Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chmielewski D.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chmielewski D.. Pokaż wszystkie posty

Sprawa x. Dominika Chmielewskiego SDB


Wybuchła właśnie afera x. Dominika Chmielewskiego, salezjanina znanego, nawet wręcz sławnego jak założyciel i przywódca tzw. wojowników Mariji. Oto oficjalne oświadczenie jego przełożonego (źródło tutaj):



Przyznam szczerze, że wcale nie jestem zaskoczony tą sytuacją. 

Po pierwsze, on otwarcie zawsze przyznawał się i to z dumą do zauroczenia sektą medjugorjańską. A, jak wiadomo, jest to sekta o jedynie pozornej pobożności marijnej, a bardziej pseudocharyzmatycznej. 

Po drugie: Stworzony przez niego quasi rytuał związany z tzw. wojownikami Mariji ma dość widocznie cechy infantylne w postaci jakby pasowania na rycerza. To jest pomieszanie religijności nie tylko ze świeckim pseudorytuałem, lecz dość sprytne wykorzystanie niedojrzałych potrzeb dorosłych mężczyzn, czego groteskowość niewielu zauważyło. Owszem, jest w tym pewien przejaw świadomości z jednej strony deficytu męskości i waleczności w przestrzeni publicznej i też niestety w Kościele, a z drugiej zapewne próba zaradzenia temu deficytowi, co jest oczywiście słuszną intencją. Szkoda jednak, że zajął się tym ktoś, kto się skompromitował pod względem moralnym, wykazując swoją niedojrzałość emocjonalną i ogólniej osobową. 

Po trzecie: Wprawdzie należy docenić dokonaną przez niego mobilizację mężczyzn do tzw. męskiego różańca, który stał się pokaźnym ruchem. Nie wykluczam, że miał w tym szczere intencje, a nie zamierzał jedynie zdobycia sobie sławy. Problem jednak w tym, że on sam okazał się jako osobowość o skrzywionej religijności i moralności. A ma to związek z całą pewnością z zauroczeniem sektą medjugorjańską. 

Osobiście miałem z nim styczność dwukrotnie. Pierwszym razem było to niecałe 5 lat temu, gdy zdobywszy mój adres mejlowy poprzez wspólnych znajomych napisał do mnie z prośbą, bym mu zwracał uwagę w razie gdybym miał zastrzeżenia do nauk jakie głosi. To był czas, gdy w przestrzeni publicznej pojawiły się głosy krytyczne co do jego działalności, a to ze strony modernistyczno-lewackiej. Oczywiście byłem chętny mu pomóc i tak mu odpisałem. Dziwne było jednak to, że prosił mnie o mój numer telefonu, nie podając swojego. Odpisałem mu, żeby podał najpierw swój, żebym mógł do niego zatelefonić. Na to nie odpowiedział i w ogóle zamilkł. 

Druga sposobność była zupełnie przypadkowa i miała miejsce w jesieni ubiegłego roku. Byłem akurat przejazdem w Rumii w centrum handlowym i zaszedłem, żeby coś zjeść w barze. Nagle pojawił się w tym barze także x. Dominik Chmielewski, zamawiając sobie jedzenie. Pomijam fakt, że był zupełnie na cywila, bez jakichkolwiek oznak stanu duchownego, co jest obecnie dość powszechne. Bardziej istotne jest to, że on mieszkał w Rumii w domu swojego zgromadzenia zakonnego i tam miał oczywiście zapewniony wikt. Jeśli zakonnik woli zjeść posiłek na mieście zamiast w swoim domu zakonnym, to świadczy to nie tylko o braku ducha ubóstwa, które ślubował, lecz także o zaburzonym stosunku do swojej wspólnoty. Innymi słowy: on zatracił swoją tożsamość zakonną i duchowną, co jest wprost sprzeczne ze szczerą, autentyczną pobożnością marijną. Tym samym głosił innym to, czym sam nie żył. Dobrze, że przynajmniej głosił. Źle, że widocznie czynił to bardziej dla siebie niż dla chwały Bożej i zbawienia dusz. 

