Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia moralna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teologia moralna. Pokaż wszystkie posty

Moralny obowiązek Niemców


Należy odróżnić 

- aspekt moralny, aspekt polityczny i aspekt prawny

- odpowiedzialność społeczeństwa niemieckiego, odpowiedzialność państwa niemieckiego i odpowiedzialność poszczególnych Niemców. 

Jak widać, temat jest dość złożony i wymaga szerszego opracowania przynajmniej moralno-teologicznego. Nie tutaj jest na to miejsce. Muszę się więc ograniczyć do kilku zasadniczych uwag. 

Naczelną zasadą jest, że do odszkodowania i zadośćuczynienia zobowiązany jest zarówno ten, kto ponosi winę za wyrządzoną szkodę (jako inicjator, wykonujący, wspomagający itp.), jak również ten, kto odniósł jakąkolwiek korzyść ze szkody, także tej wyrządzonej przez kogoś innego. Dotyczy to także osób prawnych, jak np. państwo. 

Kwestia tzw. ziem zachodnich jest o tyle specyficzna o tyle, że nie zostały one Polsce przyznane przez Niemcy w ramach odszkodowania, lecz ich przynależność do Polski została ustalona przez mocarstwa zwycięskie, także jako rekompensata - zresztą niepełna - za utracone na rzecz Związku Sowieckiego ziemie wschodnie. 

Państwo niemieckie ma moralny - i chyba też polityczno-prawny - obowiązek odszkodowania i zadośćuczynienia za straty poniesione przez Polskę w wyniku II wojny światowej, gdyż jest prawnym i historycznym spadkobiorcą III Rzeszy. Ta powinność jest niezależna od faktycznej winy i poczucia winy poszczególnych Niemców i obywateli Niemiec. Nie chodzi o odpowiedzialność zbiorową, lecz zarówno o winę i korzyści odniesione przez poszczególne osoby, jak też o korzyść zbiorową państwa niemieckiego. Są to oczywiście czynniki trudne do ustalenia, przynamniej częściowo. Chodzi o zasadę, zaś szczegóły są sprawą dla ekspertów. 

To samo dotyczy Związku Sowieckiego oraz jego prawno-politycznego spadkobiorcy. 


Czy można wybaczyć za kogoś?


Sprawa jest oczywiście zarazem tragiczna i delikatna. Tym niemniej z powodu jej nagłośnienia i zasięgu muszę się odnieść do tytułowego wątku, gdyż on nie tylko sam w sobie jest dość ważny, lecz spotykany jest nagminnie w ostatnich dziesięcioleciach, a wymaga skorygowania. Chodzi o następujące słowa jednego z poszkodowanych księży o nazwisku Adrian Mantykiewicz (nazwisko jest regularnie przemilczane):


Chłop być może chce dobrze. Wobec opinii publicznej wypada mu wypowiedzieć słowa o przebaczeniu. Być może został do tego zachęcony czy wręcz nakłoniony przez przełożonych. Zresztą dla niego ta sytuacja jest przyczyną niespodziewanej sławy i to wręcz światowej. W poczuciu takiego brzemienia niestety jednak przestrzelił, a dokładniej powiedział bzdurę, która zresztą nie jest nowością w tzw. posoborowiu modernistycznym, zwłaszcza wojtyliańskim. Otóż już na zdrowy, chłopski rozum nie trudno się domyśleć, że nie można przebaczyć za kogoś, zwłaszcza za osobę zmarłą. Nawet jeśli można rozumnie przypuszczać, że ta osoba by też sama przebaczyła czy byłaby gotowa przebaczyć. Tym niemniej nikt nie ma prawa przebaczać w czyimś imieniu, jeśli nie został do tego przez daną osobę upoważniony. To jest właściwie dość proste. 

Dlaczego więc x. Adrian powiedział taką bzdurę? Ano dlatego, że od czasu wojtyliańskiego przepraszania wszystkich za wszystko w imieniu Kościoła - nie tyle obecnego, co raczej wszystkich wieków - nadal ma się dobrze patologiczna intelektualnie i duchowo przebaczoza. Jest ona oczywiście obliczona na poklask przekaziorów i wszystkich łasych na jakiekolwiek przejawy zarówno przyznawania się przez Kościół do win wszelakich, jak też na jego kajanie się przed trybunałem pseudoautorytetów pseudomoralnych. Taki pseudopobożny debilizm widocznie wpojono x. Adrianowi najpóźniej w seminarium, a teraz akurat miał wyjątkową sposobność popisania się nim na szerokim forum publicznym. 

Wpisuje się to dość wyraźnie w fałszywą ideologię faustyno-sopoćkową, która otwarcie głosi, iż im większy grzesznik, tym większe ma prawo do "miłosierdzia". Co jest oczywiście bluźnierstwem i to demoralizującym, a jego owoce są coraz bardziej widocznie zwłaszcza w Polsce. 

Zresztą autor tego wystąpienia ma ciekawą drogę kapłańską (źródło tutaj):


Pochodzi z Czeladzi, wyświęcony w Olsztynie, a wylądował w Archidiecezji Przemyskiej. Wygląd - jak widać - ma wybitnie niekapłański. Zaś nazwisko - regularnie pomijane w mediach - jest mało polskie. To też może mieć znaczenie. 

Zaś na nagrodę nie trzeba było czekać, gdyż niemal natychmiast przyznało mu nagrodę tzw. Towarzystwo im. Jana Karskiego (źródło tutaj):


To towarzystwo jest dość charakterystyczne (źródło tutaj):

Myślę, że dalsze komentarze są zbędne. 


Kara śmierci "państwa podziemnego"


Konieczne jest mieć na uwadze, że kara śmierci jest rodzajem obrony koniecznej życia niewinnych osób przed realnym zagrożeniem ze strony danej osoby (agresora). 

Nie znam na tyle tej historii, by ocenić zasady i praktykę stosowaną przez "państwo podziemne". Pewne jest, że okupacja była sytuacją nadzwyczajną, która jednak nie może zmienić zasad moralnych, choć ma wpływ na ich stosowanie. 

Ważne jest w tym temacie także katolickie nauczanie o wojnie sprawiedliwej. Na polu bitwy także nie jest możliwe prowadzenie procesu sądowego nad każdym walczącym, by dać mu możliwość obrony. Istotny jest udział w walce i realne zagrożenie życia, przed którym wolno i należy się bronić. Innymi słowy: chodzi o pewność realnego zagrożenia życia ze strony agresora. Także w przypadku tzw. państwa podziemnego istotna jest ta pewność. 


Czy moralne jest życzenie śmierci wrogom Ojczyzny?


To hasło jest rzeczywiście bardzo problematyczne z moralnego punktu widzenia. 

Katolik ma moralny obowiązek życzyć każdemu, także wrogowi, zbawienia duszy, czyli dobra wieczystego. Zaś w dziedzinie doczesnej - ze śmiercią włącznie - powinien życzyć tego, co służy zbawieniu duszy, o ile służy temu celowi. 

Zabicie agresora, który realnie zagraża życiu własnemu czy innych niewinnych osób, jest moralnie dopuszczalne jedynie w obronie koniecznej. Można to analogicznie zastosować do życzeń względem agresora, przy czym jego śmierć oczywiście nie może być celem samym w sobie, lecz jedynie środkiem dla ochrony życia niewinnych osób przed realnym zagrożeniem z jego strony. 


Czy ujawnienie grzechu cudzego jest grzechem?

W katolickiej teologii moralnej nie ma takiego grzechu jak ujawnienie grzechu innej osoby. Rozumiem, że chodzi o kwestię należącą do dziedziny cnoty prawdomówności (veracitas, veritas), zwłaszcza zarówno dochowania tajemnicy (czy jej złamania) jak też poniekąd zniesławienia (jeśli mówi się nieprawdę bądź coś niepewnego). 

Grzech ukryty (niejawny), czyli nieznany przez osobę postronną, jest tzw. tajemnicą naturalną. Tajemnicą nie jest grzech, który jest znany innym osobom. 

Prawo do tajemnicy jest według katolickiej teologii moralnej względne i ograniczone, mianowicie przez prawa innych osób oraz dobro wspólne. Innymi słowy: złamanie tajemnicy naturalnej bez sprawiedliwej przyczyny (sine iusta causa) jest grzechem ciężkim. 

Przyczyny sprawiedliwe są trojakie:

- jeśli zgoda na ujawnienie jest rozumnie domniemana, 

- jeśli sprawa ujawniona jest już znana z innego źródła, 

- jeśli zachodzi konieczność zapobieżenia złu proporcjonalnie ważkiemu, czy to publicznemu czy prywatnemu, własnemu czy innej osoby, czyli gdy wymaga tego miłość bliźniego lub sprawiedliwość. 

