Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sopoćko M.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sopoćko M.. Pokaż wszystkie posty

X. G. Strzelczyk o Bogu czyli marxistowsko-miłosierdzistowska apostazja w natarciu


O niektórych wypowiedziach x. Grzegorza Strzelczyka, który jest jedną z gwiazd kręgów skrajnie modernistycznych, było mi już dane wypowiedzieć się (tutaj i tutaj i tutaj). Niestety ponownie trafiłem na kolejne oszustwo tego człowieka, co zresztą już nawet nie zaskakuje. Chodzi o następującą wypowiedź:


To jest istotny fragment szerszej wypowiedzi, gdzie on przemianę w rozumieniu relacji między miłosierdziem a sprawiedliwością - konkretnie obecne stawianie miłosierdzia ponad sprawiedliwością, czego punktem kulminacyjnym mają być "objawienia" s. Faustyny (czyli oszustwo x. Sopoćkowe) - sprowadza do dwóch przyczyn:
- przemiany społeczne oraz zmiana sytuacji Kościoła w świecie po rewolucji francuskiej
- studiowanie Pisma św. i Ojców Kościoła. 

Ten pierwszy wątek jest tak prymitywny i absurdalny, tudzież wyraźnie śmierdzący marxizmem, że go nawet nie trzeba obalać. To jest urojenie, którego jedyną podstawą jest mentalność marxistowska, według której stosunki społeczne determinują ideologię, a do ideologii w znaczeniu marxistowskim x. Strzelczyk widocznie sprowadza teologię. 

Drugi wątek wymaga oczywiście sprawdzenia w źródłach, zwłaszcza w źródle podanym przez x. Strzelczyka, którym jest list papieża św. Leona Wielkiego do biskupa Konstantynopola Flaviana tzw. Tomus ad Flavianum (źródło tutaj). Oto istotne dla kwestii fragmenty tegoż pisma, zresztą dość krótkiego, choć bardzo treściwego:


Istotne zdanie brzmi w tłumaczeniu dokładnym roboczym:

"Przybrał postać sługi bez brudu grzechu, powiększając to, co ludzkie, nie umniejszając tego, co boskie: ponieważ owo ogołocenie, przez które to, co niewidzialne, przedstawiło się jako widzialne, a Stwórca i Pan wszystkich rzeczy chciał być jednym dla śmiertelnych, stał się skłonieniem zmiłowania, nie brakiem mocy. Tak to ten, który pozostając w postaci Boga uczynił człowieka, ten sam w postaci sługi stał się człowiekiem. Utrzymuje bowiem bez pomniejszenia swoją właściwość przez obydwie natury: i tak jak nie niszczy postaci sługi postacią Boga, tak też postaci Boga nie pomniejszył postacią sługi. Albowiem, ponieważ diabeł chełpił się, że człowiek zwiedziony jego oszustwem pozbawiony został Bożych darów, oraz że poddany został surowemu wyrokowi śmierci, pozbawiony daru nieśmiertelności, i że w swoich nieszczęściach znalazł sobie jakąś pociechę z towarzyszenia grzesznika; i że Bóg także, z racji domagającej się sprawiedliwości, zmienił własne postanowienie względem człowieka, którego stworzył w takiej godności; trzeba było zarządzenia tajemnego planu, aby niezmienny Bóg, którego wola nie może być pozbawiona dobroci, spełnił pierwsze postanowienie Swojej łaskawości wobec nas poprzez tajemnicę bardziej ukrytą, i żeby człowiek, który przez podstępność diabelskiej niegodziwości został wprowadzony w winę przeciw woli Boga, nie zginął."

Zapewne do tego fragmentu odnosi się wypowiedź x. Strzelczyka. Jak widać, nie ma on wiele wspólnego z tym, co twierdzi Strzelczyk. Otóż według św. Leona, co dość wyraźnie mówi, to nie szatan domagał się sprawiedliwości względem człowieka, czyli ukarania go za grzech, lecz ukaranie za grzech wynikało z Bożej sprawiedliwości, która w żaden sposób nie jest pomniejszona przez Wcielenie Syna Bożego czyli dzieło zbawienia. To Wcielenie jest "tajemnicą bardziej ukrytą", a nie miłosierdzie. Wcielenie jest "uratowaniem" pierwotnego przeznaczenia człowieka do udziału w chwale Bożej, co jest oczywiście dziełem dobroci Bożej. Innymi słowy: diabeł w swej chytrości myślał, że Pan Bóg pozostawi człowieka w stanie grzechu, do którego on go zwiódł. Nie wziął przy tym pod uwagę, że zarówno miłosierdzie jak też sprawiedliwość wobec człowieka domaga się także wskazania mu drogi wyjścia z grzechu, do którego doprowadził człowieka szatan. Tak więc Wcielenie - czyli dzieło Zbawienia - jest dziełem zarówno miłosierdzia jak też sprawiedliwości. Nie ma więcej ŻADNEJ sprzeczności ani nawet rywalizacji między Bożą sprawiedliwością a Bożym miłosierdziem, wbrew temu, co twierdzi fałszywa ideologia faustyno-sopoćkizmu i wraz z nią x. Strzelczyk. 

Idźmy dalej:


Tutaj św. Leon mówi wyraźnie, że miłosierdzie nie oznacza zmiany w Bogu. 


Tutaj mówi jasno, że Syn Boży ma Bóstwo wspólne z Ojcem, co wyraźnie przeczy koronce s. Faustyny. 


Tutaj św. Leon mówi, że miłosierdzie dotyczy wyłącznie tych, którzy się poprawiają i nawracają, ono więc nie jest więc bezwarunkowe, jak to jest w fałszywej ideologii Faustyno-Sopoćkowej. 

Widać, że sprawa jest poważna. Nie dziwi więc, że wyznawcy faustyno-sopoćkizmu - jak x. Strzelczyk - zaczynają jakoś reagować na poważne zarzuty, aczkolwiek czynią to w sposób niekompetentny, nierzetelny i zakłamany. Prawda jednak z całą pewnością zwycięży. 

