Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanonizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kanonizacja. Pokaż wszystkie posty

Sprawa x. Alfonsa (Jerzego) Popiełuszki (z post scriptum)


Gdy porwano i zamordowano x. Jerzego Popiełuszkę, byłem na pierwszym roku studiów w Krakowie. Wtedy dość powszechnie znane były jego kazania wydawane w podziemiu. Pisała o nim także prasa zagraniczna zachodnia, do której jako studenci filologii obcych mieliśmy dostęp. On był wtedy chyba najbardziej znanym duchownym polskim w kolejności po papieżu-Polaku. Z dzisiejszej perspektywy jest oczywiste, że musiał być mocno przez kogoś promowany medialnie, a nie była to hierarchia kościelna. Wiadomo, że miał kontakty z masońską rozgłośnią "Wolna Europa", a także bywał w ambasadzie USA. Pamiętam też, że jeden ze starszych kolegów z akademika, akurat iberysta o dość liberalnych poglądach, ale nie wrogi Kościołowi, choć krytyczny, po przeczytaniu tych kazań był zauroczony. To chyba też wyjaśnia tłumy na jego "mszach za Ojczyznę". 

W międzyczasie wiemy, że okoliczności jego uprowadzenia i śmierci nie są wyjaśnione, gdyż są poważne dowody podważającego oficjalną wersję przedstawioną na tzw. procesie toruńskim. Nie będę relacjonował tej kwestii, lecz odsyłam do łatwo dostępnych internetowych i książkowych materiałów czy to Wojciecha Sumlińskiego, czy też Leszka Pietrzaka. Być może wkrótce nastąpi przełom o tyle, że wersja reżimu kiszczako-jaruzelskiego zostanie oficjalnie obalona. Choć tego nie życzy sobie nawet wierchuszka systemu wyszyńsko-wojtyliańskiego, który ma widocznie coś do ukrycia. Dlaczego tak jest? 

Ano zapewne dlatego, że w razie prawdziwego i pełnego opisania sprawy x. Popiełuszki odsłonięty zostanie wymiar uwikłania systemu kościelnego w reżim komunistyczny. Bardzo prawdopodobna wydaje się hipoteza, że celem uprowadzenia było zastraszenie i przekonanie księdza do podjęcia współpracy z reżimem kiszczako-jaruzelskim. Otóż był on wówczas najbardziej popularnym duchownym w Polsce i był sławny także za granicą, przewyższając w tym najwyższych dostojników jak Prymas i krakowski kardynał Macharski, a nawet słynnego biskupa przemyskiego Tokarczuka. Równocześnie był poniekąd niepokorny, bo nie chciał zostać wysłany do Rzymu. Taki duchowny stanowił zagrożenie także dla władzy świeckiej, skoro nie słuchał nawet przełożonych kościelnych. To zagrażało współpracy komunistów z hierarchią kościelną w procesie transformacji ustrojowej, która musiała pociągać za sobą niezadowolenie zwykłych ludzi, właśnie tych, którzy słuchali wikarego z Żoliborza. Reżim trafnie przewidywał, że ten ksiądz będzie stał po stronie ludzi, a ludzie staną po jego stronie, i że będzie miał przy tym poparcie medialne także z zagranicy. Porwanie i tortury były dla niego ostatnią szansą - szansą na złamanie i zdobycie go dla siebie. Planem B musiało być zabicie go, skoro do tego doszło. Absurdalne jest mówienie o "wypadku przy pracy". Takie "służby" nie ulegają takim wypadkom, gdyż są profesjonalne, zaś akcja była zapewne precyzyjnie przygotowana. Zabicie księdza - zresztą nie pierwsze i nie ostatnie na liście osiągnięć tych "służb" - miało być swoistym rodzajem zemsty na Kościele, mianowicie przez dostarczenie mu fałszywego męczennika, fałszywego świętego. 

Dlaczego tak twierdzę? Otóż jedną z naczelnych zasad Kościoła w odniesieniu do procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jest zbadanie zachowania danej osoby w obliczu i w momencie śmierci. Akurat o tym nie wiemy nic, przynajmniej nic wiarygodnego. Nawet jeśli uzna się wersję z tzw. procesu toruńskiego za prawdziwą, to wiadomości zawarte w niej, mianowicie mówiące o tym, że x. Popiełuszko się szamotał i wyrywał, to świadczy ona jasno przeciwko męczeństwu, czyli przeciw heroicznej postawie wiary, nadziei i miłości w obliczu i w momencie śmierci. Podkreślam: że człowiek w takiej sytuacji próbuje się bronić i okazać sprzeciw, to jest naturalne i zrozumiałe. Tak jednak nie zachowuje się męczennik za wiarę, według kryteriów Kościoła. 

