Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Podziękowanie

Z przyjemnością kieruję do P. T. Czytelników comiesięczne podziękowanie wraz z aktualną statystyką. 

Oto aktualna statystyka (na dzień 31.5.2026): 


Przebieg w skali ostatniego roku wygląda następująco:


Jak pokazuje statystyka, w ostatnich miesiącach nastąpił wzrost korzystania z bloga, które wynosi obecnie średnio ponad 3000 wejść dziennie. Gdyby każda z osób korzystających przeznaczyła na wsparcie bloga przynajmniej 1 (jeden) złoty miesięcznie, to byłaby to ważna oznaka docenienia wartości mojej pracy, która wymaga nie tylko czasu i trudu pisania lecz także poszukiwania, badania i zakupu źródeł. 

Datki o różnej wysokości - a każde wsparcie się liczy - ofiarowało od początku istnienia bloga w sumie około trzydziestu osób, co stanowi około 1,5% osób codziennie korzystających z bloga. Kilka osób wspiera blog regularnie, co jest szczególnie cenne, niezależnie od wysokości ofiar. Tych kilka osób stanowi około 0,2-0,3% osób codziennie korzystających z bloga. 

Za wszelkie wsparcie - Bóg zapłać!  Wszystkich darczyńców wspominam w memento każdej Mszy św.

Datki można wpłacać na numer konta (IBAN):

94 1020 4274 0000 1102 0067 1784


Do przelewów z zagranicy:

PL 94 1020 4274 0000 1102 0067 1784

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW

Sedemenefregizm jako sposób na przetrwanie


30 listopada 2023 roku na stronie znanego watykanisty Marco Tosatti'ego została opublikowana deklaracja będąca pierwszą tego typu reakcją na obecną sytuację w Kościele. Sygnatariusze są anonimowi i nazywają się "grupą dziewięciu", składającą się z duchownych i świeckich filozofów, teologów, kanonistów i historyków. Deklaracja jest o tyle bardziej ciekawa, że próbuje wyrazić i określić stanowisko, które stało się jeszcze bardziej aktualne po niewiele później opublikowanej deklaracji "Fiducia supplicans" w kwestii błogosławienia związków grzesznych. To stanowisko otrzymało dziennikarską nazwę sedemenefreghismo od włoskiego wyrażenia "me ne frego" czyli "nie obchodzi mnie", "nie rusza mnie". 

Oto robocze tłumaczenie tej deklaracji:

Świadomi niebywałego kryzysu, który już od dłuższego czasu uderza w Kościół, oraz widząc, że toczone pośród ludzi dobrych często spory, podziały oraz debaty bez końca mają za przedmiot stan Stolicy Piotrowej (oraz całej hierarchii kościelnej), jako prywatni uczeni (duchowni, świeccy, teologowie, filozofowie, kanoniści, prawnicy i historycy) zgodnie sporządziliśmy co następuje:

1. Że mamy niebywały kryzys w łonie Kościoła, że w kryzysie pierwotna Tradycja Katolicka zostaje przytłoczona przez doktryny heterodoxyjne (modernizm i neomodernizm), że ten kryzys jest kryzysem doktrynalnym, liturgicznym i moralnym, że ten kryzys dotyka ciała Kościoła aż do Stolicy Rzymskiej - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić. 

2. Że ten kryzys, choć ma korzenie starożytne, ma swój początek na Soborze Watykańskim II wraz z przewagą niekatolickiego myślenia pośród hierarchii, sięgając aż do Stolicy Rzymskiej - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić. 

3. Że nowa liturgia wprowadzona przez Pawła VI przedstawia sztuczną konstrukcję oraz obiektywne zerwanie z nieprzerwaną Tradycją Kościoła oraz z dogmatem katolickim - tego nie trzeba udowadniać, lecz tylko stwierdzić. 

4. Obowiązkiem każdego ochrzczonego jest trwanie w wyznawaniu wiary ze Chrztu, czyli we wierze wszechczasów, w niezmiennej doktrynie otrzymanej od Apostołów. Obowiązkiem każdem ochrzczonego jest żyć i modlić się zgodnie ze świętą wolą Bożą, ukazaną w Bożym Objawieniu (Piśmie św. i świętej Tradycji). 

5. Obowiązkiem każdego ochrzczonego jest unikanie tego, co może zaszkodzić własnej duszy, co stanowi niebezpieczeństwo dla integralności wiary. 

6. Wobec rozmiaru i wagi kryzysu i aż do jego rozwiązania (potępienie i wyrzucenie z Kościoła każdej idei heterodoxyjnej, całkowity powrót do Tradycji w doktrynie, w liturgii i w obyczajach) jest powinnością roztropności, by nie dowierzać hierarchom opanowanym przez myślenie niekatolickie, jak też instytucjom kościelnym, które stały się narzędziem myślenia niekatolickiego. 

7. Roztropne jest trzymanie się wszystkiego, co jest pewne (lex credendi, lex orandi, lex vivendi jak to było zawsze nauczane), powstrzymując się natomiast od zgody na to wszystko, co jest wątpliwe. 

8. Wierny, czy to duchowny czy świecki, nie jest powołany do badania każdego poszczególnego nauczania, każdego poszczególnego textu liturgicznego, każdej wypowiedzi hierarchii dla zbadania jej zgodności z Depozytem Wiary. Raczej należy przyjąć kryterium roztropnościowe i profilaktyczne: skoro myślenie niekatolickie zaraziło hierarchię aż do Stolicy Rzymskiej, to należy trzymać się tego, co było nauczane przed kryzysem, i należy powstrzymać się od zgody na to, co jest nauczane potem. 

9. Powstrzymanie się od zgody nie jest "wolnym osądem", lecz powinnością roztropności dla trwania we wierze. Powstrzymując zgodę pozostawia się autorytetowi Kościoła osąd doktrynalny (o wierze bądź moralności) oraz co do lex orandi. Gdy kryzys zostanie przezwyciężony a hierarchia będzie znów pewna w ortodoxji wiary, wówczas będzie ona prawowitą władzą sądzenia we wierze. 

10. Kryzys będzie mógł być przezwyciężony gdy hierarchia (papież i moralna jednomyślność biskupów) będzie nauczała tę samą doktrynę, która była nauczana przez Kościół nieprzerwanie do Soboru Watykańskiego II i zostanie przywrócona lex orandi Tradycji Apostolskiej. 

11. Z racji uwikłania samej Stolicy Rzymskiej w kryzys jest zasadne postawienie kwestii co do stanu Stolicy Papieskiej. 

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Jorge Maria Bergoglio za prawdziwego papieża, choć poważnie heterodoxyjnego.

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Jorge Maria Bergoglio za nieprawowitego okupanta Stolicy Piotrowej i tym samym za antypapieża. 

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają Stolicę Rzymską za nieobsadzoną.  

Uprawnioną jest opinia tych, którzy uważają, że Stolica Rzymska jest obsadzona jedynie materialnie. 

Uprawniona jest opinia tych, którzy wiążą kryzys Stolicy Rzymskiej z postacią papieża heretyka. 

Uprawniona jest opinia tych, którzy wiążą kryzys Stolicy Rzymskiej z postacią papieża schizmatyka. 

Uprawniona jest także opinia tych, którzy uważają, że jest współobecność "dwóch Kościołów" pod widzialną postacią jednego Kościoła (tak więc w Kościele posoborowym byłby zarówno prawdziwy Kościół Chrystusowy, święty Kościół katolicki, apostolski rzymski, jak też neo-Kościół gnostycki) z papieżem jako głową obydwóch w ten sposób, że papież byłby wikariuszem Chrystusa, ale także głową nowej wiary, nowego kultu, nowego Kościoła. 

Uprawniona jest opinia tych, którzy uważają papieży posoborowych za prawdziwych papieży, chociaż nacechowanych myśleniem niekatolickim. 

12. Co do punktu 11 to są to między innymi opinie, których nie możne ze sobą pogodzić, gdyż nie mogą być równocześnie prawdziwe, a tylko jedna z nich może być prawdziwa. Osądzenie co do tego, która jest prawdziwa, jest sprawą wyłącznie najwyższej władzy w Kościele. Dopóki, po rozwiązaniu kryzysu, najwyższa władza w Kościele nie wyda osądu, są to tylko opinie uprawnione i podlegające dyskusji. 

