Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

Kiedy wojna jest sprawiedliwa?


Temat należy do klasyki katolickiej doktryny politycznej. Literatura przedmiotu jest dość bogata. Można ją dość łatwo znaleźć. Dlatego ograniczę się do skrótowej odpowiedzi. 

Przez wojnę rozumiemy podjęcie środków zbrojnych, czyli ludzkich sił zbrojnych wraz z uzbrojeniem zdatnym do stosowania przemocy wobec rzeczy i osób, wraz z możliwością ich zabijania. 

W katolickim rozumieniu wojna sprawiedliwa nie jest tożsama z wojną defensywną, czyli polegającą jedynie na odpieraniu zbrojnej napaści wroga. 

Według doktryny katolickiej, opartej zresztą na etyce klasycznej, muszą być spełnione następujące warunki, by można było uznać wojnę za sprawiedliwą:

1. Zagrożone musi być poważne dobro zbiorowe, czy to duchowe, czy materialne, czy też obydwa równocześnie. Przykładem jest niepodległość narodu i państwa, dająca pewną gwarancję bytu i rozwoju pod względem zarówno duchowym jak też gospodarczym czyli materialnym. Pod względem duchowym wystarczy, gdy dobro ma charakter w znaczeniu prawa naturalnego, jak np. dobrostan i bezpieczeństwo rodzin, dzieci, chorych, niepełnosprawnych, także rozwój i postęp naukowy, kulturowy. Te wartości muszą być zgodne z prawem naturalnym, czyli z porządkiem etycznym poznawalnym rozumowo. 

2. Wyczerpane zostały pokojowe środki zażegnania zagrożenia dla tych dóbr, jak np. ochrony życia narodu czy jego części, czy też jego tożsamości zgodnej z prawem naturalnym. 

3. Stosowane mogą być jedynie środki adekwatne do osiągnięcia takiej ochrony, a nie dążące zasadniczo do unicestwienia wroga w jego bycie zbiorowym czy narodowym, chyba że ten byt stanowi zagrożenie. Ten ostatni przypadek ma miejsce wtedy, gdy dany wrogi naród czy społeczność cechuje ideologia (czy "religia"), w skład której wchodzi dążenie do unicestwienia czy zniewolenia innych narodów. Wówczas oczywiście należy najpierw dążyć do oddzielenia od takiej ideologii. Sprawa jest oczywiście delikatna i taki cel jest trudny do osiągnięcia. 

Jak widać, prawidłowa ocena zależy od wielu danych, które raczej rzadko są publicznie i powszechnie znane, aczkolwiek są takie przypadki. 

Przykładem wojny sprawiedliwej są tzw. krucjaty, czyli wyprawy wojenne narodów chrześcijańskich podjęte dla obrony i ochrony życia chrześcijan w Ziemi Świętej, bestialsko mordowanych i uciskanych przez muślimów. Jeśli zdarzały się nieetyczne zachowania czy może nawet okrucieństwa ze strony uczestników wypraw krzyżowych, to nie należą one oczywiście do wojny sprawiedliwej, nawet jeśli zostały popełnione w związku czy przy okazji wojny sprawiedliwej jaką była krucjata. 


Formacja kapelanów wojskowych


 Nie z
Nie znam podręcznika katolickiej teologii moralnej, który by wprost wypowiadał się w temacie. Kwestia dotyczy zarówno kwestii prawdomówności jak też udziału duchownych w działaniach wojskowych. Bezpośredni udział w walce był duchownym zawsze zakazany przez prawo kościelne. Mówiło się "z orężem w ręku", ale moim zdaniem dotyczy to także udziału w działaniach wywiadowczych itp. Co do prawdomówności to zasada dotyczy tak samo duchownych jak i świeckich. Pozostaje kwestia, czy fałszowanie tożsamości jest moralnie dopuszczalną metodą ukrywania prawdy. Moim zdaniem należy odróżnić tożsamość w znaczeniu nazwiska od tożsamości związanej z wyznaniem wiary. Nazwisko jest sprawą umowną i zmienną, natomiast wyznanie wiary jest zasadniczo niezmienne. Dlatego podawanie przybranego doraźnie nazwiska nie uznałbym za grzech, natomiast podawanie fałszywego wyznania już grzechem jest.

Wiadomo natomiast, że już przed II wś. w Polsce miała miejsce infiltracja Kościoła - nawet hierarchii na wysokim szczeblu - przez kręgi piłsudczykowsko-masońskie. Dowodem są fałszerstwa nawet w dziedzinie liturgii, jak fałszywe tłumaczenie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, gdzie "populus olim electus" zostało bluźnierczo zafałszowane na "naród niegdyś szczególnie umiłowany", jakoby Pan Bóg jeden naród miłował bardziej niż inne narody. 


Judeo"chrześcijaństwo" Marka Jurka (z post scriptum)


Znajomość późniejszych losów niegdysiejszych znajomych bywa niekiedy bardzo przykra. Zwłaszcza wtedy, gdy z wiekiem nie pojawia się przyrost wiedzy i moralności, lecz raczej fakty, które bynajmniej nie świadczą o takim przyroście (nawet jeśli nie są one zupełnie zaskakujące). 

Marek Jurek mówi ostatnio o sobie, że nie jest czynnym politykiem. Jednak od pewnego czasu, mniej więcej od roku, pojawia się publicznie chyba tylko w jednej tematyce. Chodzi o głośny "manifest 16-tu", który jest aktem szczególnie haniebnym (więcej tutajtutaj, tutaj, tutaj), a także o wydarzenie nowsze, mianowicie o polemikę ze znanym historykiem i jutjuberem Piotrem Zychowiczem w kwestii wojny w Palestynie. 

Nie wchodząc w szczegóły dyskusji tych panów, która jest swoją drogą godna uwagi, zwłaszcza z powodu wiedzy i argumentów Zychowicza, zwrócę uwagę na dwa główne "argumenty" ze strony Jurka, które nie zostały odpowiednio potraktowane ani przez tego pierwszego, ani przez prowadzącego debatę Igora Janke. 