Do tego należy oczywiście doliczyć ludzkie słabości, jak nałogowy nikotynizm, który także dość jasno świadczy przeciw heroiczności wiary, nadziei i miłości, niezależnie od zasług tego młodego kapłana i zrozumiałej ludzkiej sympatii do niego. Zaś zmiana imienia chrzcielnego na Jerzy świadczy o pewnej próżności, a może także o tym, że już wtedy był przygotowywany do sławy (początkiem mogły być wyjazdy do USA i kontakty tam nawiązane). 

Tak więc kult x. Jerzego Popiełuszki jest paradoksalnie owocem współpracy zbrodniczego reżimu komunistycznego z systemem wyszyńsko-wojtyliańskim, którego jedną z głównych cech jest niechlujstwo teologiczne i myślenie w bardzo płytko rozumianym doraźnym interesie. Dlatego właśnie ów system sprzeciwia się rzetelnemu zbadaniu sprawy już nawet na poziomie faktograficznym. Niechęć do prawdy i zakłamanie są tutaj spoiwem interesów. 

Podkreślam: zbrodnię na kapłanie należy rzetelnie i do końca wyjaśnić i osądzić, bez jakiegokolwiek względu na osoby. X. Popiełuszko jest z całą pewnością osobą godną upamiętnienia i szacunku na płaszczyźnie społecznej, narodowej i politycznej. Czym innym jest jednak kult liturgiczny Kościoła, gdyż on ma o wiele wyższe kryteria, które nie podlegają i nie mogą podlegać jakimkolwiek doraźnym interesom politycznym, nawet polityczno-kościelnym. 


Post scriptum

Jeśli prawdą jest, że mordercy x. Jerzego wpierw usiłowali go nakłonić do współpracy, to nie świadczy to o nim dobrze. SB i tym podobne służby najpierw przypatrywały się potencjalnemu kandydatowi na TW. Z całą pewnością nie proponowali każdemu, lecz tylko tym osobom, które rokowały nadzieje na lojalną współpracę, przynajmniej pod jakimś naciskiem i ze strachu czy dla korzyści. O tym powinien wiedzieć każdy, kto bada tego typu sprawy. 

Skąd wiem o tym? Ano z własnego doświadczenia. Otóż gdy w roku 1988 wraz z jednym współbratem zostałem przez przełożonych SVD oddelegowany na studia do Austrii, trzeba było nie tylko postarać się wydanie paszportu oraz wizy, lecz także konieczne było uzyskanie od władz PRL (w tzw. urzędzie paszportowym) na każdy wyjazd tzw. kartę przekroczenia granicy. Jedną część tejże karty zabierał urzędnik przy kontroli paszportowej przy wyjeździe z kraju, a drugą część trzeba było mu dać przy wjeździe. Oznaczało to, że za każdym pobytem w kraju konieczne było osobiste udanie się do urzędu po taką kartę. Jak się okazało, przy tej okazji odbywał się werbunek na TW i też chyba pobieranie sprawozdań. Dowiedziałem się o tym, gdy na pierwszym przyjeździe do Polski na ferie udaliśmy się razem ze współbratem do urzędu w Nysie po kartę. Mnie wydano kartę po jakiejś chwili czekania, natomiast współbrata wezwano na rozmowę, po której wyszedł także z kartą. Był zdziwiony, że nie byłem wzywany na rozmowę, Sprawa się wyjaśniła, gdy mi powiedział, że był nakłaniany do współpracy. Nie pytałem go, czy się zgodził, bo przypuszczalnie by się raczej nie przyznał. Zresztą od tej pory nie chodziliśmy razem do urzędu po kartę, lecz każdy w swojej miejscowości rodzinnej. 

Sprawa jest także o tyle ciekawa, że SB w Nysie, gdzie znajdowało się seminarium SVD, musiało o mnie sporo wiedzieć, skoro nie dostąpiłem wątpliwego "zaszczytu" w postaci propozycji współpracy. Zresztą, jak wiadomo, wtedy jeszcze każdy alumn każdego seminarium miał swoją teczkę w aktach SB. Dlatego bardzo dziwne jest, że po moim dwukrotnym wniosku do IPN o kwerendę w zachowanych zasobach otrzymałem odpowiedź, że nie znaleziono nic oprócz wniosku o paszport. Równocześnie pewne jest, że byłem znany organom PRL już od 1981, gdy to krótko po wprowadzeniu stanu wojennego miałem wraz z kolegą z liceum niemiłe spotkanie z milicją z powodu złożenia kwiatów pod byłą siedzibą "Solidarności" w Przemyślu. Tak więc albo kwerenda w aktach została słabo wykonana, albo moje akta zostały wykradzione i zniszczone, jak w przypadku wielu duchownych. To może mieć związek z tym, że - jak zasadnie podejrzewam - mogła donosić na mnie przynajmniej jedna osoba z rodziny, która została oficjalnie ujawniona jako były TW, a być może też druga osoba, która weszła w rodzinę. 

