Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Etyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Etyka. Pokaż wszystkie posty

Co to jest ubóstwo kościelne?

Rozumiem, że chodzi o skromny styl życia, czyli ewangeliczne ubóstwo, które oczekiwane jest u wierzących w Jezusa Chrystusa, zwłaszcza u duchownych. 

Przede wszystkim należy odróżnić ubóstwo osobiste (indywidualne) od ubóstwa wspólnotowego, zwłaszcza w ogólności duchowieństwa czy to diecezjalnego, czy zakonnego. Ludziom, którzy nie mają właściwie pojęcia ani o strukturze, ani o życiu Kościoła, może się wydawać, że zamieszkiwanie w zabytkowych i okazałych budynkach kościelnych, zwłaszcza o bogatym wystroju, świadczy o braku ubóstwa osobistego duchownych. Wystarczy jednak minimum wiedzy i zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że są to dwie różne sprawy. Podobnie jak zamieszkiwanie przez prezydenta państwa w pałacu zamieszkiwanym przez każdego kolejnego prezydenta nie ma nic wspólnego z brakiem czy nadmiarem jego osobistego ubóstwa. 

Należy więc najpierw rozważyć kwestię, czy budynki kościelne, czyli te, które nie są prywatną własnością poszczególnych osób, mogą i powinny być kosztowne, ozdobne, czy w jakimś sensie luxusuwe. Należy wziąć pod uwagę, że wartość i też wygląd danego budynku zależy nie tylko od jego przeznaczenia, lecz jest także znakiem, symbolem i wyrazem znaczenia, statusu i rangi danej instytucji. Budynki kościelne powstawały zasadniczo z dwóch źródeł: ze środków fundatorów i z ofiar wiernych. Obydwa źródła nie mają nic wspólnego z przymusem czy obowiązkową pod względem prawnym daniną. Można mówić tylko o obowiązku moralnym: kto chce, by on sam mógł i też by jego potomkowie mogli uczestniczyć w sprawowaniu kultu Bożego i nauczaniu prawdziwej religii, ten powinien czuć się moralnie odpowiedzialny za wzniesienie i utrzymanie takiego miejsca, a także miejsca zamieszkania przez duchownych, którzy się oddają takiej posłudze. Z jednej strony jest zrozumiałe, że fundatorom i darczyńcom powinno zależeć na odpowiednim wyposażeniu i wystroju takich budowli, gdyż to świadczy o dowartościowaniu ich celu. Z drugiej strony oczywiste jest, że obowiązkiem duchownych jest takie dysponowanie i pożytkowanie otrzymanych środków, które odpowiada ich celowi i woli ofiarodawców. Celem nie jest jedynie prosta funkcjonalność, lecz także wskazywanie na cel nadprzyrodzony czyli ponaddoczesny, a to wymaga nie tylko staranności, lecz także artystycznego uwydatnienia, które komuś myślącemu wyłącznie materialistycznie i utylitarnie może wydawać się zbytecznym luxusem. 

Inaczej ma się sprawa z ubóstwem osobistym, czyli skromnym stylem życia, który - nota bene - obowiązuje nie tylko duchownych, lecz każdego chrześcijanina, także świeckiego. Tutaj należy mieć na uwadze, że ubóstwo nie oznacza nędzarstwa czy niechlujstwa, lecz rozumne i odpowiedzialne dysponowanie tym, co się posiada, także dobrami materialnymi. Można do określić jako ekonomię chrześcijańską, gdzie dobro osobiste (indywidualne) nigdy nie jest w sprzeczności z dobrem wspólnym. To są dwa wymiary tej samej postawy duchowej. Polega ona na tym, że człowiek nie szuka szczęścia czy poczucia swojej wartości w posiadaniu i używaniu dóbr jak najbardziej kosztownych, okazałych, czy w zaspokajaniu pożądań i przyjemnościach zmysłowych, lecz posługuje się dobrami doczesnymi w podporządkowaniu ich wartościom duchowym zarówno indywidualnie jak też społecznie. Rozsądne gospodarowanie nie musi być równoznaczne - i z reguły nie jest - z ograniczeniem do tego, co najtańsze i najmniej okazałe. Wiadomo przecież z doświadczenia życiowego, że ten, kto chce najtaniej, płaci podwójnie. 

W zadanym pytaniu przebija jednak problem głębszy i szerszy. Są to jakby cytaty wzięte wprost zarówno z propagandy PRL-u jak też z mentalności komunistycznej. W jej ramach niewyobrażalne było, by można było się czegoś dorobić i zrobić coś cennego, trwałego, nawet okazałego w sposób uczciwy, czyli bez okradania innych. Miało to oczywiście realne podstawy, gdyż komunizm w swojej istocie i naturze jest złodziejski i oszukańczy. Niestety ta mentalność nadal w znacznym stopniu określa mentalność wielu ludzi w Polsce, zwłaszcza tych, których charaktery i myślenie zostały ukształtowane w systemie słusznie minionym. Wiąże się to albo z nieudacznictwem, brakiem umiejętności, pracowitości i też chęci do własnego wysiłku, albo z "filozofią" życiową ukształtowaną w komuniźmie, a stosowaną zwłaszcza przez tych, którzy przepoczwarzyli się z komunistów w kapitalistów. W ich głowach tylko kradzież i oszukiwanie prowadzi do sukcesu i posiadania czegoś okazałego. 

Szczególną uwagę poświęca się stylowi życia duchownych. Tutaj szczególnie groźna jest pokusa obłudy, czyli ubóstwa na pokaz, dla uznania i ludzkiej opinii. Nie chodzi o to, by nie brać pod uwagę słusznej krytyki. Wyjaśniam na przykładzie: gdy duchowny wygląda na bardzo skromnego, gdyż nie ma drogiego samochodu i ubiera się skromnie, a nie szczędzi pieniędzy na wyszukane hobby i drogie podróże, to z pewnością nie jest to skromny styl życia. Istotne jest także dysponowanie dobrem, jakim jest czas, także czas wolny, którego celem jest wypoczynek. Nie żyje skromnie ten, kto spędza czas przed telewizorem czy na grach komputerowych zamiast dobrej lektury czy pożytecznego dla zdrowia sportu. 

Oczywiście szczególnie wrażliwym tematem jest samochód księdza, gdyż jest najbardziej widoczną posiadaną rzeczą. Są tacy, którzy lubią zmieniać samochody, dla samej przyjemności nowych wrażeń. Inni natomiast starannie przemyślują i kupują według potrzeb dla danego przeznaczenia. Jeśli kapłan jeździ w dłuższą trasę najwyżej raz czy dwa razy w roku (na urlop), to jego rozsądna potrzeba jest inna niż u kapłana, który z powodu charakteru posługi i działalności regularnie musi pokonywać długie trasy, także zagraniczne. 

Regularnie pomija się, że ubóstwo - oczywiście właściwie rozumiane - obowiązuje każdego chrześcijanina, także świeckiego. Wynika to dość jasno z Ewangelii, zwłaszcza z Kazania na Górze. To właśnie skromny styl życia ojców i matek rodzin jest najlepszą i konieczną szkołą powołań kapłańskich i zakonnych. Jego brak jest jedną z głównych przyczyn braku nie tylko powołań duchownych, lecz także zapaści dzietności, czyli obecnej katastrofy demograficznej. Jeśli ojciec czy matka, czy też oboje, stawiają na pierwszym miejscu dorabianie się, podróże, wczasy, wydatki na stroje, samochody, hobby itp., to właśnie w takim nastawieniu życiowym kształtują swoje dzieci, oczywiście ograniczając ich liczbę dla własnej wygody. Zwykle wiąże się to z zazdrością względem innych, którym jeszcze "lepiej" się powodzi. 


Jak ocenić inwestowanie w fundusze?


Nie jest mi znany żaden dokument czy fragment dokumentu z oficjalnego nauczania Kościoła w tej kwestii. Widocznie nie było powodu do zajęcia się specjalnie tą sprawą i wystarczą ogólne zasady katolickiej teologii moralnej oraz nauczania społecznego. 

Rozumiem, że problem dotyczy bądź może dotyczyć dwóch zasadniczych i różnych kwestij:

1. inwestowanie w spółki, których cele bądź sposób prowadzenia działalności gospodarczej może słusznie budzić zastrzeżenia czy wątpliwości, jak np. zarabiane na zabijaniu dzieci nienarodzonych, na środkach antykoncepcyjnych, bądź nieetyczne traktowanie pracowników (wyzysk, zatrudnianie dzieci itp.),

2. zarabianie bez wkładu pracy, czyli czerpanie zysku bez zaangażowania swoich zdolności, umiejętności i czasu, a jedynie przez wkład kapitałowy. 

W kwestii pierwszej, o ile wiem, można się upewnić, przynajmniej w zasadniczym zakresie. Jeśli się dołożyło starań, by sprawdzić etyczność danych firm, a nie stwierdzono tego typu problemów, to inwestowanie pod tym względem i w takim wypadku nie jest nieetyczne. 

Bardziej złożona może się wydawać kwestia druga. Jak zaznaczyłem, nie ma generalnego potępienia inwestowania pod względem ze strony Magisterium Kościoła. Założeniem jest oczywiście, że środki przeznaczone do inwestowania pochodzą ze źródła etycznie czystego, czyli zostały uczciwie zarobione bądź prawnie odziedziczone. 

