Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grygiel W.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grygiel W.. Pokaż wszystkie posty

Wojciech Grygiel - apostata w koloratce


Otrzymałem ponownie pytanie odnoszące się do tego osobnika: 

Było o nim już wielokrotnie (tutajtutajtutaj, tutaj, tutaj, tutaj). Tym razem osobnik nie tylko nie koryguje swoich bełkotliwych herezyj o znamionach wręcz apostazji, lecz je powtarza z jeszcze większą bezczelnością, co ma widocznie związek z faktem, że od niedawna znajduje się już nawet pod formalną protekcją nowego arcybiskupa krakowskiego, pod którego rządami osobnik czuje się na tyle bezpieczny, że wręcz wprasza się do tego typu występów medialnych:


Czyli wiemy: osobnik sam się zgłasza do publicznego głoszenia swoich bzdetów. A Maciej Kawecki jest na tyle kompetentny, że leci na takie plewy, zresztą prezentując swoje o podobnej jakości. 

A oto główny, wręcz apostacki bzdet osobnika w tym wystąpieniu:


Jak dość łatwo zauważyć, pod tymi pseudonaukowymi określeniami kryje się ni mniej ni więcej negacja Bożego Objawienia w historii świata, co jest oczywiście konieczną, niezbywalną podstawą każdej religii objawionej przez Boga. Tutaj Grygiel reprezentuje myślenie ściśle bliskie zarówno Żydowi o nazwisku Baruch Spinoza jak też tzw. deistom (Voltaire, Rousseau), którzy byli regularnie masonami. Oto, co mówi o tym  słynny i wielki teolog R. Garrigou-Lagrange - zresztą promotor młodego x. Karola Wojtyły na uniwersytecie Angelicum w Rzymie - w swoim standardowym podręczniku teologii fundamentalnej: 




Jak widać, Grygiel odgrzewa dość prymitywne stare masońskie herezje, zupełnie się z tym nie kryjąc. To pasuje do tego, iż publicznie wyznaje swoją przyjaźń z innym apostatą krakówkowym (również pochodzącym z Dolnego Śląska), Marcinem Majewskim, który atakuje zdrowy rozsądek i podstawy wiary katolickiej narzędziami pseudoexegezy (więcej tutaj):


Rzeczywiście już zestawienie bełkotów Grygielowych z bełkotami Majewskiego nie pozostawia wątpliwości co do dogłębnej zażyłości tych osobników. Podłoże jest to samo: pseudonaukowe zabobony XIX-wieczne. Zwróćmy uwagę na kilka szczegółów.


Tutaj najpierw przystojny redaktor popisuje się swoją elokwentną ignorancją co do elementarnych spraw a nawet pojęć: 

- Laboratoryjne produkowanie zarodków (i nie tylko) nazywa "stwarzeniem życia" analogicznym do dzieła stworzenia przez Boga, widocznie nie rozumiejąc, że czym innym jest spowodowanie sztucznego zapłodnienia czyli posłużenie się mechanizmem istniejącym od początku istnienia zjawiska zwanego życiem, a czym innym sprawienie istnienia tego mechanizmu. 

- Drugim przykładem jest "tworzenie" wirusów, gdy redaktor widocznie po pierwsze nie wie, że naukowcy wcale nie są ze sobą zgodni co do tego, czy wirusy są organizmami żywymi, a po drugie widocznie nie rozumie, że namnażanie wirusów przy zastosowaniu manipulacji genetycznej z całą pewnością jest jedynie pewną - ograniczoną - ingerencją w proces namnażania, a nie sprawieniem zaistnienia tego procesu. 

- Trzecim przykładem ma być rzekoma bliskość "przełomu" w znaczeniu rzekomego przezwyciężenia śmiertelności człowieka, którym ma być zamrażanie zamożnych debilów za 200 tys. dolców, sprzedając im w ten sposób nadzieję, iż zostaną "obudzeni", gdy tylko nauka znajdzie sposób na zapewnienia im rzekomej nieśmiertelności. Tutaj przystojny redaktor widocznie nie ogarnia prostego faktu, iż ani zamrożenie, ani "obudzenie" z takiego zamrożenia - które nota bene jeszcze nigdy nie przywróciło i zapewne nigdy nie przywróci nikogo do życia - mogłoby najwyżej oznaczać powrót do śmiertelnego życia. Co więcej: akurat nowsze odkrycia naukowe wykazały, że obumieranie komórek i tym samym umieranie organizmu jest istotnym elementem życia i rozwoju, z czego wynika, że - na poziomie czysto biologicznym - wyłączenie obumierania (o ile w ogóle byłoby możliwe) musiałoby oznaczać zarazem zakończenie życia czyli śmierć. 

I do mają być według niego "dowody" na to, że stworzenie nie potrzebuje Stwórcy... No cóż, ten człowiek potrafi sugestywnie mówić. Problem jest jednak w tym, że sugestywnie gada bzdury sięgające poziomu najwyżej pierwszego semestru studiów biologicznych. 

- W końcu przystojny redaktor przywołuje tzw. cyfrową "nieśmiertelność" ("digital immortality"), mającą polegać na zaistnieniu "cyfrowego klona" danego człowieka. No cóż, chłopak się widocznie nałykał fantazyjnych bzdetów, wyłączając przy tym resztki trzeźwego myślenia i prostej logiki, skoro nie odróżnia informacji cyfrowej od żywego człowieka. 

Temu bełkotowi Grygiel oczywiście z uznaniem przytakuje. I ciągnie wątek w sposób niby naukowy, zwracając uwagę na pojęcie stworzenia. Mówi na przykładzie stworzenia człowieka, ośmieszając katolickie - zakorzenione najwybitniejszym systemie klasycznym czyli arystotelizmie - rozumienie jako połączenia duszy z ciałem czyli raczej "uduchowienia" materii przez duszę duchową stwarzaną bezpośrednio przez Boga w momencie połączenia komórek rodziców. Grygiel sprytnie niby tylko stawia pytania, udając, jakoby nie negował katolickiego ujęcia. Zmierza jednak dość wyraźnie do tego, na co wskazałem tutaj na początku, mianowicie do negacji interwencji Boga w świat stworzony, czyli do deizmu, co oznacza, że Grygiel nie jest już nawet chrześcijaninem, lecz apostatą. Powołuje się przy tym oczywiście na rzekomą "naukę". Tutaj nasuwa się pytanie, czy on rzeczywiście nie ogarnia nie tylko elementarza metodologii nauk lecz najprostszej logiki, skoro twierdzi, że wyniki nauk przyrodniczych są w stanie podważyć prawdę wynikającą zarówno z filozoficznego pojęcia Boga jak też z teologii (i to już starotestamentalnej, a nie tylko chrześcijańskiej). 

- Grygiel ma problem nawet z pojęciem stworzenia. Posuwa się - co właściwie nie zaskakuje u oszusta - do zafałszowania tego pojęcia z filozofii i teologii katolickiej, twierdząc jakoby zawierało ono konieczność "dopełnienia" przez Boga. Apostata widocznie zapomniał o Księdze Rodzaju, gdzie jest powiedziane, że dzieło stworzenia jest dobre i bardzo dobre. 