Sprawa Heleny Kmieć czyli kumoterstwo "świętościowe"



Sprawa jest forsowana dość mocno od kilku lat, od momentu śmierci tej młodej niewiasty. W maju 2024 r. wszczęto proces beatyfikacyjny. Istotną okolicznością wydaje się fakt, że jest powiązana rodzinnie z biskupem pomocniczym Archidiecezji Krakowskiej, Janem Zającem, który jest stryjem jej macochy (jej matka wcześnie zmarła, ojciec ożenił się ponownie). Sprawę gorliwie forsują także salwatorianie, z których "wolontariatem misyjnym" Helena było blisko związana przez ostatnie lata życia. Jak łatwo można się dowiedzieć w internetach, zmarła tragicznie w wyniku morderstwa jako 26-latka w roku 2017 (ur. 1991). Morderstwo nastąpiło w Boliwii, gdzie znalazła się jako "woluntariuszka misyjna" wraz z koleżanką z Polski. Wyjechały tam by pomagać siostrom służebniczkom w urządzaniu przedszkola. Nie był to pierwszy wyjazd "misyjny" Heleny, gdyż poprzednio przebywała 2 miesiące w Afryce, w Zambii, a także na pobytach wakacyjnych w krajach europejskich. Istotne okoliczności śmierci nie są jasne. Na filmie dostępnym na yt (tutaj, nagrane zostało 2 dni przed śmiercią Heleny) pokazany jest dom, gdzie mieszkały wolontariuszki. Widać kraty na oknach budynku. Tajemnicze jest, jak morderca dostał się do budynku. Oficjalna wersja głosi, że włamał się, żeby ukraść butlę z gazem. W nocy towarzyszka Heleny usłyszała wrzask, a następnie znalazła zakrwawioną Helenę oraz uciekającego sprawcę. Morderca po schwytaniu przyznał się do winy i został skazany w uproszczonym procesie, co oznacza, że nie badano szczegółowo okoliczności zajścia. To budzi wątpliwości. Tym bardziej, że z jednej strony podawana jest wersja taka, iż morderca został przez nią przyłapany przypadkowo, gdy wstała w nocy, żeby napić się wody, z drugiej strony jednak poświadczone jest, że została zamordowana w swoim pokoju (tutaj). Wygląda więc na to, że mamy do czynienia z krętactwem i tym samym coś jest ukrywane przed opinią publiczną, a być może wprowadzana jest w błąd. 

Od tego zdarzenia zaczęto natychmiast budować i promować narrację o rzekomej świętości Heleny. Być może - i wiele na to wskazuje - była osobą wszechstronnie uzdolnioną i powszechnie lubianą. Taka opinia jest szczególnie zrozumiała w tragicznych okolicznościach, gdy młoda i chyba szlachetna kobieta pada na obczyźnie ofiarą zbrodni. Wstrząs i współczucie na pewno sprzyjają uwielbieniu dla takiej osoby. Osobną sprawą jest interes osób w to zaangażowanych. 

Z życia prywatnego wiadomo, że Helena był z zawodu stewardessą z dwuletnim doświadczeniem w zawodzie. Miała "chłopaka" Michała, z którym planowała wspólną przyszłość (zaręczyny były planowane za kilka miesięcy, po powrocie do Polski). Jej motywacja do zaangażowania w "wolontariacie misyjnym" mogła mieć także komponent altruistyczny, lecz nie tylko. Od lat licealnych pociągały ją inne kraje. Zapewne dlatego wybrała zawód stewardessy. W "wolontariacie misyjnym" mogła połączyć zamiłowanie do przygód z religijnością, może też z pewnym altruizmem czyli chęcią bezinteresownej pomocy. 

Kobieta młoda, ładna, miła, zdolna, pobożna. I tragiczny koniec, który obecnie przekształcany jest w wynoszenie na ołtarze. W czym jest problem? 

Są dwa zasadnicze problemy. Pierwszy problem jest bliższy i węższy, mianowicie kwestia zapewnienia bezpieczeństwa młodym woluntariuszkom w dalekim, obcym kraju. Siostry służebniczki nie przygotowały im zakwaterowania w swoim domu zakonnym, lecz w budynku przedszkola i to widocznie bez odpowiedniego zabezpieczenia i opieki. To jest kardynalny i wręcz karygodny błąd. Nasuwa się tutaj pytanie, czy ktokolwiek ustanawia standardy zwykłego, elementarnego bezpieczeństwa dla "wolontariuszy misyjnych" i pilnuje ich przestrzegania. Zwłaszcza, że w tym wypadku młoda kobieta nie została zamordowana na ulicy lecz w miejscu zakwaterowania, gdzie była widocznie zupełnie bezbronna. Czy organizatorzy wyjazdu oraz gospodarze na miejscu - czyli siostry służebniczki dębickie - czują się odpowiedzialni moralnie za zaistniałą sytuację, a przynajmniej powinni mieć wyrzuty sumienia? Być może, aczkolwiek raczej tylko po cichu. Czy to jest obecnie powód do forsowania zadośćuczynienia pośmiertnego dla Heleny oraz dla jej rodziny i przyjaciół? Być może. 

