Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty

"Synodalna" formacja seminaryjna


O ile mi wiadomo, chodzi o jeden z postulatów "synodalnych", które są wynikiem obrad jednej z grup roboczych powołanych przez Franciszka. Grupa pod kierownictwem skrajnie bergogliańskiego i skrajnie progejowskiego kardynała z Madrytu Cobo Cano, który raczył już swoich seminarzystów progejowską propagandą (więcej tutaj), wydała jakby wytyczne do rewizji i przerobienia tzw. ratio fundamentalis czyli ogólnokościelnych zasad kształcenia duchownych (źródło tutaj). 

Najpierw uwaga ogólna co do obecnie modnego hasła "synodalność". Synodalność w znaczeniu  zgromadzenia biskupów dla umówienia i ustalenia niejasnych kwestij sięga czasów apostolskich (tzw. sobór jerozolimski) i starożytnych (sobory lokalne oraz powszechne począwszy od Soboru Nicejskiego I w 325 r.). Greckie określenie "synodos" odpowiada łacińskiemu "concilium" i polskiemu "sobór". Dopiero z biegiem czasu zaczęto w obrębie katolicyzmu terminologicznie odróżniać między "soborem powszechnym" ("concilium oenumenicum", po grecku "oikoumenike synodos") czyli zgromadzeniem biskupów z całego świata, a synodem w znaczeniu zgromadzenia kościelnego o charakterze lokalnym. Jeszcze większe zamieszanie poięciowe nastąpiło wraz z powołaniem "synodu biskupów" przez Pawła VI, zwoływanego co jakiś czas potem także przez Jana Pawła II i jego następców, który był właściwie jakby "małym soborem", gdyż uczestnikami byli przedstawiciele konferencyj biskupów z całego świata (a nie wszyscy biskupi jak w przypadku soboru właściwego). W synodach lokalnych brali udział z natury rzeczy nie tylko biskupi lecz także duchowni niższych stopni. Po Vaticanum II system gremiów doradczych a z czasem też decyzyjnych rozszerzono na parafie tworząc tzw. rady parafialne, w Polsce nazwane dość debilnie i skrajnie modernistyczne "radą duszpasterską", jakoby rada miała się zajmować duszpasterstwem, a nie kapłani. Na tzw. Zachodzie doprowadziło to do gremiokracji na użytek skrajnych modernistów, którzy forsowali skrajne nadużycia zwłaszcza liturgiczne powołując się na swoje gremia parafialne (rada parafialna, wyłoniona przez nią tzw. komisja liturgiczna). Ten obłudny, właściwie sowiecki model - przećwiczony na poziomie krajowym przez niemiecką tzw. "Drogę synodalną" - przejęła dość bezpośrednio ekipa bergogliańska dla przeforsowania dalszej dewastacji ustroju, nauczania i praktyki Kościoła. Sedno taktyki jest to samo co w rewolucji roncalliańsko-montiniańskiej z lat 1960-ych: przejęcie starego pojęcia synodalności, zafałszowanie go oraz użycie dla strukturalno-doktrynalnego przewrotu wewnątrz Kościoła. Zacementowaniem tego przewrotu miał być pontyfikat bergogliański przez utworzenie stałych mechanizmów nowej "synodalności" na poziomie ogólnokościelnym po to, by odgórnie nakazać fałszowanie nauczania i praktyki Kościoła aż do poziomu parafialnego i tym samym zniszczyć czy przynajmniej unieszkodliwić resztki katolicyzmu jeszcze tlące się na niektórych parafiach. 

W przeróbce "ratio fundamentalis" czyli ogólnego regulaminu kształcenia seminaryjnego chodzi o to, by przyszłych kapłanów tresować na potulnych i spolegliwych sługusów gremiów parafialnych i diecezjalnych. Tym samym mają zostać wyeliminowani mężczyźni myślący samodzielnie po katolicku i tym samym potencjalnie bądź realnie zagrażający aparatowi modernistycznemu w jego do spodu bezwzględnej rewolucji. 