Po pierwsze, Jurek przyrównuje powstanie państwa izraelskiego do kolonizacyj, które miały miejsce w różnych okresach historii aż do XIX wieku. Jest to dość zdumiewające, gdyż świadczy albo o ignorancji historycznej, albo o zakłamaniu, albo o jednym i drugim. Jurek widocznie utożsamia kolonizację z podbojem czyli okupacją obcego terytorium należącego do innej społeczności czy wręcz innego państwa. A jednak jest sporo przykładów historycznych na błędność tego utożsamiania. Mamy przecież kolonie greckie w basenie Morza Śródziemnego, mamy kolonizację Europy Wschodniej przez Polaków i Niemców, a przedtem Niemcy osiedlali się na terenach polskich nie po to, żeby przyłączyć te z ziemie do Rzeszy czy żeby stworzyć tutaj państwo niemieckie, lecz się asymilowali i wnosili swój wkład w rozwój gospodarczy i kulturowy. Podobnie czyniła szlachta polska na Kresach. Owszem, są też inne przykłady, które, choć nazywane kolonizacją, były właściwie okrutnym, niszczycielskim i śmiertelnym dla rodzimych ludów i kultur podbojem, jak zwłaszcza w Ameryce Północnej ze strony protestantów i też żydów przybyłych z Europy. Historyk, a nawet każdy choćby średnio wykształcony człowiek ma obowiązek rozróżniania faktów i pojęć. Tak więc nazwanie tego, co się dzieje od pierwszej połowy XX w. w Palestynie, "kolonizacją" jest dość podłą manipulacją. 

Po drugie, Jurek odnosząc się do wskazania przez Zychowicza na ewidentne zbrodnie popełniane przez wiadome państwo położone w Palestynie, odpowiada, że przecież chodzi o wojnę. Zakładając, że jako historyk i podający się za katolika ma choćby blade pojęcie co do katolickiego nauczania o wojnie sprawiedliwej, nie pojmuję, jak można tak bezczelnie oszukiwać publiczność. Otóż nauczanie katolickie podaje dość wyraziste warunki, które muszą być spełnione, by dana wojna - czyli konkretnie stosowane środki w konflikcie zbrojnym - mogła zostać uznana za sprawiedliwą czyli moralnie godziwą. Są to przede wszystkim:

- przyczyną konfliktu musi być poważne naruszenie zasad sprawiedliwości na poziomie ogólnoludzkim, czyli mówiąc współcześnie naruszenie praw człowieka w skali społecznej, masowej, 

- wyczerpane zostały środki pokojowe mające zaradzić temu naruszeniu i pozostaje jedynie starcie zbrojne,

- środki zbrojne stosowane w starciu muszą być współmierne i adekwatne do celu, jakim jest przywrócenie porządku sprawiedliwości (takim środkiem z całą pewnością nie jest zabijanie ludności cywilnej czy zabór terytorium należącego do niej).

Katolik wie też, że nie chodzi tutaj o specyficznie katolicką doktrynę, nawet jeśli de facto jest ona nauczana głównie czy niemal wyłącznie przez Kościół, lecz o zasady wynikające z prawa naturalnego, które jest poznawalne rozumowo bez konieczności odwołania się do Bożego Objawienia czyli prawd wiary katolickiej. 

Nasuwa się pytanie, co doprowadziło M. Jurka do takiego stanu umysłowo-moralnego. Można się domyślać. Sapienti sat. 



Post scriptum

Pojawiła się wypowiedź jednego z polityków (czyli kolegów), która poniekąd wyjaśnia:


Z tego przykładu prawdopodobnie wynika, że M. Jurek zawsze był i jest na czyichś usługach. Można się domyślać, kto za nim stoi. 


Czy wolno uciekać przed wojną?


Rzeczywiście obowiązek wobec własnej rodziny ma rangę wyższą niż obowiązek zbrojnej obrony państwa. Owszem, istnieją także obowiązki wobec państwa jako formy organizacji życia społecznego, czyli chodzi o obowiązki wobec społeczności, która zwykle ma zasługi także względem rodziny. Należy jednak rozróżnić między społeczeństwem i narodem a państwem. Jeśli władze państwowe działają ewidentnie wbrew dobru narodu i społeczeństwa, to nie tylko nie ma obowiązku posłuszeństwa lecz jest obowiązek sprzeciwu przynajmniej biernego. Formą sprzeciwu może być emigracji dla ochrony życia swojej rodziny i swojego. 

Jest jednak jeszcze inny istotny aspekt: obowiązek wobec społeczności wiary czyli Kościoła. Jeśli wojna jest agresją nie tylko na byt narodu i państwa narodowego, lecz także na wspólnotę prawdziwej religii jaką jest Kościół Chrystusowy, wówczas byt doczesny własnej rodziny i swój ma rangę niższą, gdyż chodzi o wartości duchowe. 

Drugie pytanie:
Oczywiście wojna sprawiedliwa polega nie tylko na sprawiedliwym celu i konieczności walki zbrojnej, lecz wymaga także stosowania adekwatnych środków. Jeśli nie ma zdolności posługiwania się uzbrojeniem bądź uzbrojenie jest niewystarczające, w wyniku czego jest małe prawdopodobieństwo zwycięstwa w walce czy przynajmniej skutecznej obrony, wówczas taka walka nie jest sprawiedliwa i nie należy jej podejmować. 

Trzecie pytanie:
Dobro rodziny ma pierwszeństwo przed dobrem społeczności, oczywiście o ile ze sobą konkurują czy są w sprzeczności. Jak wyżej: mamy obowiązek moralny wobec społeczności proporcjonalny do praw i korzyści otrzymywanych od niej. Obowiązek wobec państwa - de facto wobec elity rządzącej - jest jeszcze dalszy i zachodzi tylko wtedy, gdy dobro i trwanie państwa jest tożsame czy przynajmniej ściśle powiązane z dobrem własnej rodziny i społeczności. 

Czwarte pytanie:
Używanie wulgaryzmów, nawet w zrozumiałym i słusznym gniewie, nigdy nie jest ani dobre ani skuteczne, a jest szkodliwe pod każdym względem, mimo chwilowego rozładowania emocjonalnego. 

Czy postawa tzw. żołnierzy wyklętych była moralna?

 

Przyznaję, że nie zajmowałem się bliżej historią tzw. żołnierzy wyklętych, zwanych też niezłomnymi. Pytanie jest słuszne. 

