Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Knotz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Knotz. Pokaż wszystkie posty

T. Terlikowski antychrześcijaninem


No i mamy ciąg dalszy sprawy i prośby o zajęcie się tym:


Oto w ślad za "manifestem 16" bezwzględnego, jeszcze bardziej bezczelnego i absurdalnego ataku na Grzegorza Brauna dopuścił się ostatnio następny "celebryta" katojudaizmu, a właściwie dyżurny judeofil Tomasz Terlikowski (zarówno na swoim oczywiście kłamliwym kanale na youtube jak też w formie pisanej). To jego zaangażowanie pasuje jak najbardziej do jego innych wyczynów publicystycznych takich jak choćby apologia założycielki sekty mariawitów czy ostatnio apologia Judasza. Poziom merytoryczny jest jak zwykle u niego denny, aczkolwiek podany w sposób szczególnie perfidny. 

1. Już wstępne plucie jak twierdzenie, że GB jest kimś, "kto z całą pewnością odrzuca fundamentalne prawdy wiary Kościoła", zaś "poglądy, które głosi, zostały uznane za heretyckie w pierwszych wiekach chrześcijaństwa", jest oczywiście gołosłowne, ponieważ może mieć podstawę jedynie albo w urojeniach chorobowych Terlikowskiego, albo w prostytucji pseudointelektualnej połączonej z poważnie wypaczonym sumieniem, z której zresztą ten osobnik słynie. 

2. Przede wszystkim Terlikowski wyraża jasno, że nie podoba mu się startowanie G. Brauna w wyborach prezydenckich. Oczywiście ma prawo do takiego gustu. Osobną sprawą jest natomiast motywacja, gdyż Terlikowski rzuca absurdalne i fałszywe oskarżenia, strojąc się przy tym w piórka wzorowego katolika intelektualisty. Więcej o tym poniżej. 

3. Terlikowski nawiązuje wprost do "manifestu 16", nazywając ich szumnie "konserwatywnymi liderami" oraz "grupą konserwatywnych i tradycjonalistycznie nastawionych intelektualistów i dziennikarzy katolickich". Jak mało to w tym wypadku znaczy, nie będę ponownie wykładał (polecam poprzednie wpisy w tym temacie). 

4. Terlikowski widocznie próbuje swoich sił jasnowidzących czy przenikających wnętrze człowieka, czyli ukryte myśli oraz motywacje, gdy mówi o "zachowaniu" G. Brauna w europarlamencie, "które - wbrew temu, co opowiada Braun, wcale nie miało na celu przypomnienia o cierpieniu w Strefie Gazy, a wyłącznie zamanifestowanie antysemityzmu". Ciekawe, kto i jak nauczył Terlikowskiego takich umiejętności. Może je nabył podczas swoich dogłębnych studiów pism żydowskiego skrajnego antyracjonalisty i antychrześcijanina o nazwisku Jehuda Lejb Szwarcman (alias Lew Szestow), o którym wypocił swój doktorat? 

5. To swoje "jasnowidzenie" Terlikowski przedstawia jako rozumne wnioskowanie, twierdząc, że milczenie o ofiarach Putina na Ukrainie oraz o Żydach zamordowanych przez Hamas oznacza, iż Braunowi "nie chodziło o ofiary, ale o podgrzewanie antysemickich emocji". No cóż. Genialne wnioskowanie. Braun milczał w tej chwili także o ofiarach zbrodni hitlerowskich, sowieckich, maoistowskich, czerwonych khmerów, klinik aborcyjnych itp. itd., co jest oczywiście także antysemickie, bo jedynie wyłączny kult tzw. holokaustu nie jest antysemicki - według dyżurnego judeofila. 

6. Następne arcydzieło intelektualne Terlikowskiego brzmi: Hitler "chciał zniszczyć Żydów, a teraz Grzegorz Braun wykorzystuje sytuację upamiętnienia ofiar Holokaustu, by siać nienawiść do Izraela i Żydów w ogóle. To jest czysty rasizm, który dodajmy, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem." To jest logika typu Owsiaka. Jak dla Owsiaka domaganie się od niego rozliczenia finansowego jest przejawem nienawiści, tak dla Terlikowskiego wskazanie na zbrodnie popełniane przez państwo położone w Palestynie jest sianiem nienawiści do niego i do wszystkich Żydów. Zaiste znamienne i godne nagrody Nobla w dziedzinie filozofii Szwarcman'a. 

7. Terlikowski oczywiście nie wyjaśnia, w jaki sposób wspomnienie o zbrodniach państwa żydowskiego na rdzennej ludności Palestyny, która jest niezaprzeczalnie semicka, stanowi rasizm i antysemityzm. Czy on w ogóle rozumie pojęcie rasy? To Żydzi są czy nie są Semitami? A co z Palestyńczykami - są czy nie są antysemitami, skoro walczą z okupacją żydowską ich ojczyzny? Czyżby te pytania wykraczały poza horyzont myślowy dyżurnego judeofila?

8. Swoją tezę, że G. Braun jest rasistą i tym samym niechrześcijaninem, Terlikowski podpiera typowym pomieszaniem prawdy i fałszu: "chrześcijanie, nawet jeśli nie zawsze przyjmowali to do wiadomości, a wielu z nich budowało antyżydowskie emocje, a nawet religijnie usprawiedliwiało antysemityzm, zawsze przyjmowali jako kanoniczne pisma, które jasno wskazuje na rolę i znaczenie judaizmu". Oczywiście dyżurny judeofil nawet nie próbuje podać dowodu na to, jakoby Braun nie uznawał kanonicznych pism biblijnych. 

9. Uzasadniając to oszczerstwo - a jest to jedynie zupełne pomieszanie spraw, a nie uzasadnienie - Terlikowski wskazuje na słowa św. Pawła w Liście do Rzymian: 

Oto słowa Rz 11,29 wraz z kontekstem: 


Natomiast drugi cytat nie jest żadnym uzupełnieniem, lecz pochodzi z zupełnie innego rozdziału i kontekstu tegoż Listu:

Tak więc oczywiste jest, że w drugim cytacie św. Paweł nie uzupełnia pierwszego, lecz są to dwa zdania z zupełnie innego kontextu. Równocześnie widać jasno, że Terlikowski albo nie umie czytać i prawidłowo stosować cytatów biblijnych, albo po prostu bezczelnie oszukuje odbiorców na doraźny użytek. Dyżurnemu judeofilowi chodzi zapewne o to, że uważa Żydów za naród wybrany, wobec czego nie wolno ani G. Braunowi ani komukolwiek mieć krytycznego stosunku do wyznawców religii talmudycznej czy właściwie do wyznawania jej jako takiej. Nasuwa się oczywiście pytanie, na jakiej podstawie on tak twierdzi. Jak widać, u św. Pawła takiej tezy nie ma, ani w Liście do Rzymian, ani w żadnym innym liście Pawłowym, ani w całym Nowym Testamencie. Gdy św. Paweł mówi o wierności Boga i nieodwołalnym przymierzu, to jest oczywiste, że chodzi o jego trwanie i spełnienie w nowym ludzie Bożym, którym jest Kościół Chrystusowy, a do którego należą zarówno Żydzi przyjmujący Boże Objawienie w Jezusie Chrystusie jak też inne narody. Z całą pewnością przymierze nie trwa w narodzie żydowskim, który odrzuca Jezusa Chrystusa, gdyż to odrzucenie jest złamaniem przymierza ze strony tego narodu. 