Kto jest autorem "Dzienniczka"?


Jest sporo poszlak wskazujących na to, że to x. Michał Sopoćko jest właściwym autorem "Dzienniczka" s. Faustyny:

Po pierwsze, wystarczy porównać styl "Dzienniczka" ze stylem pism Sopoćki: jest właściwie identyczny. Tego nie można wyjaśnić inaczej jak tylko wspólnym autorstwem. 

Po drugie, osoba, która skończyła tylko 2 klasy szkoły powszechnej, nie mogła być w stanie pisać tak jak w "Dzienniczku", ani językowo ani graficznie, czyli bardzo elegancki, wyrobionym pismem. Osoba, która całe swoje życie, także zakonne, spędza w kuchni, przy sprzątaniu i w ogrodzie, nie może mieć takiego charakteru pisma. Nie przypadkowo oni nikomu nie pokazują a całości oryginału "Dzienniczka" ani innych pism autorstwa rzekomo s. Faustyny.

Po trzecie, rzekoma pierwsza wersja "Dzienniczka" została spalona, gdy x. Sopoćko bawił na kilkumiesięcznej podróży po Europie. Zapewne chodziło o to, że podczas jego nieobecności sama Faustyna nie była w stanie nic pisać, więc trzeba było zakryć tę lukę przez spalenie.

Po czwarte, nawet w tekście "koroneczki" jest istotna różnica między wersją opublikowaną przez x. Sopoćkę, a wersją opublikowaną przez x. Andrasza. Tak więc któryś z nich musiał oszukiwać (albo obydwaj). Więcej tutaj:
https://teologkatolicki.blogspot.com/.../koronka-s... 

Wygląda więc na to, że po pierwsze x. Sopoćko dyktował "Dzienniczek" osobie piszącej go, a po drugie tą osobą nie mogła być s. Faustyna. 

Czy List św. Jakuba uzasadnia herezję miłosierdzizmu?



Zwolennicy herezji miłosierdzizmu powołują się na słowa w Liście św. Jakuba, zresztą fałszywie cytowane w ślad za protagonistą herezji, którym jest x. Michał Sopoćko. Chodzi o następujący fragment, który wraz z kontextem brzmi następująco (Jk 2, 1-22):

Bracia moi, nie czyńcie różnicy między osobami przy wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa, naszego Pana chwały.

Bo gdyby na wasze zgromadzenie przyszedł człowiek ze złotymi pierścieniami na palcach i we wspaniałej szacie, a przyszedłby też ubogi w nędznej szacie,

A wy zwrócilibyście oczy na tego, który nosi wspaniałą szatę i powiedzielibyście: Ty usiądź tu wygodnie, a ubogiemu powiedzielibyście: Ty stań sobie tam lub usiądź u podnóżka mego,

To czyż nie uczyniliście różnicy między sobą i nie staliście się sędziami, którzy fałszywie rozumują?

Posłuchajcie, bracia moi umiłowani! Czyż to nie Bóg wybrał ubogich w oczach świata, aby byli bogatymi w wierze i dziedzicami Królestwa, obiecanego tym, którzy go miłują?

Wy zaś wzgardziliście ubogim. Czyż nie bogacze ciemiężą was i nie oni ciągną was do sądów?

Czy to nie oni zniesławiają zacne dobre imię, które zostało nad wami wezwane?

Jeśli jednak wypełniacie zgodnie z Pismem królewskie przykazanie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego, dobrze czynicie.

Lecz jeśli czynicie różnicę między osobami, popełniacie grzech i jesteście uznani przez zakon za przestępców.

Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego.

Bo Ten, który powiedział: Nie cudzołóż, powiedział też: Nie zabijaj; jeżeli więc nie cudzołożysz, ale zabijasz, jesteś przestępcą zakonu.

Tak mówcie i czyńcie, jak ci, którzy mają być sądzeni przez zakon wolności.

Bowiem sąd niemiłosierny temu, który nie uczynił zmiłowania, i zmiłowanie triumfuje nad sądem.

Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić?

Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba,

A ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże?

Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie.

Lecz powie ktoś: Ty masz wiarę, a ja mam uczynki; pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, a ja ci pokażę wiarę z uczynków moich.

Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą.

Chcesz przeto poznać, nędzny człowieku, że wiara bez uczynków jest martwa?

Czyż Abraham, praojciec nasz, nie został usprawiedliwiony z uczynków, gdy ofiarował na ołtarzu Izaaka, syna swego?

Widzisz, że wiara współdziałała z uczynkami jego i że przez uczynki stała się doskonała.


Jak widać, ani w kontekście ani w samym wersecie 13 (tutaj podkreślonym) wcale nie ma mowy o Bożym miłosierdziu, lecz o ludzkich uczynkach, konkretnie o traktowaniu ubogich. Nie ma też wcale mowy o wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością. Jest mowa jedynie o wyższości miłosierdzia nad sądem. Co to znaczy?

Exegeci są zgodni co do tego, że werset 13 składa się z dwóch sentencyj mądrościowych czyli przysłów, które mają paralele w ówczesnych pismach żydowskich (więcej tutaj). Pierwsza sentencja jest dość oczywista i oznacza zasadę "ząb za ząb". Druga natomiast wymaga interpretacji w kontekście. Otóż mowa o sądzie czyli sądzeniu lecz w poprzedzających wersetach 4 i 12:

και ου διεκριθητε εν εαυτοις και εγενεσθε κριται διαλογισμων πονηρων

czyli: czyż nie rozsądzacie sami sobie i staliście się sędziami złych myśli?

