Co to jest "chorał sarmacki"?



Najkrócej odpowiadając: jest to wynalazek Roberta Pożarskiego na użytek propagowania i komercjalizacji jego stylu wykonywania muzyki dawnej, głównie kościelnej czyli chorału. Także nazwa jest jego wynalazkiem, jako marka komercyjna.

Oto oficjalne informacje o tej osobie (źródło tutaj ):



Nie chcąc na wstępie wdawać się w dyskusję o charakterze muzyczno-estetycznym odnośnie owego "chorału", zwrócę najpierw uwagę na suche fakty historyczne.

Jak można wyczytać w oficjalnej biografii artystycznej, Pożarski studiował we Francji u Marcel'a Peres'a, z którym jest stale związany. W oficjalnych źródłach (jak tutaj ) nazwany jest nawet tegoż uczniem:


Związek z Peres'em jest właśnie kluczem do działalności, z której Pożarski obecnie słynie, czyli projektu "Chorał sarmacki". Podkreślam: wbrew temu, co sugeruje ta nazwa, nie chodzi w tym wcale o prezentację czy odkrycie jakiegoś zapomnianego czy nieznanego dotychczas gatunku, lecz wyłącznie o sposób interpretacji dawnych utworów muzycznych i to sposób nieznany dotychczas. Należy dodać, że nie tylko nieznany lecz wręcz pozbawiony podstaw w wynikach poważnych badań źródeł muzycznych. Ów sztandarowy projekt Pożarskiego jest w swej istocie niczym innym jak zastosowaniem metody interpretacji Peres'a do dawnej muzyki polskiej.

Co mówi Peres o swojej interpretacji? Otóż on sam deklaruje, że nie chodzi mu o rekonstrukcję i reaktywację dawnego wykonania muzyki kościelnej lecz o własną twórczą interpretację dawnych zapisów:


Tym samym kłamliwe są chwyty reklamowe, mówiące - zapewne zresztą za wiedzą i zgodą samego Peres'a - jakoby jego wykonanie było odtworzeniem muzyki dawnej (starożytnej czy średniowiecznej).

Kim jest więc Marcel Peres? Nie ma w tym miejscu potrzeby szerokiego przedstawiania osoby i działalności. Informacje ogólne można łatwo znaleźć w internecie. Zwrócę natomiast uwagę na pewne fakty znane wprawdzie publicznie, jednak zwykle pomijane czy lekceważone.

Jak podają wszystkie źródła, Peres jest związany od 1984 r. z dość znamienną fundacją (źródło tutaj ):



Jest to fundacja z siedzibą w zagrabionym przez rewolucję klasztorze cystersów w Royaumont koło Paryża, zakupionym na początku XX w. przez przemysłowca Jules Gouin. Jak podaje wiki, jego ojciec Ernest, który również był przemysłowcem, dorobił się majątku dzięki poparciu finansjery żydowskiej, w tym także Rothschild'ów:


Poślubił córkę żydowskiego finansjera pochodzącego z Portugalii:



Także jego najstarszy syn Jules poślubił kobietę z zamożnego żydowskiego rodu Singer 'ów. Również tegoż syn Edouard oraz wnuk Henry byli związani zawodowo i rodzinnie z kręgami bankowców i przemysłowców. To właśnie Henry wraz ze swoją małżonką z rodziny Lang oraz przy pomocy lewackiego pisarza Andre Malraux (związanego z komunistami, także sowieckimi, i ożenionego w pierwszym małżeństwie z żydówką) utworzył fundację w Royaumont z wyraźnie lewacko-masońskimi celami "pour le progrès des Sciences de l’Homme" czyli "dla postępu nauk humanistycznych" (źródło tutaj ):



Myślę, że tyle podstawowych informacyj w tym miejscu wystarczy. Pamiętać należy, że fundacja z całą pewnością nie wspiera każdego projektu ani każdego artysty. I zapewne ma poważny wpływ zarówno na orientację jak też na owoce wspieranej działalności.

Jak się to ma do sytuacji w Polsce? Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że owa fundacja, finansując M. Peres'a wspiera także jego działalność w Polsce, trwającą zresztą już ponad 20 lat. Główną formą tej działalności jest festiwal w Jarosławiu, który ma wyraźnie charakter "ekumeniczny" i paramasoński, promujący islam (warto zajrzeć tutaj ):


Ta promocja islamu pochodzi zapewne od Peres'a, który ma ją w swoim stałym repertuarze ( źródło ):



Odnogą tego festiwalu są "warsztaty liturgiczne Ars Celebrandi" organizowane w Licheniu przez właściwie tę samą ekipę pod duchowym (i też finansowym) przywództwem dominikanina o. W. Gołaskiego. To są największe doroczne imprezy w Polsce, wprost propagujące działalność M. Peres'a i jego uczniów. Pod pozorem promowania liturgii tradycyjnej odbywa się w ten sposób dość nachalne przeszczepianie peresizmu na grunt polski, pod oficjalną acz kłamliwą etykietką nadaną przez R. Pożarskiego czyli jako "chorał sarmacki".

Na koniec kilka skrótowych uwag teologicznych oraz muzyczno-estetycznych.

Jak wiadomo, muzyka kościelna czyli wykonywana podczas liturgii katolickiej, uregulowana jest w księgach liturgicznych także w zapisie nutowym, który zawiera pewne reguły interpretacji. Dochodzi do tego żywa tradycja interpretacji, kultywowanej w ośrodkach czyli instytutach muzyki kościelnej założonych i kierowanych przez władze kościelne. Wiadomo, że "nowatorska" interpretacja prezentowana przez Peres'a i jego uczniów nie tylko nie ma związku z instytutami kościelnymi lecz wprost znajduje się w sprzeczności z ich zasadami interpretacji. Zapewne dlatego właśnie peresiści w Polsce obrali sobie dla autopromocji akurat kręgi indultowe, które już generalnie traktowane są przez władze kościelne jako dziwaczne i niezrozumiałe.

