Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liturgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liturgia. Pokaż wszystkie posty

Jak sprzątać ołtarz?


Temat pojawił się na jednej z grupek internetowych i wzbudził niezwykłą burzę komentarzową, mało merytoryczną, głównie emocjonalną i prymitywną. Problem jest realny i powszechny. 

Wynika on ze specyfiki starszych świątyń z wysokimi nadbudowaniami ołtarzy, które wymagają sporych wyczynów akrobatycznych dla utrzymania ich w jako takiej czystości, co wymaga regularnego odkurzania. Problem polega nie tyle na trudności technicznej, gdyż ona jest niewątpliwa, lecz po pierwsze z braku myślenia katolickiego nawet w tak prozaicznej kwestii, a po drugie w wygodnictwie duchownych, którzy się wyręczają już nawet nie tyle świeckimi, lecz tymi spośród nich, których jest najłatwiej wykorzystać do trudnych zadań, czyli pobożnymi niewiastami. 

Po pierwsze, utrzymanie w czystości prezbiterium - czyli przestrzeni bezpośrednio otaczającej ołtarz - jest zadaniem duchownych, ewentualnie przy udziale czy pomocy czy też w ich zastępstwie mężczyzn świeckich (podobnie jak w przypadku ministrantów, którzy zastępują kleryków niższych stopni). Z dwóch powodów:

- z powodu tego, że prezbiterium jest miejscem dla duchownych (i ewentualnie dla służby liturgicznej), co dotyczy nie tylko samej liturgii, lecz także poza nią, 

- prace porządkowe przy takich ołtarzach, jako prace na wysokości czyli niebezpieczne, wymagają sprawności męskiej. 

Jeśli ktoś naraża niewiasty na niebezpieczeństwo tego typu, grzeszy nie tylko przeciw świętości prezbiterium, lecz także przeciw poszanowaniu godności niewiast. 

Co do sposobu sprzątania:

Po pierwsze, należy zastosować taką technikę, która umożliwia respektowanie zwłaszcza świętości ołtarza jako miejsca sprawowania Najświętszej Ofiary, czyli obecności Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa. Należy też pamiętać, że w ołtarzu umieszczone są relikwie świętych męczenników, które także wymagają traktowania z odpowiednim szacunkiem. Nikt normalnie myślący i odczuwający nie będzie deptał doczesnych szczątków swoich najbliższych, więc tym bardziej świętych męczenników. 

Po drugie, jeśli konieczne jest postawienie sprzętu technicznego na ołtarzu, to najpierw należy zdjąć z niego obrusy leżące tam podczas liturgii, a następnie przykryć innym godnym nakryciem jako ochronnym. 

Po trzecie, należy koniecznie unikać stąpania na środku ołtarza, gdzie złożone są relikwie świętych męczenników, a podczas liturgii znajdują się Ciało i Krew Pańska. 

Jeśli ktoś ma na uwadze godność miejsca oraz powyższe zasady, to z całą pewnością znajdzie sposób na odpowiednie jego traktowanie. Tego wymaga zarówno postawa wiary, jak też zwykła kultura. 

Tych zasad powinno być uczone duchowieństwo w seminariach duchownych i powinne być regularnie przypominane np. podczas rekolekcyj kapłańskich czy wizytacyj kanonicznych. Duchowni moją święty obowiązek pilnowania powyższych zasad. To jest jeden z istotnych sposobów nauczania wiary oraz czci należnej prawdziwemu Bogu oraz miejscem i sprzętom Jemu poświęconym. Jeśli kapłan sam nie żyje tym szacunkiem, to nie powinien się dziwić, gdy ludzie nie okazują należnego szacunku także jemu jako osobie poświęconej Bogu. 


Katolicka mowa pogrzebowa

Po pierwsze, słowa pożegnania wygłaszane przez osoby świeckie nie powinny mieć miejsca w liturgii, ponieważ w liturgii jest miejsce wyłącznie na urzędowe nauczanie wiary katolickiej. Właściwym miejscem takiej mowy jest cmentarz i to po zakończeniu właściwego obrzędu pogrzebowego. 

Po drugie, pytanie jest o tyle słuszne, że także taka mowa w wykonaniu katolika powinna się kierować zasadami wiary katolickiej i też zwyczajów zgodnych z tą wiarą. W tym świetle nic nie przemawia za tym, by nie miały to być wspomnienia osób bliskich. Aczkolwiek należy wziąć pod uwagę, że mowa publiczna musi brać pod uwagę obecność różnych odbiorców. Tym samym właściwe jest, by to były słowa osobiste, choć z pewnym wyważeniem, czyli ograniczeniem do tego, co powinno czy może być pożyteczne dla słuchających. 

Co do zwracania się do osoby zmarłej w drugiej osobie już wyraziłem zastrzeżenia wraz z uzasadnieniem (por. tutaj). Mówiąc w skrócie, powodem jest prosty fakt tego rodzaju, że nie wiemy, czy i na ile dusza jest w stanie odebrać słowa wypowiadane w doczesności, a ciało osoby zmarłej na pewno nie jest tego w stanie uczynić. Katolicka rozwaga i rozumność muszą się z tym faktem liczyć, gdyż nie wolno powodować nieporozumienia u osób postronnych, ani narażać wiary katolickiej na wyśmianie czy wręcz szydzenie, które w takim wypadku byłoby poniekąd zrozumiałe. Wiadomo, że serce bliskich osób wręcz wyrywa się do przemawiania do zmarłej osoby, co jest po ludzku zrozumiałe. Jako spontaniczny odruch nie jest to złe samo w sobie, jeśli jest przejawem wiary w obcowanie świętych. Jednak czym innym jest wystąpienie publiczne i to zarówno osoby świeckiej jak też tym bardziej kapłana, który jeszcze bardziej jest zobowiązany do umiaru i roztropności ze względów teologicznych. 


Jaka reforma liturgii?


Nie znam tego wywiadu. Poznałem jakiś czas temu osobiście x. Grzegorza, którego uważam za dobrego, gorliwego kapłana. Odniosę się tylko do zadanej kwestii. 

Prawdą jest, że głównym motywem i wątkiem tzw. drugiego ruchu liturgicznego, czyli tego z pierwszej połowy XX w. (w odróżnieniu od ruchu związanego z opatem Guéranger i jego klasztorem w Solesmes), była swoista "demokratyzacja" liturgii. Oczywiste są zresztą powiązania tego drugiego ruchu z modernizmem, zarówno personalne jak też treściowe. To w jego ramach pojawiła się tzw. Missa dialogata, czyli taka, gdzie wszyscy uczestnicy - a nie tylko ministranci - odpowiadają celebransowi w celebracji tzw. recytowanej. 

Tutaj należy mieć na uwadze, że właściwą forma liturgii jest Msza św. śpiewana (zwłaszcza z asystą wyższą). Gdy nie było możliwości udziału asysty jak też kantora wykonującego śpiewy mszalne tzw. gregoriańskie, wówczas pozostawała właściwie tzw. msza prywatna, czyli bez śpiewu liturgicznego (recytowana). W praktyce wyglądało to tak, że kapłan z ministrantem recytował przy ołtarzu, zaś lud - jeśli parafię było stać, to pod przewodnictwem organisty - śpiewał pieśni nabożne w języku narodowym. Postulat tzw. ruchu liturgicznego dotyczył zwalczenia właśnie tej formy, a nie rozpowszechnienia właściwej formy śpiewanej z chorałem gregoriańskim (jak to chciał słusznie pierwszy ruch liturgiczny). Nie trudno zauważyć, że to był wstęp i furtka do mentalności Novus Ordo, wraz ze wszelkimi charakterystycznymi nadużyciami. 

Nie do końca rozumiem tutaj kwestii mikrofonu. Otóż nagłośnienie ma sens podczas kazania. Natomiast w zasadniczej części liturgii, zwłaszcza w śpiewie, jest to raczej przeszkoda i wykrzywienie już nawet akustyczne. 