Przystojny redaktor popisuje się swoją gorliwością badawczą:


Po pierwsze, ten człowiek kłamie. Gdyby na prawdę się zapoznał z przypadkami cudów eucharystycznych, to by wiedział, jak to zostało zbadane i że z całą pewnością tych spraw nie da się wyjaśnić jakimś grzybem, skoro badania naukowe wykazały obecność tkanki mięśnia sercowego. 
Po drugie, już jego mowa ciała zdradza, jaki on ma wyjściowy i zasadniczy stosunek do kwestii cudów, zresztą widocznie omówiony z góry zakulisowo z jego gościem. 
Po trzecie, przystojny redaktor coś jednak słyszał o katolickim pojęciu cudu, ale nie do końca, skoro mówi o "łamaniu praw natury". W ujęciu katolickim cud jest działaniem Boga, które wykracza poza procesy i tym samym poza prawa naturalne, a nie łamie ich, ponieważ one nadal są w mocy. 
Po czwarte, on po prostu bredzi, mówiąc, że do procedury badania cudu należy wkładanie hostii do wody. Gdyby się rzeczywiście zapoznał z tematem, to by wiedział, że wkłada się do wody hostię, która została zabrudzona czy zbezczeszczona, a generalnie hostij się nie bada, nawet nie wolno ich badać poza przypadkami nadzwyczajnymi jak właśnie widoczne zmiany wyglądu, których nie można wyjaśnić w sposób naturalny. Jest to dość typowy zabieg tych, którzy wyjściowo odrzucają możliwość cudu, więc dla wyjaśnienia danego niezwykłego zjawiska uciekają się do fantazyjnych czy wprost fałszywych naturalnych wyjaśnień czy już znanych czy oczekiwanych w przyszłości wraz z postępem naukowym. Tutaj tkwi nie tylko bardzo swobodne - mówiąc bardzo oględnie - obchodzenie się z takimi faktami jak przeprowadzane badania naukowe takich zdarzeń (który wykluczają możliwość naturalnego wyjaśnienia), lecz przede wszystkim zrozumienia pojęcia i istoty cudu. Takie osoby mylą brak wyjaśnienia z niewyjaśnialnością. Przykład: przez długie wieki dziejów ludzkości nie było wyjaśnienia tak zwykłego zjawiska jak deszcz (być może nawet obecnie zjawisko to nie jest do końca wyjaśnione). To nie przeszkadzało w tworzeniu dość fantazyjnych wyjaśnień, które jednak zawsze polegały na mechanizmach czy procesach naturalnych. Natomiast niewyjaśnialne byłoby zjawisko deszczu bez chmury i to byłby wtedy cud. 

Nie większą inteligencją i wiedzą popisuje się jego gość-apostata:


On widocznie także nie rozumie różnicy między wyzdrowieniem po odpowiednim zastosowaniu antybiotyku a wyzdrowieniem bez użycia takiego środka i to nagłego, zupełnego i trwałego, bo to są właśnie istotne cechy cudu. Popisuje się natomiast swoją umiejętnością łgania w żywe oczy, usiłując przy tym stworzyć wrażenie naukowości:


Powiem wprost: nie ma i nie może być "nieinterwencjonistycznego" pojęcia cudu, gdyż istotą cudu jest interwencja Boga w dziejach ludzkości. Grygiel z całą pewnością nie jest w stanie przytoczyć żadnego teologa - przynajmniej katolickiego - który by takie pojęcie reprezentował. A że powołuje się przy tym na św. Augustyna (datując go zresztą błędnie na "V-VI wiek"), to jest to kolejne jego łgarstwo. Oto dowód (In Joannem tract. XVII, 1, Patrologia Latina 35, 1527, źródło tutaj): 


Jest mnóstwo takich fragmentów, zarówno u św. Augustyna jak też u innych Ojców i Doktorów Kościoła, które nie tylko nie zawierają choćby śladu czy cienia Grygielowego "nieinterwencjonizmu", lecz są z nim wprost sprzeczne. Nasuwa się pytanie, czy Grygiel ma aż tak zaawansowane urojenia, czy tylko perfidnie łże, licząc na naiwność, ignorancję i lenistwo publiczności, której nie będzie się chciało choćby zerknąć w jakiekolwiek źródła.

W skrócie: Grygiel albo nie ma elementarnego pojęcia o katolickim pojęciu cudu, albo zna to pojęcie i mimo tego podaje jego karykaturę, która ma z nim wspólną tylko nazwę. 

Gdy Grygiel twierdzi, że dane zjawisko jest cudem albo nim nie jest w zależności od jego subiektywnej interpretacji, to przystojny redaktor słusznie zauważa, iż to oznacza zanegowanie cudów w ogóle. Tutaj apostata już zupełnie się plącze, usiłując uniknąć powiedzenia wprost, że on tak właśnie uważa. I zaś powtarza zabobon pseudonaukowy, według którego postęp nauki doprowadzi kiedyś do wyjaśnienia wszystkich zjawisk uważanych obecnie za cudowne. Dlatego właśnie Grygiel - w pozornym pragnieniu uratowania religii katolickiej przed kompromitacją - znowu kłamie, twierdząc, jakoby Kościół obecnie skłaniał się do "semantycznej" definicji cudu. Dowodu czy przykładu choćby nawet jakiegoś teologa katolickiego apostata wrocławkowo-krakówkowy oczywiście nie jest w stanie podać, nawet nie próbuje. A to z prostego powodu: takiego teologa katolickiego nie ma, a już z całą pewnością takie zdanie nie jest i nie może być nauczaniem Kościoła, nawet jeśli taki apostata Grygiel przebiera się za kapłana katolickiego i za takiego się podaje. 

Tutaj wystarczą najprostsze przykłady: Jeśli kwestią jedynie osobistej "semantyki" czyli "interpretacji" jest to, czy Bóg stał się Człowiekiem w Jezusie Chrystusie, czy działał cuda, czy ostatecznie zmartwychwstał, to podważana jest w ten sposób prawdziwość Bożego Objawienia i chrześcijaństwa, które sprowadzone zostaje do subiektywnych przeżyć i uczuć. To jest nic innego jak kwintesencja modernizmu, czyli apostazji, której jednym z "proroków" - obok zwłaszcza swojego mistrza apostaty Michała Heller'a (więcej tutaj) - jest właśnie Wojciech Grygiel w przebraniu katolickiego księdza i to nawet rzekomo tradycyjnego. 

Przystojny redaktor kontynuuje swoje głupiutkie popisy, wtórując gościowi-apostacie:


Mamy tu oczywiście zupełnie niekatolickie - a za to protestanckie i ateistyczne - ujmowanie wiary, z którym Grygiel się widocznie zgadza, skoro nie koryguje, lecz ciągnie dalej. Dla tych którzy może nie wiedzą, podaję w skrócie, że w katolickim ujęciu wiara nigdy nie jest sprzeczna z dowodami rozumowymi, lecz na nich bazuje, oczywiście wykraczając poza nie. 

Atak dotyczy tutaj katolickiej procedury badania cudów, na co przystojny redaktor został zapewne naprowadzony przez apostatę Grygiela w przygotowaniu tego występu. Chodzi ostatecznie o podważenie cudu jako jednego z kryteriów uznawania świętości danej osoby, czyli o demontaż duchowości katolickiej przez przysypanie tradycyjnych świętych, którzy z różnych względów są dla modernistów niewygodni, nowymi "świętymi", co do których już nie ma wymogu cudu jako Bożego znaku świętości danej osoby. Tak więc także w tej dziedzinie Grygiel z turbogorliwością wpisuje się w agendę apostazji modernistycznej, czyli podmiany Kościoła w jedną z sekt w panteonie wielu kultów składających się na religię światową. 

Pojawia się też wątek bliższy sprawom przyrodniczym, czyli dziedzinie, w której Grygiel najpierw się kształcił:


Tutaj Grygiel niby zaczyna dobrze, gdyż zauważa granice nauk przyrodniczych. W końcu jednak wygląda na wystraszonego pytaniem przystojnego redaktora i ucieka przed pytaniem. A mógłby przyzwoicie przynajmniej przyznać, że tutaj zaczyna się kompetencja filozofii i ostatecznie teologii, czyli nauk ogólniejszych niż przyrodnictwo. Apostata jednak widocznie boi się prostego pytania, skąd się wzięły prawa przyrody, bo wtedy musiałby wyjść poza pseudonaukowe zabobony pozytywistyczne. To też ukazuje jego uczciwość intelektualną, czyli dość jaskrawy jej brak, co jest oczywiście skandaliczne u kogoś, kto się uważa za naukowca, a tym bardziej u kogoś, kto się uważa za kapłana katolickiego. 

Zamiast tego daje rozpoznać, gdzie jest jego serce, mianowicie w platoniźmie, czyli w systemie bliskim nie tylko pseudonaukowemu pozytywizmowi lecz także wszelkiej maści totalitaryzmom z komunizmem włącznie:


Warto zauważyć, że nawet przy tej okazji wypowiada bzdurę, mówiąc o "doświadczeniu matematycznym" platoników. Na takie sformułowane może wpaść jedynie ktoś, kto jest zupełnym ignorantem w elementarzu filozofii czy choćby w historii filozofii, mimo że Grygiel szczyci się doktoratem z filozofii, zresztą krakówkowym ze stajni masonów J. Tischner'a, J. Życińskiego i M. Heller'a. 