Odpowiednio do tego także w wielowiekowym nauczaniu Magisterium Kościoła nie ma tezy, jakoby Żydzi pozostawali narodem wybranym. Mamy natomiast regularne nauczanie, że naród żydowski był narodem wybranym do czasu przyjścia Mesjasza, którego jego przywódcy odrzucili, i został w tym wybraniu zastąpiony przez Kościół Chrystusowy, którym jest Kościół jeden, święty, katolicki i apostolski. Tak właśnie jest powiedziane chociażby w akcie poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, wydanym w 1925 roku przez Świętą Kongregację Obrzędów (źródło tutaj, s. 542) i nakazanym do publicznego odmawiania w nabożeństwach:

Odnośne zdanie brzmi w prawidłowym tłumaczeniu: 

"Wejrzyj oczami miłosierdzia na synów tego narodu, który tak długo był narodem wybranym".

Jest to dość jednoznaczne zdanie, nie wymagające wyjaśnienia. Jest ono całkowicie zgodne ze wszystkimi innymi wypowiedziami Magisterium Kościoła na przestrzeni wieków (na marginesie zaznaczam, że w tłumaczeniu tej modlitwy na język polski już wtedy dopuszczono się zafałszowania na wyrażenie "był narodem szczególnie umiłowanym", a to zafałszowanie znajduje się niestety nawet w niby tradycyjnych modlitewnikach). 

O tym wie zapewne Terlikowski, ponieważ w swojej bzdurnej tezie powołuje się już tylko - oprócz fałszywego posługiwania się Listem do Rzymian - na deklarację Vaticanum II "Nostra aetate":

Przez "tę prawdę" dyżurny judeofil rozumie swoje fałszywe posługiwanie się Listem do Rzymian. A co czytamy w deklaracji "NAe"? Oto fragment, na który powołuje się Terlikowski (źródło tutaj): 

Prawidłowe tłumaczenie brzmi:

"Zgłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi, którą lud Nowego Testamentu złączony jest duchowo z plemieniem Abrahama. 

Kościół bowiem Chrystusowy uznaje, iż początki jego wiary i wybrania znajdują się według Bożej tajemnicy zbawienia już u Patriarchów, Mojżesza i Proroków. Wyznaje, że w powołaniu Abrahama zawarte jest również powołanie wszystkich wyznawców Chrystusa, synów owego Patriarchy według wiary, i że wyjście ludu wybranego z ziemi niewoli jest mistyczną zapowiedzią i znakiem zbawienia Kościoła. Przeto nie może Kościół zapomnieć o tym, że za pośrednictwem owego ludu, z którym Bóg w niewypowiedzianym miłosierdziu swoim postanowił zawrzeć Stare Przymierze, otrzymał objawienie Starego Testamentu i jest karmiony przez korzeń dobrej oliwki, w którą wszczepione zostały gałązki dziczki oliwnej narodu [wybranego]. Wierzy bowiem Kościół, że Chrystus, Pokój nasz, przez krzyż pojednał Żydów i narody, i w sobie uczynił je jednym.

Zawsze też ma Kościół przed oczyma słowa Apostoła Pawła odnoszące się do jego ziomków, "do których należy przybrane synostwo i chwała i testament i prawodawstwo i posłuszeństwo i obietnice; ich przodkami są ci, z których pochodzi Chrystus wedle ciała" (Rz 9,4-5), Syn Dziewicy Maryi. Pamięta także, iż z narodu żydowskiego pochodzili Apostołowie, będący fundamentami i kolumnami Kościoła, oraz bardzo wielu spośród owych pierwszych uczniów, którzy ogłosili światu Ewangelię Chrystusową.

Według świadectwa Pisma świętego Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu. Niemniej, jak powiada Apostoł, Żydzi nadal ze względu na swych przodków są bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania. Razem z Prorokami i z tymże Apostołem Kościół oczekuje znanego tylko Bogu dnia, w którym wszystkie ludy będą wzywały Pana jednym głosem i "służyły Mu ramieniem jednym" (Sf 3,9).

Skoro więc tak wielkie jest dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom, święty Sobór obecny pragnie ożywić i zalecić obustronne poznanie się i poszanowanie, które osiągnąć można zwłaszcza przez studia biblijne i teologiczne oraz przez braterskie rozmowy. 

A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. Chociaż Kościół jest nowym Ludem Bożym, nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma świętego. Niechże więc wszyscy dbają o to, aby w katechezie i głoszeniu słowa Bożego nie nauczali niczego, co by nie licowało z prawdą ewangeliczną i z duchem Chrystusowym.

Poza tym Kościół, który potępia wszelkie prześladowania, przeciw jakimkolwiek ludziom zwrócone, pomnąc na wspólne z Żydami dziedzictwo, opłakuje - nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelicznej - akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom. 

Wszak Chrystus, jak to Kościół zawsze utrzymywał i utrzymuje, mękę swoją i śmierć podjął dobrowolnie pod wpływem bezmiernej miłości, za grzechy wszystkich ludzi, aby wszyscy dostąpili zbawienia. Jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski."

Konieczne jest zapytanie dyżurnego judeofila: gdzie jest tutaj powiedziane, że Żydzi są nadal narodem wybranym? Czy Terlikowski ma urojenia czy jedynie kłamie bezczelnie, a to publicznie i uporczywie? Jak to możliwe, że widocznie jeszcze nikt nie domagał się od niego wskazania zdania czy to u św. Pawła czy choćby w Nostra aetate, w którym można znaleźć to, co on bredzi? Zaiste niepojęte. 

Tym samym zbędne jest komentowanie jego powoływania się na słowa najnowszych włodarzy Kościoła (Jan Paweł II, Benedykt XVI, Franciszek) o antysemityźmie. Chodzi oczywiście o oskarżenie G. Brauna o antysemityzm, a to oznacza w żargonie osobników typu Terlikowskiego nic innego jak niepodzielanie poglądu, jakoby Żydzi byli nadal narodem wybranym, i nie oddawanie im wszelkich żądanych przez nich hołdów poddaństwa. 

Na podstawie tychże faktów stwierdzam więc z całą odpowiedzialnością: Tomasz Terlikowski jest obłudnym i nikczemnym oszustem, który udając katolika szerzy kłamstwa podając je jako nauczanie Kościoła, oraz oskarżając katolików nie ulegających tym kłamstwom o bycie antychrześcijanami. W rzeczywistości to Terlikowski jest antychrześcijaninem, ponieważ po pierwsze bliżej mu do poglądów żydowskich, a po drugie czynnie i podstępnie zwalcza prawdziwe, autentyczne i nieomylne nauczanie Kościoła w kwestii Żydów. 

9. Jeszcze jako uzupełnienie. W jednym z komentarzy wskazano na ciekawą dyskusję z 2 września 2013 roku (tutaj). 


Tutaj Terlikowski - w odpowiedzi na zarzuty G. Brauna - ucieka się głównie do następujących chwytów:

- pojęcie Żyda jest bardzo wieloznaczne i również nie ma jednego czy jednolitego stanowiska Żydów wobec Polski i chrześcijaństwa, nawet już w Talmudzie

- Żydzi byli i pozostają narodem wybranym, bo tak mówi św. Paweł w Liście do Rzymian oraz Sobór Watykański II.

Na obydwa argumenty niestety nie padły wtedy adekwatne odpowiedzi, a szkoda. 