Główną zasadą muzyki kościelnej, czyli takiej, którą według reguł Kościoła wolno używać podczas liturgii, jest duch wiary i modlitwy. Tym samym kryteriami podstawowymi jest zgodność z
- wiarą katolicką oraz
- istotą i naturą modlitwy.

Podstawową prawdą wiary jest wiara o Bogu Trójjedynym, Stworzycielu i Zbawcy, ku któremu mają się zwracać wszystkie siły i dążenia człowieka. Ten jedyny prawdziwy Bóg przewyższa wszystko Swoją dobrocią i pięknem. To ku Niemu człowiek wznosi się w modlitwie, której może i powinna pomagać muzyka w liturgii. Dlatego w muzyce kościelnej istotny jest wymiar piękna, czyli estetyczny.

Nie mniej istotna jest powszechność muzyki kościelnej, która jest udziałem w powszechności czyli katolickości liturgii i Kościoła. Innymi słowy: każdy uczestnik liturgii, także niewykształcony muzycznie powinien mieć możliwość odebrania muzyki liturgicznej jako pięknej i pomocnej we wzniesieniu umysłu i serca ku Bogu.

Czy te kryteria są spełnione w wypadku peresizmu z fałszywą etykietką "chorału sarmackiego"? Zdecydowanie nie są. Wystarczy zapytać przeciętnych odbiorców tego stylu, zarówno duchownych jak też zwykłych wiernych. Duszpasterze dopuszczający tego typu śpiewaków powinni - oczywiście najpierw poza liturgią - zaprezentować współbraciom i też wiernym te wykonania z zapytaniem, czy są one pomocne w modlitwie. Wynik takiej ankiety jest dość łatwy do przewidzenia. Tym samym tego typu śpiewacy nie powinni mieć prawa występowania podczas liturgii katolickiej, pod żadnym pozorem. Liturgia nie jest miejscem experymentowania wymysłów artystycznych, tym bardziej pseudoartystycznych. Kto tego nie rozumie, ten nie ma i chyba też nie chce mieć ani pojęcia ani wyczucia dla zasad Kościoła i zasad liturgii.

Przy okazji można sobie obejrzeć, jakie są owoce pereso-pożarskizmu wśród młodzieży:


(źródło tutaj )



(źródło tutaj )

Czy późnośredniowieczna praktyka świadczy przeciw celibatowi? (z post scriptum)



Znany w pewnych kręgach świecki chemik, chlubiący się byciem "akolitą" tudzież często paradujący jako fałszywy "subdiakon" w celebrach indultowych, regularnie próbuje usprawiedliwić i uzasadnić swoją praktykę, która jest jego wynalazkiem i to sprzecznym z Tradycją Kościoła. Mówiąc krótko: ta sprzeczność polega na tym, że NIGDY w historii Kościoła nie było praktyki, by świecki i to nie żyjący w celibacie sprawował liturgiczną funkcję subdiakona, czyli stopnia wyższych święceń.

Przeanalizujmy po kolei.

1. Pan Wolański zauważa słusznie, że w Tradycji Kościoła celibat (czyli dozgonne bezżeństwo) obowiązywał od momentu przyjęcia święceń subdiakonatu. Pomija jednak, że
- subdiakonów w Kościele zawsze obowiązywała wstrzemięźliwość sexualna i celibat czyli dozgonna bezżenność, oraz że
- on sam regularnie popełnia wykroczenie przeciw tej zasadzie i tym samym grzech ciężki przeciw prawdziwej czci Boga i przeciw Kościołowi, skoro jako świecki nieżyjący ani w czystości ani w celibacie pełni funkcję subdiakona.

Tę swoją praktykę próbuje usprawiedliwić tym, że robi to tylko w zastępstwie subdiakona, podobnie jak ministranci, czyli świeccy nie wyświęceni w żadnym stopniu święceń, zastępują minorystów (duchownych niższych święceń, czyli kleryków). Jest to tłumaczenie nieporadne i kłamliwe, z wielu względów:

- Nigdy w Kościele nie było praktyki zastępowania przez świeckich w funkcjach duchownych wyższych święceń, z subdiakonatem włącznie. I nie jest to bynajmniej przypadkowe, gdyż począwszy od subdiakonatu obowiązywała stała i dożywotnia wstrzemięźliwość sexualna. Ma to istotne znaczenie ze względu na istotę sprawowania kultu katolickiego jako działania w Osobie Jezusa Chrystusa, jak też ze względu na jedność sakramentu święceń, którego jakby przedsionkiem jest stopień subdiakona (przez niektórych teologów zaliczany nawet do święceń sakramentalnych).

- Podczas gdy w sytuacji braku minorystów jest potrzeba a nawet konieczność usługiwania kapłanowi, co jest powodem dopuszczenia świeckich (ministrantów) do spełnienia koniecznych posług, to nie ma nigdy i pod żadnym względem konieczności ani nawet potrzeby zaangażowania świeckich do pełnienia funkcji subdiakona, gdyż ma ona miejsce wyłącznie w formie celebracji uroczystej, która nie jest niezbędna pod jakimkolwiek względem. Innymi słowy: nawet celebracja biskupa może się odbyć w razie braku subdiakona w formie mniej uroczystej (tzw. celebracja prałacka). Stopień świetności formy nie jest istotny pod względem wyrażania wiary katolickiej, podczas gdy pomieszanie porządku hierarchicznego uderza wprost w ustrój Kościoła i tym samym w jego istotę.