Prawidłowy rozwój liturgii pozostaje zawsze wierny zarówno istocie danego sakramentu jak też treściom zawartym w poszczególnych elementach. Np. modlitwy u stopni ołtarza są ze swej natury przygotowaniem celebransa i ministrantów do właściwej liturgii. Wyraża to istotnie inny udział kapłana (czy ogólnie duchowieństwa, gdyż ministranci jedynie zastępują kleryków niższych stopni) od udziału świeckich. Owszem, wierni świeccy mogą i powinni duchowo dołączać się do modlitwy duchowieństwa, jednak włączenie ich wprost - przez wspólne odmawianie Confiteor - zburzyłoby istotny element struktury całości. 


Z pasji dla modernizmu

Cierpiący na typową mentalność trepa pupil modernistów - promowany przez nich - usiłuje bronić jeden z ich pomysłów, wykazując się przy tym wszelaką ignorancją: 


Człowiekowi widocznie nie chciało się nawet spojrzeć do Rubricae generales Missali Romani, gdzie jest jasno powiedziane o kolorze czarnym w każdym obrzędzie i Mszy św. za zmarłych:


Owszem, zachodzi tutaj różnica względem Rituale Romanum wydanego w 1614 r. przez Pawła V, gdzie jest przewidziany kolor fioletowy w exekwiach. Wynika ona z tego, że Rituale podaje praktykę starszą niż Missale. Zaś Missale św. Piusa V zarządziło wyłączne używanie koloru czarnego z powodów teologicznych, mianowicie dla wyrażenia specjalnego charakteru modlitwy za dusze zmarłych, czyli dla odróżnienia od innych modlitw. Innymi słowy: kolor czarny jest wyrazem wiary Kościoła w istnienie czyśćca oraz wartość modlitwy za dusze czyśćcowe. Te prawdy wiary negują zarówno protestanci jak też większość schizmatyków wschodniackich. 

Bzdurne jest tłumaczenie koloru fioletowego jako oznaczającego nadzieję i oczekiwanie. W liturgii rzymskiej fiolet jest kolorem pokutnym, co wynika jasno z zasad jego użycia. Pokuta jest czymś istotnie innym niż modlitwa za zmarłych, gdyż dusze czyścowe nie pokutują, lecz odbywają karę doczesną. Pokuta oznacza nawrócenie i poprawę, a to nie zachodzi w przypadku dusz zmarłych, gdyż one już przeszły przez sąd Boży. 

Czy przyjmowanie Komunii św. na stojąco jest grzechem?


To zależy od powodu. 

Jeśli powodem takiej postawy jest choroba czy niesprawność z powodu podeszłego wieku, to nie jest go grzechem, jeśli jest wola uklęknięcia, lecz są przeszkody, które do uniemożliwiają bądź nadzwyczaj utrudniają. 

Jeśli natomiast ktoś nie klęka do Komunii św. z powodu dumy czy braku wiary, że ma do czynienia z samym Bogiem, to jest to oczywiście grzech, który dochodzi do grzechu pychy i niewiary. 

Ostatnimi czasy zachodzi też okoliczność jakby pośrednia, gdyż także w Polsce została przeforsowana maniera wzięta z blachnicyzmu (a mason Blachnicki wziął ją od modernistów z tzw. Zachodu) tzw. podchodzenia "procesyjnego", rzekomo dla porządku. Tutaj grzech i to potężny mają ci, którzy to forsują i faktycznie wiernych zmuszają, zwłaszcza osoby starsze, które by chętnie chciały uklęknąć, lecz sytuacja im na to nie pozwala bądź poważnie utrudnia, zwłaszcza gdy nie ma balasek ani klęcznika, mimo że przepisy Novus Ordo właściwie wymagają od duszpasterzy umożliwienia przyjmowania Komunii św. na klęcząco. Natomiast wierni, którzy tej perfidii ulegają, nie grzeszą, o ile nie są świadomi swojego prawa i sami ze siebie by uklęknęli, jeśli by były ku temu normalne warunki. Grzeszą jednak ci, którzy ulegają z wygodnictwa, lenistwa czy z tchórzostwa. 

Należy też zaznaczyć, że w obrządkach wschodnich zasadniczo udziela się Komunii św. na stojąco, głównie ze względu na okoliczność, że odbywa się to pod obiema postaciami, a pochylenie się kapłana trzymającego kielich z Krwią Pańską mogłoby sprawić zagrożenie. Jest to jeden z przykładów niedoskonałości tych obrządków względem tradycyjnej liturgii rzymskiej, aczkolwiek znacznie przewyższają one zarówno liturgicznie jak też teologicznie obrzędy Novus Ordo. Jeśli więc zdarzy się katolikowi rzymskiego przyjmować Komunię św. w katolickim obrządku wschodnim (co jest dopuszczalne w wyjątkowych sytuacjach), to katolik nie grzeszy, przyjmując w postawie stojącej, ponieważ taka jest tam zasada liturgiczna. 


Czy ministrantki są dozwolone?


Jeszcze w 1980 r. Jan Paweł II w instrukcji "Inaestimabile donum" jasno określił, że kobietom nie wolno pełnić służby przy ołtarzu. Jednak w Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1983 r.  (can. 230) zabrakło już jasnego ograniczenia tej służby do rodzaju męskiego. Spowodowało to forsowanie służby dziewcząt przy ołtarzu w niektórych krajach, głównie niemieckojęzycznych. W 1994 r. Jan Paweł II opublikował dokument Ordinatio sacerdotalis (podpisany rzekomo już w 1992 r., co już świadczy o machlojkach) o niedopuszczeniu kobiet do kapłaństwa, w którym znajduje się wzmianka, że kanon 230 nie zawiera zakazu pełnienia służby przy ołtarzu przez dziewczęta. Równocześnie pozostawiono biskupom miejsca władzę decydowania na własnym terenie w tej sprawie.

Zarówno ta praktyka jak też zezwolenie na nią jest sprzeczne z Tradycją Kościoła oraz istotą posług liturgicznych, które mają ścisły związek z ustanowionym przez Chrystusa ustrojem Kościoła. Otóż od początku religii objawionej przez Boga, czyli w Starym Testamencie, dziedzina kultu jest zarezerwowana dla mężczyzn. To właśnie odróżniało zawsze religię objawioną od kultów pogańskich, które zwykle mają kapłanki i kobiety w dziedzinie kultu. Zasada religii objawionej wynika z porządku stworzenia: według Księgi Rodzaju mężczyzna przewodzi w sferze naturalnej, powinien więc przewodzić także w sferze najistotniejszej dla życia człowieka czyli oddawania czci Bogu. Tę zasadę potwierdził sam Jezus Chrystus, który na Apostołów jako kapłanów Nowego Testamentu powołał wyłącznie mężczyzn. Zgodnie z tym Kościół zawsze zastrzegał sferę kultu dla mężczyzn i chłopców. Dopiero tzw. liberalny protestantyzm - który zresztą neguje kapłaństwo hierarchiczne - wprowadził kobiety w sferę swojego kultu, który jest oczywiście heretycki. 

Wprowadzenie tzw. ministrantek wynika więc z dwóch czynników, które są w swej istocie antykatolickie i sprzeczne także z prawem naturalnym: z protestantyzmu i z feminizmu. 

Tym samym tzw. ministrantki są niedozwolone według prawa najwyższego w Kościele, jakim jest wiara katolicka. Nawet jeśli dekrety obecnej władzy kościelnej na to pozwalają. 

Analogicznie rzecz się z lektorkami, czyli wykonującymi czytania mszalne. 

Zaś ogólnie wprowadzenie świeckich lektorów i lektorek w ubiorze cywilnym jest zwyczajem zarówno protestanckim jak też żydowskim (w odniesieniu do mężczyzn). W Kościele Chrystusowym świeckim wolno było pełnić posługę liturgiczną - akolity czy lektora - wyłącznie w razie konieczności czyli braku duchownych (przynajmniej w niższych stopniach święceń) i wtedy zasadniczo obowiązywał strój duchowny (sutanella i komża). 

