Czy należy całować xiędza w rękę?

 


Nie ma przepisu kościelnego w kwestii całowania dłoni kapłana przez wiernych. Jest tylko zwyczaj, który nie jest obowiązkowy. Praktycznie zaniknął on w ostatnich dziesięcioleciach. Są próby jego reaktywowania w kręgach "tradycyjnych". 

O ile mi wiadomo, nigdy nie było odpustu przepisanego za ucałowanie xiędza w rękę. Tradycyjny wykaz odpustów wydany przez Stolicę Apostolską (Enchiridion indulgentiarum z 1952 r. ) zawiera jedynie odpust cząstkowy za nabożne ucałowanie

- pierścienia papieża (300 dni), kardynałów (100 dni), patriarchów, arcybiskupów, biskupów oraz prefektów apostolskich (50 dni), 

- dłoni neoprezbitera w dzień jego święceń oraz pierwszej Mszy św. (100 dni).





Prawdopodobnie na podstawie tych odpustów rozwinął się nabożny zwyczaj, który jednak raczej nigdy nie był powszechny. 

Jego podłożem jest zapewne także przewidziane w liturgii tradycyjnej ucałowanie ręki celebransa przez asystę (diakona, subdiakona) względnie ceremoniarza. 

Za nabożne służenie do Mszy św. jest także udzielony odpust cząstkowy i to wysokiego stopnia, gdyż aż 3 lat:


Warto to mieć na uwadze, gdyż dla wiernego katolika powinno to być motywujące. 

Wskazane tutaj odpusty nie są już podane w nowym wykazie odpustów z 1999 roku (por. tutaj), nie zostały jednak formalnie odwołane. Osobiście uważam, że nie mogły zostać odwołane, ponieważ nie ma ku temu powodów ani teologicznych, ani rozumowych. Tym samym można uważać je za istniejące, choć nie są podane w nowym wykazie. 

Dlaczego uniżenie nie jest wyniszczeniem?

 


X. Szymon Bańka, z którego wypowiedzią już raz polemizowałem (por. tutaj), zechciał poświęcić niemal całe swoje wystąpienie (dostępne tutaj) nie tyle mojej krytyce dwóch zwrotek pewnej kolędy (tutaj),  co raczej mojej osobie. Okazję stanowi pytanie anonimowego widza o osąd odnośnie mojej osoby i działalności: 

Tak więc po wstępnym łaskawym orzeczeniu, że jestem "dobrym teologiem", x. Bańka odnosi się do jedynego z ponad 600 wpisów niniejszego bloga. Dlaczego akurat do tego? Staje się to jasne w następujących pouczeniach, do których zmierza wypowiedź na mój temat:


Również solennym pouczeniem kończy się następny fragment:


A oto punkt kulminacyjny i widocznie właściwe przesłanie owego wystąpienia:


Skoro to jest główna treść, to najpierw do niej się odniosę. 

Otóż chyba nietrudno zauważyć, iż krótka prezentacja w nagłówku niniejszego bloga nie jest chwaleniem się, lecz zwięzłym wskazaniem na formalną kompetencję teologiczną. Uczyniłem to po wielu złośliwych przytykach kwestionujących ją. Podałem jedynie istotne suche fakty, których ocena jest pozostawiona życzliwości P. T. Czytelników. Akurat x. Bańka interpretuje je jako "chwalenie się". Nie wiem, na jakiej podstawie. Czyżby uważał, iż podane fakty powinny być raczej powodem do wstydu? Że powinienem je ukrywać? Otóż uważam, iż nie powinienem ich ukrywać, nawet jeśli byłyby haniebne (a nie są), a to choćby z tego powodu, że są łatwo dostępne i każdy może je sprawdzić. Osobiście wyznaję zasadę, iż nie należy ukrywać faktów, nawet jeśli nie są powodem do chluby, oczywiście o ile nie są same w sobie powodem zgorszenia. W tym wypadku nie dostrzegam nic gorszącego. 

Wyjaśniam: byłem egzaminowany i oceniany nie na podstawie katarynkowego reprodukowania czyichś prywatnych poglądów, lecz z wiedzy i umiejętności myślenia teologicznego, wykazanego w pracy doktorskiej i na egzaminie komisyjnym z trzech głównych dziedzin teologii katolickiej. Książek ówczesnego x. prof. Müller‘a nie znałem i także potem nie zajmowałem się nimi bliżej, gdyż po pierwsze nie było to ode mnie wymagane, a po drugie uważałem, iż są ważniejsze podręczniki i źródła teologii katolickiej. Nikt mi nie robił wyrzutów z tego powodu, co świadczy o kompetencji teologicznej i moralnej grona egzaminującego. To również z całą pewnością nie jest powodem do wstydu i ukrywania. Jeśli profesor upatruje swoje zadanie w prowadzeniu do solidnej wiedzy teologicznej, a nie w indoktrynowaniu w swoich własnych poglądach (nie wiem, jakie doświadczenia i oczekiwania ma x. Bańka), to szczęściem jest mieć takiego profesora i jest to powód (niezasłużony, lecz dany przez Pana Boga) do chluby i wdzięczności, zwłaszcza iż jest to obecnie postawa niestety bardzo rzadka wśród profesorów. 

Konflikt Bractwa FSSPX z kard. Müller‘em w czasie gdy był biskupem diecezji ratyzbońskiej, na której terenie znajduje się seminarium FSSPX (Zaitzkofen), a także gdy był prefektem Kongregacji Nauki Wiary, nie jest dla mnie powodem ukrywania faktów. O ile wiem, chodziło o legalność święceń udzielanych w owym seminarium oraz uznawanie nauczania Vaticanum II przez FSSPX. Szczegółów konfliktu - zwłaszcza argumentów obydwu stron - nie znam, dlatego się nie wypowiadam (tutaj jest jedno z doniesień medialnych, świadczące o tym, że konflikt miał miejsce koło roku 2009, czyli sporo lat po moim doktoracie). Poniekąd zrozumiałe jest, iż u x. Bańki (i nie tylko) wzmianka o kard. Müller‘ze wywołuje alergiczno-emocjonalną reakcję (według wypowiedzi przełożonego FSSPX z 2018 r., bpa B. Fellay'a, kard. Müller chciał exkomuniki dla FSSPX). Jednak uczciwość wymaga, by się do tego przyznać, a nie zaczynać od - zresztą dość groteskowej - polemiki z moją krytyką ewidentnie heretyckich sformułowań w jednej z kolęd. 

Istotna jest następująca okoliczność: Czy x. Bańka jest w stanie wskazać na jakąkolwiek krytykę ze strony FSSPX pod adresem poglądów teologicznych obecnego kard. Müller‘a, opublikowaną zanim został prefektem KNW, czyli z czasu, gdy był profesorem w Monachium i potem biskupem Ratyzbony? O ile wiem, krytyka pojawiła się dopiero wtedy, gdy bp Müller ogłosił, że święcenia udzielane w Zaitzkofen są nielegalne. Czyż nie jest to znaczące? Czyż wobec takich okoliczności moralne jest wytykanie mi drogi edukacji teologicznej oraz braku krytyki poglądów promotora doktoratu?

Bezreflexyjnym tłem tego - dość dziwnego - zarzutu ad personam jest zapewne założenie, jakobym wybrał x. prof. Müller‘a na promotora z powodu czy przynajmniej mimo poglądów, które x. Bańka nazywa heretyckimi. To założenie jest oczywiście fałszywe i bezpodstawne. Zresztą x. Bańka nawet nie próbuje go uzasadnić ani go nawet go nie formułuje, co także świadczy o poziomie intelektualnym zarzutu i wystąpienia. Właściwie nie powinienem się tłumaczyć przed kimś takim jak x. Bańka, jednak dla P. T. Czytelników nadmienię, jakie są fakty. Otóż na x. prof. Müller‘a trafiłem pośrednio, zupełnie nie znając ani jego ani jego publikacyj. Polecił mi go x. prof. Peter Bruns, profesor patrologii w Bamberg, który najpierw zapoznał się z moją gotową pracą doktorską. Zaopiniował ją pozytywnie, jednak stwierdziwszy, że temat jest ujęty bardziej systematycznie niż historycznie i że dlatego powinien ją ocenić dogmatyk, polecił mi zwrócić się do x. prof. G. L. Müller‘a w Monachium. Ten ostatni od razu i bez zastrzeżeń przyjął pracę, napisaną całkowicie bez jego udziału. Musiałem tylko jeszcze zaliczyć kilka seminariów oraz kurs hebrajskiego (co nie było wymagane we Wiedniu). 

Przejdźmy do sprawy kolędy.

Rzeczywiście w odnośnym wpisie zabrakło szerszej argumentacji teologicznej. Wynikało to po pierwsze z pośpiechu, a po drugie z tego, że uważałem sprawę za oczywistą. Słusznie x. Bańka wskazał na List do Filipian, rozdział 2. Jednak jego argumentacja jest chybiona. 

Zacznijmy od samego textu. X. Bańka zadowala się tłumaczeniami, podczas gdy teolog ma obowiązek opierać się na texcie oryginalnym, gdyż tylko on jest natchniony, zaś tłumaczenia mogą być tylko mniej czy bardziej pomocne. Tego rozróżnienia zupełnie brak w wypowiedzi x. Bańki i nie sprawia on wrażenia, jakoby przejmował się oryginałem. To raz. Po drugie, także zacytowane przez niego tłumaczenia wcale nie popierają jego tezy, jakoby słowa św. Pawła usprawiedliwiały słowa kolędy o "wyniszczeniu" Bóstwa. 