Oczywiście należy mu życzyć szczerego nawrócenia. 

Fałszywe "proroctwo"


Przed kilku laty (2017) powstał film, który - będąc wyrazem i przekazem myśli pewnych kręgów - wydaje się nadal mocno oddziaływać na myślenie i mentalność katolików w Polsce. Film składa się z dwóch zasadniczych, przeplatanych ze sobą elementów: wywiadów z kilkunastoma duchownymi i jednym teologiem świeckim, oraz animacji, która niby nawiązuje do treści biblijnych, lecz sama w sobie jest mętna, ciemna i pomieszana. Oto lista osób, które występują w wywiadach:


Jak widać, są to we większości osoby w międzyczasie szeroko znane, obecnie wręcz słynne, przez ten film wypromowane, jak x. Chmielewski, x. Glas, o. Pelanowski, x. Skwarczyński. Wszyscy oni są znani z powiązań z tzw. charyzmatyzmem (zwłaszcza x. Bashobora, x. Porcu, x. Cadeddu, x. Maniparambil) względnie tzw. neokatechumenatem (o. Pelanowski), a także z rzekomymi objawieniami prywatnymi: x. Chmielewski i x. Glas regularnie promują fałszywe objawienia z Medjugorje, x. Skwarczyński twierdzi, że sam otrzymuje objawienia prywatne. Świecki teolog Łaszewski - zresztą były kapłan zakonny marianin, obecnie ożeniony, czyli wiarołomny - uchodzi za znawcę objawień fatimskich i ogólnie prywatnych, co jest akurat chwalebne, jednak wydaje się nie odróżniać odpowiednio fałszywych od autentycznych. 

Natomiast tajemniczy są autory filmu, oraz animacji, gdyż ukrywają się pod pseudonimami:




Dlaczego taka tajemniczość? Boją się odpowiedzialności za treści? Na pewno chcą uniknąć powiązania treści filmu z ich osobami. Dlaczego? Widocznie po to, by utrudnić odpowiednią, krytyczną interpretację i ocenę. W każdy razie już sam fakt anonimowości autorów po prostu śmierdzi. Szukając śladów autorów, można jedynie znaleźć członków zarządu fundacji, która bierze na siebie odpowiedzialność za film:




Nic bliższego o tych osobach nie wiadomo publicznie, ani w internecie, ani w innych źródłach ogólnodostępnych. Raczej nie z powodu cnoty skromności...

Mniej tajemnicze, ale mało znane jest ujawnione grono osób wspierających:


Szczególne podziękowania są adresowane do następujących:


"Misjonarzami przymierza miłosierdzia" są duchowni, którzy występują w wywiadach: Porcu i Cadeddu. Wsparcie łączy kancelarię adwokacką, kawiarnię, cukiernię i "grupę modlitewną" - zapewne o charakterze tzw. charyzmatycznym. 

Wyróżnieni zostają następujący duchowni:




Jak widać, znane nazwiska przeplatają się z raczej nieznanymi. Istotny wydaje się związek z dominikanami z Warszawy. Wyróżnienie o. Pelanowskiego obecnie raczej szkodzi reputacji filmu, a to z powodu wydalenia go z zakonu paulinów i suspendowania. 

Wśród wymienionych osób świeckich jest chyba tylko jedno nazwisko szerzej znane, mianowicie Maciej Bodasiński: 


Podsumowując: Na podstawie tych informacyj można wnioskować, że film pochodzi głównie z kręgów tzw. charyzmatyków. Ten fakt staje się bardziej znaczący w zestawieniu z treściami przekazywanymi w filmie. A można je streścić w następujących głównych wątkach:
- apokaliptycznym
- maryjnym
- mesjanistycznym. 

