasach.
Demaskujący jest także wpis z 17 IX 1915 r.:
Wręcz gorszące jest tutaj dość szczere wyznanie, iż to z nudów zabrał się za pracę z młodzieżą...Gdy 28 III 1917 r. wyznaje, że obserwował pobliskie starcia wojenne, gdyż "od dawna o tym" marzył, a przyglądał się "temu wszystkiemu z wielkim zainteresowaniem, strachu żadnego nie było żadnego i gotów byłem iść na pole walki", to jest to o tyle ciekawe, że pisze to kapłan, a kapłanowi nie godzi się walczyć zbrojnie na wojnie. Tak więc wyznanie to świadczy ponownie o jaskrawym braku ducha kapłańskiego. Chyba że jest to kłamliwe chełpienie się swoją odwagą, co oczywiście również nie świadczy dobrze.
Za cały okres od zamierzonego początku pisania w 1912 r. - przy czym pierwszy zachowany wpis pochodzi dopiero z 1915 r. - do 1922 r. "Dziennik" zawiera jedynie kilka wpisów zajmujących 16 stron zeszytu. Jest w tym sporo szczegółów, aczkolwiek zupełnie banalnych i bez większego znaczenia pod względem zarówno historycznym jak też duchowym. Wygląda na to, że autor nie miał wyraźnego celu w pisaniu, a może nawet pisał jedynie z nudów, dla relaxu.
Druga część zaczyna się wpisem dopiero z 8 IX 1937 r. Bez jakiegokolwiek odniesienia do faktów x. Sopoćko mówi o swoim cierpieniu. Trzeba mieć na uwadze, że było to niecały rok przed śmiercią x. Faustyny, czyli gdy autor już powziął jej sprawę w swoje ręce. Na dzień następny (9 IX 1937) datowany jest obszerny wpis autobiograficzny, obejmujący ponad 50 stron zeszytu, bodaj najdłuższy w całym "Dzienniku". Zawiera on elementy zarówno groteskowo hagiograficzne, jak też haniebne.
Ciekawa jest wizja smoka u trzy- albo czterolatka:
Można pominąć fakt, że dziecko w tym wieku z reguły nie zapamiętuje niczego trwale, aczkolwiek bardzo mocne przeżycia może zapamiętać. Zdumiewający jest tutaj jednak zupełny brak krytycyzmu autora, kapłana w sile wieku, który o zjawieniu się smoka pisze tak, jakby było ono realne, interpretując je widocznie jako zjawienie się szatana. Owszem, dziecku może się coś takiego przyśnić, czy zjawić w jego wyobraźni. Czym innym jest natomiast potraktowanie takiego przeżycia jako realnego zjawienia się szatana, który powoduje chorobę. Tak więc myślenie x. Sopoćki, wtedy już prawie 50-latka, albo było zupełnie infantylnie odrealnione, albo on fantazyjnie napisał to w stylu prymitywnej autohagiografii, usiłując przedstawić siebie jako niewinną ofiarę złości szatańskiej. Nie mniejszy narcyzm pojawia się w następnym akapicie, gdzie x. Sopoćko chwali się swoją rozwiniętą już w wieku szkolnym "głęboką pobożnością":
Równocześnie nie wstydzi się on przyznać do oszukiwania niby w imię religii i patriotyzmu:Tak więc niby to lekarz skłamał, a Michałek tylko przedłożył świadectwo lekarskie. Swoją drogą ciekawe, na jakiej podstawie lekarz mógł w tym wypadku orzec całkowitą niemożność śpiewania, skoro Michałek jednak był zdolny śpiewać. Tak więc także tutaj raczej wchodzi w grę dość prymitywna mistyfikacja pisana w retrospekcji (w 1937 r.), gdyż zapewne żaden lekarz by nie kłamał w taki sposób, tym bardziej dla ochrony dzieciaka przed śpiewaniem w chórze cerkiewnym. W każdym razie znamiennym wątkiem jest tutaj niechęć Sopoćki do liturgii wschodniej, o czym pisze wprost w dalszym ciągu "Dziennika".
W tym samym opowiadaniu autobiograficznym pojawia się następny epizod pseudomistyczny o znamionach wręcz szyderstwa. Wydarzenie dotyczy przyjęcia święceń, przy czym z kontextu nie wynika, o który stopień święceń chodzi, choć jest to istotne zarówno teologicznie jak też kanonicznie, gdyż wraz z subdiakonatem jako pierwszym stopniem święceń wyższych wiązało się przyrzeczenie dozgonnej bezżenności, co dla młodego człowieka ma oczywiście jedyne w swoim rodzaju konsekwencje.

