Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Najwyższe kryterium




I Niedziela Męki Pańskiej

J 8, 46-59

Kto z was udowodni Mi grzech? Jeżeli prawdę mówię, dlaczego Mi nie wierzycie? Kto jest z Boga, słów Bożych słucha. Wy dlatego nie słuchacie, że z Boga nie jesteście». Odpowiedzieli Mu Żydzi: «Czyż nie słusznie mówimy, że jesteś Samarytaninem i jesteś opętany przez złego ducha?» Jezus odpowiedział: «Ja nie jestem opętany, ale czczę Ojca mego, a wy Mnie znieważacie. Ja nie szukam własnej chwały. Jest Ktoś, kto jej szuka i sądzi. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki». Rzekli do Niego Żydzi: «Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz?» Odpowiedział Jezus: «Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: “Jest naszym Bogiem”, ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy – kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał [go] i ucieszył się». Na to rzekli do Niego Żydzi: «Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?» Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, JA JESTEM». Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni.

Kimże On jest? – To pytanie stale towarzyszyło Jezusowi, wypowiadane bądź domyślne. Fakt Jego zaistnienia, poczęcia, narodzin, życia ukrytego, potem nauczanie i znaki były intrygujące, zarówno zachwycające i zadziwiające, ale też oburzające, niekiedy skandaliczne, aczkolwiek jedynie dla pewnej grupy osób. W powszechnym odbiorze Jezus czynił tylko dobro. Jak wskazuje Ewangelista w dzisiejszej perykopie, nawet Jego wrogowie nie mogli Mu zarzucić żadnego grzechu, chociaż zdarzało się, że Jezus wykraczał poza przepisy zwyczajów i reguł rabinistycznych. Ewangelie świadczą jednoznacznie, że postać i nauczanie Jezusa były wystarczająco czytelne dla ogółu zarówno wyznawców religii mojżeszowej, jak też nawet dla innych kierujących się zdrowym rozsądkiem i szczerym sumieniem. Już na płaszczyźnie ogólnoludzkiej Jezus Chrystus był kimś wiarygodnym, godnym zaufania, mimo że nawet Jego krewni i najbliżsi uczniowie mieli trudności w zrozumieniu i przyjęciu wszystkiego, co głosił i czynił.

Konflikt Jezusa z przywódcami żydowskimi, czyli spór o Jego tożsamość widoczny chociażby w rozdziale 8 Ewangelii św. Janowej, można streścić w kilku zasadniczych punktach:

1. Jezus mówi prawdę o Sobie, w różnoraki sposób, nie zawsze wprost, ale wyraźnie i zapobiegając nieporozumieniom: zmierza do ukazania i ukazuje Swój boski autorytet.

2. Jezus występuje w ciągłości, czyli istotnej zgodności ze Starym Przymierzem, wskazując na tegoż wypełnienie w Sobie, co oznacza przewyższenie - jedyne i ostateczne.

3. Przy tym, zależnie od reakcji, ukazuje się wiara albo niewiara ludzi, które są w istocie postawami wobec prawdy ukazywanej przez Jezusa w słowach i czynach.

Postawa odrzucających tę prawdę jest psychologicznie spójna a równocześnie zbiorowa, choć zachowanie poszczególnych osób jest podane dopiero w punkcie szczytowym, przy sądzeniu, skazaniu i ukrzyżowaniu:

1. Jest wystawianie na próbę, lecz nie w celu zbadania i poznania prawdy, lecz dla nastawienia pułapki i znalezienia powodów do oskarżenia i skazania.

2. Jest wskazywanie na prawo mojżeszowe jako normę najwyższą, aczkolwiek w połączeniu i w świetle własnej tradycji żydowskiej.

3. Wystąpienie Jezusa poczytują i przedstawiają jako zamach na ich własne poczucie wartości, autorytet i władzę.

4. Nigdy nie uznają racji Jezusowej, nigdy, przynajmniej publicznie, nie przyznają się do błędu i nie znoszą wskazania na swój błąd, czy to teologiczny czy moralny.

5. Usiłują wlelorako podważyć wiarygodność Jezusa, głównie przez wskazanie na sprzeczność z prawem mojżeszowym i z własną tradycją, na pochodzenie ludzkie czy inne, bezpodstawne zaszufladkowanie.

6. Ich niechęć do prawdy ma także postać kłamliwości, czyli świadomego i zamierzonego odchodzenia od prawdy i zastępowania jej przeciwieństwem.

7. Ostateczną konsekwencją i kształtem tej postawy jest nienawiść, gotowa nawet do zabójstwa i to pod pretextem bluźnierstwa. W tym ukazuje się wyraźne znamię tego, który jest kłamcą i mordercą.

Jak we wszystkich spotkaniach Jezusowych z ludźmi, także tutaj łączą się i nawzajem przenikają płaszczyzna religijna (Objawienie Boże), duchowa (rozróżnianie duchów) i moralna (grzech). Są one nierozłączne, jako że człowiek jest jeden, choć w różnych wymiarach żyjący i we wielu aspektach postrzegany. Jedno jest także ostateczne, najwyższe i właściwe kryterium, wobec którego rozstrzyga się ukierunkowanie i zarazem los człowieka: Jezus Chrystus jako Osoba ze słowami i czynami.

Wchodząc w najściślejszy okres dorocznego rozważania Męki Pańskiej i zarazem tajemnic naszego Odkupienia, stajemy w radykalny sposób wobec tego kryterium. Przykłady zachowań ludzkich opisane w Ewangeliach, zwłaszcza w szczytowych wydarzeniach, są nam dane jako pomoce w rozpoznaniu naszego własnego stanu religijno-duchowo-moralnego. Nasza wiara w boską godność i władzę Jezusa Chrystusa jest poddawana próbie nie tylko w rozważaniu Jego poniżenia na Krzyżu, lecz także w doświadczaniu naszych krzyży – bólów, cierpień i lęku przed śmiercią własną i naszych bliskich. Nasza kondycja duchowa wykazuje się w uległości i pozwalaniu na prowadzenie – albo przez Ducha Świętego, albo przez złego. W stanie moralnym, obejmującym zarówno dobre jak i złe uczynki, nawyki i sprawności, decydująca jest nie ilość poszczególnych pozytywów i negatywów, lecz zasadnicze ukierunkowanie rozumu, uczuć i woli.

Dlatego stajemy wobec tej Osoby, którą możemy zrozumieć według klucza prawdy i miłości, z którą szczególnie w te dni możemy i powinniśmy współczuć, współodczuwać i współprzeżywać, na ile jest to dla nas możliwe. I do której powinna przylgnąć nasza wola poprzez gotowość pójścia za Nim i z Nim na świadczenie prawdzie nawet za cenę własnego życia, także w jego poszczególnych cząstkach, które niekiedy jest trudniej złożyć w ofierze niż całe życie. Także takie umieranie dla przyjemności światowych jak przeznaczenie więcej czasu w tych dniach na modlitwę czy to indywidualną czy liturgiczną może być i jest poddawaniem się kryterium rozróżniania.

Jezusowe odejście ze świątyni po starciu z przywódcami żydowskimi oznacza Jego przyjście do każdego człowieka miłującego prawdę i bliskość z nim. Nawet jeśli wierzący w Chrystusa są tymczasem, podobnie jak Mistrz w dzisiejszej Ewangelii, poza zasięgiem czynnej, bezpośredniej agresji Jego wrogów, to podniesione kamienie są wszechobecne, także dosłownie i praktycznie, czy to w sensie przenośnym czy dosłownym. Jednak nie podniesiony kamień jest najwyższym kryterium rozróżnienia prawdy i fałszu, dobra i zła, zbawienia i potępienia, lecz On – ten, który JEST, zanim świat powstał. Dlatego trzeba nam ciągle stawać w Jego świetle, w świetle Jego prawdy, którą On sam jest w Swoim Słowie, w Swoim życiu, męce i śmierci. W tym świetle - o ile stajemy w szczerości serca - poznajemy także prawdę o nas samych, która prowadzi do nawrócenia w znaczeniu biblijnym, czyli metanoia - zmiany wewnętrznej, zmiany umysłu, myślenia, pragnienia i dążenia duchowego. Tej właśnie prawdy nie mogli zdzierżyć wrogowie Jezusa. Ich agresywne oburzenie z powodu Jezusowego rzekomego bluźnierstwa i wywyższania Siebie było jedynie pogmatwanym wyrazem ich podłego stanu duchowego. Czyż faryzeizm w tym znaczeniu nie jest ponadczasowy i powszechny, nie ograniczony do ówczesnych wrogów Zbawiciela? 

To on także dziś podnosi kamienie złości, oburzenia i agresji. To on stale nie może zdzierżyć chwały i czci krzyża Chrystusowego. To on wdziera się do serc także tych, którzy ustami wyznają Jezusa Chrystusa, trafiając na podatny grunt zwłaszcza u tych, którzy dzierżą władzę i doznają różnego rodzaju uznania, powodzenia i zaszczytów. 