13. Ponieważ są to tylko opinie, żadna z nich, nawet jeśli jest uprawniona, nie może być pewnym kryterium w stawieniu czoła kryzysowi. 

14. Ponieważ tylko najwyższa władza Kościoła ma prawo wydać osąd w kwestii Stolicy Rzymskiej, rozwijanie bądź popieranie takiej czy innej tezy będzie przedsięwzięciem nieuchronnie skazanym na brak rozwiązania. Kwestia Stolicy Rzymskiej jest skazana na pozostawanie otwartą, nierozwiązaną aż do końca kryzysu, aż to pewnego osądu najwyższej władzy. 

15. Różnice zdań co do Stolicy Rzymskiej nie może być nigdy powodem do podziałów, gdyż chodzi o opinie podlegające dyskusji, a nie o prawdy pewne. 

16. Jakiekolwiek byłyby opinie, to dopóki trwa stwierdzony kryzys (także w Stolicy Rzymskiej oraz w całej hierarchii) to postawa roztropności powinna polegać na powstrzymaniu się od zgody (sospensione dell' assenso), w oczekiwaniu na koniec kryzysu. 

Nadaje się temu naszemu stanowisku określenie "sedemenefregizm" w podwójnym znaczeniu:

- "mnie nie obchodzi" kwestia Stolicy Rzymskiej, o ile nie może być rozwiązana przez nas, więc bezużyteczne jest jej stawianie sobie,

- "mnie nie obchodzi" to, co pochodzi od Stolicy Rzymskiej, o ile ten, kto na niej zasiada (czy prawowicie czy nieprawowicie, czy jedynie materialnie czy także formalnie, czy de facto czy de iure, to podlega dyskusji), jest opanowany przez myślenie niekatolickie i z powodu roztropności nie powinien był słuchany. 


Tyle textu deklaracji. Jest ona wysoce kompetentna zarówno teologicznie jak też kanonicznie. Osobiście podejrzewam - także na podstawie chronologicznej bliskości faktu zaszykanowania kardynała R. Burke'a odebraniem mu mieszkania oraz pensji kardynalskiej, co miało miejsce około dwóch tygodni po opublikowaniu deklaracji - że jej inicjatorem i jednym z sygnatariuszy jest właśnie ten Kardynał. 

Ponadto osobiście mam tylko jedną uwagę. Wolałbym w tym kontekście użycie innego słowa niż kryzys, gdyż moim zdaniem bardziej pasujące jest określenie "zapaść". Rozumiem jednak, że słowo kryzys bardziej napawa optymizmem, gdyż można je rozumieć w nawiązaniu do kryzysu w stanie pacjenta. Obecny stan Kościoła wydaje się gorszy niż krytyczny. Równocześnie pewne jest, że bramy piekielne go nie przemogą. Po upadku Kościoła - a było ich sporo w historii - zawsze następowało podniesienie i odnowa. Na tę odnowę nie wystarczy czekać. Każdy wierzący może i powinien codziennie odnawiać się łasce Bożej, w życiu wiarą, nadzieją i miłością. To jest kryzys w każdym z nas. I zarazem jego przezwyciężenie tu i teraz. 


Śp. abp Marcel Lefebvre uważał swoje święcenia za wątpliwe


Natrafiłem na znamienne słowa śp. abpa M. Lefebvre'a wypowiedziane w szczególnym momencie, mianowicie w kazaniu podczas udzielenia sakry biskupiej swoim księżom w 1988 r.:


Oto jego słowa w oryginale:

"vous savez bien qu`il ne peut y avoir des pretres sans eveques, tous ces seminaristes qui sont ici presentes, si demain le bon Dieu me rapelle et ce ne sera sans doute sans tarder, et bien ces seminaristes de qui reçevront-ils le sacrement de l`ordre? des eveques concilliers, dont les sacrements sont toutes douteux, parce qu`on ne se pas exactement, quelles sont leures intentions? c`est pas possible!"

Oto tłumaczenie: 

"wiecie dobrze, że nie ma księży bez biskupów, wszyscy ci seminarzyści, którzy są tutaj obecni, jeśli jutro dobry Bóg mnie wezwie, a niewątpliwie nastąpi to wkrótce, cóż, od kogo ci seminarzyści otrzymają sakrament święceń? od biskupów soborowych, których wszystkie sakramenty są wątpliwe, ponieważ nie znamy dokładnie ich intencyj? to niemożliwe!"

Tak więc konieczność tego aktu - udzielenia sakry swoim kapłanom - uzasadnia tym, że święcenia udzielane przez "biskupów soborowych" są wątpliwe - i tym samym wątpliwe są sakramenta sprawowane przez kapłanów przez nich wyświęconych - z powodu wątpliwej intencji. 

Ciekawe, że abp M. L. zapomniał dodać, że on otrzymał zarówno prezbiterat jak też episkopat z rąk kardynała Achille Liénart‘a, który był nie tylko "biskupem soborowym", lecz skrajnym modernistą i prawdopodobnie masonem, więc tym samym należy wątpić w jego intencję przy udzielaniu święceń. 



Pawła Lisickiego zaczadzenie stehlino-rysizmem (z post scriptum)


Przykro jest patrzeć i słyszeć, gdy znani publicznie ludzie, z których poglądami zasadniczo się zgadzam - gdyż widać u nich, że generalnie chcą być wiernymi katolikami - notorycznie popełniają grzech niechlujstwa i fałszowania faktów. Takim przypadkiem jest niestety nawet Paweł Lisicki. Zhańbił się już kilka lat temu, gdy naiwnie a namiętnie powtarzał kłamstwa x. Dariusza Oko (więcej tutaj). Obecnie wprawdzie stara się jakoś prostować fałsze rozsiewane przez modernistów w kwestii judaizmu, jednak równocześnie popełnia ten sam kardynalny - i niewybaczalny w przypadku publicysty pretendującego do rangi autorytetu dla katolików - błąd, mianowicie powtarzanie podłapanego zabobonu, w tym wypadku podłapanego od sekty stehliniańskiej, która reprezentuje FSSPX w Polsce. 

Chodzi o następującą wypowiedź, odnoszącą się do "deklaracji wiary" wydanej kilka dni temu przez przełożonego generalnego FSSPX, gdzie poruszona została także kwestia aktualności Starego Przymierza:


Pisałem o tej kwestii w odniesieniu do owego listu KEP (tutaj punkt 6 i 7). W skrócie: fałszem fundamentalnym zarówno u Jana Pawła II jak też w następnych wypowiedziach i dokumentach w kwestii judaizmu nie jest aktualność Starego Przymierza - gdyż ona jest teologicznie pewna, jako że Stare Przymierze zostało wypełnione w Jezusie Chrystusie i trwa w Nowym Przymierzu - lecz utożsamienie współczesnego judaizmu z religią Starego Przymierza, co jest quasi dogmatem owego judaizmu, a co jest nie do przyjęcia zarówno w świetle Nowego Testamentu jak też w świetle podstawowej wiedzy religioznawczej. Lisicki widocznie skrzętnie omija niniejszego bloga, gdyż zdarzają się w nim treści nieprzyjemne dla jego pewności siebie i samopoczucia.

Myślę, że teraz wystarczy zająć się fragmentem z "Evangelii Gaudium", na który wskazuje Lisicki. Oto on w wersji oryginalnej włoskiej (źródło tutaj; jak widać, za pontyfikatu bergogliańskiego niestety zaprzestano wydawania wersji łacińskiej czyli w urzędowym języku Kościoła):


A oto wersja polskojęzyczna, a jest to również text oficjalny, gdyż opublikowany na oficjalnej stronie watykańskiej:


Tutaj fałszem jest przede wszystkim tłumaczenie "il popolo" jako "naród". Fałsz jest oczywisty, gdyż po pierwsze, w czasach starotestamentalnych, a nawet aż do nowożytności nie było obecnie rozpowszechnionego pojęcia "narodu", po drugie język Kościoła zawsze odróżniał "populus" od "natio", po trzecie w języku Kościoła -  także w tłumaczeniach na polski - jest mowa zawsze o "ludzie Bożym", nie o "narodzie Bożym". 