Pozostaje jeszcze trzecia kwestia, mianowicie ryzyko takiego inwestowania. Banki zwykle polecają tego typu lokatę kapitału jako sposób na czerpanie większego zysku niż z konta oszczędnościowego. Mniej czy bardziej uczciwie informują przy tym o ryzyku. Tutaj wchodzi oczywiście moralna kwestia chciwości na zysk oraz inne czynniki osobiste. Jeśli np. ktoś traktuje inwestowanie jako rodzaj kasyna, gdzie przez stosunkowo niewielki wkład spodziewa się łatwego i szybkiego zysku, to jest to mało racjonalne i może być nawet grzechem ciężkim, zwłaszcza jeśli ryzykuje się nie tylko środkami na własne utrzymanie lecz także potrzebnymi rodzinie czy też pomijając wykorzystanie na cele społeczne i dobroczynne także dla osób spoza rodziny, czy też na cele dobrej edukacji, kultury, a zwłaszcza kultu Bożego. 

Całość tej kwestii dotyczy systemu gospodarczego, potocznie nazywanego kapitalizmem, rozumianego jako przeciwieństwo tzw. socjalizmu. Już to nazewnictwo jest poważnym uproszczeniem, zwykle zawierającym poważne błędy. W każdym razie Kościół zawsze - a zwłaszcza od rozwinięcia tzw. społecznego nauczania w drugiej połowie XIX wieku - wskazywał na błędy i zagrożenia obydwu systemów, równocześnie wzywając do istotnych korekt i przedstawiając je. W modelu idealnym - wypracowanym według zasad podanych przez Urząd Nauczycielsko Kościoła - jest miejsce na inwestowanie w fundusze. Od dziesięcioleci zajmują się tym banki katolickie (są nawet takie założone przez duchownych katolickich za zgodą władz kościelnych), aczkolwiek są one w Polsce raczej mało znane. Nie będę podawał konkretnych nazw, ponieważ nie zajmuję się tą dziedziną. Ktoś zainteresowany będzie w stanie sam znaleźć odpowiednie informacje. 

Kiedy wojna jest sprawiedliwa?


Temat należy do klasyki katolickiej doktryny politycznej. Literatura przedmiotu jest dość bogata. Można ją dość łatwo znaleźć. Dlatego ograniczę się do skrótowej odpowiedzi. 

Przez wojnę rozumiemy podjęcie środków zbrojnych, czyli ludzkich sił zbrojnych wraz z uzbrojeniem zdatnym do stosowania przemocy wobec rzeczy i osób, wraz z możliwością ich zabijania. 

W katolickim rozumieniu wojna sprawiedliwa nie jest tożsama z wojną defensywną, czyli polegającą jedynie na odpieraniu zbrojnej napaści wroga. 

Według doktryny katolickiej, opartej zresztą na etyce klasycznej, muszą być spełnione następujące warunki, by można było uznać wojnę za sprawiedliwą:

1. Zagrożone musi być poważne dobro zbiorowe, czy to duchowe, czy materialne, czy też obydwa równocześnie. Przykładem jest niepodległość narodu i państwa, dająca pewną gwarancję bytu i rozwoju pod względem zarówno duchowym jak też gospodarczym czyli materialnym. Pod względem duchowym wystarczy, gdy dobro ma charakter w znaczeniu prawa naturalnego, jak np. dobrostan i bezpieczeństwo rodzin, dzieci, chorych, niepełnosprawnych, także rozwój i postęp naukowy, kulturowy. Te wartości muszą być zgodne z prawem naturalnym, czyli z porządkiem etycznym poznawalnym rozumowo. 

2. Wyczerpane zostały pokojowe środki zażegnania zagrożenia dla tych dóbr, jak np. ochrony życia narodu czy jego części, czy też jego tożsamości zgodnej z prawem naturalnym. 

3. Stosowane mogą być jedynie środki adekwatne do osiągnięcia takiej ochrony, a nie dążące zasadniczo do unicestwienia wroga w jego bycie zbiorowym czy narodowym, chyba że ten byt stanowi zagrożenie. Ten ostatni przypadek ma miejsce wtedy, gdy dany wrogi naród czy społeczność cechuje ideologia (czy "religia"), w skład której wchodzi dążenie do unicestwienia czy zniewolenia innych narodów. Wówczas oczywiście należy najpierw dążyć do oddzielenia od takiej ideologii. Sprawa jest oczywiście delikatna i taki cel jest trudny do osiągnięcia. 

Jak widać, prawidłowa ocena zależy od wielu danych, które raczej rzadko są publicznie i powszechnie znane, aczkolwiek są takie przypadki. 

Przykładem wojny sprawiedliwej są tzw. krucjaty, czyli wyprawy wojenne narodów chrześcijańskich podjęte dla obrony i ochrony życia chrześcijan w Ziemi Świętej, bestialsko mordowanych i uciskanych przez muślimów. Jeśli zdarzały się nieetyczne zachowania czy może nawet okrucieństwa ze strony uczestników wypraw krzyżowych, to nie należą one oczywiście do wojny sprawiedliwej, nawet jeśli zostały popełnione w związku czy przy okazji wojny sprawiedliwej jaką była krucjata. 


Prawo świeckie a prawo Boże


To jest jak zwykle Bańkowy bełkot świadczący po raz kolejny o nędzy teologicznej w łonie FSSPX. On może coś tam słyszał bądź czytał, ale to znowu pomieszał i zamącił. 

Zasada ogólna jest taka: 

Normą nadrzędną jest prawo Boże, które jest dwojakiego rodzaju:
- prawo naturalne, czyli zasadniczo poznawalne rozumowo, oraz
- prawo objawione w historii Zbawienia, czyli poświadczone w źródłach Objawienia Bożego, którymi są Tradycja Kościoła oraz Pismo św.
Oczywiście nie może być sprzeczności między tym dwoma rodzajami, ponieważ mają tego samego Prawodawcę, którym jest Stwórca i Zbawiciel. 

Prawo stanowione, czy to państwowe czy kościelne, jest - czyli powinno - być ukształtowane według tego prawa nadrzędnego, czyli jest ze swej natury podrzędne. Tutaj zachodzi różnica między prawem państwowym (świeckim, czyli cywilnym w szerszym sensie) i kościelnym: podczas gdy wystarczy, by to pierwsze stosowało jedynie prawo naturalne (choć jak najbardziej ma prawo stosować także prawo Bożego Objawienia), to prawo kościelne musi ze swej natury stosować zarówno prawo naturalne jak też objawione (czyli nadprzyrodzone). 

O ile rozumiem pytanie, chodzi o taki przypadek, gdy prawo państwowe wykracza poza prawo naturalne. Tutaj są możliwe zasadniczo dwa przypadki:
- wykraczanie zgodne z prawem naturalnym 
- wykraczanie niezgodne z nim (czyli sprzeczne).

Jeśli dane stanowione prawo - czy to państwowe czy kościelne - wykracza poza prawo Boże (czy to naturalne czy także objawione) nie będąc z nim sprzecznym, to obowiązuje na zasadzie obowiązku obywatelskiego i pod względem moralnym wolno mu być posłusznym. 

Jeśli natomiast dane prawo stanowione jest sprzeczne z prawem Bożym - czy to naturalnym, czy objawionym - to nie wolno mu być posłusznym. 

Jaki obowiązek mieli Ulmowie?

 

Nie milknie dyskusja w sprawie rodziny Ulmów (pisałem w temacie już kilkakrotnie: tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Ostatnio znany polityk, były marszałek sejmu z ramienia PiS, Marek Jurek zaatakował posła Grzegorza Brauna, konkretnie tegoż wypowiedź z mównicy sejmowej uzasadniającą votum separatum od decyzji uchwały o ogłoszeniu roku Ulmów (tutaj). 

M. Jurek dopuszcza się niestety szeregu manipulacyj, tudzież oddziaływania na emocje, bez jakichkolwiek podstaw czy to w uniwersalnej etyce, czy nawet w katolickiej teologii moralnej. 

Główne jego zdanie brzmi:

"Zdaniem posła Brauna obowiązkiem Wiktorii i Józefa Ulmów było więc w czasie wojny odmawiać schronienia Żydom, a może nawet innych ryzykowanych form materialnej pomocy."

Po pierwsze, G. Braun nic takiego nie powiedział. Czym innym jest powiedzenie, że pierwszorzędnym obowiązkiem rodziców jest ochrona życia swoich dzieci, a czym innym, że obowiązkiem jest odmówić schronienia obcym. Owszem, w tym wypadku obowiązek ochrony życia swoich dzieci wymagał odmówienia udzielenia schronienia żydom. Jednak to nie odmowa schronienia jest przedmiotem obowiązku, lecz ochrona własnych dzieci. Odmowa schronienia wynika z pierwszorzędnego obowiązku, wynikającego z obowiązku rodzicielskiego, który jest nadrzędny wobec obowiązku co do innych ludzi. 