Prawo do ujawnienia tajemnicy kończy się tam, gdzie nie wymaga tego dobro innych osób czy publiczne. Tak np. lekarz ma prawo, a nawet obowiązek poinformowania inne osoby o chorobie pacjenta, jeśli ta choroba zagraża zdrowiu innych osób. 

Konieczność może się odnosić także do dobra osoby, której tajemnicy dotyczy. Tak np. jest konieczność poinformowania duszpasterza o nieznanej publicznie przeszkodzie co do zawarcia sakramentu małżeństwa (np. niepłodność, ukryta choroba, nałóg, wcześniejsze związki) czy przyjęcia święceń. 

Konieczność zachodzi także wtedy, gdy w grę wchodzi poważne zagrożenie dla niewinnych osób trzecich. 

W końcu koniecznością jest zagrożenie śmiercią za dotrzymanie tajemnicy, chyba że złożona została obietnica dotrzymania jej także w takiej sytuacji. 


Kiedy popełniło się grzech śmiertelny?


Znamiona grzechu śmiertelnego powinny być znane i z pytania wynika, że są znane. Jednak przypominam:

1. ważkość sprawy (ciężar gatunkowy)

2. świadomość, że dany czyn jest grzechem

3. własnowolność czyli możliwość wyboru między popełnieniem danego czynu a jego niepopełnieniem

Jeśli te trzy warunki są spełnione równocześnie - czyli w tym samym czynie - to grzech jest ciężki czyli śmiertelny. 

W praktyce najtrudniejszą kwestią jest zwykle warunek pierwszy, czyli ocena ważności czynu. W tym też zawarte jest rozwiązanie: w razie wątpliwości osąd co do ważkości materii można i należy poddać ocenie spowiednika. 

Także co do warunku trzeciego rozstrzygająca powinna być ocena spowiednika. 

Drugi warunek jest najtrudniejszy w ocenie o tyle, że ktoś z zewnątrz nie jest w stanie tego ocenić, tzn. ostatecznie każdy sam musi wiedzieć, czy miał świadomość grzeszności danego czynu czy nie. 

W pytanie dostrzegam jest problem innego rodzaju, mianowicie zjawisko tzw. skrupulanctwa. Jest to rodzaj pokusy szatańskiej typowej w sytuacji osób początkujących w życiu duchowym i gorliwych. Stan takiej osoby jest taki, że zwykle nie popełnia grzechów ciężkich (przynajmniej od pewnego czasu) i tym samym szatanowi nie udaje się tej osoby zwieść ku takiemu grzechowi i tym samym do utraty łaski uświęcającej. Usiłuje więc człowiekowi zaszkodzić podstępnie, czyli wmawiając grzech ciężki czy przynajmniej silne i natrętne wątpliwości tam, gdzie tego grzechu obiektywnie nie ma. Stąd wynika główny środek zaradczy, mianowicie słuchanie spowiednika i kierownika duchowego. 

Jest jednak także nie mniej istotny środek zaradczy, który jakby leczy skrupulanctwo u jego korzenia, mianowicie w jego egocentryźmie. Takim środkiem jest zwiększenie swojej uwagi na dobrych uczynkach i ogólnie na potrzebach bliźnich. Zwykle, a chyba nawet zawsze skrupuły wiążą się z przesadnym skupieniem na swoich doznaniach i przeżyciach duchowych, co zawsze oznacza zaniedbanie miłości bliźniego i świadomego, zamierzonego działania na chwałę Bożą. Dlatego serdecznie polecam zastanowić się: czy i na ile myślę przynajmniej z taką samą uwagą i poświęceniem czasu o tym, co mogę dobrego uczynić bliźnim, co mogę im ofiarować, jaką pomoc wyświadczyć i to zupełnie bezinteresownie. To jest najskuteczniejsze i właściwie niezawodne lekarstwo na skrupulanctwo. 


Kogo wybierać?


Kwestia jest rzeczywiście ważna i niełatwa, a równocześnie bardzo aktualna współcześnie wszędzie tam, gdzie jest tzw. demokracja czyli wyłanianie sprawujących władzę w wyniku wyborów mniej czy bardziej uczciwych. 

Tutaj nie ma oficjalnego stanowiska Magisterium Kościoła. Są tylko ogólne wytyczne w dokumentach papieskich (tzw. encyklikach społecznych) oraz okazyjne głosy papieży oraz biskupów. Oznacza to, że konkretny wybór pozostawiony jest sumieniu katolika. To go stawia w niełatwej sytuacji tym bardziej, że brakuje znajomości nauczania Kościoła w tej dziedzinie po stronie duchownych, a tym bardzie - wskutek tego - także pośród świeckich. 

Naczelną zasadą jest zachęcanie katolików do udziału w życiu społecznym i w działalności politycznej zarówno aktywnej (jako czynni politycy) jak też aktywno-pasywnej czyli jako wyborcy. Tutaj tkwi już po części odpowiedź na pytanie: głównym wątkiem nauczania Kościoła jest aktywność katolików w znaczeniu programu polityki zgodnej z tym nauczaniem, czyli przede wszystkim z prawem naturalnym oraz z etyką chrześcijańską. Na tym właśnie polega kluczowy problem, gdyż z braku partyj czy ugrupowań o takim charakterze wynikają rozterki katolickich wyborców, czyli problem wskazany w powyższym pytaniu. Z tego też wynika główne zadanie Kościoła, mianowicie wychowanie politycznej elity katolików. I tutaj właśnie mamy bardzo poważny problem począwszy od lat 60-ych obiegłego wieku, czyli od początku flirtowania hierarchii kościelnej oraz katolików świeckich z lewackimi nurtami politycznymi, co się wiąże ze pewnym - mniej czy bardziej zamaskowanym - odejściem od klasycznej teologii politycznej oraz nauczania społecznego Kościoła (co miało postać głównie tzw. chadecji czyli chrześcijańskiej demokracji, obecnej także obecnie w tzw. partiach ludowych, które jeszcze bardziej oddaliły się od prawa naturalnego i etyki chrześcijańskiej). 

Co ma czynić w takiej sytuacji zwykły katolik? Gdy w danych wyborach nie ma partii czy kandydata o poglądach i z programem konsekwentnie katolickim, to pozostają właściwie tylko dwie możliwości: albo nie wzięcie udziału w wyborach, albo dokonanie wyboru takiego, który jest najbliższy programowi katolickiemu. Pierwsza możliwość oznacza zwykle pozostawienie pola walki nurtom i wyborcom lewackim czy wręcz antychrześcijańskim, co jest nie do usprawiedliwienia, gdyż jest de facto głosem na ich korzyść. Skoro pozostaje tylko druga możliwość, to należy z niej korzystać. 

Obserwując tzw. scenę polityczną zarówno w Polsce jak też w innych krajach przynajmniej europejskich, można zauważyć, iż w jej budowaniu realizowany jest - w znacznej, może nawet decydującej mierze - właściwie taki sam schemat. Jest istotnym składnikiem jest dbanie o to, by żadne ugrupowanie nie reprezentowało w całości zasad katolickich, zarówno teoretycznie (programowo) jak też w praktyce. Stąd dylemat jest dla katolickich wyborców poważny. 

Powyższe pytanie wynika ze zrozumiałego konfliktu sumienia, to znaczy jego tłem jest wola takiego oddania głosu czy ogólnie udziału w życiu społeczno-politycznym, który odpowiada wierze katolickiej. To jest słuszny i dobry punkt wyjścia. Jednak niebezpieczeństwo polega tutaj na skupieniu się na własnej "czystości" politycznej, czyli całkowitego odrzucenia wszelkiej odpowiedzialności za działania polityków, które nie licują z zasadami katolickimi, choćby nawet przez oddanie na nich głosu. Spojrzenie i rozpatrzenie powinno być szersze, mianowicie powinno być realistyczne w tym znaczeniu, że należy dokonać wyboru, który w danej sytuacji daje największą czy optymalną szansę na realizowanie polityki zgodnej z zasadami katolickimi. Innymi słowy: nie własna "czystość" jest tutaj istotna, lecz to, co mogę i powinienem w danej chwili i sytuacji uczynić, by życie społeczno-polityczne miało charakter jak najbliższy tym zasadom. 