2. Pan Wolański twierdzi, że przed święceniami subdiakonatu nie składano przyrzeczenia celibatu, oraz wiąże z tym twierdzenie, że udzielanie święceń niższych żonatym było powszechne. Jako przykład podaje Mikołaja Kopernika, Jana Kochanowskiego oraz Franciszka Liszt'a.

Zauważmy:

- Kopernik miał prawdopodobnie niższe święcenia, ale nie był żonaty.

- Kochanowski prawdopodobnie nie miał święceń, przynajmniej wyższych, aczkolwiek przez pewien czas zarządzał probostwem, o czym mówi źródło:


Zaznaczyć należy, że określenie in sacris oznacza generalnie wszystkie stopnie święceń jako związane ze sprawowaniem sakramentów, nie tylko wyższe stopnie święceń, por. tutaj i tutaj :


Istotne jest także, że Kochanowski był proboszczem PRZED zawarciem związku małżeńskiego, czyli z całą pewnością nie otrzymał święceń jako żonaty. Wraz z małżeństwem prawdopodobnie stracił probostwo, którego w znaczeniu duszpasterstwa zresztą nigdy nie miał, bo nigdy nie rezydował na probostwie, a był jedynie zarządcą z tytułem dochodów z probostwa. Tytuły kościelne były bowiem wówczas dość często traktowane jako sposób zabezpieczenia dochodów za zarządzanie, nie za sprawowanie sakramentów czyli nie za duszpasterstwo.

- Liszt zamierzał zawrzeć związek małżeński w wieku 50 lat, w 1861 r. w Rzymie. Jednak małżeństwo nie doszło do skutku, po czym jego niedoszła małżonka Carolyne zaczęła studiować teologię i pisać książki, a kompozytor zamieszkał w jednym z klasztorów rzymskich, częściowo też w Watykanie, poświęcając się muzyce religijnej. Kilka lat później, w 1865 r., przyjął tonsurę oraz niższe święcenia, nosząc odtąd koloratkę jako strój duchowny.

Tym samym wszystkie trzy przykłady podane przez p. Wolańskiego są chybione: w żadnym z tych przypadków nie mamy do czynienia z udzieleniem święceń żonatemu. Tym samym jego teza jest ewidentnie kłamliwa.

3. Dokładnie tak samo rzecz się ma ze wskazaniem na artykuł A. Borka o praktyce udzielania święceń na przełomie XV i XVI w. w kilku diecezjach polskich. Praca ma charakter zasadniczo statystyczny, jak zaznacza autor:



Jednak w żaden sposób nie potwierdza tezy p. Wolańskiego, a nawet jej dość wyraźnie przeczy, przynajmniej pośrednio:


Zestawienia statystyczne jasno pokazują związek święceń akolitatu ze święceniami wyższymi, czyli od subdiakonatu do prezbiteratu. Wprawdzie znaczna część wyświęconych akolitów nie przyjmowała wyższych święceń, jednak dokładnie NIC nie wskazuje na to, by w momencie przyjęcia święceń akolitatu byli oni żonaci. Także więc analiza tych źródeł potwierdza praktykę Kościoła także obecną: akolitat udzielano kandydatom do urzędów kościelnych związanych zasadniczo z wyższymi święceniami, aczkolwiek nie wszyscy de facto dochodzili do wyższych stopni, co wiązało się z wieloma czynnikami.







Wyjaśnić należy, że używane przez A. Borka określenie "duchowieństwo świeckie" jest mylne i może prowadzić do nieporozumień. Autor ma na myśli oczywiście duchowieństwo diecezjalne w odróżnieniu od zakonnego i nawiązuje do łacińskiego określenia "clerus saecularis". Należy pamiętać, że polskie słowo "świecki" może oznaczać zarówno łacińskie "saecularis" (w znaczeniu duchowieństwa żyjącego w świecie, czyli nie w klasztorze) jak też "laicalis", czyli przynależność do stanu świeckiego w odróżnieniu do stanu duchownego związanego z tonsurą oraz święceniami.

4. Kłamliwe jest także sugerowanie przez p. Wolańskiego, jakoby kanonicy minoryści byli żonatymi mężczyznami z prawem sprawowania liturgicznej funkcji subdiakona. Jest dokładnie odwrotnie: wszystkie dokumenty Kościoła ze wszystkich epok zakazują sprawowania liturgicznych funkcyj wyższych święceń nieżyjącym we wstrzemięźliwości sexualnej.

5. W końcu kłamliwe w tym kontekście jest również wskazanie na wschodniacką praktykę udzielania święceń niższych na stałe:
Po pierwsze, także w Kościele rzymskim święcenia niższe zawsze były i są udzielane na stałe, jednak ich wykonywanie jest uzależnione od pewnych warunków.
Po drugie, wmieszanie tutaj udzielania święceń niższych na stałe sugeruje fałszywie, jakoby już w pierwszych wiekach udzielano święceń niższych zarówno żonatym jak też bez zobowiązania do wstrzemięźliwości.