Drugim fałszem, aczkolwiek sięgającym dalej, jest fałszywe tłumaczenie słynnego zdania z Listu do Rzymian 11,29, na co również już wskazałem odnosząc się do listu KEP. To fałszywe tłumaczenie na włoski zostało przejęte do oficjalnych dokumentów watykańskich, co jest oczywiście skutkiem odejścia od urzędowego języka Kościoła, jakim jest łacina. Gdyby oficjalne dokumenty trzymały się łacińskiej Biblii,  to by taki fałsz nie był możliwy. Fałsz jest tutaj zarówno werbalny jak też merytoryczny, gdyż zmiana właściwego tłumaczenia "są bez żalu" (sine poenitentia) na "są nieodwołalne" ma poważne konsekwencje o tyle, że sprzyja, a przynajmniej umożliwia budowanie fałszywej ideologii o rzekomym trwaniu Starego Przymierza w judaiżmie. Taki to jest jeden z - zapewne zaplanowanych i zamierzonych - skutków używania języków narodowych zarówno w liturgii jak też w oficjalnych dokumentach: to jest wręcz zaproszenie do wszelkiego rodzaju fałszerstw, które są następnie łykane choćby bezwiednie nawet przez takich wykształconych a elokwentnych ignorantów jak Paweł Lisicki. 

Trzecim fałszem jest już wspomniane fundamentalne kłamstwo, polegające na utożsamianiu współczesnego narodu żydowskiego z wyznawcami religii starotestamentalnej. 

Czwarty fałsz dotyczy tłumaczenia "l'affetto che si è sviluppato" jako "serdeczne uczucie, jakie się pogłębiło". Jest to niby szczegół, jednak dość znaczący, gdyż rozwój nie jest pogłębieniem, ani odwrotnie. 

Piąty fałsz jest już poważniejszy: "persecuzioni (...) che coinvolgono o hanno coinvolto cristiani" jest zmienione na "prześladowania (...), w których uczestniczą lub uczestniczyli chrześcijanie". Czym innym jest bycie zamieszanym w prześladowania, a czym innym jest uczestniczenie w nich. Zamieszanie czy włączenie oznacza, że ktoś inny je inspirował i prowadził. Natomiast uczestniczenie jest czymś więcej. Tym samym "tłumaczenie" polskie zarzuca chrześcijanom o wiele więcej niż oryginał włoski, który jest znacznie ostrożniejszy. Oczywiście nie pomniejsza to faktu, że brakuje doprecyzowania, o jakie prześladowania chodzi, kto je inspirował i prowadzi, z jakich pobudek i w jaki sposób. W takim sformułowaniu można bowiem pomieścić w miarę wszystko, co się może nie podobać żydom, jak np. zakaz posiadania ziemi, który obowiązywał przez długie wieki chyba we wszystkich krajach europejskich, nakaz słuchania kazań kapłanów katolickich w państwie kościelnym, ale także mordowanie Żydów przez nazistów, których motywacja z całą pewnością nie była chrześcijańska, choć wielu z nich było ochrzczonych. W każdym razie takie bicie w nieswoje piersi bardzo się podoba państwu położonemu w Palestynie i jego poplecznikom. 

Numer 249 popełnia wprost fundamentalny fałsz, o którym już była mowa, gdyż zakłada, jakoby obecni żydzi byli "ludem Starego Przymierza" (tutaj tłumaczenie polskie znowu zafałszowuje na "naród"). Tym niemniej jest też powiedziane wprost, że Kościół nie może odwołać głoszenia Jezusa Chrystusa jako Pana i Mesjasza, co stanowi oczywiście sprzeczność, a co z kolei jest typowe dla całości bełkotów soboro-modernistycznych, których szczególnym wykwitem jest "nauczanie" bergogliańskie. Jeśli Jezus Chrystus jest Bogiem i Mesjaszem, a właśnie jako taki został odrzucony przez większość ówczesnych Żydów, które to odrzucenie jest fundamentem obecnego judaizmu, to w jaki sposób tenże judaizm może być religią ustanowioną przez Boga w Starym Testamencie? Na to pytanie nawet nie próbuje się odpowiadać, najwyżej zasłaniając się "tajemnicą", jak to czyni haniebny list KEP. Odpowiedź jest jednak dość prosta, gdyż wystarczy porzucić fałszywe założenie przejęte z tego judaizmu, jakoby on był kontynuacją Starego Przymierza. 

Nasuwa się pytanie: skoro sprawa jest dość prosta, to dlaczego nawet taki Paweł Lisicki, który jest człowiekiem dość inteligentnym i oczytanym, leci na takie plewy, które mają więcej wspólnego z propagandą Rysiową i ignorancją lefebvriańską niż z rozumnym, trzeźwym, niezaślepionym czytaniem dość prostych textów zarówno biblijnych jak też watykańskich? Idźmy dalej. 


Tutaj Lisicki znów zachwyca się "Deklaracją wiary katolickiej" autorstwa przełożonego FSSPX x. Davide Pagliarani'ego (którego nazwisko Lisicki uporczywie przekręca). Ze swojej strony słusznie zauważa treściowe nawiązanie do Listu do Hebrajczyków 8,13 (tego wskazania nie ma u x. Pagliarani'ego). Popełnia jednak kardynalny błąd polegający na wyrwaniu jednego zdania z jego kontextu zarówno bezpośredniego jak też dalszego, czyli w całości Pisma św. Innymi słowy: tego fragmentu z Listu do Hebrajczyków nie można właściwie zrozumieć bez całości Nowego Testamentu. Lisicki popełnia więc błąd taki sam jak moderniści bredzący o "nieodwołalnych darach łaski" - rzekomo na podstawie Listu do Rzymian - w oderwaniu chociażby od Listu do Hebrajczyków. Podejście teologiczne katolickie, a nawet już zdroworozsądkowe łączy w całość, która dopiero daje pełną prawdę odporną na fałsze z różnych stron. Konkretnie mówiąc: Pan Bóg rzeczywiście nie żałuje obietnic i darów, które dał niegdyś Izraelowi. Można też słusznie powiedzieć, że ich nie odwołał. To jednak nie jest cała prawda. Dla jej całości - tym samym "prawdziwej prawdziwości" - musi zostać dodane, że te obietnice i łaski zostały spełnione w Jezusie Chrystusie i jako spełnienie trwają w Kościele Chrystusowym, jednym, świętym, katolickim i apostolskim. W nim trwa wszystko to, co było doskonałe w Starym Przymierzu, i w tym znaczeniu to Przymierze trwa. Ono nie trwa natomiast i nie może trwać bez Chrystusa czy wręcz przeciw Niemu, gdyż wtedy traci swój właściwy sens i właściwą treść. W tym znaczeniu można mówić o przedawnieniu czy przestarzeniu Starego Przymierza, ale zawsze z dodaniem, że ono trwa w swojej istocie i prawdzie w Kościele, nigdzie indziej. Tego Lisicki - podobnie zresztą jak wielu innych pseudotradycjonalistych gwiazdorów internetowo-medialnych - nie rozumie, choć wystarczyłoby się uważnie wczytać w to, czego Kościół naucza od zawsze, a czego struktury oficjalne nie wypierają się także obecnie, choć to przemilczają i mącą przez pomieszanie z fałszywą ideologią żydowską. 

Na koniec jeszcze coś znamiennego i zarazem wyjaśniającego:


Przyznam szczerze, że jestem w lekkim szoku, gdy Lisicki nie potrafi prawidłowo przytoczyć zdania, które należy do elementarza argumentów katolickich. Jeśli ktoś sili się na cytat łaciński, to powinien być w stanie go rzeczywiście podać. Lisicki jest z wykształcenia prawnikiem i musiał mieć na studiach przynajmniej podstawowy kurs łaciny. Ponadto od dekad  obraca się w liturgii tradycyjnej (bywał nawet na sprawowanych przez moją skromną osobę Mszach św. w Warszawie, gdy tam jeździłem w zamierzchłych latach 90-ych XX wieku), czyta i wypowiada się w tematach teologii katolickiej. Zapewne dziesiątki razy jeśli nie setki zetknął się ze zdaniem "extra Ecclesiam nulla salus", które tutaj chce cytować. Dlaczego mu się to nie udaje? Zapewne, po pierwsze, z elementarnej ignorancji języka łacińskiego, gdzie słowo salus należy do podstawowego słownictwa, a po drugie z niechlujstwa czyli braku dbałości o istotne szczegóły. Generalnie odnoszę wrażenie, że on więcej mówi i pisze niż czyta. Być może nawet te jego taśmowo produkowane książki są pisane przez kogoś innego przynajmniej w istotnej mierze, a on zarządza jedynie ostateczną wersją. W każdym razie mamy tutaj kolejny przykład swoistego hochsztaplerstwa, czyli podawania jako rzetelnej wiedzy czegoś, co nie zostało rzetelnie zbadane i przemyślane. On tutaj niestety nie jest wyjątkiem, lecz tylko jednym z licznych przykładów, o których też już mi było dane tutaj pisać. 