Grygiel ma obecnie - po wydaleniu z FSSP i przejściu do diecezji opolskiej nota bene słynącej od dziesięcioleci ze skrajnego modernizmu - to do siebie, że już zupełnie nie opuszcza żadnej okazji do dawania świadectwa temu, jak daleko jest od katolicyzmu pod każdym względem. Oto kolejny przykład: 


Czyli Grygiel sprowadza religię do nadziei na "wysycenie" i "wyciszenie", a odnosi to do wszystkich kultur, ich mitów. 


Jest to więc innego jak sprowadzenie religii do opium, które ma uśmierzyć exystencjalne cierpienie. A to jest nic innego jak satanistyczny marxizm w niby mądrzejszej postaci. Z kontextu wynika, że Grygiel odnosi to także do religii katolickiej, czyli sprowadza ją do poziomu wszelkich fałszywych kultów, co zresztą dokładnie pasuje do jego poglądu, że Bóg nie ingeruje w przebieg historii i tym samym nie ma Bożego Objawienia i pochodzącej od Boga religii. Grygiel trzyma się tego uporczywie nawet wtedy, gdy przystojny redaktor próbuje naprowadzić na bardziej intelektualne ujęcie religii jako "wyjaśnienia". On uparcie twierdzi, że religia nie daje żadnego wyjaśnienia, lecz ma jedynie dawać "nadzieję" na osiągnięcie stanu bez cierpienia. No cóż, w tym myśleniu dość łatwo się mieści także masońska koncepcja śmierci jako anihililacji, która także oznacza kres cierpienia. To jest kolejny dowód na to, że Grygiel myśli i mówi jak typowy i konsekwentny mason. 

Nie przypadkiem nawiązuje następnie do bzdetów głoszonych przez jego mistrza, apostatę Heller'a:


To już wręcz zakrawa na makabryczny kabaret podwórkowy: Grygiel nazywa "wielkim pytaniem teologicznym" coś, co nie jest nie tylko hipotezą czy choćby fantazją, lecz wybitnie debilnym absurdem, rodem najwyżej z dość mało rozgarniętej publicystyki pseudonaukowej. Otóż po pierwsze, takie fantazje, jak przejęcie kontroli nad światem przez tzw. sztuczną inteligencję, należą jedynie do dziedziny filmowej z gatunku tzw. science fiction, który ma o wiele więcej wspólnego z fikcją niż z naukowością. Po drugie, takimi fikcjami z całą pewnością nie zajmuje się na poważnie żaden szanujący się teolog, lecz najwyżej apostata Grygiel i jego pokroju kolesie. Tak więc wynika z tego, że Grygiel naoglądał się w dzieciństwie filmików tego typu jak "Gwiezdne wojny" i z tego nie wyrósł. 

Przystojny redaktor w tym samym stylu bredzi o "biosygnaturach", a Grygiel bredzi jeszcze bardziej, poruszając się w sferze pseudonaukowych fantazyj dla dużych dzieci:


Jeśli by ktoś nie wiedział, to podaję, że dla tego typu fantazyj nie ma choćby najmniejszych przesłanek empirycznych, które są konieczne, by dyskusja miała sens na poziomie nauk przyrodniczych. To oczywiście nie przeszkadza Grygielowi - tudzież innym tego typu oszustom - w sprzedawaniu tego jako "wielkich pytań" naukowych i w tym też teologicznych. A on to sprzedaje wręcz dosłownie w postaci bełkotliwych publikacyj, którymi się chwali:


Tutaj Grygiel odkrywa, po co się umówił (z własnej inicjatywy, jak sam wyznaje) na wywiad, mianowicie dla promowania swojego "arcydzieła" stworzonego wespół z drugim krakówkowym apostatą o nazwisku Damian Wąsek (więcej o nim i jego kolaboracji z Grygielem tutaj). Jak trafnie podaje, prezentują oni dwie zasady:
- autonomia nauk przyrodniczych, w tym wypadku oczywiście rzekomych czyli żadnych, gdyż chodzi o ewolucjonizm (darwinizm), który nie jest nauką lecz ideologią,
- zmiana znaczenia dogmatów wiary, czyli oszustwo przez rzekomą zmianę jedynie językową. 
Obydwie zasady są oczywiście fałszywe i służą upozorowaniu zarówno naukowości jak też prawilności teologicznej. Zaś właściwie chodzi o podmianę wiary katolickiej na ideologię antykatolicką, która ma więcej wspólnego z kabałą niż z katolicyzmem, a służy zlaniu katolicyzmu z fałszywymi kultami, jak to widać już u mistrza i promotora Grygielowego, Michała Hellera (więcej tutaj). 

Dobrze, że Grygiel podaje konkretne przykłady:


On unika powiedzenia wprost, że według Grygielowo-Wąskowej "teologii ewolucyjnej" grzechu pierworodnego nie ma, a monogenizm - czyli wspólne pochodzenie całego rodzaju ludzkiego - jest błędny gdyż - rzekomo - sprzeczny z "nauką". Te dwa przykłady wystarczą, by orzec, że Grygiel i Wąsek są apostatami, którzy pod pozorami "naukowości" podważają nie tylko język teologii katolickiej, lecz jej istotne, wręcz fundamentalne treści. 

Grygiel oczywiście próbuje pozorować dobrą wolę i troskę duszpasterską, posługując się od dawna przestarzałym mitem, jakoby Kościół w swojej katechezie i homiliach postępował tak jak fundamentaliści protestanccy z ich prymitywnym traktowaniem Pisma św.:


To jest nic innego jak zabobon wzięty żywcem z propagandy ateistycznej, gdyż takiego podejścia Kościół nie miał nigdy, nawet względem takich bohaterów masonerii jak Galileusz i Giordano Bruno. Grygiel i Wąsek usiłują jednak jechać na tego typu przykładach, by rozkładać teologię katolicką od wewnątrz.

Ciekawe, że Grygiel w końcu jednak - chyba nie do końca świadomie - przyznaje, że dla niego kwestia właściwej interpretacji Księgi Rodzaju (i całego Pisma św.) jest "małostkowa" czyli nieistotna dla wiary katolickiej:

;

On widocznie czuje się tak bezpiecznie pod protekcją apostaty Rysia, że właściwie dość wyraźnie odkrywa swoje karty, zresztą podobnie do swojego protektora. 

Myślę, że podsumowanie jest zbędne. 


Co się dzieje w Bogu? Czyli wyczynów x. Wojciecha Grygiela ciąg dalszy


Radosna twórczość pseudointelektualna słynnego przebierańca x. Wojciecha Grygiela (więcej tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj) jest nadal w toku. Jest on obecnie w trakcie przejścia z Bractwa Kapłańskiego Św. Piotra (FSSP) do diecezji opolskiej (fotka powyżej pokazuje go w gronie ekipy seminarium duchownego w Opolu), a udziela się nadal w duszpasterstwie tzw. indultowym, nie zaprzestając szerzenia herezyj także wobec wiernych, którzy pragną i szukają autentycznego nauczania wiary katolickiej. Ostatnio popisał się na kazaniu następującym wyczynem:


To zdanie samo w sobie nie musi być heretyckie. Rzeczywiście według teologii katolickiej Boże Objawienie nie wyczerpuje prawdy o Bogu w znaczeniu pełni tego, Kim Bóg jest, jaki jest w Swoim życiu wewnętrznym. Także wizja uszczęśliwiająca (visio beatifica) świętych w niebie nie daje poznania całości Tajemnicy Boga, ponieważ człowiek jest istotą ograniczoną, również w stanie szczęśliwości wiecznej, gdyż ona nie zmienia natury człowieka, lecz ją podnosi, spełnia i wypełnia. Jest jednak kluczowa kwestia: jakie znaczenie ma cytowane zdanie w kazaniu, tzn. jaką kryje myśl i zamysł? 

X. Grygiel jest znany z dość "śmiałych" tez, aczkolwiek nie są one wcale oryginalne, lecz zerżnięte od skrajnych modernistów, zwłaszcza od jego mistrza x. Michała Heller'a, który zresztą także nie jest oryginalny, lecz rżnie z pomysłów nowszych czy starszych heretyków głównie angielskojęzycznych. Jeśli więc wypowiada takie zdanie, to wydaje się prawdopodobne, iż zmierza w nim - przynajmniej ostrożnie, przez niedopowiedzenie - ku modnej obecnie herezji agnostycyzmu teologicznego, czy wręcz absurdyzmu. 