Następnie M. Jurek przytacza film "Milczenie", który dotyczy historii pewnego misjonarza jezuity w Japonii w XVII w., który popełnia apostazję dla ratowania życia chrześcijan. Ciągnąc swoją myśl dalej, wskazuje na żołnierzy polskiego podziemia w okresie walki z okupantem niemieckim, którzy narażali życie swoje i swoich rodzin. Zawartą w tych porównaniach swoją zdumiewającą "logikę" uzasadnia tym, że "założeniem Polaków ratujących Żydów (ten zbiór zazębia się przecież z tym drugim, zbrojnie podziemnym) też nie było narażanie bliskich, ale dzielenie się życiem z tymi, dla których pomoc stawała się warunkiem przeżycia". No cóż, to jest piękne, wręcz poetyckie ujęcie. Problem w tym, że popełnia zasadnicze pomieszanie i przekłamanie. Równie dobrze, a właściwie słuszniej należy powiedzieć, że tutaj żydzi podzielili się swoją śmiercią, a Ulmowie przyjęli to podzielenie się dla siebie i dla swoich dzieci, do czego nie mieli moralnego prawa, a nawet postąpili wbrew moralnemu obowiązkowi ochrony życia swoich dzieci. 

Otóż Ulmowie nie stali przed alternatywą: albo życie swoje i bliskich, albo wyznawanie wiary. Wręcz przeciwnie. Ochrona życia swoich dzieci była ich świętym obowiązkiem wynikającym z prawa naturalnego i z rodzicielstwa na mocy sakramentu małżeństwa. Na jakiej podstawie M. Jurek twierdzi, jakoby wiara katolicka wymagała udzielenia schronienia żydom kosztem życia swojego i swoich dzieci, pozostaje zagadką. Z całą pewnością takiej podstawy nie ma ani w żadnym orzeczeniu Magisterium Kościoła, ani w całej katolickiej teologii moralnej. 

Podobnie jest z chwytem w postaci przywołania przykładu żołnierzy podziemia, którzy w narracji romantyczno-sanacyjnej wystylizowani zostali niemal na świętych czy przynajmniej męczenników. Także w ich sprawie ani Magisterium Kościoła, ani katolicka teologia moralna nie daje żadnych podstaw do pozytywnej oceny walki niezgodnej z katolicką doktryną tzw. wojny sprawiedliwej. Oczywiście, walka z niemieckim okupantem z całą pewnością zasadniczo była wojną sprawiedliwą o tyle, o ile jej celem była walka o niepodległe państwo chroniące prawo naturalne. Jednak cel nie jest - według katolickiej teologii moralnej - jedynym warunkiem wojny sprawiedliwej. Istotnym warunkiem jest także adekwatność zastosowanych środków. Skrajnym przykładem jest tzw. powstanie warszawskie, które należałoby nazwać rzezią warszawską, urządzoną na zamówienie dowódców Armii Krajowej. Otóż z całą pewnością nie spełniało ono kryteriów wojny sprawiedliwej, a to z tego powodu, że jego przewidywalnym skutkiem nie było wywalczenie niepodległego państwa, lecz jedynie śmierć rzeszy Polaków, zwłaszcza młodych, co na dziesięciolecia osłabiło naród i przyczyniło się do zapaści kulturowo-cywilizacyjnej, która miała miejsce w erze komunizmu. To samo należy powiedzieć o każdej innej tego typu walce z okupantem, także o tzw. żołnierzach wyklętych. Bowiem istotnym warunkiem sprawiedliwości walki jest adekwatność do celu, czyli zastosowanie środków, które prowadzą do celu, jakim jest niepodległość państwowa dla ochrony życia obywateli. Innymi słowy: nie wystarczy zginąć w walce o niepodległość. Moralna ocena danej walki zależy od dostosowania środków. Mówi o tym także sam Pan Jezus (Łk 14,31-32). Jeśli nie ma wystarczających środków militarnych do pokonania wroga, wówczas walka zbrojna z nim jest sprzeczna z warunkami wojny sprawiedliwej i niemoralna, a wobec tego walkę należy prowadzić innymi środkami niż militarne (skoro ich nie ma, przynajmniej w adekwatnej ilości), czyli kulturowo, duchowo, cywilizacyjnie. 

M. Jurek miesza zupełnie, gdy retorycznie pyta, dlaczego G. Braun "nie piętnuje – w imię nienarażania rodziny – obowiązków wobec wiary czy Ojczyzny?". Tutaj znów błędnie zakłada, po pierwsze jakoby istniała sprzeczność między obowiązkiem wobec rodziny, a wobec wiary i Ojczyzny, a po drugie jakoby udzielenie schronienia żydom było obowiązkiem wynikającym z wiary. Obydwa założenia są fałszywe. Były marszałek sejmu, uważający się zresztą za katolika, widocznie nie rozumie katolickiej nauki społecznej, której główną zasadą jest subsydiarność. Oznacza ona, że prawa i obowiązki wobec państwa i narodu zaczynają się i kończą tam, gdzie jest dobro podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Innymi słowy: celem, sensem i racją bytu obowiązku wobec narodu i ojczyzny jest dobro rodziny. Jeśli coś godzi w rodzinę, to godzi także w naród i państwo. Przykładem są rozwody, rozwiązłość, związki jednopłciowe itp. Na przykładzie wojennym: jeśli przewidywalnym skutkiem walki partyzanckiej była śmierć ojca rodziny (czy młodzieńca będącego potencjalnym ojcem rodziny polskiej) bez jakiejkolwiek wymiernej korzyści dla rodziny, narodu i państwa, to była to walka niemoralna z katolickiego punktu widzenia, nawet jeśli od dziesięcioleci, może nawet stuleci wpajany jest nam kult tego typu zachowań jako rzekomo bohaterskich i patriotycznych. 

Zaś w kwestii postawy Ulmów regularnie zapomina się, że wynikająca z wiary etyka katolicka nie polega na uczuciach, lecz na cnotach. Pierwszą cnotą kardynalną jest sprawiedliwość, a ona wymaga przestrzegania porządku powinności. Nawet jeśli Ulmowie w swojej decyzji byli powodowani szlachetnym współczuciem dla żydów, to jednak nie mieli moralnego prawa działać wbrew rodzicielskiemu obowiązkowi ochrony życia własnych dzieci. 

Dowodem jest chociażby fragment jednego z klasycznych podręczników teologii moralnej, słynnego dominikanina (D. Prümmer, Manuale Theologiae Moralis, t. I):


Jak widać, Doktor Kościoła podawany przez papieży jako mistrz i wzór uprawiania teologii, św. Tomasz oraz praktycznie wszyscy teologowie katoliccy jednoznacznie uczą, że w sytuacji zagrożenia życia członkowie rodziny - jak rodzice, mąż, żona i dzieci - mają pierwszeństwo przed innymi bliźnimi. 

Swój bełkotliwy wywód M. Jurek oczywiście doprowadza do zarzutu antysemityzmu, co już zupełnie demaskuje poziom intelektualny tego textu. Nie chcę pełnić roli adwokata G. Brauna, tutaj on sam powinien się bronić, jeśli uzna za stosowne. Radzę natomiast panu M. Jurkowi, by się najpierw douczył, zanim się wypowie w kwestiach, o których właściwie powinien mieć choćby ogólne pojęcie, czego tutaj niestety nie wykazuje. A już zupełnie niemoralne jest łajanie kijem antysemityzmu z pozycji własnej ignorancji. 


Ulmowie - zderzenie systemów etycznych

 


Sprawa rodziny Ulmów nadal nie została dostatecznie teologicznie najaśniona. Nie sprzyja temu napędzany odgórnie - zarówno politycznie jak też kościelnie - entuzjazm. W sprawie, o jej głównych aspektach na kanwie beatyfikacji już się wypowiadałem (tutaj i tutaj). Teraz jeszcze tytułem uzupełnienia i dopowiedzenia. 

Ujmując skrótowo, mamy do czynienia ze zderzeniem różnych, nawet sprzecznych systemów etycznych, zarówno w fakcie śmierci Ulmów jak i w obecnej dyskusji, która jest niestety dość płytka i śladowa. 

Po pierwsze chodzi o etykę zabójców, czyli niemieckich oprawców wraz z ich poplecznikami, czyli donosicielem i wykonawcami. Upraszczając, jest to etyka powinności. Dlatego właśnie komendant Dieken miał nieposzlakowaną reputację w Niemczech, zarówno u swojej rodziny, jak też w społeczności lokalnej i w państwie niemieckim nawet po wojnie. W ramach tej etyki, on jedynie wypełnił swój obowiązek nałożony przez państwo hitlerowskie, jego przepisy, bez względu na obiektywne normy moralne w znaczeniu prawa naturalnego. Oczywiście już samo takie podejście jest wysoce niemoralne i dlatego doprowadziło do zabicia Ulmów. Jest wysoce niemoralne, choć zrozumiałe w kategoriach etyki właściwej dla protestantyzmu, gdzie brakuje odniesienia do prawa naturalnego, czyli poznawalnych rozumowo norm moralnych. 