Otóż należy odróżnić, czy ich postawa polegała na ukrywaniu się przed zbrodniczą władzą komunistyczną, czy też podejmowali walkę zbrojną przeciw tej władzy. To są dwie różne sprawy. Oczywiście ukrywanie się czyli ochrona czy obrona własna przed prześladowaniami jest jak najbardziej zrozumiała i słuszna. 

Natomiast jeśli chodzi o podejmowanie walki zbrojnej to także tutaj obowiązują zasady wojny sprawiedliwej, gdzie oprócz dobrego celu musi zachodzić niemożliwość osiągnięcia go środkami pokojowymi oraz adekwatność środków zbrojnych do zamierzonego celu. 

Jeśli ich walka polegała tylko na atakowaniu poszczególnych przedstawicieli władzy komunistycznej bez realnych szans na obalenie tej władzy przynajmniej na jakimś ograniczonym obszarze, to nie był spełniony warunek adekwatności i tym samym nie można ich walki uznać za wojnę sprawiedliwą mimo szczytności celu i osobistego bohaterstwa. Nie przesądza to o winie moralnej, gdyż byli to prawdopodobnie ludzie wychowani na fałszywych ideałach romantyczno-sanacyjnych. 

Czy "akt poświęcenia" jest ważny? (z aktualizacją)

 


Sprawa już przebrzmiała. Nie miałem możliwości wypowiedzenia się na bieżąco i nadal póki co niestety nie mam dostępu do mojego warsztatu teologicznego, by dokładniej omówić sprawę. 

Właściwie jednak sprawa jest prosta. Po pierwsze, wygląda na to, że kwestia Rosji w objawieniach przypisywanych Matce Bożej w Fatimie jest wątpliwa, tzn. wcale nie jest pewne, że Matka Boża w ten sposób i w ogóle mówiła o Rosji, gdyż nie ma o tym mowy w oficjalnie uznanych objawieniach, czyli tych, które miały miejsce od 13 maja do 13 października 1917 r.  Takie słowa pojawiają się dopiero w rzekomych wspomnieniach s. Łucji, pisanych i wydanych dopiero ponad 20 lat później , gdy s. Łucja nie pojawiała się publicznie. Istotne jest, że swoje pierwotne wspomnienia napisane w 1927 r. s. Łucja na polecenie przełożonych spaliła (ciekawe dlaczego zostało wydane takie polecenie, a w każdym razie potwierdza ono wątpliwości i zastrzeżenia odnośnie do tożsamości i wiarygodności osoby podawanej od lat 40ych za s. Łucję Dos Santos). Wspomina o tym x. prof. Johannes Stöhr, emerytowany profesor dogmatyki, w swoim artykule opublikowanym w aktach sympozjum mariologicznego na stulecie objawień fatimskich (w: M. Hauke [ed.], Fatima - 100 Jahre danach. Geschichte, Botschaft, Relevanz - Mariologische Studien XXV, Regensburg 2017):



Dopiero obecnie znane wspomnienia (rzekomej) s. Łucji, pisane w 1941 r., wspominają o Rosji. Oto dowód z dokumentów wydanych przez sanktuarium w Fatimie:


Tak więc nie jest pewne nawet to, że te słowa zostały rzeczywiście podane przez (prawdziwą) s. Łucję, a jeśli by nawet zostały tak podane, to ich pochodzenie od Matki Bożej jest osobną sprawą, także wątpliwą. W każdym razie to pochodzenie nie zostało nigdy oficjalnie uznane przez Kościół. 

Po drugie, sama treść rzekomych słów Matki Bożej jest wątpliwa. Uzależnienie losów świata od jednego aktu-modlitwy jest teologicznie wątpliwe. Skoro według woli Bożej codziennie sprawowane setki tysięcy, nawet miliony Mszy św. nie zmieniają radykalnie dziejów ludzkości w znaczeniu całkowitej ochrony przed wojnami i zbrodniami, to wiązanie nadziei tego typu z jednym aktem, który nie jest sakramentem, wydaje się sprzeczne z ekonomią Zbawienia w perspektywie całej historii. 

Po trzecie, wprawdzie nie ulega wątpliwości, iż Rosja w ówczesnym momencie historii rzeczywiście była szczególnym miejscem na świecie, miejscem wyjątkowych zbrodni przeciw religii, Kościołowi i ludzkości. Jednak pominięcie wszystkich innych tragedii, cierpień i problemów ludzkości i Kościoła wydaje się bardzo mało prawdopodobne ze strony Matki Zbawiciela. Wszystkie uznane przez Kościół objawienia Marijne mają charakter uniwersalny, są zwrócone do całego Kościoła i całej ludzkości. Nigdy nie był piętnowany jeden kraj i to w sposób sprzeczny z rzeczywistą historią. Wszak komunizm nie był wynalazkiem rosyjskim, lecz zupełnie innych regionów świata i narodów. Odwrócenie uwagi od tych faktów z całą pewnością nie może pochodzić od Boga. Oczywiste jest, że w owym momencie historii Rosja zasługiwała na szczególną uwagę i troskę, jednak sposób, w jaki zostało to ujęte w rzekomych słowach Matki Bożej, jest wysoce wątpliwy, gdyż wręcz wypaczający proste fakty historyczne. Błędy i zbrodnie komunizmu zostały wpierw narzucone Rosji, nawet jeśli z czasem Rosja sowiecka stała się ich centralą i głównym promotorem. 

Po czwarte, pytanie o "ważność" aktu poświęcenia jest niewłaściwe i błędne. Wszak nie może chodzić o ważność w znaczeniu sakramentalnym czy choćby analogicznym do sakramentalnego. W niektórych publikacjach pojawia się ono jako kwestia, czy "niebo przyjmie" taką czy inną formułę aktu poświęcenia. Nie trudno dostrzec tutaj myślenie wręcz magiczne, skoro skuteczność modlitwy - a tym jest właściwie taki akt poświęcenia - uzależnia się od spełnienia szczegółowych warunków wyznaczonych w rzekomych słowach objawienia w Fatimie. 