Wiąże się z tym kwestia dość często się pojawiająca, mianowicie wyrachowania wyborczego: czy powinienem (wolno mi) głosować na ugrupowanie, które jest wprawdzie najbliższe zasadom katolickim (oczywiście tym tradycyjnym) lecz ma mniejsze czy wręcz nikłe szanse - według mnie czy bardziej wiarygodnych sondaży - szanse na sukces wyborczy. Myślę, to jest obecnie główny dylemat katolików w Polsce. Przyznam, że nie potrafię obecnie dać jednoznacznej odpowiedzi, gdyż zależy ona od arytmetyki w danej chwili oraz od rzetelności i wiarygodności sondaży. Jednak pod względem moralnym sprawa jest dość prosta: jeśli biorę pod uwagę wszystkie istotne aspekty oraz mam wolę przyczynienia się do tego, by zasady katolickie były realizowane w polityce, to jest to wystarczające do tego, by wybór był moralnie dobry. 


Jak ocenić inwestowanie w fundusze?


Nie jest mi znany żaden dokument czy fragment dokumentu z oficjalnego nauczania Kościoła w tej kwestii. Widocznie nie było powodu do zajęcia się specjalnie tą sprawą i wystarczą ogólne zasady katolickiej teologii moralnej oraz nauczania społecznego. 

Rozumiem, że problem dotyczy bądź może dotyczyć dwóch zasadniczych i różnych kwestij:

1. inwestowanie w spółki, których cele bądź sposób prowadzenia działalności gospodarczej może słusznie budzić zastrzeżenia czy wątpliwości, jak np. zarabiane na zabijaniu dzieci nienarodzonych, na środkach antykoncepcyjnych, bądź nieetyczne traktowanie pracowników (wyzysk, zatrudnianie dzieci itp.),

2. zarabianie bez wkładu pracy, czyli czerpanie zysku bez zaangażowania swoich zdolności, umiejętności i czasu, a jedynie przez wkład kapitałowy. 

W kwestii pierwszej, o ile wiem, można się upewnić, przynajmniej w zasadniczym zakresie. Jeśli się dołożyło starań, by sprawdzić etyczność danych firm, a nie stwierdzono tego typu problemów, to inwestowanie pod tym względem i w takim wypadku nie jest nieetyczne. 

Bardziej złożona może się wydawać kwestia druga. Jak zaznaczyłem, nie ma generalnego potępienia inwestowania pod względem ze strony Magisterium Kościoła. Założeniem jest oczywiście, że środki przeznaczone do inwestowania pochodzą ze źródła etycznie czystego, czyli zostały uczciwie zarobione bądź prawnie odziedziczone. 

Pozostaje jeszcze trzecia kwestia, mianowicie ryzyko takiego inwestowania. Banki zwykle polecają tego typu lokatę kapitału jako sposób na czerpanie większego zysku niż z konta oszczędnościowego. Mniej czy bardziej uczciwie informują przy tym o ryzyku. Tutaj wchodzi oczywiście moralna kwestia chciwości na zysk oraz inne czynniki osobiste. Jeśli np. ktoś traktuje inwestowanie jako rodzaj kasyna, gdzie przez stosunkowo niewielki wkład spodziewa się łatwego i szybkiego zysku, to jest to mało racjonalne i może być nawet grzechem ciężkim, zwłaszcza jeśli ryzykuje się nie tylko środkami na własne utrzymanie lecz także potrzebnymi rodzinie czy też pomijając wykorzystanie na cele społeczne i dobroczynne także dla osób spoza rodziny, czy też na cele dobrej edukacji, kultury, a zwłaszcza kultu Bożego. 

Całość tej kwestii dotyczy systemu gospodarczego, potocznie nazywanego kapitalizmem, rozumianego jako przeciwieństwo tzw. socjalizmu. Już to nazewnictwo jest poważnym uproszczeniem, zwykle zawierającym poważne błędy. W każdym razie Kościół zawsze - a zwłaszcza od rozwinięcia tzw. społecznego nauczania w drugiej połowie XIX wieku - wskazywał na błędy i zagrożenia obydwu systemów, równocześnie wzywając do istotnych korekt i przedstawiając je. W modelu idealnym - wypracowanym według zasad podanych przez Urząd Nauczycielsko Kościoła - jest miejsce na inwestowanie w fundusze. Od dziesięcioleci zajmują się tym banki katolickie (są nawet takie założone przez duchownych katolickich za zgodą władz kościelnych), aczkolwiek są one w Polsce raczej mało znane. Nie będę podawał konkretnych nazw, ponieważ nie zajmuję się tą dziedziną. Ktoś zainteresowany będzie w stanie sam znaleźć odpowiednie informacje. 

Czy zły przedmiot jest zagrożeniem duchowym?


Należy tutaj sprecyzować zarówno zły przedmiot jak też zagrożenie duchowe. 

Rozumiem, że chodzi o książkę o złej treści. Nasuwa się pytanie, skąd się wzięła w danym domu i dlaczego, oraz po co w nim jest. To jest istotne. 

Co do zagrożenia duchowego pytający ma widocznie na myśli pokusy. 

Teologicznie są tutaj następująca zasadnicza kwestia:

Czy przedmiot może mieć wpływ na stan duchowy człowieka?

W pewnych kręgach od pewnego czasu nasiliło się przeświadczenie o rzekomej quasi magicznej mocy przedmiotów i miejsc. Jest czy było to głoszone przez niektórych popularnych duchownych, powiązanych w jakiś sposób z tzw. charyzmatyzmem, a niekiedy uprawiających oficjalnie bądź nieoficjalnie rzekome exorcyzmy w stylu bardziej czy wyłącznie protestancko-modernistym. Niektórzy nawiązują też do tradycyjnych exorcyzmów czy modlitw błogosławieństw z rytuału katolickiego, w których znajdują potwierdzenie czy źródło dla swojego nauczania o przeklętych czy posiadanych przez szatana przedmiotach. 

Pewne jest, że kręgi okultystyczne i satanistyczne stosują jakiegoś rodzaju przekleństwa czy zaczarowywanie przedmiotów, by w jakiś sposób posługiwać się nimi do złych celów. To właśnie do takich przedmiotów odnoszą się modlitwy exorcyzmowania w Rituale Romanum. Aczkolwiek te kwestie nie są bliżej określone ani w oficjalnych dokumentach Magisterium Kościoła ani w samych księgach liturgicznych. 

Istotne jest, że przedmioty same ze siebie nie mają żadnej mocy działania czy wpływania na człowieka, lecz jedynie mogą być okazją czy swego rodzaju "narzędziem" dla działania szatana czy demonów, zwłaszcza na zaproszenie czy wezwanie człowieka. Innymi słowy: nawet przeklęty przedmiot nie może wyrządzić niczego złego. Do złego zdolny jest jedynie byt duchowy, czyli obdarzony wolną wolą. 

Należy odróżnić działanie przedmiotu od jego odczuwania przez człowieka, dopuszczonego przez Boga. Na wskazanym przykładzie książki polega to na tym, że Pan Bóg może pozwalać na większe kuszenie przez szatana w pobliżu złej książki po to, by człowiek ją usunął względni zniszczył. "Złość" książki nie leży w tym, że jest książką, lecz w tym, że została napisana w złym celu i temu celowi poświęcona przez złego człowieka. 

Innymi słowy: zagrożeniem duchowym nie jest sam przedmiot lecz pokusa, która może się pojawić w jakimś związku z tym przedmiotem. Jej pojawienie się może być wskazówką ku temu, żeby się tego przedmiotu pozbyć, a bo nie z powodu jego samego lecz z powodu złego zamiaru tego, który chciał się tym przedmiotem posłużyć. 

Nie należy więc przeceniać "mocy" takiego przedmiotu, nawet jeśli rzeczywiście został stworzony w złym celu czy wręcz poświęcony złemu duchowi. Błędem byłoby jednak także niedocenianie jego znaczenia dla zdarzeń duchowych czy przynajmniej dla samopoczucia. Właściwe złe działanie książki zachodzi wtedy, gdy jest czytana, nie gdy leży na półce. Równocześnie także jej leżenie na półce nie jest obojętne czy zupełnie nieznaczące, gdyż może zostać przynajmniej potencjalnie przeczytana i tym samym rozwinąć swoje właściwe złe działanie. Ta zła potencjalność może być słusznie odczuwana jako zagrożenie czy to dla siebie czy dla innych osób, więc nie należy jej lekceważyć. Jednak pewne jest, że samo leżenie na półce nie jest w stanie wyrządzić szkody duchowej, o ile nie może człowieka nakłonić do grzechu. 

Dlatego nie jest obojętne, jakimi przedmiotami się otaczamy, aczkolwiek nie należy im też przypisywać mocy, której nie mają, gdyż to trąci myśleniem magicznym czyli niechrześcijańskim, a to już może zaszkodzić duchowo, gdyż jest przeciwne wierze katolickiej. 