Krążą one wokół myśli zasadniczej, podanej w tytułowej prezentacji filmu - cytacie z "Dzienniczka" s. Faustyny Kowalskiej, mówiącym o "iskrze", która ma wyjść z Polski i przygotować świat na powtórne przyjście Zbawiciela. Film oczywiście błędnie zakłada autentyczność objawień x. Faustyny (więcej tutaj i tutaj). Wzmianki o objawieniach w Fatimie są drugorzędne i pochodzą tylko od świeckiego teologa. Natomiast duchowni - x. Chmielewski i x. Glas - wyraźnie preferują i promują fałszywe objawienia z Medjugorje (przez co grzeszą ciężko przeciw wierze katolickiej i Kościołowi), które de facto wypierają autentyczne objawienia fatimskie ze świadomości i pobożności katolików. 

Nadrzędnym wątkiem jest w filmie mesjanizm w rozumieniu cytatu o "iskrze". Wypowiadający się podają bardzo różne, a nawet sprzeczne interpretacje owego "proroctwa". Jednak nikt nie wspomina, że motyw iskry nie występuje ani w Piśmie św., ani w całej Tradycji i teologii Kościoła, lecz w pogańskiej gnozie oraz żydowskiej kabale, zwłaszcza luriańskiej - pochodzącej od Izaaka Luria - powiązanej z mesjanizmem żydowskim. 

Dlatego warto zwrócić szczególną uwagę na wypowiedzi dwóch występujących w filmie "misjonarzy przymierza miłosierdzia". Otóż x. Cadeddu mówi o "religii judeochrześcijańskiej", co jest oczywiście fałszem pod każdym względem, zarówno historycznie jak też teologicznie. 
Natomiast x. Porcu interpretuje pojęcie "iskra" odnosząc je do "charyzmatyków" pochodzących z Polski. 



Warto przypomnieć, że regularnie głoszący herezje dominikanin o. Szustak uważa się jakby za syna duchowego tych dwóch "misjonarzy" (więcej tutaj), którzy zresztą praktykują skandaliczne - nawiązujące do żydowskich zwyczajów - zachowanie podczas liturgii:


Tym samym jest dość jasne, skąd wiatr wieje i dokąd zmierza: na pewno nie do wiary katolickiej. 

Tyle odnośnie do używania oraz interpretowania owego rzekomego "proroctwa" pochodzącego od s. Faustyny. A cóż należy powiedzieć o samym "proroctwie", niezależnie od interpretacyj podanych w filmie?

- Po pierwsze, Pan Jezus nigdy nie obiecywał wywyższenia kogokolwiek, lecz wzywał do naśladowania Go w krzyżu, czyli cierpieniu i uniżeniu. Jedynym wywyższeniem obiecanym przez Zbawiciela jest podniesienie do chwały świętych w niebie. 

- Po drugie, Boże Objawienie nie zawiera żadnej obietnicy wywyższenia i potęgi, ani wobec narodu wybranego Starego Testamentu, ani wobec żadnego innego narodu. Myśl o wywyższeniu jakiegoś poszczególnego narodu jest wręcz bluźniercza, gdyż stoi w sprzeczności nie tylko do zdrowego rozsądku, lecz także do prawdy o Bogu, który wszystkie narody traktuje jednakowo, zarówno co do roli w historii Zbawienia, jak też co do nagrody i pozycji. Innymi słowy: fałszem i absurdalnym bluźnierstwem jest przekładanie tymczasowego, przejściowego wybrania narodu izraelskiego w Starym Testamencie na jakikolwiek naród po nim. W Nowym Testamencie narodem wybranym jest Kościół, który jednoczy różne narody w jednej prawdziwej religii. Dlatego mesjanizm w sensie narodowościowym jest z gruntu niechrześcijański, mimo powierzchownych nawiązań. 

Tak więc zarówno film pt. Proroctwo jak też jego podstawa, czyli "proroctwo" s. Faustyny, jest teologicznym fałszem, sprzecznym z wiarą katolicką. 