Takie formowanie musi oczywiście być sprzężone wszechstronnie z permanentną rewolucją, także w jej gałęzi feministycznej. Feminizm głosi godność i niezależność, a sprowadza się do bycia narzędziem zniewolenia zarówno niewiast jak i wychowywanego przez nie potomstwa. Nie trzeba udowadniać, że niewiasty są generalnie bardziej podatne na różnego rodzaju manipulacje, co widać chociażby w uleganiu nawet durnym i antyestetycznym modom, choć oczywiście zdarzają się wyjątki mężnych niewiast. Zniewieściała uległość i tym samym odmężczyźnienie ma być też wpajane kandydatom na kapłanów. Istotne początki już zostały dokonane przez:
- daleko posuniętą feminizację zawodów wychowawczych i edukacyjnych
- daleko posuniętą feminizację w liturgii Kościoła (śpiew, lektorki, nawet służba liturgiczna i szafarki Komunii)
- ostatnimi laty bergogliańska feminizacja głównych urzędów watykańskich posunięta aż do bezczelnie absurdalnej sytuacji tzw. dykasterii ds. zakonów, gdzie "prefektem" jest zakonnica a jej sekretarzem jest kardynał.
Celem tych zabiegów jest pozyskanie niewiast - rzekomo dotychczas niedocenionych i uciskanych - na użytek radykalnego i dogłębnego przewrotu doktrynalno-strukturalnego w Kościele. To jest plan iście szatański. 

Tym niemniej należy zachować spokój. Kościół nie runie od tego, że niewiasta będzie wykładała np. język obcy w seminarium. Gorzej by było z przedmiotami teologicznymi, gdyż to by oznaczało dalsze pogłębienie zapaści w nauczaniu teologii, która ze swej natury musi być racjonalna, trzeźwa i odważna, nie uczuciowa i bezkrytyczna. Aczkolwiek w obecnym stanie trudno sobie wyobrazić głębszą zapaść niż ta, która jest już dokonana rękami modernistycznych mężczyzn. 

Oczywiście dalszy tego typu proces spowoduje jeszcze pomniejszenue liczbę seminarzystów, o co zresztą też chodzi, gdyż moderniści już dość otwarcie dążą do święcenia żonatych i kobiet przynajmniej - tymczasowo - tylko do diakonatu. Nie da się jednak wyrugować ani wiary katolickiej, ani racjonalnego myślenia po katolicku, ani nie uda się stłamsić czy wyrugować natury ludzkiej i tym samym różnicy płci oraz ich specyficznych właściwości. Będzie to oznaczało większe powodzenie seminariów tradycyjnych, począwszy od indultowych, poprzez lefevbriańskie aż do sedewakantystycznych. Tym pierwszym można wprawdzie teoretycznie narzucić kwotę żeńskich wykładowców, jednak możliwe są też mechanizmy obronne przynajmniej w pewnym zakresie. 

Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa szaleństwo modernistyczne. Miejmy nadzieję, że już niedługo. Wydaje mi się, że pokolenie obecnej młodzieży doczeka lepszych czasów w Kościele niż obecne. Nawet jeśli dojdzie do oficjalnego rozłamu, którego zresztą nie chcą ani moderniści ani umiarkowani konserwatyści. Ci pierwsi chcą oczywiście zawładnąć umysłami katolików do spodu i bez reszty, co im się na pewno nie uda. 

Co więc począć? Po pierwsze, kształcić się w prawdziwie katolickiej teologii choćby nawet prywatnie w domu. Po drugie, starać się o szczere życie duchowe i sakramentalne. Po trzecie, łączyć się w grupy i środowiska dla tych dwóch pierwszych celów. To jest przygotowywanie pewnego zwycięstwa katolicyzmu, które nie musi być liczbowo-statystyczne, ale na pewno będzie jakościowe pod względem intelektualno-duchowym. 

Gdzie uczęszczać?


Rozumiem trudność, a pytanie jest zarówno słuszne jak też niełatwe. 

Po pierwsze, moim celem i zadaniem nie jest zniechęcanie ani do "indultu", ani do FSSPX, ani do jakiegokolwiek innego duszpasterstwa tradycyjnego czy Novus Ordo. To jest zawsze indywidualna i własna decyzja, zależna od wielu czynników. Wiadomo, że obecnie sytuacja w Kościele jest bardzo złożona i trudna na skalę chyba jeszcze nigdy niespotykaną w tym stopniu i wymiarze. 