Z drugiej strony mamy etykę reprezentowaną de facto przez Ulmów, przez ich postawę, choć oni sami najprawdopodobniej działali spontanicznie, bez głębszej reflexji etycznej w znaczeniu etyki katolickiej. Ta postawa jest określana przez fanów jako heroiczna miłość bliźniego, przy czym nie trudno zauważyć, że miłość jest tutaj redukowana dla współczucia i litości, czyli do poziomu emocjonalnego, afektywnego, który jest zawsze subiektywny, wybiórczy i zmienny. Równocześnie są poświadczone ślady pewnej reflexji u Józefa Ulmy, którego słowa są cytowane: "to też są ludzie". Jest to oczywiście zdanie samo w sobie racjonalne. Jednak w kontekście sprawy nie wyczerpujące tej kwestii i mylące. Wszak jeśli by ktoś - w przeciwieństwie do Ulmów - odmówił udzielenia schronienia żydom, to by nie wynikała z tego bynajmniej negacja ich człowieczeństwa i prawa do życia. Dlatego cytowanie tego zdania Józefa jako rzekomego uzasadnienia jego decyzji jest rodzajem szantażu emocjonalnego, niegodnego merytorycznej dyskusji. Można przypuścić, iż Józef współczuł żydom szukającym schronienia. Równocześnie pewne jest, że nie przyjął ich zupełnie bezinteresownie, gdyż pomagali mu w pracy, co oczywiście nie jest zdrożne, gdyż wymagała tego sprawiedliwość, skoro dawał im dach nad głową i utrzymanie. Nie jest jednak możliwe obecnie rozeznanie, na ile decyzja była altruistyczna, a na ile wyrachowana. Wszak schronieni żydzi należeli do zamożnych i mogli obiecywać odpowiednią rekompensatę, co także mogło mieć wpływ na decyzję Ulmów. 

Należy wziąć też pod uwagę osobowość Józefa. Znany był zarówno ze różnorakiej aktywności i przedsiębiorczości, jak też z wesołego usposobienia, które zapewne oznaczało ogólną postawę optymizmu. Wiadomo, że nie był jedynym, który ukrywał u siebie żydów, a równocześnie nie zachowywał takich samych środków ostrożności, gdyż ukrywani wychodzili z domu, pracowali w polu, nawet chodzili do sąsiada Ukraińca, któremu powierzyli swój majątek, co okazało się skrajnie ryzykowne i prowadzące do końcowej tragedii. Te fakty świadczą o braku podejścia zdroworozsądkowego, czyli o przeroście litości nad rozumnością. Tego oczywiście nie można pogodzić z katolickim pojęciem miłości, gdzie nie ma żadnej sprzeczności z rozumnością i obiektywnym porządkiem dóbr. 

Jest to oczywiste zwłaszcza wobec braku uwzględnienia obowiązku ochrony własnych dzieci. Zapewne Ulmowie kochali swoje dzieci, to nie ulega wątpliwości. Czy zastanawiali się nad ryzykiem, które podjęli przez udzielenie schronienia innym ludziom? Najbardziej prawdopodobne jest, iż optymistycznie zakładali, że uda im się pomyślnie udzielać schronienia. Skąd czerpali tą pewność, będącą właściwie zuchwałością? Trudno powiedzieć. Być może liczyli na tolerowanie przez okupantów. Są świadectwa mówiące o tym, że Ulma dostarczał Niemcom skóry - wyprawiane przez siebie z pomocą ukrywanych żydów - czyli pracował dla nich. Czy naiwnie zakładał, że uda się tak przetrwać okupację? W chwili przyjęcia (koniec 1942 r.) nic nie wskazywało na rychły koniec okupacji, więc optymizm nie miał racjonalnego uzasadnienia. Jak Ulma wyobrażał sobie przyszłość swojej rodziny w takiej sytuacji? Czy myślał o tym? Póki co nie ma danych w tej kwestii. W każdym razie nic nie wskazuje na taką reflexję. Tak więc w świetle obecnych danych wygląda na to, że działał w ramach okrojonej etyki powinności, czyli uważając, że wypełnia swoją powinność wobec żydów proszących o pomoc, bez odniesienia do prawa naturalnego, czyli odpowiedniego uwzględnienia obowiązków rodzicielskich. Jak to godził z troską o bezpieczeństwo swoich dzieci, nie sposób stwierdzić. Prawdopodobnie nie rozważał tej kwestii. Wrodzony optymizm i pewność siebie sugerowała może nawet brak reflexji. A to oznacza działanie w odruchu nierozważnej litości, być może, a nawet prawdopodobnie z domieszką interesowności (gdyż marzył o gospodarowaniu na większą skalę). Tak więc Józef albo nie wziął wystarczająco pod uwagę swojego obowiązku wobec dzieci, albo litość dla żydów i chęć aktywności gospodarczej wzięła górę nad poczuciem obowiązku rodzicielskiego. Obydwa przypadki świadczą o braku chrześcijańskiej cnoty miłości w stopniu heroicznym, gdyż ta miłość nigdy nie poświęca życia jednych osób dla ratowania innych, zwłaszcza gdy chodzi o życie własnych dzieci, ponieważ dochodzi tutaj obowiązek rodzicielski. 

W końcu jest kwestia etyki żydów ukrywanych przez Ulmów. Etyka żydowska jest skoncentrowana na narodzie: dobre jest to, co służy narodowi wybranemu, a złe jest to, co mu nie służy. Jest to więc rodzaj etyki nazistów, która była powodem zamordowania Ulmów. Należy powiedzieć, że poproszenie o ukrycie u rodziny wielodzietnej było wysoce nieetyczne w świetle obiektywnych norm etycznych, mimo że jest zrozumiałe psychologicznie i w ramach etyki żydowskiej. 

Zwolennicy kultu Ulmów powołują się na dowartościowanie rodziny wielodzietnej, także podkreślenie godności dziecka nienarodzonego. Nie wiem, czy te osoby zdają sobie sprawę, że albo bezmyślnie plecą bzdury, albo umyślnie próbują robić ludziom kisiel z mózgów. Jak stawianie życia żydowskich sąsiadów ponad życiem własnych dzieci może być dowartościowaniem tego ostatniego, zwłaszcza gdy jest podawane jako wzór godny podziwu i naśladowania?  

Na czym więc polega etyka katolicka, chrześcijańska? W przeciwieństwie do protestanckiej etyki powinności (etyki deontologicznej), której odmianą jest etyka żydowska, także do etyki emocjonalno-subiektywistycznej, której przykładem są Ulmowie (przy braku odpowiedniej reflexji, gdyż byli prostymi ludźmi), oraz do etyki sytuacyjnej, która jest obecnie regularnie głoszona przez zwolenników kultu Ulmów (takie były czasy, nie było czasu na ważenie powinności), etyka katolicka jest etyką cnót. A to oznacza jedność i harmonijną całościowość sprawności w dobrem. Chodzi o harmonijną jedność cnót kardynalnych jak i teologalnych. W jej ramach nadprzyrodzona cnota miłości nigdy nie może być w sprzeczności np. z kardynalną cnotą sprawiedliwości. Innymi słowy: brak cnoty sprawiedliwości wobec swoich dzieci, które mają prawo do ochrony przez rodziców, jest nie do pogodzenia z cnotą miłości, zwłaszcza w stopniu heroicznym. 

Tak więc wbrew pozorom i oficjalnej wszechstronnej propagandzie sprawa Ulmów nie jest wcale oczywista etycznie, ani moralnie, ani teologicznie. Oby stała się okazją od pogłębionej refexji. 

"Szlachetna blaga" Stanisława Krajskiego


O działalności Stanisława Krajskiego miałem już kiedyś sposobność krótko pisać. Dostarczył on właśnie następnego powodu, nie mniej niechlubnego, i tak się składa, że w tej samej materii co do istoty, czyli prawdomówności (por. tutaj). Oto kluczowy fragment:


W dalszym ciągu wypowiedzi Krajski powołuje się na dwa źródła swojej mądrości: książki jezuity Tadeusza Ślipko oraz niemieckiego redemptorysty Bernhard'a Häring‘a. To są według Krajskiego "wszystkie podręczniki"...

X. Ślipko rzeczywiście w okresie komunizmu był chyba najbardziej znanym czyli najbardziej wypromowanym teologiem moralistą w Polsce. To oznacza jedynie, że miał poparcie establishmentu wyszyńsko-wojtyliańskiego czyli charystów. Stąd do tego zestawu "wszystkich podręczników" pasuje dość dokładnie Häring, który jeszcze do Vaticanum II płynął z głównym nurtem teologów niemieckich, a następnie - mniej więcej od wydania encykliki "Humanae vitae" w 1968 r. - przeszedł na pozycje dość otwarcie antykatolickie, zwalczając dość radykalnie nauczanie nawet Jana Pawła II. Takie to są "wszystkie podręczniki" Krajskiego. 

Idźmy po kolei. 


Najpierw Krajski zaleca coś, co nie sposób jednoznacznie sklasyfikować, gdyż on nie podaje, czy chodzi o prawdziwe motywy czy fałszywe. A to jest istotne dla kwestii. Oczywiście nie ma obowiązku powiedzenia każdemu prawdy. Wówczas wolno podać inny, poboczny powód odmowy gościny, jednak musi być on prawdziwy. 

Drugi przykład Krajskiego jest już większego kalibru, choć sprawa jest raczej błaha. Argumentem za kłamaniem jest według Krajskiego to, iż kobieta, która nie umie gotować, się popłacze. Według niego powiedzenie oględne ("nie mój smak", "oryginalne") byłoby krzywdą dla kobiety, więc pozostaje "szlachetna blaga", którą Krajski się wręcz zachwyca. I to właśnie świadczy o nim. Skoro dla uniknięcia przykrości z powodu powiedzenia prawdy, Krajski zaleca kłamstwo, to nie rozumie podstawowych zasad moralnych:
- do natury mowy należy zgodność z prawdą poznaną jako taka przez mówiącego
- tym samym powiedzenie nieprawdy jest złe z natury, czyli niezależne od okoliczności
- okoliczności mogą jedynie zwolnić z obowiązku powiedzenia prawdy, ale nie mogą usprawiedliwić powiedzenia nieprawy. 