Kluczowe jest wyrażenie "heauton ekenosen", zwykle znane obecnie w tłumaczeniu "ogołocił siebie". Na tym słowie zresztą - w formie rzeczownikowej "kenosis" - protestanci oparli swoją "teologię kenotyczną", która zmierza przynajmniej do pomniejszenia boskiej godności Jezusa Chrystusa (więcej tutaj).

W oryginale fragment brzmi:

Wulgata podaje:


Tłumaczenie x. Wujka mówi nietrafnie o "wyniszczeniu" (źródło tutaj), co z całą pewnością nie oddaje łacińskiego "exinanivit":

Akurat w tym słowie najtrafniejsza jest Biblia Tysiąclecia:


Poprawne, dokładne robocze tłumaczenie tych trzech wersetów brzmi: 

On, istniejąc w postaci Boga, nie uważał za rabunek bycie równym Bogu, 
ale  (jednak) opustoszył siebie, przybierając postać sługi, stawszy się w podobieństwie ludzi,
i, w kształcie uznany jako człowiek, uniżył siebie, stawszy się posłusznym (aż) do śmierci, a to śmierci krzyżowej. 

Wyjaśniam treść: 
Pan Jezus wiedział, że Jego bycie na równi z Bogiem nie jest "rabunkiem" czyli świętokradztwem i uzurpacją, lecz stanowi Jego naturę i godność, a mimo tego pozbawił się (ekenosen) "kształtu", czyli widzialnej formy godności boskiej przez przybranie postaci cierpiącego sługi, czyli zapowiadanego przez proroków Mesjasza. Słowo "ekenosen" oznacza dosłownie "opróżnienie", a tutaj pozbycie się kształtu - czyli wyglądu - wskazującego na godność boską. Innymi słowy: w ludzkim wyglądzie i życiu Jezusa Chrystusa nie było widać godności boskiej, lecz człowieczeństwo. 

Tym samym: nie ma tutaj choćby cienia mowy o wyniszczeniu Bóstwa w Jezusie Chrystusie. Jest jedynie mowa o porzuceniu "kształtu" Boga przez przyjęcie "kształtu" ludzkiego. To nie ma nic wspólnego z wyniszczeniem ani Bóstwa, ani nawet kształtu Bóstwa, lecz dotyczy jedynie "opróżnienia" (ekenosen) siebie z tego kształtu - nie z samego Bóstwa czyli z boskiej natury - na rzecz kształtu ludzkiego. 

Tak więc zrównanie słów św. Pawła ze słowami kolędy pod względem zarówno treściowym jak też jakości teologicznej jest aż tak chybione, że nasuwa się pytanie, czy x. Bańka umie czytać i rozumieć proste texty. Nie chodzi tutaj o interpretację, lecz o brzmienie i bezpośrednią treść. Mówiąc najkrócej: ani "ogołocenie", ani uniżenie nie ma nic wspólnego z wyniszczeniem, ani na poziomie pojedynczych słów, ani całego zdania czy wersetów.  

Tak właśnie myśli cała teologia katolicka. Oto przykład - z klasycznej, tradycyjnej encyklopedii katolickiej (tutaj):


Podobnie rzecz się ma ze sprawą aniołów. X. Bańka mówi o zamieszkaniu w chwale nieba. Problem w tym, że - po pierwsze - to zamieszkanie dotyczy wyłącznie świętych i to dopiero po śmierci. Po drugie, zbawienie wieczne nigdy nie oznacza zrównania stworzeń różnych co do natury. Owszem, można by tu próbować domyślać się, o jaką równość tutaj chodzi. Pewne jest jednak, jak już wskazałem w poprzednim wpisie odnośnie kolędy, że

- nie wszyscy aniołowie są w niebie, gdyż są też upadłe duchy, czyli zbuntowani aniołowie z szatanem na czele, którzy są w piekle, 

- także w niebie zachowane są naturalne i istotne różnice między ludźmi a aniołami. 

Teologicznie poprawnie można więc mówić jedynie o wspólnocie z aniołami w niebie, także na ziemi w obcowaniu świętych, które dotyczy również aniołów. 

W końcu: Czy kolęda - jako utwór literacki - ma obowiązek precyzji czy przynajmniej poprawności teologicznej? Czy moje zastrzeżenia nie są czepialstwem, nadwrażliwością itp.?

W to drugie pytanie nie wchodzę. To jest rodzaj twierdzeń pseudopsychologicznych, które są ucieczką od meritum i rzeczowej argumentacji, zresztą dość bezczelną także w wykonaniu x. Bańki. Zejście na taką płaszczyznę miałoby jakąś rację bytu, gdyby x. Bańka wpierw konkretnie i rzetelnie odniósł się do moich argumentów, a tego niestety nie robi. Natomiast próbuje przysłonić argumenty maniakalnym powtarzaniem pseudopsychologicznej perswazji i to w tonie quasi nauczycielskim... Jeśli - jak wyznaje - nie rozumie, dlaczego się czepiam tych słów kolędy, to albo nie czytał mojej argumentacji, albo jej nie zrozumiał, albo nie chce zrozumieć, albo wszystko na raz. W takim stanie rzeczy wytykanie "nadwrażliwości" jest conajmniej dziwne (mówiąc bardzo oględnie) i z całą pewnością nie świadczy o rzetelności teologicznej, ani zwykłej intelektualnej, ani o dobrym wychowaniu i kulturze osobistej. 

Zaś odpowiedź na pierwsze pytanie jest jednoznaczna: także kolędy, tak jak wszystko, co dzieje się w przestrzeni kościelnej, muszą być zgodne z prawdami wiary katolickiej. Język poetycki bynajmniej nie wyklucza, lecz zakłada staranność i poprawność teologiczną. Rodzaj literacki nie może być usprawiedliwieniem dla przemycania fałszywych treści czy choćby zwykłego niechlujstwa. Zwłaszcza śpiewy stosowane zarówno w kościołach jak też poza nimi muszą być nieskazitelne pod względem prawd wiary, gdyż mają potężny wpływ na kształtowanie świadomości wiary. 

Wracając do owej kolędy: nie trudno zauważyć, iż przynajmniej jedna z tych zwrotek da się bardzo łatwo poprawić. Otóż zamiast "wyniszczasz" można umieścić "ukrywasz", co jest poprawne teologicznie, a równocześnie pasuje do rymu. Dlaczego więc autor wybrał ewidentnie heretyckie sformułowanie? Nie wiem. Z całą pewnością licentia poetica w tej sprawie nie może być usprawiedliwieniem. Warto by było prześledzić dzieje tego textu, aczkolwiek może to być niełatwe. Moim zadaniem jest natomiast piętnowanie błędów i herezyj. Czyż x. Bańka nie powinien tego rozumieć? Czyż nie jest tak, że styczność z kolędą ma o wiele więcej ludzi - katolików i niekatolików - niż z książkami kard. Müller‘a? 

Tutaj nasuwa się przypuszczenie, co jest powodem ataku x. Bańki na moją osobę. Otóż wydawnictwo związane z FSSPX wydało modlitewnik, który zawiera zarówno ów text kolędy jak też koronkę s. Faustyny. Oto zapowiedź jakiejś publikacji w tej sprawie, oraz deklaracja, że "Dzienniczek" czyli także koronka nie zawierają nic sprzecznego z wiarą katolicką:







Nie wiem, czy i kto ze strony FSSPX badał te texty teologicznie. Ciekaw jestem treści owego zapowiedzianego przez x. Bańkę opracowania w sprawie s. Faustyny. Prawdopodobnie okaże się ona mniej więcej tym samym, co wypowiedź x. Bańki: pomieszaniem spraw, niechlujstwem już nawet logicznym, a w sumie dość groteskową próbą usprawiedliwienia faktu, iż FSSPX - niby dbające o czystość wiary - rzuciło na rynek modlitewnik z grubymi herezjami. Tak więc zamiast przyznać się do zaniedbania (mówiąc oględnie) i podjąć korektę, woli się podważać moją wiarygodność. 

W tym miejscu czuję się w obowiązku jednak wyjaśnić przynajmniej na użytek P. T. Czytelników, nawet jeśli x. Bańka nie ma chęci zrozumienia. Otóż dane mi było napisać pracę magisterską o teologii Wcielenia zawartej w hymnach (kanonach) oficjum liturgii bizantyńskiej, dokładnie właśnie w textach na święto Zwiastowania Pańskiego i Boże Narodzenie. Analiza teologiczna tych textów wiele mnie nauczyła, choć była dość żmudna. To chyba wyjaśnia moją "nadwraźliwość". Zresztą także liturgie łacińskie zawierają głębokie i pięknie sformułowane treści, podobnie jak literatura patrystyczno-homiletyczna. Gdy się pozna arcydzieła poezji i retoryki teologicznej, to niechlujstwo i partactwo teologiczne może bardzo boleć. Gorzej jest, gdy się nie przywykło do zwykłej poprawności teologicznej, czy choćby do najprostszej logiki, gdzie uniżenie z całą pewnością nie jest tym samym, co wyniszczenie...

Solidnego studiowania źródeł teologii katolickiej życzę również x. Bańce. 

Czy abstynencja jest szkodliwa?


Wystąpienie, które pojawiło się w lutym 2020 r., wymaga sprostowania, gdyż zawiera poważne błędy teologiczne i rozumowe.

Po pierwsze, x. Bańka nie podaje jasnego i poprawnego teologicznie rozumienia nałogu.

Otóż nałóg jako wewnętrzny przymus do używania jakiejś substancji jest w katolickiej teologii moralnej rozpatrywany w dwóch zasadniczych aspektach:
1. pod względem osłabienia czy zaburzenia wolnej woli (liberum arbitrium), oraz
2. pod względem szkodliwości zdrowotnej.