Po drugie, pewne jest, że Pan Bóg także dzisiaj każdemu daje dość środków dla zbawienia duszy i dobrego wypełnienia obowiązków stanu, także względem dzieci. Moim zamiarem jest jedynie ukazywanie prawdy dla zmotywowania ku poprawie. Wiem, że krytyka jest przez osoby zadufane w sobie i niedojrzałe odczuwana i traktowana jako atak. To jest problem po ich stronie, nie po stronie tego, kto ukazuje prawdę i wzywa do poprawy.

Po trzecie, Pan Bóg nie oczekuje i nie wymaga rzeczy niemożliwych. Jeśli np. na parafii jest fatalne, skrajnie modernistyczne duszpasterstwo, a duszpasterstwo tradycyjne jest daleko i trudno dostępne, to pewne jest, że także korzystanie na miejscu może być drogą dla zbawienia duszy. Dotyczy to także dostępnego duszpasterstwa tradycyjnego: Pan Bóg może prowadzić tam duszę mimo wad, błędów i też zgorszeń ze strony duszpasterza. 

Po czwarte, należy być pewnym, że obecna sytuacja w Kościele, mimo że jest niesłychanie trudna, jest dopustem Bożym, a Pan Bóg dopuszcza zło tylko wtedy, gdy może z niego wyniknąć jakieś dobro. Tym dobrem może być na pewno większa dojrzałość i poniekąd słuszna samodzielność w sięganiu do źródeł naszej wiary, zwłaszcza do tradycyjnego nauczania Kościoła. Obecnie mamy niebywałą w historii ludzkości dostępność tych źródeł i komunikowania się, także w szukaniu duchowych porad na odległość. Widocznie na obecne czasy trzeba samodzielnie, trzeźwo myślących katolików, którzy nie muszą polegać tylko na tym, co słyszą w swoim kościele parafialnym z ambony. To jest też konieczne w przekazywaniu wiary dzieciom - uczenie ich krytycznego myślenia w świetle prawd wiary katolickiej. 


Czy wolno odebrać dziecko rodzicom?


Chodzi o słynną sprawę pochodzącego z rodziny żydowskiej chłopca Edgardo Mortara

W dyskusji co do tej sprawy często, nawet zwykle pomija się właściwe, istotne tło teologiczne, co prowadzi do fałszywych oskarżeń mających obciążać Kościół. 

Zasady Kościoła są takie:

- Warunkiem legalnego, godziwego ochrzczenia dziecka jest wola bądź przynajmniej zgoda rodziców na jego katolickie wychowanie, wraz z realnym zapewnieniem takiego wychowania, nawet jeśli rodzice nie są w stanie tego zapewnić. Dlatego służąca, która ochrzciła tego żydowskiego chłopca działała nielegalnie, wbrew prawu kościelnemu, choć oczywiście w dobrej wierze i w szczerym zatroskaniu o to dziecko. 

- Skoro dziecko zostało ochrzczone, to obowiązkiem Kościoła było zapewnienie dziecku katolickiego wychowania. Tego wymaga godność i powaga sakramentu Chrztu św. Skoro rodzice nie mogli a raczej nawet nie chcieli zapewnić tego wychowania, konieczne było zatroszczenie się o to przez państwo kościelne, co zostało uczynione. 

- Na tym przykładzie uwidacznia się zasada, że dziecko nie jest własnością rodziców, lecz są dzieckiem Bożym powierzonym ich pieczy, która jest względna, podporządkowania dobru dziecka, zwłaszcza zbawieniu jego duszy. 

Owocem tej troski stało się powołanie kapłańskie tego chłopca, co potwierdza działanie Bożej łaski w jego życiu. 

Czy pozwolić dzieciom na czytanie Harry Potter'a?

 


Index Ksiąg Zakazanych zwykle nie obejmował literatury tego typu, czyli fantazyj czy bajek. A to z tego powodu, że tego typu książki zakładają możliwość różnych interpretacyj i przeważnie nie można w nich stwierdzić w miarę jednoznacznych tez, nawet jeśli są w tle zakładane przez autora. Dlatego ich ocena i zalecenia wychowawcze są pozostawiane roztropności duszpasterzy i rodziców. 