Rozpamiętywanie Męki i Śmierci Zbawiciela ma służyć zwalczaniu faryzeizmu w nas, którzy uważamy się za wyznawców Chrystusa. Ilekroć pojawia się we mnie złość, choćby w słabej postaci, gdy ktoś mi wytyka błędy, grzechy czy choćby niedoskonałości, tylekroć odzywa się duch tych, którzy wtedy chwycili za kamienie. Nie jest istotne, czy ta złość przejawia się w chęci rewanżu, zemsty, czy przynajmniej w wyniosłym milczeniu, by choćby w ten sposób okazać pogardę wytykającemu. Dopóki nie zrozumiałem związku między kamieniami podniesionymi wówczas, a kamieniami w moim umyśle i sercu, niewiele pojąłem z Ewangelii i jej dorocznego głoszenia aż do skończenia świata. 

Dlaczego rozmnożenie chleba?



J 6, 1-15

Potem Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: «Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?» A mówił to wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: «Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać». Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: «Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?» Jezus zatem rzekł: «Każcie ludziom usiąść!» A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło». Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: «Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat». Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.

Odnośnie tej Ewangelii pojawia się najczęściej zastanowienie, jak to mogło się wydarzyć. Co widzieli świadkowie? W jaki sposób odbyło się to rozmnożenie? Miało ono miejsce w koszu? W rękach Pana Jezusa czy Apostołów? U samych ludzi? Na to pytanie zapewne nie będziemy mieli jednoznacznej odpowiedzi, przynajmniej na tym świecie. Mimo że jest wiele prób interpretacji, wyobrażeń i przedstawień. Widocznie Duch Święty chciał nam pozostawić to pytanie bez odpowiedzi, żeby zawsze było intrygujące, pobudzające wyobraźnię i refleksję.

Intrygujące jest także pytanie, dlaczego akurat ten fragment Ewangelii ma swoje miejsce w liturgii tradycyjnej rzymskiej w środku Wielkiego Postu, czasu pokuty i rozważania Męki Pańskiej. Co ma on wspólnego z tym okresem, oczywiście poza oczywistym związkiem z całością Objawienia i Odkupienia? Wszak nie chodzi o wzbudzanie pokus w sytuacji postu, jako że nie chodzi o sutą ucztę, lecz najprostsze pożywienie.

Św. Jan opowiada o tym samym wydarzeniu rozmnożenia chleba co Ewangelie synoptyczne, jednak podając rozmowę Pana Jezusa z Apostołami. Zaznacza pedagogiczny charakter słów Zbawiciela, nie tylko dla Filipa. Widocznie wydarzenie to miało szczególnie bezpośrednie znaczenie dla Apostołów i to takie, że szczegóły zewnętrzne nie były istotne.

Pan Jezus wystawił na próbę Filipa, a wraz z nim wszystkich uczniów, powołanych do pójścia za Nim. Wezwał ich do ofiarowania swoich zapasów dla wyżywienia tłumu. Była to wieloraka prowokacja. Oblicza się, że podana suma dwustu denarów wystarczyła na kilkudniowe, może nawet tygodniowe wyżywienie dla kilkunastu mężczyzn. Filip wyraził gotowość Apostołów do ofiarowania tej sumy, wskazał jednak na realne możliwości. Podobnie Andrzej, który wspomniał o chłopcu z pięcioma chlebami i dwiema rybami. Tylko dary chłopca Pan Jezus wziął, pobłogosławił i rozdzielił.

Niezwykłość tego czynu jest oczywista wobec obfitości resztek po nasyceniu tłumu, przewyższającej wielokrotnie pierwotną ilość. Liczba koszy z resztkami wskazuje na liczbę pokoleń Izraela. Ich zebranie oznacza zapowiedź zarówno zjednoczenia rozproszonych i zaginionych pokoleń, jak też utworzenia Nowego Izraela, żywionego na wieczność przez Mesjasza. Zachowanie tłumu, rozpoznającego w Jezusie “proroka”, jest typowym nieporozumieniem współczesnych, dość jasno odrzuconym już w kuszeniu na pustyni. Jezus nie jest Mesjaszem chleba doczesnego, aczkolwiek daje ludowi pożywienie jako znak życia trwałego, wiecznego.

Bóg stworzył człowieka, podobnie jak wszystkie istoty żywe, czyniąc go zależnym od pokarmu czyli przyjmowania i przemiany materii z zewnątrz – darów Stwórcy. Tak było już w raju przed grzechem pierworodnym. Pożywienie stało się też okazją i narzędziem pierwszego grzechu. Po upadku i wypędzeniu z raju człowiek został skazany na zdobywanie chleba w pocie czoła, w mozole pracy, której owoc jednak nigdy nie jest gwarantowany, lecz zależy od wielu okoliczności w przyrodzie, ostatecznie od błogosławieństwa i dobroci Bożej. Nie jest więc przypadkiem, że starotestamentalne oczekiwanie Mesjasza miało charakter mocno przyrodzony, ziemski. Religia Chrystusowa także nie jest czysto duchowa, bezmaterialna, na co wskazuje rozmnożenie chleba.

Rozważając to wydarzenie od wieków w kontekście paschalnym, Kościół dokonuje zarazem jego rozumienia i wykładni. Głód ciała i jego zbawcze zaspokojenie wskazują zarówno na elementarną strukturę człowieczeństwa, jak też na istotę Boga i Jego działania. Jak zawsze w Ewangelii, chodzi w tym nie o poznanie czysto teoretyczne, lecz wezwanie dla nas i wytyczenie naszych zachowań i czynności zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych.

Cudowne rozmnożenie chleba jest zapowiedzią i zarazem jednym z aktów ustanowienia Kościoła. Tego prawdziwego Kościoła, którego korzenie i konstytucja sięgają początków stworzenia, grzechu i Odkupienia. Wezwanie uczniów do troski o głodnych dotyczy nie tylko i nie przede wszystkim głodu ciała. Nieporozumienie nasyconego tłumu, chcącego obwołać Jezusa królem, zawiera słuszne rozpoznanie czasu Zbawienia, choć mylnie, tzn. w zawężeniu rozumianego. Ofiarność zarówno uczniów, gotowych poświęcić pieniądze przeznaczone na własne utrzymanie, jak też chłopca z tłumu, stała się narzędziem nie tylko znaku, lecz nawet realnego działania Zbawiciela. W chłopcu można dostrzec uosobienie wiecznej młodości Kościoła, jego dziecięcej ufności, prostoty ducha i wspaniałomyślności. Ten chłopiec szedł widocznie sam za Jezusem, bez rodziny, choć wyposażony w prowiant dla siebie. Nie ukrywał jej dla siebie, być może już zaczął się nią dzielić, skoro Apostołowie o niej wiedzieli. Słuchanie słów Chrystusa łączył z postawą, która jest zwykle częstsza u ludzi młodych niż u starszych.

Nie wiemy o tym chłopcu nic więcej. Można jednak powiedzieć, że Pan Jezus uczynił go wzorem szczególnie na okres Wielkiego Postu, ostatecznie na całe życie chrześcijańskie w jego prostocie i wspaniałości. Na jego przykładzie Chrystus Pan ukazał, jak dokonuje się Jego własne mesjańskie posłannictwo w Kościele i poprzez Kościół. Tego znaczenia bynajmniej nie pomniejsza cały podniosły i szeroki teologiczny kontext: zbliżające się święto Paschy, podniesienie oczu na lud podążający za Nim, czyli spojrzenie jakby od dołu, z głębi, z otchłani, a także reminiscencja słów psalmisty w wezwaniu do usiądnięcia na trawie: “Pan moim pasterzem, nie brak mi niczego, pozwala im leżeć na zielonych pastwiskach” (Ps 23).

To wydarzenie na górze w Galilei ukazuje więc codzienny, niezwykły w swej zwykłości wymiar Chrystusowego dzieła Zbawienia: jak niewiele wystarczy i że z naszej strony nie potrzeba właściwie niczego nadzwyczajnego, by dokonała się chwała Jego obecności i działania dla nas. Wystarczy i trzeba ofiarowania wszystkiego, co mamy, a w tym powierzenia się w Jego ręce, w Jego dziele ratowania i udzielania życia w pełni i obfitości.


Dlaczego w Kościele nie ma kultu Chrystusa Sługi? (aktualizacja)



Jednym z oryginalnych pomysłów x. Franciszka Blachnickiego jest kaplica Chrystusa Sługi w Krościenku w domu macierzystym założonego przez niego ruchu.




Ten związek jest istotny zarówno dla myślenia i teologii założyciela jak też dla ruchu, który uformował znaczną część, a chyba nawet zdecydowaną większość duchowieństwa w Polsce. Dlatego warto przeanalizować teologicznie ten pomysł, mający niewątpliwie wpływ na wychowanie pokoleń katolików oraz ich myślenie. Wszak jeden z oficjalnych opisów uzasadnia ten tytuł i jego miejsce:

Chodzi więc o "ideał formacyjny": Chrystus Sługa ma być wzorem dla członków i poddających się wychowaniu i formowaniu w ruchu. Jak się to ma do prawd wiary katolickiej?