Do wahających się



Okres końca roku szkolnego i akademickiego jest szczególnym wyzwaniem dla tych, którym akurat w tym czasie przypadło podejmować decyzje życiowe, w tym także co do wyboru stanu duchownego czyli w kapłaństwie lub też w życiu zakonnym. W tym kontekście - a życie stale dostarcza nowych powodów jak ostatnio tzw. list KEP - szczególnego znaczenia nabiera zapytanie o wiarygodności Kościoła, czy przynajmniej jego hierarchii. 

Rzeczywiście wiarygodność Kościoła w znaczeniu hierarchii znajduje się w poważnej zapaści od ponad pół wieku, mianowicie od czasu tzw. reform po Soborze Watykańskim II. Skoro praktyka w głównej, uroczystej dziedzinie kościelnej, jaką jest liturgia, doznała radykalnych zmian, które są zaprzeczeniem dotychczasowej liturgii Kościoła, a w praktyce wręcz podważają prawdy wiary, to nie należy się dziwić, że przynajmniej w powierzchownym postrzeganiu pojawia się pytanie o zachowanie i trwanie tożsamości, tym samym o podstawy wiarygodności. Wprawdzie żaden dokument soborowy ani posoborowy nie podważa wprost prawd wiary katolickiej, jednak w wyniku zarówno braku jasności i precyzji doktrynalnej jak też praktyki - dość wyraźnie odbiegającej od prawd wiary katolickiej - doszło do upadku świadomości i wyznawania tej wiary. Odwrócenie się mas od Kościoła, co widać w krajach zarówno zamożnych jak też ubogich, oraz drastyczny spadek zainteresowania młodych ludzi drogą życia w stanie duchownym i zakonnym to jedynie symptomy kryzysu wiarygodności Kościoła, zwłaszcza jego hierarchii. 

Rozwiązaniem z całą pewnością nie jest ani dalsze pomieszanie doktrynalne, ani dalsze praktyczne odchodzenie od prawd wiary katolickiej na rzecz mglistej pseudoreligii "ekumenicznej", ani przymilanie się modnym - a narzucanym przez globalne ośrodki władzy finansowej, medialnej i politycznej - trendom i postępującej demoralizacji. Dostrzega to zwłaszcza młode pokolenie, dokładniej ta jego część, która szuka prawdy i dąży do ideałów. Dlatego właśnie akurat młode pokolenie odkrywa i czuje pociąg do tradycyjnego - jasnego i spójnego nauczania Kościoła, oraz jego tradycyjnej liturgii, która konsekwentnie stosuje i wyraża prawdy wiary katolickiej. Dlatego właśnie za rządów Franciszka nastąpiło uderzenie nie tylko w liturgię tradycyjną - której przecież nie można zniszczyć - co raczej w młode pokolenie świeckich katolików i duchownych, a to przez brutalne ograniczenie dostępu do sprawowania i uczestniczenia w tej liturgii, która jest nośnikiem czystej, nieskażonej prawdy i pobożności katolickiej. 

Nie będę się rozwodził o stanie umysłu i serca osób, które te ciosy zamierzyły i wykonały. Każdy zainteresowany ma dość materiału do analiz, reflexji i wniosków. Można się dziwić jedynie, że te osoby w swoim zacietrzewieniu wydają się nie zauważać problemu swojej wiarygodności. Wszak na tym punkcie szczególnie wrażliwi są ludzie młodzi, którzy pragną i szukają autentycznych autorytetów, nie krętaczy, zwodzicieli i oszustów. Pobłażliwością dla słabości czy wręcz dla rozwiązłości - jak to ma miejsce w gadaninie o miłosierdziu, czułości itp. - dają się przekupić i przyciągnąć jedynie osobowości słabe i nadpsute. Zdrowe osobowości kierują się ku prawdzie i realizują się w wyzwaniach, nawet jeśli są wymagające. Dlatego możni tego świata - niestety w kolaboracji z wieloma przedstawicielami hierarchii Kościoła - usiłują jak najwcześniej zgasić czy przynajmniej stłumić zdrowy idealizm u dzieci i młodzieży przez rozwiązłość, wskutek tzw. edukacji sexualnej i wszechobecnej pornografii. Czyż sytuacja jest beznadziejna?

Nie jest. Dowodem jest prawda, że Pan Bóg w każdym czasie i w każdej sytuacji działa, wzbudza i powołuje ludzi, których zadaniem jest odnowa duchowa - Kościoła i społeczeństw. Tak też jest bez wątpienia obecnie. Sam tego doświadczam, gdy zwracają się do mnie ludzie młodzi spragnieni zarówno czystego nauczania prawd wiary katolickiej, jak też porady duchowej zgodnej z tymi prawdami. Wprawdzie różnie się toczą ich losy. Jak to zwykle bywa w życiu duszpasterza, przeważnie służy się komuś tylko na pewnym etapie jego drogi życiowej. Duszpasterz nie zatrzymuje dla siebie, bo ma służyć bliźnim, nie sobie. 

Dlatego zwracam się tutaj do tych, którzy rozważają pójście drogą powołania kapłańskiego czy zakonnego, zwłaszcza do wahających się. Nie wiem, czy będąc w ich sytuacji miałbym odwagę pójść drogą powołania. W czasie mojej decyzji - a było to już kilka dekad temu - zaufanie do hierarchii i do Kościoła nie było tak trudne jak obecnie. Jednak z drugiej strony, nie znałem wówczas czystości, wspaniałości i wzniosłości tradycyjnego nauczania Kościoła i jego liturgii. Wtedy nie było internetu, a o Tradycji Kościoła milczały stanowczo także media katolickie. O tyle teraźniejsze młode pokolenie jest w sytuacji o wiele lepszej, choć ma też wiele więcej opcyj życiowych do wyboru. 

Tym niemniej myślę, że także obecny czas jest w pewnym sensie łaską. Pobudzane coraz bardziej nastroje apokaliptyczne - choć zwykle dość płytkie i pochopne - są normalną reakcją na widmo globalnego zagrożenia, nawet jeśli jest to sterowane, a właściwe cele nie są do końca jasne. Jeśli czeka nas era niebywałego w dziejach ludzkości i świata cierpienia czy zniewolenia, to tym bardziej wezwane do działania są jednostki światłe, szlachetne i odważne. Takich nie brakuje obecnie, mimo wszystko. A w sytuacji zagrożenia wartości moralnych, a także egzystencjalnego tym bardziej aktualne i pilne jest zaangażowanie w dziedzinie duchowej, w zbawienie dusz. 

Niniejszym zwracam się właśnie do tych, którzy dostrzegają taką potrzebę. Zdaję sobie sprawę, że akurat takie osoby - w swojej skromności - nie czują się trafnie opisane chlubnymi przymiotnikami. Dlatego wyjaśniam: Jeśli

- dostrzegasz i rozumiesz, że w kryzysie Kościoła i cywilizacji ratunkiem jest powrót do czystej, nieskażonej doktryny i praktyki katolickiej zwłaszcza w liturgii,

- pragniesz mieć swój udział w tej oczyszczającej odnowie Kościoła i cywilizacji, oraz

- jesteś gotowy (gotowa) poświęcić swoje siły i zdolności, nawet swoje życie, dla tego dzieła ku chwale Bożej i zbawieniu dusz

to właśnie do Ciebie kieruję te słowa zachęty i utwierdzenia w dobrych i szlachetnych zamiarach. 

Być może, a nawet prawdopodobnie nosisz w sobie wątpliwości, może nawet niepewność i lęk, także wskutek świadomości swoich niedoskonałości i słabości. Pamiętaj, że Pan Jezus nie przyszedł powołać doskonałych, lecz grzeszników (Mt 9, 12). 

Św. Franciszek Salezy powiedział (źródło): 


"Wielu ludzi się myli, uważając, że osoby ślubujące doskonałość już nie mogą upadać w niedoskonałości, zwłaszcza osoby zakonne. Jednak zakony nie są po to, żeby gromadzić osoby doskonałe, lecz osoby, które mają odwagę dążyć do doskonałości". 