Nałóg jako rodzaj wady (vitium), czyli przyzwyczajenia i łatwości w złym, jest przeciwieństwem cnoty (virtus), wespół z grzechem (peccatum) i złym usposobieniem (malitia):



(źródło tutaj)

Zasadniczo wszystkie stworzenia są przez Stwórcę dane człowiekowi do użytku, także tzw. używki, czyli substancje, bez których człowiek może żyć, a które służą tylko czy do polepszenia zdrowia i samopoczucia, czy dozwolonej przyjemności. Warunkiem ich moralnego używania są podane wyżej kryteria, czyli panowanie rozumu nad ich używaniem i tym samym rozumne stosowanie zgodnie z duchowym i cielesnym dobrem człowieka w wymiarze zarówno indywidualnym jak też społecznym. Dotyczy to zarówno alkoholu jak też tytoniu i innych narkotyków.

Tradycyjne podręczniki referujące nauczanie św. Tomasza mówią wprawdzie zwykle tylko o upajaniu się alkoholem oraz stosowaniu morfiny, co wynika z ówczesnych zagadnień, gdyż palenie tytoniu pojawiło się w Europie na znaczącą skalę dopiero wraz z odkryciem Ameryki. Jednak Kościół od początku zwalczał używanie tytoniu w każdej postaci, zarówno jako cygara jak też tabaki do wciągania. W 1575 wydano zakaz w Mexyku. W Rosji Piotra Wielkiego uważano palenie tytoniu przez duchownych za grzech śmiertelny i drastycznie karano okaleczeniem nosa i warg. W Europie zachodniej Kościół dopiero w 1725 r. zaniechał zakazu palenia tytoniu i wciągania tabaki. Warto zauważyć, że palenie cygara było typowe dla mieszczaństwa, podczas gdy arystokracja używała tytoń jako wciąganie tabaki. Dla proletariatu wynaleziono papierosy jako najgorszy i najtańszy produkt.

dane naukowe świadczące o tym, że palenie tytoniu sprzyja późniejszej konsumpcji narkotyków. Także spożywanie alkoholu w młodocianym wieku często prowadzi do używania tytoniu oraz narkotyków z kokainą włącznie (źródło).

Po drugie, x. Bańka popełnia zdanie, którego nie można w żaden sposób usprawiedliwić, twierdząc, jakoby wymaganie przyrzeczenia nieużywania alkoholu i tytoniu do 18ego roku życia przynosiło "więcej szkody niż pożytku" i wynikało "z purytanizmu". Są tutaj dwie kwestie:
- samo przyrzeczenie abstynencji oraz
- jego wymaganie przy okazji Pierwszej Komunii św.

X. Bańka atakuje wprawdzie bezpośrednio wymaganie, ale de facto atak uderza w samo przyrzeczenie. Jest oczywiste, że do osiągnięcia wieku dorosłego i samodzielności życiowej za życie i zdrowie dziecka, a także za jego wychowanie moralne i też religijne odpowiadają rodzice. Tym samym wymaganie przyrzeczenia dotyczy właściwie rodziców. Kościół w Polce mówi rodzicom: jeśli chcecie, żeby wasze dziecko przyjęło Pierwszą Komunię św., to musi ono złożyć przyrzeczenie abstynencji od alkoholu i tytoniu dopóki wy jesteście za nie odpowiedzialni. Rodzice oczywiście mogą odrzucić to wymaganie. Dziecku jest to w tym wieku zwykle obojętne. Rodzice zwykle akceptują i popierają ten wymóg, mając na względzie dobro dziecka, wiedząc, że chodzi o jego ochronę. To przyrzeczenie jest natomiast niewygodne dla przemysłu alkoholowego i tytoniowego, a także dla dorastającej młodzieży, która kieruje się bardziej chęcią doznań zmysłowych niż rozumem i umiarkowaniem. Dlatego nazwanie tej praktyki Kościoła w Polsce "bardzo dziwną" jest właśnie bardzo dziwne. 

Owszem sama reguła wymogu przyrzeczenia jest nowością i specyfiką Kościoła w Polsce. W innych krajach odpowiedzialność za wychowanie do używek spoczywa na rodzicach bez ingerencji i wsparcia Kościoła. Czy Kościół ma prawo dawać wskazówki rodzicom i stawiać wymagania? Oczywiście ma, nawet jeśli w innych krajach o innej kulturze i zwyczajach tego nie czyni.

Po trzecie, x. Bańka ma wyraźnie problem także z samą abstynencją, wiążąc ją z protestanckim purytanizmem. Tutaj wystarczy wskazać chociażby na św. Tomasza, który mówi jasno, że Chrystus wzywa do abstynencji, o ile używka jest przeszkodą w dążeniu do doskonałości:


(źródło tutaj)

Doskonałość należy rozumieć tutaj całościowo, to znaczy nie tylko moralnie jako wolność od grzechów, lecz także jako sprawność w dobrym czyli rozwinięcie sił i umiejętności człowieka.

Zgodność z cnotą umiarkowania dotyczy zasadniczo skutków zdrowotnych danej używki, tzn. ilości, która nie jest szkodliwa dla zdrowia, a polega na wdzięcznym używaniu daru pochodzącego od Boga.

Na zasadzie zgodności i harmonii wszystkich cnót, zarówno moralnych jak też kardynalnych i teologalnych, nie może być tutaj sprzeczności zwłaszcza z miłością Boga i bliźniego. Według katolickiej teologii moralnej, stosowanie używek także nienałogowe może być grzeszne, jeśli sprzeciwia się miłości Boga, miłości własnej (szkodzenie własnemu zdrowiu i doskonałości moralnej) oraz bliźniego. Konkretnie: jeśli wydawanie pieniędzy na daną używkę sprzeciwia się uczynkom na rzecz kultu Bożego i dzieł miłosierdzia, wówczas jest grzeszne, nawet jeśli nie stanowi braku umiarkowania. Tutaj wchodzi w grę zarówno sytuacja materialna w danym otoczeniu, w tym potrzeby bliźnich, nie tylko w rodzinie, jak też stan: inną jakość ma zapalenie cygara przez pracowitego męża i ojca po zaspokojeniu potrzeb rodziny, a inną przez duchownego, który nawet przez prawo kanoniczne zobowiązany jest do skromnego życia oraz troski o ubogich.

Ponadto nader chwalebna jest dobrowolna abstynencja z pobudek czy to socjalno-moralnych (dawanie przykładu możliwości życia bez używek oraz solidarności z nałogowcami, których ratuje tylko zupełna abstynencja), czy religijnych, czyli dla zadośćuczynienia za grzechy pijaństwa i rozwiązłości (co się zwykle wiąże z pijaństwem), oraz dla wyproszenia łask potrzebnych do wyjścia z nałogów. Jest to akt miłości bliźniego, słusznie popierany i propagowany przez Kościół.

Jest mowa o tym pochwalnie także w tradycyjnych podręcznikach teologii moralnej. Jako że x. Bańka studiował teologię w seminarium w Niemczech, akurat blisko Ratyzbony, oto przykład podręcznika z 1927 r. wydanego z Imprimatur późniejszego zasłużonego biskupa Ratyzbony Michael'a Buchberger'a, autora słynnej encyklopedii katolickiej (Lexikon für Theologie und Kirche):





Oczywiście można dyskutować, czy i na ile zasadny i skuteczny jest obowiązek ślubowania abstynencji przy okazji Pierwszej Komunii. Wiele przemawia na korzyść tej praktyki, aczkolwiek stosowana jest chyba tylko w Polsce. Jasne, że nie daje ona zupełnej skuteczności ochrony dzieci i młodzieży w jej zdrowiu duchowym, psychicznym i fizycznym, jednak jest poważnym i bardzo cennym środkiem ze względu choćby na część młodych ludzi, także w znaczeniu ćwiczenia woli. Jest to owszem pewien przymus, jak każdy przymus wychowawczy. Jednak sensowność i korzyści są niepodważalne. Dlatego zadziwia i zasmuca atak ze strony kapłana Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Oby ta wypowiedź - zakładam jedynie nierozważna, a nie wynikająca ze złej woli - została rychło odwołana i skorygowana.

Na koniec wyjaśnię jeszcze kwestię grzeszności samego nałogu i ulegania jemu, co także nie zostało odpowiednio wyjaśnione przez x. Bańkę, który wspomniał jedynie, że w sytuacji nałogu pomniejszone czy wręcz wyłączone jest zaangażowanie woli, co powoduje pomniejszenie winy i tym samym grzeszności. 

X. Bańka pominął niestety odpowiedzialność za wpadnięcie w nałóg, co zresztą pasuje do jego sprzeciwu wobec wychowania do trzeźwości. Otóż jeśli ktoś wchodzi w stosowanie używek ze świadomością niebezpieczeństwa czy wręcz ryzyka popadnięcia w nałóg, to wówczas grzeszy ciężko, o ile nie stara się przeciwdziałać temu niebezpieczeństwu przez ćwiczenie woli, zwłaszcza cnoty umiaru. 

Analogicznie rzecz się ma w przypadku wpływu wychowawczego: jeśli rodzice czy inni wychowawcy pozwalają dziecku czy młodemu człowiekowi na stosowanie używek przed wykształceniem czy bez wykształcenia rozumnego poznania oraz hartu w woli i wypróbowania w cnocie umiarkowania, to także grzeszą ciężko przeciw miłości bliźniego i obowiązkom stanu.

O różnicy między katolicyzmem i talmudyzmem


Powodem niniejszego wpisu jest występ przedstawiciela tzw. judaizmu (talmudyzmu) w ramach tzw. dyspucie dwóch ambon z udziałem pewnego popularnego hierarchy. Oto odnośny fragment: 

Bezpośrednim kontextem tej wypowiedzi jest pytanie o różnice między katolicyzmem a judaizmem, na które ów rebe właśnie odpowiada, wskazując tutaj na pierwszą i główną - według niego - różnicę. Dlatego wypowiedź ma szczególną wagę. A jest bardzo znamienna, gdyż właściwie demaskująca. Jest więc zrozumiałe, że nie jest nagłaśniana, choć nadal wisi na yt. 