Ponadto Krajski widocznie nie uznaje, że powiedzenie tej kobiecie prawdy o jej umiejętnościach gotowania - oczywiście doceniając jej starania - jest uczynkiem miłosierdzia co do duszy. Tylko wtedy bowiem można ją zmotywować do poprawy swoich umiejętności, co posłuży także jej zdrowiu, a przynajmniej będzie dla nią lekcją pokory, która zawsze jest zbawienna dla duszy. Czyżby Krajski nie brał pod uwagę dobra duchowego? Na to wygląda. Zamiast kierować się zasadami katolickiej teologii moralnej, buduje swoje sprzedawane publicznie "savoir vivre" na pseudomoralności zakłamanych pseudoelit, która niewiele ma wspólnego z katolicyzmem. 


Tutaj przykład jest o tyle odmienny, że motywacja do kłamstwa jest bardziej egoistyczna i to bardzo krótkowzroczna, pomijając nawet nierealność takiego przykładu, gdyż o spotkaniu ze szczerze cenioną osobą nie można zapomnieć. Także więc tutaj chodzi właściwie o zakłamaną relację. Krajski widocznie uważa, iż o takie relacje należy zabiegać i dbać, niezależnie od ich wartości i trwałości, co także świadczy o nim. 

W tym miejscu miesza do sprawy wspomnianego już x. Ślipko. Zobaczmy, co ów faktycznie pisze w swojej "Etyce szczegółowej" (tom 1):






Mamy tu mniej więcej póki co powtórzenie klasycznego nauczania katolickiego. Dalej czytamy słuszną krytykę tego, co w gruncie rzeczy reprezentuje Krajski:



Wygląda na to, że Krajski albo nie doczytał, albo niczego nie zrozumiał. 

Następnie jednak x. Ślipko dopuszcza się sprytnego, a właściwie perfidnego zabiegu, który wygląda na jego oryginalny wynalazek. Otóż opierając się na - dość absurdalnym i fałszywym - odróżnieniu między "mową formalną" a "mową materialną" prowadzi do usprawiedliwienia różnych form kłamstwa, oczywiście bez jakiegokolwiek oparcia w nauczaniu Kościoła i w teologii katolickiej, a za to czerpiąc od autorów protestanckich, żydowskich i ateistycznych. Ślipko mówi:




No cóż, to jest pseudouczony bełkot. Ślipko gruntownie miesza i mąci, by w rezultacie sugestywnie wmówić odbiorcom sieczkę słowną, która sprowadza się do tego, że wolno kłamać dla dobrego celu. Widać więc, że ów Krajskowy "słynny jezuita" to arcykrętacz, a wystarczy nieco się przyjrzeć jego pisaninie by poznać, jak bardzo jest ona niemoralna i haniebna. Nie przypadkowo zarówno Ślipko jak też Krajski skrupulatnie unikają jakiegokolwiek odniesienia do tradycyjnych podręczników katolickiej teologii moralnej, czy choćby do doktorów Kościoła jak św. Tomasz czy św. Alfons. Mówiąc krótko: Ślipko jest oszustem, a Krajski wraz z nim. 

Przy tym Krajski widocznie nie doczytał tego, co napisał Ślipko. Ten ostatni bowiem oficjalnie odrzuca to, na co Krajski się powołuje czyli tzw. fałszomówstwo. Chodzi o - dość absurdalne - odróżnienie między powiedzeniem nieprawdy a kłamstwem. Według tzw. teorii fałszomówstwa (jak to nazywa Ślipko) powiedzenie nieprawdy w ramach tzw. mowy defensywnej nie jest kłamstwem. Problem w tym, że z jednej strony Ślipko niby odrzuca tę teorię i to całkiem słusznie, a równocześnie wprowadza ją do obiegu w niby oryginalnej swojej teorii "mowy defensywnej", której fundamentem jest prymat sekretu (tajemnicy) nad prawdomównością. Na ten użytek najpierw żongluje pseudonaukowymi pojęciami prezentując nic więcej jak sieczkę słowną, po czym przyznaje, że jego wywody sprowadzają się do analogii do piątego przykazania "nie zabijaj". Według niego powiedzenie nieprawdy w "mowie defensywnej" jest tego samego rodzaju co zabicie agresora w sytuacji zagrożenia przez niego własnego życia. No cóż, Ślipko widocznie uważa swoich odbiorców za debili nie umiejących logicznie myśleć ani nawet rozumieć prostych słów. Jeśli miał rzeczywiście na myśli analogię między piątym a ósmym przykazaniem, to powinien był jej się trzymać. Otóż analogia zachodziłaby wtedy, gdyby atakiem było powiedzenie nieprawdy, a nie zagrożenie życia. Innymi słowy: jeśli w obronie własnej (czy innej niewinnej osoby) wolno zabić agresora, to analogicznie wolno byłoby okłamać kogoś, kto mnie okłamuje. Nie ma jednak analogii takiego rodzaju, że w sytuacji zagrożenia kłamstwem wolno zabić czy w sytuacji zagrożenia zabiciem wolno kłamać. Podłożem takiego nieporozumienia jest pomieszanie nie tylko przykazań Dekalogu lecz także pomieszanie dóbr, co jest haniebne dla teologa i duchownego, a nawet już dla filozofa. Wszak jest oczywiste, że innym dobrem jest życie doczesne, a innym prawda, więc nie można ich traktować i stosować zamiennie. Dlatego właśnie fałszywa jest także koncepcja Häring‘a, zresztą dość propagowana nawet strukturach kościelnych, mimo że jest z gruntu niekatolicka i fałszywa:


Kwestia ósmego przykazania Dekalogu nabrała szczególnego znaczenia właśnie w kontekście II wojny światowej i ratowania żydów. Te sprawy służą obecnie jako koronne przykłady dla swoistego szantażu etyczno-emocjonalnego skierowanego przeciw rdzennie katolickiemu nauczaniu w tej kwestii. Skutki tego procederu - prezentowanego przez Häring‘a, Ślipkę, Krajskiego i też niestety przez wielu, chyba nawet niemal wszystkich teologów "moralnych" nauczający w polskich seminariach duchownych - są obecnie dość widoczne: powszechne, dogłębne i wręcz odruchowe i nawykowe zakłamanie w przestrzeni publicznej, politycznej i niestety także kościelnej, od najniższych do najwyższych stopni i poziomów. To jest korzeń zapaści moralnej w rodzinach, społecznościach i państwach, gdyż zakłamanie godzi wprost we wzajemne zaufanie zarówno osobiste jak też do instytucyj państwowych i kościelnych. Bez prawdomówności i zaufania choćby ograniczonego następuje rozkład więzi społecznych, które są podstawą wspólnoty zarówno duchowej jak też starania o dobro wspólne w wymiarze materialnym. 

Stanisław Krajski jest tutaj niestety jednym z haniebnych produktów systemu wyszyńsko-wojtyliańskiego, który wyhodował i wypromował postacie typu Tadeusz Ślipko. Jeśli katolicyzm w Polsce nie otrząśnie się z tej zarazy intelektualno-moralnej, to niechybnie podzieli los katolicyzmów w krajach tzw. zachodnich. Czego oznaki zresztą już widać głównie w postaci drastycznego spadku liczby powołań duchownych. Normalny człowiek, nawet jeśli na co dzień przywykł do zakłamania, nie chce być okłamywany i pragnie prawdy. Dotyczy to zwłaszcza ludzi młodych, gdyż młodzież jest zwykle bardziej idealistyczna. Leczenie musi się zacząć jak zwykle od głowy, czyli od zdrowego, katolickiego myślenia. Nie prezentują go niestety takie postacie jak Krajski, Ślipko, Häring itp. Sięgać natomiast należy do autentycznych źródeł myśli i teologii katolickiej. W obecnych czasach to sięganie jest tak łatwe jak nigdy dotąd w historii ludzkości. Wystarczy chcieć i się nieco wysilić. To jest przyszłość Kościoła i Polski. 

Zasadność kary śmierci



Kara śmierci jest sprawiedliwą obroną społeczności przed osobą, która po pierwsze zawiniła i po drugie nadal stanowi realne i poważne zagrożenie dla innych osób czy społeczności. Ponadto, jak każda kara, ma znaczenie pokutne oraz wychowawcze (odstraszające naśladowców).

Problemem jest natomiast omylność sądownictwa oraz niedoskonałość systemu więziennictwa. Także dlatego kara śmierci powinna być stosowana tylko w zupełnie oczywistych i wyjątkowych sytuacjach. Cel pokuny i wychowawczy można osiągnąć przez skazanie na pracę w odosobnieniu, tzn. na zarobienie na własne utrzymanie i dodatkowo na cele społeczne. Samo odizolowanie od społeczeństwa wraz z zapewnieniem darmowego utrzymania bez pracy jest niesprawiedliwe, niemoralne i antywychowawcze.

W kwestii głosowania na kandydata czy partię, która deklaruje zamiar wprowadzenia kary śmierci, istotne są wymienione aspekty. Przede wszystkim ten zamiar nie może być motywowany zemstą czy społecznym odruchem zemsty. Równocześnie popieranie wprowadzenia sprawiedliwej kary śmierci generalnie nie przekreśla chrześcijańskiego charakteru programu danej partii czy osoby.