Otóż po pierwsze, dyskusja o tym, czy i co poszczególni Żydzi mówią i myślą, jest tak samo bezsensowna bądź sensowna jak rozmowa o poglądach Polaków: niemal na każdy pogląd i wypowiedź można znaleźć przykłady. Są durni Polacy, tak samo jak są durni Żydzi czy przedstawiciele innych narodów. Tak zawsze było i będzie. Istotne jest natomiast, jakie są źródła czyli podstawy poglądów i postaw zarówno teoretycznych (ideologicznych) jak też praktycznych czyli etycznych. Terlikowski ma rację twierdząc, że Talmud składa się z komentarzy i różnych opinii co do różnych kwestij. Kłamie natomiast i to bezczelnie, sugerując, jakoby w Talmudzie znajdowały się także przychylne czy choćby przyjazne wypowiedzi o chrześcijanach. Takich słów po prostu tam nie ma. Jeśli jakiś pojedynczy rebe ładnie mówił o chrześcijanach i Polakach, to był to najwyżej jego prywatny pogląd (o ile oczywiście wypowiedź była zgodna z tym, co myślał i czynił) i nic więcej. Takie przykłady mają taką samą wartość jak powiedzenie, że są katolicy, którzy kradną. Czyż z tego wynika, że etyka katolicka dopuszcza kradzież? 

Do drugiego chwytu odniosłem się już powyżej. 

10. Na koniec warto zwrócić uwagę na dość głośną aferę sprzed lat w związku z wypowiedzią żony Terlikowskiego w kwestii tzw. sexu oralnego. Ta wypowiedź dość dokładnie pasuje do tego, co sam Terlikowski stale sprzedaje jako rzekomo nauczanie Kościoła. Ona powiedziała:


I dokłada jeszcze swój zachwyt propagatorem dewiacji i gorszycielem (o którym już była wielokrotnie mowa jak tutaj):


Tak więc dla niej miarodajnym - i widocznie jedynym w tej kwestii - autorytetem jest Ksawery Knotz, który z kolei w swoich zboczonych, niekatolickich i niemoralnych poglądach opiera się widocznie wyłącznie na rozmowach z małżonkami. Dla Terlikowskiej to jest "nauczanie Kościoła", które poleca publiczności do poczytania.

No cóż, wprawdzie widać, że ta kobieta jest ogólnie mało rozgarnięta i prawdopodobnie polega na "mądrości" swojego małżonka, a przy okazji dostarcza publicznie materiału do domysłów co do ich pożycia intymnego. Metoda jest ta sama co u Terlikowskiego: przedstawianie jako nauczania Kościoła czegoś, co jest najwyżej heretyckim wymysłem jakiegoś ałtoryteta, im bardziej sprzecznego z prawdziwym nauczaniem Kościoła tym bardziej podziwianego. I to potwierdza, kim właściwie jest Tomasz Terlikowski: antychrześcijaninem, strojącym się w piórka wzorowego katolika. 

Grzech w małżeństwie czyli gorszyciel w habicie


Temat "nauk" o. Knotz'a był tutaj już kilkakrotnie poruszany (poprzednie wpisy można znaleźć klikając w etykietę widoczną z boku po prawej, zwłaszcza tutaj ) i jest niestety nadal aktualny. Dopiero stopniowo poznaję rozmiar błędów i zgorszenia przez niego od wielu lat rozsiewanego i to widocznie przy milczącej akceptacji hierarchii kościelnej, która nie ingeruje i może nawet nie chce ingerować w sex-biznes tego kapucyna. Jego treści są proste i metoda jest perfidna: wolno wszystko, co nie jest jednoznacznie potępione przez oficjalne dokumenty po Vaticanum II, a jeśli jest potępione, to sexuolog-kapucyn tak wykręca i miesza swoim pseudopsychologicznym bełkotem, że z tego potępienia w sumie niewiele zostaje, choć on tych dokumentów otwarcie nie odrzuca. Równocześnie nie podaje źródeł swoich "mądrości" pseudoteologicznych, a są one na poziomie groteskowo-prymitywnym, tudzież oddziaływującym na wyobraźnię, zwłaszcza lubieżną jak tutaj (źródło od min 4:08):


Przy okazji wykazuje elementarną ignorancję już chociażby odnośnie Pisma św., na które się powołuje, skoro mówi o polowaniu na zwierzynę w raju i spożywaniu mięsa. Wystarczy przeczytać pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju, by wiedzieć, że po stworzeniu Pan Bóg polecił ludziom spożywać jedynie rośliny, a dopiero po potopie pozwolił także na spożywanie mięsa (więcej tutaj). 

Bardziej zasadniczym i perfidnym oszustwem jest już sprowadzenie miłości do wymiaru cielesno-sexualnego, jak tutaj (źródło od min 2:42):


Tego typu połączenie fałszu zarówno co do źródeł teologicznych jak też zasad teologicznych prowadzi w sposób zrozumiały do potężnych fałszów we wnioskach praktycznych i tym samym do oszukiwania odbiorców, którzy od człowieka w habicie oczekują podania tego, co uczy Kościół, bądź co się teologicznie przynajmniej zgadza z tym nauczaniem. Dlatego na szczęście coraz więcej osób ma wątpliwości i szuka wyjaśnienia, jak tutaj: 



Zanim odpowiem wprost na pytanie, należy wskazać na zasady podawane przez katolicką teologię moralną (posługuję się znowu klasycznymi podręcznikami, podanymi już poprzednio).

Pytanie pierwsze dotyczy szeroko pojętego onanizmu w dwojakim znaczeniu:
1) gdy mąż w akcie małżeńskim wycofuje się z łona żony i wylewa nasienie poza nim
2) gdy mąż w sposób mechaniczny uniemożliwia złożenie nasienia w łonie żony, bądź gdy żona przez środki chemiczne bądź w inny sposób uniemożliwia płodność złożonego w jej łonie nasienia.

ad 1) 

Jeśli onanizm odbywa się w sposób obopólnie zamierzony, tzn. jeśli małżonkowie współżyją z zamiarem wylania nasienia poza łonem, wówczas jest grzechem ciężkim, gdyż wówczas akt małżeński jest z założenia i w sposób planowy pozbawiony pierwszorzędnego celu jakim jest płodność. 

Jeśli odbywa się to bez zgody małżonki przez samego męża, wówczas mąż grzeszy ciężko, a małżonka nie ma powinności w tym uczestniczyć.

Od tak rozumianego onanizmu należy odróżnić przerwanie aktu małżeńskiego, jeśli ma to miejsce z nieprzewidzianej konieczności, np. dla uniknięcia zgorszenia, gdy ktoś staje się świadkiem aktu, a oczywiście nie powinien, ponieważ jest to akt intymny między małżonkami. Takie przerwanie nie jest grzechem, nawet jeśli by doszło do wylania nasienia. Nie ma grzechu także w innych przypadkach, gdy dochodzi do niezamierzonego wylania nasienia. 

Przerwanie aktu bez zgody drugiej osoby jest grzeszne, ale nie jest grzeszne przy obopólnej zgodzie, jeśli jest rozumy powód (rationabilis causa) niedokończenia aktu - np. obiektywna niemożliwość przyjęcia potomstwa w danym momencie - oraz nie ma niebezpieczeństwa wylania nasienia. Bezgrzeszność takiego aktu wynika z tego, że jest on w istocie tożsamy z pożądliwym kontaktem cielesnym, a taki kontakt jest moralnie dozwolony w małżeństwie. 