ουτως λαλειτε και ουτως ποιειτε ως δια νομου ελευθεριας μελλοντες κρινεσθαι


czyli: tak mówcie i tak czyńcie, jak macie być sądzeni przez prawo wolności

Nie trudno tutaj zauważyć przeciwstawienia z jednej strony sądzenia ludzkiego, czyli według kryterium pospolitych ludzkich jak większe poważanie dla zamożnych niż dla ubogich, zaś z drugiej sądzenia przez Boga według "prawa wolności" czyli Ewangelii Chrystusowej. To drugie sądzenie, które nie zważa na pospolite względy ludzkie, lecz kieruje się Chrystusowym stosunkiem do każdego człowieka, ma być normą i zasadą dla chrześcijanina. Do tego napomina św. Jakub. 

Innymi słowy: tutaj chodzi o miłosierdzie Jezusowe w przeciwstawieniu do sądzenia pospolitego ludzkiego, które bardziej poważa zamożnych niż ubogich. To właśnie jest zgodne z szerszym kontextem Nowego Testamentu czyli z nauczaniem Jezusa Chrystusa (Mt 5,7; 18,29.34; 25,45n). 

Tak więc: powoływanie się na List św. Jakuba dla uzasadnienia twierdzenia o wyższości miłosierdzia Boga nad sprawiedliwością Boga jest niczym innym jak perfidnych oszukiwaniem ludzi, obliczonym widocznie na niezdolność do czytania textów biblijnych. 

Czy faustyno-sopoćkizm można obronić?


Wygląda na to, że powoli budzi się krytyczna refleksja co do kultu tzw. miłosierdzia Bożego oraz ideologii x. Michała Sopoćki, który jest jego protagonistą i promotorem. Szczegółowe kwestie już poruszałem wielokrotnie (łatwo je tutaj znaleźć pod etykietami "koronka do miłosierdzia Bożego", Faustyna, Sopoćko). Czas na zbiorowe potraktowanie głównych argumentów zwolenników tegoż kultu. 


1. Objawienia s. Faustyny należą do kategorii objawień prywatnych, które Kościół uznał. 

Jak to zwykle bywa w tego typu postępowaniu, mamy tutaj pomieszanie prawdy i fałszu. Rzeczywiście tego typu fenomeny są zaliczane do objawień prywatnych. Do tej kategorii zostały zaliczone (rzekome) przeżycia s. Faustyny Kowalskiej zapisane w "Dzienniczku" przypisywanym jej autorstwu. Taka jest obecna oficjalna wersja. 

Pomija się jednak zwykle fakt, że Kościół pierwotnie zakazał rozpowszechniania "Dzienniczka" oraz kultu z nim związanego, a jeśli się o tym wspomina to wraz z kłamliwymi perswazjami co do kontextu i powodów zakazu. 

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że nigdy w historii Kościoła nie było przypadku, by zakazane czyli de facto potępione przez Stolicę Apostolską objawienie prywatne czy nabożeństwo zostało następnie nie tylko uznane lecz wręcz wypromowane i praktycznie narzucone. Nie jest też przypadkiem, że to odwrócenie wiąże się zarówno czasowo jak też treściowo z okresem przewrotu wewnątrzkościelnego, który nastąpił w latach 60-ych XX wieku. Kłamstwem jest więc powiedzenie, jakoby Kościół uznał rzekome objawienia s. Faustyny za "godne wiary". Któż bowiem wydał dekrety zakazujące ten kult jeśli nie Kościół? Czyżby Kościół zaczął się dopiero wraz z kardynałem Wojtyłą czyli późniejszym Janem Pawłem II? Czy jest możliwe, by Kościół całkowicie zmienił swoje zdanie w ocenie jakiegoś objawienia prywatnego? 

Ten problem oczywiście dostrzegają zwolennicy tego kultu i dlatego właśnie usiłują podważyć wydane przez Stolicę Apostolską negatywną ocenę tegoż kultu. Czynią to za pomocą argumentu, iż Stolica Apostolska opierała się na dostarczonym jej niedokładnym tłumaczeniu "Dzienniczka". Ten argument jest ewidentnie kłamliwy, gdyż

- nie jest dostępna wersja tegoż tłumaczenia, tym samym nie ma możliwości porównania go zarówno z oryginałem jak też z obecną oficjalną, opublikowaną wersją "Dzienniczka"

- nie ma nawet konkretnego wskazania, które fragmenty zostały niewłaściwie przetłumaczone

- nie są dostępne dokumenty archiwalne co do powodów negatywnej oceny. 

Innymi słowy: Ów argument ma wartość jedynie kłamliwego mitu, bez żadnych dowodów źródłowych. Za jego kłamliwością przemawiają takie fakty jak:

- nie ma dostępu do odnośnych dokumentów

- brak uzasadnienia, jak mogło dojść do dostarczenia Stolicy Apostolskiej wadliwego tłumaczenia, co oznaczałoby nic innego jak zafałszowanie dokumentu czyli popełnienie oszustwa

- brak wytłumaczenia, dlaczego wówczas czyli przez dziesięciolecia ani nikt z urzędników Kurii Rzymskiej władający językiem polskim ani nikt z Episkopatu Polski nie zauważył, że problem z "Dzienniczkiem" jest wyłącznie natury językowej, a nie teologicznej.


2. Kościół uznał objawienia s. Faustyny za godne wiary

Nie ma takiego oficjalnego orzeczenia. Takie twierdzenie jest kłamstwem. Pozytywne orzeczenie Kościoła w wypadku objawień prywatnych odnosi się wyłącznie do tego, że nie zawierają one nic, co by było sprzeczne z nauczaniem wiary katolickiej i obyczajów. Nie jest to orzeczenie o wiarygodności. Pozytywne orzeczenie oznacza jedynie, że wolno przyjąć autentyczność czyli nadprzyrodzoność (czyli boskie pochodzenie), lecz nie ma takiego obowiązku. Ponadto w przypadku przeżyć podawanych w "Dzienniczku" s. Faustyny mamy po pierwsze negatywne stanowisko Kościoła obowiązujące do roku 1978, a po drugie ogłoszenie jego nieaktualności w 1978 roku nigdy nie zostało oficjalnie wyjaśnione, czyli powody zarówno jego wydania jak wycofania nigdy nie zostały podane do publicznej wiadomości, co jest sprzeczne z zasadami Magisterium Kościoła. W każdym razie treść "Dzienniczka" s. Faustyny nigdy nie została ogłoszona za godną wiary. 