Zachowuj przede wszystkim czystość woli i zamiarów, czyli motywację płynącą z miłości Boga i bliźniego. Reszty dokona Pan Bóg i będziesz zdziwiony (zdziwiona) potęgą Jego przemieniającej łaski. 

Na koniec zalecenia konkretne praktyczne:

1. Dbaj o życie duchowe, czyli modlitwę i przyjmowanie sakramentów, zwłaszcza Spowiedzi i Komunii św. Cenne jest tutaj trzymanie się liturgii tradycyjnej we wszystkich sakramentach i sakramentaliach, na ile to możliwe, gdyż jest to niezawodna szkoła modlitwy także osobistej oraz zdrowego i dojrzałego życia duchowego. 

2. Do wytrwania i postępu w dobrem potrzebna jest duchowa opieka doświadczonego duszpasterza, który jest bezwzględnie wierny odwiecznemu nauczaniu Kościoła, a nie nowinkom ostatnich dziesięcioleci. 

3. Rozwijaj swoją wiedzę oraz intelekt przez właściwą lekturę, zwłaszcza religijną, ale nie tylko. Sięgaj przede wszystkim do klasyków myśli katolickiej, zwłaszcza do pism świętych, do których sięgały pokolenia katolików. To Cię wyposaży w zdrowe i trzeźwe myślenie, niezbędne do właściwej oceny wszelkich nowości, czyli rozeznania - odzielenia ziarna od plew, którymi jesteśmy nachalnie karmieni odgórnie, zarówno w szkołach i na uczelniach, jak też ostatnimi czasy niestety nawet w dziedzinie kościelnej.

4. Zatroszcz się o swoich bliźnich, pouczając ich w prawdzie katolickiej, jeśli trzeba, także upominając. Ta troska wymaga zwykle tworzenia spotkań i kręgów edukacji oddolnej, aczkolwiek pod opieką kogoś dysponującego odpowiednim wykształceniem zwłaszcza w dziedzinie teologii. 

Te zalecenia możesz stosować już tu i teraz, nawet będąc jeszcze uczniem czy studentem. Poznasz wtedy zarówno trud jak też piękno i radość płynącą z zaangażowania dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Jeśli Pan Bóg zechce, to da Ci w odpowiednim czasie usłyszeć wezwanie i poznać powołanie. Wystarczy Twoja wielkoduszna gotowość, a On dokona reszty. 


---
Wersja do słuchania i subskrybowania:


Czy Pan Jezus się przejmuje?


Pan Jezus owszem w sposób dość oczywisty przejmował się
1. niewiarą w Swoje słowa,
2. brakiem zdrowych prostych wniosków, do których zdolni są normalni rozumni ludzie. 

Skoro powiedział, że to jest Jego Ciało, to miał też prawo oczekiwać od normalnych, myślących i wyposażonych w zwykłą wrażliwość ludzi, że będą to Ciało traktować z należytym szacunkiem, a nie jak przekąskę, w której można lekceważyć okruchy, bo nie można się nimi najeść... 

Zaś wypadałoby, żeby teolog katolicki wiedział, że wszystkie patrystyczne źródła w temacie przyjmowania Komunii św. usilnie przypominają i napominają do największej czci także dla okruchów Ciała Pańskiego... 

Także takim brakiem wiedzy u tych, którzy powinni nauczać wiary katolickiej, Pan Jezus się zapewne przejmuje.

Symbolika prezbiterium


Po pierwsze, błędne jest utożsamianie świątyni katolickiej (ogólnie chrześcijańskiej) ze świątynią jerozolimską. Prawidłowe jest rozumienie tej ostatniej jako zapowiedzi i jakby cienia prawdziwego i doskonałego kultu, który jest w Nowym Testamencie czyli w Kościele. Innymi słowy: nie jest właściwe stosowanie dokładnie tych zasad w przypadku świątyń nowotestamentalnych i świątyni starotestamentalnej. 

Po drugie, według zgodnej interpretacji Ojców Kościoła, rozdarcie zasłony świątyni w momencie śmierci Jezusa Chrystusa oznacza ukazanie pustki Przybytku Najwyższego (która zresztą istniała już od niewoli babilońskiej istniała i była znana, choć ukrywana) i tym samym zakończenie kultu starotestamentalnego. 

Po trzecie, w prawidłowym rozumieniu zasłona Przybytku Najwyższego jest porównywalna do naszego tabernakulum, nie do ikonostasu czy balasek. 

Po czwarte, ikonostas i balaski, które są zresztą pozostałością wcześniejszej kraty oddzielającej prezbiterium od nawy, mają inną funkcję niż zasłona Przybytku, mianowicie zaznaczenie hierarchiczności Kościoła, czyli różnicy między stanem duchownym i stanem świeckim, która to różnica dotyczy głównie sprawowania kultu Bożego. 

Innymi słowy: usuwanie balasek (i wszelkiego innego oddzielenia) ma charakter protestanckiej negacji hierarchiczności Kościoła czy odróżnienia między duchowieństwem i świeckimi. 


Liturgia a folklor


Pytający jest człowiekiem bardzo młodym, więc ma prawo nie wiedzieć, zwłaszcza w obliczu obecnego zamieszania modernistycznego pleniącego się niestety także w kręgach tzw. tradycyjnych, a to za sprawą bandy oszustów-przebierańców ze zboczeniem paleofetyszyzmu, którzy wygrzebują folklorystyczne starocie po to, żeby je prezentować jako niby Tradycję. Dobrze, że pytający szuka prawdy. 

Sprawa jest właściwie prosta. Liturgią Kościoła jest to, co jest zawarte w oficjalnych tradycyjnych księgach liturgicznych. Nie są liturgią zwyczaje, także te opisywane np. przez abpa Nowowiejskiego czy innych mniej czy bardziej uczciwych autorów. Zwyczaje nie mające oparcia w księgach liturgicznych są najwyżej folklorem, a nierzadko są po prostu nadużyciem mniej czy bardziej zakorzenionym w praktyce ignorantów i wypaczeńców umysłowo-estetycznych. 

Podane przykłady są dość proste. Unoszenie figury Zmartwychwstałego nie jest elementem liturgii i tym samym nie ma prawa być stosowane podczas liturgii, ani nawet podczas paraliturgii. Może mieć miejsce najwyżej podczas pouczenia. Natomiast gaszenie paschału po Ewangelii w święto Wniebowstąpienia Pańskiego jest podane w mszale i powinno być stosowane. 

Folklor jest o tyle dopuszczalny o ile

- jest odróżniany od liturgii, tzn. nie wchodzi w jej miejsce,

- nie jest sprzeczny z liturgią, tzn. nie wyraża treści teologicznie chociażby wątpliwych, tym bardziej przeciwnych wierze katolickiej, 

- nie razi zdrowego wyczucia estetyki i rozumności. 

Generalnie im mniej folkloru w przestrzeni kościelnej, tym lepiej. Folklor rodzi się z potrzeby uproszczenia bądź wypaczenia liturgii i jej treści. Motywacja do uproszczenia może być dobra, gdy chodzi o przybliżenie treści teologicznych prostemu ludowi. Jest tutaj jednak zawarta pogarda dla prostego ludu bądź przynajmniej niedocenienie jego zdolności poznawczych i estetycznych. Folklor rodzi się zwykle oddolnie, jako sposób wyrazu treści, które nie zawsze zostały odpowiednio pojęte i zrozumiane. Ze swej natury powinien więc zbliżać do liturgii, a nie od niej oddalać, tym bardziej nie mam prawa jej zastępować. 


O robieniu z krzyża wieszaka na stułę - raz jeszcze

 



Autor tej debilnej stronki na pejsbuku ma problem z elementarną logiką. Gdyby znał (bądź znając wziął pod uwagę) text modlitwy poświęcenia wody, to by wiedział, że nie ma w niej nic sprzecznego z używaniem jej do poświęcenia pokarmów. W przeciwieństwie do modlitw poświęcenia paramentów, gdzie jest podany taki cel, który jest sprzeczny z używaniem ich do wieszania na krzyżu (więcej tutaj). 
To jest
1. ignorancja
2. brak logiki
3. bezczelność ze znamionami profanacji.