Film "Czyściec"

 


Temat jest bardzo ważny i na czasie. Właściwie zawsze potrzebne jest informowanie o rzeczywistości czyśćca oraz potrzebie modlitwy za zmarłych. Zakładam, że takie są intencje filmu Michała Kondrata. To stanowi o jego wartości. Jeśli pobudza do reflexji i modlitwy, zwłaszcza ofiarowania Mszy św. za dusze zmarłych, to bardzo dobrze, że powstał i jest rozpowszechniany. 

Cenne są także informacje zwłaszcza o św. Stanisławie Papczyńskim, gdyż są mało znane. Książki Fully Horak nie znam i dlatego nie jestem w stanie ocenić jej treści teologicznej. Być może trzeba by się tym bliżej zająć. 

Jako że dzięki życzliwości pewnych osób dane mi było film obejrzeć, czuję się w obowiązku zwrócić uwagę na jego fragmenty, które z punktu widzenia teologii katolickiej wymagają korekty. Zresztą już taki szczegół jak ustawienie ciała zmarłego tyłem do ołtarza wskazuje na to, że film nie przeszedł solidnej konsultacji teologicznej i kościelnej. Według reguł Kościoła ciało zmarłego świeckiego jest ustawiane twarzą do ołtarza, czyli tak, jak zmarły uczestniczył w liturgii za życia. Jedynie ciało duchownych jest ustawiane twarzą do ludu, co oczywiście nie ma nic wspólnego z rozpowszechnionym kierunkiem celebracji w Novus Ordo, lecz wynika z funkcji nauczania przez duchownych w świątyni, co oczywiście zawsze odbywało się twarzą do ludu. 

Pierwszym poważnym błędem jest mówienie o "Sądzie Ostatecznym" po śmierci. Chodzi oczywiście o sąd partykularny czyli osobisty, który odbywa się nad każdym zmarłym osobno zaraz po śmierci. Natomiast Sąd Ostateczny będzie miał miejsce na końcu świata, po powtórnym przyjściu Zbawiciela. To o nim mówią zapowiedzi Ewangelii. Widocznie ktoś tu nie doczytał nawet w katechiźmie, a duchowni, z którymi film był konsultowany, nie zauważyli tak poważnego błędu. 

Poważny błąd - a nawet przekłamanie - zawarte jest w wystąpieniu kapucyna z San Giovanni Rotondo, gdy właściwie neguje on prawdę o sądzie Bożym, twierdząc, że po śmierci dusza nie jest sądzona, lecz sama decyduje o potrzebie oczyszczenia w czyśćcu. Jest to poniekąd miła fantazja tego kapucyna, nie ma ona jednak nic wspólnego z Pismem świętym i nauczaniem Kościoła. Jest po prostu wymysłem, który jest nie tylko groteskowy lecz także niebezpieczny, ponieważ sugeruje, jakoby dusza po śmierci mogła o czymkolwiek decydować. Według nauczania Kościoła w momencie przejścia do wieczności dusza podlega sądowi Bożemu i nie ma możliwości nawrócenia się. Z powodu oddzielenia od ciała nie ma też swojej woli i tym samym możliwości decydowania. Może jedynie doznawać albo radości wiecznej, albo cierpienia - czy to wiekuistego potępienia, czy przejściowego w czyśćcu. 

Bardzo poważny błędy zawarte są także w wypowiedzi lekarki, która opowiada o przeżyciach osób, które przeszły stan tzw. śmierci klinicznej. Fałszywie definiuje ona śmierć jako zanik aktywności pnia mózgu. Odnosi się widocznie do fałszywej teorii tzw. śmierci mózgu stworzonej na potrzeby biznesu transplantacyjnego, czyli dla usprawiedliwienia wyciągania organów z żywych ludzi, co do których "lekarze" orzekli "śmierć mózgową". Jest to sprzeczne nie tylko ze stanem solidnej wiedzy medycznej, lecz także z teologiczną definicją śmierci. 

- Tzw. teoria śmierci mózgowej opiera się na fałszywym założeniu, jakoby instrumenty pomiarowe były w stanie stwierdzić bądź wykluczyć aktywność mózgu (więcej tutaj).