W czym tkwi problem? Ano w tym, że to, czego nie wiemy o Bogu i nie będziemy wiedzieć, nie może być zaprzeczeniem tego, co wiemy, czy jest podane w Bożym Objawieniu w Jezusie Chrystusie. Jest to wykluczone z powodu prawdziwości tegoż Objawienia. Tak więc sugerowanie, jakoby w tajemnicy wewnętrznego życia Boga mogło być np. 4 czy 5 czy nawet więcej osób boskich, jest niczym innym jak podważeniem prawdziwości Bożego Objawienia w Jezusie Chrystusie. O to właśnie chodzi i zawsze chodziło wrogom chrześcijaństwa: sprowadzenie go do względnych, przejściowych, niepełnych wierzeń, które mogą się okazać - przynajmniej teoretycznie - nieprawdziwe. 

Jeśli to zdanie x. Grygiela z kazania nie musi być heretyckie, to dlaczego się czepiam? Ano dlatego jest problem, ponieważ to zdanie nie utwierdza we wierze katolickiej, lecz ją raczej podważa względnie może podważać i czyni to przynajmniej potencjalnie. Takie zdanie może mieć miejsce najwyżej w dyspucie teologicznej czy podczas wykładu teologicznego, gdzie jest możliwość zadawania pytań, domagania się dalszych wyjaśnień oraz wyrażenia krytyki. Jeśli x. Grygiel o tym nie wie, to powinien się wrócić do wykładów z homiletyki w seminarium. A jeśli wie, a mimo tego coś takiego robi, czyli wypowiada się w kazaniu w sposób siejący wątpliwości czy wręcz podważający prawdy wiary, to działa celowo destrukcyjnie na wiarę wiernych katolików. 

W sprawie fałszowania liturgii: czy Ceremoniał Biskupów jest wiążący?



Najpierw przypomnijmy fakty, czyli kontext historyczny tego pytania.

Od około 10-u lat, po Motu proprio "Summorum Pontificum" odbywaja się w Polsce celebracje pontyfikalne według Missale Romanum z 1962 r. Najpierw były to wydarzenia sporadyczne, mające miejsce co kilka lat, zaś w ostatnich latach odbywają się mniej więcej raz, niekiedy dwa razy w roku. Sprawowane były najpierw w Poznaniu, przez biskupów nie sprawujących liturgii tradycyjnej na co dzień. Jest bardzo prawdopodobne, że tym bardziej przepisy dotyczące celebracyj pontyfikalnych, czyli według przepisów Caeremoniale Episcoporum (według ostatniej edycji, czyli z 1948 r.) były im nieznane. Tym samym celebransi byli zdani na organizatorów oraz zaangażowanych przez nich quasi fachowców. Wówczas pojawiły się pewne osoby, które na swój sposób wprowadziły praktyki sprzeczne z przepisami Caeremoniale. Dotyczy to głównie funkcji ceremoniarzy, którą objęli świeccy. Zwykle byli to Piotr Szukiel (jako pierwszy i główny), historyk z Wrocławia,


(tutaj w udokumentowanym niegodnym zachowaniu podczas liturgii pontyfikalnej kard. Burke'a w Krakowie, gdzie organizatorem był x. Grygiel, w asyście widocznie tyłem x. J. Powąska z Kalisza oraz ex-paulin x. M. Kostka)

następnie Ryszard Bartoszko również w Wrocławia, Kacper Kołodziej, filolog klasyczny z Poznania (wówczas jeszcze licealista), także Jarosław Jarczewski, student medycyny z Opola, i inni.

Nie są znane historycznie wcześniejsze przypadki pełnienia tej funkcji przez świeckich, ani przed Vaticanum II, ani potem. We wszystkich znanych celebracjach biskupich w liturgii tradycyjnej ceremoniarzami byli zawsze duchowni.

Pewnego wyłomu dokonał wprawdzie abp M. Lefebvre, w którego celebracjach często tę funkcję pełnili klerycy czyli duchowni niższych stopni, nie zawsze prezbiterzy, i też zwykle nie używali sutanny fioletowej (fiolet prałacki). Jednak zawsze byli to duchowni w tradycyjnym znaczeniu, czyli przynajmniej po niższych święceniach.

Najstarszy z owych ceremoniarzy, który jest zapewne protagonistą w tej kwestii, w pewnej dyskusji w internecie określił przepis Caeremoniale odnośnie ceremoniarzy przejawem "klerykalizmu", zaś samą funkcję "zakładaniem czapki biskupowi".



To spontaniczne zachowanie świadczy dość dobitnie o nastawieniu i podejściu tej osoby do przepisów liturgii, w której regularnie pełnił główną po celebransie funkcję. Podkreślam: to Piotr Szukiel jest tym, który historycznie zapoczątkował:
- pełnienie funkcji ceremoniarza biskupiego przez świeckich oraz
- używanie przez tych świeckich sutanny w kolorze prałackim, czyli duchowieństwa najwyższej rangi. 

Długo zapowiadana obrona tej praktyki ukazała się niedawno na stronie "I komu to przeszkadzało?", robionej przez Ryszarda Bartoszko wraz z małżonką, który również należy do "szkoły" P. Szukiela. Ta strona zajmuje się głównie już dzisiaj egzotycznymi elementami czy to strojów liturgicznych czy garderoby duchowieństwa, czyniąc to w stylu parodystycznym. Odpowiednio szyderczy jest obrazek profilowy tej stronki, przedstawiający owady w strojach quasi liturgicznych.




Kilka miesięcy temu stronka wsławiła się wynalezieniem bluźnierczego określenia "bożocielny" w odniesieniu do święta Bożego Ciała, co dość dokładnie pasuje do poziomu duchowo-mentalnego grona osób wokół czy blisko P. Szukiela. Jest to zresztą środowisko, do którego należy także Ł. Wolański, świecki chemik i "akolita"  Novus Ordo, angażowany również nielegalnie i świętokradzko do pełnienia funkcji subdiakona, a też pierwotnie x. W. Grygiel (również pochodzący z Wrocławia), słynący z regularnie ewidentnie heretyckich wypowiedzi.

Text opublikowany kilka dni temu chce widocznie sprawić wrażenie naukowej rzetelności. W rzeczywistości nie podaje żadnych argumentów merytorycznych opartych na źródłach. Podane źródła nie są albo wcale w temacie, albo nie zawierają tego, co autor textu sugeruje. Dlatego szczegółowa analiza jest zbyteczna. Krytyczny czytelnik nie powinien poddać się sugestii i stwarzaniu pozorów argumentacji. Odniosę się do poszczególnych tez, które po części nie są wyrażone wprost, lecz ukryte w quasi wieloznacznych zdaniach. Opieram się na najnowszej edycji z 1948 r.



1. Żadne zdanie ani Caeremoniale (CE) ani żadnego dokumentu liturgicznego czy kanonicznego nie ogranicza obowiązywalności jego przepisów do katedry danego biskupa czy kościołów kolegiackich. Caeremoniale odnosi się do wszystkich celebracyj biskupich.

2. Kłamstwem jest twierdzenie, jakoby CE nie było księgą liturgiczną oraz nie posiadało "autorytetu doktrynalnego i dyscyplinarnego przysługującego księgom liturgicznym". W bullach papieskich promulgujących tę księgę jest jednoznaczne zestawienie jej z takimi jak Rituale Romanum oraz Pontificale, tudzież podkreślona jest obowiązywalność:


3. Fakt, że przepisy CE powstały w danym kontekście historycznym, nie ma zupełnie żadnego znaczenia dla ich obowiązywalności. Próba sugerowania, jakoby "praxis liturgiczna" miała jakieś znaczenie dla obowiązywalności jest także nieprawdą, która może mieć postawy najwyżej w marxiźmie, nigdy w teologii katolickiej.

4. Bezczelnym kłamstwem jest sugestia, jakoby praktyka świeckich ceremoniarzy w liturgii tradycyjnej była powszechna. Jak wskazane powyżej, jest to wynalazek wąskiego grona osób w Polsce o specyficznych znamionach, dość dalekich od prawowierności i Tradycji katolickiej.