Także w kwestii fotki z kard. Ratzinger'em ta osoba fundamentalnie się myli (bądź kłamie), gdyż

1. to nie ja lansowałem tę fotkę, lecz redakcja "Christianitas", za którą wówczas odpowiadał Paweł Milcarek,

2. za celebracje papieskie odpowiada ceremoniarz i Benedykt XVI zasadniczo nie ingerował w ich przygotowanie, a ceremoniarzem był wtedy - odziedziczony po JPII - stary Piero Marini, ten pupil Bugnini'ego z jego bandy modernistyczno-gejowskiej,

3. Benedykt XVI nie było liturgistą, lecz dogmatykiem z sercem dla liturgii. To jest różnica.

O wieszaniu stuły na krzyżu - raz jeszcze


Widać, że temat żyje, a wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego czują widocznie zagrożenie, skoro powtarzają swoje durne kłamstwa. 

Powyższy wpisek z pejsbuka jest o tyle ciekawy, że nawet nie próbuje wysilić się na jakiś dowód, lecz domaga się od ludzi wierzenia bezwarunkowego w swoje kłamstwa. 

Po pierwsze, "ordinale płockie" nie istnieje, gdyż takowa księga - według oficjalnej wersji - zaginęła podczas II wojny światowej. Istnieje jedynie opowieść o nim oraz o tym, iż rzekomo zawierał coś takiego. Autorem tejże opowieści jest modernista z bandy charystów, x. Józef Michalak z Płocka (więcej tutaj). 

Po drugie, wszystkie średniowieczne obrzędy zostały zakazane przez św. Piusa V w bulli "Quo primum" z 1570 r., o ile nie można było wykazać ich trwania przynajmniej przez 200 lat. Wieszanie stuły na krzyżu widocznie nie spełniało tego kryterium, skoro zostało zaprzestane. 

Po trzecie, czym innym jest wieszanie stuły (czy ornatu) na krzyżu, a czym innym przykrywanie krzyża ornatem po złożeniu go do grobu po liturgii Wielkiego Piątku. Tym bardziej obnoszenie krzyża z zawieszoną stułą przez okres paschalny. 

Jak widać, wyznawcy novusizmu wyszyńsko-wojtyliańskiego potrafią jedynie oszukiwać i poszczekiwać, licząc na naiwność odbiorców. To wróży ich koniec. I to może nawet dość rychły. 


Obecność Jezusa Chrystusa (z post scriptum)


Argument jest oczywiście fałszywy, aczkolwiek znaczący. 

Należy zacząć od jego korzeni. W konstytucji o liturgii "Sacrosanctum Concilium" nr 7 jest mowa o obecności Chrystusa w liturgii: 


Wymienia się więc obecność
- w osobie celebransa
- "maxime" czyli "najbardziej" w postaciach eucharystycznych
- w czynnościach sakramentalnych
- w słowie czyli czytaniu Pisma św.
- w modlitwie Kościoła czyli w zgromadzeniu modlitewnym. 

Te słowa nie są fałszywe, jednak problem polega na tym, że są pomieszane i nieprecyzyjne teologicznie. Mimo tego nie jest powiedziane, że Pan Bóg jest obecny w "Ludzie Bożym", lecz jedynie wtedy, gdy Kościół się modli. 

Sprawę nieco sprecyzował Jan Paweł II w swoim liście apostolskim na 25-lecie tejże konstytucji, gdzie napisał (źródło tutaj):


Oficjalne tłumaczenie na polski brzmi (źródło): 

7. Dla urzeczywistnienia swojej Tajemnicy paschalnej Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, przede wszystkim w czynnościach liturgicznych. Dlatego Liturgia stanowi uprzywilejowane „miejsce” spotkania chrześcijan z Bogiem i z Tym, którego On posłał, Jezusem Chrystusem (por. J 17,3).

Chrystus jest obecny w Kościele gromadzącym się w Jego imię na modlitwie. I właśnie ten fakt sprawia, że chrześcijańskie zgromadzenie jest czymś, co stawia wymaganie braterskiego otwarcia się — posuniętego aż do przebaczenia (por. Mt 5,23-24) — i godnej postawy wyrażającej się w gestach i w śpiewach.

Chrystus jest obecny i działa w osobie odprawiającego kapłana,  który nie tylko jest powołany do tej funkcji, lecz przez fakt otrzymanych święceń kapłańskich został posłany, aby działać „in persona Christi”. Tej godności powinna odpowiadać postawa wewnętrzna i zewnętrzna uwidoczniona także w szatach liturgicznych, w miejscu, które zajmuje i w słowach, które wypowiada.

Chrystus jest obecny w swoim Słowie, głoszonym w zgromadzeniu; ono to, wyjaśniane w homilii, powinno być słuchane z wiarą i przyswojone na modlitwie. To wszystko powinno objawiać się w godnym wyglądzie księgi i miejsca głoszenia Słowa Bożego, w postawie lektora, w jego świadomości, że jest rzecznikiem Boga wobec braci. 

Chrystus jest obecny i działa mocą Ducha świętego w sakramentach, a w sposób szczególny i wzniosły (sublimiori modo) w Ofierze Mszy świętej pod postaciami eucharystycznymi,  także wtedy, gdy są one przechowywane w tabernakulum dla Komunii świętej, przede wszystkim chorych, oraz dla adoracji przez wiernych.  Pasterze mają obowiązek częstego przypominania w swych katechezach nauki wiary o tej rzeczywistej i tajemniczej obecności, którą wierni powinni żyć i którą teologowie winni zgłębiać. Wiara w obecność Pana zakłada pewne zewnętrzne oznaki szacunku dla kościoła, miejsca świętego, w którym Bóg objawia się w swojej tajemnicy (por. Wj 3,5), przede wszystkim podczas sprawowania sakramentów: rzeczy święte powinny być zawsze traktowane jako święte.

Kluczowe są słowa podkreślone na czerwono. Prawidłowe tłumaczenie brzmi: w sposób jedyny i wznioślejszy, czyli w sposób wyróżniający się od innych wymienionych sposobów obecności. To jest oczywiście coś zupełnie innego niż sposób szczególny i wzniosły, gdy każdy sposób jest szczególny i każdy sposób jest wzniosły. 

Niestety brakuje tutaj sprecyzowania teologicznego, na czym ta wyjątkowość i wyższość polega, a to jest istotne. 

Tradycyjnie w teologii katolickiej odróżnia się między obecnością istotową (substancjalną) a obecnością duchową. Ta pierwsza dotyczy wyłącznie postaci eucharystycznych po Przeistoczeniu i jest jasno określona w nauce Kościoła w dogmacie wiary o Transsubstancjacji. Drugi rodzaj obecności Chrystusa jest istotnie różny, to znaczy nie tylko co do stopnia. Otóż obecność duchowa nie polega na przemianie przedmiotu, materii czy człowieka, lecz na działaniu poprzez posługiwanie się przez Chrystusa. Innymi słowy: to jest obecność w narzędziowym posługiwaniu się, nie w przemianie istoty. 

Natomiast w Novus Ordo widać dość wyraźnie tendencję do zrównania obecności substancjalnej i duchowej, czy raczej do zamazania tej pierwszej przez sprowadzenie jednej do drugiej, czyli w rezultacie do zatarcia różnicy. Dobitnym przykładem jest pomijanie i rugowanie przyklękania przed Najświętszym Sakramentem (czyli przed tabernakulum) przynajmniej podczas liturgii Novus Ordo (skłony do novusowego "ołtarza", wypinając pośladki do tabernakulum). To nie ma wprawdzie - dokładnie biorąc - podstaw w przytoczonych powyżej dokumentach (ani w żadnych innych), idzie jednak według w gruncie rzeczy heretyckiej tendencji zaciemniania i faktycznego negowania jedynej istotowej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. 