Obecnie próbuje się podważyć moralność kary śmierci w powoływaniu się czy to na zakaz w V przykazaniu Dekalogu, czy też na to, że tylko Pan Bóg jest panem życia. Obydwa argumenty są chybione. Przykazanie V oznacza właściwie "nie morduj", czyli "nie zabijaj bez sprawiedliwego powodu", gdyż zawsze Pan Bóg pozwalał na zabicie agresora dla powstrzymania go przed realnym zabiciem przez niego. Także kara śmierci jest moralna wtedy i tylko wtedy, gdy stanowi niezbędny środek ochrony życia niewinnych osób, zagrożonego przez winowajcę. 

Czy wolno grzeszyć dla ratowania życia?


Chodzi o materiał o kobiecie, która w warunkach okupacji oddawała się niemieckiemu oficerowi dla ratowania życia Żydów:


Nie wiem nic o tej kobiecie, ale dość widoczne jest, że materiał jest tak spreparowany, by przedstawić ją jak bohaterkę. Podkreślam: nie oceniam jej całościowo, ponieważ brakuje mi wiedzy, a filmik nie jest wystarczającym źródłem. Prawdopodobnie źródłem dla filmu są wspomnienia jej samej, co oczywiście nie może być wystarczające do obiektywnej oceny, a najwyżej dla stanu jej sumienia i subiektywnego poczucia winy. 

Drugie zastrzeżenie: sprawa dotyczy oczywiście sytuacji wojny i okupacji, czyli nadzwyczajnej i extremalnej. Czynnik sytuacyjny oczywiście nie może mieć wpływu na moralną ocenę postaw, a ma znaczenie jedynie dla osobistej winy i jej ciężaru. Innymi słowy: według etyki katolickiej - i każdej prawdziwej - sytuacja czyli uwarunkowania historyczne nie mogą sprawić, by czyn sam w sobie zły stał się dobry czy przynajmniej neutralny moralnie, lecz mogą jedynie pomniejszyć - choć nie usunąć - odpowiedzialność osobistą osoby, która go popełniła. Inaczej jest w innych systemach etycznych, zwłaszcza w żydowskim: dobre jest to, co służy narodowi żydowskiemu, a złe to, co temuż szkodzi. 

Co do samej sprawy. Sprawa jest oczywiście analogiczna do kwestii dopuszczalności kłamstwa dla ratowania życia: chęć ratowania życia doczesnego nie może sprawić, że grzech - czy to kłamstwo, czy rozwiązłość - przestaje być grzechem. W przypadku rozwiązłości ciężar jest o tyle większy, że jest to grzech dwóch osób. 

Tak więc filmik ten jest jednym z wielu przykładów nachalnego wpajania nam fałszywej etyki, a właściwie braku etyki przez sprowadzanie jej do żydowskiej "etyki" sytuacyjnej. 

Jest to działanie szczególnie perfidne, gdyż wykorzystuje zwykłe ludzkie współczucie i chęć pomagania, która cechuje każdego człowieka z elementarnym wyczuciem moralnym. Jednak w istocie mamy tutaj do czynienia z manipulacją zmierzającą do wpojenia fałszywych wzorców reprezentujących dogłębnie niemoralną zasadę, według której cel uświęca środki, która to zasada jest stale fundamentem wszelkich zbrodniczych systemów, zwłaszcza takich jak komunizm i nazizm. A ich korzeniem jest w sposób dość widoczny pseudoetyka talmudyczna, sprzeczna zresztą z etyką religii Mojżeszowej, która jest obiektywistyczna, nie sytuacyjna. 

Czy władza ma prawo uniemożliwić udzielenie sakramentów świętych?

 

Sprawa jest właściwie oczywista, choć widocznie jednak coraz mniej i to nawet w rzekomo katolickiej Polsce. 

Zacząć trzeba od tego, że kapłan katolicki ma obowiązek udzielenia sakramentu, jeśli spełnione są kanoniczne warunki jego udzielenia. Do kanonicznych warunków oczywiście nie należy zgoda władzy świeckiej czy choćby jej przedstawicieli. 

W przypadku ostatniego namaszczenia decydująca jest wola danej potrzebującej osoby, bądź przynajmniej osoby bliskiej, która reprezentuje osobę ciężko chorą, nie będącą w stanie wyrazić swojej woli. 

Jeden z moich wychowawców seminaryjnych opowiadał zdarzenie ze swojego doświadczenia kapłańskiego. Będąc świadkiem wypadku drogowego, w którym został poszkodowany motocyklista. Poszkodowany był jeszcze przy życiu, choć w stanie wskazującym na utratę przytomności. Nie było możliwości zapytania osoby bliskiej, czy poszkodowany życzyłby sobie sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Wówczas kapłan wziął młodzieńca za rękę i poprosił go o znak, czy chce przyjąć Ostatnie Namaszczenie. Młodzieniec dał znak lekkim poruszeniem dłoni, co upewniło kapłana, że ów pragnie sakramentu. 

Moje zdanie jest następujące: jeśli dana osoba nie jest w stanie w żaden sposób wyrazić pragnienia przyjęcia sakramentu Ostatniego Namaszczenia, a kapłanowi nie jest znane nic, co by świadczyło o braku jego woli czy zgody, wówczas kapłan powinien udzielić sakramentu. Prawo cywilne ani władza państwowa nie powinna mu tego ani zakazywać, ani uniemożliwiać, ani utrudniać. 

Podane wyżej zachowanie policjanta i prokuratora jest skandaliczne i bezprawne. Tak nie postępowała nawet komunistyczna milicja w PRL. To zachowanie wpisuje się w mentalność wynikającą z reżimu tzw. pandemicznego, gdy władze państwowe podniosły zakazującą rękę na praktyki religijne zarówno w szpitalach, domach opieki, więzieniach, jak też nawet w świątyniach i budynkach kościelnych. 

Nawet abstrahując od wyrażonej przez policjanta osobistej niewiary i wręcz pogardy dla sakramentów Kościoła, jego zachowanie jest niestety wyrazem braku szacunku dla czyjejś wiary i czyichś potrzeb duchowych. 

Rodzina tych osób ma prawo domagać się ukarania osób odpowiedzialnych za uniemożliwienie praktyk religijnych w tym tragicznym przypadku. 

Równocześnie ten przypadek powinien nakłonić wszystkich do refleksji nad stanem świadomości Polaków co do wartości praktyk religijnych oraz praw osób religijnych. Ci policjanci i prokuratorzy przypuszczalnie uczęszczali niegdyś na lekcje religii, byli u Pierwszej Komunii, być możne nawet przyjęli Bierzmowanie. Jeśli mimo tego tak się zachowali, to jest to skandaliczne świadectwo jakości nauczania przez Kościół w Polsce.


Post scriptum

Takie info krąży po pajęczynie (cytat z tego policjanta wraz z podobizną):



Czy wolno uciekać przed wojną?


Rzeczywiście obowiązek wobec własnej rodziny ma rangę wyższą niż obowiązek zbrojnej obrony państwa. Owszem, istnieją także obowiązki wobec państwa jako formy organizacji życia społecznego, czyli chodzi o obowiązki wobec społeczności, która zwykle ma zasługi także względem rodziny. Należy jednak rozróżnić między społeczeństwem i narodem a państwem. Jeśli władze państwowe działają ewidentnie wbrew dobru narodu i społeczeństwa, to nie tylko nie ma obowiązku posłuszeństwa lecz jest obowiązek sprzeciwu przynajmniej biernego. Formą sprzeciwu może być emigracji dla ochrony życia swojej rodziny i swojego. 

Jest jednak jeszcze inny istotny aspekt: obowiązek wobec społeczności wiary czyli Kościoła. Jeśli wojna jest agresją nie tylko na byt narodu i państwa narodowego, lecz także na wspólnotę prawdziwej religii jaką jest Kościół Chrystusowy, wówczas byt doczesny własnej rodziny i swój ma rangę niższą, gdyż chodzi o wartości duchowe. 

Drugie pytanie:
Oczywiście wojna sprawiedliwa polega nie tylko na sprawiedliwym celu i konieczności walki zbrojnej, lecz wymaga także stosowania adekwatnych środków. Jeśli nie ma zdolności posługiwania się uzbrojeniem bądź uzbrojenie jest niewystarczające, w wyniku czego jest małe prawdopodobieństwo zwycięstwa w walce czy przynajmniej skutecznej obrony, wówczas taka walka nie jest sprawiedliwa i nie należy jej podejmować. 

Trzecie pytanie:
Dobro rodziny ma pierwszeństwo przed dobrem społeczności, oczywiście o ile ze sobą konkurują czy są w sprzeczności. Jak wyżej: mamy obowiązek moralny wobec społeczności proporcjonalny do praw i korzyści otrzymywanych od niej. Obowiązek wobec państwa - de facto wobec elity rządzącej - jest jeszcze dalszy i zachodzi tylko wtedy, gdy dobro i trwanie państwa jest tożsame czy przynajmniej ściśle powiązane z dobrem własnej rodziny i społeczności. 

Czwarte pytanie:
Używanie wulgaryzmów, nawet w zrozumiałym i słusznym gniewie, nigdy nie jest ani dobre ani skuteczne, a jest szkodliwe pod każdym względem, mimo chwilowego rozładowania emocjonalnego. 

Czy jest dualizm moralny?