Nie spodziewam się, że te moje uwagi dotrą do niego. A nawet jeśli dotrą, to on będzie raczej robił wszystko, żeby je przemilczeć i zapomnieć. A to już byłby przejaw poważnej choroby duchowej, zresztą typowej zarówno dla modernistów jak też dla sekty stehliniańskiej i wszelkich innych sekt. 



Post scriptum

Jest też inny przykład na zupełną ignorancję Lisickiego w łacinie i to przezeń regularnie powtarzany:



Nie wiem, kto, gdzie, kiedy i jak przekonał go, że on umie łacinę. Jednak widocznie on tak jest o tym przekonany, że z całkowitą pewnością siebie regularnie powtarza coś, co z całą pewnością nie jest łaciną, choć udaje bycie nią. Jak łatwo stwierdzić po elementarnym kursie tego języka, nie ma w nim takiego wyrażenia jak "perfides iudaeos", choć oczywiście wiemy, o co mu chodzi. W owej modlitwie są słowa „(pro) perfidis iudaeis" od formy mianownika "perfidi iudaei". W łacinie w ogóle nie ma słowa "perfides", a Lisickiemu chodzi zapewne o przymiotnik perfidus (-a, -um). No cóż. Jemu się widocznie nie chce douczyć, bo widocznie uważa, iż wystarczy udawać, że zna łacinę. 


Fałszywy jubileusz warszawski


Anonimowe "środowisko" ma nadal problem z rzetelnością historyczną. To jest zasadnicza kontynuacja tego, co było pięć lat temu (więcej tutaj). 

Te osoby albo mają specyficzne rozumienie słów "stale i regularnie", albo mają wolę ich specyficznego rozumienia, albo jedno i drugie. 

Zgadza się, że do czerwca 1996 r. nie mieszkał na stałe w Warszawie kapłan, który sprawował tam coniedzielną Mszę św. tradycyjną (oprócz hotelowych celebracyj FSSPX). Moje pobyty wraz ze sprawowaniem Mszy św. były jednak o tyle stałe i regularne, że - o ile wiem - żaden inny kapłan tam nie sprawował wielokrotnie na prośbę wiernych i za pozwoleniem władzy diecezjalnej, a to począwszy od 3 września 1995 r. Wiem, że były wówczas starania o zainstalowanie w Warszawie i ogólnie w Polsce Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra (FSSP), dla którego wówczas pracowałem. Co oczywiście nie wypaliło, gdyż linia biskupów - dość wyraźnie wyrażona także podczas rozmów, których byłem uczestnikiem - była taka, iż nie chciano kapłanów z zewnątrz. Dopiero niejakiemu x. Wojciechowi Grygielowi, który już po roku 2000 został święcony dla FSSP, udało się utworzyć placówkę w Krakowie, a to bardziej we własnym interesie (i dla działalności dywersyjnej w Kościele) niż w interesie katolików tradycyjnych. 

Tak więc Warszawka świętuje w tym wydarzeniu nie okrągłą rocznicę regularnego i stałego sprawowania liturgii tradycyjnej, lecz objęcie formalnej pieczy nad tą celebracją przez kuzyna żydostalinowskiej noblistki, który zawsze używał lekcjonarza novusowego, czyli wprowadzał samowolną zmianę do Missale Romanum. 

Jest zrozumiałe, że na świętowanie dobrze jest mieć konkretną datę i konkretne wydarzenie, udokumentowane formalnie. Jednak należy trzymać się prawdy historycznej, nawet jeśli jest niewygodna. 

Gdyby ktoś nie zauważył: czym innym jest regularne czyli zgodne z regułami kościelnymi sprawowanie Mszy św., a czym innym formalne "duszpasterstwo" ze stałą obecnością kapłana odpowiedzialnego z celebrację i z coniedzielną Mszą św. To chyba nie takie trudnie do ogarnięcia. Widocznie, ktoś nie chce tego ogarnąć. 

Dziurawy jubileusz warszawski (z post scriptum)

 

Sprawa jest bardziej historyczna niż teologiczna, jednak teologia obejmuje także historię, zwłaszcza gdy chodzi o życie Kościoła, które zawsze jest powiązane z lepszą czy gorszą teologią. 

Zdaję sobie sprawę, że niniejszym narażam się na zarzut pisania o sobie czy swoich zasługach. Jednak intencją moją jest tylko pisanie o faktach, których ocenę pozostawiam P. T. Czytelnikom. Chodzi bowiem o artykuł redaktora naczelnego kwartalnika "Christianitas", z którym niegdyś - w zamierzchłych początkach tego czasopisma - współpracowałem, czego zresztą nie da się ukryć. Chodzi w nim o początki tzw. indultu w Warszawie. Zapoznawszy się z owym textem (dostępnym tutaj) musiałem kilka razy parsknąć śmiechem. Otóż rozśmieszyło mnie kilka rzeczy, ale zwłaszcza pomijanie mojego udziału w owych wydarzeniach, które nie może być przypadkowe, gdyż zarówno sam Paweł Milcarek był w centrum wydarzeń, w których uczestniczyłem, jak też wszystkie wspomniane w tekście osoby, które wtedy poznałem osobiście i to dość intensywnie. Wprawdzie nie zostałem zupełnie pominięty, choć na to w międzyczasie widocznie zasłużyłem (😁), co oczywiście - mianowicie w postaci wzmianki w nawiasie o Triduum - należy docenić. Tym niemniej czuję się w obowiązku dorzucenia faktów, które wydają mi się istotne dla pełniejszego i prawdziwszego obrazu tamtego czasu. Zaznaczam, że podaję z pamięci (która - nie chwaląc się - często uchodzi za słoniową), gdyż nie dysponuję żadnymi materiałami archiwalnymi oprócz osobistej korespondencji, która może mieć znaczenie jedynie częściowo i pomocniczo. Pan Milcarek natomiast dysponuje zapewne biuletynem duszpasterstwa, o którym wspomina w tekście. 

Przede wszystkim nie jest prawdą, że "autoryzowane" przez władze diecezjalne celebracje Mszy św. w tradycyjnym rycie zaczęły się dopiero w czerwcu 1996 r. Chodzi tutaj o coniedzielne Msze św. sprawowane przez opiekuna wyznaczonego przez władze archidiecezji warszawskiej. Natomiast dużo wcześniej, mianowicie od września 1995 r. celebrowałem w Warszawie średnio co 2-3 miesiące, oczywiście także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych, czyli w sposób "autoryzowany", nie pokątny czy tajny. Na pewno celebrowałem na początku września 1995 r., w tym dokładnie 3-ego września w święto św. Piusa X (to było w jakimś kościele na Żoliborzu, dokładnie nie pamiętam), potem na początku grudnia (podczas wizyty wraz z x. Emmerson'em z Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra), potem jeszcze kilka razy w pierwszej połowie 1996 r. Wszystkie celebracje odbywały się za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Świadkiem tego jest przede wszystkim Wojciech Środoń (wówczas student prawa, związany z czasopismem Pro fide, rege et lege), który zajmował się zarówno kontaktami z kurią jak też organizacją Mszy św., czyli przede wszystkim pertraktacjami z proboszczami i rektorami kościołów. 

Dla pełności obrazu wydarzeń wspomnę, że po pobycie w Warszawie we wrześniu 1995 r. pojechałem na zaproszenie do Poznania na 2-3 dni, po czym do Gdyni, również na kilka dni, a w końcu do Kalisza, gdzie także za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych przewodniczyłem ceremonii zawarcia sakramentu małżeństwa Piotra Tryjanowskiego (także znajomego Marka Jurka, obecnie profesora na UAM w Poznaniu) z małżonką w sanktuarium św. Józefa. Jadąc z Kalisza do Austrii miałem przymusowy dłuższy pobyt w Krakowie (z powodu stłuczki samochodu), gdzie także sprawowałem Mszę św. tradycyjną za wiedzą i zgodą władz diecezjalnych. Ówczesny biskup pomocniczy w Krakowie, obecny kard. Nycz, wydał mi po polsku (mój celebret był po łacinie) potwierdzenie prawa do celebracji. 