- Fałszywe jest założenie, jakoby zanik stwierdzalnej przez urządzenia aktywności powierzchniowych areałów mózgu był równoznaczny ze śmiercią. Jest bowiem oczywiste, że ciało człowieka składa się nie tylko z mózgu, lecz także z innych organów, które mogą być - przez jakiś czas - podtrzymywane przy życiu bez udziału stwierdzalnej aktywności mózgu. 

Tym samym przeżycia w stanie tzw. śmierci klinicznej nie mogą dotyczyć stanu po momencie śmierci, lecz najwyżej stanu bliskiego śmierci. Dlatego właśnie wartość dowodowa takich doświadczeń jest właściwie zerowa w kwestii zaspokojenia ciekawości co do tego, co się dzieje z duszą w momencie przejścia do wieczności. 

W wypowiedzi o. A. Posackiego zawarta jest przynajmniej pewna nieścisłość. Nie pamiętam dokładnie każdego jego słowa, ale wydaje mi się, że pomieszał pojęcie nadprzyrodzoności i nadzwyczajności. Otóż działanie nadprzyrodzone pochodzi tylko od Boga, aczkolwiek jego narzędziem mogą być stworzenia. Natomiast działania nadzwyczajne mogą pochodzić także od stworzeń, konkretnie od szatana i demonów. Tutaj o. Posacki słusznie wskazał na istotne różnice między expresjami dusz czyśćcowych a zjawiskami o pochodzeniu demonicznym. 

Wiąże się z tym tematyka posługiwania się przedmiotami materialnymi zarówno przez dusze zmarłych jak też przez demony. Jest o tym mowa zwłaszcza w związku z tzw. muzeum dusz czyśćcowych przy pewnym kościele w Rzymie, oraz z rzekomymi fizycznymi napaściami szatana na św. o. Pio. To jest problematyka tak zwanych materializacyj, o których wypowiadałem się już obszerniej (tutaj). Nie znam tego muzeum, jego powstania i zawartości. Jeśli jego exponaty są wiarygodne, to można je teologicznie wyjaśnić w tego sposób, że Pan Bóg dokonał cudu znaków materialnych jako wezwanie do modlitwy za zmarłych. Każdy cud wyklucza działanie przyczynowosprawcze stworzeń. Dlatego musi być najpierw z całą pewnością wykluczone, że owe exponaty nie powstały w sposób naturalny, czyli że sprawcą nie jest ani człowiek, ani żadna przyczyna materialna, ani duchowa jak demony. 

Co do obrażeń cielesnych doznanych przez o. Pio, przypisywanych szatanowi, sprawa ma się podobnie. Jest oczywiste, że szatan jako istota wyłącznie duchowa nie ma naturalnej mocy ani tzw. materializowania, ani bezpośredniego oddziaływania na przedmioty materialne. Może natomiast mieć jakiś wpływ na istoty żywe czyli na ich ciało, a to poprzez duszę - wegetatywną u roślin, sensualną u zwierząt, duchową u człowieka. Tym samym niemożliwe jest np. bicie przez szatana łańcuchem, jak to zostało przedstawione w filmie. Taka scena jest pokroju okultystycznych opowiadań o rzekomym przesuwaniu mebli przez dusze zmarłych czy demony, co po pierwsze nie ma potwierdzenia empirycznego (te opowiadania pochodzą wyłącznie ze "świadectw" osób parających się okultyzmem czyli tzw. wtajemniczonych), a po drugie jest sprzeczne z filozofią realistyczną i teologią. 

Niejasne i częściowo mylne jest potraktowanie tematu dusz dzieci nienarodzonych. Modlitwa za nie sugeruje, jakoby znajdowały się w czyśćcu, co na pewno nie jest prawdą. Teologicznie dyskutowalne są natomiast takie kwestie jak "limbus puerorum", czyli stan naturalnej szczęśliwości bez oglądania Boga, oraz chrzest pragnienia, który zapewnia im zbawienie, podobnie jak w przypadku dziecka, które rodzice pragnęli ochrzcić, które jednak zmarło bez chrztu sakramentalnego. W tym drugim wypadku - jako że dziecko takie nie ma grzechu osobistego - można by te dusze prosić o wstawiennictwo. 