Po piąte, wygląda na to, że Franciszek chętnie uległ presji chwili, czyniąc akt, którego spodziewały się a nawet domagały kręgi zwłaszcza bardziej niby konserwatywne w Kościele. To służy jego popularności, a równocześnie odwraca uwagę od faktu, że obecnie największe błędy i zgnilizna moralna, godząca w życie ludzkie, w rodziny i w godność ludzką pochodzą nie tyle z Rosji, co z tak zwanego Zachodu, który jest ofiarą przedsięwzięć bandy globalistów, jak to stało się oczywiste w ostatnich latach. Zresztą sposób dokonania tego aktu bynajmniej nie wyraża powagi sprawy i chwili, ani szacunku dla Matki Bożej. Od tego "ważność" oczywiście nie zależy, wyraża jednak poważne - a raczej niepoważne - traktowanie. 

Wojna a objawienia fatimskie

 


Tutaj zawarte są dwie osobne kwestie:
1. polityczno-historyczna: przyczyny obecnego konfliktu między Rosją a Ukrainą, 
2. teologiczna: znaczenie objawień prywatnych oraz ich związek z wydarzeniami historycznymi. 

Kwestię 1. pominę, gdyż po pierwsze nie jestem politologiem ani historykiem, a po drugie, jest to kwestia dość złożona, którą będzie można rozważyć solidnie dopiero z perspektywy czasu oraz w oparciu o dokumenty. Zaś tymczasem dominuje propaganda z obydwu stron konfliktu, co uniemożliwia czy przynajmniej istotnie utrudnia obiektywną ocenę zdarzeń oraz ich przyczyn.

Przy tej okazji warto mieć na uwadze katolickie nauczanie o wojnie sprawiedliwej. Jego zasady są proste, jednak ich zastosowanie do obecnej sytuacji nie jest łatwe, gdyż wymaga to rzetelnej znajomości faktów, co w obecnym stanie raczej nie jest możliwe.

Zadane pytanie sugeruje, że obecna sytuacja wynika z braku nawrócenia Rosji, do którego miało prowadzić poświęcenie tego kraju Niepokalanemu Sercu Najświętszej Mariji Pannie. To by oznaczało stawianie Rosji w roli grzesznika i winowajcy w odniesieniu do aktualnego konfliktu, czyli wykorzystanie treści rzekomych objawień fatimskich do wydania oceny historyczno-politycznej, co oczywiście jest niedopuszczalne metodycznie. 

Wyjaśniam: 
Przede wszystkich należy mieć na uwadze, że tzw. tajemnice fatimskie - a to w drugiej z nich zawarte są słowa o Rosji - nie należą do uznanych przez Kościół objawień Matki Bożej, które miały miejsce od 13 maja do 13 października 1917 r. Pochodzą one dopiero z późniejszych rzekomych objawień danych s. Łucji (bądź rzekomej s. Łucji) z roku 1927, a opublikowanych w 1942 r. Tym samym nie ma żadnych podstaw do przypisywania tym textom wiarygodności w znaczeniu uznania przez Kościół. 

Jeśli by nawet założyć autentyczność - czyli boskie pochodzenie - tzw. drugiej tajemnicy fatimskiej, warto zauważyć: 

- Z całą pewnością Rosja jako kraj jest bardzo daleka od nawrócenia w znaczeniu katolickim.
- Jest również oczywiste, że poświęcenie Rosji według treści tzw. drugie tajemnicy fatimskiej niestety nie zostało spełnione, a to ze względów politycznych i ekumaniackich. Jak wiadomo, Jan Paweł II pragnął odbyć podróż do Rosji i miał nadzieję, że uniknięcie spełnienia żądania z z tzw. drugiej tajemnicy pomoże mu w osiągnięciu tego celu. Ponadto zapewnie nie chciał też pogarszać stosunków z Rosją już i tak napiętych wskutek ustanowienia katolickich struktur kościelnych w tym kraju. 
- Objawienia prywatne, o ile są autentyczne, jako orędzia mają charakter prorocki, to znaczy są apelem, wezwaniem do działań ze strony ludzi. Jeśli wezwanie jest warunkowe, to oczywiście należy liczyć się z konsekwencjami działania ludzkiego bądź tegoż zaniechania. Innymi słowy: o ile nie nastąpiło wypełnienie wezwania z tzw. drugiej tajemnicy fatimskiej, o tyle należy spodziewać się zapowiedzianych skutków niewypełnienia. 
- Trudno jednak ocenić, czy obecny moment jest spełnieniem zapowiedzi. To dopiero okaże się w rozwoju sytuacji. 
- Na pewno autentyczne, czyli uznane przez Kościół orędzie fatimskie (a do niego nie należą tzw. tajemnice fatimskie) jest nadal aktualne, a to oznacza aktualność wezwania do nawrócenia, pokuty i modlitwy za grzeszników. Owoce są pewne, nawet jeśli ich konkretnej postaci nie można przewidzieć. 

Czy katolikowi wolno unikać służby wojskowej?


Pytanie dotyczy zwłaszcza dwóch kwestij:

- obowiązku obrony ojczyzny
- wojny sprawiedliwej

Służba wojskowa nie oznacza automatycznie udziału w wojnie, lecz ma z nim związek przynajmniej potencjalnie. Jednak związek nie jest tożsamością. 

Kwestia obrony ojczyzny jest dość szeroka. Z obowiązków wobec społeczności nie wynika samo przez się obowiązek walki zbrojnej, ani tym bardziej obowiązek służby wojskowej. Chodzi oczywiście o obowiązek moralny, nie nakaz ustawowy. Nakaz ustawowy powinien być mierzony obowiązkiem moralnym. 

Mówiąc w skrócie: obowiązek obrony kraju i państwa jest podrzędny wobec obowiązków rodzinnych. On czerpie swoją moc z powinności wobec rodziny, nie odwrotnie. Analogicznie także służba wojskowa musi być podporządkowana dobru rodziny, a dopiero w dalszej kolejności dobru państwa. Oczywiście dobro rodziny może wymagać zbrojnej służby w obronie suwerenności państwa, jednak nie jest tożsame ze służbą wojskową. Tym samym może zachodzić sprzeczność między dobrem społeczności jaką jest rodzina a wypełnieniem nałożonego przez państwo obowiązku wojskowego. Wówczas unikanie a nawet sprzeciw jest nie tylko moralnie dopuszczalny lecz moralnie obowiązujący, tym bardziej jeśli dana władza działa w sposób sprzeczny czy to z dobrem rodziny i tym samym narodu, czy nie do pogodzenia z etycznymi zasadami wojny sprawiedliwej. Przykład z historii: moralnym obowiązkiem było unikanie służby wojskowej w armii hitlerowskiej, o ile było jasne rozeznanie co do zbrodniczych celów i działań tej armii. 