3. Kanonizacja s. Faustyny w 2000 r. oznacza oficjalnie uznanie jej życia i przesłania

To zdanie samo w sobie jest fałszywe. Należy odróżnić zakres czyli przedmiot procesu beatyfikacji i kanonizacji od pastoralnego znaczenia tych aktów. Przedmiotem kanonicznych procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jest w przypadku wyznawców heroiczność cnót teologalnych (wiary, nadziei, miłości). Oczywiście materiałem badawczym jest życie danej osoby, czyli konkretnie świadectwa o jej życiu, to znaczy postawie moralnej i religijnej, czynach i działalności. Przedmiotem badania nie jest nadprzyrodzoność nadzwyczajnych przeżyć danej osoby, lecz jej postawa wobec nich. Nie można więc twierdzić, jakoby z heroiczności postawy wobec rzekomych objawień prywatnych wynikała ich nadprzyrodzoność. To są po prostu dwie osobne sprawy, nawet jeśli ich związek jest oczywisty. Innymi słowy: świętość człowieka sprawdza się wobec zarówno przeżyć pochodzących od Boga jak też wobec pochodzących od szatana czy też z własnej fantazji. Jedynie świadome i zamierzone oszukiwanie jednoznacznie świadczy przeciw cnotliwości. W przypadku s. Faustyny na podstawie zarówno "Dzienniczka" jak też jej listów nasuwają się poważne wątpliwości a nawet zastrzeżenia co do jej heroiczności cnót. Tego nie jest w stanie zmienić nawet kanonizacja, zwłaszcza przeprowadzona niezgodnie z tradycyjnymi regułami Kościoła. Tym bardziej z dokonania kanonizacji nie wynika teologiczna prawość czy wolność "Dzienniczka" od błędów. Wszak mamy cały szereg nawet niezaprzeczalnie świętych i Doktorów Kościoła, o których dość łatwo można znaleźć błędy czy przynajmniej niedoskonałości teologiczne (np. św. Tomasz z Akwinu opowiadał się przeciw wolności Matki Bożej od grzechu pierworodnego).


Podsumowując:

Cała sprawa s. Faustyny, a właściwie x. Sopoćki od początku aż do dziś potężnie śmierdzi kłamstwami i oszustwami. To nie mogą być i nie są znamiona zgodne z wiarą Kościoła czy choćby z najprostszymi regułami rozróżniania duchów znanymi w całym Kościele od wieków. Tego stanu rzeczy nie może usunąć odgórne zarządzenie władz kościelnych nawet pod pozorem kanonizacji i szerokiego rozpowszechnienia tego kultu, zresztą bardzo nachalnie i sprytnie forsowanego. Sprzymierzeńcem i okolicznością wspierającą to forsowanie jest prosty mechanizm psychologiczny: każdy człowiek świadomy swych grzechów oraz ich zgubnych skutków w postaci zasłużonej kary chce miłosierdzia w znaczeniu pobłażliwości dla grzechów oraz możliwości uniknięcia kary. To jest tajemnica powodzenia tego zakłamanego kultu. Zaś jego skutki są fatalne i dość oczywiste: poczucie bezkarności i swawola połączona z przeświadczeniem o prawie do bezkarności czyli licencji na dalsze grzeszne życie bez ograniczeń, skoro odmówienie "koroneczki" i kult fałszywego obrazu (gdyż obraz łagiewnicki, która powszechnie uważany jest za autentyczny, nie podobał się nawet x. Sopoćce, a s. Faustyna nigdy go nawet nie widziała, gdyż został namalowany wiele lat po jej śmierci) daje gwarancję uniknięcia piekła, i to bez żalu za grzechu i autentycznego szczerego nawrócenia wraz z poprawą życia. 

Talmudyczne pochodzenie herezji miłosierdzizmu


Regularnie słyszy się o rzekomej wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością. Ma to oczywiście związek z kultem tzw. miłosierdzia Bożego według nauczania x. Michała Sopoćki oraz jego narzędzia, jakim była s. Faustyna Kowalska. 

Na poparcie tej tezy nie ma żadnych podstaw ani w Piśmie św. ani w Tradycji Kościoła. Jest natomiast podstawa w Talmudzie, a można ją znaleźć chociażby w księdze Szulchan Arun, która jest jakby katechizmem talmudycznym, a dokładniej w jego skróconej wersji Kicur Szalchan Arun, autorstwa węgierskiego rabina Szlomo Ganzfried'a. Czytamy w niej pod numerem 100, akapit 9:

W angielskim tłumaczeniu:

W symbolice talmudycznej prawa ręka oznacza miłosierdzie, zaś lewa sprawiedliwość. 

Teza o wyższości miłosierdzia nad sprawiedliwością jest oczywiście heretycka i bluźniercza, ponieważ wprowadza sprzeczność w pojęciu Boga. Według teologii katolickiej - opartej na Piśmie św. - wszystkie przymioty Boga są w Nim jednością, ponieważ Bóg jest Bytem najprostszym i zarazem jedynym doskonałym, gdyż nieskończonym. 

Promotorzy faustyno-sopoćkizmu obłudnikami?


Kłamstwo ma krótkie nogi, jako rzecze przysłowie. Wygląda na to, że powoli ale nieuchronnie sypie się właśnie fałszywy kult faustyno-sopoćkizmu. Coraz więcej ludzi zaczyna używać rozumu, poczynając od prostych spraw. 