Nie trudno jest skojarzyć ten tytuł ze słowami z Listu św. Pawła do Filipian (2):


Jak czytamy, jest tutaj mowa o "postaci sługi", która wynika z "ogołocenia" (κενωσις) czyli zdjęcia "postaci Bożej". Text grecki zestawia tutaj "w postaci Boga" (εν μορφη θεου) oraz "postać sługi"(μορφην δουλου λαβων εν ομοιωματι ανθρωπων γενομενοσ), utożsamiając postać sługi ze człowieczeństwem w odróżnieniu od boskości. Chodzi więc o Chrystusa-Człowieka wskutek Wcielenia Syna Bożego. Innymi słowy: "postać sługi" oznacza nic innego jak człowieczeństwo.

Jest to jednak tylko pierwsza część chrystologicznego hymnu św. Pawła. W drugiej, głównej części (wers 9), do której prowadzi mowa o "postaci sługi", Apostoł mówi o wywyższeniu Jezusa Chrystusa "ponad wszystko". To wywyższenie wymaga kultu ze strony wszelkich istot niebieskich i ziemskich, czego wyrazem jest zgięcie każdego kolana przed Jego imieniem czyli godnością. Cześć wszelkiego stworzenia odnosi się więc nie do ogołocenia lecz do Boskości Jezusa Chrystusa, która jest obecna w Jego Człowieczeństwie. Innymi słowy: czcimy nie postać sługi jako taką, gdyż jest to z natury nasza, ludzka postać, lecz czcimy Boga, który uniżył się do naszej ułomnej postaci, której samej w sobie nie przysługuje kult. Kult człowieka i postawienie jego w miejscu Boga było i jest pierwszą, główną i zasadniczą pokusą i taktyką szatana (Rdz 3,5: "będziecie jako bogowie"). Oczywiście w Jezusie Chrystusie Bóstwo i Człowieczeństwo są ze sobą nierozerwalnie zjednoczone (unio hypostatica). Także z tego względu oddawanie czci tylko Jego Człowieczeństwu jest bluźnierstwem o charakterze apostazji gdyż pośredniej negacji Boskości.

Zakładając, że x. Blachnicki inspirował się tym fragmentem Listu do Filipian, zwróćmy uwagę na całość tej kaplicy:




Jak widać, w jej wyposażeniu nie ma nic, co by wskazywało na klęczenie, tym bardziej by do tego zachęcało, gdyż nie ma ani klęczników ani choćby poduszek, a są tylko siedzenia i to dość wygodne. Cóż więc się stało z drugą, główną częścią hymnu św. Pawła, gdzie jest mowa o zginaniu każdego kolana przed Jezusem Chrystusem? Czyż nie pasuje to do faktu, że x. Blachnicki jako pierwszy w Polsce na szeroką skalę wprowadził i propagował Komunię św. na stojąco? Jak to się ma zarówno do słów św. Pawła jak też do przepisów liturgicznych Kościoła (wówczas jedyną formą dopuszczalną także przez wytyczne Konferencji Episkopatu Polski była Komunia św. na klęcząco), nie trzeba wyjaśniać.

Zwróćmy teraz uwagę na centralny obraz w kaplicy przedstawiający właśnie "Chrystusa Sługę":


Przedstawiona postać, o wyglądzie androgynicznym (męsko-żeńskim), ze wzniesionymi ku górze rękami w geście oddania, nie ma w sobie nic wskazującego na godność. Mimo swej prostoty nie jest to postać wyrazista. Twarz jest skupiona na sobie, jakby śpiąca, nie jest skierowana ani ku górze, gdzie wznoszą się ręce, ani ku dołowi. Głównym i czytelnym elementem są ramiona uniesione ku górze. Nie trudno zauważyć, że ramiona i przedramiona przecinają się na przedłużeniu i wykazują przy tym wyraźne podobieństwo do masońskiego symbolu cyrkla i kątomierza:


(To są trzy wersje symbolu: po środku symbol masonerii francuskiej, po lewej amerykańskiej, po prawej sowieckiej.)

W wersji mniej oficjalnej w centrum jest trupia czaszka, która wyjaśnia symbole używane oficjalnie:
Także dłonie w połączeniu ze światłem mozaiki w tle można rozumieć jako niosące światło, czyli Lucyfera (luci-fer), podobnie do symboliki masońskiej:

(wzięte stąd.)

Pewne jest, że x. Blachnicki przywiązywał wiele wagi do symboli i lubił być oryginalny, nawet dziwaczny i to w strojach liturgicznych:




Sporo jest fotografij x. Blachnickiego z różnych okresów jego życia pokazujących go z typowo masońskim gestem "ukrytej dłoni". Dla przykładu:

Fotografia z 1970 r. przedstawia go przy okazji wizyty słynnego jezuity - heglisty i prawdopodobnie masona - K. Rahner'a (piszącego w owym okresie nawet po kilka listów miłosnych dziennie do swojej kochanki, lewackiej zamężnej pisarki Luise Rinser) na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim: x. Blachnicki siedzi po prawej stronie tuż przy gościu z Niemiec. 



Drugim dobitnym przykładem jest zdjęcie na okładce jednej z jego książek oraz na oficjalnej stronie internetowej, co stanowi zupełnie otwarte przyznawanie się do symboliki masońskiej:




Dla porównania inne przykłady z historii, których nie sposób nie znać:



Typowo masoński jest też gest łańcuszka ("łańcuch jedności", por. tutajtutajtutaj):



Jest bardzo mało prawdopodobne, by x. Blachnicki jako człowiek wykształcony nie znał pochodzenia i znaczenia tego gestu i by do pozowanych zdjęć używał go przypadkowo. 


Post scriptum 1

W dyskusji odnośnie tych uwag występują - aczkolwiek przeważają emocjonalne wyzwiska i inwektywy ze strony oburzonych wyznawców blachnicyzmu - następujące zasadnicze motywy:
1° Wskazanie na użycie wyrażenia "Twój sługa" w prefacji o Chrzcie Pańskim (w Novus Ordo Missae).
2° Wskazanie, że figura wraz z witrażem przedstawia Chrzest Pański.
3° Twierdzenie, że są klęczniki do dyspozycji, choć nie widoczne na żadnych zdjęciach ani samej kaplicy, ani robionych podczas liturgii.
4° Twierdzenie, że gest ukrytej ręki jest przypadkowy i wynika z odruchowego zachowania ulubionej pozycji ręki.
5° Jest dekret Kongregacji ds. Kanonizacyjnych orzekający heroiczność cnót x. Blachnickiego i otwierający drogę do jego beatyfikacji.  

ad 1°

Prawdą jest, że od Missale Romanum Pawła VI z 1969 r. istnieje prefacja o Chrzcie Pańskim mówiąca o Chrystusie Słudze:


Jest to zupełnie nowy text, nie mający podstaw w Tradycji liturgicznej Kościoła w jakimkolwiek obrządku. Samo święto Chrztu Pańskiego zostało wprowadzone niewiele wcześniej, mianowicie w 1960 r. przez Jana XXIII. Do tego czasu Chrzest Pana Jezusa w Jordanie był obchodzony w święto Epifanii (6 stycznia) razem z hołdem Mędrców oraz cudem w Kanie Galilejskiej (w niektórych obrządkach wschodnich razem z Bożym Narodzeniem i hołdem Mędrców). Oktawa Epifanii kończyła się wspomnieniem Chrztu Pańskiego (13 stycznia). Powodem tego złączenia w całej Tradycji Kościoła wszystkich obrządków było zabezpieczenie przed heretycką interpretacją Chrztu Pańskiego, która miała miejsce już w starożytności u kilku teologów jak Teodot i Paweł za Samosaty. Generalnie była to tendencja wśród sekt judaistycznych, m. in. ebionitów

Tym niemniej święto Chrztu Pańskiego nie jest świętem Chrystusa Sługi. Tak więc należy podtrzymać powiedziane powyżej: w Kościele nie ma kultu Chrystusa Sługi. Jest to wynalazek apostatów modernistycznych, pomniejszających czy wręcz podstępnie negujących Boskość Jezusa Chrystusa współistotną z Ojcem.

ad 2°

Zostało już powiedziane w 1°. Dodać jedynie należy, że figura wraz z witrażem nie jest wyraźnym, dla każdego widocznym przedstawieniem Chrztu Pańskiego. A jeśli nawet by tak było, to dlaczego kaplica nie nazywa się kaplicą Chrztu Pańskiego?

ad 3°

Skoro klęczniki są, to dlaczego nie są ustawione razem ze siedzeniami? Dlaczego na żadnych fotkach dostępnych w internecie nie widać, że są używane? Czy są to rzeczywiście klęczniki, a nie tylko stołeczki do klęczo-siedzenia typu do medytacji buddyjskiej?