Jest dokładnie odwrotnie: jak poświadczają źródła historyczne, we większości regionów Kościoła nawet już lektorzy i kantorzy byli zobowiązani do życia w czystości. Natomiast praktyka święcenia żonatych bez zobowiązania do wstrzemięźliwości pochodzi od sekty nowacjan i została wprowadzona drogą fałszerstwa dopiero na schizmatyckim Synodzie Trullańskim II (691 r.), w ewidentnej sprzeczność z Tradycją Apostolską oraz nauczaniem Ojców Kościoła, świętych i papieży. W tym temacie można i należy sobie poczytać zwłaszcza następujące źródła:

Książkę kardynała Alfonsa M. Stickler'a, archiwisty Stolicy Apostolskiej:


Książka została wydana pierwotnie przez urzędowe wydawnictwo watykańskie:



Znacznie obszerniejsza jest źródłowo-historyczna pozycja jezuity o. Cochini'ego o pochodzeniu apostolskim celibatu:



Bardziej systematyczna jest książka profesora papieskich uczelni w Rzymie, obecnego rektora kolegium Campo Santo:



Przypadek p. Wolańskiego jest dość typowy dla strategii kłamliwej propagandy antykatolickiej, która widocznie atakuje nawet środowiska tzw. indultowe czyli deklarujące pielęgnowanie tradycyjnej liturgii rzymskiej w podległości władzom diecezjalnym. Ofiarą tej perfidnej akcji są głównie młodzi ludzie, często zasadniczo dobrej woli, jednak niewyposażeni w odpowiednią wiedzę i czujność, za to podatni na perswazję i kłamstwa, zwłaszcza gdy odpowiada to ich własnym zachciankom, upodobaniom i pożądliwościom. Zmierza to do wytworzenia nie tyle poczwary łączącej katolicyzm tradycyjny z antykatolickim modernizmem, co raczej do storpedowania i perwersji zainteresowania młodych ludzi Tradycją katolicką, sprowadzając je do estetyki, samorealizacji i autoprezentacji. Już charakter stosowanej metody - fałszerstwa, kłamstwa, oszczerstwa, wykluczanie opinii katolickiej - jednoznacznie wskazuje na pochodzenie i motywy. To też jest element szatańskiego smrodu, który wtargnął do Kościoła.


Post scriptum


Na koniec jeszcze gwoli uzupełnienia w temacie, gdyż argumenty bardzo często powracają: 

1. 

Jak wspomniałem, jest otóż pewne, że aż do VII w. także na Wschodzie obowiązywała zasada wstrzemięźliwości duchownych (continentia clericalis). Jest pewne, że ta zasada pochodzi od Apostołów (wszyscy Apostołowie byli bezżenni, św. Piotr był w momencie powołania wdowcem). Obszernie o tym mówią książki, które podałem wyżej. Wiem, że spora część starszych książek twierdzi inaczej, tzn. twierdząc błędnie, że wschodniacy zachowują starszą tradycję. To twierdzenie jest obecnie gruntownie obalone przez badania źródłowo-historyczne ostatnich dekad. W Polsce niestety wielu nadal opiera się na kłamliwej książce x. Grzegorza Rysia wydanej w 2002 r., która perfidnie powiela przestarzałe mity rozpowszechniane w antykatolickiej propagandzie wschodniaków i protestantów.

Jedynym problemem jest fakt, że papieże pozwolili unitom zachować wadliwą, opartą na fałszerstwie praktykę. Tutaj dopiero wchodzi kwestia dogmatycznej rangi celibatu:
- Po pierwsze dopiero od kilku dziesięcioleci sprawa jest historycznie ostatecznie wyjaśniona, tzn. jest bezsprzecznie wykazane, że obecna praktyka wschodniacka wcale nie jest pierwotna i apostolska.
- Po drugie, wstrzemięźliwość ma ścisły związek z istotą sakramentu święceń jako włączeniu w działanie Osoby Jezusa Chrystusa, ale jako kwestia dyscypliny nie należy do istoty sakramentu, która stanowi o jego ważności. Trafne jest tutaj porównanie do chleba używanego w Eucharystii: z całą pewnością Pan Jezus użył chleba niekwaszonego, i temu wierna jest tradycyjna liturgia rzymska, jednak Konsekracja chleba kwaszonego nie powoduje nieważności sakramentalnej.

2.
Pewien młody człowiek zabłysnął następującym argumentem:



Popełnia tutaj szereg elementarnych błędów, mam nadzieję, że z niewiedzy, nie ze złej woli:

Po pierwsze, nie ma żadnego oficjalnego dokumentu "Rzymu" w tej sprawie. Są jedynie rzekome listy sekretariatu Komisji "Ecclesia Dei" skierowane do prywatnych osób, tudzież ustna wypowiedź byłego sekretarza tejże Komisji. Tego typu wypowiedzi NIE stanowią oficjalnego stanowiska Stolicy Apostolskiej i tym samym nie mają ŻADNEJ mocy wiążącej. Mogą jedynie stanowić podstawę do tego, że ktoś praktykujący to sprzeczne z Tradycją Kościoła dziwactwo obecnie de facto nie naraża się na kary kościelne.

Po drugie, istotne jest, co jest Tradycją Kościoła, tzn. zgodne z wiarą Kościoła odnośnie sakramentów święceń i Eucharystii oraz z poświadczoną od czasów apostolskich dyscypliną. Tych faktów nie jest w stanie zmienić ani żaden list Komisji "ED" do prywatnych osób, ani nawet oficjalny dokument (którego zresztą nie ma i raczej nie będzie, przynajmniej póki co).

Po trzecie, młodzieniec miesza różne sprawy. Otóż czymś innym jest dopuszczenie akolity alumna seminarium przygotowującego się do kapłaństwa i żyjącego w celibacie, a czymś innym "akolity" świeckiego żonatego i tym samym nie mającego nic wspólnego ze stanem duchownym. W przypadku tego pierwszego pełnienie posługi subdiakona da się pogodzić z Tradycją Kościoła. Przypadku tego drugiego zdecydowanie nie da się pogodzić.