Głupawa reakcja publiczności w postaci głośnego śmiechu wskazuje na to, że jednak słusznie rozeznała, choć właściwą reakcją powinien być raczej głośny krzyk oburzenia i wypędzenie bluźniercy ze świątyni katolickiej. Swoimi słowami ów rebe udowodnił bowiem, iż tzw. judaizm nie wyznaje tego samego Boga, co katolicyzm, ani nawet religia starotestamentalna. 

W Starym Testamencie nie ma bowiem ani śladu przypisywania Bogu współodpowiedzialności za grzech człowieka. Jest natomiast dość sporo wskazywania na grzechy ludzi, zwłaszcza narodu izraelskiego, głównie jego przywódców, tudzież wyznawania grzeszności i wzywania do nawrócenia zarówno indywidualnego jak też zbiorowego. W modlitwach, zwłaszcza psalmach mówiących o grzechu, przeważnie używa się pierwszej osoby liczby pojedynczej, co stanowi już dość prosty dowód na fałszywość religii wyznawanej przez owego rebe. 

Mówiąc krótko: W tle tej rabinicznej wypowiedzi tkwi pogląd, że w człowieku jest pierwiastek boski (w swoistym nawiązaniu do "obrazu i podobieństwa" w Księdze Rodzaju), który odpowiada także ze grzechy człowieka. Szczególną i wybitnie bluźnierczą, wręcz szatańską perwersją jest obarczanie Boga winą za grzech z tego powodu, że człowiek w sposób grzeszny używa sił i zdolności danych mu przez Boga. Właściwie jest to nic innego jak usprawiedliwienie grzechu jako takiego. Dlatego zrozumiałe jest, że judaizm - jak przedstawia to ów rebe - stroni od przyznawania się do grzeszności, od brania odpowiedzialności za grzechy, od szczerego żalu za nie i od nawrócenia. 

Tym samym niesamowitym skandalem jest dopuszczenie do głoszenia takich wręcz szatańskich, bluźnierczych, obrażających Boga poglądów w świątyni katolickiej ufundowanej, zbudowanej i poświęconej dla nauczania prawdziwej religii i kultu Boga w Trójcy Przenajświętszej jedynego i prawdziwego. 

Na koniec jeszcze w kwestiach drugorzędnych, lecz także znaczących. 

- Ów rebe, jak każdy człowiek świecki, nie miał prawa przebywać w świątyni katolickiej z nakryciem głowy. Jeśli chciał wejść do niej, to miał obowiązek zachowywać się zgodnie z zasadami religii katolickiej.

- Znaczące, gdyż świadczące o nastawieniu i o braku kultury tego człowieka świadczy, że do biskupa zwraca się przez "pan". Natomiast o braku kultury biskupa świadczy nie tylko fakt, iż na takich warunkach zaprosił tego rebe do świątyni katolickiej, lecz zwraca się do niego przez "rabin", nie przez "pan", tak jakby rebe nie był osobą świecką nawet w pojęciu religii judaistycznej. Bowiem rabin w judaiźmie nie jest duchownym, czyli inne stanu, lecz osobą świecką, której zadaniem jest nauczanie, nie sprawowanie kultu. 

Czy w sprawiedliwości Bożej ziszczają się ludzkie pragnienia wynagrodzenia i "dokopania"?



Powyższa wypowiedź jest pokrętną negacją katolickiej prawdy wiary o Bogu sprawiedliwym, czyli właściwie heretycka.

1. Fałszywie twierdzi, że jest to ludzkie "łatwe powiedzenie", czyli sprowadza jedną z podstawowych prawd wiary, czyli prawdy Bożego Objawienia, do ludzkiego mówienia.

2. Fałszywie utożsamia ludzkie pragnienie sprawiedliwości z Bożą sprawiedliwością, tym samym bluźnierczo sprowadza tę ostatnią do poziomu ludzkich pragnień.

3. Fałszywie przeciwstawia prawdę wiary katolickiej treści Ewangelii o Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa.

4. Fałszywie zastępuje treść Ewangelii swoją interpretacją, która jest nadużyciem Ewangelii do propagowania swojego poglądu sprzecznego z wiarą Kościoła.

5. Fałszywie pomija słowa św. Pawłowe, ostrzegające przed niegodnym przyjmowaniem Ciała i Krwi Pańskiej: "Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije." (1 Kor 11,27-29).

6. Fałszywie sugeruje, jakoby Ewangelia ("Dobra Nowina") nie zawierała karcenia i gróźb.

W pięciu zdaniach przynajmniej sześć poważnych, fundamentalnych fałszerstw. To wygląda na rekord...

Kościół na podstawie Objawienia Bożego poświadczonego w Tradycji i Piśmie św. naucza, że Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza a za złe karze. W sposób oczywisty jest to prawda o Bogu, którą Bóg sam o Sobie objawił, a nie projekcja ludzkich pragnień czy wręcz żądzy zemsty.

Prawda o Bogu sprawiedliwym jest jednym z głównych motywów wiary w Boga i w życie po śmierci. Każdy człowiek ma w sobie pragnienie i też jakieś wyczucie sprawiedliwości. Jednocześnie każdy w jakimś stopniu doświadcza, że w życiu doczesnym nie ma sprawiedliwości, że nawet przy odpowiednich ludzkich staraniach często zło pozostaje bezkarne, a dobro nienagrodzone. Negowanie Bożej sprawiedliwości, które ostatecznie działa na wieczność, jest więc negowaniem porządku dobra i zła, i ostatecznie Bożej miłości do człowieka.

Tym niemniej Boża sprawiedliwość działa już także w doczesności, mianowicie o tyle, że Bóg daje każdemu szansę i pomoc ku nawróceniu oraz odpokutowaniu za grzechy. Kary doczesne oraz ostrzeganie przed karą wieczną czyli piekłem są właśnie lekarstwem dla dusz. Pomijanie ich oznacza poważne okrojenie i zafałszowanie zarówno Ewangelii, jak też całego Nowego i Starego Testamentu.

Fałszywa pandemia a Kościół

 


Jedno ze słynnych powiedzeń pewnego zacnego prałata z Bawarii (zresztą związanego blisko z kręgami ratzingeriańskimi), gdzie spędziłem większość mojego kapłańskiego życia, brzmi:

Niektórzy pasterze przywdziewają owczą skórę, by wyć razem z wilkami.

Słowa te usłyszałem kilka lat temu. Stały się one aktualne i pasujące do rzeczywistości zwłaszcza obecnie. Ich autor miał wprawdzie pierwotnie na myśli układanie się hierarchii niemieckiej z możnymi tego świata pod pozorem troski duszpasterskiej i pozornego wychodzenia na przeciw oczekiwaniom wiernych. W takim właśnie zakłamaniu nastąpiła degradacja, destrukcja i dewaluacja prawdziwego duszpasterstwa katolickiego, którego istotą jest nauczanie wiary i sprawowanie sakramentów świętych. Nastąpiła nie tylko w Niemczech i nie tylko w krajach tzw. zachodnich. Obserwując przemiany w Kościele w Polsce na przestrzeni ostatnich dekad, muszę stwierdzić niestety ślepe czerpanie fałszywych wzorców i tym samym popełnianie tych samych błędów, które doprowadziły do zapaści życia kościelnego w krajach niegdyś katolickich (co nieco poruszyłem już tutaj i tutaj). 

Trwająca od ponad roku sytuacja tzw. pandemii okazała się testem także stanu Kościoła, a to nie tylko poprzez niebywałe w historii Kościoła ingerencje państwa w życie Kościoła jak ograniczanie i wręcz uniemożliwianie dostępu wiernych do sakramentów świętych, zwłaszcza chorych i umierających. Istotna jest tutaj reakcja pasterzy Kościoła na różnych szczeblach, począwszy od Watykanu aż do parafij. Diagnoza wypada jednoznacznie: poza nielicznymi, odosobnionymi przykładami przedstawicieli hierarchii, dominuje niestety uległość, a nawet wręcz służalczość wobec władz świeckich, wobec ich wręcz absurdalnych, szkodliwych, nawet zbrodniczych rozporządzeń - zbrodniczych dla życia i zdrowia zarówno biologicznego jak też duchowego. 

Bezkrytyczne zachowanie na początku tzw. pandemii rzeczywiście w sytuacji niepewności można jakoś usprawiedliwić, choćby z powodu ostrożności. Jednak w międzyczasie, znając zarówno absurdalność i szkodliwość jak też nielegalność rozporządzeń obowiązkiem moralnym Kościoła, a zwłaszcza jego hierarchii, jest podnoszenie głosu w obronie ludności skazanej na zakłamany, obłudny i patogenny tzw. reżim sanitarny, jak też na brak dostępu do regularnej opieki medycznej i nawet do dziedziny własnej działalności Kościoła, jaką jest nauczanie wiary, pocieszanie strapionych i udzielanie sakramentów Zbawienia wiecznego. Zachowanie hierarchii zwłaszcza najwyższych stopni - i to w wymiarze powszechnym, globalnym - jest dobitnym autoświadectwem zapaści nie tylko teologicznej, intelektualnej, czy choćby zdroworozsądkowej, lecz także moralnej i w myśleniu duszpasterskim. 