Także po objęciu funkcji opiekuna przez x. Jana Szymborskiego (tak, to krewny żydokomunistycznej noblistki) bywałem w Warszawie dość często. X. Szymborski bez problemu odstępował wówczas swoją Mszę św. niedzielną, godził się także na dodatkowe Msze św., tudzież na prowadzenie przeze mnie rekolekcyj (prowadziłem przynajmniej raz wielkopostne i przynajmniej raz adwentowe, dokładnie nie pamiętam). Chrzciłem także dzieci, w tym jedno dziecko Pawła Milcarka (nie pamiętam, czy to było pierwsze dziecko Michałek, czy Marysia, u któregoś chyba uzupełniałem obrzędy Chrztu św.) oraz innych 2-3 rodzin, nie licząc trójki dzieci innego znajomego Marka Jurka, Bogusława Kiernickiego, obecnie prezesa fundacji, która wydaje kwartalnik P. Milcarka (chrzty były w Gorzowie i koło Poznania, gdzie jechałem za każdym razem na własny koszt, a nikt się nawet nie zapytał, czy mam za co, przy czym w Gorzowie służył mi do Mszy św. inny znajomy Marka Jurka, obecny profesor Grzegorz Kucharczyk, któremu potem dwukrotnie za darmo poprawiałem tłumaczenie z niemieckiego książki x. Klaus'a Gamber'a). Grafik i fotograf związany z "Christianitas" Paweł Kula tak sobie załatwił ceremonię ślubu, że proboszcz parafii x. Bronisław Piasecki sprawował samą ceremonię ślubną, mnie natomiast powierzono sprawowanie Mszy św. za nowożeńców (to był chyba wrzesień 1997 r.). Była też pierwsza Komunia św. młodszej córki Marka Jurka. Z obecnych znanych mi celebrytów na Mszach św. bywali m. in. Paweł Lisicki, śp. Artur Górski, Paweł Kwaśniak, Dominik Zdort (jego znajomych, braci Janowskich, chrzciłem sub conditione podczas Triduum w 1997 r.), Łukasz Warzecha, przewinął się także Stanisław Krajski, wówczas spoza Warszawy Artur Zawisza, Arkadiusz Robaczewski, Konrad Szymański, Marcin Libicki i Jan Filip Libicki. 

Od 1997 r. do 2002 r. włącznie, czyli przez sześć kolejnych lat, celebrowałem liturgię Triduum w kościółku św. Barbary w centrum (przy parafii Wszystkich Świętych), gdzie doznałem rzeczowej życzliwości tamtejszego x. proboszcza. Zresztą celebrowałem tam także poza Triduum. Znacznie mniej życzliwy był natomiast rektor kaplicy Domu im. Piusa XI (hotel kościelny nieopodal), gdzie mnie kwaterowano (na początku kwaterowano mnie także prywatnie u Pawła Witaszka w Brwinowie). Gdy pozwoliłem wiernym na udział we Mszy św. w kaplicy, x. rektor zrobił awanturę, po czym zmieniono mi kwaterę na hotel sejmowy (chyba począwszy od 1997 r.). Ówczesny rektor kaplicy sejmowej, śp. x. Piotr Pawlukiewicz, nie robił żadnych trudności. Przeważnie jednak celebrowałem w kościołach, gdzie odbywały się Msze św. niedzielne, czyli u Dzieciątka Jezus, w Res Sacra Miser i też u św. Benona. O ile mi wiadomo, do 2002 r. byłem oprócz x. Szymborskiego jedynym kapłanem, który celebrował tzw. indult w Warszawie.  

Od jesieni 1997 r. moje przyjazdy stały się rzadsze, gdyż zakończyłem współpracę z Bractwem Kapłańskim Św. Piotra. Zresztą nie były one konieczne, skoro był opiekun na miejscu w osobie x. Szymborskiego. Angażowano mnie okazyjnie. Stałym elementem było Triduum. Dopiero w związku z wyjazdem do Monachium w 2002 r. i podjęciem tam pracy na parafii ustały moje przyjazdy do Warszawy (i ogólnie do Polski, oprócz stron rodzinnych). 

Podsumowując: Nie byłem zaangażowany bezpośrednio w batalie wiernych z kurią i proboszczami. Przyjeżdżałem na gotowe. Z nielicznymi wyjątkami, byłem przyjmowany przez duchowieństwo w Warszawie życzliwie. Zwykle nie robiono mi trudności. Także x. Szymborski nie narzucał mi swojego stosowania nowego porządku czytań. 

Natomiast od jesieni 1997 r. relacje ze strony wiernych oziębły, a od 2002 r. ustały (szczytem tego ustania jest powyższy artykulik P. Milcarka). Docierały do mnie jakieś dąsy, które mogłem różnie interpretować (choć to ja miałbym powody, chociażby z tego względu, że zwykle nikogo nie interesowało, czy mam za co - nie mając żadnej pensji - przyjechać z Bawarii czy Austrii, a gdyby nie finansowanie moich przyjazdów przez FSSP w okresie mojej współpracy czyli do połowy 1997 r., zresztą wyraźnie niechętne, to bym musiał je finansować ze stypendiów mszalnych, które wynosiły wówczas 10 DM czyli 5 €, czyli około 150 € na miesiąc; od 1998 r. płacono mi bilet lotniczy na przyjazd na Triduum, będąc zakwaterowany w hotelu sejmowym sam opłacałem posiłki). Zaś potwierdzeniem słuszności mojej decyzji o wycofaniu się z działalności w Warszawie i w Polsce było między innymi następujące zdarzenie: Ponad rok po wydaniu mojej książki (1997) przy okazji wspomniałem Markowi Jurkowi, który załatwił Marcina Dybowskiego jako jej wydawcę, że zostałem przez tego ostatniego oszukany (mam na to dowody). Wówczas Marek Jurek odpowiedział lakonicznie: "ważne, że książka się ukazała"... 


Post scriptum 1

Jest reakcja P. Milcarka:


I jest też moja odpowiedź:



Post scriptum 2

Dla pełności obrazu dodam jeszcze, że nie jestem jedynym tego rodzaju przypadkiem. Wspomniany już w innym miejscu pierwszy Polak wyświęcony w FSSP (w 2000 r.), pochodzący z Gdyni x. Tomasz Dawidowski, wyjechał z Polski i ostatecznie opuścił FSSP, przechodząc do diecezji drezneńskiej, właśnie z powodu traktowania go nie tyle przez władze kościelne w Polsce, co przez tzw. wiernych z Poznania oraz wyświęconego kilka lat po nim x. Wojciecha Grygiel'a. Głównymi dowodzącymi byli wówczas panowie Libiccy, również bliscy znajomi Marka Jurka, zresztą będący w dobrych stosunkach z ówczesnym arcybiskupem poznańskim Juliuszem Paetz'em. Wiem od samego x. Dawidowskiego, że chciał założyć placówkę FSSP w Polsce, a największe szanse widział w Krakowie, mimo że panowie Libiccy w Poznaniu mieli dobre stosunki z tamtejszymi władzami. Natomiast placówkę w Krakowie zarezerwował dla siebie x. Grygiel, który oczywiście nie przewidział dla siebie pozycji innej niż pierwsza. Jak wiadomo, środowisko poznańskie po przewodnictwem Libickich, współpracowało z przebierańcami wrocławskimi, czyli kolesiami x. Grygiel'a (więcej tutaj). Ten ostatni - mimo że od wielu lat publicznie głosi poglądy skrajnie modernistyczne i heretyckie - ma świetne stosunki ze środowiskiem kwartalnika "Christianitas", czyli z Pawłem Milcarkiem, czego dowodem jest częsta obecność chociażby na łamach tego pisma. 

Post scriptum 3

Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, istotny, chyba nawet kluczowy. Widać go na przykładzie. Otóż jednym z członków redakcji kwartalnika "Christianitas" jest Michał Barcikowski. Pojawił się w tym środowisku pod koniec lat 90-ych i odtąd należy do jego twardego jądra. Wtedy, gdy jeszcze przyjeżdżałem do Warszawy, służył mi kiedyś do Mszy św. Zapamiętałem go jako uprzejmego. Niedawno na swoim profilu na fb umieścił nawet moją książkę z 1997 r. jako jedną z najważniejszych swoich lektur. Miałem go już jakiś czas temu wśród znajomych na fb, zresztą jak większość tego grona, jednak usunąłem po tym, jak w tym środowisku zaczęły się pojawiać tekściki broniące Lecha Wałęsę, negatywne odnośnie tzw. różańca do granic itp. 


