Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samołyk T.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samołyk T.. Pokaż wszystkie posty

Franciszek i gelynder


Coraz wyraźniej ukazuje się, że wydanie deklaracji "Fiducia supplicans" (więcej tutaj i tutaj) zdobywa rangę pewnej cezury czy kamienia milowego nie tylko w pontyfikacie Franciszka, lecz w epoce tzw. posoborowia, a nawet jeszcze szerzej. Otóż odezwały się nie tylko poważne i liczne głosy krytyczne co do tego dokumentu, lecz także siłą rzeczy głosy broniące czy raczej usiłujące go usprawiedliwić. Pośród tych ostatnich regułą jest - jak zwykle - brak konkretów a za to obfitość ogólników sprowadzających się do mniej czy bardziej uprzejmego wyzywania krytyków, co jest zresztą typową bergogliańską manierą (w wykonaniu samego protoplasty zwykle dość prymitywną, wybitnie zakłamaną i bezczelną). Stopień czy rodzaj uprzejmości jest oczywiście zupełnie nieistotny. Istotne jest, że jest to typowy modernistyczny zabieg psychologizowania, zakorzeniony - z czego obecnie mało kto zdaje sobie sprawę, nawet uprawiający go - w niczym innym jak w pseudopsychologicznej "metodzie" żydowskiego psychiatry Sigmund'a Freud'a, zwanej górnolotnie a fałszująco "psychoanalizą". 

Otóż dość znany umiarkowany bergogliano-wojtylianista Tomasz Samołyk (więcej tutaj) podjął się właśnie swoistej apologii, opierając się przy tym na wypowiedzi również popularnego w kręgach modernistycznych x. Grzegorza Strzelczyka na łamach modernistyczno-dominikańskiego organu "W drodze". 


Ten ostatni wpadł na mało oryginalny pomysł w swojej dzielnej apologii bergogliańsko-fernandezowego błogosławienia, mianowicie przez porównanie Magisterium Kościoła do gelyndera, co po śląsku oznacza balustradę przy schodach (od niemieckiego słowa Geländer). 


Strzelczyk - według relacji Samołyka - nawiązuje do swojego wspomnienia z dzieciństwa, gdy to mieszkał w kamienicy, gdzie schody oczywiście wyposażone były w gelynder. Wówczas mały Grześ marzył o zjeżdżaniu gelynderem zamiast mozolnego schodzenia po schodach. Sprytny zabieg dużego już teraz Strzelczyka polega na tym, porównuje Franciszka do chłopaczka, który zjechał po gelynderze, zaś tych, którzy go krytykują uważa za tych, którzy w swojej "neurotycznej pobożności" trzymają się ściany. Zaznaczam, że nie znam całego textu Strzelczyka, gdyż za całość trzeba zapłacić, a nie uważam wydawania choćby paru złotych na coś takiego za godziwy wydatek, i zakładam, że Samołyk jako prawnik z wykształcenia jest w stanie i ma wolę rzetelnego zrelacjonowania wypocin modernisty. 

Cóż na to odpowiedzieć? Czyż nie wypada już tylko polec wobec potęgi "argumentu"? Przede wszystkim, jak już zaznaczyłem, Strzelczyk właściwie nie jest tutaj wcale oryginalny, a jawi się jedynie jako pojętny uczeń kryptoheglisty x. Karl'a Rahner'a, skrajnie modernistycznego jezuity i jednego z głównych ideologów "reform soborowych". Otóż ten ostatni na swoich wykładach bardzo lubił powtarzać następujący perfidny pseudodowcip, który oczywiście regularnie wywoływał zupełnie zamierzone wybuchy śmiechu u studentów: dogmaty są jak latarnie, a tylko pijani się ich trzymają (jedno ze źródeł jest tutaj). Nie trudno zgadnąć, że chodzi tutaj nie o to, że dogmaty dają światło, lecz o szydzenie z tych, którzy się trzymają dogmatów, czyli nieomylnych prawd wiary. 