Któż jak nie Kościół powinien się upominać o prawo swoich wiernych do dostępu do sakramentów świętych? Od kiedy dla Kościoła ważniejsze jest życie biologiczne niż zbawienie dusz przez sakramenty święte, zwłaszcza wobec ewidentnie zakłamanego reżimu tzw. sanitarnego? Od kiedy to Kościół ma prawo milczeć, gdy wskutek zarządzeń sprawujących władzę chorzy nie mają dostępu do lekarzy i szpitali, choć całe życie płacą składki na ubezpieczenie zdrowotne, gdy przedsiębiorcom zakazuje się wykonywania pracy i zdobywania środków na utrzymanie swoich rodzin? Czyż to nie Kościół właśnie powinien wołać głośno o sprawiedliwość i rozsądek, by rządzący pod pretextem rzekomej walki z rzekomą pandemią nie nakładali obciążeń na następne pokolenia przez zaciąganie kredytów w imieniu swoich obywateli, zamiast pozwolić im zadbać o siebie i swoje rodziny? Czyż hierarchia nie zna głoszonej przez Kościół zasady pomocniczości państwa, według której państwo ma prawo ingerować w życie indywidualne i rodzinne tylko wtedy, gdy wymaga tego konieczne i nieosiągalne w inny sposób dobro? Czyż ktokolwiek z przedstawicieli Kościoła upomniał się choćby o wyjaśnienie przyczyn śmierci dodatkowych 100 tysięcy Polaków i tym samym skazania ich rodzin na utratę osoby najbliższej? 

Podam jeden przykład. Pewien młody człowiek (21 lat) miał planowaną operację kardiologiczną we wrześniu 2020 r. Operacja się powiodła, pacjent powracał do sił i miał zostać wypisany do domu. Jednak w dzień, w którym miało to nastąpić, lekarz prowadzący tego pacjenta nie przyszedł do pracy i wstrzymano wypisanie. Zamiast wypisania zrobiono temu młodemu człowiekowi tzw. test na obecność rzekomego wirusa, którego wynik okazał się pozytywny. Natychmiast pacjenta umieszczono na oddziale tzw. covidowym pod respiratorem. Jego stan nagle się pogorszył i wprowadzono go w śpiączkę farmakologiczną. Młody człowiek po 3 tygodniach zmarł (R.i.P.). Rodzina, po pierwszym otrząśnięciu się z bólu i szoku, zażądała od szpitala dokumentacji. Okazało się, że dokumentacja jest niekompletna, gdyż brakuje istotnych dokumentów z ostatnich tygodni życia pacjenta. Za radą prawnika rodzina złożyła zawiadomienie do prokuratury i czeka na wynik. Tak się składa, że brat zmarłego pracuje w służbie zdrowia i to akurat na oddziale tzw. covidowym. Dzisiaj właśnie rozmawiałem z nim i potwierdził, iż twierdzenie o przepełnionych oddziałach i szpitalach jest zwykłym kłamstwem, gdyż na 500 łóżek tylko 100 jest zajętych. 

Gdzie jest głos Kościoła? Kto upomni się o los pacjentów i ich rodzin? 

Co to jest "uwielbienie tańcem"?

 

Odnośnie takich scenek skierowane zostało do mnie pytanie:



Dokładniej można zobaczyć tutaj:




Jak widać, chodzi o pomysł i praktykę tzw. charyzmatyków, czyli sekty pentekostalno-protestanckiej grasującej w strukturach Kościoła. 

W internecie można się dowiedzieć, że opiekunek duchowym i prawdopodobnie inspiratorem tych wybryków jest pewien kapłan:


Jak widać, pseudopobożne i pseudożyciowe mądrości wiążą się tutaj z biznesem quasi charytatywnym. Odpowiednio "głębokie" są myśli owego kierownika: 


On widocznie tworzy wokół się coś w rodzaju żeńskiej sekty tanecznej z pseudopobożnym, heretyckim i bluźnierczym bełkotem w tle:


Trzeba mieć wyjątkowo wymieszane i plugawe myślenie, by kojarzyć Matkę Najświętszą i jawnogrzesznicę:


To, co ta dzieweczka wygaduje, świadczy dość dobitnie o poziomie opieki duchowej i teologicznej, skoro myli Osobę Syna Bożego z Osobą Ducha Świętego:


Porównywanie czasu oczekiwania Matki Najświętszej na urodzenie Jej Syna do jakiegoś dziewięciomiesięcznego "odbudowania serca" jest groteskowo-bluźniercze. Te kobiety - odpowiednio zwiedzone przez swego kierownika - widocznie mieszają nie tylko procesy biologiczne z życiem duchowym, lecz przede wszystkim Boże Macierzyństwo Maryi z własną pseudopobożnością. Posługiwanie się w tym tańcem dość dokładnie pasuje do tych bluźnierczych treści. 

Kimże jest ów kierownik? Tak oto prezentuje się w sieci:




Ten człowiek widocznie czuje się osobą świecką, skoro poświęca czas i siły na banalne wierszydła, prezentowane zresztą bez żadnych oznak stanu duchownego. To dość dokładnie pasuje do tego, co uprawiają jego tańczące podopieczne "duchowe": to jest zupełne pomieszanie treści, polegające właściwie na profanacji. 

Jak należy ocenić samo "uwielbienie tańcem"? 

Po pierwsze, skandaliczne jest wydarzenie pokazane na początku: kobiety wymachujące swoimi kończynami i kroczem w kierunku sexownego mężczyzny - w świątyni, czyli miejscu poświęconym dla liturgii czyli oficjalnego kultu Bożego sprawowanego przez Kościół. Mówiąc krótko: to jest wręcz demoniczna profanacja miejsca świętego. 

Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym uwielbieniem Boga, gdyż ono zawsze liczy się z czasem i miejscem. Świątynia katolicka jest miejscem poświęconym do sprawowania Najświętszej Ofiary oraz innych sakramentów świętych. Tak więc nawet traktując taniec jako wyraz pobożności - a może to być jedynie pobożność prywatna, nie liturgia - nie wolno dopuścić do tego typu występów w takim miejscu. 

A czy w ogóle można uznać taniec za możliwy wyraz uwielbienia Boga? Czy taniec tutaj zaprezentowany kwalifikuje się do tej kategorii? 

Pewien rodzaj tańca, jako rodzaj przedstawienia teatralnego, można by uznać za możliwy sposób expresji treści religijnych. Mam tutaj na myśli klasyczny taniec indyjski, opowiadający pierwotnie mitologię. Przez pochodzącego ze Śląska werbistę, o. Jerzego Proksch'a (więcej tutaj) został on zaadoptowany do wyrazu treści biblijnych i katechizmowych, co miało uzasadnienie w działalności pośród ludności niepiśmiennej i przywykłej do takiej formy przekazu. Był to więc sposób nauczania wiary katolickiej, przystosowany do warunków kulturowo-społecznych. 

Czymś jednak zupełnie innym jest prezentowanie swoich pomysłów pseudoartystycznych w miejscu świętym i to nie mających wiele wspólnego z treściami wiary, a za to dość nachalnie narzucających wdzięki cielesne i to wręcz bezwstydnie. Takie towarzystwo należy przegonić powrozem ze świątyni Pańskiej. 

Czym jest modlitwa w intencji papieża?

 


Rzeczywiście modlitwa wymagana dla uzyskania odpustu zupełnego ma być modlitwą "według zamysłu papieża" (ad mentem Summi Pontificis), jak jest określone w podręczniku odpustów:


Należy mieć na uwadze, że nie chodzi o modlitwę według zamysłu danej osoby dzierżącej urząd papieski, lecz według zamysłu papieża jako papieża, nie jako osoby prywatnej. Otóż nie wszystko, co czyni dana osoba dzierżąca urząd papieski, jest aktem papieskim. Dotyczy to także zamysłów tej osoby. 

Jeśli by papież np. miał zamiar zgrzeszyć, to ten zamiar nie jest papieski, mimo że jest aktem osoby dzierżącej władzę papieską. Mianowicie tylko te akty są papieskie, które wynikają z urzędu, czyli nauczania prawd wiary i moralności powierzonych przez Pana Jezusa Apostołom i ich następcom. 

Czy internet jest wynalazkiem diabła?

 X. Grzegorz Śniadoch ponownie popełnił swoją słynną tezę, o której już niegdyś była mowa (por. tutaj):


No cóż. Pozostaje tylko skomentować: brak rozumowania i nauczania zgodnie z wiarą i teologią katolicką jest dziełem diabła. 

Wyjaśniam:
Wynalazkiem diabła jest grzech. A grzech polega na złym zastosowaniu rzeczy dobrej, stworzonej - pośrednio czy bezpośrednio - przez Boga. Nawet odnosząc do władzy duchowej, która jest narzędziem grzechu, czyli do wolnej woli, nie wolno zapominać, że jest ona stworzona przez Boga. Tym bardziej dzieła materialne, jak technika stworzona przez wolę i inteligencję człowieka, mogą być stosowane zarówno do dobra jak i do zła. Ich złe używanie jest dziełem diabła, gdyż jest grzechem, ale nie rzeczy same w sobie. Gdyby były dziełem szatana i tym samym złe same w sobie, to by nie mogły być stosowane dla dobra. Mówiąc najprościej: jeśli by prawdą było, iż internet jest dziełem diabła, to by oznaczało, że x. Śniadoch, występując w internecie, jest we spółce z diabłem. 

Kiedy Pan Jezus wstąpił do nieba?


Teologia katolicka jest od początku zgodna co do tego, iż dusza Pana Jezusa po śmierci zstąpiła do otchłani, zaś w połączyła się z ciałem w Zmartwychwstaniu. Wstąpienie wraz z ciałem do chwały nieba nastąpiło 40 dni po Zmartwychwstaniu. 