ad 4°

Jest oczywiste, że fotki x. Blachnickiego, przynajmniej te oficjalnie dostępne, są pozowane, zwłaszcza gdy przedstawiają go w stroju duchownym i przy oficjalnych okazjach. Nie ma więc podstaw do twierdzenia, jakoby chowanie ręki dokładnie na sposób gestu masońskiego było odruchowe i przypadkowe. Czyżby x. Blachnicki nie panował nad swoimi odruchami nawet pozując do zdjęć?

ad 5°

Orzeczenia tego rodzaju nie mają rangi dogmatycznej i nie są nieomylne. Są jedynie aktem administracyjnym i nie przesądzają nawet o beatyfikacji. Oznaczają jedynie, że w danym momencie nie stwierdzono czegoś, co by było przeszkodą do beatyfikacji. Należy jednak pamiętać, że obecnie stosowane procedury w takich sprawach są poważnie okrojone i nie odpowiadają procedurom stosowanym przez Kościół na przestrzeni wieków. Nie jest więc z góry wykluczone, że pewnych istotnych faktów nie uwzględniono czy potraktowano je zbyt pobłażliwie. Z punktu widzenia teologii katolickiej można, a w razie konieczności nawet trzeba zgłaszać zastrzeżenia nawet odnośnie poglądów teologicznych osób beatyfikowanych czy kanonizowanych. Na tym właśnie polegała rola tzw. obrońcy wiary (defensor fidei, zwanego wulgarnie i niesłusznie advocatus diaboli), która to funkcja została wyrzucona z procesów beatyfikacyj i kanonizacyj. 



Post scriptum 2

Oto jeden z dowodów na antykatolicki i wywrotowy charakter działalności x. Blachnickiego, gdzie były duchowny opowiada z sympatią o swoich związkach (zwłaszcza od 7:40 i od 12:50):

https://www.youtube.com/watch?v=QJ0oSHZi3n0



Post scriptum 3

Okazuje się, że wyznawcy blachnicyzmu przez swoją bierność przeszkodzili w śledztwie ws. śmierci x. Blachnickiego: 



Wygląda na to, że sekta miała swój interes w tym, by sprawa nie została do końca wyjaśniona. 

Czy z nauczania Jezusa Chrystusa wynika obowiązek przyjmowania imigrantów?






Słowa Pana Jezusowe o przyjmowaniu przybyszów (Mt 25) są w tym temacie zwykle nadużywane w sposób teologicznie niekompetentny i fałszujący.

Przede wszystkim, w teologii katolickiej, która stosuje podstawowe zasady hermeneutyki biblijnej, nigdy nie interpretuje się i nie używa jakiegokolwiek fragmentu Pisma św. w oderwaniu od kontextu bliższego i szerszego. Sposób, w jaki obecnie wykorzystuje się te słowa, przypomina raczej protestancki biblicyzm, który jest w sobie sprzeczny, i nie ma nic wspólnego z teologią katolicką czy nawet w ogóle z rzetelną egzegezą.

Mówiąc skrótowo: na Sądzie Bożym będzie rozliczany każdy indywidualnie z tego, jak i do czego wykorzystał swoje siły, zdolności i środki. Nie będzie rozliczana ani społeczność, ani państwo. Tym samym adresatem obowiązku pomocy potrzebującym jest każdy indywidualny wierzący, wobec konkretnej potrzeby w konkretnej sytuacji. Obowiązek ten oczywiście nie może wykraczać poza osobiste możliwości i osobistą odpowiedzialność, także w rozeznaniu danej potrzeby w przypadku danej osoby.

Także dokumenty Kościoła są zwykle cytowane i wykorzystywane wbrew ich właściwej treści w kontekście. Zasada, że imigrant ma być traktowany jako "człowiek", nie może oznaczać pomijania takiego traktowania tych, na których koszt imigrant chce żyć (zwykle nie pracując i nie mając zamiaru pracować) i którym imigrant zagraża swoim potencjałem przestępczym czy wręcz zbrodniczym. Każdy obywatel państwa jest także człowiekiem i ma tym samym prawo do ochrony swego życia, mienia i wartości duchowych, również przed zagrożeniem płynącym z imigracji osób obcych kulturowo, cywilizacyjnie i religijnie.

Zadaniem państwa nie jest przyjmowanie nachodźców, podobnie jak nie jest nim karmienie głodnych, pojenie spragnionych, odwiedzanie chorych i więźniów. Zadaniem państwa jest troska o dobro narodu, zwłaszcza duchowe, i ochrona tego dobra przed zagrożeniem.

Tym samym przyjmowanie imigrantów może się odbywać wyłącznie indywidualnie i wyłącznie na swój prywatny koszt. Także duchowni nie mają prawa przeznaczać na ten cel ofiar wiernych danych Kościołowi na inne cele. Duchowny, tak samo jak każdy katolik, może przyjąć przybysza wyłącznie na swój osobisty koszt. Oczywiście, gdy przybysz jest chory czy bez własnej winy głodny i bezdomny, to dotyczą go zwykłe zasady pomocy bliźnim w potrzebie.

Czymś innym jest sprowadzanie i dawanie utrzymania przybyszom, którzy we własnym zakresie i we własnym kraju mogą zapracować czy zdobyć swoje utrzymanie. Równocześnie obowiązuje zasada, że mają oni prawo i obowiązek pozostania w swojej ojczyźnie i pracowania dla niej (o ile nie są zmuszeni do opuszczenia jej dla ratowania życia i zdrowia), tym samym należy im pomóc najpierw w ich własnej ojczyźnie.

Z drugiej strony, obowiązek pozostania w ojczyźnie i troski o nią wynika ze sprawiedliwości, o ile rodzice i społeczność ojczysta zapewnili wychowanie i wykształcenie, ponosząc znaczne koszty także materialne. Uszanowanie tego i sprawiedliwość wymagają pewnego "zwrotu" tego długu, co oczywiście może mieć różną postać. Zwłaszcza wobec rodziców obowiązuje pomoc i zapewnienie opieki na starość. Nie jest to wypełnione tylko przez umieszczenie w domu opieki.

Oczywiście mogą być powody wyższej rangi, które usprawiedliwiają opuszczenie rodziny i ojczyzny. Tak jest w razie konieczności zapewnienia sobie i rodzinie bytu przez pracę za granicą. Jeszcze wyższą rangę mają racje duchowe, jak chociażby wstąpienie do stanu duchowego i wyjazd na misje.

Opuszczenie ojczyzny z powodu łatwiejszego zdobycia środków do życia nie daje uprawnienia do opieki ani przez obce państwa, ani przez osoby indywidualne. Obce państwo może przyjąć imigrantów jedynie wtedy, gdy służy to dobru danej społeczności, przede wszystkim duchowemu. Ani osobom indywidualnym, ani państwu nie wolno narażać dobra własnych obywateli dla korzyści czy to imigrantów czy jakiejś grupy politycznej.

Zadaniem państwa jest czuwanie nad tym, czy działanie obywateli także w tej sprawie jest w zgodzie z dobrem wspólnym. Jeśli imigranci są zagrożeniem dla dobra wspólnego narodu i państwa, państwo ma prawo ograniczyć czy nawet zakazać prywatną działalność w tej sprawie. Wynika to z prawa naturalnego, które jest potwierdzone i odnowione w Bożym Objawieniu. Pan Jezus z całą pewnością ani nie nakazał ani nawet nie zachęcał do działania zagrażającego życiu niewinnych czy także nawet wartościom duchowym jak chrześcijański charakter społeczeństwa i państwa. Imputowanie Zbawicielowi takowej nauki czy intencji jest sprzeczne nie tylko z treścią Ewangelii, lecz także nawet ze zwykłą logiką.

Jak trwać przy liturgii tradycyjnej?

 


Znany publicysta katolicki zaproponował ostatnio - w powyżej widocznych pytaniach - reflexję dotyczącą pogłosek o grożącym przymusie sprawowania Novus Ordo także dla duchownych tzw. wspólnot indultowych, czyli instytutów i klasztorów sprawujących dotychczas wyłącznie liturgię tradycyjną. Wobec nawet oficjalnych dokumentów watykańskich wydanych od ubiegłego roku, nie ulega wątpliwości, że celem tego przymusu jest stopniowe zduszenie sprawowania liturgii tradycyjnej, czyli jej wyeliminowania z życia Kościoła. W kontekście kroków podejmowanych wobec FSSPX - udzielenie jurysdykcji do sprawowania sakramentu pokuty i małżeństwa, brak nacisków na deklarowanie uznawania Vaticanum II i Novus Ordo - można dość łatwo wyczytać zamierzony plan: duchowni i wierni pragnący sprawować wyłącznie liturgię tradycyjną mają zostać zepchnięci do FSSPX, po czym sprawujący liturgię tradycyjną, jako przynależący czy związani z FSSPX, które odrzuca Vaticanum II i jego "reformy", mają zostać exkomunikowani czyli obłożeni karą wykluczenia z widzialnych struktur kościelnych. Celem jest oczywiście wyeliminowanie tradycyjnego nauczania Kościoła, czego wyrazem i symbolem jest sprawowanie liturgii tradycyjnej.