Własne doświadczenia z daną książką w dzieciństwie czy młodości nie powinne być decydujące, lecz najwyżej drugorzędne. Z prostego powodu: dziecko nie jest kopią rodziców i tym samym oddziaływanie danej książki na nie może być zupełnie inne niż niegdyś na rodzica. Miarodajne są natomiast obiektywne kryteria, do których należą przede wszystkim:

1. założenia ideologiczne danej książki, zarówno te łatwo rozpoznawalne, jak też te ukryte,

2. możliwe względnie przewidywalne skutki edukacyjne i wychowawcze.

Co do pierwszego kryterium należy się zapoznać przede wszystkim z poglądami danego autora czy autorki, gdyż każdy autor świadomie czy nieświadomie przekazuje w swojej książce pod warstwą fabularną swój światopogląd i pewien system wartości. Oczywiście może się zdarzyć, że dana książka reprezentuje prawdy i wartości uniwersalne, ponadczasowe i powszechnie uznawane, także przez Kościół. To właśnie cechuje prawdziwe arcydzieła literatury, nawet jeśli nie pochodzą one od autorów katolickich. 

Istotne jest również, czy i na ile dana książka pomaga dziecku poznać, zrozumieć i odnieść się odpowiednio do rzeczywistości, zarówno do rzeczy i osób, jak też do wartości wyższych, jak prawda, dobro i piękno. W przypadku Harry Potter'a jego zło polega głównie na tym, że obraca się w pseudorzeczywistości i ta pseudorzeczywistość nie stanowi jedynie narzędzia i sposobu przekazania pewnych prawd, czyli rzeczywistości wyższej, lecz zatrzymuje na sobie, dając najwyżej przyjemność oderwania się od prawdziwej, przeżyciowo bardziej szarej rzeczywistości. 

W drugim kryterium istotne jest, czy i jak dana książka może się przyczynić do rozwoju intelektualnego, emocjonalnego i ogólnie osobowego dziecka. Rozwój zakłada pewien cel. Sama rozrywka czy zabawa w fantazyjne historie nie może mieć właściwego, dobrego wpływu na rozwój dziecka, a wręcz przeciwnie sprzyja zamykaniu się w mniej czy bardziej autystycznym świecie wyobraźni. Nie musi to być zawsze wpływ sam w sobie destrukcyjny, jednak wystarczy, że taka - delikatnie mówiąc - niepełnowartościowa literatura zajmując dziecku czas i energię hamuje czy wręcz uniemożliwia rozwój, któremu sprzyjałaby inna, wartościowsza książka czy choćby realna zabawa z rodzicami czy rówieśnikami. 

Samo upodobanie dziecka w fantazjach typu "Harry Potter" nie może być decydującym kryterium. Książki te są perfidnie napisane, to znaczy z umiejętnością wciągania uwagi zwłaszcza dzieci i młodzieży. To jest kwestia techniki pisania, tym groźniejsza gdy kryje się pod tym pewien przekaz ideologiczny i zamierzona manipulacja pseudowychowawcza. 

Nie jest przypadkiem, że środki masowego ogłupiania i możni tego świata wręcz nachalnie werbowali i werbują fanów "HP". Z całą pewnością mają w tym swój interes. Pokolenie wychowane na konsumpcji "HP" (w formie książkowej czy filmowej) jest narażone na pokusę przekazywania własnej dziecięcej fascynacji swoim dzieciom, nie zdając sobie sprawy z tego, jakich szkód niewinnie i bezwiednie doznało przez konsumowanie pomysłów pani Rowling, chociażby z braku poświęcenia uwagi i czasu prawdziwym arcydziełom literatury dla dzieci i młodzieży. Właściwie wystarczyłaby znajomość klasyków tej literatury, by łatwo dostrzec, że poziom Rowling'owy jest żałośnie niski już choćby na płaszczyźnie przekazu prawdy o rzeczywistości. 

Jak pomóc dziecku?

 


W takim wypadku nie ma innej metody jak tylko cierpliwe wyjaśnianie i przekonywanie. Jedynie rodzice czy opiekunowie mogą mieć wpływ na to, co dziecko czyta, ogląda, słucha. Aczkolwiek obecnie w dobie smartfonów raczej nie jest możliwa zupełna kontrola. 

W każdym razie podstawą i warunkiem skuteczności starań wychowawczych jest zaufanie dziecka. Z wiekiem trudniej jest je zdobyć, a łatwiej utracić i bardzo trudno odzyskać. 