Należy pamiętać, iż Zmartwychwstanie nie jest powrotem do rzeczywistości ziemskiej, lecz przejściem ciała wraz z duszą do wymiaru ponad czasoprzestrzenią, co oczywiście nie wyklucza pewnego rodzaju obecności - i też pojawiania się - w czasoprzestrzeni, jak to wiemy na przykładzie Pana Jezusa. Wniebowstąpienie natomiast oznacza przejście wraz z ciałem do chwały nieba, czyli rzeczywistości ostatecznej i Bożej w znaczeniu trwałego zjednoczenia z rzeczywistością samego Boga. 

Kto jest świątynią Ducha Świętego?


 Nie ma jasnej definicji, jak należy dokładnie rozumieć słowa św. Pawła z 1. Listu do Koryntian 6, 19. Apostoł napomina w nich do świętego życia, czyli unikania grzechów. 

Katechizm rozciąga to określenie na cały Kościół, gdy mówi:


Odnośnie poszczególnego człowieka określenie "świątynia" należy oczywiście rozumieć w sensie przenośnym, który oznacza, że

- człowiek jest dziełem Ducha Świętego, jako stworzony przez Trójcę Przenajświętszą,

- człowiek ochrzczony, czyli włączony w mistyczne Ciało Syna Bożego, otrzymał dary Ducha Świętego, udzielone zwłaszcza w sakramencie bierzmowania, 

- jest prowadzony drogą zbawienia przez te dary i natchnienia, które oczywiście nie niweczą wolności człowieka, czyli możliwości zgrzeszenia. 

Każdy grzech odwodzi człowieka od drogi, którą prowadzi go Duch Święty. Grzech ciężki pozbawia łaski uświęcającej, czyli obecności życia nadprzyrodzonego, które jednoczy człowieka z Trójcą Przenajświętszą, w tym także oczywiście z życiem Ducha Świętego. Jednak także największy grzesznik zachowuje w sobie "obraz" Boga Stwórcy. Tym obrazem są duchowe zdolności człowieka, czyli rozum i wola, które grzech wprawdzie osłabia, ale nie może zniweczyć. 

Każdy grzech jest zaprzeczeniem godności człowieka w wymiarze zarówno nadprzyrodzonym jak też naturalnym. Człowieka żyjącego w grzechu ciężkim można porównać do konsekrowanej świątyni, która jest profanowana, brudzona i niszczona od wewnątrz, która jednak nieutracalnie zachowuje przeznaczenie dla kultu Bożego i tym samym swoją godność, mimo że jest traktowana sprzecznie z tą godnością. 

Aktywność sportowa sama w sobie z całą pewnością nie stanowi o godności bycia świątynią Ducha Świętego. Może jednak wynikać z tej godności, ponieważ dar życia jest także zobowiązaniem do odpowiedniej dbałości także o swoje siły fizyczne i kondycję zdrowotną. W takim sensie brak należytej, godziwej dbałości o swoje ciało jest grzechem. Oczywiście ta dbałość nie może być sprzeczna czy stawiana ponad dbałość o życie duszy, czyli życie w łasce uświęcającej.

Czy zmarłe dziecko ochrzczone powiększa grono aniołków?

 


Biorąc dokładnie, taki napis jest niepoprawny teologicznie, ponieważ człowiek nie jest i nie może być aniołem, i odwrotnie. Taki napis można uratować jedynie wtedy, gdy określenie "aniołek" rozumie się w sensie potocznym, nie teologicznym. Określenie to ma swoje źródło chyba w barokowych przedstawieniach aniołków w postaci małych dzieci. Istnieje więc związek bardziej w wyobraźni artystycznej niż teologiczny. Aczkolwiek w niebie jest oczywiście wspólnota wielbienia Boga przez dusze świętych wraz z aniołami, czyli bezcielesnymi istotami. 

Rzeczywiście trudno jest znaleźć odpowiednie, czyli zręczne, sympatyczne i zarazem teologicznie poprawne określenie. Najbardziej odpowiednim jest nazwa "niewiniątka". Wprawdzie kojarzy się ona z niewiniątkami męczennikami, zamordowanymi przez Heroda, jednak nie pomniejsza to prawdy teologicznej. 

Czy wyobrażenie sobie sprawiedliwej kary jest grzechem?

 

Samo wyobrażenie nie jest grzeszne, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawiedliwą karę. Nie jest też grzeszne życzenie komuś sprawiedliwej kary, o ile wynika to z miłości bliźniego, a nie z gniewu czy chęci zemsty. Dlatego istotne jest, by pragnienie sprawiedliwego ukarania było zgodne z tym, czym kara Boża jest, mianowicie wezwaniem do nawrócenia, afirmacją porządku sprawiedliwości oraz ostrzeżeniem przed naśladowaniem. 

W spowiedzi należy to wyznać w prosty sposób. Ewentualnie spowiednik może dopytać. Nie należy ukrywać prawdy. 

Czy można zakazać młodzieży dostępu do liturgii tradycyjnej?

Bywają - ostatnio niestety nierzadko - wypowiedzi duchownych, które świadczą nie tylko o zupełnym oderwaniu od wiary i teologii katolickiej, lecz nawet od zdrowego rozsądku i poczucia rzeczywistości. Dobitnym przykładem jest niedawna wypowiedź jednego ze znanych publicznie jezuitów usańskich, który uraczył świat swoimi marzeniami odnośnie dalszych reform liturgii w duchu Vaticanum II (text dostępny tutaj). Text jest o tyle ciekawy, że autor należy do pokolenia i zakonu, który obecnie dzierży ster władzy w Watykanie, przy czym nie trudno zauważyć, że jest to recydywa mentalności sprzed pół wieku, gdy ci panowie przeżywali swój spóźniony wiekowo młodzieńczy bunt wraz z euforią nowości "soborowych". Osobiście miałem z tą mentalnością dość blisko (i też dość boleśnie) do czynienia podczas studiów seminaryjnych i uniwersyteckich, gdyż jest to pokolenie większości moich wychowawców i profesorów. 

Typowe jest także, iż ów jezuita na swoim profilu fb chwali się takim oto towarzystwem:


Bardziej quasi teologicznie i kościelnie wyznaje oczywiście modny obecnie "Kościół miłosierdzia":


Co to w praktyce oznacza - mianowicie dogłębne zakłamanie i obłudę - staje się wyraziste w jego wypocinach, gdy mówi o liturgii tradycyjnej dokładnie to:


Tak więc dowiadujemy się, że

- Paweł VI wprowadzając Novus Ordo upoważnił biskupów do prześladowania tych, którzy woleli pozostać przy liturgii tradycyjnej,

- Benedykt XVI odebrał biskupom to upoważnienie, przyznając każdemu kapłanowi prawo do celebrowania "Mszy trydenckiej" według upodobania,

- obecnie "jest czas", by przywrócić władzę biskupów nad "liturgią trydencką" w ich diecezjach, czyli praktycznie wydać wiernych swawoli biskupów, bez możliwości dochodzenia swojego prawa u Stolicy Apostolskiej,

- należy jasno postawić sprawę, że liturgia tradycyjna musi zaniknąć,

- można ją dozwolić jedynie dla starszych osób, które "nie rozumieją potrzeby zmiany",

- należy zakazać młodym ludziom uczęszczania na "Mszę trydencką". 

No cóż. Fałsz prawny, teologiczny i też odnośnie samych faktów jest tutaj na wybitnym poziomie i przypomina dość wyraźnie politykę reżimów komunistycznych wobec katolików i chrześcijan w ogóle. Ten człowiek swoją mentalnością żyje widocznie w rzeczywistości lat 60-ych i 70-ych ubiegłego wieku, gdyż nie przyjmuje do wiadomości, iż obecnie 80-90 % uczęszczających na liturgię tradycyjną to ludzie, którzy zostali wychowani w Novus Ordo oraz ich dzieci, które wzrastały w atmosferze wolności (przynajmniej i głównie teoretycznej) dla tej liturgii zwłaszcza od momentu wydania motuproprio "Summorum pontificum" w 2007 r. Dotyczy to także kapłanów sprawujących tę właśnie liturgię: jest to pokolenie święconych głównie po tym motuproprio i też niewiele starszych, którzy korzystali już z motuproprio "Ecclesia Dei" z 1988 r. 

Nasuwa się więc nieuchronne pytanie, jak x. Reese wyobraża sobie owo niepozwalanie na dostęp do "Mszy trydenckiej". Chce internować księży trydenciarzy? Czy tylko pozbawiać ich kontaktu z wiernymi, skazując na celebrowanie prywatne w ukryciu (co już miało miejsce za Pawła VI i znowu powraca)? Co chce zrobić z młodymi ludźmi, którzy obecnie dzięki internetowi mogą zapoznać się z tą liturgią i uczestniczyć w niej choćby na odległość? Czyż może postuluje cenzurę także w internecie, jeśli tak, to w jaki sposób? Czy zdaje sobie sprawę, iż liturgia tradycyjna jest sprawowana nie tylko w oficjalnych strukturach, lecz także w sieci kościołów i kaplic na całym świecie, począwszy od placówek Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, poprzez "ruch oporu" bpa Williamson'a i sedewakantystów, aż do lokalnych wspólnot i pojedynczych kapłanów? 

Głównym problemem jest jednak widoczny brak świadomości, jakie konsekwencje - przynajmniej psychologiczne - miałaby taka banicja liturgii tradycyjnej z oficjalnych struktur. Otóż świadczyłaby dokładnie o tym, co reprezentuje x. Reese: o nienawiści do Kościoła sprzed Vaticanum II. To by oznaczało opadnięcie masek "reformatorów", czyli ukazałoby prawdę o nich. A jak wiadomo ze słów Pana Jezusa, prawda wyzwala. 