Na koniec jeszcze uwaga odnośnie jednej kwestii, co do której autor wypowiedzi nie ponosi odpowiedzialności, ponieważ wypowiada się w zaufaniu do oficjalnego uznania "Dzienniczka" s. Faustyny. X. Dominik Chmielewski cytuje jego fragment zapewne nie zdając sobie sprawy z tego, że jest on teologicznie fałszywy i wręcz bluźnierczy. Chodzi o rzekome słowa Pana Jezusa, że Jego miłosierdzie nie chce karania dusz w czyśćcu, lecz domaga się tego sprawiedliwość. Nawet jeśli przyjmiemy, że te słowa pochodzą od kogoś nie mającego pojęcia o teologii (i tym samym nie mogą pochodzić od Pana Jezusa), to jednak wymagają sprzeciwu i odrzucenia, gdyż sugerują jakby schizofrenię w Osobie Pana Jezusa i tym samym samego Boga. Do podstawowych prawd teologii katolickiej odnośnie pojęcia Boga należy, iż w Bogu nie ma i nie może być sprzeczności. Tym samym nie ma i nie może być sprzeczności także między Jego miłosierdziem i sprawiedliwością. Tym samym sedno treści "Dzienniczka", polegające po pierwsze na przeciwstawieniu miłosierdzia Boga i Jego sprawiedliwości, a po drugie na wywyższeniu tego pierwszego aż do - przynajmniej praktycznej - negacji tego drugiego przymiotu Boga, jest dogłębnie fałszywe, heretyckie i bluźniercze, nie mające nic wspólnego ani z teologią katolicką, ani nawet z Pismem świętym (więcej w temacie tutaj i tutaj oraz w linkach tam podanych).

Katolicyzm i miecz




Ostatnio zrobiło się sporo szumu wokół salezjanina x. Dominika Chmielewskiego oraz założonej i prowadzonej przez niego wspólnoty "Wojownicy Maryi". Jest to o tyle ciekawe, że x. Dominik znany jest szerszej publiczności od kilku lat, a rzeczona wspólnota działa od 2015 r. Dopiero wzrost popularności, widoczny chociażby w ostatnim spotkaniu w Niepokalanowie, wywołał nienawistne komentarze dyżurnych szczekaczy "katolicyzmu" rzekomo "otwartego". Tak zabrał głos dyrektor jezuickiego wydawnictwa WAM, znany głównie ze skrajnie modernistycznego organu "deon.pl", w sposób typowy dla siebie. 





Jak zwykle w wykonaniu członków tego zespołu, jest to mieszanka krętactwa i fałszu, obliczonego widocznie na emocje, gdyż merytoryczna treść jest nikła, prawie żadna. 

Oczywiście, jak każde nowe zjawisko, także wspólnota "WM" podlega rozeznaniu, krytyce i ocenie. Wątpliwości i zastrzeżenia nie powinne być z góry wykluczone. Jednak krytyka i uwagi powinne być merytoryczne, tzn. uczciwe i teologicznie kompetentne, a tego właśnie brakuje w wypowiedzi o. Piórkowskiego. Jego pisanie jest także w tym przypadku pokrętne i perswazyjne. Dla przejrzystość zreferuję po kolei jego zasadnicze tezy, odnosząc się do nich. 

1. Miecz to narzędzie wojny, śmierci i przemocy. 
- Miecz to oręż w walce. Walka może być sprawiedliwa albo niesprawiedliwa i to jest decydujące. Odrzucenie walki jako takiej jest herezją pacyfizmu, sprzeczną z Ewangelią (Mt 10,34). 