Kiedy wojna jest sprawiedliwa?


Temat należy do klasyki katolickiej doktryny politycznej. Literatura przedmiotu jest dość bogata. Można ją dość łatwo znaleźć. Dlatego ograniczę się do skrótowej odpowiedzi. 

Przez wojnę rozumiemy podjęcie środków zbrojnych, czyli ludzkich sił zbrojnych wraz z uzbrojeniem zdatnym do stosowania przemocy wobec rzeczy i osób, wraz z możliwością ich zabijania. 

W katolickim rozumieniu wojna sprawiedliwa nie jest tożsama z wojną defensywną, czyli polegającą jedynie na odpieraniu zbrojnej napaści wroga. 

Według doktryny katolickiej, opartej zresztą na etyce klasycznej, muszą być spełnione następujące warunki, by można było uznać wojnę za sprawiedliwą:

1. Zagrożone musi być poważne dobro zbiorowe, czy to duchowe, czy materialne, czy też obydwa równocześnie. Przykładem jest niepodległość narodu i państwa, dająca pewną gwarancję bytu i rozwoju pod względem zarówno duchowym jak też gospodarczym czyli materialnym. Pod względem duchowym wystarczy, gdy dobro ma charakter w znaczeniu prawa naturalnego, jak np. dobrostan i bezpieczeństwo rodzin, dzieci, chorych, niepełnosprawnych, także rozwój i postęp naukowy, kulturowy. Te wartości muszą być zgodne z prawem naturalnym, czyli z porządkiem etycznym poznawalnym rozumowo. 

2. Wyczerpane zostały pokojowe środki zażegnania zagrożenia dla tych dóbr, jak np. ochrony życia narodu czy jego części, czy też jego tożsamości zgodnej z prawem naturalnym. 

3. Stosowane mogą być jedynie środki adekwatne do osiągnięcia takiej ochrony, a nie dążące zasadniczo do unicestwienia wroga w jego bycie zbiorowym czy narodowym, chyba że ten byt stanowi zagrożenie. Ten ostatni przypadek ma miejsce wtedy, gdy dany wrogi naród czy społeczność cechuje ideologia (czy "religia"), w skład której wchodzi dążenie do unicestwienia czy zniewolenia innych narodów. Wówczas oczywiście należy najpierw dążyć do oddzielenia od takiej ideologii. Sprawa jest oczywiście delikatna i taki cel jest trudny do osiągnięcia. 

Jak widać, prawidłowa ocena zależy od wielu danych, które raczej rzadko są publicznie i powszechnie znane, aczkolwiek są takie przypadki. 

Przykładem wojny sprawiedliwej są tzw. krucjaty, czyli wyprawy wojenne narodów chrześcijańskich podjęte dla obrony i ochrony życia chrześcijan w Ziemi Świętej, bestialsko mordowanych i uciskanych przez muślimów. Jeśli zdarzały się nieetyczne zachowania czy może nawet okrucieństwa ze strony uczestników wypraw krzyżowych, to nie należą one oczywiście do wojny sprawiedliwej, nawet jeśli zostały popełnione w związku czy przy okazji wojny sprawiedliwej jaką była krucjata. 


Dla kogo jest Komunia św.?


Warunki przyjmowania Komunii św. są dość jasno określone w każdym katolickim katechiźmie. Nie jest to więc ani kwestia opinii jednego duchownego czy nawet jednego sprawującego urząd papieski. Także papież nie ma prawa zmieniać tych warunków, które są jasno określone przez Tradycję Kościoła wespół z Pismem św. A jest to właściwie jeden warunek: stan łaski uświęcającej w połączeniu z wierzeniem po katolicku w odniesieniu do sakramentu Eucharystii, oraz wolność od kar kościelnych (jak interdykt i exkomunika). 

Problem polega na tym, że Franciszek - dokładnie biorąc - nie zanegował tych warunków, lecz wypowiedział się w sposób taki, jakby je podważał co do istoty. Wiadomo, że także ktoś będący aktualnie w stanie łaski uświęcającej jest grzesznikiem narażonym na pokusy i tym samym na utratę tego stanu. Święci uważali siebie za grzeszników i niegodnych przyjmowania Komunii św. Natomiast wypowiedź Franciszka może być tak interpretowana, jakoby stan łaski uświęcającej nie był koniecznym warunkiem, a to jest herezja dyscyplinarna oraz podżeganie do świętokradzkiego przyjmowania Komunii św. 

Czy satyra jest grzechem?

 


Także mówienie żartów i satyra podlegają ogólnym zasadom moralnym co do używania mowy. Główne zasady to
- prawdziwość, czyli wyrażanie i przekazywanie prawdy, 
- ukierunkowanie na dobro moralne, czyli celowość moralna. 

W pierwszym aspekcie sprawa może się wydawać trudna i złożona. Tutaj należy owszem wziąć pod uwagę "rodzaj literacki" żartu i satyry, czyli specyficzny sposób wyrażania myśli. Jednak także ten rodzaj mowy nie zwalnia z moralnego obowiązku trzymania się prawdy i podawania jej. A jest oczywiście możliwe. 

Nieodzownym - i równocześnie koniecznym do spełnienia - warunkiem jest także cel moralny. Ośmieszenie kogoś czy raczej danego zachowania czy postępowania może i powinno dążyć do tego, jeśli ma być moralne. Pamiętać należy, że respektowana powinna być godność danej osoby, a to należy rozumieć nie jako unikanie wskazania na zachowania czy cechy niemoralne i naganne lecz jako odróżnianie między niemoralnym zachowaniem czy postępowaniem danej osoby a jej zdolnością do poprawy i moralnej postawy, nawet jeśli dana osoba może to odebrać jako poniżenie czy upokorzenie. Nie należy mylić odczucia od stanu faktycznego. Jeśli np. ktoś mi zwraca uwagę na błędy czy grzechy, to jest to emocjonalnie oczywiście nieprzyjemne dla mnie, gdyż normalny człowiek nie popełnia chętnie błędów i grzechów, więc normalnemu człowiekowi jest przynajmniej wstyd, gdy się dowiaduje, że coś takiego mu się zdarzyło. Tutaj nawet nie jest istotne dla mnie, czy zwraca mi na to uwagę tylko po to żeby mnie poniżyć, czy też dla mojej poprawy czyli w trosce o moją duszę. Ta różnica jest owszem istotna dla niego, to znaczy od niej zależy, czy grzeszy (jeśli chce mi jedynie dokuczyć czy okazać swoją wyższość rzekomą czy rzeczywistą) czy raczej spełnia dobry uczynek co do mojej duszy. 

W tej perspektywie żarty, ironia i satyra mogą być grzeszne, ale same w sobie nie muszą. Faktycznie tzw. kabarety polegają dość często, a nawet przeważnie na wywoływaniu śmiechu i wesołości bez uwzględnienia podanych wyżej dwóch zasadniczych kryteriów. Znakiem rozpoznawczym takiej wątpliwej "sztuki" jest występowanie elementów czy wątków z dziedziny poniżej pasa, gdyż ich obecność daje właściwie pewność, że chodzi o przyciągnięcie i wykorzystanie odbiorców przez wywołanie w nich dość prymitywnych emocyj, a nie o przekazanie im prawdy ukierunkowanej na cel moralny. 

Prawo świeckie a prawo Boże


To jest jak zwykle Bańkowy bełkot świadczący po raz kolejny o nędzy teologicznej w łonie FSSPX. On może coś tam słyszał bądź czytał, ale to znowu pomieszał i zamącił. 

Zasada ogólna jest taka: 

Normą nadrzędną jest prawo Boże, które jest dwojakiego rodzaju:
- prawo naturalne, czyli zasadniczo poznawalne rozumowo, oraz
- prawo objawione w historii Zbawienia, czyli poświadczone w źródłach Objawienia Bożego, którymi są Tradycja Kościoła oraz Pismo św.
Oczywiście nie może być sprzeczności między tym dwoma rodzajami, ponieważ mają tego samego Prawodawcę, którym jest Stwórca i Zbawiciel. 

Prawo stanowione, czy to państwowe czy kościelne, jest - czyli powinno - być ukształtowane według tego prawa nadrzędnego, czyli jest ze swej natury podrzędne. Tutaj zachodzi różnica między prawem państwowym (świeckim, czyli cywilnym w szerszym sensie) i kościelnym: podczas gdy wystarczy, by to pierwsze stosowało jedynie prawo naturalne (choć jak najbardziej ma prawo stosować także prawo Bożego Objawienia), to prawo kościelne musi ze swej natury stosować zarówno prawo naturalne jak też objawione (czyli nadprzyrodzone). 