Po czwarte, nawet gdyby istniał oficjalny dokument dopuszczający świeckich żonatych "akolitów" do pełnienia posługi subdiakona, to nie stanowiłby on Magisterium choćby nawet zwyczajnego. A to z wielorakich powodów, mianowicie
- natury sprawy, która jest sama w sobie dyscyplinarna, nie dotycząca wprost wiary i moralności, choć ściśle z nimi powiązana, oraz
- sprzeczności z Tradycją Apostolską wraz ze stałym nauczaniem i dyscypliną Kościoła.
Być może młodzieniec o tym nie wie, ale w Kościele jest tak, że władza kościelna, zwłaszcza władza nauczania, ma dość ściśle określone granice i tym samym nie ma prawa ani nauczać ani zobowiązywać do przestrzegania czegoś, co nie ma podstaw ani w źródłach Objawienia (Tradycji i Piśmie św.) ani w stałej praktyce Kościoła.

3.
Wśród fanów p. Wolańskiego podawane są kłamliwie także inne rzekome przykłady na godzenie funkcyj duchownych, w tym liturgicznych, ze stanem małżeńskim.

- Prezydent Francji: Chodzi o to, że prezydenci Francji z racji urzędu roszczą sobie prawo do tytułu honorowego kanonika Bazylika Laterańskiej w Rzymie. Jest to pozostałość przywileju królów Francji, sięgającego króla Henryka IV, który w 1604 r. z racji nawrócenia się na katolicyzm ofiarował Stolicy Apostolskiej posiadłość opactwa w Clairac, a w ramach wzajemności otrzymał honorowy tytuł kanonika (źródło tutaj). Niektóry prezydenci Republiki Francuskiej jako quasi spadkobiercy prawni monarchii korzystają z tego tytułu. Pierwszym prezydentem, który z niego skorzystał, był Charles de Gaulle. Zresztą po nim jedni z niego korzystali, inni nie korzystali (źródło tutaj). Ten tytuł nie wiąże się ani z prawem do uposażenia, ani do sprawowania funkcyj liturgicznych. Tym samym nie ma dokładnie nic wspólnego ze sprawą święcenia żonatych. Dotyczy natomiast kwestii teologicznego rozumienia namaszczenia na króla czyli koronacji. Wiadomo, że - jak każdy obrzęd liturgiczny - jest to sakramentale, choć niektórzy teologowie średniowieczni (pod wpływem fałszywej teologii bizantyńskiej) uważali namaszczenie na króla za sakrament.

- Podobny charakter ma powoływanie się na rzekomo diakonalną funkcję cesarza czyli władcy świeckiego podczas liturgii.
Po pierwsze, nie zawsze był jasny teologiczny status namaszczenia koronacyjnego. W teologii bizantyńskiej i niemieckiej była tendencja sakralizacji, czyli nadawania władzy królewskiej i cesarskiej statusu sakralnego. Nie ma to jednak oparcia ani w Tradycji Kościoła, ani nawet u przytłaczającej większości Ojców Kościoła (przykładem jest chociażby doktryna polityczna św. Jana Damasceńskiego, który streszcza i syntetyzuje nauczanie Ojców Kościoła, por. tutaj).
Po drugie, żadne księgi liturgiczne nie przewidują pełnienia funkcji duchownych wyższych święceń nawet przez namaszczonego władcę. Jeśli miało to gdzieś miejsce i zostało odnotowanie historycznie, to było to jedynie lokalne nadużycie, sprzeczne z nauczaniem i sakramentalną dyscypliną Kościoła.
Po trzecie, poświadczone jest owszem rozumienie władzy namaszczonego władcy jako posługi diakonalnej, ale akurat nie w znaczeniu liturgiczno-sakramentalnym lecz w dziedzinie charytatywnej czyli doczesnej (więcej tutaj).

Tym samym całkowicie chybione i kłamliwe są także tego typu próby p. Wolańskiego i jego fanów.

Czy sex jest piękny?


Taki oto plakacik pojawił się ostatnio w kręgach konserwatywnych katolików i rychło stał się popularny, nie bez powodów zresztą. Podaje on istotnie ważne zasady:

- właściwymi odpowiedzialnymi za wychowanie dzieci także w sferze sexualności są rodzice, co wymaga od nich wyczucia i przygotowania,

- niezbędne i ważne jest poczucie wstydu oraz nietykalność cielesna,

- niezbędne jest panowanie nad popędem płciowym.

Zasada podana w plakacie jako pierwszy punkt wymaga natomiast komentarza i korekty.

Przede wszystkim autor miesza tutaj różne pojęcia, kategorie i sfery. To pomieszanie sfery zmysłowej i estetycznej, czyli przyjemności (która notabene wcale nie jest istotną cechą stosunku płciowego, ponieważ nie musi automatycznie dotyczyć obojga uczestniczących), sfery moralnej, czyli oceny jako dobra, a ostatecznie też filozoficznej i teologicznej, świadczy o mało reflexyjnym podejściu do tematu, a zwłaszcza o poddaniu się wpływowi modnej ostatnio tzw. teologii ciała, która oznacza właściwie "teologię" narządów płciowych i kopulacji.

Z perspektywy teologii katolickiej należy wskazać na następujące prawdy:

1. Stosunek płciowy należy do porządku stworzenia w tym znaczeniu, że został stworzony przez Boga w odpowiednim celu, którym jest przekazywanie życia biologicznego, co w wypadku człowieka oczywiście wiąże się ze stworzeniem duszy nieśmiertelnej powołanej do życia wiecznego, ostatecznie do chwały niebiańskiej wraz z ciałem. Stosunek płciowy jest tylko wtedy dobry moralnie, gdy odpowiada temu celowi i tym samym gdy odbywa się w małżeństwie jako naturalnej wspólnocie służącej temu celowi. Tak naucza stałe Magisterium Kościoła. Tak więc stosunek płciowy nie jest dobrem samym w sobie, lecz jedynie środkiem dla dobra, którym jest wydanie na świat potomstwa. Gdy ktoś uważa sex generalnie za dobro, to po pierwsze widocznie myli je z subiektywnie doświadczaną własną przyjemnością, a po drugie nie rozumie (może nawet nie chce rozumieć) właściwego znaczenia i wartości czystości, która jest zresztą istotną cechą właśnie wieku dziecięcego. Niezrozumienie, a tym bardziej odrzucenie dobra czystości jest prostą drogą do sexualizacji dzieci.