Drugi problem jest szerszy, głębszy i nadrzędny. Chodzi o sam pomysł "wolontariatu misyjnego" świeckich, praktycznie młodzieży, która jest zwykle porywcza, idealistyczna, żądna przygód, a przy tym często mało rozważna, mimo dobrej woli. Otóż pomysł oraz instytucja "wolontariatu misyjnego" pojawiła się na tzw. Zachodzie w latach 80-ych ubiegłego wieku, gdy stało się oczywiste, że nagła zapaść powołań duchownych i w tym misyjnych nie jest zjawiskiem chwilowym, lecz na trwale związanym z "reformami soborowymi". Pod typowo zwodniczym hasłem aktywizacji świeckich, a poniekąd także w cichej nadziei zwerbowania ewentualnych powołań, zgromadzenia misyjne zaczęły wysyłać na tzw. "doświadczenie misyjne" zarówno swoich alumnów przed święceniami jak też młodzież świecką. Nadzieje na impuls czy ożywienie powołań się oczywiście nie ziściły. Raczej wręcz przeciwnie. Konfrontacja z brutalną rzeczywistością misyjną w połączeniu z brakiem zarówno dojrzałej motywacji jak też dojrzałego przygotowania musiała doprowadzić bardziej do rozczarowania, zniechęcenia i porzucenia jakichkolwiek ideałów, co najwyżej oprócz lewackiej ideologii. Do Polski ten pomysł dotarł ze znacznym opóźnieniem, a przy tym wraz z durną naiwnością i ślepotą na efekty tego typu experymentów wypróbowanych w praktyce krajów zachodnich. 

Tutaj także problem jest głębszy, gdyż dotyczy zapaści teologicznej i duchowej już w łonie samych zgromadzeń zakonnych, zwłaszcza misyjnych. Gdy zamiast nauczania katolickiej apologetyki i misjologii w celu krzewienia wiary katolickiej i uświęcania przez sakramenty, wtłacza się do głów młodzieży świeckiej i duchownej bzdety o ekumenizmie, dialogowaniu, budowaniu wspólnoty itp., to trzeba być zupełnie zaczadzonym umysłowo, by nie dostrzec związku z brakiem powołań, tudzież z nastawieniem na jedynie przygodę przez najwyżej kilka miesięcy "wolontariatu" dla budowania własnego samopoczucia i jakichś wspomnień. 

Piszę to z całą odpowiedzialnością jako były członek zgromadzenia misyjnego, który poznał tę rzeczywistość od wewnątrz. Szczególnie tragiczne są przypadki nieco starszych moich byłych współbraci czy rówieśników. Owszem, są tacy, którzy przez lata wiernie trwają w posłudze misyjnej. Więcej jest jednak takich, co wpierw pełni entuzjazmu nie mogli się doczekać wyjazdu na misje, a już po niewielu latach sfrustrowani i zagubieni duchowo uciekli do Europy czy nawet do Polski, udając zasłużonych weteranów misyjnych, nadrabiając swoje komplexy przez bieganie z brodą i w białej misyjnej sutannie (której na misjach może nawet nigdy nie zakładali). Pustka duchowa, którą zawsze owocuje brak rozumnej wiary opartej na zdrowej teologii, jest przykrywana pozorami. 

Tak więc ostatecznie Helena Kmieć jest ofiarą wypaczonego systemu modernistycznego, który teraz chce z niej zrobić świętą, by siebie usprawiedliwić i quasi kanonizować. Prosty przykład: Gdyby do prac i zadań, dla których wysyła się z Polski (czy z innych krajów, aczkolwiek w krajach zamożniejszych chętniej do takich przygód młodzieży praktycznie już nie ma) żądną "pobożnych" przygód młodzież, zainwestowano w kształcenie i zatrudnienie młodzieży na miejscu, to by skutki i owoce były trwałe i autentyczne. Helena ze swoją towarzyszką zaczęły swoje "misje" malowaniem pomieszczeń i myciem okien. Docelowo miały też pomagać w opiece nad dziećmi, co jest o tyle absurdalne, że przecież dopiero uczyły się języka, więc nawet bawić się nie były w stanie z dziećmi w sposób rozsądny, a pobyt ich miał trwać 6 miesięcy, czyli przez okres, w którym tylko geniusze są w stanie dobrze opanować język. Oczywiście nie wyklucza to nawiązania jakiejś emocjonalnej więzi z dziećmi, które przecież szybko się przywiązują się do osób, które okazują im serdeczność, nawet przy brakach komunikacyjnych. Czy jednak ktoś pomyślał w ogóle o dzieciach, które po pół roku oswajania się i zbudowania serdecznej więzi skazane są na pożegnanie i rozstanie? Czy kierujący "wolontariatem" w ogóle biorą pod uwagę, jak czują się dzieci, czy nawet choćby dorośli, którzy traktowani są przez "wolontariat" jako tymczasowe "doświadczenie", jako przygoda, bez jakichkolwiek zobowiązań? Czyż to nie jest przejaw - jeden z wielu - mentalności i stanu ducha narcystycznego, starokawalerskiego, nawet wręcz perwersyjnego, jako że dla własnych przeżyć i jakieś poczucia własnej wartości traktuje się tych biednych ludzi jak środek czy przynajmniej okazję dla własnych "doświadczeń" i wspomnień? 