Dlatego należy przede wszystkim dbać o dobrą relację z dzieckiem. Oczywiście nie za cenę prawdy. Dość powszechne jest niestety przeświadczenie, że kłamstwo, oszukiwanie czy manipulacja jest koniecznym i skutecznym środkiem wychowawczym. Jest to fałszywe przeświadczenie. Taka metoda może mieć oczekiwany skutek najwyżej doraźnie i krótkotrwale, a w rezultacie jest toxyczna i zabójcza dla relacji, gdyż niszczy zaufanie dziecka, które jest potem bardzo trudno odbudować, niekiedy nawet niemożliwe. Należy pamiętać, że dziecko, które czuje się okłamane i oszukiwane, jest skłonne raczej z góry odrzucić nawet dobre i słuszne pouczenia czy próby pomocy. 

Także zaufania nie można zdobyć podstępem, lecz jedynie szczerością i dobrocią. Oczywiście nie oznacza to zasadniczego pobłażania. Istotne jest, by dziecko wiedziało, że może na danej osobie polegać, że danej osobie zależy na dobru dziecka, a nie na narzucaniu swojej woli, nawet jeśli ta wola jest słuszna. 

Argumenty racjonalne trafiają do dziecka dopiero wtedy, gdy relacja jest zdrowa emocjonalnie i to z obydwu stron. To wymaga od osoby wychowującej także dojrzałości emocjonalnej i osobowej. Wtedy można stać się dla dziecka autorytetem nie z przymusu czy z pozycji, lecz w jego rozeznaniu. Jego zdolności rozeznania nie należy lekceważyć, lecz ją budować i wspierać. Na tym właśnie polega dobre wychowanie. 

Osoba nie będąca rodzicem ma tą korzystną sytuację, że jest przynajmniej w znacznym stopniu poza relacją między dzieckiem a rodzicami i tym samym ma szansę być osobą zaufania w problemach, którymi dziecko nie chce czy nie może podzielić się z rodzicami, np. z lęku przed przykrymi konsekwencjami. Im większa otwartość dziecka, której zresztą nie można wymusić, tym większa jest szansa na skuteczność pouczeń i wskazówek. 

Wymaga to oczywiście zarówno spędzania czasu z dzieckiem, jak też okazywania zainteresowania jego problemami i potrzebami, oczywiście bez wchodzenia z butami w jego świat wewnętrzny i zewnętrzny. To wymaga odpowiedniej delikatności, taktu i wyczucia. Dziecko, zwłaszcza w okresie dojrzewania, jest wrażliwe na punkcie swojej wolności, a równocześnie ma często niezaspokojoną potrzebę podzielenia się swoimi problemami. 

O wykorzystywaniu dzieci

Obecnie często mówi się o wykorzystywaniu sexualnym nieletnich, zwłaszcza dzieci. I słusznie, gdyż jest to zbrodnia obrzydliwa, godna potępienia i odpowiedniego ukarania. Są jednak także inne rodzaje wykorzystywania dzieci, mianowicie w szerzej rozumianym interesie dorosłych. Te inne rodzaje są praktycznie lekceważone, wręcz niezauważane, choć są niestety nierzadkie, najczęstsze. Nie jest istotne, przez kogo takie wykorzystywanie jest popełniane. A popełniane jest także przez własnych rodziców, w sposób, który może nie od razu jest rozpoznany jako wykorzystywanie, co także świadczy o znieczuleniu na specyfikę osoby dziecka i zarazem na wręcz rażące - przy trzeźwym, racjonalnym spojrzeniu - zachowanie dorosłych, także rodziców. 

Podam dwa przykłady, na które trafiłem przy okazji. Aczkolwiek ukazują one chyba szerszy problem, skoro widocznie nie ma reakcji społecznej na tego typu zachowanie, co świadczy o przyzwoleniu przynajmniej bezmyślnym. 