2. "W Kościele używano miecza, by zabijać innowierców i heretyków". 
- Jest to zwykłe kłamstwo zarówno historyczne jak też teologiczne. Kościół ani nie znał ani nie stosował kary śmierci. Prawo kanoniczne takiej kary nie przewiduje. Twierdzenie, jakoby Kościół zabijał innowierców i heretyków, jest powieleniem bzdurnych treści brukowców. Krucjaty przeciw muślimom i heretykom były wojnami sprawiedliwymi i w tej kategorii należy je rozpatrywać, nie w kategorii zabijania. Nazywanie ich zabijaniem jest rzeczywiście "wskrzeszaniem upiorów", a właściwie oszukańczym działaniem na emocje. 

3. Św. Paweł ma na myśli symbol, nie miecz. 
- List do Efezjan, przypisywany św. Pawłowi, nazywa mieczem "słowo Boże" (6,17). W tym samym rozdziale (6,10-20) jest mowa o "zbroi Bożej" i walce duchowej. Na jakiej podstawie o. Piórkowski twierdzi, że Wojownikom Maryi chodzi o coś innego, nie wiadomo. Zwykła uczciwość wymagałaby odpowiedniego uzasadnienia, że 1) miecze WM nie są symbolami oraz że 2) ich realne użycie jako oręża w wojnie sprawiedliwej byłoby sprzeczne z Ewangelią. O. Piórkowski tego oczywiście nie czyni. 

4. Walka duchowa przechodzi w walkę ze złymi ludźmi. 
- To jest słuszna uwaga, aczkolwiek znowu przewracająca sprawę. Nie można oddzielić walki ze złem od walki z ludźmi, którzy zło czynią, gdy konieczne jest powstrzymanie ich od czynienia zła. Taka jest natura rzeczy i struktura działania, i nie ma w tym nic nagannego czy złego. Gdyby ojciec rodziny nie miał prawa przemocą powstrzymać napastnika, który wtargnął do jego domu, zagrażając dobru i życiu rodziny, to byśmy wylądowali w absurdzie, który o. Piórkowskiemu może jednak nie jest świadomy. Obrona przed agresorem wymaga unieszkodliwienia go, w razie konieczności przemocą i wyrządzeniem mu szkody. Jest to moralnie usprawiedliwione, gdy chodzi o obronę niewinnych i zapobieżenie działaniu agresora. Nie można odpowiedzieć adekwatnie na agresję nie działając przeciw jej sprawcy. 

5. "Chrześcijanin z mieczem w ręku (...) nie działa po myśli Jezusa."
- Tutaj o. Piórkowski popełnia typowe zafalszowanie Ewangelii (nie jest w tym miejscu istotne, czy z ignorancji teologicznej, czy ze złej woli na doraźny użytek). Pan Jezus nigdy generalnie nie zakazał użycia przemocy w słusznej sprawie. To, że zganił użycie miecza przy Swoim pojmaniu, nie oznacza wcale takowego zakazu. Jak widać wyraźnie w kontekście, chodzi tutaj o wykonanie planu Zbawienia przez Jego Mękę i Śmierć. Fakt, że Piotr miał przy sobie miecz, co nie mogło ujść uwadze Pana Jezusa, oznacza, że Mistrz nawet Apostołom pozwalał na noszenie miecza, co jest istotnym argumentem przeciw pacyfizmowi. 

