Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

Ślimak lednicowo zaczadzony

 

Jedną z nowszych gwiazdek internetowych modernistycznego kato-światka jest Wojciech Czuba z Warszawy, powiązany z modernistycznymi dominikanami typu Tomasz Nowak (więcej tutaj). Wygląda na to, że chłopak stara się być normalnym katolikiem bez perfidnych wyskoków typu Adam Szustak. Prawdopodobnie ma to z domu rodzinnego. Jest ponadto inteligentny, autentyczny i utalentowany do występów publicznych. Jego problem polega jednak na braku dojrzałego, samodzielnego myślenia, co się wiąże oczywiście z młodym wiekiem, ale raczej nie tylko. Jest też w niebezpieczeństwie pewnego narcyzmu, co z reguły niesie ze sobą kariera medialna, i to też wynika z braku dojrzałości. Oto przykład:


Tutaj wdać, że chłopak stara się prezentować nauczanie Kościoła i też myśleć przy tym. Problem w tym, iż widocznie zakłada po pierwsze, jakoby Katechizm Kościoła Katolickiego był w każdym zdaniu precyzyjny i wyczerpujący, a po drugie sam to niego nie podchodzi dokładnie. Oto fragment, który Wojtek ma na myśli:


Otóż błędne jest zdanie Wojtka, jakoby nieuporządkowanie nie odnosiło się do osób ze skłonnością homoseksualną, a jedynie do ich czynów. Sprawa jest dość prosta już na poziomie zwykłej logiki: skoro czyny homosexualne są nieuporządkowane, to także skłonność do nich musi być nieuporządkowana, dokładniej mówiąc, przeciwna naturze. Być może Wojtkowi chodzi o to, że nie należy mylić nieuporządkowanej skłonności z osobą. Tu jest moja zgoda, o ile odpowiednio zdefiniuje się osobę, zwłaszcza w odróżnieniu od osobowości w znaczeniu psychologicznym. Otóż według teologii katolickiej także grzesznik, nawet nałogowy zachowuje godność ludzką, choć jego grzechy uderzają właśnie w tę godność. Istotą godności ludzkiej jest bowiem rozumność i wolność (wolna wola, jak to się mówi dziwacznie po polsku w stylu "masło maślane", a po łacinie jest to wyrażone właściwie jako liberum arbitrium). Skutki grzechu pierworodnego kaleczą zarówno rozumność jak też wolność wyboru, skłaniając przez pożądliwość ku grzechowi. Dochodzą błędy wychowawcze, zranienia i wykrzewienia osobowości, nałogi grzechowe, i też każdy pojedynczy grzech osłabia dobrą wolę. 

W przypadku osób ze skłonnością homosexualną istotne jest, że one zasadniczo nie wybrały sobie tej skłonności, a jedynie mogą albo odrzucić albo wybrać pójście za tą skłonnością. Tutaj właśnie ważne jest odróżnienie między godnością ludzkiej takiej osoby, a jej złym wyborem, gdyż w każdej chwili może porzucić zły wybór i dokonywać dobrego wyboru. 

Sednem problemu jest negowanie, że taka skłonność jest nieuporządkowana czyli niezgodna z naturą. Gdy ktoś uważa tę skłonność za naturalną - czy to dla siebie czy w ogóle - to niestety nie jest w stanie dostrzec problemu, aczkolwiek agresja i publiczne, nachalne exponowanie tej skłonności czy nawet czynów i stylu życia dość wyraźnie wskazuje na przynajmniej podświadome wyczuwanie nieuporządkowania i zgubności tej skłonności. 

Dlatego właśnie nieodpowiednie domaganie się szacunku dla takich osób czy nawet - jak to się mówi w stylu bergogliańskim - miejsca w Kościele, o ile oznacza to utwierdzanie ich w zakłamaniu, uderza w ich godność i jest dla nich szkodliwa. Tego Wojtek wydaje się nie rozumieć. Póki co. Oby dojrzał do zrozumienia. 