Właśnie pojawiły się publicznie (na internetowym portalu Do rzeczy) uwagi autora, który wprawdzie póki co wydaje się jeszcze tkwić w oparach tego kultu, w czym wykazuje brak konsekwentnie racjonalnego myślenia, tym niemniej słusznie wskazuje na fakt, że propagowane obecne wersje "Dzienniczka" dopuszczają się fałszowania nawet słów pochodzących rzekomo od samego Pana Jezusa: 


Sprawa jest więc prosta: współcześni propagatorzy "Dzienniczka" albo są na tyle bezczelni, że ośmielają się zmieniać słowa rzekomo pochodzące od Pana Jezusa, nie widząc w tym żadnego problemu, i tym samym widocznie nie uznają Jego boskiego autorytetu, albo po prostu nie wierzą, jakoby słowa, które mają czelność zmieniać, pochodziły od Pana Jezusa. Co im równocześnie nie przeszkadza w sprzedawaniu tego jako słów Pana Jezusa...

I to jest całkiem niezależne, a istotne potwierdzenie zastrzeżeń teologicznych co do tego kultu (więcej tutaj).

X. Michał Sopoćko prekursorem Novus Ordo (z post scriptum)


Jest źródłowo obficie i obszernie poświadczone, że x. Michał Sopoćko, główny promotor rzekomych objawień przeżytych przez s. Faustynę Kowalską, był gorliwym i nachalnym promotorem tzw. niedzieli miłosierdzia w pierwszą niedzielę po niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego. Słusznie napotkało to na sprzeciw zarówno wielu teologów jak też większości biskupów polskich. Argumenty były różne. Temat czeka na osobne opracowanie. Tymczasem wskażę jedynie na dość prosty i zwykle pomijany fakt, że temat Bożego miłosierdzia jest dość jasno i wyraźnie obecny w tradycyjnej liturgii rzymskiej, czyli tej sprzed reformy promulgowanej przez Pawła VI. Nie było więc żadnego słusznego powodu do wprowadzania osobnego święta czyli niedzieli dla tej tematyki. Oto dwa najsilniejsze przykłady, jeden z drugiej niedzieli po niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego, drugi z dziesiątej niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego:



W pierwszym przypadku jest to śpiew na wejście, introitus, w drugim oracja. Oracja jest szczególnie ciekawa i ważna, ponieważ odpowiada ona dokładnie temu, co św. Tomasz z Akwinu mówi w kwestii o miłosierdziu, mianowicie, że Bóg pokazuje Swoją wszechmoc najbardziej w przebaczeniu i zmiłowaniu. Uwaga: św. Tomasz nie mówi, że miłosierdzie Boże przewyższa sprawiedliwość czy inne przymioty Boga, jak to głosi x. Sopoćko i jego sekta. W całej teologii katolickiej, ani w Piśmie św., ani w Tradycji Kościoła, nie ma podstaw do takiego twierdzenia. To jest wymysł x. Sopoćki, który zresztą najprawdopodobniej jest właściwym autorem "Dzienniczka" s. Faustyny wraz z tą całą fałszywą, właściwie heretycką i bluźnierczą ideologią miłosierdzizmu. 

Sopoćkowy miłosierdzizm był zatem dość wczesnym i zarazem oryginalnym atakiem na tradycyjną liturgię katolicką w postaci Missale Romanum św. Piusa V, którego tenże święty papież nie był autorem, lecz tym, który zarządził stosowanie tradycyjnego, praktykowanego od wieków rzymskiego obrzędu mszalnego w całym Kościele.

Oszukańcze twierdzenie x. Sopoćki, jakoby Pan Jezus żądał wprowadzenia niedzieli miłosierdzia Bożego w pierwszą niedzielę po Zmartwychwstaniu Pańskim, jest szczególnie absurdalne i bezczelne, gdyż oznacza, jakoby Pan Jezus chciał zmienić tradycyjny mszał rzymski, skoro tenże mówi wyraźnie o miłosierdziu Bożym w dwie inne niedziele roku liturgicznego. 

Wobec tego przyznam, że nie rozumiem, jak ktoś znający mszał św. Piusa V oraz uważający go - co jest teologicznie pewne - za dzieło Ducha Świętego może nie dostrzegać tej sprzeczności, czyli właściwie bluźnierczej natury pomysłu Sopoćkowego. Sprawa jest prosta: Mszał św. Piusa V nie jest i nie może być przypadkowym i tymczasowym ludzkim pomysłem, lecz dziełem Ducha Świętego, który prowadzi i uświęca Kościół przede wszystkim poprzez ten mszał. Tak więc domaganie się przez x. Sopoćkę jego gruntownego przerobienia, a właściwie usunięcia, jest jest subwersyjnym pomysłem, który nie tylko podważa świętość i nieomylność Tradycji Kościoła poświadczonej w mszale św. Piusa V, lecz bezczelnie i bluźnierczo przypisuje to domaganie się Panu Jezusowi, który rzekomo ukazał się s. Faustynie. Zauważmy: tutaj nie chodzi o to, w którą niedzielę Kościół wspomina szczególnie i świętuje prawdę o Bożym miłosierdziu. Chodzi o to, że tym samym de facto podważana jest teologiczna doskonałość liturgii tradycyjnej - i to rzekomo przez samego Pana Jezusa, co jest szczególnie zuchwałym bluźnierstwem. Teologicznie i pastoralnie fałszywe jest oczywiście także wyróżnianie jednego przedmiotu Boga z pominięciem innych przymiotów. Do czego taki zabieg prowadzi, tego jesteśmy obecnie świadkami szczególnie w działaniach Franciszka, co do których zresztą mają zastrzeżenia także mało rozgarnięci wojtylianie i ratzingerianie nie wykazujący przywiązania czy choćby docenienia liturgii tradycyjnej, a niestety nie dostrzegający związku poczynań ich idoli z poczynaniami obecnego pontyfikatu. 

Tak więc wygląda na to, że mamy do czynienia z akcją zaprogramowaną długoterminowo i to nie dopiero wraz z Vaticanum II. Jednym z prekursorów fałszowania katolicyzmu, którego obecnie już nie można nie dostrzec, jest z całą pewnością x. Michał Sopoćko. A Kościół w Polsce został perfidnie porażony hańbą wypromowania tego bluźnierczego kultu. 