Tłem tego pytania jest pewna potoczna, miękka odmiana relatywizmu, promowana i forsowana w różnych dziedzinach i przy różnych okazjach. Polega ona na nieporozumieniu i pomieszaniu przynajmniej dwóch płaszczyzn:

- norm moralnych, czyli kryteriów dobra i zła

- wyborów (decyzyj) moralnych, które powinny odpowiadać normom moralnym. 

Forsowane pomieszanie tych płaszczyzn ma na celu zaciemnienie i osłabienie przynajmniej praktyczne ważności i rangi norm moralnych, czyli płaszczyzny pierwszej. 

W dziedzinie norm moralnych obowiązuje dualizm dobra i zła, analogicznie do dziedziny logiki, gdzie obowiązuje rozróżnienie na prawdę i fałsz. Podobnie jak poznanie może być jedynie albo prawdziwe albo fałszywe, tak czyny i działania mogę być jedynie albo dobre albo złe. Równocześnie jakieś wypowiedziane czy napisane zdanie - o ile nie jest równaniem matematycznym - może zawierać elementy zarówno prawdy jak też fałszu, a konkretny czyn czy działanie może się składać z elementów dobrych i złych. Oczywiście istnieją też zdania w sposób prosty i jednoznaczny czy to prawdziwe czy fałszywe, a także czyny jednoznacznie i wprost dobre czy złe. Im bardziej dane zdanie jest złożone czy wieloznaczne, tym trudniejsza może być jego kwalifikacja logiczna. Także w skład oceny czynów czy działań ludzkich wchodzi szereg czynników, które nie zawsze są jasne, proste i oczywiste. Ponieważ można wybrać tylko jedną z danych możliwości (tak samo jak można sformułować tylko jedno zdanie), to słusznie pojawia się pytanie o to, którą możliwość należy wybrać, a które możliwości należy odrzucić. 

Ostatecznie więc chodzi o problem wyboru moralnego czyli decyzji moralnej co do czynu czy działania. Tutaj są kryteria, które są zarówno pomocne jak też niezbędne do dokonania dobrego wyboru:

1. Najpierw konieczne jest uznawanie obiektywnych norm moralnych, czyli wola poddania się im. Wchodzi tutaj zarówno prawo naturalne, czyli normy moralne poznawalne rozumowo (np. nie czyń komuś tego, co tobie nie miłe), jak też prawo Boże objawione, czyli zawarte w przykazaniach Bożych podanych w Starym i Nowym Testamencie. Pomocne są tutaj - jako rozwinięcie i skonkretyzowanie - przykazania kościelne oraz etyka katolicka podana w dokumentach Magisterium Kościoła oraz w katolickich podręcznikach teologii moralnej. 

2. Gotowość dystansu względem osobistych pragnień, przyjemności i potrzeb, jeśli wymaga tego podporządkowanie się obiektywnym normom moralnym. 

3. Rozumny dystans względem różnego rodzaju presji społecznej jak nawyki, tzw. opinia społeczna, moda itp. Oczywiście pewne zwyczaje czy opinie ludzkie mogą być w jakimś stopniu także nośnikiem obiektywnych norm moralnych, jednak obecnie - w epoce daleko idącej władzy lewackiej propagandy medialnej - jest wręcz przeciwnie. 

Oczywiście nadrzędna jest ranga obiektywnych norm moralnych. Cokolwiek jest z nimi sprzeczne, nie może być dobre i moralnie dopuszczalne. 

Równocześnie w ramach ogólnych norm moralnych mogą mieścić się różne decyzje, które nie są ze sobą sprzeczne, ale mogą różnić się co do bliskości i stopnia związku z obiektywnymi normami. 

Klasycznymi przykładami dylematu co do dobrego wyboru jest wybór szkoły, kierunku studiów, zawodu, stanu życia, miejsca zamieszkania, miejsca pracy, małżonka czy małżonki itp. Tutaj są wybory nie tylko dobre albo złe, lecz dość często lepsze albo gorsze. Oczywiście lepsze i gorsze muszą mieścić w ramach obiektywnego porządku moralnego, gdyż każdy wybór poza nim jest zły. 

W kwestii dobrego wyboru katoliccy mistrzowie życia duchowego podają następujące rady: 

1. Wybierać według zasady pierwszeństwa i nadrzędności zbawienia duszy nad dobrobytem doczesnym. 

2. Wybierać tak, żeby w momencie śmierci tego wyboru nie żałować. 

3. Wybierać tak, jakby się radziło wybrać swojemu przyjacielowi, którego darzy się szczerą życzliwością, oczywiście zgodnie z poprzednimi radami. 

Oczywiście nieodzowna jest także szczera modlitwa przed podjęciem ważnych decyzyj z prośbą do Ducha Świętego o potrzebne światło. Dobrze jest też szukać porady u doświadczonego, dobrego spowiednika, zwłaszcza u kierownika duchowego. Można też prosić o radę życzliwych bliźnich, oczywiście takich, którzy myślą według zasad podanych wyżej. 


Czy święty powinien dbać o swoje zdrowie?



Pytanie jest rzeczywiście ważne i godne uwagi. Dotyczy bowiem nie tylko właściwej interpretacji żywotów świętych, lecz drogi do świętości ogólnie i każdego z nas.

Równocześnie odpowiedź jest prosta: miarą świętości jest miłość na wzór Jezusa Chrystusa. Do tego sprowadza się chrześcijańska asceza i moralność, która oczywiście nie stoi w sprzeczności z porządkiem naturalnym, a go przewyższa i podnosi.

Pamiętać też należy, że droga świętości jest nie tylko jedna i ta sama (gdyż wzorem i kryterium jest Jezus Chrystus), lecz także indywidualna, gdyż każdy człowiek jako niepowtarzalne indywiduum idzie tą drogą wraz z własnymi zdolnościami, decyzjami i doświadczeniami, które są jako jednostkowa całość są jedyne w całej historii wszechświata (jest zawsze tylko jeden jedyny człowiek urodzony w danym czasie z danych rodziców, dotyczy to także bliźniaków). Stąd pochodzi stare porzekadło katolickiej ascetyki: świętych należy podziwiać, ale nie zawsze naśladować (admirandi sunt, sed non semper imitandi).

Oczywiście świętość jest dziełem łaski wraz ze współpracą czyli wolnymi wyborami i wysiłkami człowieka. Innymi słowy, jest to życie łaską, a naczyniem tej łaski jest osoba ludzka, z których każda jest jedyna i niepowtarzalna. Oznacza to, że każdy sam i na swój sposób odpowiada na pobudzenie przez łaskę i jej działanie. Łaska może pobudzić i ożywiać wyjątkowe zdolności człowieka, także w sferze cielesnej, oczywiście gdy służy to zbawieniu duszy danej człowieka i bliźnich. Nie odbywa się to bez gotowości i wysiłku człowieka, a jest to zawsze rezultat wolnego wyboru, mimo prymatu łaski.

Miłość, której wzorem jest Jezus Chrystus, jest przede wszystkim ukierunkowaniem na dobro, zarówno najwyższe, jakim jest Bóg, jak też stworzone, czyli obecne w każdym stworzeniu, także w nas samych. Dlatego prawdziwa miłość własna i miłość bliźniego się nie wykluczają, lecz uzupełniają i wspierają. Ukierunkowanie ku Dobru Najwyższemu, którym jest sam Bóg, zakłada odpowiedni stosunek do dóbr względnych, czyli stworzonych, także do swojego ciała i zdrowia. Z powodu tej względności wybory motywowane nadprzyrodzoną miłością ku Dobru Najwyższemu mogą się wydawać pomniejszeniem czy brakiem miłości do stworzeń, może nawet - odpowiednio rozumianą - "pogardą" czy "nienawiścią". Nie może to być sprzeczne z fundamentem moralności i świętości, jakim jest uznanie dobroci stworzenia jako pochodzącego od Stwórcy, który jest samą Dobrocią.

Słynny przykład św. Maksymiliana Kolbe może tutaj posłużyć ku zrozumieniu. W pewnym sensie jego decyzja oddania życia za ojca rodziny może być nazwana "pogardą" dla własnego życia, także dla własnej, jakże owocnej działalności duszpasterskiej i wydawniczej dla zbawienia dusz. Jednak kluczem do zrozumienia tej decyzji jest przykład Jezusa Chrystusa - Jego wezwanie do oddania życia za bliźnich i to dosłownie, na wzór dobrowolnego wydania się na śmierć dla ratowania bliźniego, konkretnie i spontanicznie, co najlepiej świadczy o postawie duchowej i życiowej.

Tę zasadę można i należy przełożyć także na sytuacje i wybory bardziej codzienne, mniej spektakularne. Gdy małżonkowie pragną potomstwa nie z pobudek egoistycznych (dziecko jako swego rodzaju zabawka czy sposób realizowania swoich ambicyj), lecz w duchu ofiary czyli poświęcenia rozrywki, czasu, wygód, także spoczynku nocnego i środków dla współpracy w dziele stworzenia i utrzymania rodzaju z ludzkiego, wówczas realizują w sobie właściwy sposób miłość małżeńską i rodzicielską, której wzorem jest także Jezus Chrystus.