Już samo słyszenie głosów jest godne uwagi, gdyż częściej wskazuje na schorzenie psychiczne jakim jest schizofrenia niż autentyczne przeżycia mistyczne. Po pierwsze słyszenie głosu powinno zostać ujawnione spowiednikowi (który w seminarium jest zwykle kierownikiem duchowym), czego Sopoćko widocznie nie uczynił, co świadczy albo o poważnym braku znajomości elementarnych zasad kierownictwa duchowego i formacji seminaryjnej, albo o świadomym ich lekceważeniu. Po drugie, znamienna jest sprzeczność między obydwoma głosami, gdyż jeden odradza przystąpienie do święceń, zaś drugi w domyśle zaleca. Po trzecie, ujrzenie w ołtarzu Chrystusa wraz ze słyszeniem Jego głosu o tyle nie jest jasne, że nie wiadomo, czy była to wizja mistyczna wraz z audycją, czy przeciwnie należy rozumieć, że znajdujący się w ołtarzu obraz przemówił do Sopoćki. A jest to istotne dla oceny tego (rzekomego) zdarzenia. Skoro autor pomija to rozróżnienie i pozostawia czytelnika w niejasności, to albo ta niejasność jest zamierzona, albo wynika z tego, że całe zdarzenie jest zmyślone. Gdyby faktycznie miało miejsce, to dla samego autora byłoby powodem reflexji i badania pochodzenia i znaczenia tego przeżycia, tudzież oczywiście omówienia go ze spowiednikiem. Skoro tego nie uczynił, a przeżycie miało faktycznie miejsce, to popełnił poważne wykroczenie względem zasad życia duchowego, także formacji do kapłaństwa. Bardzo dziwny jest opis dotyczący pracy neoprezbitera:
Wręcz nie do wiary jest, by na nie małej parafii nie było pracy dla kapłana. Wszak sprawowanie sakramentów, przygotowywanie do nich, katechizacja, są na tyle wymagające, zwłaszcza na początku drogi kapłańskiej, że trudno sobie wyobrazić, by nie wypełniło to czasu gorliwego duszpasterza. Znamienna jest wzmianka o spotkaniu w 1922 r. z Jerzym Matulewiczem, który od 1918 r. był biskupem diecezji wileńskiej, rodzimej x. Sopoćki:
Podczas gdy x. Sopoćko w superlatywach wypowiada się o bpie Matulewiczu, pomija całkowicie milczeniem biskupa wileńskiego Edwarda von Ropp, za którego rządów odbył formację seminaryjną oraz został wyświęcony, a następnie wkrótce opuścił rodzimą diecezję, udając się do Warszawy, co oczywiście wymagało zgody własnego biskupa. Tak więc nie jest zapewne przypadkowe, że za rządów bpa Matulewicza x. Sopoćko powrócił do Wilna. Co do ciepłych znajomości jeszcze bardziej znamienna jest wzmianka o Józefie Piłsudskim, który jawi się tutaj jako dobroczyńca na rzecz budowy kościoła w Wilnie (z textu nie wynika jasno, kiedy doszło do spotkania, czy na wiosnę 1927 r., czy wcześniej), przy czym x. Sopoćko pomija kwestię, z jakiego źródła pochodziło pieniądze dane przez Piłsudskiego, prywatnego czy państwowego:
Nie trudno zauważyć tutaj zarówno czołobitności, jak też niemal hagiograficzności wzmianki o postaci, która w rzeczywistości bynajmniej nie słynęła ani z pobożności, ani z moralności, ani nawet z przyzwoitości w polityce i sprawach publicznych. Trzeba mieć na uwadze, że x. Sopoćko pisał te słowa w 1937 r., w retrospektywie, czyli znając całe "dokonania" Piłsudskiego jako masona, apostaty i zbrodniarza. Mimo to bije z tych słów nieograniczone uwielbienie, bez cienia dystansu. Znamienne jest też wyznanie o odbytej podróży po Europie Zachodniej, przy czym zagadką pozostaje, skąd zwykły profesor seminaryjny miał pieniądze na taką długą i kosztowną rozrywkę:
Wręcz groteskowo brzmi wzmianka o rzekomym "głosie świętej" Teresy w Lisieux co do "pewnych rzeczy przyszłych". X. Sopoćko zmierza zapewne do powiązania s. Faustyny ze św. Teresą, pisząc oczywiście z retrospektywy w 1937 r. o wydarzeniach roku 1930. Następne wspomnienia dotyczą podróży do Palestyny w 1934 r. i do Egiptu, na Bliski Wschód i wschodnią część basenu Morza Śródziemnego z Grecją włącznie. Przy tej okazji znamienna jest zaakcentowana niechęć do liturgii wschodniej:
Tak może pisać tylko zatwardziały wróg sakralności liturgii oraz "prorocko" usposobiony entuzjasta "reform" które stworzyły obecny, protestancko-modernistyczny Novus Ordo.