Spróbuję odpowiedzieć na pytania na podstawie zarówno zasad prawnych i teologicznych, jak też własnego doświadczenia.

Przede wszystkim należy odróżnić tutaj następujące aspekty sprawy:

- prawny

- praktyczny

- teologiczno-moralny.

Dla porządku po kolei.

O ile uznaje się prawomocność wprowadzenia Novus Ordo, a ostatecznie prawomocność władzy Pawła VI i jego następców, oraz ważność sakramentalną tych obrzędów, nie sposób przytoczyć prawnej podstawy dla odmowy ich sprawowania (osobną sprawą jest tutaj prawna dopuszczalność liturgii tradycyjnej, która jest właściwie oczywista). Można natomiast łatwo wyliczyć cały szereg argumentów teologicznych, zarówno dogmatycznych jak też pastoralnych, przeciw sprawowaniu Novus Ordo. Można i należy je wytoczyć od strony własnego sumienia, co oczywiście napotyka kwestię posłuszeństwa. Konkretnie: czy mimo słusznych i poważnych zastrzeżeń natury dogmatycznej i pastoralnej należy i wolno stawiać własny osąd sumienia ponad obowiązkiem wykonywania zleceń zwierzchności kościelnej?

Pytanie ma wymiar bardziej praktyczny niż teoretyczny. Powiem konkretnie z własnego doświadczenia: Od początku mojej posługi kapłańskiej starałem się sprawować Novus Ordo nie tylko w duchu lecz także w stylu jak najbardziej tradycyjnym, zachowując i przejmując maxymalnie elementy liturgii tradycyjnej. Tak np. nigdy nie używałem innej "modlitwy eucharystycznej" jak tylko Kanonu Rzymskiego. Było to jak najbardziej legalne, ponieważ Novus Ordo w żaden sposób nie ogranicza takiego wyboru, a równocześnie stanowiło jasne trwanie w duchu liturgii tradycyjnej, na ile to możliwe w ramach Novus Ordo. Wprawdzie nie uchroniło mnie to przed szykanami i prześladowaniami, jednak prawnie nie można mi nic zarzucić. Niektórzy wrogowie mówili mi wprost, że lepiej byłoby, gdybym przeszedł całkowicie na liturgię tradycyjną, bo w tzw. normalnym duszpasterstwie nie wiedzą, co ze mną mają zrobić. Najdobitniej wyraził się kościelny w mojej pierwszej parafii po święceniach, wykrzykując za mną: "idź do Lefebvre'a!". Bardziej dyplomatycznie wyraził to mój ordynariusz, kard. Schönborn, mówiąc mi wprost, że nie będzie mi stawiał przeszkód w przejściu do innego biskupa. To są wszystko dowody na bezradność o tyle, że wobec braku środków prawnych sięgnięto po różnego rodzaju oszczerstwa, szykany i środki bezprawne, które być może w swoim czasie szczegółowo przedstawię wraz z dokumentami. Było to obliczone zapewne na sprowokowanie jakiegoś nerwowego posunięcia z mojej strony, które dawałoby postawy prawne do poważniejszych, kanonicznych konsekwencyj. Mówiąc w skrócie: sprawowanie Novus Ordo w duchu tradycyjnym i z możliwie maxymalną wiernością Tradycji wcale nie jest na rękę modernistom. Oni próbują to narzucić w ramach testowania i szykanowania. Żaden kapłan wierzący po katolicku i miłujący Tradycję Kościoła nie jest u nich mile widziany. Stąd właśnie słychać apele o staranny przesiew już w seminariach duchownych, by nie dopuścić do święceń nikogo z kręgosłupem teologicznie, moralnie i duchowo katolickim. Dlatego problem z nakazem sprawowania Novus Ordo jest bardziej teoretyczny: nawet jeśli kapłani z instytutów tradycyjnych zgodzą się na sprawowanie Novus Ordo i będą to czynić w duchu tradycyjnym, to nie będzie dla nich miejsca na parafiach Novus Ordo, gdyż będą im narzucane także bezprawne nadużycia, oczywiście również niby w ramach posłuszeństwa, a w razie oporu będą nękani, oczerniani, prześladowani i wyrzucani. Oczywiście mogą się zdarzać wyjątkowe diecezje czy parafie, lecz generalnie i odgórnie z całą pewnością nie chodzi o wykorzystanie ich tradycyjnej wiary i gorliwości dla życia Kościoła, lecz sprowadzenie ich do poziomu "normy", czyli zwyczajowego modernistycznego posoborowia. Moderniści są gotowi tolerować najwyżej estetyczne upodobanie w formach tradycyjnych, natomiast nie wybaczają i nie tolerują krytycznego podejścia do ich wypaczonej wiary i praktyki. 

Jednym ze sposobów eliminowania autentycznych "tradziuchów" jest właśnie narzucanie im sprawowania Novus Ordo: jeśli odrzucą, to popełniają "nieposłuszeństwo", a jeśli przyjmą, to po pierwsze będzie to oznaczało początek przeciągnięcia ich na subiektywizm i relatywizm teologiczny, a po drugie nie będzie to koniec ich "nawracania" na modernizm. Tak to wygląda ze strony modernistów. Jednak to nie jest ani całość, ani istota sprawy. Istotne jest poprawne, katolickie działanie, czyli zgodne z odwiecznymi zasadami Kościoła. Jak ono powinno wyglądać?

Po pierwsze:

Mając poważne zastrzeżenia teologiczne i duszpasterskie, należy publicznie ogłosić swoje odrzucenie Novus Ordo, wyjaśniając to również publicznie. Można i należy się posłużyć także dokumentami Vaticanum II, gdyż w kwestii liturgii są one znacznie bliższe liturgii tradycyjnej niż Novus Ordo. Tego moderniści szczególnie nie lubią, więc należy się liczyć z sankcjami nawet bardzo dotkliwymi. Wówczas należy być przygotowanym na działalność poza oficjalnymi strukturami, czyli w tzw. podziemiu. 

Po drugie: 

Zakładając uznawanie prawowierności i prawomocności Novus Ordo, wolno się poddać tegoż sprawowaniu, oczywiście maxymalnie trzymając się i zachowując elementy tradycyjne w legalnych ramach, oraz zdecydowanie odrzucając wszelkie nadużycia, czyli praktyki sprzeczne z literą Novus Ordo. Należy odrzucić i unikać wszystkiego, co nie jest wprost wymagane przez przepisy N. O., jak np. sprawowanie przodem do drzwi, ministrantki, lektorki, akolitki itp., gdyż są to praktyki jedynie dopuszczone, a nie obowiązkowe. Innymi słowy: należy maxymalnie wykorzystać ramy prawne N. O. Oczywiście będzie tutaj mocno wchodzić szara strefa nakazów np. proboszcza, jak np. zakaz udzielania Komunii na klęcząco itp. Jednak wolno i należy się sprzeciwić, na ile pozwalają ramy prawne. W takiej sytuacji albo nastąpi normalizacja, czyli tolerowanie w ramach parafialnych, co będzie z pewnością z pożytkiem dla wiernych, albo szykany różnego kalibru, jednak bez prawnej możliwości nałożenia kar kanonicznych (co obecnie niestety nie wyklucza nałożenia kar bezprawnych). 

Jak słusznie wielu zauważa, znajdujemy się obecnie w stanie wojny wewnątrz Kościoła. Walka jest nierówna, gdyż jest prowadzona z różnych stopni ustroju Kościoła. Taki stan wymaga różnorodności metod i środków, także nadzwyczajnych. Błędem byłoby zaniechanie czy zaniedbanie środków zwyczajnych, czyli działania w ramach oficjalnych struktur, nawet jeśli jest to szczególnie trudne. 

Po trzecie:

Można wielorako dowieść, że mszał Pawła VI oraz następne dokumenty ws. liturgii nie są wypełnieniem konstytucji "Sacrosanctum Concilium", lecz że są we wielu punktach z nią sprzeczne, zwłaszcza obecnie powszechna praktyka Novus Ordo. Tym samym to nie tyle zwolennicy liturgii tradycyjnej są nieposłuszni soborowi, co raczej zwolennicy Novus Ordo, z papieżami na czele. 

Dochodzi oczywiście kwestia natury i obowiązywalności owej konstytucji, jak też całego Vaticanum II. Nie ulega wątpliwości, że to nie był sobór w znaczeniu wszystkich innych dotychczasowych, co wynika zarówno z zadeklarowanego celu, jak też ze stylu i charakteru dokumentów. W sposób oczywisty ich celem nie jest ani obrona prawd wiary, ani eliminacja nadużyć, lecz dopasowanie do mentalności współczesnej, co jest nazywane ukierunkowaniem duszpasterskim. Z perspektywy czasu jest nader oczywiste, iż to ukierunkowanie spotkała druzgocąca klęska, gdyż nigdy w historii Kościoła nie było tak drastycznego odwrócenia się mas od praktyk religijnych, zwłaszcza od uczestnictwa liturgii. Deklarowany cel ze swej natury nie był nigdy i nie mógł być wiążący, a tym bardziej obecnie dlatego, że został ewidentnie chybiony. 