W życiu kapłańskim i zakonnym jest więcej sposobności do niezwykłych poświęceń, aczkolwiek także stan duchowny polega głównie na codziennych, niepozornych obowiązkach i poświęceniach, nawet heroicznych, choć niedostrzeganych jako takie. Jako przykład przychodzi mi na myśl jeden proboszcz, którego poznałem w pierwszych latach kapłaństwa. Po jednej z uroczystych celebracyj z jakiejś szczególnej okazji, zostaliśmy sami w kościele, gdy wszyscy już wyszli. Wtedy zobaczyłem, że proboszcz wyszedł z zakrystii z miotłą, żeby posprzątać prezbiterium, by następna Msza św. odbyła się w uprzątniętym miejscu. To była względnie mała parafia, ale proboszcz z pewnością mógł poprosić czy nawet wyznaczyć kogoś do sprzątania wtedy (kościół był regularnie sprzątany i utrzymany w czystości), jednak nie chciał nikogo zobowiązywać do tego zajęcia w dzień świąteczny, wolał sam uporządzić miejsce święte. Na pewno by się szczerze roześmiał, gdyby ktoś nazwał to heroizmem. Większość kapłanów - w poczuciu własnej "godności" - by zresztą nie wpadła na pomysł sprzątania samemu, a najwyżej nakazaliby kościelnemu czy zakrystiance.

Podobnie ascetyczne praktyki świętych mogą się wydawać niezrozumiałe, czy wręcz dziwne, może nawet wątpliwe co do wartości i oceny. Można jednak założyć, że były uzgodnione ze spowiednikiem czy kierownikiem duchowym, który powinien czuwać, czy podopieczna dusza nie jest zwodzona czy wręcz ulega podstępom szatańskim. Jeśli spowiednik dopuścił dany sposób ascezy, wówczas można uznać, że dana praktyka jest zgodna z łaską Bożą chociażby w danym przypadku.

W końcu należy mieć na uwadze, że literatura hiagograficzna, zwłaszcza odnosząca się do osób z dalszej przeszłości, nierzadko obfituje w legendy i dobroduszne fantazje, które same w sobie nie są kłamstwem, ale pewną przesadą, motywowaną chęcią zachęty do doskonałości i przezwyciężania siebie. Dlatego nie należy zbytnio przejmować się niezwykłymi wyczynami ascezy podawanymi w takiej literaturze. Należy natomiast przejąć się duchem miłości i gorliwości, której ideałem jest sam Jezus Chrystus prowadzący Swoich uczniów - każdego na swój sposób - do zjednoczenia ze Sobą.

Uczciwość na egzaminie

 


Samo posłużenie się znanymi już pytaniami jest moralnie w porządku, gdyż jest to pomoc w przygotowaniu wiedzy, a nie oszukiwanie co do wiedzy. 

Równocześnie także na tym przykładzie widać, że problem tkwi w systemie, który poniekąd rodzi dylematy moralne, a nawet sprzyja wychowaniu do kombinowania czy wręcz oszukiwania. Mówiąc w skrócie, wygląda to na grę, gdzie wykładowca czy nauczyciel usiłuje przyłapać studenta czy ucznia na braku wiedzy, podczas gdy ten drugi usiłuje uniknąć trudu solidnego przygotowania z wiedzy. To jest z całą pewnością patologiczna i patogenna sytuacja, pod wieloma względami. 

Osobiście zawsze dawałem studentom wszystkie pytania egzaminacyjne z dużym wyprzedzeniem, zwykle na ostatnim wykładzie. Obejmowały one całość materiału, odpowiednio zgrupowanego według zagadnień. Z mojej listy pytań prefekt nadzorujący egzamin wybierał 5 pytań, z których potem studenci musieli sobie wybrać 3 do odpowiedzi. Egzamin był zawsze pisemny. Przygotowanie studentów było prawie zawsze wzorowe, z czego ja też miałem satysfakcję. Obydwu stronom procesu dydaktycznego zależało na zdobywaniu wiedzy i kształtowaniu zdolności myślenia, nie na przyłapaniu na jakimś braku. To się bardzo dobrze sprawdziło. Innego podejścia i systemu po prostu nie rozumiem i nigdy nie chciałem, ani nie stosowałem. 

Jak można w chorym systemie przetrwać i przebrnąć przez studia zgodnie z zasadami moralnymi? 

Oczywiście przede wszystkim przez solidność w zdobywaniu wiedzy. Rola nauczyciela czy wykładowcy jest tutaj niezbędna. W moim dość długim doświadczeniu szkolnym i uczelnianym po dwóch stronach walki o wiedzę miałem znacznie więcej złych doświadczeń niż dobrych. Dlatego właśnie sam jako wykładowca stosowałem inny system (ten wspomniany powyżej). Moim zdaniem znacznie większą winę za brak jakości w przekazywaniu wiedzy ponosi strona ucząca, zwłaszcza na poziomie akademickim, choć właściwie na każdym poziomie, począwszy od szkoły podstawowej. Osobiście doświadczyłem jedynie bardzo niewielu dobrych nauczycieli i profesorów, i to zarówno w Polsce jak i za granicą. Z przykrością muszę stwierdzić, że przynajmniej za czasów moich studiów (koniec lat 80-ych i początek 90-ych) poziom nauczania pod względem dydaktycznym był w Polsce generalnie znacznie gorszy niż w Austrii czy w Niemczech, choć merytorycznie był często lepszy przynajmniej w moich dziedzinach czyli w filozofii i teologii. Owszem, niechlujstwo i wręcz karygodna tandeta zdarzała się także na tzw. Zachodzie, jednak generalnie staranność przygotowania była znacznie większa. Nie wiem, jakie są przyczyny. Myślę, że głównie w zapaści kulturowo-cywilizacyjnej spowodowanej komunizmem, gdzie karierę naukową robiło się często nie dzięki wiedzy i umiejętnościom, lecz dzięki poglądom zgodnym z linią partii i powiązaniom z partią. W ten sposób wyhodowane zostały całe zastępy pseudointeligencji, im bardziej zakompleksionej tym bardziej butnej i groteskowej, czego wręcz skandalicznym objawem stało się przyznanie doktoratu honoris causa komuś takiemu jak Jerzy Owsiak. 

Innym przejawem - poniekąd słusznego - zakompleksienia tej pseudoointeligencji jest, że w Polsce wykładowca poczytuje sobie wręcz za punkt honoru wygłaszanie z głowy, nawet bez notatek, co ma zwykle, a nawet prawie zawsze wręcz fatalne skutki zarówno co do uporządkowania podawanej treści, jak też co do samej treści. Ten haniebny przykład przenosi się na dziedzinę pozaakademicką, z poważną szkodą dla przekazywanych treści. Pamiętać należy, że fachowym określeniem wykładu uniwersyteckiego jest lectio, czyli odczyt, nie wygłaszanie przemówień wiecowych. 

Tak więc za braki, skrzywienia i wypaczenia w systemie odpowiedzialność ponosi strona ucząca, nie strona nauczana. 

Jednak strona nauczana nie jest wolna od odpowiedzialności ani pozbawiona możliwości oddziaływania na jakość. W dobie internetu znacznie łatwiej jest dotrzeć do solidnych źródeł wiedzy i to nawet dość samodzielnie. Oczywiście może tutaj pojawić się dylemat, czy bardziej należy zaspokoić egocentro-narcyzm wykładowcy przez bezmyślną reprodukcję podanych przez niego treści, nawet jeśli są absurdalne, czy raczej postawić na zdobywanie solidnej wiedzy, niezależnie od osobistych upodobań strony uczącej. Generalnie powinno być tak, że gorliwość uczniów i studentów w samodzielnym poszukiwaniu wiedzy powinna motywować nauczycieli i wykładowców, jeśli chcą być uznanym autorytetem. Tutaj życie według zasady "3 z" (zakuć zdać zapomnieć) nie wystarczy. A jeśli strona ucząca z premedytacją stawia na tę zasadę, wówczas nie powinna się dziwić, gdy młodzież ucieka się do odpowiadających jej metod, nawet jeśli są wątpliwe moralnie. 

Do postawionego mi pytania należy podejść właśnie w tym kontekście. Jeśli młodzież jest ustawiona zarówno przez system jak też przez konkretnego uczącego w taki sposób, że celem procesu dydaktycznego nie jest ukazywanie prawdy i prowadzenie do jej poznawania, lecz zaliczenie egzaminów, to nie należy się dziwić stosowaniu przez nią sposobów z pogranicza uczciwości. W kwestii pytań egzaminacyjnych już odpowiedziałem. Osobną kwestią jest tzw. ściąganie na egzaminie. Otóż ściąganie jest możliwe tylko w bardzo ograniczonym stopniu, może dotyczyć jedynie szczegółów, które w zdrowym systemie nie powinne decydująco wpłynąć na ocenę z egzaminu. Jeśli strona ucząca stawia na podawanie szczegółów i wymaganie ich reprodukowania na egzaminie, a nie na uczenie zrozumienia materii i kojarzenia, to jej podejście jest z gruntu antydydaktyczne i demoralizujące. Taka osoba nie jest na właściwym miejscu zadań społecznych. Jeśli się jednak na takim miejscu znajduje i ten fakt jest dla młodzieży barierą w zdobyciu dyplomu, wówczas nawet ściąganie na egzaminie może być moralnie usprawiedliwione, o ile nie wynika z lenistwa i braku własnego przygotowania do egzaminu. Dlatego właśnie do właściwej oceny moralnej należy włączyć wiele czynników. W razie wątpliwości czy wyrzutów sumienia należy się zwrócić do spowiednika czy duszpasterza.