6. "Narasta atmosfera osaczenia" oraz budzi się "mentalność chwastu", przez co o. Piórkowski rozumie "diabelski sposób poradzenia sobie ze złem w świecie", podając konkretnie "wysyp egzorcystów, obronę uczuć religijnych, przestrach na widok tych, którzy nie podzielają chrześcijańskich wartości, agresja, okopywanie się w twierdzy, mentalność getta, obrona Jasnej Góry przed Szwedami". Jeszcze dobitniej mówi, że "z tej mentalności zrodził się faszyzm, hitleryzm, komunizm", bo "wszyscy chcieli dobrze". 
- Mamy tutaj doczynienia z kolejnym popisem zakłamania, pomieszania i demagogii. Porównanie faszyzmu, hitleryzmu i komunizmu do sług w przypowieści o chwaście (Mt 13,24-30.36-42) świadczy albo o zupełnej ignorancji historycznej i braku elementarnej kompetencji teologicznej, albo o złej woli, albo o wszystkim na raz. Po pierwsze, przypowieść w żaden sposób nie naucza obojętności na zło, lecz wzywa do cierpliwości do czasu żniwa, a to z troski o dobro ziarna uprawnego. Po drugie, przypowieść w żaden sposób nie wymaga bezczynności wobec zła, lecz uzależnia czynność sług od woli i nakazu gospodarza. Słudzy wykazują gorliwość i gotowość do działania, które w żaden sposób nie zostają odrzucone przez gospodarza. Gospodarz każe im jedynie poczekać do żniwa i wydania rozkazu oddzielenia dobrych od złych. O. Piórkowski natomiast widocznie jest pod wrażeniem poglądów typu protestanckiego teologa z XVI w. o nazwisku Sebastian Castellio, który powołując się na tę przypowieść głosił tolerancję religijną i światopoglądową, sam potępiając m. in. Inkwizycję. Wychodził przy tym z założenia, że Jezus Chrystus nie głosił absolutnej prawdy lecz miłość, która wyklucza karanie za herezję. W końcu wręcz absurdalnym i kłamliwym zabiegiem jest przywołanie w tym kontekście faszyzmu, hitleryzmu i komunizmu. Zakłamanie polega na przypisywanie im dobrej woli i jakiegokolwiek podobieństwa do sług z przypowieści. 

7. "Recepta" sług czyli ich gotowość do działania w poddaniu się woli gospodarza jest "rozwiązaniem" pochodzącym z "lęku, niecierpliwości i pychy, bo my rzekomo wiemy, jak rozwiązać problemy tego świata".
- Tutaj znowu nasuwa się pytanie, czy o. Piórkowski w ogóle uważnie przeczytał przypowieść w Ewangelii, czy też raczej mimo tego przekłamuje jej treść na doraźny użytek, tzn. do przywalenia nie tylko Wojownikom Maryi lecz wszystkim "nieliberalnym" katolikom, którzy nie chcą pozostać bezczynni i obojętni na zło w Kościele i świecie. Po pierwsze, słudzy w przypowieści uznają swoją zależność od woli gospodarza, skoro pytają go o to, co mają uczynić. Po drugie, ich postawa nie ma nic wspólnego z lękiem, lecz jest gorliwością wynikającą właśnie z woli służenia gospodarzowi. Po trzecie, nie ma oczywiście też nic wspólnego z pychą, ani z niecierpliwością, lecz jest w ramach ich rozumienia szlachetną i rozsądną. Po czwarte, gospodarz w żaden sposób nie karci sług, lecz, wręcz przeciwnie. Mówiąc o zebraniu i wyrzuceniu chwastów w dzień żniwa potwierdza ich dobrą wolę i zamiar. Jedynie co do czasu koryguje plan przedstawiony przez nich. 

Podsumowując należy powiedzieć, że jest to kolejny popis żurnalistyki jakby na zamówienie pewnych antykatolickich kręgów. Mniejsza z tym, czy ze strony tzw. katolicyzmu "otwartego", czy wręcz kręgów wprost antykościelnych, nieco wystraszonych jakąkolwiek poważniejszą i niezależną od nich inicjatywą. Ta dość żałosna próba uderzenia popełnia tyle krętactw, zafałszowań i niekompetencji teologicznej, że właściwie sama się dyskredytuje i obala. Powyższe uwagi mają jedynie na celu pomoc tym, którzy nie dysponują odpowiednią wiedzą teologiczną, by nie ulegli sugestiom o. Piórkowskiego. 

Na koniec zaznaczę, że ani nie znam osobiście x. Chmielewskiego, ani nie popieram jego działania bezkrytycznie. Jednak widać u niego dobrą wolę, której oby się wiernie trzymał. Jak każdy, zasługuje na uczciwe podejście i rzetelną ocenę w świetle prawd wiary katolickiej.