Pierwszy przykład to znany już z poprzednich wpisów A. Bańka (tutaj i tutaj), który w ramach opowiadania o sobie wspomina taki oto swój wielki sukces: 

W czym jest problem? Ano w tym, że po pierwsze normalne jest, że dla dziecka w pierwszych klasach szkoły podstawowej rodzic jest autorytetem i to najważniejszym. Po drugie jednak, nie wiadomo, czy tak pozostanie, gdy dziecko zacznie myśleć i wartościować samodzielnie, zwłaszcza jako dorosłe i niezależne od rodziców. Po trzecie, wykorzystywanie słów kilkuletniego dziecka dla budowania swojego autorytetu publicznego jest chwytem zarówno perfidnym - i to względem samego dziecka jak i względem publiczności - jak też groteskowym, obliczonym na emocje połączone z brakiem trzeźwego myślenia u odbiorców. Innymi słowy: tutaj ma miejsce wykorzystanie swojego nieletniego i niesamodzielnego dziecka dla własnego doraźnego interesu. Moralnej oceny takiego postępowania chyba nie muszę podpowiadać. 

Drugim przykładem jest także pewien quasi celebryta medialny, o którym była już niegdyś mowa (tutaj). Także on postępuje w ten sposób i to regularnie:

Humorystyczne ujęcie nie zmienia faktu, że także tutaj zachodzi wykorzystanie własnego dziecka dla budowania swojej popularności medialnej. Tutaj również brakuje reflexji, jakie zdanie dziecko będzie miało, gdy zacznie samodzielnie myśleć i będzie niezależne. Oczywiście anekdotki z udziałem dzieci są czymś normalnym w prywatnym gronie rodzinnym. Nie ma także nic zdrożnego w tym, gdy samo dziecko je rozpowszechnia, jeśli kiedyś uzna to za stosowne. Jednak czymś zupełnie innym jest publiczne chwalenie się uznaniem ze strony małego dziecka, obliczone na własną doraźną korzyść, polegającą choćby na budowaniu poczucia własnej wartości. 

Jest dość typowe, że obydwa przykłady dotyczą tzw. katocelebrytów związanych z blachnicyzmem, gdzie panuje duch autorytarnej sekty (jest bardzo prawdopodobnie, że x. Blachnicki należał do masońskiej sekty charystów, por. tutaj). Czyżby nie wystarczyło im uznanie ze strony żony i dzieci w zaciszu domowym? Skąd ta potrzeba publicznego wykorzystywania własnych dzieci? Czy w ogóle pomyśleli o tym, co na to powie cytowane dziecko, gdy dorośnie i będzie myślało samodzielnie? Jeśli pomyśleli, to skąd mają pewność, że dziecko nie zmieni swojego zdania i nie będzie się wstydziło swojej dziecinnej naiwności? Czyż nie jest to swego rodzaju szantaż także na własnym dziecku (w sensie: "kiedyś byłem dla ciebie autorytetem, więc nie zmieniaj zdania"), a przynajmniej pogwałcenie jego prawa do prywatności? No cóż. Te przykłady świadczą niestety o niskim poziomie zarówno racjonalnego myślenia, jak również wrażliwości na dobro i na osobową godność nawet własnego dziecka, oraz moralnego wartościowania. 

Czy oglądanie bajek może być niebezpieczne dla dzieci?



Rzeczywiście nierzadko można dostrzec w bajkach dla dzieci, czy to książkowych czy filmowych, treści o podtextach okultystycznych. Zwykle są one prezentowane niepozornie i jakby tylko w kontekście, nawet z pewnym dobrym morałem. Słuszne jest pytanie o ocenę z punktu widzenia katolickiego.

Wyróżnić tutaj należy kilka aspektów, ponieważ ocena katolicka jest zasadniczo ogólna i całościowa.

1. Filozoficzno-światopoglądowy. Warto zwrócić uwagę, jak obraz rzeczywistości i jako pogląd na rzeczywistość prezentuje dana bajka. Dzieci są nie tylko w pewnym sensie naiwne i łatwowierne, lecz także wyczulone na prawdę i prawdomówność. Wprawdzie do pewnego wieku nie są jeszcze w stanie odróżnić zabawy i fantazji od rzeczywistości. Przemawia to jednak tym bardziej za odpowiedzialnością dorosłych za treści im prezentowane. Oczywiście nie chodzi o robienie dzieciom wykładów filozoficznych. Tym niemniej opowieści zupełnie fantazyjne w tym sensie, że opisane wydarzenia są po prostu niemożliwe i zupełnie oderwane od rzeczywistości, jak różnego rodzaju czary i "cuda", są fałszywe (co do prawdziwości) i dlatego szkodliwe dla procesu uczenia się świata, czyli zjawisk i praw nim rządzących, nawet jeśli istotne przesłanie (tzw. morał) jest moralnie pouczające. Wcześniej czy później dziecko dostrzeże sprzeczność z rzeczywistością i wówczas utraci dla niego znaczenie także pouczenie moralne przekazane za pomocą sprzecznej fantazji.