5. Powoływanie się na Caeremoniale z 1984 r. jest zupełnie nie na temat, gdyż odnosi się ono jednoznacznie i wyłącznie do liturgii zreformowanej po Vaticanum II.

6. Kłamstwem jest sugestia, jakoby Gromier dopuszczał możliwość, żeby ceremoniarzem biskupim był "ktoś inny" w sensie osoby świeckiej.

7. Kłamstwem jest sugestia, jakoby podręcznik Martinucci'ego dopuszczał możliwość pełnienia funkcji ceremoniarza biskupiego przez świeckiego. Absolutnie ŻADEN podręcznik liturgii ani komentarz, ani dokument jakiejkolwiek instancji kościelnej, czy to papieskiej czy biskupiej nie dopuszcza takiej możliwości. CE mówi jednoznacznie nie tylko o wymaganym wybieraniu spośród duchowieństwa, lecz także o specjalnych cechach wybieranych:


Streszczając: mają to być nie tylko duchowni, lecz duchowni odpowiednio obeznani z literaturą przedmiotu oraz wyposażeni w przywileje.

8. Kwestia fioletowej sutanny jest podrzędna. Chodzi bowiem o przywilej, nie o nakaz jej używania. CE mówi wyraźnie, że ceremoniarz biskupi - którym w sposób jednoznaczny musi być duchowny - może używać takiej sutanny, jeśli to możliwe. Tak więc obłudne jest korzystanie z tego nie nakazanego przywileju przy równoczesnym przekroczeniu jednoznacznego wymogu odnośnie osoby ceremoniarza.

9. Perfidnie kłamliwe jest twierdzenie, jakoby celebracja pontyfikalna z użyciem nielegalnych świeckich ceremoniarzy była konieczna dla zbawienia dusz. Zasada "salus animarum suprema lex" stosuje się wyłącznie do sprawowania sakramentów w zakresie ważności koniecznej do udzielenia łaski sakramentalnej. Ani celebracja pontyfikalna nie jest konieczna do zbawienia dusz, ani tym bardziej celebracja z tak poważnym wykroczeniem przeciw przepisom Kościoła. Jest dokładnie przeciwnie: praktykowanie wykroczeń przeciw przepisom obarcza ciężkim grzechem wszystkich odpowiedzialnych za wykroczenie, tym samym oznacza celebrowanie świętokradzkie, czyli na zgubę dusz. Nigdy nie ma konieczności stosowania tego nadużycia, gdyż po pierwsze celebracje pontyfikalne nigdy nie są konieczne, a po drugie są i powinne być starannie przygotowane, co oznacza także odpowiedni dobór osób, zgodny z przepisami, zwłaszcza do tak odpowiedzialnej funkcji jak ceremoniarz.

10. Nie jest prawdą, jakoby przepis wymagający duchownych jako ceremoniarzy biskupich nie miał znaczenia teologicznego. Jak wiadomo, celebracja pontyfikalna jest najwyższą formą liturgii katolickiej i tym samym uroczystym wyrazem, jakby manifestacją istoty oraz struktury Kościoła. Zasada odnośnie ceremoniarzy jest konsekwencją i wyrazem prawdy wiary katolickiej odnośnie kapłaństwa Nowego Przymierza. Ceremoniarz kieruje liturgią i czuwa nad jej prawidłowym i godnym przebiegiem. Według wiary Kościoła kult Boży czyli sprawowanie liturgii jest dziedziną własną stanu duchownego. Jest już nawet logicznie absurdalne, by osoba świecka kierowała sprawowaniem kultu Bożego i czuwała nad jej prawidłowym przebiegiem. W ustroju Kościoła świeccy mają inne zadania. Tym samym to nadużycie ma charakter wybitnie heretycki, co wyrażają zresztą dość wyraźnie zacytowane powyżej słowa protagonisty owej praktyki.

Podsumujmy. Argumentacja p. Krzycha sprowadza się do trzech głównych wątków:
- podważanie obowiązywalności odnośnych przepisów oraz CE w ogóle,
- przypisywanie tej nowej praktyce rangi normatywnej (kłamliwe podając ją za powszechną),
- twierdzenie rzekomej konieczności.

Każdy z tych argumentów jest kłamliwy pod każdym względem. Czyż ktoś elementarnie przyzwoity i choćby powierzchownie szanujący odbiorców byłby w stanie popełnić tak haniebny text?

Tak więc na koniec nasuwa się pytanie: kim jest autor owego "gościnnego" textu broniącego pomysłu P. Szukiela wraz z resztą tego znamiennego grona?

Bartłomiej Krzych, były kleryk Instytutu Dobrego Pasterza we Francji, obecnie studiuje filozofię i pnie się ku karierze naukowej w dziedzinie filozofii.


Znamienne są obecne jego zainteresowania oraz działalność. Niecały rok temu ukazała się jego praca licencjacka w formie książkowej o tematyce dość zaskakującej (a może właśnie nie zaskakującej...) jak dla byłego kleryka tradycyjnego instytutu:


Szczególnie ciekawy jest wybór autora motta tej książki, mającej ambicje filozoficzne:

Jako drugi znamienny przedstawiciel literatury pozanaukowej występuje w bibliografii następująca osoba: 


Ponadto szczególnym autorytetem naukowym jest osoba, która wprost głosi, że Bóg nie działa wbrew prawom naturalnym, czyli bez ogródek wyznaje światopogląd masoński negujący już nawet możliwość Bożego Objawienia (więcej tutaj): 


Nie jest zaskoczeniem, że jest to równocześnie promotor i mentor x. Grygiela. 
O deistyczno-antychrześcijańskich poglądach x. Hellera mówi nawet przyjaciel x. Grygiela, Piotr Koc, niegdyś oficjalnie współpracujący z nim w tworzeniu duszpasterstwa indultowego w Krakowie (spotkałem go osobiście przy okazji organizowanego przez x. Grygiela spotkania "tradycjonalistów" indultowych w Tuchowie), zaś obecnie deklarujący się jako ateista, któremu bliżej jest do buddyzmu niż do chrześcijaństwa:


Całość do poczytania: 

Pan Koc jest zresztą bliskim przyjacielem byłego xiędza Marka Grabowskiego, który porzucił kapłaństwo w atmosferze skandalu obyczajowego. Przedtem był protegowanym i współpracownikiem x. Grygiela, dzięku którego staraniom został wyświęcony w Krakowie przez bpa T. Pieronka. Grabowski, mówiący o sobie wielokrotnie "wierzyłem w Boga" w czasie przeszłym - w swojej obszernej działalności blogowej po odejściu z kapłaństwa bardzo często i niezwykle serdecznie wzmiankuje właśnie pana Koca jako swojego przyjaciela i doradcę. Blog ex-xiędza już nie istnieje (a szkoda), natomiast są jego ślad na blogu zaufanego przyjaciela: 



Wszystko wskazuje na to, że jest to to samo środowisko światopoglądowe, w którego centrum jest x. Grygiel jako obecnie jeden z najbliższych współpracowników x. Hellera. 

Pan Krzych jest także związany z czasopismem o wielkich ambicjach: 


Ma w nim odpowiedzialne funkcje:


Bardzo ciekawa jest rada naukowa tego dzieła:

Ciekawą postacią jest także redaktor naczelny, który chwali się swoimi zainteresowaniami także na profilu fb:


Równocześnie widocznie jest politeistą, mimo że w biografii podaje się za niegdyś zaangażowanego katolika: 



Myślę, że dalszy komentarz jest zbędny. Te dostępne publicznie informacje mówią same za siebie, a mówią wiele...

Dodam jeszcze tylko, że p. Krzych był przez kilka lat redaktorem naczelnym portalu niby indultowców:
 


Na koniec pozostaje tylko westchnąć: Kyrie eleison!

Teologia zabłąkana czyli czy diabel nie istnieje?