Wygląda na to, że uwielbienie dla "Helenki" ma na celu nie tylko pocieszenie jej rodziny dotkniętej tragedią, lecz także apoteozie fałszywej idei i fałszywej praktyki, której ona stała się ofiarą. Jest to jeden z wielu przejawów zwyrodnienia umysłowego, duchowego i moralnego, zżerającego życie Kościoła od wewnątrz. Fałsz zawsze rujnuje i zabija, choć skrycie, a nieuchronnie. Zakłamanie w sprawie Heleny Kmieć jest widoczne już w odniesieniu do ustaleń co do prostych faktów. Tym bardziej zakłamany jest kult, w którym tragicznie zmarła ładna i miła dziewczyna wykorzystywana jest dla fałszywej ideologii modernistycznej. 

Helena Kmieć jest ofiarą fałszywej ideologii pseudomisyjnej, ponieważ jej powołaniem było albo poświęcenie się pracy misyjnej w stanie zakonnym, albo założenie rodziny i tym samym rezygnacja z przygód pseudomisyjnych. Oby jej los był ostrzeżeniem i posłużył ku opamiętaniu się tych, którzy deprawują młodzież, narażając jej zdrowie i życie w tego typu gruntownie fałszywych - choć być może subiektywnie szlachetnych - przygodach. 

Na koniec jeszcze o samym procesie beatyfikacyjnym (i w przyszłości kanonizacyjnym). Otóż tradycyjnie były stosowane dość jasne kryteria kryteria w tego typu kwestiach. Oto one:

1. Osoba zmarła w opinii świętości. Dotyczy to nie tylko jej życia, lecz także, a nawet zwłaszcza momentu śmierci. O momencie śmierci wiadomo tylko tyle, że towarzyszka Heleny usłyszała przerażający krzyk. Jest on oczywiście zrozumiałe w tego typu sytuacji. Jednak to sprawia wątpliwość co do stanu duchowego Heleny w momencie śmierci, a przynamniej niemożliwość ustalenia tego stanu. Kluczowe jest, czy świadomie umierała i czy przebaczyła swojemu mordercy. Tego się nie dowiemy i to jest pierwszym i decydującym czynnikiem wykluczającym wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Owszem, na podstawie życia Heleny można domniemywać co do jej stanu duchowego, lecz domniemanie nigdy w Kościele nie było wystarczającą podstawą do stwierdzenia spełnienia kluczowego warunku jakim jest chrześcijańska postawa w obliczu śmierci. 

2. Kult spontaniczny i trwały tej osoby. Ten warunek z całą pewnością nie jest spełniony. Nie wolno mylić spontanicznego kultu z miłymi, choćby nawet wzruszającymi wspomnieniami o danej osobie, zwłaszcza w obliczu tragicznej śmierci, która naturalnie wzbudza współczucie. Kult osoby Heleny jest profesjonalnie i nachalnie forsowany zarówno przez jej rodzinę, do której należy biskup pomocniczy krakowski, jak też przez salwatorianów, którzy powinni czuć się winni tego, że wysłali młodą kobietę - i nadal wysyłają młodych ludzi - na tego typu sytuacje. Istotne jest także, że tradycyjnie Kościół czekał przynajmniej 50 lat od śmierci danej osoby, właśnie po to, by nie ulegać uczuciom rodziny, przyjaciół, czy jakimkolwiek naciskom bądź manipulacjom. Owszem, zdarzały się w historii Kościoła wyjątki, ale to były zupełnie wyjątkowe przypadki, które nigdy nie budziły wątpliwości. Wówczas nie było internetu ani innych massmediów. Spontaniczny kult wynikał przede wszystkim z tego, a z czasem niemal wyłącznie z doświadczenia łask przypisywanych wstawiennictwu danej osoby. W każdym razie w sprawie Heleny Kmieć nie może być obecnie mowy o spontanicznym - czyli przez nikogo niesterowanym - kulcie. 

Wobec tych faktów wszczęcie procesu beatyfikacyjnego nie ma wystarczających podstaw teologicznych, a z całą pewnością nie jest zgodne z tradycyjnymi zasadami Kościoła w takich sprawach.

Komuś widocznie bardzo zależy na forsowaniu kultu Heleny Kmieć, być może nawet w dobrej intencji. Dobre intencje nie mogą jednak zastąpić prawdy, która jest fundamentem powagi Kościoła i jego wiarygodności. 