Jak zaznaczyłem, sama służba wojskowa nie musić oznaczać udziału w wojnie, to znaczy w danym momencie zwykle nie wiadomo, do jakich celów władza zechce użyć wojska. Jeśli z prawdopodobieństwem można założyć, że dane państwo nie użyje swego wojska do wojny niesprawiedliwej, wówczas wolno brać udział w służbie wojskowej, która zwykle jest przygotowaniem do działań wojennych przynajmniej potencjalnych. 

Wchodzi tutaj kwestia, czy lepszym rozwiązaniem dla obronności kraju jest armia zawodowa czy też powszechny obowiązek służby wojskowej. Z całą pewnością powszechny obowiązek nie może stać w sprzeczności ani z dobrem rodzin, ani z wolnością sumienia. Innymi słowy: państwo nie ma prawa narzucać udziału w działaniach wojennych ani w ich przygotowaniu (w postaci obowiązkowej służby wojskowej), jeśli nie istnieje konieczność zbrojnej obrony dobra wspólnego, a nie tylko interesów danej władzy. 

Oczywiście jest tutaj kwestia oceny zarówno konieczności jak interesów. Kryteria powinne być tutaj obiektywne, czyli zgodność z prawem naturalnym, a równocześnie państwo powinno respektować osąd sumienia, który jest zgodny z tym prawem. Także państwo nie ma prawa działać wbrew prawu naturalnemu, czyli wbrew dobru rodzin, czy w sprzeczności z zasadami wojny sprawiedliwej.

Podsumowując:
Unikanie narzuconej przez państwo służby wojskowej jest moralnie w porządku, o ile ten obowiązek nie wynika bezpośrednio z prawa naturalnego, konkretnie z obowiązku obrony naturalnej podstawowej komórki społecznej jaką jest rodzina. Dotyczy to także już przygotowania do życia w rodzinie. Przynajmniej teoretycznie może być tak, że obowiązek służby wojskowej służy przygotowaniu do życia rodzinnego i społecznego. To musi być jednak wyraźnie zamierzone oraz zasadniczo realizowane, by wynikał z tego moralny obowiązek udziału w służbie wojskowej. 

Na koniec parę uwag historycznych:
Wprawdzie już w starożytnej republice rzymskiej - ale nie w imperium rzymskim - istniał rodzaj powszechnego obowiązku wojskowego, a władcy w swoich państwach dorywczo i doraźnie zobowiązywali swoich poddanych do walki zbrojnej (jak król szwedzki Gustaw II Adolf w XVII w. oraz inni władcy protestanccy), to jednak dopiero rewolucja masońska we Francji wprowadziła w 1793 r. powszechną rekrutację do służby wojennej (levée en masse). W te ślady poszły Prusy w 1871 r. oraz Rosja w 1874 r. Powszechna służba wojska umożliwiła uformowanie masowych armij, co z kolei umożliwiło wojny światowe w XX w., czyli masowe zabijanie i niszczenie w skali nieznanej dotychczas w historii. 
Zaś pod względem prawnym powszechna służba wojskowa jest właściwie okresową pracą przymusową, co stanowi problem pod względem przynajmniej moralnym i jest co do definicji, dokładnie biorąc, sprzeczne z tzw. europejską konwencją praw człowieka (według art. 4 stanowi wyjątek sprzeczny z ogólną zasadą wolnego wyboru pracy). 

Czy duchowny może nosić oręż?



Postawione pytanie wiąże się oczywiście z kwestią stosunku Kościoła do walki orężnej, choć jest osobne. Bardziej dotyczy stosunku między Kościołem i państwem, a zwłaszcza różnicy między stanem duchownym i świeckim. 

Sprawa używania oręża przez duchownych pojawia się zasadniczo w dwóch kwestiach:

- polowań w sensie rozrywki (czyli nie dla zdobycia pożywienia), oraz

- służby wojskowej z orężem. 

Ojcowie Kościoła zasadniczo krytycznie podchodzili także do tego typu rozrywki elit społecznych jak polowania. Ich wypowiedzi w temacie pojawiają się głównie przy okazji komentowania słów Pisma św., zwłaszcza Psalmu 90, 2-3 oraz Księgi Rodzaju 10, 8-10. 

Św. Augustyn (Enarr. in Ps 112, 3; CCSL 40, 1464) nazywa polowanie "niecną sztuką" oraz "przywarą":


Nawet uciechę widzów przy polowaniu uważa za grzech zasługujący na karę na sądzie Bożym (Enarr. in Ps 147, 3; CCSL 40, 2141):

Polowanie jest uciechą dla demonów, podobnie do teatru i krwawych igrzysk (Sermones, 198; PL 38, 1026):

Przez nie widzowie stają się podobni do demonów (De catech. 16; CCSL 46, 150):



Ta opinia odnosi się oczywiście do polowań jako widowisk. Podobnie jednak mówi o przyjemności w polowaniu i w pożywieniu zdobytym przez polowanie:


(Contra Acad. I. 3; CCSL 29, 4)


(Enarr. in Ps 76, 14; CCSL 39, 1061)


(De octo quaest. 4; CCSL 33, 470)

(Enarr. in Ps 38, 2; CCSL 38, 403)

Według św. Cezarego z Arles polowania jak też inne tego typu rozrywki zaciemniają umysł:


(Sermones 61, cap. 3; CCSL 103, 269)

Diabeł jest tym, który poluje na dusze i je podstępem chwyta:

(Sermones 237, cap. 2; CCSL 103, 954)

Papież św. Grzegorz Wielki (Reg. epist. IX, 219; CCSL 140A, 785) uważał, że polowanie i łowienie ptaków oraz zwierząt polega na podstępie:



Po tej samej linii św. Beda utożsamiał polowanie z czymś niecnym (In principium Genesis III, 10; CCSL 118A, 144-146), a szatana nazywał "łowcą dusz" (ibidem 151):


Równocześnie znajdujemy w Piśmie św. fragmenty ukazujące połów pozytywnie:
- Prorok Jeremiasz (16, 16) w wizji wyzwolenia z niewoli babilońskiej mówi, jak Bóg będzie zbierał lud do powrotu do ziemi obiecanej: że wyśle rybaków i łowców, żeby łowili lud z gór, pagórków i szczelin. 
- Sam Pan Jezus (Mt 4, 19) mówi, że uczyni swoich uczniów "rybakami ludzi". 