Po wypowiedzi nowego generała zakonu jezuitów dla hiszpańskiego czasopisma "El mundo" odnośnie zła i diabła pojawiły się nie tylko ostre słowa krytyki, lecz także żarliwej obrony. W Polsce szczególnie głośna stała się ocena x. prof. Pawła Bortkiewicza z UAM w Poznaniu, który skonstatował herezję. Po niedługim czasie na portalu jezuitów deon.pl pojawił się wywiad z dwoma pracownikami krakowskiego PUJPII. Ten dziwny już co do formy dwugłos - jako że wszystkie wypowiedzi sygnowane są dwoma nazwiskami - należy widocznie potraktować jako odpowiedź polskich jezuitów ustami niejezuitów. Ciekawy zabieg. Mimo że widocznie nikt nie jest gotów wziąć osobistej odpowiedzialności za tę wypowiedź, ma być ona nie tylko obaleniem zarzutu x. Bortkiewicza, lecz także obroną wypowiedzi o. Sosa'y, a ponadto prezentacją szerszych, nawet fundamentalnych poglądów teologicznych przynajmniej xięży Wojciecha Grygiela i Damiana Wąska. 

Przyjrzyjmy się bliżej, krok po kroku. Dla jasności i rzetelności przytaczam poszczególne fragmenty, by następnie odnieść się do nich komentując. Z natury rzeczy nie do uniknięcia są powtórzenia, jako że rozmówcy dość często się treściowo powtarzają.

1. 
"Problemy z recepcją niektórych wypowiedzi teologicznych... Są one związane z oporem wobec pluralizmu teologicznego". 

Tak więc już na początku swej wypowiedzi xx. G. i W. sprowadzają sprawę do problemu z recepcją wypowiedzi o. Sosa’y. Problem upatrują oczywiście po stronie x. Bortkiewicza tudzież innych krytyków. Hasłem-wytrychem jest tutaj pluralizm teologiczny. Tym samym już przed wykazaniem prawdziwości wypowiedzi o. S. wyznaczają mu miejsce w panteonie różnych odmian teologij katolickich. Bez choćby śladu czy próby argumentowania.

2. 
"Wielu teologów i publicystów zdogmatyzowało we własnej głowie jeden system pojęć i jeden model myślenia o Bogu i Kościele." 

To jest następne dość bezczelne zdanie, liczące widocznie na to, że odbiorcy nie pamiętają czy nie wiedzą, o jaki temat chodzi, mianowicie o wypowiedź o. S. odnośnie zła i diabła. W tym temacie – ale nie tylko – są jednoznaczne dogmatyczne wypowiedzi Magisterium Kościoła:
- Sobór Laterański IV ogłosił uroczyście, że diabeł i inne demony zostały stworzone przez Boga jako dobre co do natury, lecz przez siebie (tzn. z własnej woli) stały się złe.
- Sobór Trydencki naucza, że w wyniku grzechu pierwszych rodziców diabeł ma pewnego rodzaju władzę nad ludźmi.
Można oczywiście przytaczać niezliczone fragmenty Pisma św. i Ojców Kościoła, na których opiera się to nauczanie.
Mówienie o „zdogmatyzowaniu we własnej głowie“ świadczy więc dość dobitnie o stanie głów xięży G. i W., czy to odnośnie wiedzy, czy zwykłej przyzwoitości w dyskusji.

3. 
 "Model proponowany przez św. Tomasza i Sobór Trydencki... to ślepa uliczka, ponieważ obraz świata generowany przez współczesne nauki może wymuszać reinterpretację tez teologicznych, formułowanych przy użyciu bazy pojęciowej klasycznej teologii."

Niemniej kłamliwe, bądź przynajmniej elementarnie ignoranckie jest nazwanie prawd wiary odnośnie istnienia i działania diabła „modelem“ św. Tomaszowym i trydenckim. Wygląda na to, że xx. G. i W. nie tylko nie znają Pisma św. i całego nauczania Kościoła w tej kwestii, lecz nie chcą znać. Przy okazji nazwanie nauczania św. Tomasza i Soboru Trydenckiego „ślepą uliczką“ jest nie tylko bezczelne i ignoranckie, lecz nieposłuszeństwem zarówno wobec encykliki „Aeterni Patris“ Leona XIII, jak też wobec Soboru Watykańskiego II („Optatam totius“, Paweł VI „Gravissimum educationis“ oraz „Lumen Ecclesiae“) oraz nowszych dokumentów jak chociażby Jana Pawła II (Codex Iuris Canonici, „Fides et ratio“), które wyraźnie zalecają szczególną, przewodnią rolę tomizmu w studiach teologicznych oraz jego bliski związek z odwiecznym nauczaniem Kościoła.
Ponadto twierdzenie, jakoby obraz świata generowany przez przyrodnictwo mógł wymuszać „reinterpretację“ tez klasycznej teologii katolickiej, ignoruje naturę zarówno przyrodnictwa jak też teologii. Po pierwsze zadaniem nauk przyrodniczych nie jest generowanie obrazu świata, lecz wyjaśnianie przyczynowo-skutkowe rzeczywistości dostępnej empirycznie według właściwych dla nich metod. Wychodzenie poza to zadanie jest przekraczaniem kompetencji i generowaniem zabobonów, które z naukowością nie mają właściwie nic wspólnego. Po drugie: właściwe, tzn. prawdziwe wyniki badań przyrodniczych mogą być pomocne w autentycznej interpretacji Bożego Objawienia, także w jej pogłębieniu i poszerzeniu. Dlatego właśnie Kościół zalecał i zaleca metodę tomistyczną, gdyż właśnie ona - w przyciwieństwie do innych - bazuje na filozofii arystotelesowskiej, która jest zarazem teoriopoznawczym fundamentem nauk przyrodniczych. Tym samym to właśnie tomizm jest gwarantem współpracy naukowej między teologią a przyrodnictwem, a nie jego wyrzucenie do śmietnika historii.

4. 
"...natura Objawienia wymaga ciągłego namysłu nad istotą Bożego przesłania. Zamykanie się w historycznych stwierdzeniach może być wyrazem pychy - przekonania, że objęliśmy już całość prawdy i pozostało nam jedynie powtarzanie."

To zdanie, o ile jest sensowne, niestety odrzuca ostateczność i niezmienność dogmatów czyli nieomylnych orzeczeń Magisterium Kościoła w sprawach wiary i moralności. Jako takie jest naczelną tezą herezji modernizmu potępionego przez Kościół (por. Vaticanum I, „Dei Filius“, Pius XII „Humani generis“, Vaticanum II „Dei Verbum“, instrukcja „Mysterium Ecclesiae“ z 1974 r.). Nazywanie niezmiennych dogmatów wiary „wyrazem pychy“ jest niesłychaną bezczelnością, niezależnie od tego, czy pochodzi z ignorancji czy z heretyckich przekonań. Stawianie zwykłego „powtarzania“ jako alternatywy świadczy o ubóstwie wiedzy i myśli autorów. Wg teologii katolickiej niezmienność i trwała obowiązywalność dogmatów nie oznacza i nigdy nie oznaczała jedynie powtarzania, lecz umożliwiała i prowadziła do rozwoju myśli teologicznej zarówno w zgłębianiu prawd wiary i ich obronie, jak też na płaszczyźnie wniosków i opinii teologów. Sprawa ma się podobnie jak we wszystkich innych naukach: aksjomaty nie zamykają dyskusji, lecz stanowią jej niezbędną podstawę i punkt wyjścia.

5. 
"...współczesny kryzys teologii spowodowany jest między innymi brakiem świeżości, zbyt niskim tempem zmian i zachowawczością na gruncie teologii potrydenckiej (K. Rahner), a więc podjęcie nowych wyzwań wymaga poszukiwania nowych dróg - jedynie wtedy teolog nie będzie piewcą mitów."

Xięża G. i W. są tutaj wierni swojej metodzie: opatrzenie pogardliwym opisem bez jakiejkolwiek próby uzasadnienia ma zastąpić merytoryczną wypowiedź. Powołanie się na K. Rahnera, którego wątpliwa oryginalność sprowadza się do przemycenia myślenia heglowsko-marxistowskiego do teologii katolickiej, ma widocznie stworzyć pozory powagi tej absurdalnej wypowiedzi na poziomie publicystyki brukowcowej. Zarzucanie „braku świeżości“, postulowanie „zmian“ bez konkretów, tudzież opatrzenie przeciwników pogardliwym określeniem „piewców mitów“ są wyczynami tak prymitywnymi i zarazem bezczelnymi, że nie zasługują na poważne traktowanie i poważny komentarz.