2. Nie wolno zapominać, że faktyczny porządek stworzenia uwzględnia i ma wbudowany grzech pierworodny i jego konsekwencje. Według powszechnej opinii już Ojców Kościoła, rozmnażanie rodzaju ludzkiego i tym samym stosunek płciowy wynika ze śmiertelności człowieka, która jest karą za grzech pierworodny. Bez grzechu pierworodnego i kary zań nie byłoby śmierci i tym samym konieczności przekazywania życia poprzez całą historię aż do skończenia świata. Pan Bóg stworzył człowieka wyposażonego w płciowość właśnie dlatego, że przewidział grzech pierworodny (tak właśnie należy rozumieć także słowa z Księgi Rodzaju: "bądźcie płodni i rozmnażajcie się", mianowicie jako skierowane do całego rodzaju ludzkiego, nie tylko do pierwszych rodziców przed upadkiem grzechowym). Niezauważanie czy negowanie tego związku pochodzi z pogańskiej (czy parapogańskiej) negacji grzechu pierworodnego i do niej prowadzi. Innymi słowy: apoteoza stosunku płciowego, która de facto ma miejsce w tzw. teologii ciała, ma korzenie niechrześcijańskie i charakter niechrześcijański, a polega na antropologii fałszywej już nawet pod względem filozoficznym, tym bardziej teologicznym.

3. Pojęcie piękna odnosi się z reguły do dziedziny estetyki, czyli doświadczenia potocznego, ogólnoludzkiego, także z pogłębioną reflexją filozoficzną i teologiczną. Poczucie wstydu spełnia tutaj szczególną rolę, gdyż każdy człowiek w sposób naturalny, instynktowny i intuicyjny ukrywa to, co odczuwa jako nieestetyczne, czyli brzydkie, czy niemoralne, czyli złe conajmniej według opinii otoczenia, czy przynajmniej jako niedoskonałe i niskie w skali wartości ludzkich. Piękna jest miłość i jej okazywanie, jednak nie jest to tożsame z odbywaniem stosunku płciowego czy jego namiastkami. Jeśli stosunek płciowy jest piękny, jak głosi plakacik, to dlaczego każdy normalny człowiek wiąże go ze sferą prywatną i intymną, a jego odbywanie publiczne jest właściwie przez wszystkich uważane za niewłaściwe i gorszące? Wszak nawet uprawiający zwyrodniałe excesy "artyści" nie uprawiają autentycznego stosunku płciowego publicznie, lecz poza "sztuką" zachowują intymność.

4. Należy oczywiście odróżnić aspekt estetyczny od moralnego. Operacja chirurgiczna czy wiercenie w zębie dla jego wyleczenia nie jest piękne, ale jest dobre, o ile służy zdrowiu. Podobnie jest z kopulacją. Wszak odbywa się ona przez narządy służące na co dzień do innych celów i to akurat zupełnie nieestetycznych. Jakieś pseudogórnolotne apoteozowanie kopulacji nie jest w stanie zmienić naturalnego wyczucia każdego normalnego człowieka w tej kwestii. Nikt dysponujący zdrowym wyczuciem i trzeźwym myśleniem nie jest gotów odbywać stosunku płciowego publicznie, zwłaszcza gdy chodzi o związek z ukochaną osobą. Okazywanie miłości tej osobie jest piękne i może mieć miejsce publicznie, jednak nikt kierujący się poczuciem intymności i wstydu nie czyni tego publicznie w sposób zmysłowo-sexualny, właściwy dla stosunku płciowego. Publiczne imitowanie czy parodiowanie kopulacji jest właściwe dla marginesu społecznego, związanego mniej czy bardziej pośrednio z biznesem pornografii i demoralizacji, i tym samym zasługuje na sprzeciw i odpowiednie środki prawne, które zresztą mają miejsce - choć w różnym stopniu - w każdym cywilizowanym państwie.

5. Nie wolno też zapominać o wartości dziewictwa i czystości, docenianej zwłaszcza i w sposób konsekwentny, właściwie wyjątkowy w jedynym prawdziwym Kościele Bożym, czyli katolickim. Jeśliby kopulacja była sama w sobie dobra i piękna, to człowiek żyjący w dziewictwie i czystości - w tym sam Jezus Chrystus, Jego Najświętsza Matka, Jej Oblubieniec i niezliczone rzesze świętych - byłby pozbawiony dobra i piękna należącego istotnie do życia ludzkiego. Według Tradycji Kościoła i już samego Pisma św. jest dokładnie odwrotnie: to dziewictwo i czystość mają szczególną wartość, gdyż wskazują na wyższą godność i wyższe przeznaczenie człowieka - ponadcodzienne, ponadcielesne, ponadbiologiczne i ponadzmysłowe. Dopiero w docenieniu wartości dziewictwa tkwi mocny argument za ochroną czystości dzieci i młodzieży, czyli przeciw sexualizacji i ostatecznie przeciw zakusom zwyrodnialców. Dziecko wychowane w atmosferze naturalnej wstydliwości i czystości już nawet instynktownie trzyma się z daleka od niebezpieczeństw. Dopiero rozbudzona ciekawość w połączeniu z utratą poczucia wstydu sprawia, że dziecko może stać się łatwym łupem zwyrodnialców.

Czy misjonarz jest Apostołem?