Powyższe warunki są jedynie wstępne. Dopiero po ich spełnieniu można prowadzić dwa następne etapy:

3. Proces o heroiczności cnót, czyli wykazanie u danej osoby teologalnych cnót wiary, nadziei i miłości i to w stopniu heroicznym, czyli nie tylko ponadprzeciętnym lecz wybitnym, przy czym istotny jest także moment śmierci, a nie tylko życie danej osoby przed śmiercią. Tego momentu nie można zbadać, co stanowi znów poważną przeszkodę. Bez pozytywnego wyniku tego procesu nie można przystąpić do etapu następnego, czyli 4. 

4. Proces o cudach za wstawiennictwem danej osoby. Nowe prawo procesowe wprowadzone przez Jana Pawła II nie tylko usunęło urzędową krytykę opinii postulatora i materiałów przedłożonych przez niego (czyli funkcję promotor iustitiae, zwanego potocznie "advocatus diaboli"), lecz także zredukował o połowę liczbę wymaganych cudów. Według obecnego prawa wystarczy jeden cud do beatyfikacji, co jest chociażby o tyle problematyczne, że orzekanie o cudzie odbywa się jedynie z pewnością moralną (certitudo moralis), która jest najsłabszym stopniem pewności. Z powodu natury tej pewności tradycyjnie były wymagane przynajmniej dwa cudy, co zapewniało znacznie wyższy stopień pewności tzn. podwojoną pewności moralną. 

Nie sposób nie dostrzec, że sprawa Heleny Kmieć jest sztucznie pompowana przez ludzi osobiście zainteresowanych. To nie odpowiada powadze Kościoła, ani nie służy jego autorytetowi i zaufaniu do niego. Coś takiego ostatecznie z całą pewnością nie przyciągnie do Kościoła zwłaszcza ludzi młodych. Także oni nie chcą i nie powinni być oszukiwani. 

Czy kanonizacje są nieomylne?


Pojęcie nieomylności jest wieloznaczne. Najczęściej używa się go odnośnie nauczania Soboru Watykańskiego I o nieomylności papieskiej. Odnośny kanon w konstytucji "Pastor aeternus" brzmi:


(za: http://catho.org/9.php?d=byj#dfi)

W tym słowach jest jasne, że chodzi o "naukę o wierze lub obyczajach" (doctrina de fide vel moribus).

Dekrety kanonizacyjne nie są orzeczeniami o wierze lub obyczajach, lecz aktami zarządzającymi liturgią, czyli aktami rządzenia, nie nauczania. Ich przedmiotem nie jest treść Objawienia Bożego, którego dotyczy pewność dogmatyczna (certitudo dogmatica), lecz los 
danej osoby po śmierci, tzn. czy jest w niebie, co jest stwierdzane na zasadzie pewności moralnej (certitudo moralis) w wyniku procesów kanonicznych w sprawie heroiczności cnót oraz cudów, względnie męczeństwa. Tym samym nieomylność papieska zdefiniowana przez Vaticanum I nie dotyczy spraw kanonizacyjnych.

W nauczaniu kard. Lambertini'ego (późniejszego papieża Benedykta XIV), a także innych teologów, znajduje się wprawdzie opinia, że kanonizacje są orzeczeniami niemylnymi. Ta opinia była wyrażana na długo przed definicją Vaticanum I i tym samym nie należy tych spraw utożsamiać, gdyż sobór jasno ogranicza nieomylność papieską do nauczania w sprawach wiary i moralności. Opinia kard. Lambertini'ego dotyczy nieomylności nie dogmatycznej lecz pastoralnej, czyli względnej, dotyczącej życia Kościoła, nie Bożego Objawienia. Ponadto należy mieć na uwadze, że Kardynał odnosił się do ówczesnych zasad i norm procesowych, które zapewniały maxymalny stopień pewności moralnej. Po Soborze Watykańskim II zrezygnowano z większości tych zasad, co oczywiście musi mieć wpływ na stopień pewności.

Tym samym orzeczenia kanonizacyjne nie obowiązują na tej samej zasadzie co orzeczenia dogmatyczne, czyli nieomylne nauczanie wiary i obyczajów.


Post scriptum

Jeden z P. T. Czytelników wskazał na "notę doktrynalną" Kongregacji Nauki Wiary z 26 czerwca 1998 r. odnoszącą się do "wyznania wiary" (professio fidei) składanego przez kandydatów do święceń oraz przy obejmowaniu urzędów kościelnych (oryginał tutaj, po polsku tutaj). Jest to dokument wyjątkowo chaotyczny, wręcz niechlujny, co świadczy o tym, że przynajmniej w ostatecznej postaci był pisany przez wiele osób. 