Przywódca sekty dolindowców kłamie


W sprawie x. Dolindo i około już się wypowiadałem (tuta i tutaj). Oto ostatnio sam główny promotor tego oszustwa w Polsce, x. Robert Skrzypczak, już zupełnie się zdemaskował u jak zwykle dobroduszno-naiwnego pana Janka Pospieszalskiego. Chodzi o tę wypowiedź:


Przyznam, że nie ogarniam, jak można bezczelnie kłamać, mówiąc, że nie było żadnych dowodów do procesu kanonicznego i ukarania x. Dolindo. Wystarczy spojrzeć do książki kolabarantki x. Skrzypczaka, do której on zresztą oczywiście napisał wstęp, gdzie w przypływie szczerości jest wzmiankowana sprawa niejakiej Serafiny:





Podane fragmenty są oczywiście zretuszowane względem rzeczywistości i próbują wybronić x. Dolindo. To jednak nie może się udać. Sprawa jest właściwie prosta: jeśli kapłan zamiast prostych teologicznych kryteriów rozróżniania duchów kieruje się tym, jak się czuje w obecności danej osoby, to nie jest tylko zupełnie nie kompetentny, lecz groźny dla dusz. Jeśli ktoś mimo tego prostego przykładu, twierdzi, że nie było powodów do procesu przed Świętym Oficjum, to bezczelnie łże i oszukuje publiczność. 

Osobną kwestią jest sprawa inkardynacji. X. Skrzypczak powinien właściwie wiedzieć, że kapłan bez inkardynacji jest tym samym suspendowany i nie ma prawa sprawować sakramentów. Nie badałem biografii x. Dolindo, ale o ile gdzieś tam wyczytałem, w ostatnich dekadach życia jednak sprawował Mszę św. Na jakiej podstawie to czynił, nie wiem. Trzeba by to wyjaśnić. 

Wiejski wikary zaskakuje na plus, a rektorem seminarium jest heretyk


 X. Piotr Piekart, o którym była niedawno tutaj mowa w związku z jego wypowiedzią o "koroneczce", zaskoczył właśnie chwalebnie swoją inną wypowiedzią, mianowicie w ramach "synodu" Archidiecezji Krakowskiej. Oto jest słowa:


Problem jest o tyle typowy, że powinien go zauważyć każdy, kto myśli po katolicku, czyli wierzy zgodnie z wiarą Kościoła, iż Jezus Chrystus jest obecny w każdej cząstce eucharystycznej postaci chleba. Doskonale to wyraża tradycyjna liturgia rzymska, zwłaszcza w geście złączenia palców celebransa począwszy od Konsekracji aż do puryfikacji po Komunii św. Natomiast w Novus Ordo tej świadomości nie ma, gdyż została ono systemowo wyrugowana przez:
- brak złączenia palców
- brak pateny (nie jest wymagana)
- puryfikowanie pateny przez ściąganie cząsteczek do kielicha puryfikaterzem, co jest o tyle absurdalne, że partykuły z natury przywierają do puryfikaterza, skąd mogą się rozproszyć praktycznie wszędzie
- Komunia dołapna

Wprawdzie nie jest to przewidziane w żadnym oficjalnym dokumencie, jednak z czasem rozpowszechnił się zwyczaj kreślenia znaku krzyża dzieciom na czole tym samym palcem, którym się podaje Ciało Pańskie w Komunii. Niby szczegół, ale pasujący do całości. 

Należy zauważyć, że problemem nie jest znaczenie czoła dziecka krzyżykiem, lecz brak złączenia palców. Można bowiem znaczyć resztą dłoni, trzymając złączony kciuk i palec wskazujący. 

Dobrze, że "wiejski wikary" wskazał na problem. Niestety jednak chyba nie całkiem jest gotów wyjść poza schemat myślenia jedynie w kategoriach Novus Ordo. Oby jednak - przynajmniej z czasem - dostrzegł, w czym jest właściwy problem, mianowicie w samym Novus Ordo, aczkolwiek w nim nie ma zakazu złączenia palców. 

Wypowiedź x. Piekarta wywołała oburzoną reakcję rektora krakowskiego seminarium duchownego, x. Robert Woźniak, który jest równocześnie wykładowcą dogmatyki:


Nie wiem, co ten człowiek wykłada alumnom seminarium i innym studentom. Pewne jest, że albo ma wiedzę poniżej poziomu katechezy na poziomie podstawowym, albo jest heretykiem negującym podstawową prawdę wiary katolickiej, mianowicie o istotowej obecności Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Było już o tym szerzej (tutaj). W skrócie: jeśli ktoś nie potrafi odróżnić obecności duchowej od istotowej (substancjalnej), to jest teologicznym analfabetą. A jeśli powołuje się przy tym na Ojców Kościoła, to jest też oszustem, gdyż żaden z nich nie negował wyjątkowej, realnej obecność wyłącznie w Najświętszym Sakramencie. Jest poważnym skandalem, że ktoś taki pełni funkcję wykładowcy teologii, a nawet kogoś odpowiedzialnego za formację przyszłych duchownych. 