Post scriptum

W komentarzach pojawiła się wskazówka na jeden z argumentów wytaczanych przez x. Sopoćkę, mianowicie, że w Krakowie od XVII w. istnieje kościół Bożego Miłosierdzie i tym samym kult Bożego Miłosierdzia nie jest nowością. 

Zacznijmy od faktów. Na stronie tegoż kościoła rektoralnego (tutaj) znajduje się krótka jego historia, gdzie czytamy:


Podana jest też fotografia fragmentu cytowanego dokumentu:


Oto poprawne tłumaczenie:

"Tego samego roku dnia 25 października tenże podpisany Najwielebniejszy Pan konsekrował kościół Miłosierdzia Bożego oraz trzy ołtarze: główny ku czci Podwyższenia Świętego Krzyża, drugi ku czci Najświętszej Marii, trzeci ku czci św. Antoniego z Padwy, oraz umieścił w nich relikwie świętych męczenników Aureliusza i Witalisa."

Jest więc mowa o konsekrowaniu kościoła oraz znajdujących się w nim ołtarzy. Rzeczywiście konsekrowanie Miłosierdziu Bożemu jest dziwne, ponieważ w kalendarzu liturgicznym nie było takiego święta, a tytuł kościoła zawsze miał swoje święto patronalne (związane z odpustem). Sprawa jest więc zagadkowa. Tytuł tego kościoła wziął się najprawdopodobniej z celu, któremu służył, tzn. ma z pewnością związek z domem dla ubogich, którym służył. Jest to więc raczej tytuł zwyczajowy, potoczny, i wynika z charytatywnego charakteru tego miejsca. Natomiast właściwym, kanonicznym tytułem tegoż kościoła było zapewne Podwyższenie Świętego Krzyża wraz z tymże świętem patronalnym. Należałoby to sprawdzić w dokumentach tego kościoła względnie parafii, do której należał. W każdym razie fałszywe jest twierdzenie x. Sopoćki, jakoby z faktu istnienia tego kościółka wynikało praktykowanie święta Miłosierdzia Bożego. Czym innym jest bowiem potoczne, charytatywne znaczenie, a czym innym treść nadawana temu pojęciu przez "Dzienniczek" oraz działalność x. Sopoćki. 

Co ujawnia "Dziennik" x. Michała Sopoćko?


Rola x. Michała Sopoćko w sprawie s. Faustyny jest powszechnie znana i bezsprzecznie istotna. Dlatego właśnie godny uwagi jest jego "Dziennik", opublikowany po raz pierwszy dopiero w 2010 r. 

Tytuł "dziennik" to właściwie za dużo powiedziane. Być może autor zaczynał pisanie z takim zamiarem. Pierwsze wpisy - z roku 1915 - są bardzo szczegółowe, nawet bardziej szczegółowe niż to zwykle bywa w kronikach, mimo sytuacji wojennej. Potem była kilkunastoletnia przerwa w pisaniu "Dziennika" (od 1922 do 1937, potem od 1962 do 1967), akurat w okresie znajomości z s. Faustyną i w okresie soboru. Znaczna część to wspomnienia z lat i okresów poprzednich, czyli coś w rodzaju zapisków do autobiografii. Także tematyka jest niespójna i pomieszana. Opisy wydarzeń przeplatane są uwagami niby duchowymi. Zdarzają się też cytaty z lektur i fragmenty tekstów modlitewnych, nie wiadomo po co zapisane, jak np. fragmenty brewiarza (czyżby z nudów?). Równocześnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że autor pisał dla szerokiej publiczności, jakby przewidział i zamierzał publikację. Aczkolwiek chyba żaden poruszony wątek nie jest potraktowany całościowo, jasno i kompletnie, oprócz jednego, mianowicie rzekomej świętości s. Faustyny, o której jednak mówi niewiele konkretów i wypowiada się bardzo krótko. 

Dla pełniejszej analizy konieczne byłoby powiązanie z innymi źródłami, zwłaszcza z pismami x. Sopoćki i świadectwami najważniejszych osób w sprawie. Tutaj muszę ograniczyć się do podstawowych kwestij, na które warto zwrócić uwagę. 

Pierwszy wpis, z 10 VI 1915 r., zawiera zdanie łacińskie z haniebnymi błędami: "intede Christi" zamiast "intende Christe", co świadczy o podstawowej ignorancji w języku, niegodnej kapłana w tamtych czasach. 

Demaskujący jest także wpis z 17 IX 1915 r.:


Wręcz gorszące jest tutaj dość szczere wyznanie, iż to z nudów zabrał się za pracę z młodzieżą...

Gdy 28 III 1917 r. wyznaje, że obserwował pobliskie starcia wojenne, gdyż "od dawna o tym" marzył, a przyglądał się "temu wszystkiemu z wielkim zainteresowaniem, strachu żadnego nie było żadnego i gotów byłem iść na pole walki", to jest to o tyle ciekawe, że pisze to kapłan, a kapłanowi nie godzi się walczyć zbrojnie na wojnie. Tak więc wyznanie to świadczy ponownie o jaskrawym braku ducha kapłańskiego. Chyba że jest to kłamliwe chełpienie się swoją odwagą, co oczywiście również nie świadczy dobrze. 

Za cały okres od zamierzonego początku pisania w 1912 r. - przy czym pierwszy zachowany wpis pochodzi dopiero z 1915 r. -  do 1922 r. "Dziennik" zawiera jedynie kilka wpisów zajmujących 16 stron zeszytu. Jest w tym sporo szczegółów, aczkolwiek zupełnie banalnych i bez większego znaczenia pod względem zarówno historycznym jak też duchowym. Wygląda na to, że autor nie miał wyraźnego celu w pisaniu, a może nawet pisał jedynie z nudów, dla relaxu. 