Zaś o zasadniczej mentalności ateistyczno-komunistycznej świadczą następne słowa:

Tak więc x. Reese nie neguje wprawdzie Przeistoczenia chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, gdyż by się zdemaskował. Wystarczy powiedzenie, że jest to mniej ważne niż "przeistoczenie" ludzi w "ciało Chrystusa". Ciekawe jest także zdanie, iż "nie czcimy Jezusa w tym sensie", co już jest właściwie dość wyraźnym przyznaniem się do pośredniej negacji boskości Jezusa Chrystusa, gdyż zabezpieczający dodatek "w tym sensie" właściwie nic nie znaczy, gdyż nie jest powiedziane, czy i w jakim sensie Jezusowi Chrystusowi przysługuje oddawanie czci. Tak więc w całości to zdanie zawiera dość perfidną, podskórną negację zarówno Przeistoczenia jak też boskiej godności Jezusa Chrystusa, skoro Przeistoczenie i eucharystyczna Obecność Jezusa Chrystusa nie są najważniejsze i godne czci należnej Bogu. Mamy więc tutaj wypowiedzianą dość wyraźnie mentalność i motywy autorów, wyznawców i apologetów liturgii Novus Ordo, którym zresztą nie sposób odmówić sukcesu. Nie trzeba być bowiem wnikliwym analitykiem przemian w mentalności katolików w ciągu ostatniego półwiecza by dostrzec, iż nastąpił

- wyraźny, powszechny zanik wiary w eucharystyczną Obecność Jezusa Chrystusa, co jest widoczne w zaniku oznak czci należnej Bogu, zresztą forsowanym przez liturgię Novus Ordo,

- rozpowszechnienie mentalności sekciarskiej, gdzie interes grupy dominuje i przewyższa nie tylko dobro poszczególnych dusz, lecz nawet prawdy wiary i zdrowy rozsądek. 

Tym samym należy tutaj mówić o mentalności ateistyczno-komunistycznej w wersji pseudokatolickiej. 

W każdym razie:

Po pierwsze, jakikolwiek zakaz zarówno sprawowania jak też uczestniczenia w liturgii tradycyjnej byłby nielegalny, gdyż pozbawiony podstaw zarówno prawnych jak też teologicznych. Rozumniejsi pośród modernistów zdają sobie z tego sprawę i dlatego nie zakazują, a jedynie podstępnie i perfidnie szykanują. 

Po drugie, takowy zakaz byłby nieskuteczny i skazany na fiasko. Nawet jeśli by doszło do oficjalnego zakazu czy ograniczenia dostępu do liturgii tradycyjnej, to by to spowodowało wzmocnienie wszelkiego "podziemia", nie tylko poza oficjalnymi strukturami, lecz także w ramach struktur. Tutaj także będzie miało zastosowanie porzekadło: dłużej klasztora niż przeora. Jak wiadomo z historii Kościoła, wraz z nowym pontyfikatem może się w Kościele wiele zmienić, oczywiście także w drugą stronę. Młodzież współczesna jest wprawdzie naiwna, jak zawsze, ma jednak o wiele więcej możliwości szukania i poznawania prawdy, także odnośnie wiary i liturgii katolickiej. Tego jej nie można zabrać, chyba że nastąpi zupełna cenzura internetu także w sprawach kościelnych. Mimo pewnej manipulowalności, która wynika z braku doświadczenia i dojrzałości, wiek młodzieńczy charakteryzuje głównie wrażliwość na prawdę i szczerość, w tym także krytycyzm i odwaga w podważaniu stanu zastanego. Nie trzeba mieć wyjątkowej wiedzy teologicznej, by łatwo dostrzec, iż liturgia tradycyjna jest przejrzysta i prostolinijna w wyrażaniu wiary katolickiej. W niej każdy szczegół trzyma się prawd wiary, w przeciwieństwie do liturgii Novus Ordo, gdzie roi się od niejasności, sprzeczności i absurdów (począwszy od kierunku celebracji, aż do angażowania kobiet do służby ołtarza). 

W sumie dobrze, iż pojawiła się wypowiedź x. Reese'a. Ukazuje ona nerwowe konwulsje mentalności, która przynajmniej podświadomie czuje, że przegrywa, i dlatego właśnie chce sięgać po przemoc zakazów. Z charakterystycznym dla modernizmu zaćmieniem zdrowego rozsądku nie zauważa przy tym własnej groteskowości. 

Naiwność i oszukaństwo - film Kondrata (z uzupełnieniem)


O nowszym filmie Michała Kondrata było mi dane już się wypowiedzieć (por. tutaj), zaś kilkakrotnie w sprawie objawień s. Faustyny (por. tutaj). W przypadku tego filmu sprawa jest podobnego rodzaju, a nawet grubsza, pod względem zarówno faktów jak też teologii. Przejdźmy po kolei. 

1. Pierwszym grubym fałszem, demaskującym cały film, jest twierdzenie na początku, iż nauczanie Kościoła przez wieki wypaczało prawdę o Bogu i trzeba było s. Faustyny, by je wyprostować. No cóż, to twierdzenie jest tak groteskowe i zarazem bezczelne, że nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. W każdym razie dobrze, że padło, gdyż ukazuje wprost, o co w tym wszystkim chodzi: o nauczanie o Bogu, które jest sprzeczne z odwiecznym nauczaniem Bożego Objawienia przez Kościół.

2. Już przedstawienie powołania s. Faustyny do zakonu jest znamienne. Jej twierdzenie, że Jezus ją wzywa, powinno być sygnałem alarmowym dla spowiednika i przełożonych w zakonie już zanim została przyjęta, zwłaszcza w okoliczności, iż rzekomo już od pewnego czasu rzekomo Pan Jezus jej się objawiał. Reakcja rodziców była normalna: gdy dziecko mówi, że Jezus wzywa, to brzmi to dziwnie i powinno być bliżej zbadane, tak więc w tym znaczeniu słusznie uznali, że Helena jest szalona. Gdyby Jezus rzeczywiście wzywał, to by na pewno natchnął ją także do tego, by omówiła ze spowiednikiem sprawę tych zjawień, a tego widocznie nie uczyniła. Tym samym była podatna na mamienie szatańskie i trwała w pysze, skoro uważała, iż sama sobie poradzi z tymi zjawieniami. Już ta postawa świadczy o braku pokory i tym samym braku dojrzałości duchowej, i jest gorsząca. Najpóźniej w momencie przyjmowania do zakonu powinna była wyjawić swoje przeżycia spowiednikowi. Także przełożona przyjmująca ją powinna była dopytać, co dokładnie ma na myśli mówiąc, że "Jezus wzywa". Takie słowa w ustach prostej dziewczyny nie są normalne. Normalny jest natomiast sceptycyzm przełożonych wobec takich słów. Każdy rozsądny człowiek, zwłaszcza choć trochę doświadczony w sprawach duchowych, przynajmniej by dopytał, na czym polega to wzywanie. Jest bardzo mało prawdopodobne, by przełożona przyjęła takie słowa za dobrą monetę, bez zbadania, co one właściwie znaczą w przypadku Heleny. Tak więc wygląda na to, że s. Faustyna opisując tę sytuację po prostu skłamała, to znaczy faktycznie innych używała słów, motywując chęć wstąpienia do zakonu, skoro nikt wtedy nie dopytał, jakie to jest wzywanie, i tym samym nie wyszły na jaw rzekome widzenia. 

W tym kontekście znamienne jest, iż jedyne i dość zagadkowe - pochodzące od nieznanej "pani dr" - świadectwo zdrowia psychicznego s. Faustyny pochodzi z roku 1952, czyli wydane 19 lat po jej śmierci: 




3. Nader ciekawa jest sprawa obrazu namalowanego przez Eugeniusza Kazimirowskiego. Znamienne jest, że to właśnie jego x. Sopoćko wybrał do zadania zleconego rzekomo przez Pana Jezusa, mimo iż Kazimirowski był masonem. A może właśnie dlatego? W filmie x. Sopoćko jest z nim per "ty", co zapewne także nie jest przypadkowe. Otóż spowiednik x. Faustyny regularnie pozował do fotografij z rozpiętymi guzikami sutanny, co po pierwsze nie mogło być przypadkowe, a po drugie jest delikatnym ale wyraźnym zaznaczeniem masońskiego symbolu "ukrytej dłoni":








Ciekawe jest świadectwo znawcy i zwolennika x. Sopoćki, który widocznie ujawnia, iż x. Sopoćko albo złamał tajemnicę spowiedzi - wskutek czego popadł w automatyczną (latae sententiae) karę exkomuniki, albo po prostu oszukiwał w swojej opinii o s. Faustynie, gdyż tylko na podstawie spowiedzi może wiedzieć, czy dana osoba popełniła grzech ciężki czy nie: 





Odnośnie x. Sopoćki warto się zapoznać z informacjami podanymi tutaj - ciekawymi, choć pisanymi z pozycji zwolennika: 


Próba usprawiedliwienia x. Sopoćki jest oczywiście groteskowa. 