Co do udziału żony w akcie onanistycznym istotne jest:

a) Gdy żona świadomie zgadza się na taki akt, wówczas uczestniczy także w grzechu.

b) Dozwolony jest jej udział wtedy, gdy nie zgodziła się świadomie oraz roztropnie napomniała męża do aktu prawidłowego. Nie musi jednak napominać, gdy nie spodziewa się możliwości poczęcia (czyli w dni niepłodne) lub gdy obawia się niebezpieczeństwa niezgody w małżeństwie czy cudzołóstwa męża.
Teologowie katoliccy od encykliki Piusa XI Casti connubii (1930) są zgodni co do tego, że udział w onanistycznym akcie w sensie pierwszym, czyli bez antykoncepcji, nie jest wewnętrznie zły (intrinsece malum) i tym samym nie jest niedozwolony, ponieważ akt odbywa się w sposób naturalny, a tylko wylanie nasienia ma miejsce w sposób nienaturalny. Na tym właśnie polega istotna różnica między aktem onanistycznym a sodomickim: ten drugi odbywa się w sposób nienaturalny, co jest podstawą do negatywnej oceny moralnej (szerzej tutaj).

Także radość z odbytego aktu onanistycznego nie musi być grzechem ciężkim, o ile powodem nie jest grzech lecz przyjemność zmysłowa czy uniknięcie przykrych skutków niedopuszczenia do tego aktu. Na przyjemność w takim akcie żona może przyzwolić, o ile wynika ona z naturalnego aktu, nie z wylania nasienia, które powoduje, że akt jest onanistyczny. 

Z doświadczenia wiadomo, że poczęcie może nastąpić także wtedy, gdy mąż wycofa się przed całkowitym wylaniem nasienia. Jeśli żona uzna za prawdopodobne, że jednak doszło do złożenia nasienia, wówczas może bez grzechu pobudzić się do przeżycia orgazmu, także przy udziale męża. 

Wystarczającymi powodami do dozwolonego udziału żony w onaniźmie męża są:
  • obawa przed niezgodą czy kłótnią
  • obawa przed zdradą małżeńską
  • gdy sama musi się przez dłuższy powstrzymać od aktu małżeńskiego
  • gdyby przez odmowę aktu powstała przeszkoda w praktykach religijnych i przyjmowaniu sakramentu (np. gdyby mąż zakazał praktyk religijnych)
  • gdyby odmowa spowodowała zakłócenie pokoju domowego i wspólne mieszkanie stałoby się uciążliwe. 

ad 2)

Udział z przyzwoleniem na onanizm za pomocą środków mechanicznych czy chemicznych (antykoncepcja) jest dozwolony z poważnej obawy złych skutków odmowy, o ile nie ma przyzwolenia na odczuwanie przyjemności (delectatio). Oznacza to, że chciana jest nie przyjemność (która jest odczuwana automatycznie), lecz uniknięcie złych skutków odmowy. To jednak nie zmienia kwalifikacji moralnej aktu, który z powodu wykluczenia płodności staje się jedynie aktem dla zaspokojenia pożądliwości, co jest wbrew jego naturze. Dlatego żona ma obowiązek sprzeciwić się takiemu aktowi w ramach swoich możliwości. Jeśli jednak nie może zapobiec aktowi, to może na niego pozwolić z poważnego powodu, podobnie jak w przypadku onanizmu w sensie 1). 

Dla uniknięcia onanizmu:
- Małżonkowie powinni się wzajemnie zachęcać i wspierać zarówno we współżyciu prawidłowym jak też w utrzymaniu okresowej wstrzemięźliwość.
- Respektując rytm ciała żony, powinni odpowiednio dostosować dni współżycia.
Oczywiście wymaga to wzajemnego zrozumienia i poszanowania, ale równocześnie pomaga w budowaniu i wzmacnianiu jedności osobowej i miłości, która jako miłość cierpliwa i ofiarna promieniuje także na potomstwo. 

W świetle tych zdrowych zasad nauczania Kościoła i teologii katolickiej spójrzmy teraz na nauki o. Knotz'a. 

Najpierw uwagi ogólne:

- Texty o. Knotz'a mówią o "instrukcji" oraz "vademecum", nie podając, co to są za źródła i w jaki sposób można je samodzielnie sprawdzić (trzeba się domyśleć, że chodzi o "Vademecum dla spowiedników" wydane w 1997 r. przez Papieską Radę ds. Rodziny; jego polskie wydanie zawiera niestety wiele zmian i skrótów, czyli popełnia fałszerstwo). W taki sposób autor stwarza pozory powoływania się na autorytety, co jest oszustwem na odbiorcach. 

- Generalnie texty o. Knotz'a są tak mgliste i gumiaste, że przeważnie trudno wyciągnąć z nich spójny tok myślowy i klarowne tezy. Widocznie o. Knotz stara się tak formułować swój przekaz, żeby z jednej strony nie wykazać wprost sprzeciwu wobec nauczania Kościoła, a z drugiej strony przemycić własne treści, nierzadko diametralnie odbiegające nawet od głównych zasad etyki katolickiej. Jednak wyraźnie główną i regularnie artykułowaną tezą - podawaną zarówno pośrednio jak też bezpośrednio - jest, jakoby sex w sensie zaspokojenia sexualnego rozwiązywał wszystko i był lekarstwem na różnice, nieporozumienia i trudności w małżeństwie. 

Przykładem jest wypowiedź przy końcu pierwszego ze wskazanych textów:


Mniemanie o prymacie czy wręcz absolutności sexu jest fundamentalnie fałszywe, zarówno teoretycznie - antropologicznie, teologicznie, psychologicznie - jak też doświadczalnie, w codziennym życiu małżeństw i rodzin.

Drugi text, na który wskazała P. T. Czytelniczka zadająca pytanie, jest już nieco wyraźniejszy. Oto kilka przykładów:


Tutaj o. Knotz plecie po prostu bzdury, jakoby 
- okres wstrzemięźliwości sexualnej powodował poczucie winy, oraz 
- stosowanie metod NPR rodziło takie problemy. 
Nie próbuje on nawet wyjaśnić, o co mu właściwie chodzi. Zaś można się domyśleć: chodzi o przedstawienie poszanowania rytmu ciała kobiety jako powodującego grzechy. Natomiast w domyśle: lepszym rozwiązaniem są środki antykoncepcyjne. 

Rozwija tę przewrotną myśl dość perfidnie. Niby krytykuje antykoncepcję, stosunki przerywane i współżycie przeciw naturze, do którego zalicza tylko tzw. sex analny, a pomijając tzw. sex oralny, który regularnie uważa za moralnie w porządku. Przemyca to regularnie pod nazwą "pieszczoty":


Jedynie o wytrysku w ustach i w odbycie mówi, że "są traktowane jako zachowania nie naturalne" (nasuwa się pytanie: przez kogo traktowane?), czyli widocznie sam ich nie odrzuca i nie widzi w nich nic złego:

Mówi też inną ewidentną bzdurę, twierdząc, że tylko "ciągłe i systematyczne" grzeszenie jest grzechem:


Podaje przy tym dość jasno, do czego zmierza, mianowicie do zagłuszania sumień sprowadzając je do subiektywnej oceny zachowań sexualnych według kategorii miłość-egoizm, namawiając przy tym do przyjmowania Komunii św. bez względu na obiektywną ocenę moralną:


Przykładem szczególnej perfidii w zafałszowaniu nauczania Kościoła jest zakończenie:


Po pierwsze tutaj o. Knotz miesza zgodę na ubezpłodnienie ze zgodą na współżycie z ubezpłodnieniem. A są to dwie różne sprawy. 
Po drugie, nie podaje jasnego rozróżnienia między sposobami ubezpłodnienia. 
Po trzecie, nalega na niespowiadanie się w takich sprawach i przystępowanie do Komunii św., pomijając, że zwykle przypadki są niejednoznaczne i wątpliwe, a dopiero w spowiedzi można uzyskać jasność i spokój sumienia. 
Ponadto o. Knotz popełnia fałszerstwo w podaniu treści Vademecum. Odnośny fragment brzmi w oryginale następująco:


Kłamstwo o. Knotz'a polega po pierwsze na tym, że mówi o "godziwości" zamiast o dopuszczalności (lecita). Czym innym jest godziwość, czyli poprawność i słuszność moralna, a czym innym dopuszczalność, mimo negatywnego charakteru moralnego. Ta dopuszczalność ma miejsce wtedy, gdy dany czyn - w tym wypadku współudział - nie jest zły wewnętrznie, czyli sam w sobie, lecz jego ocena moralna zależy od uwarunkowań. 
Po drugie, mówi o "środkach wczesnoporonnych", podczas gdy Vademecum mówi o środkach, które "mogą mieć skutki aborcyjne", a to ma miejsce zwykle w przypadku pigułek antykoncepcyjnych, nie tylko w przypadku pigułki aborcyjnej (tzw. "dzień po").

Także przypisy są tutaj istotne dla zrozumienia treści.
Papież Pius XI mówi, że dozwolony jest udział we współżyciu nieuporządkowanym, jeśli nie ma zgody na samo nieuporządkowanie, a są ważkie powody do udziału oraz podjęta została próba odwiedzenia współmałżonka od grzechu: 


Zaś Święte Oficjum wyjaśniło, że 
- akty onanistyczne i z antykoncepcją są niedozwolone, gdyż są wewnętrznie złe, oraz
- żonie nie wolno się poddać aktowi z antykoncepcją, gdyż byłby to współudział w rzeczy niedozwolonej samej w sobie. 


Natomiast odpowiedź Penitencjarii Apostolskiej na pytanie, czy niewiasta może brać udział w onanistycznym czy sodomickim działaniu małżonka, brzmi:
- Jeśli mąż chce popełnić onanizm przez wylanie nasienia poza łonem żony i grozi jej przy tym poważnymi konsekwencjami w razie niepoddania się, wówczas żona może brać udział w tym, co dozwolone, a mężowi pozwala na grzech z ważnego powodu, gdyż nie jest zobowiązana do przeszkodzenia grzechowi, jeśli miałaby sama ponieść poważne konsekwencje z powodu niewzięcia udziału.
- Gdy mąż chce popełnić z żoną grzech sodomicki, to żona nie może na to pozwolić, nawet jeśli grozi jej śmierć w razie odmowy. 


(źródło tutaj)

Także Jan Paweł II podkreśla, że nie wolno formalnie - czyli świadomie i z pełnym przyzwoleniem - współdziałać w czynie wewnętrznie złym: 


Jest oczywiste i podane we wszystkich dokumentach Kościoła, że czynem wewnętrznie złym jest oddzielenie płodności od sexualności. Wprawdzie nie każdy akt sexualny musi być faktycznie płodny, jednak czynem wewnętrznie złym jest ingerowanie w akt sexualny w celu jego ubezpłodnienia. 

Tak więc o. Knotz powinien się nauczyć teologii katolickiej od podstaw, poczynając już od Pisma św., którego widocznie nie zna. Powinien też poznać podręczniki katolickiej teologii moralnej, gdyż widocznie albo ich nie zna, albo nie rozumie, może nawet nie chce rozumieć i nimi gardzi. Ponadto wypadałoby, żeby poznał nauczanie mistrzów zakonu, do którego należy, jak chociażby św. Bernardyna Sjeneńskiego, który poświęcił obszerną mowę grzechowi sodomskiemu, tak gorliwie uporczywie propagowanemu przez o. Knotza:

(źródło tutaj)



P. S.
Otrzymałem słuszny komentarz wraz z równie słusznym domaganiem się o wyjaśnienie:



Najpierw uwaga ogólna. Otóż słusznie zauważona niejasność wynika przede wszystkim z tego, że starałem się w tym miejscu podać możliwie dokładnie i zarazem zrozumiale treść tradycyjnych podręczników katolickiej teologii moralnej. Trudno jest wtedy uniknąć uproszczeń. Dlatego jestem wdzięczny za komentarze i krytyczne uwagi. Przede wszystkim cenne jest zwrócenie uwagi na męski punkt widzenia, gdyż podręczniki zwykle mówią o udziale żony w grzechu onanistycznym w małżeństwie.

Sprawa sprowadza się właściwie do prostych zasad, o których warto pamiętać, a właściwie do zasady o celu małżeństwa:
  • pierwszorzędnym, czyli prokreacji, oraz
  • drugorzędnym, czyli uśmierzeniu pożądliwości, czyli zaspokojenia popędu, co ma swoje uprawnione - zgodne z naturą czyli z porządkiem ustanowionym przez Boga - miejsce w małżeństwie. 
W konkretnym zastosowaniu do pytania:

Moralnie godziwe i tym samym dozwolone jest współżycie w celu drugorzędnym, ale pod następującymi warunkami:
  1. muszą być w danym przypadku poważne powody do pominięcia celu pierwszorzędnego (czyli prokreacji), oraz
  2. to pominięcie nie może naruszyć naturalnego przebiegu, czyli nie może się posługiwać środkami sztucznymi (czy to mechanicznymi, czy chemicznymi), oraz
  3. nie powoduje chcianego i zamierzonego wylania nasienia poza łonem żony. 
Wówczas takie współżycie należy do kategorii pożądliwych kontaktów cielesnych, które są dozwolone w małżeństwie. Tyle co do zasady.

Pozostaje oczywiście kwestia stosowania tej zasady w praktyce, zwłaszcza po stronie męża. Konkretnie chodzi przypuszczalnie o to, czy i na ile mąż jest w stanie uniknąć wylania nasienia w związku z takim kontaktem cielesnym, który jest właściwie niepełnym aktem małżeńskim.

W podręcznikach jest to osobny temat, mianowicie polucji, czyli wylania nasienia bez aktu małżeńskiego (czyli masturbacji), oraz dystylacji, czyli wydzielenia płynu niepłodnego przy pobudzeniu sexualnym. W praktyce granica może być niewyraźna, jednak przejście nie odbywa się poza kontrolą rozumu. Ponadto jest to kwestia indywidualna o tyle, że ma związek z pobudliwością danej osoby, a ta jest uwarunkowana zarówno przez strukturę psychiczną i temperament, jak też przez doświadczenia i wybory moralne. Dlatego z jednej strony istotne jest zarówno trzymanie się ogólnych zasad moralnych odnośnie aktu małżeńskiego, jak też podejście indywidualne, którego miejscem jest spowiedź czy poradnictwo duchowe. Zaznaczyć trzeba, że obecnie niestety nie każdy kapłan dysponuje odpowiednią wiedzą co do katolickich zasad w tej dziedzinie, czego o. Knotz jest dość jaskrawym przykładem. Tym niemniej warto szukać porady, chociażby w godnej zaufania literaturze katolickiej, którą staram się tutaj prezentować.

W świetle tych zasad łatwo zrozumieć, że stosowanie antykoncepcji oznacza świadome i zamierzone ubezpłodnienie aktu małżeńskiego i jest tym samym sprzeczne nie tylko z jego pierwszorzędnym celem, lecz także z jego naturą.