O ile rozumiem pytanie, chodzi o taki przypadek, gdy prawo państwowe wykracza poza prawo naturalne. Tutaj są możliwe zasadniczo dwa przypadki:
- wykraczanie zgodne z prawem naturalnym 
- wykraczanie niezgodne z nim (czyli sprzeczne).

Jeśli dane stanowione prawo - czy to państwowe czy kościelne - wykracza poza prawo Boże (czy to naturalne czy także objawione) nie będąc z nim sprzecznym, to obowiązuje na zasadzie obowiązku obywatelskiego i pod względem moralnym wolno mu być posłusznym. 

Jeśli natomiast dane prawo stanowione jest sprzeczne z prawem Bożym - czy to naturalnym, czy objawionym - to nie wolno mu być posłusznym. 

Zaniechanie znaku krzyża

 


Zależy oczywiście od powodu zaniechania. Przychodzą mi na myśl trzy powody:
- bezmyślność
- pośpiech
- wstyd

Prywatne czynienie znaku krzyża nie jest określone jako obowiązek ani w prawie kanonicznym, ani w katolickiej teologii moralnej. Jest to zwyczaj, który jest jakby codziennym przedłużeniem i odnowieniem znaku liturgicznego, jest więc ze swej natury zarówno wyznaniem wiary jak też modlitwą (swego rodzaju tzw. aktem strzelistym), a nawet pewnego rodzaju exorcyzmem. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z tej natury i znaczenia znaku krzyża, a go świadomie nie stosuje bądź unika, to ma problem z wiarą i modlitwą, a może nawet opór czy niechęć o charakterze demonicznym. Szatan oczywiście usiłuje odwieść człowieka od tego znaku nie na zasadzie czynności magicznej w jego właściwym religijnym znaczeniu. 

Grzech zachodzi oczywiście dopiero wtedy, gdy człowiek jest świadomy niewłaściwości danego zachowania. Sam znak krzyża jako gest nie jest materią ważką, o ile unikanie go czy zaniedbanie nie wynika z niechęci do wiary i Pana Boga. Innymi słowy: materią ważką jest znaczenie znaku krzyża a nie sam znak. 

Dopiero połączenie trzech warunków - ważkość materii, świadomość grzechu i własnowolność - stanowi o grzechu ciężkim. Jeśli brakuje któregoś z tych elementów, to zachodzi grzech powszedni. 

Czy antykoncepcja może być dozwolona?


Najpierw bym radził nie polegać na opinii jednego lekarza. Znam takie przypadki, że ginekolog nie tylko się mylił w swojej diagnozie i zaleceniach, lecz wręcz okazywał wrogość wobec chęci potomstwa u pacjentów. Nie brakuje też takich, którzy bez wystarczających powodów medycznych wręcz narzucają stosowanie antykoncepcji czy nawet zabicie dziecka w łonie matki. 

Po drugie, nie jest prawdą, jakoby akt małżeński był elementem niezbędnym w małżeństwie. Owszem, małżeństwo - i tylko małżeństwo - jest jego właściwym miejscem. Gotowość i zdolność do aktu małżeńskiego jest istotna i konstytutywna także dla małżeństwa sakramentalnego, oczywiście o ile to zależy od woli małżonków czyli o ile nie zachodzą przeszkody obiektywne czy to tymczasowe czy trwałe (jak niezdolność do aktu wskutek choroby czy urazu cielesnego). 

Rzeczywiście trudną jest sytuacja, gdyż małżonkę spotkało gruntownie medycznie uzasadnione zalecenie unikania poczęcia dziecka. Tutaj istotne jest rozróżnienie: czym innym jest spojrzenie na taki fakt w perspektywie zaspokojenia pożądliwości, a czym innym w perspektywie pragnienia potomstwa. To drugie jest istotne i nadrzędne, nie to pierwsze. Jeśli ktoś ten porządek odwraca czy ujmuje odwrotnie, to świadczy to fatalnie o relacji małżeńskiej i rodzicielskiej. Taka relacja zmierza nieuchronnie do rozpadu i obumarcia najpóźniej w momencie niezdolności do aktu małżeńskiego w starszym wieku. Natomiast odpowiednie potraktowanie sytuacji wymagającej zaprzestania aktu małżeńskiego jest nie tylko najlepszym przygotowaniem na małżeństwo w starości, lecz także uczeniem się małżeństwa - być może na nowo - w jego wymiarze bardziej osobowym i duchowym niż cielesnym. 

Katolicka teologia moralna - a była o tym mowa tutaj już wielokrotnie - wyklucza stosowanie antykoncepcji czyli ubezpłodnienie aktu małżeńskiego, gdyż uderza to w jego naturę i tym samym godność. Uderza też w małżonków w ich godności jako osoby ludzkie, także w ich relację małżeńską, czego skutki są nieuchronne przynamniej po czasie. 

Moralnie dozwolone jest jedynie uleganie antykoncepcji stosowanej przez współmałżonka, jeśli sprzeciw narażałby jedność i trwałość małżeństwa. Warunkiem jest oczywiście brak zgody wewnętrznej oraz odpowiednie upomnienie współmałżonka narzucającego stosowanie antykoncepcji. 

Formacja kapelanów wojskowych


 Nie z
Nie znam podręcznika katolickiej teologii moralnej, który by wprost wypowiadał się w temacie. Kwestia dotyczy zarówno kwestii prawdomówności jak też udziału duchownych w działaniach wojskowych. Bezpośredni udział w walce był duchownym zawsze zakazany przez prawo kościelne. Mówiło się "z orężem w ręku", ale moim zdaniem dotyczy to także udziału w działaniach wywiadowczych itp. Co do prawdomówności to zasada dotyczy tak samo duchownych jak i świeckich. Pozostaje kwestia, czy fałszowanie tożsamości jest moralnie dopuszczalną metodą ukrywania prawdy. Moim zdaniem należy odróżnić tożsamość w znaczeniu nazwiska od tożsamości związanej z wyznaniem wiary. Nazwisko jest sprawą umowną i zmienną, natomiast wyznanie wiary jest zasadniczo niezmienne. Dlatego podawanie przybranego doraźnie nazwiska nie uznałbym za grzech, natomiast podawanie fałszywego wyznania już grzechem jest.

Wiadomo natomiast, że już przed II wś. w Polsce miała miejsce infiltracja Kościoła - nawet hierarchii na wysokim szczeblu - przez kręgi piłsudczykowsko-masońskie. Dowodem są fałszerstwa nawet w dziedzinie liturgii, jak fałszywe tłumaczenie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, gdzie "populus olim electus" zostało bluźnierczo zafałszowane na "naród niegdyś szczególnie umiłowany", jakoby Pan Bóg jeden naród miłował bardziej niż inne narody. 


Judeo"chrześcijaństwo" Marka Jurka (z post scriptum)


Znajomość późniejszych losów niegdysiejszych znajomych bywa niekiedy bardzo przykra. Zwłaszcza wtedy, gdy z wiekiem nie pojawia się przyrost wiedzy i moralności, lecz raczej fakty, które bynajmniej nie świadczą o takim przyroście (nawet jeśli nie są one zupełnie zaskakujące). 

Marek Jurek mówi ostatnio o sobie, że nie jest czynnym politykiem. Jednak od pewnego czasu, mniej więcej od roku, pojawia się publicznie chyba tylko w jednej tematyce. Chodzi o głośny "manifest 16-tu", który jest aktem szczególnie haniebnym (więcej tutaj, tutaj, tutaj, tutaj), a także o wydarzenie nowsze, mianowicie o polemikę ze znanym historykiem i jutjuberem Piotrem Zychowiczem w kwestii wojny w Palestynie. 

Nie wchodząc w szczegóły dyskusji tych panów, która jest swoją drogą godna uwagi, zwłaszcza z powodu wiedzy i argumentów Zychowicza, zwrócę uwagę na dwa główne "argumenty" ze strony Jurka, które nie zostały odpowiednio potraktowane ani przez tego pierwszego, ani przez prowadzącego debatę Igora Janke. 