Dopuścił się tego zresztą nowy metropolita łódzki w swoim pierwszym kazaniu, mianowicie już na ingresie, wzywając do szukania Chrystusa - bez żadnej różnicy - w ołtarzu novusowym, a ludziach, w słowie i w postaciach eucharystycznych: 




To jest właściwie negacja wyjątkowej, jedynej w swoim rodzaju - jako że istotowej - obecności Chrystusa w postaciach eucharystycznych czyli herezja. Zabieg jest sprytny, gdyż Krajewski nie neguje wprost, jednak rezultat jest oczywisty, mianowicie zrównanie obecności Ciała i Krwi do obecności jedynie duchowej. To jest nic innego jak herezja protestancka, aczkolwiek perfidnie przemycona. 



Post scriptum

Pojawił się w internetach text odnośnego dekretu:



Przede wszystkim jest tutaj zafałszowanie słów Pisma św., błąd teologiczny i herezja, mianowicie w słowach, jakoby Komunia św. była niebiańską Ucztą Baranka, o której mówi Księga Apokalipsy 19,7. Wystarczy uważnie czytać tę księgę, by wiedzieć, że po pierwsze nie jest mowa o uczcie, lecz o godach Baranka, a po drugie, że jest to wizja eschatologiczna, nie sakramentologiczna (czyli odnosząca się do sakramentu Eucharystii). Autor nawiązuje tutaj do słów, które zostały dodane do obrzędu Komunii w Novus Ordo: podczas gdy tradycyjna liturgia zawiera jedynie słowa "Ecce Agnus Dei, ecce qui tollit peccata mundi", to moderniści dodali "beati qui ad coenam Agni vocati sunt" (a w obecnie używanym mszale polskim słowa "coena Agni" zafałszowano na "Jego ucztę"). Innymi słowy: te zmiany zmierzają do protestanckiego ujmowania Eucharystii jako uczty, co jest oczywiście herezją. Nie dziwi, że skrajny modernista ze stajni Bugnini'ego i Marini'ego od tego zaczyna swoje rządy w diecezji. 

Równocześnie, jak widać, nie nakazuje, lecz jedynie "prosi". A jest to wybitna obłuda. 

Po pierwsze, pismo jest skierowane do wszystkich wiernych. Tym samym daje diecezjanom narzędzie, by domagać się od celebransa Komunii pod obydwiema postaciami. W razie gdyby celebrans nie chciał czy nie mógł tego uczynić, to każdy może poskarżyć się do centrali. Tym samym mówienie, że włodarz diecezji jedynie "prosi" jest skrajnie perfidne. 

Ma to poważne konsekwencje praktyczne. Skąd na zwykłej parafii kapłan ma nagle wziąć odpowiednie naczynie liturgiczne? Tak więc prawie we wszystkich parafiach kapłani zostali de facto zmuszeni do korzystania z usług tzw. nadzwyczajnych szafarzy, czy to ustanowiony oficjalnie, czy ad hoc, czyli natychmiastowo bez jakiekolwiek przygotowania. To zapewne zostało tak właśnie zaplanowane, czyli jako dalsze oswajanie wiernych z brakiem szacunku do Najświętszego Sakramentu i to narzuconego przez włodarza diecezji, który jest - nota bene - z wykształcenia liturgistą. 

A warto zwrócić uwagę, komu zawdzięcza swoją karierę. O niej mówi jego były biskup i poprzednik:


Zwróćmy uwagę: ceremoniarzowi Piero Marini'emo spodobał się wówczas młody alumn seminarium i to on planuje jego karierę, nie jego biskup. Biskupowi oczywiście nie wypada odmówić. A kim jest Piero Marini? Otóż podobnie jak Krajewski stał się jego pupilem, tak Marini był pupilem twórcy Novus Ordo, słynnego Annibale Bugnini, który za przynależność do masonerii został zesłany jako nuncjusz do Teheranu, mimo że nie miał żadnego przygotowania dyplomatycznego. Takie to są powiązania... 

Czy wieszanie stuły na krzyżu jest zgodne z zasadami Kościoła? (z uzupełnieniem)


W związku ze zbliżającymi się świętami wielkanocnymi nasuwa się temat zwyczaju specyficznie i wyłącznie polskiego, mianowicie umieszczania w okresie wielkanocnym na krzyżu czerwonej stuły.

Przykład na powyższym obrazku jest typowo absurdalny: to jest miniatura normalnej stuły i to wraz z białym kołnierzykiem, który przy szyi kapłana ma zabezpieczać stułę przed zabrudzeniem przez pot przy szyi. Tym samym jest sugestia, jakoby drzewo krzyża wydzielało pot brudzący stułę...

Niejasne są początki i pochodzenie tego zwyczaju. Rozpowszechnił się w okresie między I i II wojną światową, a to wyłącznie w Polsce. Wygląda na to, że został wprowadzony odgórnie, nie będąc znany i praktykowany powszechnie.

Tak np. rytuał diecezji chełmińskiej z 1894 r. nie zna jeszcze tego zwyczaju:



 
O krzyżu z nałożoną stułą nie mówi także ani oryginalny Rytuał Rzymski ani żadne jego wydanie diecezjalne czy krajowe.

Dopiero w wydanym w 1927 r. w Katowicach "Rytuale dla Kościołów Polski" jest mowa o krzyżu procesyjnym ze zwisającą stułą koloru czerwonego:





Imprimatur - datowane dziwnym sposobem na 1928 czyli rok po wydaniu - udzielił i zapewne decydujący wpływ na treść tego Rytuału miał ówczesny biskup katowicki Arkadiusz Lisiecki.




Dziwne, że ani wydawcą ani odpowiedzialnym za treść tego wydania nie jest Prymas Polski.
Dziwny jest także tytuł mówiący, że ten rytuał jest "przystosowany dla Kościołów Polski" (Ecclesiis Poloniae adaptatum). Jest bardzo mało prawdopodobne, właściwie wykluczone, by wówczas Stolica Apostolska dopuściła nazywanie diecezyj "Kościołami", gdyż jest to sprzeczne z eklezjologią katolicką. 

Nota bene, jako że pojawia się wskazanie na Kodex Prawa Kanonicznego z 1983 r., gdzie zawarte jest określenie "Ecclesiae particulares": to jest nowość, która nie ma pokrycia w tradycyjnej teologii i terminologii katolickiej. Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. nie używa tego określenia. Przymiotnik "particularis" używany jest wyłącznie dla praw, zwyczajów, synodów itp., co każdy może sprawdzić tutaj, nigdy w połączeniu z rzeczownikiem "Ecclesia". 




X. Lisiecki, w młodości związany z ruchem narodowym, przeszedł następnie na poglądy lewicowe i związki z piłsudczykami. Prawdopodobnie należał do tajnej paramasońskiej organizacji tzw. charystów, skupiającej księży spiskujących na rzecz "postępowych" przemian w Kościele, związanych z zakładem w Laskach pod Warszawą (więcej tutaj i tutaj i tutaj i tutaj i tutaj). Wskazuje na to typowy dla tego grona masoński znak rozpiętych guzików w sutannie. W rozjaśnieniu obrazu widać wyraźnie rozpięte guziki sutanny, co nie może być przypadkowe lecz jest raczej zamierzonym znakiem rozpoznawczym, gdyż fotografia jest pozowana:





Tutaj nieco więcej.
O innym przypadku charysty - x. F. Blachnickim - była mowa tutaj.

Jego zawołanie biskupie brzmi akurat bardzo "nowocześnie" bo ekumaniacko: "aby byli jedno".