Druga część zaczyna się wpisem dopiero z 8 IX 1937 r. Bez jakiegokolwiek odniesienia do faktów x. Sopoćko mówi o swoim cierpieniu. Trzeba mieć na uwadze, że było to niecały rok przed śmiercią x. Faustyny, czyli gdy autor już powziął jej sprawę w swoje ręce. Na dzień następny (9 IX 1937) datowany jest obszerny wpis autobiograficzny, obejmujący ponad 50 stron zeszytu, bodaj najdłuższy w całym "Dzienniku". Zawiera on elementy zarówno groteskowo hagiograficzne, jak też haniebne. 

Ciekawa jest wizja smoka u trzy- albo czterolatka:


Można pominąć fakt, że dziecko w tym wieku z reguły nie zapamiętuje niczego trwale, aczkolwiek bardzo mocne przeżycia może zapamiętać. Zdumiewający jest tutaj jednak zupełny brak krytycyzmu  autora, kapłana w sile wieku, który o zjawieniu się smoka pisze tak, jakby było ono realne, interpretując je widocznie jako zjawienie się szatana. Owszem, dziecku może się coś takiego przyśnić, czy zjawić w jego wyobraźni. Czym innym jest natomiast potraktowanie takiego przeżycia jako realnego zjawienia się szatana, który powoduje chorobę. Tak więc myślenie x. Sopoćki, wtedy już prawie 50-latka, albo było zupełnie infantylnie odrealnione, albo on fantazyjnie napisał to w stylu prymitywnej autohagiografii, usiłując przedstawić siebie jako niewinną ofiarę złości szatańskiej. 

Nie mniejszy narcyzm pojawia się w następnym akapicie, gdzie x. Sopoćko chwali się swoją rozwiniętą już w wieku szkolnym "głęboką pobożnością":


Równocześnie nie wstydzi się on przyznać do oszukiwania niby w imię religii i patriotyzmu:


Tak więc niby to lekarz skłamał, a Michałek tylko przedłożył świadectwo lekarskie. Swoją drogą ciekawe, na jakiej podstawie lekarz mógł w tym wypadku orzec całkowitą niemożność śpiewania, skoro Michałek jednak był zdolny śpiewać. Tak więc także tutaj raczej wchodzi w grę dość prymitywna mistyfikacja pisana w retrospekcji (w 1937 r.), gdyż zapewne żaden lekarz by nie kłamał w taki sposób, tym bardziej dla ochrony dzieciaka przed śpiewaniem w chórze cerkiewnym. 

W każdym razie znamiennym wątkiem jest tutaj niechęć Sopoćki do liturgii wschodniej, o czym pisze wprost w dalszym ciągu "Dziennika". 

W tym samym opowiadaniu autobiograficznym pojawia się następny epizod pseudomistyczny o znamionach wręcz szyderstwa. Wydarzenie dotyczy przyjęcia święceń, przy czym z kontextu nie wynika, o który stopień święceń chodzi, choć jest to istotne zarówno teologicznie jak też kanonicznie, gdyż wraz z subdiakonatem jako pierwszym stopniem święceń wyższych wiązało się przyrzeczenie dozgonnej bezżenności, co dla młodego człowieka ma oczywiście jedyne w swoim rodzaju konsekwencje.


Już samo słyszenie głosów jest godne uwagi, gdyż częściej wskazuje na schorzenie psychiczne jakim jest schizofrenia niż autentyczne przeżycia mistyczne. Po pierwsze słyszenie głosu powinno zostać ujawnione spowiednikowi (który w seminarium jest zwykle kierownikiem duchowym), czego Sopoćko widocznie nie uczynił, co świadczy albo o poważnym braku znajomości elementarnych zasad kierownictwa duchowego i formacji seminaryjnej, albo o świadomym ich lekceważeniu. Po drugie, znamienna jest sprzeczność między obydwoma głosami, gdyż jeden odradza przystąpienie do święceń, zaś drugi w domyśle zaleca. Po trzecie, ujrzenie w ołtarzu Chrystusa wraz ze słyszeniem Jego głosu o tyle nie jest jasne, że nie wiadomo, czy była to wizja mistyczna wraz z audycją, czy przeciwnie należy rozumieć, że znajdujący się w ołtarzu obraz przemówił do Sopoćki. A jest to istotne dla oceny tego (rzekomego) zdarzenia. Skoro autor pomija to rozróżnienie i pozostawia czytelnika w niejasności, to albo ta niejasność jest zamierzona, albo wynika z tego, że całe zdarzenie jest zmyślone. Gdyby faktycznie miało miejsce, to dla samego autora byłoby powodem reflexji i badania pochodzenia i znaczenia tego przeżycia, tudzież oczywiście omówienia go ze spowiednikiem. Skoro tego nie uczynił, a przeżycie miało faktycznie miejsce, to popełnił poważne wykroczenie względem zasad życia duchowego, także formacji do kapłaństwa. 

Bardzo dziwny jest opis dotyczący pracy neoprezbitera:


Wręcz nie do wiary jest, by na nie małej parafii nie było pracy dla kapłana. Wszak sprawowanie sakramentów, przygotowywanie do nich, katechizacja, są na tyle wymagające, zwłaszcza na początku drogi kapłańskiej, że trudno sobie wyobrazić, by nie wypełniło to czasu gorliwego duszpasterza. 

Znamienna jest wzmianka o spotkaniu w 1922 r. z Jerzym Matulewiczem, który od 1918 r. był biskupem diecezji wileńskiej, rodzimej x. Sopoćki:


Podczas gdy x. Sopoćko w superlatywach wypowiada się o bpie Matulewiczu, pomija całkowicie milczeniem biskupa wileńskiego Edwarda von Ropp, za którego rządów odbył formację seminaryjną oraz został wyświęcony, a następnie wkrótce opuścił rodzimą diecezję, udając się do Warszawy, co oczywiście wymagało zgody własnego biskupa. Tak więc nie jest zapewne przypadkowe, że za rządów bpa Matulewicza x. Sopoćko powrócił do Wilna. 