Samołykowi tak bardzo zaimponowało to arcydzieło myśli x. Strzelczyka, że powiązał je z autobiograficznym wyznaniem o swojej neurotycznej religijności z dzieciństwa, tym samym uważając, że "tradycjonaliści" krytykujący Franciszka za "Fiducia supplicans" są na poziomie jego minionej, dziecięcej a strasznej pobożności. Tu właśnie jest problem i to wielowarstwowy. 

Po pierwsze, Samołyk (rocznik 1989) utożsamia wojtyliańsko-oazowy katolicyzm swojego dzieciństwa z tradycyjną katolicką wiarą i pobożnością, co jest oczywiście błędne.

Po drugie, Samołyk sugeruje, jakoby jego problemy psychiczno-pobożnościowe były spowodowane tradycyjną wiarą i pobożnością, a może nawet były z nimi tożsame. 

Po trzecie, Samołyk widocznie uważa, że "teologia" bergogliańsko-fernandezowo-strzelczykowa jest lekarstwem na traumatycznie wspominaną jego własną religijność z dzieciństwa, a to jest największym i najgroźniejszym fałszem w tej sprawie. 

W tym jego wystąpieniu oczywiście należy poniekąd docenić nawoływanie do zrozumienia dla biednych, nieszczęśliwych gdyż pogrążonych w neurotycznej religijności tradziuchów, co jednak właściwie nie zmienia problemu, choć buduje samopoczucie Samołyka, tudzież jego fanów i popleczników. Tym niemniej lepiej tak niż z nagą agresją w stylu betonowego bergoglianizmu. 

Pierwszego punktu nie muszę chyba zbytnio rozwijać. Kto nie poznał rdzennie katolickiej liturgii i związanej z nią pobożności, zwłaszcza gdy w niej nie wzrastał, ten nie ma podstaw do kojarzenia swoich problemów psychiczno-religijnych z Tradycją katolicką. Pamiętać trzeba, że tradycyjna liturgia katolicka nie polega na pieśniach ze śpiewnika x. Siedleckiego, tym bardziej nie na gitarowych śpiewkach blachnicyzmu. Kto nie wzrastał we wierze i liturgii katolickiej w jej właściwej postaci, czyli z katechizmem rzymskim i chorałem gregoriańskim, ten nie ma prawa twierdzić, że wychowywał się w Tradycji Kościoła. Oczywiście, osobna jest kwestia winy, gdyż nikt nie wybiera sobie, w jakim czasie, w jakim miejscu i w jakiej rodzinie przychodzi na świat i jest wychowywany. Jednak zwykła uczciwość intelektualna wymaga, by znać choćby z grubsza historię Kościoła i kolej rzeczy, zanim się wypuści w świat tak poważne oskarżenie jak obwinienie Tradycji katolickiej za doznawanie w dzieciństwie zafałszowanej wiary i pobożności. 

W tym miejscu muszę zaznaczyć, że problem poruszony przez Samołyka owszem istnieje w środowisku lefebvrystycznym. Jednak nie wynika to z Tradycji katolickiej, lecz z jej wypaczenia w tym środowisku. Wypaczenie polega na hodowanej i promowanej mentalności i w rezultacie też religijności sekciarskiej, a sekciarstwo polega na deficycie rozumności i wolności na korzyść uzależnienia emocjonalnego i ślepego posłuszeństwa, i to nawet w sposób zupełnie nielegalny i niekatolicki. Nie powinno więc dziwić, że lefebvrystyczna opieka duchowa nie tylko sprzyja lecz często wręcz produkuje religijność neurotyczną i obłudną. Jeśli Samołyk to właśnie ma na myśli, to oczywiście jest to trafne spostrzeżenie. Jednak problem polega na tym, że nie jest to prawdziwie katolicka duchowość, nawet jeśli za takową się oficjalnie podaje. 