Tym samym nie ma innego wyjścia w obecnej sytuacji, jak przede wszystkim uczciwe przyznanie się hierarchii do haniebnej klęski, a pierwotnie pomyłki. Teologicznie pewne jest, że sobory nie są nieomylne w kwestiach dyscyplinarnych, a taką sprawą jest liturgia w zakresie poruszanym przez Vaticanum II. Można więc i należy spokojnie odejść od błędnych założeń i pomyłki co do środków, która miała miejsce i doprowadziła do zapaści w życiu Kościoła. Środkiem zaradczym jest powrót do liturgii sprzed "reform". Gdy się weszło w bagno, to należy zawrócić, a nie brnąć jeszcze bardziej. Stąd głoszenie "nieodwracalności" soboru świadczy albo o zaślepionym ignorowaniu rzeczywistości, albo o zakłamaniu i złej woli. 

Mówiąc dosadniej: Vaticanum II właściwie wcale nie było soborem w znaczeniu wszystkich poprzednich soborów, tym bardziej nie było "supersoborem", jak to próbują wmówić moderniści. O byciu soborem decyduje nie nazwa, ani nie nazwy dokumentów, ani kryteria formalne, lecz cel oraz treść dokumentów, czyli związek z prawdami wiary i moralności, ostatecznie z Bożym Objawieniem. Oczywiście należy uznać i przyjąć każde zdanie dokumentów V2, które jest zgodne z prawdami wiary katolickiej. Równocześnie jednak można i należy odrzucić, cokolwiek w nich lub w ich interpretacji jest niezgodne z prawdami wiary. A jeśli coś w nich jest obojętne względem prawd wiary, to można to potraktować obojętnie i uznać za niewiążące. 


Czy dusze są różne?

W związku z aktualnymi wydarzeniami w Europie wschodniej częściej pojawia się nazwa pewnej sekty o nazwie Chabad-Lubawicz. Głównym źródłem jej doktryn jest książka znana pod nazwą Tanya. Jest to zbiór wypowiedzi założyciela sekty. 

Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na wątek antropologiczny jako podstawowy, a zarazem regulujący zasady stosunków międzyludzkich. 

Otóż w pierwszym rozdziale czytamy (źródło tutaj):

Jest to ideologia nie tylko fałszywa, bezpodstawna rozumowo i sprzeczna ze Starym Testamentem, lecz także skrajnie niebezpieczna. To jest gorsze niż rasizm, gdyż tu chodzi nie o różność ras, lecz o podział ludzkości na żydów i pogan, a to nie tylko pod względem religijnym, a wręcz ontologicznym i antropologicznym. 

W związku z tym każde państwo dbające o dobro wspólne i pokój społeczny powinno zakazać rozpowszechniania tej książki na takiej samej zasadzie jak zakazane jest rozpowszechnianie "Mein Kampf" Hitler'a. 

Co to jest "chorał sarmacki"?


Najkrócej odpowiadając: jest to wynalazek Roberta Pożarskiego na użytek propagowania i komercjalizacji jego stylu wykonywania muzyki dawnej, głównie kościelnej czyli chorału. Także nazwa jest jego wynalazkiem, jako marka komercyjna.

Oto oficjalne informacje o tej osobie (źródło tutaj):



Nie chcąc na wstępie wdawać się w dyskusję o charakterze muzyczno-estetycznym odnośnie owego "chorału", zwrócę najpierw uwagę na suche fakty historyczne.

Jak można wyczytać w oficjalnej biografii artystycznej, Pożarski studiował we Francji u Marcel'a Peres'a, z którym jest stale związany. W oficjalnych źródłach (jak tutaj ) nazwany jest nawet tegoż uczniem:


Związek z Peres'em jest właśnie kluczem do działalności, z której Pożarski obecnie słynie, czyli projektu "Chorał sarmacki". Podkreślam: wbrew temu, co sugeruje ta nazwa, nie chodzi w tym wcale o prezentację czy odkrycie jakiegoś zapomnianego czy nieznanego dotychczas gatunku, lecz wyłącznie o sposób interpretacji dawnych utworów muzycznych i to sposób nieznany dotychczas. Należy dodać, że nie tylko nieznany lecz wręcz pozbawiony podstaw w wynikach poważnych badań źródeł muzycznych. Ów sztandarowy projekt Pożarskiego jest w swej istocie niczym innym jak zastosowaniem metody interpretacji Peres'a do dawnej muzyki polskiej.

Co mówi Peres o swojej interpretacji? Otóż on sam deklaruje, że nie chodzi mu o rekonstrukcję i reaktywację dawnego wykonania muzyki kościelnej lecz o własną twórczą interpretację dawnych zapisów:


Tym samym kłamliwe są chwyty reklamowe, mówiące - zapewne zresztą za wiedzą i zgodą samego Peres'a - jakoby jego wykonanie było odtworzeniem muzyki dawnej (starożytnej czy średniowiecznej).

Kim jest więc Marcel Peres? Nie ma w tym miejscu potrzeby szerokiego przedstawiania osoby i działalności. Informacje ogólne można łatwo znaleźć w internecie. Zwrócę natomiast uwagę na pewne fakty znane wprawdzie publicznie, jednak zwykle pomijane czy lekceważone.

Jak podają wszystkie źródła, Peres jest związany od 1984 r. z dość znamienną fundacją (źródło tutaj ):



Jest to fundacja z siedzibą w zagrabionym przez rewolucję klasztorze cystersów w Royaumont koło Paryża, zakupionym na początku XX w. przez przemysłowca Jules Gouin. Jak podaje wiki, jego ojciec Ernest, który również był przemysłowcem, dorobił się majątku dzięki poparciu finansjery żydowskiej, w tym także Rothschild'ów:


Poślubił córkę żydowskiego finansjera pochodzącego z Portugalii:


Także jego najstarszy syn Jules poślubił kobietę z zamożnego żydowskiego rodu Singer 'ów. Również tegoż syn Edouard oraz wnuk Henry byli związani zawodowo i rodzinnie z kręgami bankowców i przemysłowców. To właśnie Henry wraz ze swoją małżonką z rodziny Lang oraz przy pomocy lewackiego pisarza Andre Malraux (związanego z komunistami, także sowieckimi, i ożenionego w pierwszym małżeństwie z żydówką) utworzył fundację w Royaumont z wyraźnie lewacko-masońskimi celami "pour le progrès des Sciences de l’Homme" czyli "dla postępu nauk humanistycznych" (źródło tutaj ):


Myślę, że tyle podstawowych informacyj w tym miejscu wystarczy. Pamiętać należy, że fundacja z całą pewnością nie wspiera każdego projektu ani każdego artysty. I zapewne ma poważny wpływ zarówno na orientację jak też na owoce wspieranej działalności.

Jak się to ma do sytuacji w Polsce? Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że owa fundacja, finansując M. Peres'a wspiera także jego działalność w Polsce, trwającą zresztą już ponad 20 lat. Główną formą tej działalności jest festiwal w Jarosławiu, który ma wyraźnie charakter "ekumeniczny" i paramasoński, promujący islam (warto zajrzeć tutaj ):


Ta promocja islamu pochodzi zapewne od Peres'a, który ma ją w swoim stałym repertuarze (źródło):


Odnogą tego festiwalu są "warsztaty liturgiczne Ars Celebrandi" organizowane w Licheniu przez właściwie tę samą ekipę pod duchowym (i też finansowym) przywództwem dominikanina o. W. Gołaskiego. To są największe doroczne imprezy w Polsce, wprost propagujące działalność M. Peres'a i jego uczniów. Pod pozorem promowania liturgii tradycyjnej odbywa się w ten sposób dość nachalne przeszczepianie peresizmu na grunt polski, pod oficjalną acz kłamliwą etykietką nadaną przez R. Pożarskiego czyli jako "chorał sarmacki".

Na koniec kilka skrótowych uwag teologicznych oraz muzyczno-estetycznych.

Jak wiadomo, muzyka kościelna czyli wykonywana podczas liturgii katolickiej, uregulowana jest w księgach liturgicznych także w zapisie nutowym, który zawiera pewne reguły interpretacji. Dochodzi do tego żywa tradycja interpretacji, kultywowanej w ośrodkach czyli instytutach muzyki kościelnej założonych i kierowanych przez władze kościelne. Wiadomo, że "nowatorska" interpretacja prezentowana przez Peres'a i jego uczniów nie tylko nie ma związku z instytutami kościelnymi lecz wprost znajduje się w sprzeczności z ich zasadami interpretacji. Zapewne dlatego właśnie peresiści w Polsce obrali sobie dla autopromocji akurat kręgi indultowe, które już generalnie traktowane są przez władze kościelne jako dziwaczne i niezrozumiałe.

Główną zasadą muzyki kościelnej, czyli takiej, którą według reguł Kościoła wolno używać podczas liturgii, jest duch wiary i modlitwy. Tym samym kryteriami podstawowymi jest zgodność z
- wiarą katolicką oraz
- istotą i naturą modlitwy.