Najbardziej znany werbistą w Polsce jest obecnie zapewne o. Jacek Gniadek SVD - wyznawca, wielbiciel i propagator Ludwika Mises'a, ateistycznego ekonomisty głoszącego pseudofilozoficzne uzasadnienie lichwy oraz całkowitą niezależność ekonomii od etyki. W ramach tych poglądów o. Gniadek regularnie opowiada się publicznie przeciw zakazowi handlu w niedziele, także we wszystkich innych kwestiach socjoetycznych stawiając się jednoznacznie po stronie pseudoliberalnego korwinizmu (tutaj nieco więcej wraz ze wskazaniem na powiązania).

Akurat wczoraj prowadzona przez werbistów parafia w Warszawie gościła Radio Maryja oraz TV Trwam, gdzie zarówno podczas liturgii jak też "rozmów niedokończonych" nie zabrakło także o. Gniadka. Natomiast homilię wygłosił były prowincjał, obecnie rzecznik prasowy Polskiej Prowincji Księży Werbistów, o. Andrzej Danilewicz SVD. Jako że było to zasadniczo reklamowanie tegoż zgromadzenia, zwróćmy uwagę na główny wątek teologiczny wystąpienia. Ów fragment to (od ok. 1:12:00):

(...) Gdy Apostołowie chcieli w miejsce Judasza wybrać następcę, to szukali kogoś, kto od początku z nimi chodzi, jak mówią Dzieje Apostolskie, i który był świadkiem Zmartwychwstałego, który widział zmartwychwstałego Pana. (...) Nie można być posłanym bez spotkania ze zmartwychwstałym Panem. Trzeba najpierw go spotkać, dopiero wtedy można zostać Apostołem, można zostać misjonarzem. Inaczej będziemy głosić siebie, będziemy głosić jakąś doktrynę, albo praktyki religijne. A przecież naszym zadaniem jest głoszenie Chrystusa, Pana, który daje nam radość i życie. I spotkanie Boga żyjącego, tego umęczonego, ale i zmartwychwstałego, daje dopiero nam wielką siłę, wielki entuzjazm i wielką autentyczność w głoszeniu, naszemu świadectwu. 


W tym krótkich fragmencie zawartych jest kilka poważnych błędów teologicznych, a nawet herezyj, które świadczą przynajmniej o braku solidnej wiedzy teologicznej czy wręcz katechizmowej.

1. Utożsamienie urzędu i posłannictwa Apostołów z posłannictwem misjonarzy, widocznie także świeckich, skoro kaznodzieja zwraca się do słuchających wiernych.

2. Utożsamienie doświadczenia Apostołów z doświadczeniem ("spotkaniem") wiernych współczesnych, czyli tych, którzy nie widzieli zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa. Oznacza to sprowadzenie doświadczenia Apostołów do duchowego "spotkania" każdego wierzącego, czyli ostatecznie zanegowanie realności Zmartwychwstania i Zmartwychwstałego z duszą i ciałem, której naocznymi wiarygodnymi świadkami byli i są właśnie Apostołowie. Innymi słowy: skoro człowiek współczesny może i powinien spotkać Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego tak samo jak Apostołowie, czyli według świadectwa Pisma św. i Tradycji naoczni świadkowie wydarzeń, to te wydarzenia zostają sprowadzone do przeżyć czy doświadczeń dostępnych człowiekowi współczesnemu.

3. Brak odróżnienia istoty, specyfiki i jedyności posłannictwa następców Apostołów czyli biskupów (w jedności z następcą św. Piotra) wobec posłannictwa niższych duchownych i świeckich. Jest to nic innego jak paraprotestanckie zanegowanie katolickiego rozumienia urzędu apostolsko-biskupiego oraz ustroju hierarchicznego Kościoła.

4. Modernistyczne, również paraprotestanckie przeciwstawienie posłannictwa Kościoła nauczaniu wiary i obyczajów. Wystarczy prosto zapytać: Co głosi misjonarz jeśli nie Ewangelię, która jest nauczaniem prawdy objawionej, w tym także wymagań moralnych? Czegóż innego nauczał Jezus Chrystus, jak nie właśnie prawdy o Bogu i wezwań moralnych? Wygląda na to, że według o. Danilewicza misjonarz ma opowiadać o swoim "spotkaniu" z Jezusem Chrystusem, czyli de facto o swoich subiektywnych przeżyciach. Czyż to nie właśnie wtedy głosi siebie, zamiast prawdy Ewangelii poświadczonej i przekazanej przez Apostołów Kościołowi?

Zakładając, że o. Danilewicz mówi takie rzeczy nie z powodu świadomego odrzucenia prawd wiary katolickiej lecz z powodu braku elementarnej wiedzy, wskazuję przykładowe texty w temacie i to akurat te najnowsze:

Vaticanum II, Dei Verbum:


Katechizm Kościoła Katolickiego:



Z tych przykładowych fragmentów wynika dość jasno:

1. Jest istotna różnica między doświadczeniem i świadectwem Apostołów w znaczeniu naocznych świadków życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa a doświadczeniem i świadectwem innych wierzących w Jezusa Chrystusa. Różnica dotyczy oczywiście nie treści, lecz sposobu aktu wiary oraz rangi: wiara Apostołów wynikała z bezpośredniego, naocznego doświadczenia i ma rangę nadrzędną, podczas gdy wiara innych ludzi i następnych pokoleń opiera się na świadectwie wiary Apostołów, nie na własnym doświadczeniu i przeżyciu, i w tym znaczeniu ma rangę pochodną i drugorzędną. Innymi słowy: Kościół dlatego jest apostolski, ponieważ pochodzi i zależy od wiary Apostołów czyli naocznych świadków.