Nawet św. Hieronim, który w ostrych słowach potępia polowanie dla rozrywki, nazywa Apostołów "łowcami Chrystusowymi":


(In Hierem. proph. III, 65; CCSL 74, 158-159)


(Comm. in Jes. VII, CCSL 73, 309)

Chromacjusz z Akwilei nazywa Apostołów "rybakami i łowcami" (Tract. in Mat. XVI; CCSL 9A, 264 ):

Podsumowując można powiedzieć, że łowy i polowanie w sensie rozrywki były oceniane negatywnie, aczkolwiek w znaczeniu przenośnym - w odniesieniu do działalności duchowej Kościoła - miały wydźwięk neutralny. Należy to tak rozumieć, że świecka rzeczywistość połowów, pierwotnie konieczna do przeżycia jako zapewnienie pożywienia, posłużyła jako obraz i porównanie dla rzeczywistości duchowej. 

Tym niemniej negatywne było stanowisko prawne w tej sprawie względem duchownych. Synod w Agde w Galli (506 r.) zakazał duchownym - pod karą interdytku - nawet utrzymywanie psów myśliwskich i sokołów. Chodziło właściwie o zakaz uprawiania polowań jako rozrywki. Ten zakaz był powtarzany, rozszerzany i zaostrzany przez następne synody lokalne. Rozszerzenie polegało między innymi na tym, że rozciągnięto zakaz utrzymywania ptaków łownych także na ksienie klasztorów żeńskich. Zakaz był uzasadniany głównie etycznie: polowanie wynika ze światowej próżności (vanitas). Tym samym odnosił się do rozrywki, nie do zdobywania pożywienia z konieczności. 

Zbiory kanonów, czyli prawa kościelnego jednomyślnie przejęły te zakazy. Słynny Decretum Gratiani mówi (liber extra): 

"Omnibus servis Dei venationes et silvaticas vagationes cum canibus, et accipitres aut falcones interdicimus."

Czyli:
"Wszystkim sługom Boga (= duchownym) zakazujemy polowań i chodzenia po lesie z psami, oraz posiadania jastrzębi i sokołów."

Kodex prawa kanonicznego z 1917 i 1983 r. zakazuje ogólnie tego, co nie licuje ze stanem duchownym. Nie oznacza to wycofania wcześniejszych konkretnych zakazów. Kodex jest najogólniejszą normą prawa kościelnego, która następnie powinna być w tego typu sprawach konkretyzowana w prawie partykularnym, czyli diecezjalnym i zakonnym. 

Po części innego rodzaju jest kwestia posiadania, noszenia i używania oręża do walki zbrojnej. Są jednak części wspólne i styczne. Otóż nie jest zakazane duchownym posiadanie broni czy to białej czy palnej. Tym samym dozwolone jest także używanie jej dla potrzeb codziennych, czy to upolowania zwierzęcia na pożywienie, czy też w razie konieczności obrony własnej. Należy przy tym mieć na uwadze nieostrość definicji broni, gdyż już także zwykły nóż może służyć jako oręż w walce. Nie ma ogólnego prawnego zakazu dla duchownych ani posiadania oręża, ani stosowania przemocy w obronie własnej, także z użyciem broni. 

Głównym problemem jest służba wojskowa, zarówno obowiązkowa jak też ochotnicza. 

Prawo kanoniczne (KPK 1983) zakazuje duchownym ochotniczej służby wojskowej bez zgody ordynariusza:



Zakaz dotyczy nie tylko służby w regularnej armii, lecz także każdego rodzaju walki zbrojnej, w tym partyzanckiej. 

Kanon ten dotyczy bezpośrednio wprawdzie własnowolnej walki zbrojnej, ale jest dostosowany do sytuacji, gdy państwo narzuca duchownym obowiązkową służbę wojskową. Temat ten był dyskutowany od czasu pojawienia się takiej służby, co miało miejsce chyba dopiero w porewolucyjnej Francji oraz w komuniźmie. 

Dla zrozumienia tego zakazu konieczne jest uwzględnienie stosunku chrześcijaństwa do walki zbrojnej. Jak we wszystkich kwestiach moralnych, z pozycji katolickiej należy odróżnić prawo naturalne od prawa objawionego, czyli Ewangelicznego, co oczywiście nie oznacza sprzeczności. Niezrozumienie ich wzajemnego związku jest zwykle źródłem błędów myślowych i teologicznych. 

Naczelną zasadą w tej kwestii niezależność Kościoła od państwa, co oznacza, że państwo nie ma prawa narzucać czegoś, co jest sprzeczne z naturą i prawnym porządkiem Kościoła. Konkretnie dotyczy to także reguł, wynikających z istoty i zadań stanu duchownego. 

Według teologii katolickiej Kościół jest doskonałą społecznością (societas perfecta). Oznacza to, że został tak ustanowiony, że do wypełnienia swojej misji nie potrzebuje żadnej innej społeczności ani władzy, lecz posiada wszelkie środki ku temu. W konsekwencji oznacza to niezależność od wszelkiej władzy i zwierzchności. Żadna władza nie ma prawa narzucać Kościołowi reguł i postępowania wbrew jego konstytucjonalnym zasadom. Dotyczy to także istoty oraz roli stanu duchownego. Przykład odwrotny pomaga zrozumieć tę zasadę: słusznie władza państwowa uznałaby za niedopuszczalną ingerencję w jej dziedzinę, gdyby Kościół próbował dyktować, których urzędników i do jakich zadań państwo ma ustanawiać. Tak samo państwo nie ma prawa decydować o wyborze i zadaniach duchownych, także odnośnie służby wojskowej, to znaczy nie ma prawa wymagać od nich tej czy jakiejkolwiek innej służby, zwłaszcza sprzecznej z istotą i zadaniami tego stanu. O tej sprzeczności orzeka oczywiście nie państwo lecz Kościół. 