Kilka tygodni temu M. Barcikowski zaprosił mnie do znajomych, co w swojej naiwności przyjąłem, nawet nie żądając wyjaśnień. Po czym przez przypadek okazało się, że wśród polubionych ma anonimową stronkę rzucającą na mnie podłe oszczerstwa, które są perfidną zemstą za mój text o oszustach w kręgach tzw. indultowych (jest tutaj):




Tym samym okazało się znowu, kim jest to towarzystwo. A kim jest? Otóż widać to na następującym przykładzie.

M. Barcikowski należy sam wprawdzie do starszej ekipy kwartalnika i jego środowiska. Dla jego obecnego stanu charakterystyczne są kariery i powiązania młodszego, które jest promowane. Chodzi głównie o jednego młodego człowieka, szczególnie exponowanego - zapewne nie przypadkowo -  z którym Barcikowski intensywnie się prezentuje:



Kim jest Paweł Grad, można się łatwo dowiedzieć w internetach:



Oprócz środowiska P. Milcarkowego, powiązany jest z "Teologią polityczną", czyli Opus Judaei, oraz tzw. Instytutem Nauk o Człowieku, do którego kuratorów należy m. in. George Soros (źródło tutaj)...


Założyciel owego "instytutu" był oczywiście blisko związany z kręgami krakowsko-warszawskiej żydomasonerii:



Tym samym widać, kto kontroluje pisemko P. Milcarka, którego zakulisowym współzałożycielem jest Marek Jurek. A potwierdza to następujący ładny obrazek (tak, to jest ta córka, której dawałem 1-ą Komunię św.):


I jeszcze jedno potwierdzenie:



Gdzie był Bóg?


Pytanie jest rzeczywiście poważne, a pochodzi już z arsenału starożytnych sekt judaistycznych i gnostyckich, nie dopiero islamskich. 

Przede wszystkim to pytanie fałszywie zakłada przestrzenno-czasową ograniczoność Boga. Jest to sprzeczne nawet już ze zdroworozsądkowym pojęciem Boga. Równocześnie jest w tym zawarte fałszywe ujmowanie Osób Boskich jakoby były trzema Bogami, nie jednym Bogiem. Innymi słowy: pytanie jest absurdalne, w zamiarze podstępne, aczkolwiek porusza istotne kwestie teologiczne. Odpowiedzi należy szukać oczywiście nie w pojęciach islamskich czy wyznawców islamu (jak też innych sekt antychrześcijańskich), lecz we właściwym rozumieniu pojęć teologii katolickiej, która zresztą bazuje na zdrowych, sprawdzonych pojęcia filozoficznych.  

Myślę, że nie ma tutaj konieczności wchodzenia w fachowy wykład trynitologii katolickiej (czyli klasycznego traktatu dogmatyki o Trójcy Przenajświętszej), lecz wystarczy krótka i prosta odpowiedź. 

Jest teologicznie pewne, że Wcielony Syn Boży, czyli Jezus Chrystus, w Swej boskiej istocie stale był w jedności z dwoma innym Osobami Trójcy Przenajświętszej, czyli z Ojcem i Duchem Świętym. Dotyczy to także momentu ukrzyżowania i śmierci na krzyżu. Podkreślam: chodzi o jedność co do Istoty, czyli Bóstwa Boga Trójjedynego. Słowa psalmu, które Pan Jezus wypowiedział na krzyżu ("Eloi, Eloi, lama sabahthani"), są modlitwą wypowiedzianą z natury ludzkiej, nie z natury boskiej, która zawsze pozostawała w jedności Trzech Osób. 

Podane pytanie jest o tyle podstępne, że w zamiarze ma godzić zarówno w Bóstwo Jezusa Chrystusa jak też w Trójjedyność Boga. Bardzo wygodnym momentem dla tej negacji jest właśnie Męka i Śmierć krzyżowa, czyli w radykalnym poniżeniu i wyniszczeniu, jakie może spotkać człowieka. Człowiek wyznający pojęcie Boga transcendentnego wręcz odruchowo czy przynajmniej emocjonalnie odrzuca połączenie tego pojęcia z Ukrzyżowanym. Na tym polega "zgorszenie" już dla Żydów, o którym mówi św. Paweł (1 Kor 18). Ono od nich przeszło do islamu. 

Kluczem jest tutaj odróżnienie między naturą oraz istotą jednego Boga, a troistością Osób Boskich. Tutaj trzeba już elementarnej wiedzy filozoficznej, której nie tylko regularnie brak u wyznawców judaizmu i islamu, lecz którą oni zasadniczo odrzucają, mimo iż nie jest ona specyficznie chrześcijańska lecz pochodzi od wybitnych przedchrześcijańskich umysłów greckich (a być może ma też swoje odpowiedniki w innych kulturach starożytnych). 

Mówiąc najprościej: na krzyżu Jezusa Chrystusa był obecny Bóg Trójjedyny co do natury i istoty boskiej. Na tym właśnie polega nie tyle tragedia lecz bezmiar i wyjątkowość tego wydarzenia w dziejach wszechświata. Równocześnie należy mieć na uwadze, że na krzyżu cierpiał jedynie Syn Boży, czyli jedna Osoba Boska, a to z tego względu, że tylko Syn Boży przyjął ludzkie ciało podległe cierpieniu i śmierci. Na tym właśnie zasadza się zwyciężenie śmierci i grzechu. I właśnie z powodu braku właściwego rozumienia Trójjedyności Boga i Wcielenia Syna Bożego wszystkie inne kulty poza chrześcijaństwem ani nie pojmują, ani przyjmują, ani nie mogą zaoferować zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. 

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że nawet Kuran zawiera dość istotny ślad faktyczności Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, gdyż opowiada, jakoby podmieniono osobę Jezusa Chrystusa na kogoś innego, który został zamiast Niego ukrzyżowany. To jest oczywiście fałszywe i absurdalne opowiadanie, jednak jego istotą jest przekonanie, że Jezus był żywy - i jako taki był widziany - po ukrzyżowaniu. Innym słowy: nawet jeszcze w epoce wczesnego islamu nie negowano, że Jezus Chrystus był widziany żywy po ukrzyżowaniu. 


Działalność x. Piotra Natanka


Nie śledziłem, ani nie śledzę działalności x. Natanka. Okazyjnie coś do mnie docierało i dociera. Myślę, że na tyle wystarczająco, by mieć odpowiednie zdanie. 

Przyznam, że nie mam pewnej wiedzy co do tego, co było pierwsze w jego problemach z przełożonymi kościelnymi - jego conajmniej dziwne nauki czy raczej publiczne oskarżenia w odniesieniu do jego ordynariusza, kard. Stanisława Dziwisza. Pewne jest natomiast, że x. Natanek regularnie wykazuje przynajmniej brak znajomości elementarza teologii katolickiej, a także poważne, choć proste błędy teologiczne. Jest to o tyle znamienne, że zdobył stopnie naukowe z teologii, wprawdzie dokładniej z historii Kościoła, jednak powinien dysponować elementarną wiedzą teologiczną, której mu ewidentnie brak. Nie wiem, czy w wyniku braku pilności czy braku dobrej woli. Aczkolwiek pod tym względem nie jest niestety wyjątkiem w środowisku kościelno-krakowskim, w którym wręcz roi się od przykładów różnego rodzaju mieszanek ignorancji teologicznej z herezjami. Dlatego bardziej prawdopodobne jest, że źródłem i powodem jego problemów z przełożonymi nie są względy teologiczne, lecz kościelno-polityczne. Hierarchia wojtyliańska wykazuje skłonność do daleko idącej tolerancji nawet dla ewidentnie heretyckich i apostackich poglądów, o ile mieszczą się one w ramach lojalności wobec siebie. 

Mało wiarygodne, a nawet wręcz niewiarygodnie wydaje się przyswojenie sobie przez x. Natanka liturgii tradycyjnej, którą zresztą miesza z własnymi pomysłami pseudoliturgicznymi (stąd pojawiło się określenie "ryt grzechińsko-katolicki"). On tej liturgii ani gruntownie nie poznał, ani jej sobie autentycznie nie przyswoił. Jest stosowanie wynika raczej ze względów taktycznych, to znaczy jest wyjściem na przeciw upodobaniom konserwatywnych katolików i zapotrzebowaniu. 