Podstawową prawdą wiary jest wiara o Bogu Trójjedynym, Stworzycielu i Zbawcy, ku któremu mają się zwracać wszystkie siły i dążenia człowieka. Ten jedyny prawdziwy Bóg przewyższa wszystko Swoją dobrocią i pięknem. To ku Niemu człowiek wznosi się w modlitwie, której może i powinna pomagać muzyka w liturgii. Dlatego w muzyce kościelnej istotny jest wymiar piękna, czyli estetyczny.

Nie mniej istotna jest powszechność muzyki kościelnej, która jest udziałem w powszechności czyli katolickości liturgii i Kościoła. Innymi słowy: każdy uczestnik liturgii, także niewykształcony muzycznie powinien mieć możliwość odebrania muzyki liturgicznej jako pięknej i pomocnej we wzniesieniu umysłu i serca ku Bogu.

Czy te kryteria są spełnione w wypadku peresizmu z fałszywą etykietką "chorału sarmackiego"? Zdecydowanie nie są. Wystarczy zapytać przeciętnych odbiorców tego stylu, zarówno duchownych jak też zwykłych wiernych. Duszpasterze dopuszczający tego typu śpiewaków powinni - oczywiście najpierw poza liturgią - zaprezentować współbraciom i też wiernym te wykonania z zapytaniem, czy są one pomocne w modlitwie. Wynik takiej ankiety jest dość łatwy do przewidzenia. Tym samym tego typu śpiewacy nie powinni mieć prawa występowania podczas liturgii katolickiej, pod żadnym pozorem. Liturgia nie jest miejscem experymentowania wymysłów artystycznych, tym bardziej pseudoartystycznych. Kto tego nie rozumie, ten nie ma i chyba też nie chce mieć ani pojęcia ani wyczucia dla zasad Kościoła i zasad liturgii.

Przy okazji można sobie obejrzeć, jakie są owoce pereso-pożarskizmu wśród młodzieży:


(źródło tutaj)



(źródło tutaj)

Gutowski kłamie i Kratiuk wraz z nim


Nie zamierzam teraz zajmować stanowiska ani wobec pedofilii w Kościele, ani Jana Pawła II, ani ogólnie działalności ludzi tego typu jak Marcin Gutowski i jemu podobnych z wiadomych kręgów, jak chociażby ex-jezuita apostata i cudzołożnik Stanisław Obirek. Odniosę się jedynie do sprawy, o której już parę razy wspominałem, a którą znam osobiście. Otóż te kręgi widocznie uznały, że - idąc za haniebnym przykładem x. Dariusza Oko i jego lemingów - można zupełnie bez sprzeciwu, licząc na ignorancję, naiwność i gnuśność publiczności, jechać na sprawie kardynała Hans'a Hermann'a Groër‘a z lat 90-ych. Swoją brukowcową i zarazem obłudną publikacją, idącą zresztą śladem szmatławca Szechterowego, x. Oko zwabił i zaślepił nawet niby konserwatywnych katolików, czego przykładem jest środowisko PCh24, D. Mysior itp., którzy na tej fali próbują zaspokoić oczekiwania swojej publiczności, nawet kosztem zwykłej przyzwoitości ludzkiej i dziennikarskiej. 

Nie muszę referować materiału i licznych wypowiedzi Gutowskiego, gdyż są one powszechnie znane. Chodzi konkretnie o wątek x. Bolesława Sadusia z Archidiecezji Krakowskiej, który następnie od 1972 r. posługiwał w Archidiecezji Wiedeńskiej jako proboszcz wiejskiej parafii Gaubitsch w Dolnej Austrii. Jego sprawy nie znam, nigdy o niej nie słyszałem od nikogo w Austrii. Znam natomiast jego następcę w parafii, x. Tadeusza Cichonia, który jest zresztą siostrzeńcem x. Sadusia. Gdy byłem rok po święceniach, władze archidiecezjalne zamierzały mnie przeznaczyć do pomocy w duszpasterstwie w jego parafii. Gdy przyjechałem tam, żeby się zapoznać, x. Tadeusz przyjął mnie bardzo uprzejmie. Pokazał mi pokój, w którym miałem zamieszkać, a był to ten sam pokój z tym samym łóżkiem, gdzie swego czasu nocował kard. Wojtyła (widoczne też w "reportażu" Gutowskiego, gdzie występuje obecny proboszcz parafii). Na propozycję jednak nie przystałem głównie z tej przyczyny, że miejscowość jest położona w znacznej odległości od Wiednia (nie miałem wówczas samochodu), a chciałem intensywnie pracować nad pracą doktorską, co wymagało uczęszczania na seminaria oraz badania w bibliotece. X. Cichoń, pochodzący z Archidiecezji Krakowskiej, jako młody kapłan został w 1990 r. następcą swojego wuja w Gaubitsch. Parafia przez cały ten czas uchodziła za bardzo zadbaną duszpastersko. Proboszcz był w kręgach klerykalnych chwalony m. in. za to, że już wówczas, w latach 90-ych, miał bodajże kilkunastu świeckich tzw. nadzwyczajnych szafarzy, co zresztą niedobrze wróżyło na ewentualną współpracę między nami, i to było także powodem mojej odmowy, choć po ludzku x. Tadeusz wydaje się być człowiekiem rozsądnym i duszpastersko gorliwym kapłanem. Skądinąd stał się sławny także poza granicami Archidiecezji Wiedeńskiej i Austrii w związku z konfliktem z kardynałem Ch. von Schönborn‘em co do kasaty parafii Neulerchenfeld blisko centrum Wiednia, gdzie był proboszczem po przeniesieniu z Gaubitsch. Tę wymierającą parafię wielkomiejską w krótkim czasie postawił na nogi. W ciągu kilku lat proboszczowania sprawił, że frekwencja niedzielna wynosiła około 30%, co było niebywałe nie tylko we Wiedniu (gdzie frekwencja oscyluje koło najwyżej 2-3%) lecz na tle całej Europy Zachodniej. Zrobił to w prosty sposób, mianowicie oferując okazję do spowiedzi przed każdą Mszą św. oraz jedną Mszę św. niedzielną w języku polskim. Oczywiście przyciągnęło to uwagę oraz obudziło zazdrość i zawiść. W rezultacie kard. Schönborn zdecydował o kasacie akurat tej parafii oraz o podarowaniu kościoła - odnowionego i na nowo wyposażonego w ostatnich latach głównie dzięki ofiarności Polaków - prawosławnym Serbom (więcej tutaj), zaś x. Cichonia przeniósł w 2013 r. z powrotem na parafię wiejską w Dolnej Austrii. Ów był tam proboszczem do 2022 r., gdy to władze Archidiecezji Wiedeńskiej oznajmiły mu, że nie ma dla niego miejsca posługi, w wyniku czego po 32 latach posługi w Austrii jako kapłan Archidiecezji Krakowskiej powrócił do Polski (więcej tutaj). 

Znam także obydwóch duchownych austriackich, którzy występują w "reportażu" TVN. X. Paul Zulehner był jednym z moich profesorów na Uniwersytecie Wiedeńskim i jednym z egzaminatorów na examinie magisterskim, podczas którego nie tyle examinował, co badał moje poglądy w temacie "Familiaris consortio" i dopuszczenia cudzołożników do sakramentów, tudzież nie omieszkał poczynić złośliwych uwag odnośnie do Kościoła w Polsce. Jego wykłady i książki są naszpikowane cytatami i treściami neomarxistów, w połączeniu z ankietami socjologicznymi i pomysłami paraprotestackimi jak demokratyzacja Kościoła, synodalność, dowartościowanie świeckich, zmiana katolickiej etyki sexualnej, dopuszczenie cudzołożników do Komunii św., skasowanie celibatu i święcenie kobiet, czyli cała agenda skrajnie modernistyczna. Podlane to było zwłaszcza na wykładach wręcz demoniczną nienawiścią do Jana Pawła II i "mafii polskiej" na Watykanie - tak to dosłownie nazywał - z powodu rzekomego odwracania i hamowania "reform soborowych". 

Występującego w reportażu obecnego proboszcza parafii Gaubitsch, x. Christian'a Wiesinger'a znam z czasu formacji w seminarium. Już wtedy był jednym z najgorliwszych fanów neomarxistowskiej ideologii x. Zulehner'a, choć po ludzku był mniej zacietrzewiony. Mówiąc w skrócie: te kręgi pałały już wówczas taką nienawiścią zarówno do ówczesnego arcybiskupa Wiednia, kardynała Groër‘a, jak też do Jana Pawła II, że jest wykluczone, by natychmiast nie wykorzystały jakichkolwiek rozsądnych powodów do postawienia im zarzutów natury moralnej czy prawnej, gdyby takowe istniały. Nie tylko żywili dogłębną niechęć do przekonań katolickich owych hierarchów, lecz byli po prostu wściekli z tego powodu, że następcą ich idola, kardynała König‘a - znanego zresztą ze sprzeciwu wobec encykliki "Humanae vitae", z prześladowania swoich kapłanów za działalność antyaborcyjną, tudzież z przyjacielskich stosunków z lewakami i masonami - nie został tegoż pupil, biskup pomocniczy Helmut Krätzl, lecz rzekomo nikomu nieznany benedyktyn o. Hans Hermann Groër. 