2. Jest istotna różnica co do urzędu i misji między następcami Apostołów (czyli biskupami wraz z niższymi duchownymi według ich udziału w tym urzędzie na mocy danego stopnia Sakramentu Święceń) a innymi wierzącymi. Innymi słowy: misja Apostołów ma wymiar ("element") jedyny i "nieprzekazywalny", jako że wyjątkowy w historii Kościoła. Nikt nie może budować swej wiary inaczej jak właśnie na niepowtarzalnym fundamencie Apostołów.

3. Nie ma sprzeczności ani przeciwieństwa między "spotkaniem" z Jezusem Chrystusem a przyjęciem Jego nauczania (doktryny) oraz przykazań (wymagań praktycznych). Kto inaczej twierdzi, ten wykazuje elementarną ignorancję nie tylko odnośnie dokumentów Kościoła lecz także Pisma św., zwłaszcza Ewangelij. Wystarczy pobieżna znajomość tych podstawowych źródeł, nawet abstrahując od pism teologów katolickich.

To wystąpienie o. Danilewicza jest niestety charakterystyczne dla duchownych uformowanych na modernistycznych bełkotach zamiast na zdrowej teologii katolickiej. Zakładając jego dobrą wolę wypada na koniec wezwać go i jemu podobnych duchownych do nadrobienia braków w wykształceniu zgodnym z wiarą Kościoła. Jest to niezbędne nie tylko dla jego duszy, lecz także dla dusz ludzi poddanych ich nauczaniu. Bez nawrócenia umysłu i serca do wiary katolickiej nie jest możliwa autentyczna działalność misyjna. Dlatego nie dziwi, że werbiści, podobnie jak inne zgromadzenia niegdyś misyjne, są w zapaści i na wymarciu tam, gdzie ludzie, nawet młodzi, zauważają sprzeczność ich poglądów i postępowania z katolicyzmem i tym samym kwestię wiarygodności takich wspólnot. Nikt normalny nie ma ochoty powierzyć swojego życia i działalności komuś, kto sam w sobie nie jest spójny, żyjąc i nauczając w sprzeczności do tego, za kogo się podaje.

Czy kapitalizm jest grzechem?


Skierowano do mnie zapytanie na kanwie jednego z ostatnich wystąpień p. Michalkiewicza (od ok. 1:53:00). Pytanie dotyczy w istocie stosunku Kościoła do kapitalizmu. Otóż muszę tutaj skorygować tezy p. Michalkiewicza.

1. Owszem, dokumenty Kościoła zasadniczo unikają używania pojęć takich jak kapitalizm i socjalizm, a to z tego względu że nie mają one jednoznacznej, powszechnej definicji i są różnie rozumiane. Dlatego Kościół omawia koncepcje i zjawiska, wskazując na problemy, bez zbędnego żonglowania wieloznacznymi nazwami.

2. Nie jest prawdą, jakoby tylko Leon XIII krytykował jedynie wyzysk, a nie system kapitalistyczny. We wszystkich encyklikach społecznych jest dość jasne wskazanie na pryncypia filozoficzne i teologiczne, zwłaszcza etyczne, które wystarczają do odrzucenia głównych założeń tego, co się ogólnie i powszechnie rozumie przez kapitalizm, mianowicie jako działanie oparte zasadniczo na indywidualnej korzyści kapitałowej.

3. Nie jest prawdą, jakoby nauczanie Kościoła nie krytykowało i nie odrzucało wyzysku przez państwo. Wystarczy choćby pobieżnie znać to nauczanie by wiedzieć, że jedną z jego podstaw jest zasada pomocniczości państwa. Oznacza ona, że zadania i kompetencje państwa zaczynają się tam, gdzie cele jednostki i społeczności nie mogą zostać zrealizowane na niższym poziomie organizacji społecznej. Innymi słowy: państwo może i powinno ingerować tylko tam i wtedy, gdy wymaga tego dobro społeczności lokalnej czy narodowej i gdy ta ingerencja jest konieczna dla dobra tej społeczności. Różnica w ujęciu kapitalistycznym polega na tym, że interes przedsiębiorstwa i przedsiębiorcy, także ponadnarodowego, jest według niego nadrzędny wobec dobra społeczności lokalnej i narodowej.

4. Nie jest prawdą, jakoby katolika obowiązywały jedynie Sześć Prawd Wiary. Kodeks Prawa Kanonicznego, zarówno tradycyjny jak też nowy, mówi wyraźnie, że obowiązuje także tzw. zwyczajne nauczanie wiary i obyczajów, w tym oczywiście także odnośnie etyki społecznej, a nie tylko nauczanie nadzwyczajne czyli dogmatyczno-nieomylne. Jest owszem różnica w randze i rodzaju posłuszeństwa: w przypadku nauczania zwyczajnego obowiązuje jedynie posłuszeństwo rozumu i woli, a nie przyjęcie aktem wiary nadprzyrodzonej. Jednak obowiązek jest, a sprzeniewierzenie się jemu jest grzechem i może pociągać za sobą kary kościelne.

5. Słusznie p. Michalkiewicz przyznaje, że siłą napędową kapitalizmu jest chciwość. Jednak nietrafnie porównuje ją do paliwa w silniku spalinowym, gdyż chciwość według wiary katolickiej - i też etyki powszechnej - nie jest neutralnym dobrem lecz jednym z grzechów głównych. To każdy choćby elementarnie, katechizmowo wykształcony katolik powinien wiedzieć.

Przy okazji warto zauważyć, że p. Michalkiewicz powołuje się zwłaszcza na o. Gniadka jako "filar" promocji kapitalizmu wśród duchowieństwa. Dlatego wskazuję na poprzedni wpis odnośnie o. Gniadka oraz bardziej ogólny i zasadniczy.

X. Oko a prawda

  Już od dłuższego czasu bywam pytany o x. Dariusza Oko, który staje się coraz słynniejszy. Wpierw nie wiedziałem wiele o nim, właściwie nic...