Szczególnie haniebne jest posługiwanie się - i to nawet publiczne i zadeklarowane - rzekomymi objawieniami niejakiej Agnieszki, co świadczy o zupełnej pogardzie dla najprostszych tradycyjnych zasad Kościoła już na poziomie zdroworozsądkowym. 

Demaskująca jest także jego pozytywna reakcja na nominację Grzegorza Rysia na arcybiskupa krakowskiego i ogólnie pochlebna o nim opinia. Oto dowód:  

Ma to zresztą związek zapewne z faktem, że obydwaj są uczniami x. Jana Kracika, powiązanego dość wyraźnie z kręgami masońskimi i antykościelnymi (w czym zresztą nie był wyjątkiem pośród profesorków krakówkowych). 

W sumie wygląda na to, że x. Natanek w obliczu konfliktu z przełożonymi chwyta się wszelkich środków, które mogą mu zdobyć i przysporzyć zwolenników, a tym samym popularności i wsparcia także materialnego. Posłuch, jaki ma u wielu nawet szczerze pobożnych katolików świadczy nie tyle o poziomie jego posługi, co o nędzy teologicznej, duchowej, intelektualnej i duszpasterskiej w strukturach regularnych Novus Ordo. Ludzie, którzy są zniesmaczeni przynajmniej nijakością życia parafialnego i spragnieni duchowego przywódcy, trafiają na kogoś, kto przez swoisty radykalizm zdobywa ich sympatię i zaufanie. 

Osobiście uważam, że z całości sprawy wynika, iż x. Natanek działa dla poczucia własnej wartości, a brak mu autentycznej pobożności, życia wewnętrznego i ducha kapłańskiego, w czym jest niestety dość typowym produktem systemu modernistycznego, mimo że formalnie od niego się zdystansował. 

Oczywiście zapewne zdarza mu się mówić rzeczy dobre i słuszne, co mu właśnie zjednuje zwolenników. Nie chcę też tracić nadziei na jego autentyczne nawrócenie. Póki co niestety nic nie wskazuje na jego gotowość do tego. Ponadto nie sądzę, by obecnie był w stanie zbudować coś autentycznie katolickiego, gdyż on działa bardziej według zasad przywódcy sekty niż prawdziwego duszpasterza, choć potrafi sprytnie wykorzystać deficyty typowe dla środowisk novusowych. 


Komunia św. przez byty duchowe



Nie do końca rozumiem problem, o co chodzi w pytaniu. 

Zacząć należy od źródeł, czyli skąd wiemy czy ogólnie wiadomo o tych zdarzeniach. Pewne jest, że jakieś pseudopobożne czy autentycznie pobożne opowieści czy obrazy nie są źródłem dla teologii. Zasadniczą kwestią jest więc, czy i w jaki sposób te rzekome czy autentyczne wydarzenia - czy raczej przeżycia - są ujęte w aktach beatyfikacji i kanonizacji danej osoby. 

W tym świetle widać, że P. T. Autor pytania miesza zupełnie różne sprawy, które jednak mają jedną wspólną cechę: nigdy nie zostały potwierdzone przez władze kościelne jako autentyczne zdarzenia czy przeżycia. W przypadku św. Stanisława Kostki różnica polega na tym, że został kanonizowany, a rzeczona kwestia nie stanowiła przeszkody w kanonizacji, aczkolwiek nie jestem w stanie powiedzieć, czy była badana w procesie kanonizacyjnym, i czy opowieści o owej Komunii św. były znane przed kanonizacją, czy też raczej pojawiły się później jako twory mniej czy bardziej pobożnej fantazji. 

Objawień w Laus nie znam, zaś rzekome objawienia Anioła z Fatimy pochodzą dopiero z (rzekomych) opowieści (rzekomej) s. Łucji z końca lat 30-ych do 40-ych i tym samym nie należą do uznanych przez Kościół objawień z Fatimy. 

Tyle co do faktografii, która jest istotna dla teologicznej oceny.

Można oczywiście pytać teoretycznie w danej kwestii, czyli na podstawie ogólnych prawd i zasad teologii katolickiej. 

Z punktu widzenia teologii tego typu przeżycia mogły mieć charakter wyłącznie duchowy czyli wewnętrzny. Mogło więc chodzić jedynie o Komunię św. tak zwaną duchową i to dość specyficzną, ponieważ wydarzoną w nadzwyczajnym stanie duchowym, czyli w rodzaju extazy, która już sama w sobie ma charakter nadprzyrodzony (czyli pochodzący od Boga). Innymi słowy: świadkiem tego przeżycia mogła być wyłącznie dana osoba, nikt inny, nawet osoby obecne fizycznie podczas tego przeżycia. Tym samym badanie faktyczności i pochodzenia takiego przeżycia może się opierać wyłącznie na świadectwie danej osoby oraz według ogólnych kryteriów rozróżniania duchów. Co do autentyczności - czyli boskiego pochodzenia - Kościół się nigdy nie wypowiada, a jedynie ogranicza się najwyżej do stwierdzenia, że dane przeżycie nie ma znamion przeciwnych wierze katolickiej i moralności. 

Według teologii katolickiej nie jest wykluczone, że także osoby świątobliwe i kanonizowane mogły mieć przeżycia, których znamiona świadczą przeciw ich pochodzeniu od Boga, czyli mogą mieć pochodzenie czy to szatańskie, czy też mieć swoje korzenie w wyobraźni danej osoby (która sama w sobie nie jest ani grzeszna ani święta). Z tego powodu nie jest możliwe traktowanie wszystkich przeżyć nawet osób kanonizowanych jako argumentu teologicznego wprost, czyli jako przesłanki dla wniosków teologicznych czy to co co prawd wiary, moralności czy ogólnie życia duchowego. 

Te odróżnienia są istotne, choć obecnie mało znane, a jeszcze mniej respektowane nawet w kręgach duchowieństwa, które bardziej poluje na chwytliwe przykłady homiletyczne czy katechetyczne, niż na prawdy rzetelnej teologii katolickiej. 


Duch prawdy


J 15,26 - 16,4


A gdy przyjdzie Obrońca, którego ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca wychodzi, Ten zaświadczy o mnie.

Ale i wy także świadczycie; bo jesteście ze mną od początku.

To wam powiedziałem, abyście nie byli oburzeni.

Wyłączać was będą z synagog; a nawet nadchodzi godzina, że każdy, kto was zabije, będzie uważał, że okazuje cześć Bogu.

A to wam uczynią, gdyż nie poznali Ojca, ani mnie.

Lecz to wam powiedziałem, abyście, gdy przyjdzie ta godzina, przypomnieli sobie, że to ja wam powiedziałem; a nie mówiłem wam tego od początku, bo byłem z wami.


οταν δε ελθη ο παρακλητος ον εγω πεμψω υμιν παρα του πατρος το πνευμα της αληθειας ο παρα του πατρος εκπορευεται εκεινος μαρτυρησει περι εμου

και υμεις δε μαρτυρειτε οτι απ αρχης μετ εμου εστε

ταυτα λελαληκα υμιν ινα μη σκανδαλισθητε

αποσυναγωγους ποιησουσιν υμας αλλ ερχεται ωρα ινα πας ο αποκτεινας υμας δοξη λατρειαν προσφερειν τω θεω

και ταυτα ποιησουσιν υμιν οτι ουκ εγνωσαν τον πατερα ουδέ εμε

αλλα ταυτα λελαληκα υμιν ινα οταν ελθη η ωρα μνημονευητε αυτων οτι εγω ειπον υμιν ταυτα δε υμιν εξ αρχης ουκ ειπον οτι μεθ υμων ημην 


Św. Jan Apostoł jest zwykle uważany za najbardziej mistycznego Ewangelistę, a jego Ewangelia za najbardziej tajemniczą. Poniekąd jest to słuszna charakterystyka, ponieważ jej słowa, w tym także podane słowa Pana Jezusa są nierzadko tak pełne treści i głębokie, że wydają się zagadkowe, mimo iż językowo są proste. 