Należy pamiętać, że w przypadku ksiąg liturgicznych głównym celem udzielenia imprimatur jest stwierdzenie i zapewnienie zgodności z wersją zatwierdzoną przez Stolicę Apostolską. W związku z tym nasuwają się pytania:
- Dlaczego rytuał przeznaczony do użytku w diecezjach polskich nie został wydany mocą autorytetu Prymasa Polski?
- Dlaczego imprimatur biskupa katowickiego jest datowane na rok po wydaniu rytuału?
- Jaki związek ma sprzeczne z eklezjologią katolicką nazywanie diecezyj "Kościołami" z ekumaniackim nastawieniem bpa Lisieckiego wyrażonym w jego herbie biskupim?

Przyozdabianie krzyża w okresie wielkanocnym, także na procesję Bożego Ciała, jest dawnym zwyczajem. Natomiast wykorzystywanie do tego celu stuły jest nowością i to praktykowaną jedynie w Polsce. Źródłem tej praktyki jest widocznie rytuał wydany przez "charystę" bpa Lisieckiego.

A jest to zwyczaj ewidentnie sprzeczny z zasadami Kościoła katolickiego. Stuła jest częścią ubioru liturgicznego kapłana. Jak w przypadku wszystkich przedmiotów poświęcanych, cel, znaczenie i przeznaczenie stuły jest jasno podane w modlitwach poświęcenia, konkretnie w Rituale Romanum:



Jest jasno powiedziane, że strój liturgiczny służy duchownym podczas sprawowania liturgii. Tym samym używanie go - w tym wypadku stuły - do innych celów, w tym wypadku jako ozdoby przedmiotu kultu, jest sprzeczne z poświęceniem i tym samym jest nadużyciem. Tego nie jest w stanie zmienić okoliczność, iż w najnowszym wydaniu mszału polskiego Novus Ordo przewidziane jest praktykowanie tego fałszywego zwyczaju.

Na fałszywość wskazuje również kolor stuły. W tradycyjnej liturgii rzymskiej w obrzędach Wielkiego Tygodnia nie występuje czerwony kolor liturgiczny. Pojawił się on dopiero w Novus Ordo. Oznacza on męczeństwo czyli przelanie Krwi, dlatego stosowany jest w formularzach o Krzyżu Świętym, o Męce Pańskiej, o Najdroższej Krwi oraz o męczennikach. Nie jest to kolor liturgiczny ani okresu Męki Pańskiej, ani okresu wielkanocnego.

Zgodne z zasadami liturgii Kościoła byłoby użycie np. czegoś w rodzaju wieńca z kwiatów czy welonu koloru białego czy złotego, odpowiednio do okresu liturgicznego.




Także w Polsce praktykowano ozdabianie krzyża wieńcem z kwiatów:




I jeszcze przykład z Polski, dokładniej z Krakowa, z procesji Bożego Ciała parafii pw. Bożego Ciała:


Stosuje się tak we wielu krajach i jest to zwyczaj bezsprzecznie katolicki. Wymaga on więcej starań i wysiłku, tym samym świadczy o staranności i pobożności, podczas gdy umieszczenie stuły jest rozwiązaniem nie tylko fałszywym liturgicznie, lecz także wygodnickim, świadczącym o bezmyślności i lenistwie. Mówiąc dosadniej: wieszanie stuły na krzyżu nie jest jego zdobieniem, lecz traktowaniem krzyża jako wieszaka dla stuły.

Na koniec ostatni przykład pochodzący ze Szwajcarii. Welon tutaj pozornie przypomina stułę. Jednak nie jest to stuła. Sposób umieszczenia wskazuje jednoznacznie, że jest to welon, mimo pewnego podobieństwa w jego wykonaniu. Zaś umieszczany jest nie w okresie wielkanocnym lecz na święto Podwyższenia Krzyża, stąd kolor czerwony, czyli zgodny z liturgią.




W Rzymie stosuje się tradycyjnie coś w rodzaju baldachimu, co również na znaczenie kultyczne czyli jest wyrazem uczczenia krzyża (tutaj fotki z procesji Bożego Ciała w parafii Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra Santa Trinitá):



Natomiast obrońcy praktyki stosowanej obecnie w Polsce powołują się na:
1. Ceremoniał parafialny autorstwa abpa Antoniego J. Nowowiejskiego oraz inne starsze podręczniki czy opisy zwyczajów związanych z liturgią,
2. kanony Kodexu Prawa Kanonicznego mówiące o prawie zwyczajowym,
3. zwyczaj strojenia statuy św. Piotra w papieskie insignia oraz trumny zmarłych duchownych w insignia stanu i stopnia święceń, także stułę, 
4. rzekomy opis procesji rezurekcyjnej w Caeremoniale monasticum,
5. rzekoma wzmianka o odziewaniu krzyża w czerwony ornat we Wielki Piątek, zawarta w manuskrypcie z XV w. zwanym "Ordynale płockim",
6. Bliżej nieokreślony "brewiarz z XV w." oraz także nieokreślony "brewiarz gnieźnieński", gdzie jest mowa o odziewaniu krzyża w ornat. 

ad 1.
Abp Nowowiejski pisze:

Chodzi więc jedynie o zwyczaj, bez jakichkolwiek podstaw w tradycyjnych księgach liturgicznych (aż do 1928 r., gdy pojawia się jako nowość). Tak samo jest we wszystkich innych cytowanych książkach. Autor nie podaje ani źródła ani uzasadnienia praktyki przewiązania krzyża stułą. Mówi, że jest to przewiązanie takie jak u kapłana. Tym samym potwierdza sprzeczność z przeznaczeniem stuły wyrażonym w obrzędzie poświęcenia: krzyż nie jest kapłanem a kapłan nie jest krzyżem. 
Ponadto jest problem tego rodzaju, że skrzyżowanie stuły oznacza prezbitera, podczas gdy biskupi - jako wyposażeni w pełnię władzy kapłańskiej - nie krzyżują stuły. Tak więc jest to albo degradacja do rangi prezbitera, albo brak wiedzy co do liturgicznego stosowania stuły. 
Trzeba zaznaczyć, że książka Nowowiejskiego nie jest ani naukowa, ani nawet podręcznikowa, gdyż nie powołuje się na księgi liturgiczne i dekrety władz kościelnych, lecz jest jedynie opisem znanych autorowi faktycznie stosowanych obrzędów. Tym samym powoływanie się na niego jako na autorytatywne czy wręcz normatywne źródło jest po prostu zafałszowaniem. 

ad 2. 
W nawiązaniu do słów abpa Nowowiejskiego niektórzy powołują się na moc prawną zwyczajów, o których mówią obydwa Kodexy Prawa Kanonicznego.

CIC z 1917 r. mówi:


Prawo kanoniczne uznaje więc, że niektóre zwyczaje mogą nabyć mocy prawnej, podaje jednak istotne ograniczające warunki:
- Zwyczaj nie może unieważnić prawa Bożego czy to naturalnego czy stanowionego.
- Zwyczaj nie ma rangi wyższej niż prawo kościelne.
- Gdy zwyczaj sprzeciwia się zakazowi prawa kościelnego, może nabyć mocy prawnej tylko wtedy, gdy jest rozumny, trwa przez przynajmniej 100 lat lub od niepamiętnych czasów. 
- Zwyczaj wyraźnie odrzucony przez prawo nie może być rozumny. 