6. 
"...pluralizm we współczesnej filozofii pozwala na konstruowanie tez teologicznych w różnych systemach pojęciowych, co jest szansą a nie zagrożeniem."

Od kiedy to pluralizm jest właściwością jedynie „współczesnej filozofii“? Czyż filozofowie nie mieli od zarania dziejów tej nauki różne systemy pojęciowe? W tym miejscu szanowni naukowcy xięża G. i W. popisują się jaskrawą ignorancją już nawet w dziedzinie, która jest rzekomo specjalnością przynajmniej jednego z nich. Ponadto: czyżby uważali, że różne i sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne wraz ze swoimi pojęciami są równowartościowymi narzędziami dla teologii? Dlaczego nie nazwą po imieniu choćby jednego systemu filozoficznego, który miałby czy móglby zastąpić tomizm w wyrażaniu prawd wiary? Takie zdanie bez niezbędnych doprecyzowań jest zwykłą demagogią i oszukiwaniem odbiorców.

7. 
 "prawd", których zaprzeczenie jest herezją, "jest bardzo mało, a ponad to, nawet tak zdefiniowane podlegają reinterpretacji. Sprawia to, że należy udowodnić potencjalnemu heretykowi, że zaprzeczył prawdzie i że to nie była próba reinterpretacji."

Znowu szanowni uczeni pomijają właściwy temat, mianowicie nauczanie Kościoła odnośnie zła i diabła. I znowu albo nie wiedzą, że są prawdy wiary w tej sprawie (wspomniane już wyżej), których zaprzeczenie jest herezją, albo świadomie oszukują odbiorców.

8. 
"O. Sosa bierze na poważnie osiągnięcia nauki, a więc zdaje sobie sprawę, że stwierdzenie stopnia odpowiedzialności człowieka za jego czyny jest coraz bardziej skomplikowane. Zgadzamy się z tym, ponieważ obserwujemy jak neuronauki wskazują na wiele determinizmów - skłania to teologów do kompatybilistycznych ujęć wolnej woli."

Xięża G. i W. albo nie czytali odnośnej wypowiedzi generała jezuitów, albo zakładają, że odbiorcy nie znają jej brzmienia. Jak każdy może sprawdzić w internecie, o. Sosa odpowiada na pytanie: “czy zło jest procesem z dziedziny ludzkiej psychologii, czy pochodzi od bytu wyższego?“ W swojej odpowiedzi twierdzi, że 1. zło stanowi część tajemnicy wolności, 2. że chrześcijanie wierzą, że jesteśmy stworzeni na Boży obraz i podobieństwo, oraz 3. że „uczyniliśmy postacie symboliczne (hemos hecho figuras simbólicas) jak diabeł, żeby wyrazić zło (para expresar el mal)“. I dodaje, że „także uwarunkowania społeczne reprezentują tę postać (diabła), tak jak są ludzie, którzy tak czynią, ponieważ znajdują się w otoczeniu, gdzie jest bardzo trudno czynić inaczej“. Tak więc wg o. Sosa‘y 1. diabeł jest produktem ludzkiej fantazji, który 2. jest wynikiem uwarunkowań społecznych. Żadne pseudouczone interpretacje nie są w stanie zmienić prostego i jednoznacznego sensu tej wypowiedzi. Siląc się na takowy zabieg xięża G. i W. kompromitują się tym bardziej przed powoływanie się na „determinizmy“ wskazywane przez neuronauki. W ten sposób oprócz ewidentnie heretyckiej i paramarxistowskiej wypowiedzi generała jezuitów mamy przed sobą opowiedzenie się przez jego obrońców za determinizmem neurobiologicznym, który ma rzekomo usprawiedliwiać herezję o. Sosa’y. No cóż, większego pomieszania pojęć, strzępów prawdy, ignorancji i ewidentnych absurdów nie sposób sobie wyobrazić. Dzielni obrońcy, posługując się – w żaden sposób nie wyjaśnionym – określeniem „kompatybilistyczne ujęcia wolnej woli“ usiłują stworzyć wrażenie uczoności, by w ten sposób zamydlić odbiorcę frazesem. Nie są bowiem w stanie ani obronić wypowiedzi o. Sosy ewidentnie sprzecznej z całym nauczaniem Kościoła, ani sensownie wykazać, że nauczanie Kościoła i teologii katolickiej odnośnie diabła jest błędne i konieczne do skorygowania. Mówiąc wprost: jest to jedynie rzucanie pseudonaukowymi frazesami dla sprawienia wrażenia na odbiorcach, którzy oczywiście – w ich mniemaniu – nie mają prawa ani zdolności intelektualnej upoważniająej do krytycznego podejścia do tych słów.

9. 
 "Teologia podpowiada, że w odniesieniu do rzeczywistości transcendentnych wszystkie terminy muszą być traktowane jako symbole czy metafory."

Nie wiem, jaką teologię mają na myśli. I skąd nagle, mimo postulowanego pluralizmu teologicznego, się bierze jedna jedyna teologia. W każdym razie z pewnością nie jest to teologia katolicka. Po pierwsze, wg teologii katolickiej diabeł nie jest rzeczywistością transcendentną, lecz stworzeniem Bożym. W pojęciu chrześcijańskim jedynie Bóg jest bytem transcendentnym. Po drugie, żaden dokument Kościoła ani teolog uznany przez Kościół za autorytet nie naucza, że wszystkie terminy teologiczne odnoszące się do Transcendencji są „symbolami czy metaforami“. Autorzy tych słów widocznie nie rozumieją nawet słownikowego znaczenia pojęć symbol i metafora, skoro używają je zamiennie. I widocznie mylą te pojęcia z pojęciem analogii. Bowiem wg teologii katolickiej potwierdzonej autorytetem Magisterium Kościoła nasze pojęcia odnoszące się do Boga mają charakter analogii, czyli wypowiadane są o Bogu jedynie na zasadzie podobieństwa, gdyż ich właściwy (dosłowny) sens pochodzi z poznania rzeczywistości stworzonej. Co to ma wspólnego z orzekaniem o diable, który jest wg nauczania Kościoła rzeczywistością stworzoną? Tak więc xięża G. i W. albo uważają diabła za rzeczywistość transcendentną czyli boską, i tym samym wyznają dualizm teistyczny (i są tym samym nie tylko heretykami, lecz apostatami), albo brakuje im podstawowej wiedzy i rozróżnień z dziedziny elementarza filozofii i teologii na poziomie licealnym.

10. 
 "Ks. profesor (Bortkiewicz) mówi w taki sposób, jakby pojęcia zaangażowane w sformułowanie dogmatu w sposób całkowity ujmowały treść odwzorowywanej przez nie rzeczywistości."

To jest niestety ponowne zaprzeczenie prawdziwości i adekwatności dogmatów wiary. I równocześnie liczenie na to, że odbiorcy nie wiedzą, czy nie pamiętają, o jaką wypowiedź o. Sosa’y chodzi. Albo nie potrafią elementarnie myśleć. Gdy z jednej strony Kościół naucza, że diabeł jest Bożym stworzeniem, a z drugiej strony o. Sosa naucza, że diabeł został stworzony przez ludzi jako „figura symboliczna“, to gdzie tu jest kwestia niecałkowitości dogmatu Kościoła? Jakże wypowiedź o. Sosa’y można przedstawiać jako rzekome uzupełnienie nauczania Kościoła odnośnie diabła? Taki zabieg może być jedynie kpiną z elementarnej zdolności czytania prostych słów i logicznego myślenia.