Po opisie tej podróży następuje fragment zatytułowany "Miłosierdzie Boże". Nie jest on datowany, a ma cechy jakby wstępu książkowego:
Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na następujące fakty:
- X. Sopoćko nie mówi, w jakich okolicznościach i w jakim charakterze prowadził rozmowy z s. Faustyną. Jeśli były to spowiedzi, bądź rozmowy duchowne, to był związany tajemnicą spowiedzi i kierownictwa duchowego. Jednak prawdy teologiczne same w sobie nie są przedmiotem ani spowiedzi ani kierownictwa duchowego. Nie jest też ich przedmiotem pouczanie kierownika duchowego w sprawach teologicznych, lecz najwyżej prośba do niego o radę i rozeznanie. Tutaj x. Sopoćko jawi się jako pouczany i prowadzony przez s. Faustynę, co świadczy albo o pomieszaniu ról i zadań, albo o tym, że x. Sopoćko po prostu kłamie.
- X. Sopoćko nie wspomina nic o rzekomych objawieniach się Pana Jezusa s. Faustynie, choć mówi wyraźnie o ich rzekomej treści, mianowicie o namalowaniu obrazu i wystawieniu go do kultu publicznego. To przemilczenie jest znaczące. W przypadku bowiem, gdy ktoś twierdzi, że ma tego typu przeżycia (objawienia prywatne), pierwszym obowiązkiem jest poddanie ich zbadaniu przez władze kościelne, czyli biskupa miejsca, zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy publicznego kultu jak w przypadku tego obrazu. X. Sopoćko wspomina wprawdzie, że prosił arcybiskupa wileńskiego o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościelnym miejscu publicznym, nie mówi jednak nic o zbadaniu rzekomych objawień prywatnych danych s. Faustynie, a to właśnie jest sprawą zasadniczą, podstawową i pierwszą. Skoro x. Sopoćko prosił jedynie o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościele, przemilczając, a właściwie zatajając przez arcybiskupem pochodzenie tego obrazu, czyli jego związek z rzekomym objawieniem prywatnym, to dopuścił się oszustwa na władzy kościelnej. Konsekwencją tego oszustwa był późniejszy negatywny stosunek arcybiskupa Jałbrzykowskiego do x. Sopoćki i sprawy s. Faustyny, co jest ze wszech miar słuszne i zrozumiałe.
- Widać więc perfidię strategii x. Sopoćki: forsowanie kultu obrazu oraz propagandy teologicznej, pisanej i mówionej, pomijając źródło i inspirację. Gdyby zaczął czy przynajmniej nie pomijał rzekomych objawień danych s. Faustynie, to by zarówno kwestia obrazu jak też jego nauczanie było uważnie i wnikliwie badane, zgodnie z zasadami Kościoła. Tego właśnie chciał widocznie uniknąć.
- Wzmiankując o tym, że w 1937 r. czytał "Dzienniczek" wraz z koronką i nowenną, x. Sopoćko nie mówi nic o tym, jakoby s. Faustyna pisała go na jego zlecenie, potem pod jego nieobecność spaliła, a następnie odtworzyła z pamięci. Nie mówi też, kto ubiegał się w kurii krakowskiej o pozwolenie na wydrukowanie koronki i nowenny, ani kto sfinansował druk. W "Dzienniczku" s. Faustyny jest podane (nr 1299 i 1301), że to s. Faustyna była w wydawnictwie, co jest bardzo dziwne, gdyż zakonnica musiała mieć po pierwsze pozwolenie swojej przełożonej na wyjście z klasztoru, po drugie na zajmowanie się tą sprawą, po trzecie na sfinansowanie druku. Tak więc podstawowych faktów brakuje, a te, które są podawane, są dziwne i mało wiarygodne. Co zresztą całkowicie pasuje do całej sprawy x. Sopoćki i s. Faustyny.