Co do ciepłych znajomości jeszcze bardziej znamienna jest wzmianka o Józefie Piłsudskim, który jawi się tutaj jako dobroczyńca na rzecz budowy kościoła w Wilnie (z textu nie wynika jasno, kiedy doszło do spotkania, czy na wiosnę 1927 r., czy wcześniej), przy czym x. Sopoćko pomija kwestię, z jakiego źródła pochodziło pieniądze dane przez Piłsudskiego, prywatnego czy państwowego:



Nie trudno zauważyć tutaj zarówno czołobitności, jak też niemal hagiograficzności wzmianki o postaci, która w rzeczywistości bynajmniej nie słynęła ani z pobożności, ani z moralności, ani nawet z przyzwoitości w polityce i sprawach publicznych. Trzeba mieć na uwadze, że x. Sopoćko pisał te słowa w 1937 r., w retrospektywie, czyli znając całe "dokonania" Piłsudskiego jako masona, apostaty i zbrodniarza. Mimo to bije z tych słów nieograniczone uwielbienie, bez cienia dystansu. 

Znamienne jest też wyznanie o odbytej podróży po Europie Zachodniej, przy czym zagadką pozostaje, skąd zwykły profesor seminaryjny miał pieniądze na taką długą i kosztowną rozrywkę: 



Wręcz groteskowo brzmi wzmianka o rzekomym "głosie świętej" Teresy w Lisieux co do "pewnych rzeczy przyszłych". X. Sopoćko zmierza zapewne do powiązania s. Faustyny ze św. Teresą, pisząc oczywiście z retrospektywy w 1937 r. o wydarzeniach roku 1930. 

Następne wspomnienia dotyczą podróży do Palestyny w 1934 r. i do Egiptu, na Bliski Wschód i wschodnią część basenu Morza Śródziemnego z Grecją włącznie. Przy tej okazji znamienna jest zaakcentowana niechęć do liturgii wschodniej:


Tak może pisać tylko zatwardziały wróg sakralności liturgii oraz "prorocko" usposobiony entuzjasta "reform" które stworzyły obecny, protestancko-modernistyczny Novus Ordo. 

Po opisie tej podróży następuje fragment zatytułowany "Miłosierdzie Boże". Nie jest on datowany, a ma cechy jakby wstępu książkowego:




Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na następujące fakty:
- X. Sopoćko nie mówi, w jakich okolicznościach i w jakim charakterze  prowadził rozmowy z s. Faustyną. Jeśli były to spowiedzi, bądź rozmowy duchowne, to był związany tajemnicą spowiedzi i kierownictwa duchowego. Jednak prawdy teologiczne same w sobie nie są przedmiotem ani spowiedzi ani kierownictwa duchowego. Nie jest też ich przedmiotem pouczanie kierownika duchowego w sprawach teologicznych, lecz najwyżej prośba do niego o radę i rozeznanie. Tutaj x. Sopoćko jawi się jako pouczany i prowadzony przez s. Faustynę, co świadczy albo o pomieszaniu ról i zadań, albo o tym, że x. Sopoćko po prostu kłamie. 
- X. Sopoćko nie wspomina nic o rzekomych objawieniach się Pana Jezusa s. Faustynie, choć mówi wyraźnie o ich rzekomej treści, mianowicie o namalowaniu obrazu i wystawieniu go do kultu publicznego. To przemilczenie jest znaczące. W przypadku bowiem, gdy ktoś twierdzi, że ma tego typu przeżycia (objawienia prywatne), pierwszym obowiązkiem jest poddanie ich zbadaniu przez władze kościelne, czyli biskupa miejsca, zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy publicznego kultu jak w przypadku tego obrazu. X. Sopoćko wspomina wprawdzie, że prosił arcybiskupa wileńskiego o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościelnym miejscu publicznym, nie mówi jednak nic o zbadaniu rzekomych objawień prywatnych danych s. Faustynie, a to właśnie jest sprawą zasadniczą, podstawową i pierwszą. Skoro x. Sopoćko prosił jedynie o pozwolenie na umieszczenie obrazu w kościele, przemilczając, a właściwie zatajając przez arcybiskupem pochodzenie tego obrazu, czyli jego związek z rzekomym objawieniem prywatnym, to dopuścił się oszustwa na władzy kościelnej. Konsekwencją tego oszustwa był późniejszy negatywny stosunek arcybiskupa Jałbrzykowskiego do x. Sopoćki i sprawy s. Faustyny, co jest ze wszech miar słuszne i zrozumiałe.
- Widać więc perfidię strategii x. Sopoćki: forsowanie kultu obrazu oraz propagandy teologicznej, pisanej i mówionej, pomijając źródło i inspirację. Gdyby zaczął czy przynajmniej nie pomijał rzekomych objawień danych s. Faustynie, to by zarówno kwestia obrazu jak też jego nauczanie było uważnie i wnikliwie badane, zgodnie z zasadami Kościoła. Tego właśnie chciał widocznie uniknąć. 
- Wzmiankując o tym, że w 1937 r. czytał "Dzienniczek" wraz z koronką i nowenną, x. Sopoćko nie mówi nic o tym, jakoby s. Faustyna pisała go na jego zlecenie, potem pod jego nieobecność spaliła, a następnie odtworzyła z pamięci. Nie mówi też, kto ubiegał się w kurii krakowskiej o pozwolenie na wydrukowanie koronki i nowenny, ani kto sfinansował druk. W "Dzienniczku" s. Faustyny jest podane (nr 1299 i 1301), że to s. Faustyna była w wydawnictwie, co jest bardzo dziwne, gdyż zakonnica musiała mieć po pierwsze pozwolenie swojej przełożonej na wyjście z klasztoru, po drugie na zajmowanie się tą sprawą, po trzecie na sfinansowanie druku. Tak więc podstawowych faktów brakuje, a te, które są podawane, są dziwne i mało wiarygodne. Co zresztą całkowicie pasuje do całej sprawy x. Sopoćki i s. Faustyny.