Po pierwsze, Jurek przyrównuje powstanie państwa izraelskiego do kolonizacyj, które miały miejsce w różnych okresach historii aż do XIX wieku. Jest to dość zdumiewające, gdyż świadczy albo o ignorancji historycznej, albo o zakłamaniu, albo o jednym i drugim. Jurek widocznie utożsamia kolonizację z podbojem czyli okupacją obcego terytorium należącego do innej społeczności czy wręcz innego państwa. A jednak jest sporo przykładów historycznych na błędność tego utożsamiania. Mamy przecież kolonie greckie w basenie Morza Śródziemnego, mamy kolonizację Europy Wschodniej przez Polaków i Niemców, a przedtem Niemcy osiedlali się na terenach polskich nie po to, żeby przyłączyć te z ziemie do Rzeszy czy żeby stworzyć tutaj państwo niemieckie, lecz się asymilowali i wnosili swój wkład w rozwój gospodarczy i kulturowy. Podobnie czyniła szlachta polska na Kresach. Owszem, są też inne przykłady, które, choć nazywane kolonizacją, były właściwie okrutnym, niszczycielskim i śmiertelnym dla rodzimych ludów i kultur podbojem, jak zwłaszcza w Ameryce Północnej ze strony protestantów i też żydów przybyłych z Europy. Historyk, a nawet każdy choćby średnio wykształcony człowiek ma obowiązek rozróżniania faktów i pojęć. Tak więc nazwanie tego, co się dzieje od pierwszej połowy XX w. w Palestynie, "kolonizacją" jest dość podłą manipulacją. 

Po drugie, Jurek odnosząc się do wskazania przez Zychowicza na ewidentne zbrodnie popełniane przez wiadome państwo położone w Palestynie, odpowiada, że przecież chodzi o wojnę. Zakładając, że jako historyk i podający się za katolika ma choćby blade pojęcie co do katolickiego nauczania o wojnie sprawiedliwej, nie pojmuję, jak można tak bezczelnie oszukiwać publiczność. Otóż nauczanie katolickie podaje dość wyraziste warunki, które muszą być spełnione, by dana wojna - czyli konkretnie stosowane środki w konflikcie zbrojnym - mogła zostać uznana za sprawiedliwą czyli moralnie godziwą. Są to przede wszystkim:

- przyczyną konfliktu musi być poważne naruszenie zasad sprawiedliwości na poziomie ogólnoludzkim, czyli mówiąc współcześnie naruszenie praw człowieka w skali społecznej, masowej, 

- wyczerpane zostały środki pokojowe mające zaradzić temu naruszeniu i pozostaje jedynie starcie zbrojne,

- środki zbrojne stosowane w starciu muszą być współmierne i adekwatne do celu, jakim jest przywrócenie porządku sprawiedliwości (takim środkiem z całą pewnością nie jest zabijanie ludności cywilnej czy zabór terytorium należącego do niej).

Katolik wie też, że nie chodzi tutaj o specyficznie katolicką doktrynę, nawet jeśli de facto jest ona nauczana głównie czy niemal wyłącznie przez Kościół, lecz o zasady wynikające z prawa naturalnego, które jest poznawalne rozumowo bez konieczności odwołania się do Bożego Objawienia czyli prawd wiary katolickiej. 

Nasuwa się pytanie, co doprowadziło M. Jurka do takiego stanu umysłowo-moralnego. Można się domyślać. Sapienti sat. 



Post scriptum

Pojawiła się wypowiedź jednego z polityków (czyli kolegów), która poniekąd wyjaśnia:


Z tego przykładu prawdopodobnie wynika, że M. Jurek zawsze był i jest na czyichś usługach. Można się domyślać, kto za nim stoi. 


Jaką rangę ma nauczanie Kościoła o celach małżeństwa?



Odpowiadam po krótce dla wyjaśnienia problemu:

1. Tzw. cenzury teologiczne - czyli stopniowanie tez według ich stopnia pewności czy nieomylności - są stosowane tradycyjnie jedynie w podręcznikach dogmatyki katolickiej, nie w podręcznikach teologii moralnej. Oznacza to, że nauczanie o celach małżeństwa nie było opatrywane takimi stopniami. 

2. Tym niemniej główne zasady stosowane w odniesieniu do prawd wiary katolickiej) czyli dogmatów można stosować analogicznie do kwestii moralnych, także do nauczania o celach małżeństwa. 

3. Nauczanie o celach małżeństwa podane w Codex Iuris Canonici z 1917 r. podaje odwiecznie nauczanie zawarte u Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła i u papieży na przestrzeni wieków. Jako stałe i powszechne nauczanie ma istotne znamię nieomylności jak konkretny przykład nieomylności Kościoła wskutek asystencji Ducha Świętego. 

4. Codex Iuris Canonici z 1983 r. - w odróżnieniu do poprzedniego - nie podaje hierarchii celów małżeństwa, a jedynie odwraca kolejność w wymienieniu, co samo w sobie nie jest odwróceniem hierarchii, choć może być tak interpretowane i de facto tak jest interpretowane. Jest to oczywiście (delikatnie mówiąc) niefortunne, aczkolwiek typowe dla soborowia i posoborowia, gdzie wprawdzie - ściśle biorąc - nie ma bezpośredniego zaprzeczenia dotychczasowemu nauczaniu Kościoła, ale zostaje otwarta możliwość takiego właśnie interpretowania i zastosowania, co powoduje zamieszanie i destrukcję zaufania do Kościoła. 

5. Człowiek dobrej woli znający zasady teologii katolickiej będzie zasadniczo skłaniał się ku pogodzeniu nowych dokumentów (w tym wypadku CIC z 1983 r.) z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, które ma znamiona nieomylności, nawet jeśli dana teza nie została formalnie ogłoszona jako nieomylna. W tym wypadku będzie podnosił, że odmienna kolejność w wymienieniu celów małżeństwa nie jest zaprzeczeniem czy odrzuceniem jasnej hierarchii tychże celów podanej w w CIC z 1917 r., nawet jeśli tak obecnie uważa wielu teologów a nawet hierarchów. 

Szklanka w połowie pełna czy w połowie pusta?


Niemal od pierwszych dni pontyfikatu Leona XIV trwa w środowiskach katolików konserwatywnych debata co do tego, czy jest to Franciszek 2.0 czy jednak ktoś inny. Dyskutanci czy raczej recenzenci błyskawicznie rzucają się na każde nowe wypowiedzi czy decyzje Leona XIV, szukając w nich potwierdzenia bądź zaprzeczenia dla swojej tezy. Jak to zwykle w płyciznowym dziennikarstwie bywa, liczą się głównie czy niemal wyłącznie wypowiedzi dla dziennikarzy, a mało kogo w ogóle interesują przemówienia oficjalne czy homilie. Póki co nowy papież co do łatwości i częstotliwości wypowiedzi dziennikarskich niestety idzie w ślady swego bezpośredniego poprzednika, aczkolwiek poziom wypowiedzi jest zdecydowanie lepszy, mianowicie nie krętacki i zasadniczo nie skandaliczny, choć także dający możliwość a nawet sposobność do nieporozumień. Typowym przykładem jest najnowsza wypowiedź (z 30.9.2025): 


Słynny usański katolicki konserwatywny teolog i publicysta zareagował w następujący sposób:



Jak widać, Kwaśniewski nie ukrywa swojego rozczarowania. Równocześnie jednak nie przytacza wypowiedzi Leona XIV w całości, lecz opuszcza pierwsze i ostatnie zdanie, a to istotnie zmienia całość. 

Wszak jest dość jasne, że Leon XIV 
- unika odpowiedzi odnośnie do tego konkretnego senatora (i zamiaru przyznania mu odznaczenia kościelnego),
- rozszerza temat ochrony życia ludzkiego o temat kary śmierci i traktowania imigrantów,
- wskazuje na nauczanie Kościoła w tych kwestiach,
- apeluje o wzajemny szacunek, 
- nie chce dać się wciągnąć w spory polityczne czy to partyjne czy frakcyjne między katolikami, czyli unika opowiedzenia się za jedną ze stron sporów. 

Interpretując życzliwie i zarazem rzetelnie, myślę, że bezpodstawne jest zarzucanie mu zrównywania tych trzech kwestij, czyli życia nienarodzonych, kary śmierci i życia imigrantów. Nie trzeba być wybitnym teologiem, by zdawać sobie sprawę z istotnych różnic. Osobiście bym zarzucił mu jedynie, że w ogóle jest gotowy do wypowiadania się w takiej sytuacji, która właściwie wyklucza rzetelne rozpatrzenie i odpowiednie rozwinięcie myśli, co by zabezpieczyło przed nieporozumieniami. Tutaj Leon XIV jakoś nie ma odwagi a chyba nawet ochoty na odróżnienie się od Franciszka, który wręcz lubował się w tego typu sytuacjach i wypowiedziach, które regularnie prowadziły do zamieszania i skandali. Z drugiej strony jednak publiczność oczekuje zajęcia stanowiska przez papieża w aktualnych gorących kwestiach. Byłoby sprzeczne z naturą i charakterem Roberta Prevost'a, gdyby to zignorował i nie odpowiedział na te oczekiwania. 