Stan duchowny w Kościele polega na ściślejszym, sakramentalno-hierarchicznym związku z Boskim Założycielem i tym samym na przewodzeniu Kościołowi w Jego imieniu, z Jego zlecenia i według Jego woli. Wynikają stąd większe zobowiązania w porównaniu z ogółem wiernych, w tym między innymi rola wzorcowa i wyższa ranga duchowa oraz instytucjonalna. 

Oprócz niezawisłości Kościoła i jego "urzędników" czyli duchownych od państwa, drugą fundamentalną zasadą jest specyfika zarówno misji Kościoła jak też stanu duchownego, którego zadaniem jest przewodzenie tej misji oraz czuwanie nad wiernością wobec niej. Tą misją jest zbawienie dusz, czyli prowadzenie do dóbr wieczystych, nie doczesnych i ziemskich. Dobra doczesne są jedynie środkami osiągnięcia nieprzemijalnych. W takim rozumieniu zasadniczo nie ma - nie musi być - między nimi sprzeczności, jednak faktycznie może się pojawić sprzeczność czy przynajmniej niezgodność, jak to nierzadko bywało i bywa w dziejach ludzkości. 

Misją duchownych jest działanie w imieniu i "w osobie" (in persona) Jezusa Chrystusa. To On sam wybiera ich do tej posługi i nikt, zwłaszcza państwo, nie ma prawa w tym przeszkadzać. To działanie polega na 
- nauczaniu
- uświęcaniu, oraz
- przewodzeniu według celu Kościoła, który jest inny niż cel państwa (jak wyżej wspomniane). 

Wymaga to ścisłej więzi duchowej z samym Jezusem Chrystusem, która jest podstawą reprezentowania Go zarówno wobec wiernych świeckich jak też państwa. 

Jest oczywiste, że to zadanie jest zasadniczo inne niż powołanie i zadania żołnierza. Kapłan ma ratować dusze nieśmiertelne, ma szukać zagubionych i prowadzić na drogę nawrócenia i pokuty, podczas gdy misją żołnierza jest walka z wrogami ojczyzny, jeśli to konieczne także pozbawiając ich życia doczesnego, bez możliwości troski o ich zbawienie wieczne (oczywiście oprócz modlitwy). 

Posłannictwem duchownych jest niesienie pokoju, co wyraża pozdrowienie, które Jezus Chrystus przekazał i nakazał swoim uczniom: "pokój wam" (Łk 10, 5). Oczywiście jest to pokój Chrystusowy, który wymaga także stanowczości w prawdzie, nawet sprawiedliwego ukarania w razie konieczności (stąd się biorą kary kościelne, wśród których nota bene nie ma kary śmierci). Natomiast Chrystus Pan nie pozwolił swoim Apostołom stosować oręża nawet w obronie Swojej własnej Osoby, gdy powiedział do św. Piotra: "schowaj swój miecz do pochwy" (Mt 26, 52). 

W tym sensie należy rozumieć słowa św. Pawła skierowane do umiłowanego ucznia św. Tymoteusza: "Pracuj jak dobry żołnierz Jezusa Chrystusa. Kto walczy dla Boga, ten nie miesza się do spraw światowych" (2 Tm 2, 3). Konkretnie jest to rozwinięte w tradycyjnym obrzędzie święceń prezbiteratu, gdzie biskup namaszczając ręce neoprezbitera mówi, że jego zadaniem jest błogosławienie i poświęcanie:


Dlatego właśnie św. Paweł mówiąc o kryteriach wyboru do stanu duchownego podkreśla, że nie jest zdatny ten, kto jest skory do bicia czyli stosowania przemocy fizycznej (1 Tm 3,3):




Podobnie mówi Didache, czyli "nauka dwunastu Apostołów", że mają to być mężowie nie gniewu lecz pokoju:


Tak samo syryjskie Didaskalia Apostolorum (IV), gdzie jest wprawdzie mowa o wyborze na biskupa, jednak należy pamiętać, że te same zasady - z powodu jedności sakramentu święceń - obowiązują także odnośnie prezbiterów:


Orygenes odpowiadając na zarzuty Kelsusa (Contra Cels. VIII, 73) argumentuje, że skoro nawet pogańscy kapłani są zwolnieni z udziału w wojnie, to tym bardziej kapłani Chrystusa, których orężem jest modlitwa: 

Na tej podstawie kanony wydane przez synody i sobory zabraniają duchownym noszenie oręża oraz zbrojnego udziału w wojnach. W tym sensie także Sobór Trydencki (Sess. XXV, De ref. XX) podkreśla pochodzącą z ustanowienia Bożego nietykalność (immunitas) duchownych w zadaniach świeckich, do których należy także służba na wojnie:


Oczywiście nie wyklucza to posługiwania się orężem czy oddziałami wojskowych dla koniecznej obrony własnej czy terenów kościelnych. 

Czy można wymierzać sprawiedliwość bez państwa?


Przede wszystkim tzw. państwo podziemne można uznać za pewien rodzaj państwa polskiego, ponieważ Polska została bezprawnie, przemocą pozbawiona regularnej państwowości, co daje podstawy przynajmniej moralne - jeśli nie także prawne - do uznania "państwa podziemnego" za swego rodzaju prawowitą, państwo-podobną instytucję narodu polskiego jako formy jego bytowości politycznej. Dlatego działania państwa podziemnego nie są działaniami "samemu", mimo że nie była to ani regularna forma państwowości, ani jego działania nie były wyposażone we wszystkie cechy i narzędzia funkcjonowania państwa.

Tym niemniej pytanie porusza istotny problem stosunku zarówno między społecznością (w tym wypadku narodem polskim) a państwem (w tym wypadku okupanckim, bezprawnym i zbrodniczym), jak też między jednostką a państwem.