Film w żaden sposób nie podejmuje tematu, dlaczego propagatorzy kultu objawień s. Faustyny od 1979 r. zrezygnowali z obrazu autorstwa Kazimirowskiego, a posługują się innym obrazem jako rzekomo namalowanym według wskazań zakonnicy. A różnice są ewidentne i poważne, jak np. to, że na obrazie Kazimirowskiego według wskazań s. Faustyny postać ma wzrok spuszczony w dół i tym samym niewidoczne oczy, podczas gdy na obrazie rozpowszechnianym obecnie postać patrzy wprost pięknym, pociągającym wzrokiem. Ciekawe są informacje o dokonanej w latach 1990-ych renowacji i retuszowaniu obrazu Kazimirowskiego. Dziwne jest, iż na tak ważnym i czczonym obrazie rzekomo dokonywano wielokrotnie zmian. Pozostaje pytanie, czy i kto tego dokonywał, i kto na to pozwolił. A zapewne nie jest przypadkiem, że zajęły się nim akurat kręgi tzw. charyzmatyków, czyli protestanckiej sekty pentekostalnej przystosowanej do zwodzenia katolików w ramach struktur kościelnych. W filmie jest to przedstawiane - nie do końca jednoznacznie - niby jako odsłonięcie pierwotnej wersji rysów twarzy autorstwa Kazimirowskiego. Gdyby tak było, to dowodem byłyby pierwotne fotografie tego obrazu, ale one właśnie nie poświadczają tej wersji. Wystarczy spojrzeć na fotografie opublikowane chociażby na wczesnych materiałach propagandowych objawień s. Faustyny. Obliczone na naiwność odbiorców jest twierdzenie, jakoby Kazimirowski nie dysponował technicznymi możliwościami kopiowania zarysu twarzy z Całunu Turyńskiego, który wówczas był przecież szeroko znany także z fotografij wcale nietrudnych do zdobycia. Wiadomo, że x. Sopoćko w tym czasie podróżował do Ziemi Świętej, więc tym bardziej mógł przywieźć fotografie Całunu. Zdolny artysta - jakim był Kazimirowski - bez większego trudu był w stanie skopiować przynajmniej podstawowe wymiary zarysu twarzy, więc mówienie o cudownej zgodności z wizerunkiem na Całunie i chuście z Oviedo jest po prostu robieniem ludziom wody z mózgu. 

4. Ciekawy jest wątek ciemnego tła obrazu. Najpierw jest podane słowami s. Faustyny, że Jezus wychodzi z ciemności. Biorąc dokładnie, jest to bluźnierstwo, gdyż ciemność i otchłań oznacza zarówno w Piśmie św. jak też w całej Tradycji Kościoła zło i szatana. Jest to więc symboliczne zaprzeczenie prawdy, iż Jezus Chrystus przychodzi z nieba, która jest jasnością, gdyż oznacza rzeczywistość Bożą. Podjęta w dalszym ciągu filmu inna próba interpretacji ciemnego tła, mianowicie że bez jasnej postaci Jezusa pozostaje tylko ciemność, czyli zło i grzech, także nie odpowiada Bożemu Objawieniu, gdyż przeczy objawieniu naturalnemu i starotestamentalnemu, które już zawierały pewne światło prawdy Bożej, wprawdzie niedoskonałe, ale jednak. 

5. Jedynie wytworem bujnej a kłamliwej fantazji może być scena, według której w 1965 r. ówczesny abp K. Wojtyła otrzymuje od kardynała prefekta Świętego Oficjum A. Ottaviani'ego zalecenie otwarcia procesu informacyjnego do beatyfikacji s. Faustyny w sytuacji obowiązującego zakazu rozpowszechniania jej rzekomych objawień. Ów zakaz jest bowiem jednoznaczną negatywną oceną rzekomych objawień i tym samym nie ma żadnych podstaw do wszczynania procesu. Aż do pontyfikatu Jana Pawła II (od 1978 r.) ani w Polsce, ani gdziekolwiek na świecie nie było żadnego kultu s. Faustyny, a trwały spontaniczny kult danej osoby jest według odwiecznych zasad Kościoła pierwszym wyjściowym warunkiem otwarcia procesu informacyjnego, o czym ktoś taki jak kard. A. Ottaviani z pewnością wiedział i tego przestrzegał. 

6. Przeciw świętości x. Sopoćki świadczą dość wyraźnie następujące fakty wspomniane w filmie:

- Mimo rzekomej wiekopomnej misji kierownictwa duchowego dla s. Faustyny x. Sopoćko udaje się w podróż do Ziemi Świętej, porzucając na ten czas swoje nadzwyczajne i wiekopomne zadanie duchowej opieki. Widocznie "Pan Jezus" udzielił mu urlopu...

- Ukazana pomoc Żydom przez wystawianie im fałszywych metryk Chrztu św. jest niczym innym jak oszustwem i to w materii świętej jaką jest sakrament oraz przyjęcie wiary Chrystusowej. Ratowanie życia biologicznego nie może być moralnym usprawiedliwieniem takiego oszustwa. 

7. W związku ze spaleniem pierwotnej wersji "Dzienniczka" przez s. Faustynę nasuwa się wiele pytań: Czy ona nie spowiadała się podczas nieobecności x. Sopoćki (z powodu podróży do Ziemi Świętej)? Jeśli się spowiadała, to czy wyznała spowiednikowi swoje wizje i spisywanie ich? Na jakiej podstawie uznała, że wizje są mamieniem szatańskim? Czy samodzielnie tak uznała, nie pytając nikogo, także spowiednika zastępującego x. Sopoćkę? Otóż jeśli zupełnie sama podjęła decyzję o spaleniu, to albo miała pewność co do pochodzenia szatańskiego (i ta pewność była słuszna), albo działała z chwilowego widzimisię i zgrzeszyła ciężko przeciw posłuszeństwu kierownikowi duchowemu. Co na to powiedział jej Pan Jezus, który się rzekomo zjawiał? W każdym razie to zupełnie nie pasuje do rzekomego posłuszeństwa Panu Jezusowi, tym bardziej do licznych pochwał dla s. Faustyny ze strony rzekomego Pana Jezusa. Innymi słowy: to się całości nie trzyma. Tak więc albo zatajane są istotne fakty, albo cała historia jest zmyślona czy przynajmniej poważnie przekręcona. 

8. Muszę wskazać także na jaskrawy fałsz teologiczny, zawarty w scenie spowiedzi s. Faustyny. Gdy spowiada się z buntu przeciw poleceniom przełożonych, x. Sopoćko mówi, że nie ma grzechu, jeśli mimo wewnętrznego buntu polecenia są wykonywane. Jest to oczywiście nieprawda, ponieważ grzech jest przede wszystkim i najpierw aktem wewnętrznym. Jeśli ktoś w postawie wewnętrznego buntu wykonuje polecenie zewnętrznie, to grzech pozostaje wewnętrzny, gdyż jest grzechem w myślach. Posłuszeństwo zakonne i kościelne polega na chętnym wykonywaniu poleceń przełożonych w duchu naśladowania Chrystusa, nawet mimo zastrzeżeń co do słuszności polecenia, przy czym zastrzeżenia wolno wyrazić także zewnętrznie. Czym innym jest jednak bunt, gdyż oznacza on sprzeciw, najpierw wewnętrzny. Jeśli ktoś w postawie wewnętrznego sprzeciwu na zewnątrz ulega poleceniu, to po pierwsze nadal grzeszy, aczkolwiek tylko wewnętrznie, a po drugie postępuje obłudnie, ponieważ w sprzeczności do swego wewnętrznego nastawienia. Tak więc podana nauka x. Sopoćki świadczy o poważnej niekompetencji teologicznej, mimo iż z wykształcenia był teologiem moralnym. 

9. Znamienne jest opowiadanie zakonnicy pracującej w hospicjum odnośnie umierającej kobiety: mimo że wyspowiadała się i przyjęła Ostatnie Namaszczenie, oto na słowa koronki s. Faustyny umierająca rzekomo reagowała w taki sposób jak opętani na exorcyzm. Taka jest przynajmniej wymowa słów tej zakonnicy. Nie wiem, czy zdaje ona sobie sprawę z tego, co powiedziała: skoro umierająca na sakramenty święte nie reagowała jak opętana lecz dopiero na słowa koronki, to oznacza to albo że - według wersji zakonnicy - w sakramentach nie została uwolniona od mocy szatana, albo że koronka jest demoniczna. 

10. Podobny charakter ma opowiadane franciszkanina z Wilna, który rzekomo przez słowa koronki dokonał uwolnienia czyli exorcyzmu. Po pierwsze nie mógł to być exorcyzm, gdyż rytuał Kościoła nie przewiduje stosowania koronki s. Faustyny. Po drugie, ów franciszkanin dopuścił się nadużycia, zastępując właściwy rytuał exorcyzmu textem koronki. Co zresztą nie dziwi, skoro on przyznaje się do stosowania pseudocharyzmatycznej "modlitwy wstawienniczej", czyli demonicznego bełkotu pochodzącego z sekty pentekostalnej. 

Pomijam tutaj analizę scen opartych na treści "Dzienniczka" s. Faustyny, gdyż bardziej celowe jest całościowe zbadanie tego textu. 


Post scriptum 1

Przy okazji warto zwrócić uwagę, kto się szczególnie zasłużył dla propagowania rzekomych objawień s. Faustyny. Otóż autor filmu tak pisze o jednym z jego bohaterów:


X. Michalenko to ukrański Żyd, co doskonale pasuje do całej sprawy. To on zasłużył się zarówno dla publikacji i propagowania "Dzienniczka" jak dla rzekomego cudu za wstawiennictwem s. Faustyny: 


Jego uroczystości pogrzebowe, które ostatnio miały miejsce, przypominały bardziej celebrację apostatów, na co wskazuje choćby biały kolor szat liturgicznych, co jest nie tylko sprzeczne z zasadą liturgii katolickiej lecz znaczące teologicznie, gdyż sugeruje świętowanie Zmartwychwstania czy wręcz kanonizację zmarłego, a nie modlitwę za zmarłych:



Kyrie eleison !



Post scriptum 2

Odnośnie różnych obrazów - i generalnego oszustwa - ogólne informacje podane są tutaj

Właśnie otrzymałem istotną wskazówkę odnośnie dwóch różnych obrazów "Jezusa miłosiernego". Chodzi o text, który zamieszczam w zrzutach (dostępny tutaj). Komentarz jest właściwie zbędny, ale nasuwa się następujący: oszustwo na oszustwie oszustwem pogania...









Natomiast znany obecnie specjalista od x. Sopoćki przedstawia kwestię namalowania innego obrazu następująco:



X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...