Czy można było lepiej zareagować na to pytanie dziennikarki? Prawicowi publicyści są oczywiście rozczarowani i oburzeni, że papież nie skorzystał z okazji by publicznie zrugać kardynała Cupich'a, a także wszystkich proaborcyjnych biskupów i polityków zarówno w USAnii jak i na całym świecie. Za to Leon XIV oczywiście odpowie przed Panem Bogiem, o czym on zapewne doskonale wie. Nie sposób jednak się z nim nie zgodzić w tym, że zawężanie troski o ochronę życia ludzkiego do nienarodzonych nie jest ani uczciwe, ani mądre, ani katolickie. On nie powiedział, że stosunek do aborcji jest nieistotny czy mniej ważny, lecz wskazał na szerszą perspektywę teologiczną i polityczną. Jego słowa nie są bagatelizacją czy relatywizacją zła aborcji, lecz wytknięciem braku konsekwencji i uczciwości zarówno u tych, którzy opowiadają się za liberalnym traktowaniem aborcji, jak też u tych, którzy - być może - zapominają o ludzkiej godności i prawie do życia imigranta czy zbrodniarza. Tutaj jest oczywiście nie wolno pomijać aspektu winy, czyli istotnej różnicy między prawem do życia niewinnego dziecka a tymże prawem po stronie zbrodniarza czy nielegalnego imigranta. Zaznaczenia tej różnicy brakuje w tych słowach, lecz z tego nie wynika jej negacja. 

Na tym przykładzie widać dość wyraźnie, jak wielkie rany, uprzedzenia, skrzywienia i podatność na wręcz neurotyczne reakcje pozostawił w umysłach katolików pontyfikat Franciszka, który zresztą słusznie można uznać za największą traumę w życiu Kościoła na przestrzeni wszystkich wieków. Leon XIV jest traktowany podejrzliwie czy przynajmniej nieufnie już choćby z tego powodu, że swoją karierę kościelną - patrząc powierzchownie - zawdzięcza swojemu poprzednikowi. Co zresztą nie jest do końca prawdą, gdyż generałem szacownego zakonu został za Jana Pawła II, a już za Benedykta XVI był traktowany jako poważny kandydat do biskupstwa. Nie zamierzam niczego upiększać ani namawiać do naiwnego optymizmu. Chodzi o rzetelność i realizm. Mówiąc najkrócej: wydaje mi się, że wynik konklawe w 2025 r. był najlepszym możliwym czyli realistycznym wyborem w tym momencie historii Kościoła. Też bym sobie życzył, by papieżem został ktoś, kto jednoznacznie opowiada się za liturgią tradycyjną i kto by niezwłocznie potępił wszelkie herezje i błędy grasujące obecnie w Kościele, tudzież usunął z urzędów wszystkich kardynałów, biskupów, opatów, proboszczów, którzy nie popierają szczerze jego linii, katolickiej linii. Pan Bóg oczywiście mógłby taki wybór na konklawe zdziałać. Jednak fakt jest taki jaki jest, a Pan Bóg nie musi nam się z tego tłumaczyć. Wręcz odwrotnie: to my mamy starać się zrozumieć to, co Pan Bóg chce nam w tym momencie historii Kościoła powiedzieć. 

Na koniec jeszcze mała próba pomocy tym, którzy jednak chcą zrozumieć Leona XIV i tym samym wolę Bożą na ten czas. Kim jest Leon XIV?

Jest Usańcem: 
Większości obywateli świata USAnia kojarzy się z potęgą, zamożnością i narzucaniem swojej woli innym państwom. Kto nie zna tego kraju od wewnątrz, czy przynajmniej Usańców osobiście, ten nakłada ten schemat na każdego Usańca. Ten kraj jednak jest specyficzny, dość różny od innych krajów, a także są istotne różnice między społecznościami w jego łonie. Dla katolika np. polskiego Kościół usański jest potęgą pod każdym względem. Tymczasem mało kto wie, że katolicy usańscy do niedawna - mniej więcej jeszcze pół wieku temu - byli wręcz publicznie wyszydzaną i pogardzaną mniejszością, mimo swoich niewątpliwych i powszechnie docenianych zasług choćby w szkolnictwie i edukacji. Katolicyzm w USAnii jest tam wprawdzie największą denominacją, jednak ma przeciw sobie przytłaczającą większość protestantyzmu różnej maści, wprawdzie podzielonego na tysiące czy dziesiątki tysięcy sekt, ale zgodnego w zwalczaniu i poniżaniu katolików. Fakt, że dopiero taki fałszywy katolik jak Joe Biden został dopuszczony do urzędu prezydenta, jest tylko jednym z dowodów. Rodzina Roberta Prevost'a należała do niższej klasy średniej, co jest typowe dla katolików chicagowskich. Ma to oczywiście sporo zalet, zwłaszcza dla życia religijnego, gdyż sprzyja silnej tożsamości wyznaniowej. Równocześnie jednak wzmacnia poczucie wartości i wagi tolerancji, koniecznej w sytuacji pluralizmu religijnego. W takiej mentalności wzrastał Robert i to ona kształtowała jego osobowość. Zresztą swoisty pluralizm znamionował i nadal znamionuje jego rodzinę: podczas gdy matka była bardzo pobożna i pilnowała codziennego różańca w rodzinie, jego ojciec był związany z paramasońską organizacją Lions Club, zaś obecnie jego starszy brat Louis dość otwarcie popiera republikanów i D. Trumpa, podczas gdy młodszy John ma dość wyraźne poglądy lewackie po linii bergogliańskiej. Taka sytuacja wręcz wymusza zarówno unikania spornych kwestij jak też szukania tego, co łączy. Istotną cechą mentalności usańskiej jest także pragmatyzm, polegający na pewnej wręcz niechęci dla rozwijania abstrakcyjnych teorij na rzecz poszukiwania rozwiązań, które sprawdzają się w praktyce. W przypadku Roberta Prevost'a mamy do czynienia z pewnym połączeniem tych dążeń, gdyż jest on z jednej strony uzdolnionym matematykiem, z drugiej jednak kimś, kto nie poświęcił się karierze naukowej lecz szukał stylu życia dla praktycznej realizacji żywej wiary, a w teologii pociągała go praktyka wiary wyrażona w prawie kanonicznym, i to zaprowadziło go w końcu na misje do ubogich w Peru. To ostatnie jest mało usańskie, gdyż sprzeciwia się tendencji do wygodnictwa i wyniosłej dominacji, a równocześnie jest zapewne owocem doświadczenia czy styczności z ubóstwem, którego nie brakuje także w Chicago czy ogólnie w USAnii. 