Dlatego jest zrozumiałe, że tak samo jak mąż nie prawa wymagać zastosowania pigułki antykoncepcyjnej, tak i żona nie ma prawa wymagać użycia prezerwatywy. Osoba stawiająca takie wymaganie grzeszy ciężko. Jeśli niespełnienie tego wymagania oznacza poważne zagrożenie dla małżeństwa, a roztropne napomnienia nie są skuteczne, wówczas dozwolone jest jego spełnienie. Innymi słowy, jak wyżej powiedziane dla strony żeńskiej: udział w akcie ubezpłodnionym jest dozwolony jedynie z poważnych powodów, jak zapobieżenie poważnemu zagrożeniu jedności i trwałości małżeństwa. Równocześnie obowiązuje tutaj staranie, by nie dochodziło do takiego współżycia.

Oczywiście wymaga to od małżonków wzajemnego poszanowania, wyrozumiałości, taktu, a jest to możliwe tylko dzięki więzi duchowej, która ze swej natury przewyższa więzi i pobudzenia zmysłowe i powinna nad nimi panować.

Odnośnie ostatniego zdania w pytaniu: Oczywiście w małżeństwie zasadniczo nie obowiązuje wstrzemięźliwość od aktów cielesnych. Jest jednak prawdą zarówno psychologiczną jak też duchową, że okresowa wstrzemięźliwość - przestrzegana według obiektywnych uwarunkowań oraz wzajemnego uzgodnienia - służy więzi duchowej i tym samym także właściwemu, ludzkiemu kształtowaniu i przeżywaniu aktów cielesnych. 

Co jest dozwolone w małżeństwie?



Chociaż już od dłuższego czasu odpowiadam na tego typu pytania, to jednak widocznie nadal są niejasności i potrzeba dalszych wyjaśnień. 

Mogę odpowiedzieć krótko: 
1) Pieszczoty w ramach aktu małżeńskiego są w porządku zarówno przed i podczas, jak też po penetracji, także w celu doprowadzenia niewiasty do orgazmu po penetracji. A to z tej racji, że orgazm należy do natury aktu płciowego i także niewiasta ma prawo do przeżycia całego aktu. 
2) Należy odróżnić pieszczoty - czyli dotykanie jakąkolwiek częścią ciała - od połączenia sodomickiego czyli narządu płciowego z narządem niepłciowym. Różnica polega na naśladowaniu narządu płciowego przez narząd niepłciowy, czyli jakby imitowanie penetracji, np. doustnie. 
3) Niezamierzony przedwczesny wytrysk poza łonem niewiasty nie jest grzechem, jeśli nie można było go przewidzieć. 

Dla właściwego zrozumienia należy zacząć od podstaw tej tematyki, a to wymaga nieco szerszego potraktowania. W tym miejscu mogę to uczynić tylko w skrócie, opierając się na podręcznikach katolickiej teologii moralnej, które podaję na końcu.

1. 
Bóg Stwórca związał z aktem przekazywania życia przyjemność zmysłową. Dlatego cel aktu płciowego - którego właściwym miejscem jest nierozerwalne małżeństwo - jest podwójny:
  • celem pierwszorzędnym jest spłodzenie nowego człowieka
  • celem drugorzędnym jest uśmierzenie pożądliwości przez doświadczenie przyjemności zmysłowej w tym akcie. 

Pożądliwość i jej zaspokojenie, czyli przyjemność zmysłowa, są stworzone przez Boga w służbie trwania rodzaju ludzkiego.
Dla jasności: przyjemność sexualna (delectatio venerea) polega na pobudzeniu organów płciowych wraz z wydzieleniem płynów służących zjednoczeniu. Może być ona
  • kompletna, gdy dochodzi do spełnienia aktu spłodzenia wraz z wydzieleniem płynów,
  • niekompletna, gdy nie zachodzi całość naturalnego aktu. 

2. 
Lubieżnością (luxuria) jest nieuporządkowane pragnienie bądź używanie przyjemności sexualnej. To nieuporządkowanie polega na oddzieleniu od naturalnego celu jakim jest spłodzenie potomstwa.
Są tutaj różne rodzaje:
  • lubieżność spełniona (consummata), mianowicie gdy następuje wytrysk nasienia,
  • lubieżność niespełniona (non-consummata), czyli bez wytrysku nasienia, i może być kompletna (gdy dochodzi do naturalnego spełnienia) albo niekompletna (gdy nie dochodzi do naturalnego spełnienia)
Ten ostatni rodzaj nazywa się także "nieskromnością" (impudicitia), która może być wewnętrzna, czyli polegająca na wewnętrznych aktach wyobraźni, umysłu i woli, lub zewnętrzna, czyli polegająca na zewnętrznych aktach.

Pod względem intencji lubieżność może być bezpośrednia, gdy przyjemność zmysłowa jest chciana jako taka, albo pośrednia, gdy pojawia się tylko przy okazji na przykład patrzenia bądź czytania, i nie jest sama w sobie zamierzona.

Grzeszność lubieżności polega na tym, że człowiek używa przyjemności sexualnej do celu innego niż przekazywanie życia, np. dla samego wrażenia zmysłowego. Ciężar grzechu zależy od rodzaju. Lubieżność bezpośrednio chciana poza małżeństwem jest zawsze grzechem ciężkim.

Grzechy lubieżności spełnionej mogą być
  • zgodne z naturą, gdy wytrysk nasienia może służyć do poczęcia, jak rozwiązłość (czy to przygodna, jak prostytucja, czy konkubinat), cudzołóstwo, kazirodztwo, wykorzystywanie sexualne, świętokradztwo (czyli grzech przeciw czystości poświęconej Bogu), gwałt,
  • niezgodne z naturą jak polucja, sodomia i bestialia. 
Polucja jest spełnioną przyjemnością zmysłową wraz z wydzieleniem płynu płciowego bez połączenia narządów płciowych. Może być zamierzona, czy to bezpośrednio czy pośrednio, albo niezamierzona (wtedy nie jest grzechem).

Teologia moralna mówi także o polucji żeńskiej polegającej na wydzieleniu płynu w połączeniu ze spełnioną przyjemnością płciową. Istotna jest przyczyna, to znaczy czy powodem była zamierzona przyjemność sama w sobie z wykluczeniem celu płodności.


3. 
Sodomia jest połączeniem (concubitus) osób płci różnej bądź tej samej płci w części ciała niewłaściwej dla płodności. Istota tego grzechu polega na pożądaniu narządu niewłaściwego dla prokreacji.

Tutaj należy mieć na uwadze odróżnienie: połączeniem (concubitus) nie jest dotyk - czy to ręką, nogą, ustami czy ramieniem -  który odbywa się z racji i dla właściwego połączenia narządów płciowych. Dotyk taki jest moralnie w porządku, jeśli służy właściwemu połączeniu. Zaś połączenie sodomickie - czyli z narządem nie służącym płodności - jest czymś więcej niż lubieżny dotyk, ale nie musi być penetracją.

Sodomia może być:
  • doskonała (perfecta), gdy ma miejsce między osobami tej samej płci,
  • niedoskonała (imperfecta), gdy ma miejsce między osobami płci różnej w narządzie niewłaściwym dla prokreacji.
Jeden i drugi rodzaj może być
  • spełniony (actu consummato), gdy dochodzi do wytrysku nasienia, albo
  • niespełniony (actu non consummato), gdy do tego nie dochodzi.
Innymi słowy: sodomią jest każde połączenie narządu płciowego z innymi narządem, jak z ustami w przypadku tzw. sexu oralnego, i to niezależnie od tego, czy podczas tego połączenia następuje wytrysk nasienia czy nie, i niezależnie od płci. 