2. Aspekt teologiczny. Jest on rozwinięciem i poszerzeniem poglądu na rzeczywistość, a dotyczy szczególnie prawdy o Bogu i norm moralnych. Treści wzniosłe teologicznie czy etycznie nie mogą być wiarygodnie i trwale przekazane w sposób gruntownie fałszujący rzeczywistość. Owszem, także Pismo św. posługuje się językiem obrazowym i opowiadaniami o pewnych cechach wyobrażeń mitycznych i legendarnych. Jednak dotyczy to jedynie warstwy literackiej, nie samej treści. Innymi słowy: chociażby opis stworzenia w Księdze Rodzaju jest rodzajem poezji z pewną dozą ludzkich wyobrażeń charakterystycznych dla epoki powstania, jednak zupełnie odpowiada - oczywiście w odpowiednim odczytaniu - prawdzie poznawalnej naukowo-empirycznie. Podobnie jest z innymi tematami i opowiadaniami: nie przeczą one prawdzie objawionej o Bogu, człowieku i świecie. Tak np. czym innym jest opowiadanie o cudach sprawionych w imieniu Boga przez ludzi wybranych, a czym innym bajki o wróżce czy czarodzieju, które sugerują niezwykłe, tajemne moce człowieka. Przykładem może być też św. Mikołaj. Katolicki zwyczaj przebranej postaci z podarkami jest sposobem przekazania dzieciom prawdy o świętym Kościoła. Jeśli jest to zgodne z prawdą historyczną, to jest w porządku. Czym innym jest natomiast postać pajaca przebranego na czerwono, mimo że jest tak samo nazywany.

3. Aspekt pedagogiczny. Nie trudno zauważyć, że spostrzeżenie przez dorastające dziecko sprzeczności między "światem" bajek a realnym doświadczeniem i poznaniem może mieć i zwykle ma poważne konsekwencje dla jego stosunku do rodziców i otoczenia dorosłych, niekiedy do całej rzeczywistości. Uderza po prostu we wiarygodność i wywołuje bunt, poniekąd słuszny, przynajmniej zrozumiały psychologicznie. Nikt nie lubi być okłamywany, także dzieci.

Zwykle rodzice czy wychowawcy zajmują dzieci bajkami dla własnej wygody i też z braku pomysłu na zajęcie dla dzieci. Często kryje się pod tym fałszywe przekonanie, jakoby dzieci pragnęły bajek. Jest dokładnie odwrotnie: dzieci chcą uczestniczyć w życiu i zajęciach dorosłych i nic ich tak nie interesuje jak to, czym zajmują się dorośli. Tworzenie dzieciom specjalnego "dziecięcego" czy raczej bajkowego świata jest więc rodzajem gwałcenia ich naturalnych potrzeb i pragnień. Oczywiście udział dzieci w życiu dorosłych wymagania odpowiedniego przystosowania, przygotowania, opieki i wysiłku. Wiadomo, że dzieci nie mogą uczestniczyć we wszystkim i nie mogą robić wszystkiego, co robią dorośli. To jest pewna trudność. Kochający rodzic jednak znajduje odpowiedni sposób, także przez dzielenie się zajęciami między rodzicami: pewne zajęcia dzieci mogą wykonywać z ojcem, a inne z matką.

Oczywiście takim zajęciem może być czytanie dzieciom odpowiednich dla nich historyjek, starannie dobranych. Ideałem są biblijne opowieści dla dzieci. Jednak mogą być też inne opowiadania o treści realistycznej i budującej, głównie z żywotów świętych.

Mówiąc krótko: nie przywiązanie do ekranu służy rozwojowi dziecka, lecz czas spędzany z rodzicami czy innymi wychowującymi. Służy to też najlepiej zdrowej więzi między nim a rodzicami, która jest trwała i rzutuje na przyszłe relacje.