Pan Jezus wielokrotnie zapowiedział Swoim uczniom posłanie i przyjście Ducha Świętego. Ewangeliści nie podają ich reakcji na te słowa. Nie wiemy, czy i na ile one były jasne dla nich. Zapewne rozumieli je w świetle i w duchu ksiąg starotestamentalnych. Nowe było jednak określenie Go przez Pana Jezusa jako "parakletos". To greckie słowo - tłumaczone na polski zwykle jako "pocieszyciel" (w nawiązaniu do niegdyś popularnego tłumaczenia niemieckiego jako Tröster), co jest właściwie błędne - bardziej adekwatnie, niemal dosłownie wyrażone jest łacińskim advocatus, od którego pochodzi polskie słowo "adwokat", zawężone obecnie do zawodu prawniczego. "Paraklet" to jest ktoś wezwany na pomoc, ktoś wspierający, ktoś towarzyszący, ktoś powołany do bycia obecnym i to do obecności wspomagającej i ratującej w trudnej sytuacji i potrzebie. 

Dlaczego Pan Jezus zesłał Ducha Świętego, który pochodzi od Ojca? Nie tylko dlatego, że uczniowie tego potrzebowali i że potrzebuje tego Kościół i cała ludzkość. To przysłanie jeszcze bardziej było konieczne z powodu tego, kim i jakim jest Bóg Trójjedyny. 

Duch Święty jest tym, który daje świadectwo o Chrystusie, a przez to świadectwo uczniowie stają się świadkami. Zadaniem świadka jest mówienie prawdy, mówienie tego, co świadek widział, słyszał, czego doświadczył. Dlatego ważne jest, iż uczniowie są "od początku" z Jezusem. To bycie od początku jest niejasne. Chodzi o początek Jego publicznej działalności? Przecież to nie jest początek życia Syna Bożego na ziemi, a o tym także mówią Ewangelie. Św. Paweł wcale nie należał do uczniów, którzy chodzili z Nim, a jednak został powołany na świadka Ewangelii z całą pewnością także przez działanie Ducha Świętego dla niego i w nim. Greckie słowo "arche" ma znacznie szersze znaczenie niż polskie słowo "początek". W filozofii greckiej oznacza ono także przyczynę i zasadę istnienia, nie odnosi się więc jedynie do chronologii. Tak więc chodzi tutaj bardziej o związek uczniów z prawdą, która jest ponadczasowa: o bycie z Jezusem, które jest oparte na prawdzie i prawdziwości, a to oznacza znacznie więcej niż doświadczenie zmysłami, oczywiście bez sprzeczności z nimi. 

"Świadków" życia i działalności ziemskiej Pana Jezusa było znacznie więcej niż dwunastu Apostołów, czy kilkudziesięciu czy kilkuset uczniów, którzy po Zmartwychwstaniu świadczyli, że On żyje. Większość z tych uczestników wydarzeń chyba nawet nie uwierzyła w to, co mówili uczniowie, którzy widzieli Zmartwychwstałego. Uczestnik wydarzeń to nie to samo co świadek. Świadek mówi prawdę, a uczestnik wydarzeń może milczeć i może też kłamać. 

Mówienie prawdy napotyka na sprzeciw tych, którzy nie miłują prawdy, jej nie chcą i czują się zagrożeni przez nią. Nienawiść do prawdy jest nienawiścią do rzeczywistości, która jest przenoszona na świadków prawdy. To właściwie wyjaśnia historię Kościoła od Abla (ab Abel) aż do skończenia świata. O tym właśnie mówi Pan Jezus, uświadamiając uczniom wtedy obecnym i po wsze czasy, by nie byli zgorszeni tym, co ich spotyka ze strony tych, którzy nie chcą i nienawidzą prawdy. 

W postawie i zachowaniu wobec świadków Jezusa Chrystusa wykazuje się zasadnicze nastawienie człowieka do prawdy czyli rzeczywistości. Nie chodzi o stosunek do wyznawców Chrystusowych wraz z ich grzechami, błędami, słabościami i ograniczeniami. Grzech i zło nie może być akceptowane - tego też wymaga szacunek dla prawdy czyli dla rzeczywistości. Świadek nie staje się automatycznie święty czy doskonały wraz z poświadczeniem o zdarzeniu. Z drugiej strony człowiek nałogowo grzeszący bardziej skłania się do kłamstwa i dawania fałszywego świadectwa. Zarówno grzechy jak też cnoty żyją gromadnie: każdy grzech pociąga, żywi i wzmacnia inne i następne grzechy, tak samo każda cnota działa z innymi cnotami. 

W ten sposób spełnia się proroctwo starca Symeona wypowiedziane do Matki Jezusowej (Łk 2,34): "Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu." Stosunek do prawdy Jezusa Chrystusa ujawnia zamysły czyli wnętrze człowieka, jego pragnienia, dążenia i zamiary. Można to nazwać także stanem czystości serca. 

Spoglądając trzeźwo na rzeczywistość społeczną w węższym i szerokim sensie, na politykę i też na problemy rodzinne i osobiste, nie trudno dostrzec, że korzeniem i rdzeniem problemów, konfliktów i tragedii jest brak prawdy i jej zaprzeczenie czyli kłamstwo. Widzimy, a równocześnie poniekąd przywykliśmy do tego, że politycy nie tylko się mylą lecz nagminnie i wręcz nałogowo kłamią, może nawet nawykowo i odruchowo, bezrefleksyjnie. Kłamstwo jest wszechobecne, a nie omija obecnie niestety środowisk kościelnych nawet najwyższych stopni (czego dość wyraźnym przykładem jest zakończony niedawno pontyfikat). Równocześnie każdy z nas decyduje o swoim stosunku do prawdy i kłamstwa, a tym samym o ich obecności w swoim środowisku i na tym świecie. W tym znaczeniu Duch Prawdy, który pochodzi od Ojca i Syna, jest "tylko" wsparciem, obrońcą, adwokatem. On oczywiście jest także tym, który woła w sercu człowieka ku Bogu prawdziwemu ukazującemu, że człowiek jest Jego dzieckiem, Jego stworzeniem i synem adoptowanym w Jezusie Chrystusie, jak mówi św. Paweł (Rz 8,15). 

W historii ludzkości i też Kościoła widzimy, że nie każdy człowiek godzi się na tę godność. Wynika to z tego, że tak dziecięctwo Boże jest relacją czyli osobistą więzią kojarzoną błędnie i fałszywie - jak od zarania dziejów podszeptuje ojciec kłamstwa czyli szatan - ze zniewoleniem. 

Lęk przed ograniczeniem wolności czy też inną domniemaną stratą zwykle motywuje do sprzeniewierzenia się prawdzie. Także chciwość czyli nieuporządkowane pragnienie czegoś może być motywem do kłamania. Zwykle są to dobra materialne i ogólnie doczesne, które przysłaniają dobra wyższe, wieczne. Duch Święty, który oświeca umysł, daje lekarstwo na te schorzenia duszy, prostując myślenie i pragnienia w świetle prawdy. Także dlatego Pan Jezus Go nazywa Duchem Prawdy. 

Zakończenie widzialnej obecności Zbawiciela na tym świecie wymaga od Jego wiernych dojrzałości. Zesłany z góry Duch Święty prowadzi nas w dojrzałym dziecięctwie Bożym, które wymaga współdziałania w wolności. Zaś istotnym i zarazem wyraźnym kryterium ukierunkowania naszego życia jest stosunek do prawdy, zwłaszcza tej przykrej i nieprzyjemniej, uderzającej w naszą pychę i fałszywą bo zakłamaną miłość własną. Poznanie i uznanie swej grzeszności otwiera na prowadzenie przez Ducha Prawdy. Równocześnie ci, którzy bardziej miłują zakłamanie, w swej niekiedy nawet nieuświadomionej rozpaczy i zazdrości, nienawidzą tych, którzy przynajmniej starają się iść za prawdą, która przemienia duchowo i uszlachetnia. To właśnie powoduje złość i złośliwość tych, którzy nałogowo kłamią, choćby nawet byli poniekąd "pobożni". Przykład faryzeuszy pokazuje, że fałszywa "pobożność" dość łatwo, wręcz naturalnie łączy się z obłudą. 

Pokusa fałszu dotyka każdego, gdyż jest to najbardziej typowa pokusa szatańska. Jednak jest to kuszenie względnie łatwe do pokonania, gdyż wystarczy konsekwentnie trwać w prawdzie, nawet jeśli wiąże się to z nieprzyjemnościami. To jest jedyna droga, na której prowadzi Duch Prawdy.