Tutaj jest miejsce na odrzucenie kłamstw powielanych zgodnie przez x. Oko, M. Gutowskiego oraz im posłuszne papugi typu Krystian Kratiuk z rzekomo konserwatywnego środowiska PCh24.  

Otóż o. Hans Hermann Groër OSB z całą pewnością nie był kimś zupełnie nieznanym, "wyciągniętym z kapelusza", jak głosi narracja wielbicieli kard. König‘a. Zresztą Kratiuk tak świetnie zna sprawę oraz rzemiosło dziennikarskie, że gorliwie i bez cienia choćby dystansu relacjonując kłamstwa Gutowskiego nie jest w stanie nawet podać poprawnie nazwiska hierarchy: 


X. Groër najpierw jako kapłan diecezjalny i nauczyciel religii i muzyki w niższym seminarium a następnie w katolickiej szkole średniej w Hollabrunn był wychowawcą pokoleń przyszłych duchownych i nie tylko. Ponadto przez dziesięciolecia był krajowym duszpasterzem Legionu Mariji, międzynarodowej organizacji katolików świeckich, która dorocznie odbywa międzynarodowe spotkania. W Austrii i na świecie zasłynął szczególnie z tego, że w małej wiosce Maria Roggendorf od 1969 r. ożywił na nowo zamarły od czasu masońskiego józefinizmu kult maryjny, wprowadzając comiesięczne pielgrzymki fatimskie (więcej tutaj i tutaj), co mu oczywiście nie przysporzyło sympatii lewactwa i masonerii, także tej wewnątrzkościelnej (Fatima to z oczywistych powodów postrach komunistów oraz ich agentury). Przyciągały one tłumy wiernych nie tylko z okolic i Archidiecezji, lecz także z daleka, też z zagranicy, mimo że były przemilczane przez media nawet kościelne. Tajemnica powodzenia jest prosta: odwołanie się do tradycyjnej pobożności maryjnej, co już samo w sobie było dla modernistów "przedsoborową reakcyjnością", liturgia bez skrajnych dziwactw modernistycznych jak świeccy szafarze, a zwłaszcza wielogodzinna okazja do spowiedzi u wielu kapłanów, która we większości parafij praktycznie wymarła czy raczej została uśmiercona przez "duszpasterzy". Nie bez znaczenia jest również fakt, że x. Groër do prowadzenia tych pielgrzymek zawsze zapraszał biskupów, także nuncjuszy apostolskich, oraz biskupów z krajów ościennych, a nawet z daleka, jak z Niemiec i Szwajcarii. Paradoxalnie sam kard. König ani jego biskupi pomocniczy, o ile wiem, nigdy nie przewodniczyli tym pielgrzymkom, choć z całą pewnością także byli zapraszani. Pierwszym z zaproszonych był w 1969 r. nuncjusz apostolski abp Opilio Rossi. Tak więc już te skrótowe fakty świadczą o tym, że wypowiedzi Gutowskiego mogą wynikać albo z elementarnego braku rzetelności dziennikarskiej, albo z programowego zakłamania. 

Jest jeszcze jeden ciekawy szczegół, który spokojnie można potraktować jako potwierdzenie co do motywacji i źródła przedsięwzięcia Gutowskiego. Otóż Gutowski twierdzi m. in., że Jan Paweł II nie tylko przyjął emerytowanego kard. Groër'a, czyli już wybuchu afery, na prywatnej audiencji, lecz "zmusił" jego następcę kardynała Schönborn‘a do pocałowania go w rękę. Gutowski tego nie wyjaśnia, ale chodzi o uroczysty konsystorz w lutym 1998 r., podczas którego abp Schönborn został kreowany na kardynała. Na taki konsystorz zaproszeni są z urzędu wszyscy kardynałowie, tak więc pojechał do Rzymu także kard. Groër, mimo że nie został zaproszony przez swojego następcę (jest zwyczaj, że po uroczystości nowo kreowani kardynałowie wydają przyjęcie dla zaproszonych gości). Z prywatnych źródeł wiem, że gdy ten ostatni natknął się w Rzymie na swojego poprzednika, zaskoczony zapytał go z wyrzutem, co on tutaj robi. Natomiast podczas samej uroczystości, gdy nowi kardynałowie wymieniają znak pokoju z każdym obecnym kardynałem z osobna, kardynał Schönborn nie tylko misiaczkiem uścisnął swojego poprzednika, lecz pocałował go w rękę, co jest zupełnie nie standartowe. To wydarzenie zostało utrwalone przez kamery (filmu niestety nie jestem obecnie w stanie znaleźć, ale musi gdzieś być, skoro nawet Gutowski o tym wspomina). Nie będę komentował tego faktu ze zrozumiałych względów. Istotne jest tutaj coś innego. Otóż wręcz groteskowym kłamstwem jest twierdzenie, jakoby Jan Paweł II, czy ktokolwiek inny, zmusił kardynała Schönborn‘a do tego gestu. Jasny jest zamysł: nawet za to zachowanie ponosi winę Jan Paweł II, bo przecież kardynał Schönborn, usilnie starający się o wierność linii kardynała König‘a i jego fanów, nie mógł sam ze siebie czegoś takiego uczynić. Nasuwa się pytanie, czy Gutowski - wraz z bandą Zulehner'a, od której zapewne wziął tą sensację - sam wierzy w to, co twierdzi, czy tylko okłamuje odbiorców. 

Co do samych zarzutów wobec kard. Groër‘a już się wypowiadałem (tutaj i tutaj). Przypominam po krótce: 

- Zarzut molestowania sexualnego wysunął wobec kard. Groër‘a jeden jedyny spośród tysięcy uczniów, których uczył w ciągu dziesięcioleci. Wszyscy inni znający go od wielu lat - m. in. jego poprzednik kard. Franz König i chociażby x. Helmut Schüller, znany potem z przewodzenia skrajnie modernistycznej organizacji "Pfarrerinitiative" - zgodnie poświadczyli, że nigdy wcześniej nie były znane tego typu zarzuty. 

- Ten zarzut pojawił się w marcu 1995 r. w reakcji na list pasterski kard. Groër‘a na Wielki Post, w którym piętnował m. in. homosexualizm. 

- Kilka miesięcy wcześniej (13.X.1994) Kardynał osiągnął wiek emerytalny i złożył rezygnację z pasterzowania Archidiecezji Wiedeńskiej. Pełnił obowiązki Arcybiskupa Wiednia do września 1995 r., czyli do przyjęcia rezygnacji przez papieża, a nie wskutek karnego usunięcia z urzędu. 

- Kilka lat później pojawiły się zarzuty kilku jego współbraci z klasztoru w Göttweig, których przywódca, o. Udo Fischer OSB od wielu lat był znany z publicznego zwalczania nauczania i dyscypliny Kościoła także w dziedzinie moralnej. Zarzuty dotyczyły rzekomego molestowania współbraci, a nigdy nie zostały konkretnie podane co do faktów, miejsca i rodzaju przewinienia, mimo przeprowadzonej wizytacji watykańskiej w klasztorze. 

- Kardynał spędził ostatnie lata życia w założonym przez siebie niegdyś klasztorze benedyktynów Maria Roggendorf, a następnie w również założonym przez siebie opactwie cystersek w pobliskim Marienfeld. Tam też, obok kościoła klasztornego został pochowany. Przy jego grobie wkrótce pojawiły się tablice wotywne z podziękowaniami za łaski otrzymane za jego wstawiennictwem. Grób jest dostępny publicznie i każdy może to sprawdzić. 


Post scriptum

A oto postronny przykład solidności Gutowskiego i tej całej ekipy:

https://www.rp.pl/kosciol/art38096401-jak-kardynal-karol-wojtyla-kontrolowal-pedofila?utm_medium=Social&utm_source=Facebook&fbclid=IwAR16c-HuN47WnTDsF7hgLB2ulrwvio-vHQ6WGXj0nKb_--D8Na_3Ex344A0#Echobox=1678370431

Na koniec jedna uwaga. Otóż jest dość czytelne, o co chodzi tej ekipie, która łączy tego typu ataki na Jana Pawła II z podziwem i wręcz uwielbieniem dla Franciszka. Chodzi o zniechęcenie do resztek "konserwatyzmu" obecnych u tego pierwszego, a zarazem poparcie dla działań tego drugiego, który wszak nawet się nie kryje z popieraniem takiego typa jak jezuita James Martin z jego "dialogiem" ze środowiskami LGBT. To są rasowi obłudnicy, grający niby współczucie dla ofiar pedofilii w Kościele, a równocześnie popierający uznanie homosexualizmu za zjawisko niby normalne i zasługujące na szacunek czy przynajmniej tolerancję.