Tym samym punkt drugi został już właściwie obalony. Jeśli Samołyk utożsamia tradycyjną pobożność katolicką z lefebvryzmem, to oczywiście się myli, ale ta pomyłka nie pomniejsza jego błędu myślowego. Powinien bowiem wiedzieć, że patologiczna i patogenna religijność polega na dysharmonii sfer osobowości, spowodowanej dysharmonią w wychowaniu religijno-osobowościowym. Przykład: Tak zwane skrupuły polegają na irracjonalnym lęku co do grzeszenia akurat w dziedzinie czy sprawie błahej, podczas gdy dana osoba popełnia błędy czy wręcz grzechy w innej, o wiele ważniejszej dziedzinie. Innymi słowy: skrupuły są problemem zastępczym. W nich odzywa się głos sumienia w sposób irracjonalny, ale właściwie słuszny, gdyż wskazujący na autentyczny, a tłumiony czy spychany do podświadomości problem duchowy czy religijny. Według tego mechanizmu neurotyczna może być zarówno przesadnie wyśrubowana wrażliwość na obrzędy zewnętrzne, gdy równocześnie brak jest odpowiedniej wrażliwości na czystość myśli, emocyj, wyobraźni itp., jak też patologiczna jest pogarda dla zewnętrznych przejawów pobożności (ryt, oznaki czci, schludność itp.) przy równoczesnym podkreślaniu dbałości o relacje międzyludzkie, uprzejmość, miłosierdzie itp. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku wcześniej czy później przejawia się obłuda: ktoś pozornie ułożony i "pobożny" okazuje się wręcz podły, chciwy i bezwzględny w forsowaniu swoich interesów, a z drugiej strony ktoś stale głoszący wyrozumiałość i miłosierdzie okazuje się wręcz okrutnym tyranem, zwłaszcza wobec tych, którzy nie są mu bezwzględnie oddani. 

Tak właśnie dochodzimy do punktu trzeciego, gdyż obecnie już nie sposób nie zauważyć, jaka jest prawdziwa natura i charakter "miłosierdzia" bergogliańskiego. Zresztą nawet Samołyk chyba zaczął dostrzegać ten problem, co również należy docenić, gdyż świadczy jednak o jakiejś uczciwości w ocenie rzeczywistości. 

Tak więc zasadniczym problemem bergoglianizmu i jego wyznawców jest zakłamanie. Być może nie jest to zawsze i tylko obłuda, być może ludzie typu Samołyka szczerze wierzą, że to jest droga Ewangelii, droga katolicka. Na tym właśnie polega tragizm sytuacji: gdy ludzie jako tako wykształceni, myślący i skądinąd zdolni do uczenia się, naiwnie poddają się narracji, która jest dogłębnie i programowo zakłamana. Zakłamane jest nazwanie przez Rahner'a dogmatów latarniami, zakłamane jest nazwanie przez Strzelczyka dogmatów gelynderem i to z wielu powodów, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że jest to tylko metafora, ograniczone porównanie. Zakłamanie polega nie tylko na szydzeniu z tych, którzy się trzymają dogmatów. Ono polega na sugestii, jakoby dogmaty były względne i zbędne, zwłaszcza dla tych, którzy są ponad i poza "neurotyczną religijnością". A polega zwłaszcza na ukrytym założeniu, jakoby nie było neurotycznej bezbożności, przejawiającej się między innymi w pogardzie dla dogmatów, choćby przez traktowanie ich jak ślizgawki dla pośladków. 

Tymczasem Samołyk nadal brnie w fałszywej religijności - czy raczej nawet mentalności - wojtyliańskiej przechodzącej obecnie w bergogliańską, aczkolwiek z pewną dozą czy zaczątkiem dystansu. Póki co niestety nie widać przebudzenia się, lecz naiwne trwanie w niby bardziej oświeconej, "liberalnej" wersji tej samej patologicznej mentalności pseudopobożnej. Czy jest szansa na jego nawrócenie na rdzenny katolicyzm? Popularność głównościekowa na pewno mu w tym nie pomaga. Czas pokaże.