Sodomia spełniona zachodzi także między osobami płci żeńskiej, mianowicie wtedy, gdy podczas połączenia np. ust z narządem płciowym dochodzi do wypływu płynu w połączeniu z przyjemnością zmysłową.


4. 
Bestialia jest sexualnym połączeniem człowieka ze zwierzęciem. Nie ma tutaj znaczenia, z jakiego powodu się to odbywa i jaką częścią ciała, to znaczy dotyczy także połączenia fizjologicznie właściwych części ciała.

5. 
Hipersexualność czyli nadpobudliwość sexualna ma wtedy miejsce gdy
- po zaspokojeniu sexualnym wkrótce pojawia się znowu potrzeba zaspokojenia
- pożądliwość powodowana jest np. przez spojrzenie na rzeczy same w sobie obojętne pod względem sexualnym
- pożądliwość tak zajmuje człowieka, że stale myśli bądź mówi o sferze sexualnej, oraz dąży do zaspokojenia.
Ma to oczywiście znamiona patologii, lecz nie musi wynikać ze schorzenia psychicznego. Jest to zwykle wynik własnych decyzyj i zachowań (zwłaszcza konsumowania pornografii), bądź przynajmniej braku opanowania i kontroli nad własną zmysłowością.

6. 
Perwersja sexualna polega na tym, że pożądliwość sexualna oraz czynności sexualne są pobudzane nie przez właściwą sferę sexualną lecz przez czynniki inne czy nawet obce sferze sexualnej. Należą tutaj:
  • sadyzm, gdy pobudzenie sexualne powodują wyobrażenia lub czyny okrutne czyli zadawanie cierpienia
  • masochizm, gdy pobudzenie sexualne powodowane jest przez własne doznawanie przemocy i cierpienia
  • fetyszyzm, gdy pobudzenie sexualne powodowane jest przez obrazy lub czyny nie należące do sfery sexualnej, 
  • homosexualizm, gdy pożądliwość sexualna skierowana jest do osób tej samej płci,
  • pederastia, gdy pożądliwość sexualna skierowana jest do dzieci. 
Perwersje same w sobie nie są oznakami choroby psychicznej, ponieważ występują także u osób bez takiej diagnozy. Jednak faktem jest, że częściej występują u osób chorych umysłowo. Tym niemniej także osoby chore psychicznie są w stanie - przynajmniej w jakiejś mierze - posługiwać się rozumem i tym samym panować na perwersyjną pożądliwością.


7. 
Grzechy lubieżności (luxuria) niespełnionej są dwojakiego rodzaju:
  • akty cielesne czyli poruszenie narządów płciowych wraz z pożądliwością, zarówno chwilowe jak też regularne, zarówno własnowolne jak też samoczynne (o ile zawinione w przyczynie czy chciane dla przyjemności), oraz
  • akty nieskromne, czyli własnowolne zajmowanie się rzeczami, które powodują przyjemność sexualną, a są to zarówno akty wewnętrzne jak myśli i pragnienia, jak też zewnętrzne czyli spojrzenia, dotyk, pocałunki, pieszczoty, słowa i lektura. 
Akt nieskromne (impudicitiae) zewnętrzne są następujące:
  • Dotyk: na ciele własnym bądź innej osoby. Nie dotyczy dotykania także wstydliwych części ciała z powodu konieczności czy potrzeby dla zdrowia, higieny itp., nawet jest wiąże się z pobudzeniem zmysłowym, o ile nie jest ono zamierzone. 
  • Pocałunki, o ile są miłosne poza małżeństwem, gdyż związane są z pożądliwością, oraz na wstydliwych częściach ciała, także w małżeństwie, ponieważ są nierozumne i mogą być groźne dla zdrowia. 
  • Spojrzenia: Oglądanie własnych wstydliwych części ciała może być grzeszne, gdy nie ma konieczności i wiąże się z pobudzeniem pożądliwości. Także oglądanie wstydliwych części ciała innej osoby zależy od tego, czy wiąże się z pobudzeniem pożądliwości. Dotyczy to także dzieł sztuki, fotografii, filmów ze scenami erotycznymi. 
  • Mowa: Grzeszna jest wtedy, gdy ma na celu pobudzenie pożądliwości, bądź stwarza okoliczność takiego pobudzenia, bądź powoduje zgorszenie czyli prowadzi innych do grzechu. Chodzi zarówno o mówienie jak też słuchanie tego typu słów, także śpiewanych. 
  • Lektury: Ciężar grzechu zależy od charakteru danego textu, tzn. czy jest to literatura zwykła z nieskromnymi wstawkami, czy wprost lubieżna. Chodzi także, czy wiąże się z pobudzeniem pożądliwości i czy jest ono zamierzone. 
Akty nieskromne wewnętrzne są następujące:
  • Myśli nieczyste, czyli głównie wyobrażenia zawierające i powodujące pożądliwość.
  • Uporczywe upodobanie w grzechach lubieżnych.
  • Pragnienia nieczyste, czyli wola popełnienia czynu lubieżnego.

8. 
Używanie (usus) czyli pożytkowanie małżeństwa polega na czynności, w której dochodzi do cielesnego połączenia (copula carnalis) małżonków, ustanowionego w porządku naturalnym do utrzymania i zachowania rodzaju ludzkiego. Ta czynność polega ze strony mężczyzny na złożeniu nasienia w łonie niewiasty, zaś ze strony niewiasty w przyjęciu nasienia. Oczywiście z obydwu stron wiąże się to z przyjemnością cielesną wraz ze wszystkimi czynnościami i procesami, które są naturalne dla pary ludzkiej, czyli zgodne nie tylko z cielesnością, lecz także z psychiką i rozumnością właściwą człowiekowi, czyli zarówno pobudzenie uczuciowe i zmysłowe wraz z przejawami cielesnymi, jak też panowanie rozumowe, przejawiające się zwłaszcza we wzajemnym poszanowaniu godności osobowej. 
Św. Paweł (1 Kor 7, 3) nazywa ten akt - oczywiście jako całość, a nie tylko zaspokojenie pożądliwości - powinnością małżeńską, którą małżonkowie są sobie winni z racji związku małżeńskiego. 
Zachodzi tutaj kilka istotnych kwestij:

Akt małżeński (w znaczeniu wyłożonym powyżej) jest sam w sobie nie tylko dozwolony i godziwy, lecz jako środek zachowania rodzaju ludzkiego jest także obowiązkowy i zasługujący (meritorius). Ponadto jest też dozwolony w tym, co się z nim wiąże, czyli w całym pożyciu małżeńskim, które polega nie tylko na samym wydaniu potomstwa, lecz na jedności osobowej małżonków, wraz ze sferą uczuciową, zmysłową i cielesną. Z powodu tej jedności osobowej, gdzie ma miejsce także uporządkowane zaspokojenie pożądliwości (jest to cel drugorzędny małżeństwa), dozwolony jest akt sexualny także wtedy, gdy według naturalnego rytmu - czy to ciała niewiasty, czy choroby, wieku - nie jest możliwe wydanie potomstwa. Innymi słowy: moralnie w porządku jest współżycie sexualne także w okresach niepłodnych, czy to przejściowych czy trwałych. Jedynym warunkiem jest to, że musi to być niepłodność naturalna, czyli niezależna od ingerencji człowieka w sam akt sexualny. Konkretnie dozwolone jest współżycie 
- w wieku niepłodnym, 
- w okresie brzemienności, o ile nie zagraża to dziecku w łonie, 
- po amputacji narządów rodnych z powodu choroby u któregoś z małżonków. 