Jest augustianinem: 
Gdy młody Rober Prevost w połowie lat 70-ych XX w. wybierał drogę powołania duchownego, zakon augustianów, który znał dość dobrze, był w modzie z wielu powodów, aczkolwiek przeżywał zapaść jak niemal wszystkie zakony w posoborowiu. Otóż moderniści już od końca XIX w. reprezentowali odejście od teologii scholastycznej i tomistycznej na rzecz powrotu do teologii "kerygmatycznej", czyli odejście od naukowej precyzji pojęć i dowodów teologicznych a przejście na styl homiletyczny i katechetyczny, czyli bardziej przeżyciowo-subiektywistyczny. Powoływano się przy tym ogólnie na Ojców Kościoła, w tym głównie na św. Augustyna. Tej modzie uległ zresztą już znacznie wcześniej młody Joseph Ratzinger, który zarówno w swojej pracy doktorskiej jak też habilitacyjnej zajął się augustiańskim nurtem teologii. 
Myślę, że najistotniejszym kluczem do mentalności i osobowości Leona XIV jest reguła św. Augustyna, która jest najstarszą regułą zakonną Kościoła łacińskiego, a równocześnie dziełem, które przez wieki wywierało i nadal wywiera potężny wpływ na duchowość kleru katolickiego. Można ją streścić w trzech słowach: miłość Boga, wspólnotowość, czyli braterstwo, oraz posłuszeństwo. Myślę, że nie można Robertowi P. odmówić miłości Boga, skoro jako zdolny młodzieniec z szansą na karierę świecką wybrał życie zakonne a następnie posługiwanie jako misjonarz. Te same fakty świadczą o duchu wspólnotowości i posłuszeństwa. On nie jest samotnikiem, nie jest monarchą, nie jest maminsynkiem i nie jest tyranem. Szkoła życia w zakonie uczy realizmu przede wszystkim w stosunku do siebie, a także wysiłku zrozumienia innych, szacunku i wzajemnej zależności. Od bardzo dawna nie było zakonnika na Stolicy Piotrowej. Franciszek był wprawdzie jezuitą, lecz jedynie w duchu poważnie wypaczonego, modernistycznego pseudojezuityzmu "słynnego" Pedro Aruppe, na tyle wypaczonego, że nawet jego współbracia uważali go za niegodnego biskupstwa. Natomiast w Leonie XIV widać, że jest zakonnikiem z krwi i kości, dogłębnie i szczerze, a potwierdzają to jego współbracia, których był przełożonym generalnym przez dwie kadencje czyli przez maxymalny okres. Owszem, także ten zakon jest dotknięty zarazą modernistycznego soborowizmu. Ryba psuje się od głowy. Jednak w Robercie P. widać szczere przywiązanie do reguły św. Augustyna i tym samym przynajmniej do tego nurtu duchowości katolickiej, który jest najstarszy w Kościele i poniekąd najbardziej płodny, skoro chociażby św. Tomasz z Akwinu należał do zakonu dominikańskiego, zbudowanego właśnie na regule augustiańskiej. Oczywiście wspólnotowość i posłuszeństwo mogą być nadużywane, podobnie jak miłość do fałszywego bóstwa w fałszywej religii. Jednak u człowieka na urzędzie kościelnym bardziej niebezpieczny - im wyższy urząd tym bardziej - jest indywidualizm, gdyż bardziej sprzyja on oderwaniu od rzeczywistości i przeświadczeniu o własnej wielkości, co dość wyraźnie widać u poprzedników na Stolicy Apostolskiej. Wspólnotowość może być wypaczona, mianowicie wtedy gdy przeradza się w stawianie interesu grupowego ponad prawdę i miłość Boga. Także posłuszeństwo może zostać wypaczone i faktycznie jest obecnie regularnie wypaczane, gdy władza i urząd są stawiane ponad prawdą i sprawiedliwością, a dominować chce swawola sprawującego władzę. Tutaj akurat wspólnotowość może być skutecznym środkiem zapobiegawczym czy przynajmniej barierą dla despotyzmu. Dlatego właśnie po epoce despotyzmu bergogliańskiego wiele dobrego, a przynajmniej istotnego polepszenia można się spodziewać w obecnym pontyfikacie, co już widać w przemianie nastroju w samym Watykanie. 

Jest misjonarzem: 
W przypadku kogoś wychowanego w dobrobycie - a nawet zbytku - lat 60-ych i 70-ych pójście na misje do kraju nie tylko ubogiego lecz naznaczonego brakiem stabilności politycznej, przemocą i wojną domową w tym czasie było rzadkością, oryginalnością, a właściwie należałoby powiedzieć - heroizmem. Mówię to z całą odpowiedzialnością, gdyż końcem lat 80-ych byłem związany ze zgromadzeniem misyjnym najpierw w Polsce i na koniec w Austrii. Młody, zdolny zakonnik augustianin z USA mógł sobie urządzić bardzo wygodne życie i nawet karierę kościelną, zwłaszcza że studiował w Rzymie, co oczywiście bardzo sprzyja karierze. On jednak wybrał trudy i niebezpieczeństwa pośród nędzy w Peru, co było wówczas bardzo rzadkie nie tylko w jego zakonie, który właściwie nie specjalizuje się w działalności misyjnej, lecz nawet w zgromadzeniach specjalistycznie misyjnych. A widać po nim, że jest misjonarzem z zamiłowania, z serca, oraz z krwi i kości. Równocześnie praca na misji zapewne miała też znaczący wpływ na jego osobowość kapłańską. Jakie to są cechy? 
Po pierwsze, najpierw uważne, nieuprzedzone poznanie rzeczywistości, która jest wpierw obca, poznawanie mentalności, kultury, słuchanie, zanim się coś powie czy zacznie działać. 
Po drugie, bezinteresowność czyli autentyczna, szczera wola pomocy, zwłaszcza duchowej. Można to też nazwać otwartością na potrzeby innych. 
Po trzecie, unikanie wszystkiego, co mogłoby zrazić, zranić czy zniechęcić, gdyż bariera choćby emocjonalna może udaremnić wszelkie wysiłki zdobycia zaufania i działania dla dusz. 
Po czwarte, docenienie choćby iskierki czy źdźbła prawdy i dobra, nawet jeśli otoczone jest to fałszem, złem czy przynajmniej czymś dziwnym i obcym. 
Oczywiście mentalność misjonarza może mieć też negatywne strony, jak chociażby brak precyzji czy subtelności teologicznej, skłonność do pójścia na skróty "ze względów duszpasterskich" a wbrew normom prawa itp. Tutaj o. Prevost był o tyle przygotowany i zabezpieczony że wcześniej był zdobył wykształcenie specjalistyczne w kanonistyce, więc z pewnością nie gardził prawem kościelnym. Myślę, że jego życie i osobowość stanowi udaną i wielostronną syntezę różnych aspektów życia kościelnego i duchowości. Z tego właśnie powodu dla kogoś przywykłego np. do mentalności czysto kanonistycznej, czy - z drugiej strony - jedynie misyjnej Leon XIV wydaje się nieczytelny i niezrozumiały. Misjonarze są raczej znani z ignorancji, a jeszcze bardziej z pogardy dla prawa kościelnego, zaś kanoniści ze ślepego na rzeczywistość trzymania się litery prawa. Przez swoją drogę życiową o. Robert Prevost jest dobrze przygotowany do przezwyciężenia tej dychotomii, a myślę, że nie tylko tej. 

Podsumowując:
Nie zamierzam uprawiać tanich pochwał czy apologii. Chodzi mi jedynie o rzetelność w odniesieniu do faktów. Pamiętam ostrożność i zasadniczą życzliwość, z którą traktowany był Franciszek na początku swojego pontyfikatu także ze strony katolików konserwatywnych, mimo tego, że właściwie od początku było jasne - przynajmniej dla mnie - kim on jest, co będzie mówił i jak działał. Dopiero stopniowo z czasem pojawiały się głosy krytyczne, właściwie dopiero po opublikowaniu "słynnej" adhortacji "Amoris Laetitia". Natomiast na Leonie XIV od początku ciąży - w oczach krytyków i sceptyków - znamię wypromowania go przez Franciszka. Zapomina się przy tym, że Bergoglio bardzo często, a właściwie regularnie działał według swojego widzimisię, bądź sympatii czy antypatii. Warto mieć na uwadze fakt, że darzył ewidentnie sympatią także słynnego w kręgach tradycyjnych biskupa Atanazego Schneider'a, któremu zawsze udzielał audiencji na życzenie, mimo że powodem było nie podlizywanie się lecz upominanie. 
Apeluję więc o przynajmniej taką samą życzliwość czy przynamniej ostrożność w traktowaniu Leona XIV, a nade wszystko o rzetelność. Pamiętam, z jakim zainteresowaniem śledzono codzienne "homilie" bergogliańskie, choć to były zwykle prymitywne i zakłamane bełkoty. Natomiast teraz niby konserwatywni recenzenci Leona XIV ograniczają się do oglądania obrazków, nawet nie wysilając się na zapoznanie się z jego nauczaniem czyli oficjalnymi wypowiedziami, ograniczając się najwyżej do spontanicznych wywiadów. Proszę sobie porównać pierwsze z brzegu przemówienie czy homilię Leona XIV z odpowiednikami "nauczania" bergogliańskiego. To powinno wystarczyć, by zauważyć przepaść między nimi zarówno w stylu jak też w treści. Nie musi to oznaczać zanegowania wprost tego, co głosił Franciszek. Już sama metoda teologiczna stanowi o sprzeczności. 

Można oczywiście narzekać i wytykać, że Leon XIV nie ryczy na heretyków i nie przepędza ich z Watykanu i stolic biskup na pustynię. Ciekawe, kto z takich mądrych by tak postąpił ze swoimi niesfornymi dziećmi (gdyby je miał) czy choćby ze swoimi pracownikami (gdyby ich miał). Tacy mądrale zapewne nie mają pojęcia ani o wychowaniu dzieci, ani o obchodzeniu się ze współpracownikami, a tym bardziej o tym, jak działa Kuria Rzymska i w ogóle Kościół. Albo myślą o Kościele w kategoriach postfeudalnego systemu kościelnego w Polsce, gdzie już byle kurialista uważa się za jakby bożka czyli za prawie wszechwładnego i wyniesionego ponad zasady nawet zwykłej przyzwoitości.