W niniejszym temacie istotny jest następujący fragment:


W oryginale:


Jest to fragment z części zatytułowanej "exempla" czyli przykłady na rodzaje prawd, o których jest mowa w trzech akapitach końcowej części "wyznania wiary" (professio fidei wydanego w 1989 r.): 



Zwróćmy uwagę: nota doktrynalna z 1998 r. do "poszczególnych prawd, które Kościół w sprawach wiary i moralności podaje w sposób ostateczny" (drugi akapit) zalicza:

- nauczanie, które z czasem jest ogłaszane jako dogmat (np. nieomylność i jurysdykcja papieża)
- niemożliwość udzielania święceń kapłańskich kobietom 
- nauczanie o niegodziwości eutanazji, prostytucji, nierządu
- "prawdy związane z Objawieniem przez konieczność historyczną" jak prawomocność wyboru papieża czy przeprowadzenia soboru powszechnego, kanonizacje oraz orzeczenie o nieważności święceń udzielanych przez anglikanów. 

Po kanonizacjach pojawia się w nawiasie określenie facta dogmatica, co jest zdumiewające i świadczy o braku elementarnej wiedzy teologicznej autora (autorów) noty. Zdumiewające jest także przyporządkowanie tych spraw do dziedziny wiary i moralności, gdyż jest to sprzeczne ze wszystkimi tradycyjnymi podręcznikami dogmatyki katolickiej. Oto przykłady:

Trzymowa dogmatyka katolicka wydawana w 13-u wydaniach do roku 1962, autorstwa katolickich duchownych profesorów niemieckich (x. Franz Diekamp i x. Klaudius Jüssen) w tomie pierwszym w kontekście nieomylności Kościoła (str. 76-77) mówi o następujących decyzjach, które są jedynie kościelnoprawne (administracyjne), nie doktrynalne:
- powszechne prawo kościelne
- uroczyste zatwierdzenie zakonów kościelnych
- kanonizacje. 
Co do kanonizacji autorzy podają, że w kwestii ich nieomylności teologowie nie są zgodni, choć większość przyjmuje w ślad za św. Tomaszem z Akwinu (Quodlib. 9 a. 16), że "osąd Kościoła także w tym nie może się mylić". Oczywiście należy tutaj wziąć pod uwagę, co jest osądem Kościoła. Z całą pewnością św. Tomasz miał na myśli Kościół jako całość, co wynika z kontextu tego zdania. 

Natomiast krótszy podręcznik dogmatyki wydany od 1959 do 1981 r. w dziesięciu wydaniach (autor: x. prof. Ludwig Ott) odróżnia "prawde boskie" (veritates divinae), czyli prawdy zawarte w Bożym Objawieniu, od "prawd katolickich" (veritates catholicae), zaliczając do tych ostatnich (wydanie z 1981 r., str. 10-11):

1. wnioski teologiczne (conclusiones theologicae)
2. fakty dogmatyczne (facta dogmatica)
3. prawdy rozumowe, czyli poznawalne przez sam rozum bez konieczności wiary w Boże Objawienie. 

Do faktów dogmatycznych autor zalicza fakty historyczne, które nie należą do Bożego Objawienia, ale są wewnętrznie powiązane z którąś z prawd objawionych jak np. legalność papieża czy soboru, gdyż od tego zależy, czy dane nauczanie papieskie czy soborowe jest nieomylne czy nie. Innymi słowy: nie stwierdzenie legalności jest nieomylne, lecz przyjęcie legalności jest konieczne do uznania nieomylności nauczania papieża czy soboru. 

Do faktów dogmatycznych autor nie zalicza kanonizacji. Tym bardziej nie uważa kanonizacyj za nieomylne. I słusznie. Nie stanowią one nawet faktu dogmatycznego, ponieważ kanonizacje nie są orzeczeniami w sprawach wiary i moralności. 

Tak więc nie wiadomo, skąd "nota doktrynalna" z 1998 r. wzięła swoje pomysły. Z całą pewnością nie odpowiadają one tradycyjnej teologii katolickiej, a są widocznie wynalezione na doraźny użytek. 

Czy kanonizacje posoborowe obowiązują?



Należy najpierw odróżnić obowiązywalność prawną od moralnej. Odpowiedzialność prawna jest kwestią dość komplexową, zależną od wielu czynników teologicznych i kanonicznych, które trzeba by osobno rozważyć i to szczegółowo.

Rozumiem, że w pytaniu chodzi o obowiązywalność moralną dla katolika. Oczywiście wiąże się ona z obowiązywalnością prawną, lecz nie jest z nią tożsama.

Pewne jest, że zmienione po Vaticanum II zasady i reguły beatyfikacyj i kanonizacyj są mocno okrojone w porównaniu z klasycznymi zasadami Kościoła podanymi obszernie przez kardynała Lambertini'ego, późniejszego papieża Benedykta XIV. Ma to oczywiście konsekwencje dla stopnia pewności wyników procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych, gdyż jest to pewność jedynie moralna (nie dogmatyczna ani metafizyczna), która jest najsłabszym rodzajem pewności w teologii. Tym samym powątpiewanie odnośnie tych wyników nie jest grzechem przeciw wierze ani Kościołowi, o ile podstawą powątpiewania są prawdy wiary katolickiej oraz znajomość klasycznych reguł Kościoła odnoście kanonizacyj i beatyfikacyj. Tym samym nie jest grzechem także wyrażanie swoich wątpliwości, aczkolwiek należy zachować ostrożność, staranność i umiar. Przede wszystkim należy być gotowym do ważenia argumentów.