11. 
"Teologia jest spotkaniem ludzkiego rozumu z Objawieniem, a nie jedynie niewolniczym przedyktowaniem treści objawienia przez Boga niczym nie uwarunkowanemu ludzkiemu umysłowi. W zetknięciu tym pojawia się więc nieprzełamywalna dysproporcja pomiędzy skończonością ludzkiego umysłu a nieskończonością Boga. W rezultacie każdy dyskurs teologiczny ujmuje jedynie pewną nikłą część rzeczywistości nadprzyrodzonej, o której orzeka. Oznacza to, że dyskurs ten posiada kontekstualny charakter, wyrażający się w jego zależności od wykorzystanej bazy pojęciowej. (...) Wzrost tej świadomości spowodował, że Kościół odszedł od niewolniczego trzymania się tomizmu i otworzył się również na inne filozofie (fenomenologia, egzystencjalizm, filozofia dialogu, filozofia analityczna), co pozwala na kontemplację Boskiej natury z różnych punktów widzenia i myślenie o obiektywnej rzeczywistości Boga z kilku różnych perspektyw. (...) Nie jest to myśl nowa, ponieważ już w epoce patrystycznej mieliśmy do czynienia z refleksją na temat adekwatności pojęć używanych w opisie Boga. Refleksja takich myślicieli, jak przykładowo Pseudo-Dionizy Aeropagita, a później Mikołaj z Kuzy prowadziła do wniosku, że najwłaściwszym sposobem opisywania rzeczywistości Bożej naszymi terminami jest zaprzeczenie, ponieważ język ludzki przeznaczony jest do komunikacji o tym, co ziemskie i co dotyczy człowieka i świata."

Tutaj mamy do czynienia z kolejnym powtórzeniem wyrażonych już powyżej tez i pseudoargumentów, które mają się właściwie nijak do właściwego tematu, a widocznie mają na celu zaimponowanie rzekomą uczonością autorów. Jest tutaj znowu pomieszanie rzeczywistości Boga z rzeczywistością diabła. Jest znowu hejt na tomizm. Jest znowu pomieszanie teologii apofatycznej i roli analogii w teologii z relatywizmem filozoficznym (tak jakby systemy filozoficzne były równowartościowe) i tym samym agnostycyzmem. Zbędne jest tutaj wykazywanie absurdalności i ignoranctwa. W miarę ogarnięty student teologii czy już nawet filozofii dostrzeże tutaj jedynie demagogiczną wartość wypowiedzi.

12. 
"Zarówno wspomniani teologowie jak i większość autorów współczesnych podręczników do poznania teologicznego wskazuje, że orzekające o rzeczywistości transcendentnej terminy teologiczne sformułowane w języku pozytywnym (np. osoba itp.) mogą być używane tylko wtedy, gdy rozumie się je w znaczeniu metafory lub symbolu. Zaleca się więc równoczesne używanie języka negatywnego i pozytywnego, by nas chronić przed bałwochwalstwem i budować szacunek do tajemnicy."

Do tak absurdalnej akrobacji pojęć i bezsensu wypowiedzi – która jest właściwie tylko kolejnym powtórzeniem powiedzianego powyżej – jest zdolny tylko ktoś, kto jest przekonany o braku elementarnej wiedzy i sprawności intelektualnej odbiorców. Mogę zapewnić, że takowe zdanie nie znajduje się ani u żadnego teologa uznanego przez Kościół jako autorytet, ani w żadnym klasycznym podręczniku teologii katolickiej. Przyznam, że znam tylko niewiele podręczników tzw. współczesnych. Jednak śmiem wątpić, by szanujący się teolog mógł wygłaszać taką tezę.

13. 
"Ks. Bortkiewicz popełnia więc błąd nadmiernej obiektywizacji języka teologicznego twierdząc, że pojęcie osoby wyraża całość rzeczywistości zła. Mając na względzie fakt, że pojęcie osoby jest, jak wszystkie inne, skończonym tworem ludzkiego umysłu, można jedynie utrzymywać, że adekwatnie reprezentuje ono pewien aspekt rzeczywistości zła, natomiast nie ujmuje w sposób wyczerpujący jego treści. W takiej perspektywie wyrażenie o. Sosy, że zło osobowe symbolizuje rzeczywistość zła jest równoznaczne stwierdzeniu, że konceptualnie ,,chwyta’’ ono pewien aspekt rzeczywistości zła. Symbol bowiem, w przeciwieństwie do znaku, zawsze odwzorowuje jakiś aspekt rzeczywistości, do której się odnosi - otwiera, a nie zamyka perspektywy znaczeniowej. Jako ludzkie pojęcie zastosowane do transcendującej je rzeczywistości nie może uczynić niczego więcej."

To jest po pierwsze powtórzenie zawartej już powyżej tezy o nieadekwatności pojęć teologicznych, co jest absurdalne w odniesieniu do stworzeń i nieprawdziwe, tym samym niezgodne z nauczaniem Kościoła. Po drugie tutaj xięża G. i W. po prostu zmyślają, suponując stwierdzenia o. Sosa’y, które nie miały miejsca, zaś przemilczają jego właściwe, dość proste i jasne słowa, których nie da się obronić w świetle nauczania Kościoła.

14. 
"Mówienie o diable jako symbolu nie oznacza, że zło nie jest osobowe, ale jest czymś znacznie więcej, niż reprezentowane jako osobowe i przedstawia sobą dużo bardziej realną rzeczywistość, niż tę, którą mamy na myśli mówiąc o złu jako o osobie."

To jest ponowne przekręcenie wypowiedzi o. Sosa’y. Właściwie zafałszowanie, widocznie obliczone na nieznajomość sprawy u odbiorców.

15. 
 "Dokonując absolutyzacji osobowego charakteru zła, ks. prof. Bortkiewicz zbliża się do jakiejś formy racjonalizmu, wedle której rzeczywistości, przekraczające ludzką kondycję poznawczą, zamknąć można w pojęciach."

Tutaj jest już bezpośredni atak na wypowiedź x. prof. Bortkiewicza, która jest słuszną rzeczową krytyką. Atak chybiony, niemerytoryczny i w swej zasadzie, na którą się powołuje, fałszywy. Prawda o złu osobowym, które jest stworzone, jest czymś rodzajowo i gatunkowo innym niż prawda o Bogu, który jedyny jest transcenentny. Tym samym nie można twierdzić, jakoby nasze pojęcie w odniesieniu do rzeczywistości diabła były równie czy podobnie nieadekwatne jak w odniesieniu do Boga. A przy okazji nasi uczeni obrońcy o. Sosa’y wykazują ponownie mistrzostwo w popisowym nadużywaniu pojęć, tym razem na przykładzie absolutyzacji. Tak absurdalny zarzut może się zdarzyć tylko komuś, kto nie ma elementarnego szacunku chociażby do zwykłego znaczenia słów.

16. 
"...natura rzeczywistości transcendentnych nie pozwala na jednoznaczne ich definiowanie, więc dyskusja o możliwych formach ekspresji jest nie tylko możliwa, ale i konieczna. W swoim myśleniu ks. prof. Bortkiewicz zamyka przed teologią cenne ścieżki jej rozwoju. Czyni to broniąc się przed refleksją angażującą treściowo bogatsze systemy konceptualne, pozwalające na dużo głębsze penetrowanie rzeczywistości nadprzyrodzonej."

Także na koniec nie dowiadujemy się niczego nowego. Zaś potwierdza się pomylenie i pomieszanie elemenentarnych pojęć, tym razem nie tylko „rzeczywistości transcendentnych“ lecz także „rzeczywistońci nadprzyrodzonej“. Skoro xięża Grygiel i Wąsek tak uporczywie zaliczają diabła do rzeczywistości transcendentnej i nadprzyrodzonej (co jest charakterystyczne dla okultyzmu), to wniosek nasuwa się ponownie następujący: szanowni "naukowcy" albo nie rozumieją pojęcia Transcendencji i nadprzyrodzoności stosowanego w teologii katolickiej, albo uznają diabła za byt transcendentny, czyli niestworzony i „boski“, czyli wyznają dualizm teistyczny, który przeczy elementarnej prawdzie zawartej już w Starym Testamencie, i są tym samym apostatami, których myślenie jest bliższe pogańskiej gnozie i żydowskiej kabale niż chrześcijaństwu.


Szczegółowe podsumowanie naszej analizy jest zbędne. Wnioski są proste. Ta duetowa wypowiedź jest skandalicznym przykładem ignorancji, braku rzetelności zarówno naukowej jak też zwykłej co do publicznej wypowiedzi, a przy tym rzadkiej bezczelności zarówno w odniesieniu do nauczania Kościoła, jak też atakowanego przez nich x. prof. Bortkiewicza, oraz pogardy dla odbiorców, u których Grygiel i Wąsek widocznie zakładają brak zdolności czytania oraz elementarnego logicznego myślenia. Skoro takie osoby nauczają studentów na papieskim uniwersytecie, to należy być poważnie zatroskanym o jakość tych studiów oraz przyszłość Kościoła w Polsce.