Akt małżeński powinien być dokonany w sposób taki, który jest właściwy do dokonania pierwszorzędnego i istotnego celu małżeństwa, którym jest potomstwo. Nie jest konieczne, by ten cel został faktycznie osiągnięty, jednak akt powinien się tak odbyć, by mógł zostać zrealizowany. Dlatego grzechem ciężkim jest taki akt, który odbywa się z uniemożliwieniem potomstwa, gdyż jest on nienaturalny. 

Sprawa środków antykoncepcji czy to mechanicznej czy chemicznej jest jasna. Teologia moralna rozpatruje jednak także pewne szczegółowe kwestie odnośnie przebiegu naturalnego:

- Wycofanie się mężczyzny po wytrysku nasienia przed orgazmem niewiasty nie jest grzeszne, ponieważ orgazm żeński nie jest konieczny dla poczęcia.
- Wycofanie się mężczyzny przed wytryskiem nasienia, gdy niewiasta już przeżyła orgazm bądź jest bliska orgazmu, nie jest grzeszne, o ile nie ma niebezpieczeństwa wytrysku nasienia poza łonem niewiasty. 
- Jeśli orgazm niewiasty jeszcze nie nastąpił, gdy mężczyzna już złożył nasienie, pominięcie jej orgazmu nie jest grzechem, ponieważ nie może zapobiec poczęciu. Jednak powstrzymywanie orgazmu w zamiarze zapobieżenia poczęciu jest grzeszne. 
- Chociaż orgazm niewiasty nie jest konieczny dla poczęcia, to jednak (z punktu widzenia medycznego) jego prawdopodobieństwo wzrasta, gdy niewiasta dochodzi do orgazmu nie sama, lecz równocześnie ze złożeniem nasienia mężczyzny w łonie. 
- Gdy małżonkowie przerywają akt małżeński przed złożeniem nasienia, nie grzeszą, jeśli nie ma niebezpieczeństwa wylania nasienia poza łonem i jeśli działają w zgodzie, np. z powodu słusznej racji uniknięcia potomstwa w danej chwili (z powodu choroby czy niemożliwości wychowania większej liczby potomstwa). Akt taki służy drugorzędnemu celowi, czyli uśmierzeniu pożądliwości, dlatego jest dozwolony. Brak zgody, czyli unikanie poczęcia przez jednego z małżonków, sprawia jednak, że taki akt staje się grzeszny, gdyż sprzeciwia się powinności małżeńskiej, która odnosi się do pełnego i płodnego aktu. Należy mieć na uwadze, że w kwestii tzw. stosunków przerywanych nie ma całkowitej zgody między teologami. Podane tutaj stanowisko odpowiada szkole jezuickiej, podczas gdy teologowie tomistyczni uważają stosunek przerywany za grzeszny, jeśli przerwanie - czyli akt niepełny - jest z góry zamierzone. Więcej o tym tutaj. 
- Każda czynność niewiasty mająca na celu usunięcie złożonego nasienia i tym samym zapobieżenie zapłodnieniu jest grzeszna. 


9. 
W akcie małżeńskim dozwolone są czynności pożądliwości niedokonanej (actus luxuriae imperfectae), zarówno wzajemne jak też wykonane na sobie, o ile są konieczne bądź użyteczne dla dokonania akt małżeńskiego. Konkretnie:
- Gdy jest intencja dokonania aktu małżeńskiego, wówczas dozwolone są spojrzenia, dotykanie itp., które pobudzają do zjednoczenia narządów, zarówno przed jak i podczas zjednoczenia. Należy jednak zważać, by podczas tej "gry wstępnej" nie doszło do wylania nasienia. 
- Gdy mężczyzna dokonał aktu zanim niewiasta doznała orgazmu, wówczas może ona także sama dotykiem bądź w inny sposób doprowadzić siebie do pełnego przeżycia zmysłowego. 
- Nie jest dozwolone mężczyźnie doprowadzenie siebie do wylania nasienia po tym, gdy niewiasta się wycofała, doznawszy orgazmu przed nim, czyli poza łonem niewiasty. 

Związek małżeński nie daje prawa i nie usprawiedliwia czynów przeciw naturze aktu sexualnego. Dotyczy to sodomii niedoskonałej oraz onanizmu.


10. 
Sodomia niedoskonała jest wtedy, gdy mężczyzna wnika w organ niewłaściwy dla płodnego współżycia, niezależnie od tego, czy oddaje nasienie w nim czy poza nim. Jest to zawsze grzech ciężki, gdy odbywa się za obopólną zgodą. 
Jednak niewiasta może bez grzechu ulec sodomickiemu aktowi mężczyzny pod następującymi warunkami:
1) gdy stara się, ale nie może temu zapobiec bez poważnych złych skutków, oraz
2) gdy nie zgadza się na przyjemność zmysłową wynikającą z tego aktu.

Tutaj godny uwagi jest następujący szczegół, podany przez x. Noldin'a:




W wolnym tłumaczeniu: 
Oprócz tego, co jest sprzeczne z naturalnym celem współżycia (czyli z płodnością), nie ma czynności między małżonkami, które byłyby z pewnością grzechem ciężkim, nawet jeśli byłaby nieuporządkowana i wstrętna. Dlatego, jeśli wykluczona jest pożądliwość sodomicka (czyli upodobanie w spółkowaniu wbrew naturze), wówczas nie zawsze są grzechem ciężkim następujące przypadki:
a. gdy połączenie z narządem niewłaściwym odbywa się z zamiarem dokonania w narządzie właściwym,
b. gdy narząd płciowy dotyka narządu niewłaściwego niewiasty, ale nie dochodzi do wylania nasienia. 

Należy mieć tutaj na uwadze: chodzi o to, czy czynność sodomicka w małżeństwie jest zawsze i z pewnością grzechem ciężkim. Tym samym x. Noldin nie podaje, że nie jest wcale grzeszna, ani że jest w porządku czy piękna, jak to głoszą o. Knotz, o. Recław i im podobni. Innymi słowy: taka czynność - a do takich zalicza się tzw. sex oralny - jest grzeszna, aczkolwiek nie zawsze musi być grzechem ciężkim. Jest grzeszna, ponieważ jest połączeniem organu płciowego z organem niewłaściwym dla płodności, czyli w sposób nieuporządkowany, a jest na pewno grzechem ciężkim, jeśli jest wykonywana z upodobania, a nie z konieczności czy przynajmniej pożyteczności dla właściwego połączenia sexualnego. 

I jeszcze zgodnie z obietnicą podaję źródła, na których się głównie opieram, a są to akurat podręczniki katolickiej teologii moralnej autorstwa dwóch jezuitów, austriackiego i hiszpańskiego:








P. S. 

Otrzymałem pytanie domagające się dopowiedzenia:




Odpowiadam:

1. Tak, chodzi o pobudzenie narządów płciowych. 

2. Pocałunki namiętne - w sensie nie takiego typu jak między rodzicami i dziećmi, czy między rodzeństwem - są poza małżeństwem zasadniczo grzeszne, nie tylko ze względu na cel czy zamiar, lecz także ze względu na przyczynę i skutek. Do skutków powodujących grzeszność przynajmniej lekką należy zgorszenie, gdyż osoby postronne nie są w stanie ocenić wewnętrznego nastawienia i są zdane na akt zewnętrzny. Taki akt, właściwy dla małżonków, oznacza przynajmniej w odbiorze pewną uzurpację oraz lekceważenie wagi związku małżeńskiego.