W razie zasadnych wątpliwości można się także dystansować wobec publicznego kultu okazywanego danym osobom. Wiadomo, że kult publiczny - konkretnie: kalendarz liturgiczny - ulegał poważnym zmianom w ciągu wieków historii Kościoła. Także po Vaticanum II usunięto wielu świętych z kalendarza, a nawet praktycznie zakazano ich kultu jak chociażby św. męczennika Szymonka z Trydentu i to bez formalnego anulowania kanonizacji. Są to jednoznaczne dowody na to, że ani herezją ani nawet grzechem przeciw wierze nie jest kwestionowanie danej kanonizacji - oczywiście o ile jest zasadne, czyli oparte na prawdach wiary katolickiej - lecz jedynie odrzucanie kultu świętych Pańskich w ogóle.

Czy święci i błogosławieni są zbawieni?

Już beatyfikacja jest orzeczeniem, że dusza danej osoby przebywa w chwale wiecznej. W kanonizacji to orzeczenie nabiera wyższą i ostateczną rangę. Nie można oddzielić zezwolenia na oddawanie publicznej czci danej osobie od stwierdzenia i orzeczenia o jej losie po śmierci.

Rozpoznanie prowadzące do orzeczenia odbywa się w drodze procesu kanonicznego. Tradycyjne postępowanie procesowe, opisane zwłaszcza przez kardynała Lambertini'ego (późniejszego papieża Benedykta XIV), jest najsurowszym i najbardziej wnikliwym pośród znanych w historii. Składało się ono z dwóch osobnych procesów sądowych: procesu o heroiczności cnót i procesu o cudach za wstawiennictwem danej osoby, bądź procesu o męczeństwie w przypadku cech męczeństwa czyli oddania życia za wiarę. Jak w każdym postępowaniu sądowym, dowody oparte są na faktach materialnych (jak pisma czy wypowiedzi danej osoby, stan ciała po exhumacji oraz uzdrowienia za wstawiennictwem) oraz zeznaniach świadków. Są to dane empiryczne, dlatego mogą prowadzić jedynie do pewności moralnej (certitudo moralis), nie dogmatycznej ani metafizycznej. Z powodu złożoności i wszechstronności postępowania jest to jednak pewność najwyższa z możliwych, oczywiście o ile zachowane są tradycyjne procedury.

Istnieje też możliwość zatwierdzenia poświadczonego przez wieki spontanicznego kultu danej osoby przez wiernych. Jest to tzw. kanonizacja równoważna (aequipolens). Ma ona wówczas miejsce, gdy kult ze strony ludu wiernego jest długotrwały i żywy, a z powodu odległości czasowej od śmierci danej osoby oraz stanu materiału dowodowego (brak świadków i świadectw) nie ma możliwości przeprowadzenia stosowanego zwykle postępowania kanonicznego odnośnie heroiczności cnót. Nie chcąc pozostawić takiej sprawy jedynie zwyczajowi, papież zatwierdza kult danej osoby przez dekret. Oczywiście teoretycznie możliwy jest także zakaz takowego kultu.

Jaka jest różnica między świętym i błogosławionym?


Ogłoszenie kogoś błogosławionym (beatyfikacja) oznacza, że
- po zbadaniu zarówno życia danej osoby jak też zgłoszonych cudów przypisywanych jej wstawiennictwu można przyjąć, że ta osoba jest w niebie, oraz
- wolno publicznie wzywać jej wstawiennictwa, także w formie lokalnego święta liturgicznego czyli na ograniczonym terenie (diecezji, zakonu czy kraju).

W kanonizacji dochodzi jedynie stopień pewności tego orzeczenia oraz rozciągnięcie liturgicznego święta na cały Kościół.

W procesie kanonizacyjnym nie jest ponownie badana heroiczność cnót, czy męczeństwo za wiarę, lecz jedynie rozpowszechnienie kultu oraz następne cuda przypisywane danej osobie, które wydarzyły się po beatyfikacji.

Procesy według tradycyjnych zasad miały charakter przewodu sądowego, w którym ważono dowody i argumenty. Do beatyfikacji były wymagane przynajmniej dwa uznane cuda, do kanonizacji następne dwa (czyli w sumie cztery). Liczba ma znaczenie dlatego, ponieważ orzekanie o cudach, tak samo jak o każdych wydarzeniach historycznych, odbywa się z pewnością moralną (certitudo moralis), nie metafizyczną czy dogmatyczną.

Niestety po Vaticanum II nie tylko poważnie okrojono czynności procesowe, lecz zmniejszono o połowę liczbę wymaganych cudów. Oczywiście ma to konsekwencje dla stopnia pewności.