CIC z 1983 r. dokonuje pewnych uproszczeń i ułatwień pod tym względem, jednak nie zmienia istotnych zasad mających znaczenie także w niniejszej sprawie:
Głównym warunkiem uprawomocnienia zwyczaju jest więc jego zgodność z prawem Bożym oraz rozumnością. Wprawdzie modlitwy poświęcenia szat liturgicznych w Rituale Romanum nie są same w sobie prawem Bożym w znaczeniu prawnym, jednak wprowadzenie praktyki sprzecznej z tym modlitwami z całą pewnością nie jest rozumne, gdyż sprzeciwia się zarówno naturalnemu przeznaczeniu szat jak też treści modlitw poświęcenia, które powinny być znane przynajmniej kapłanowi.

ad 3.
Jest istotna różnica między zawieszaniem stuły na krzyżu a umieszczaniem szat liturgicznych na figurach świętych czy trumnie zmarłego duchownego. Otóż przyodziewanie figur w szaty przysługujące osobie przedstawianej jest w porządku, gdyż jest realne: ta osoba w rzeczywistości nosiła czy mogłaby nosić daną szatę. Natomiast krzyż z całą pewnością ani nie nosił, ani nie mógł nosić żadnej szaty, gdyż jest krzyżem, nie osobą. 
Tak więc analogia miałaby tylko wtedy miejsce, gdyby chodziło o umieszczenie stuły na Ukrzyżowanym jako znak kapłańskiej godności. Są to różne obrazy co do odniesienia, tzn. krzyż nie jest Ukrzyżowanym i odwrotnie. 
Zaś słusznie nie umieszcza się stuły na Ukrzyżowanym, ponieważ kapłan nosi stułę prawidłowo na sukni duchownej oraz komży względnie albie, a nigdy na nagim ciele. Suknia wyraża stan duchowny, alba i komża godność dziecka Bożego obmytego we Chrzcie św. oraz czystość obyczajów, stuła oznacza stopień święceń tzn. kapłaństwo. Oderwanie znaku kapłaństwa od innych elementów stroju liturgicznego nie tylko zaciemnia jego wymowę teologiczną i duchową, lecz wyraża i powoduje brak szacunku, podobnie jak nałożenie stuły na kapłana bez sutanny i komży (poza sytuacją konieczności więc nie uroczystą). 
W skrócie: szaty umieszczone na figurze danej osoby czy na jej trumnie odnoszą się do osoby, która je rzeczywiście nosiła czy mogłaby nosić (przynajmniej potencjalnie), i tym samym spełnione jest przeznaczenie tych szat określone w obrzędzie poświęcenia. Tego brak w przypadku wieszania stuły na krzyżu. 

ad 4. 
Wskazanie na to źródło ma pochodzić od wpływowego liturgisty z Tyńca, o. Franciszka Małaczyńskiego (por. tutaj), z jego książki pt. Misterium paschalne w Polsce. Nie mam obecnie możliwości zapoznania się z tą książką. W wydaniach Caeremoniale monasticum poza Polską nie ma nawet wzmianki o procesji rezurekcyjnej, ani o przyozdabianiu krzyża, jak np. w ceremoniale benedyktyńskim z Hiszpanii (źródło tutaj):



Zresztą wiarygodność o. Małaczyńskiego jest bardzo wątpliwa z powodu jego skrajnie modernistycznych, heretyckich poglądów oraz żarliwego zaangażowania w destrukcję liturgii zarówno już PRZED Vaticanum II (źródło tutaj) jak też po nim (źródło tutaj). 

Natomiast w wydaniu Ceremoniale monasticum dla Królestwa Polski (dostępne tutaj) czytamy odnośnie procesji rezurekcyjnej w poranek dnia paschalnego, że krzyż procesyjny jest "przepasany stułą":


Należy zwrócić uwagę na cztery zasadnicze sprawy:
- pojęcie "stola" jest pierwotnie szerokie i nie oznacza wyłącznie stuły kapłańskiej, lecz każdą ozdobną szatę wierzchnią
- nie ma mowy o tym, że owa "stola" ma być kapłańska i w kolorze czerwonym, który w liturgii tradycyjnej wcale nie występuje jako kolor liturgiczny ani podczas Wielkiego Tygodnia, ani w okresie paschalnym
- brak podania koloru owej "stola" świadczy o tym, że nie jest to stuła w znaczeniu elementu stroju liturgicznego (czyli kapłańska), lecz rodzaj szaty ozdobnej w szerokim znaczeniu
- jest mowa o przepasaniu krzyża (Crux praecincta) ową stułą, nie o powieszeniu stuły na krzyżu, co jest istotne zarówno znaczeniowo jak też estetycznie. 

To nie są drugorzędne szczegóły, lecz istotne elementy owego zwyczaju. To "przepasanie stułą" odpowiada zwyczajowi zdobienia krzyża znanemu w całym Kościele i tak powinno być interpretowane oraz stosowane. Nie chodzi o żadną godność kapłańską krzyża, gdyż byłby to absurd. Jest jasno powiedziane, że przepasany ma być krzyż, nie postać Ukrzyżowanego. Gdyby zaś chodziło o godność kapłańską Jezusa Chrystusa, to stuła powinna zdobić albo Ukrzyżowanego, albo figurę Zmartwychwstałego, o której jest także mowa w obrzędzie. Tak więc jasne jest, że chodzi o przyozdobienie krzyża jako znaku zwycięstwa nad śmiercią i szatanem, nie o znak kapłański. Dlatego użycie stuły kapłańskiej - pochodzącej ze stroju liturgicznego - jest niewłaściwe i fałszywe, zwłaszcza w kolorze czerwonym. Widocznie jest mowa tutaj o swoistej "stule" w sensie szerszym, czyli w rodzaju szaty ozdobnej dla krzyża, nadającej się do jego przepasania, nie do powieszenia na nim. 

Tym samym także polskie Caeremoniale monasticum nie może być podstawą dla obecnego fałszywego zwyczaju wieszania czerwonej stuły kapłańskiej na krzyżu. 


ad 5.
Na Ordynał płocki powołuje się x. Michalak, pisząc (źródło tutaj): 


Cytując te słowa przemilcza się, że ów rękopis zwany Ordinale zaginął podczas wojny, a jego treść jest znana wyłącznie z relacji x. Michalaka (źródło tutaj): 


Tak więc wartość źródłowa tej informacji jest właściwie żadna, gdyż wzmianki jednej osoby odnośnie treści zaginionego źródła nie można traktować jako wystarczającej. 

ad 6. 
Jedynym źródłem jest wspomniany już wyżej x. Michalak. Nie podaje on żadnych danych odnośnie owych rzekomych brewiarzy (rok i miejsce wydania, zatwierdzenia itp.), tak więc wartość źródłowa jest właściwie żadna, gdyż nie można jej sprawdzić. 
Ponadto należy mieć na uwadze, że owe źródła - nawet jeśli rzeczywiście istnieją i są wiarygodne - dotyczą najwyżej lokalnych zwyczajów, które nie należą do samej liturgii we właściwym znaczeniu tego słowa. Takie zwyczaje nie mają żadnej rangi autorytatywnej czy normatywnej, gdyż nie posiadają zatwierdzenia przez Stolicę Apostolską. Innymi słowy: lokalne dziwactwa nigdy nie były i nie mogą być uznane w Kościele za pewne pod względem doktrynalnym i prawnym, tym samym za obowiązujące. 


Podsumowując:

1° Umieszczanie stuły na krzyżu jest najwyżej zwyczajem wprowadzonym w niektórych regionach Polski. Nie wiadomo, kiedy i przez kogo wprowadzonym. Sprzeczne są opisy tego zwyczaju: jedne mówią o przepasaniu krzyża czyli skrzyżowaniu na wzór szaty prezbitera, inne mówią o stule zawieszonej jak u biskupów (bez skrzyżowania ramion stuły).

2° Po raz pierwszy w księdze liturgicznej pojawił się ten zwyczaj w rytuale o dziwnym pochodzeniu i dziwnych znamionach z 1927 r. Z powodu jego dziwności wskazanej powyżej można mieć wątpliwości, czy w tej postaci został zatwierdzony przez Stolicę Apostolską, co jest konieczne dla wartości jako oficjalnej księgi liturgicznej Kościoła. 

3° Zwyczaj umieszczenia stuły na krzyżu nie ma żadnego odpowiednika ani w zwyczajach, ani w przepisach liturgicznych Kościoła powszechnego. Tym samym nie ma żadnych podstaw do umieszczania stuły jako elementu stroju liturgicznego na przedmiocie kultu liturgicznego jakim jest krzyż.

4° Przeciw temu zwyczajowi przemawiają także racje teologiczne, mianowicie
- sprzeczność z modlitwami poświęcenia szat liturgicznych określającymi ich użycie, oraz
- sprzeczność z właściwym użyciem stuły jako szaty wierzchniej, czyli na sutannie i albie względnie komży.