Państwo nie jest konieczne do dążenia do sprawiedliwości i jej wymierzania. Przykładem jest zarówno rodzina (w zakresie władzy rodzicielskiej), jak również chociażby Kościół, który ma swój porządek prawny obowiązujący w jego własnej dziedzinie. Tym bardziej społeczność czy naród pozbawiony bezprawnie własnej państwowości ma prawo do porządkowania swojego bytowania według zasad sprawiedliwości, do czego należy także jej wymierzanie, czyli karanie złoczyńców. Oczywiście nie oznacza to dowolności ani w stanowieniu reguł sprawiedliwości ani w ich stosowaniu, lecz muszą być one zgodne z prawem naturalnym, zwłaszcza z naturą człowieka jako istoty społecznej, oraz z dobrem wspólnym zarówno danej społeczności jak też ludzkości. Jeśli porządek prawny "państwa podziemnego" oraz jego stosowanie odpowiadało tym kryteriom, wówczas jego działania są zgodne z etyką nie tylko chrześcijańską lecz także ogólnoludzką. Dotyczy to także wymierzania kar.

Czy katolikowi wolno uprawiać sporty walki?



Generalnie katolikowi wolno wszystko, co nie jest zabronione w prawie kanonicznym czy w Bożym Objawieniu i prawie naturalnym.
Nie ma kościelnego zakazu uprawiania sportów walki. Nie oznacza to jednak, by to uprawienia nie podlegało ogólnym normom moralnym, zwłaszcza miłości Boga i bliźniego.

Sport walki jest moralnie dopuszczalny zasadniczo jako ćwiczenie samoobrony, czyli w znaczeniu praktycznym na zasadzie analogicznej do obrony koniecznej, wojny sprawiedliwej oraz ogólnie stosowania przemocy. Problem jest, gdy chodzi o uprawianie dla zdobycia sławy czy korzyści finansowych. Wówczas nie ma moralnego usprawiedliwienia dla wyrządzania bliźniemu krzywdy czy szkody cielesnej.

Czy walka zbrojna na froncie jest przeszkodą do beatyfikacji?


Mogę odpowiedzieć jedynie ogólnie, ponieważ nie znam wystarczająco tych dwóch przypadków. 

Warunkami wstępnymi do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego są przede wszystkim: odejście do wieczności w opinii świętości oraz stały kult, czyli modlitwy prywatne wiernych, zwłaszcza przy grobie danej osoby, oraz inne oznaki czci oraz świadectwa wysłuchania modlitw za domniemaną przyczyną danej osoby. Z powodu tego drugiego warunku tradycyjnie można było wszcząć proces najwcześniej dopiero 50 lat po śmierci, aczkolwiek papież mógł udzielić dyspenzy w uzasadnionych przypadkach, tzn. gdy sława świętości i łask za wstawiennictwem danej osoby była powszechna oraz w stopniu nadzwyczajnym. Niestety ten wymóg trwałego, spontanicznego kultu ze strony wiernych został w ostatnich dziesięcioleciach zlekceważony przez zredukowanie czasu oczekiwania na wszczęcie procesu do 5 lat (w niektórych przypadkach nawet z tego wymogu dyspensowano). Ponadto we wielu przypadkach należy mieć wątpliwości, czy kult jest spontaniczny, tzn. nie inspirowany medialnie oraz odgórnie wspierany i sterowany.

W samym procesie informacyjnym, który jest prowadzony przez ordynariusza miejsca pochówku danej osoby (o ile zezwalają na to okoliczności), przedmiotem badania jest heroiczność cnót teologalnych czyli wiary, nadziei i miłości. Udział w walce zbrojnej sam w sobie nie świadczy przeciw tym cnotom, aczkolwiek konieczne jest zbadanie zgodności postawy danej osoby w tej walce z owymi cnotami, co jest szczególnie trudne. Tradycyjną zasadą Kościoła w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym jest dokładność i ostrożność, tzn. zarzuty i zastrzeżenia były traktowane bardzo poważnie. Chodzi bowiem o wiarygodność Kościoła.

Walka zbrojna na froncie wiąże się z tematem wojny sprawiedliwej. Liczy się zarówno cel danej wojny, tzn. jej słuszność moralna, ale także osobista postawa danej osoby w takiej wojnie. W przypadku wojny niesprawiedliwej sprawa jest bardziej złożona, gdyż dochodzi kwestia konieczności, tzn. nieuchronności udziału w niej, tym samym osobistej odpowiedzialności za ten udział.

Najogólniej mówiąc, udział w walce zbrojnej może być moralnym obowiązkiem, mianowicie wtedy, gdy chodzi o wojnę sprawiedliwą według warunków nauczanych przez Kościół. Równocześnie obowiązuje w niej odpowiednia postawa moralna, według wskazań etyki katolickiej.

Czy krzyżowiec może być zbawiony?


Pytanie dotyczy kilka kwestij.
Po pierwsze kwestia wojny sprawiedliwej. Tzw. wyprawy krzyżowe były w swej istocie i zamiarze bez wątpienia wojnami sprawiedliwymi, gdyż miały za zadanie bronić chrześcijan w Ziemi Świętej oraz pielgrzymów przed zbrodniami - grabieżami i morderstwami - popełnianymi na nich przez okupantów muślimskich. Dlatego właśnie udział w krucjacie był związany z uzyskaniem odpustów.

Osobną kwestią są działania i zachowania uczestników wypraw, które nie należały do tego właściwego zadania, choć były popełniane przy okazji. Jak w każdej rzeczywistości ziemskiej, także w wypadku krucjat mogły się wkraść i faktycznie wkradły nadużycia i występki poszczególnych ludzi, mimo słuszności i szczytności samego celu i charakteru wypraw.

Za każdy czyn, który był nieuzasadniony właściwym celem krucjaty i grzeszny, dany uczestnik oczywiście musiał odpowiedzieć przez Bogiem. Wina zależy od świadomości oraz osobistej odpowiedzialności każdego z osobna.

Pewne jest natomiast, że sam udział w krucjacie zgodny z jej celem i charakterem, czyli odpowiadający etyce katolickiej i powszechnej, nie był i nie mógł być grzeszny. Obrona niewinnych przed zbrodniami jest uczynkiem miłości bliźniego, także jeśli oznacza walkę orężną i starcie wojenne.