Co to są fundamentalne elementy Kościoła? Ciąg dalszy

 

Wypada szerzej potraktować pytanie tytułowe. Wprawdzie w wypowiedzi Leona XIV jest przynajmniej zagadka w tej kwestii, jeśli nie kłamstwo. Powinna to być jednak okazja do przypomnienia elementarza eklezjologii katolickiej. Otóż znamiona Kościoła są podane w wyznaniu wiary: jeden, święty, katolicki i apostolski. Nie ma nic o Vaticanum II, ani o żadnym innym soborze, ani o wszystkich razem, ani nawet o papiestwie. Idźmy po kolei:

Jedność Kościoła jest trójwymiarowa: we wierze, w sakramentach, w hierarchii (czyli rządzeniu). Kolejność jest tutaj ważna. To nie są składniki jedności, jakoby każdy z nich mógł istnieć z osobna, lecz one są nierozerwalną całością. Przykład oparty wprost na prawie kanonicznym: jeśli duchowny porzuca wiarę katolicką, czyli popada w herezję albo nawet w apostazję, to traci tym samym wszelkie urzędy kościelne oraz prawo do sprawowania sakramentów. 

Ten punkt jest istotny, ponieważ z jednej strony FSSPX zarzuca władzy rzymskiej modernizm, czyli popadnięcie w herezję (choć tego tak wprost nie nazywają, z niewyraźnych przyczyn), zaś z drugiej władze rzymskie żądają uznania Vaticanum II jako warunku koniecznego przynależności do Kościoła, a w domyśle musi chodzić o swoiste wyznanie wiary, czyli przyjęcia Vaticanum II jako nauczania wiary katolickiej, niezależnie od tego czy i na ile jest ono sprzeczne z wiarą katolicką. To jest właśnie sedno problemu, a trudność polega na tym, że strony po pierwsze mają różne założenia, po drugie przeciwne oczekiwania czyli cele, po trzecie nie są całkiem szczere ani wobec siebie ani wobec publiczności. FSSPX oczekuje, że władze rzymskie powrócą do tradycyjnego nauczania i sprawowania sakramentów, natomiast one żądają, by FSSPX - idąc wraz z "Kościołem soborowym" - od niego odeszło, bądź przynajmniej zaprzestało potępiania tego odejścia. Równocześnie władze rzymskie grają swoją pozycją jako władza, która dysponuje także środkami karnymi czyli możliwością nałożenia kar kościelnych i wygląda na to, że to jest właściwie jedyny argument z jej strony. Natomiast FSSPX z jednej strony zaznacza, że uznaje władzę rzymską czyli aktualnie sprawujących rządy papieży, ale z drugiej strony zachowuje się tak, jakby ostateczny głos w podejmowaniu decyzyj miało FSSPX względnie jego przełożony generalny. Merytorycznie - co do rozumienia jedności Kościoła czyli konieczności zachowania ciągłości z całą Tradycją - pozycja FSSPX jest silniejsza, jednak dyscyplinarnie, zwłaszcza praktycznie jest niespójna, co wynika oczywiście z trudnej i niebywałej dotychczas w historii Kościoła sytuacji wielorakiego rozdźwięku między dyscypliną a doktryną: stare zasady dyscyplinarne są stosowane do forsowania nowości w doktrynie i rugowania tradycyjnej doktryny, czyli właściwie przeciw jedności z Kościołem "przedsoborowym". Tym samym brakuje wspólnej płaszczyzny do porozumienia. 

Nie mniej istotna w tym kontekście jest świętość Kościoła. Otóż u podłoża zmian wprowadzonych od Vaticanum II jest mniej czy bardziej wyraźnie artykułowane przeświadczenie, że Kościół błądził przynajmniej od końca średniowiecza, z którego to powodu konieczna i słuszna była tzw. reformacja czyli właściwie rewolucja protestancka, a nawet już od IV wieku, kiedy to Kościół zyskując wolność według prawa imperium rzymskiego rzekomo uległ wypaczeniu. Właściwie jest tutaj zawarta negacja świętości Kościoła i w imię tej negacji zostały przeforsowane "reformy", połączone z otwarcie czy mniej otwarcie wyrażaną pogardą dla tego, co "przedsoborowe", zwłaszcza liturgia Kościoła. Temat jest używany także dość przewrotnie w odniesieniu do krytyki owych "reform", mianowicie gdy ich fani powołują się na nieomylność Kościoła, sugerując, że Kościół stał się święty dopiero wraz z Vaticanum II, czy przynajmniej częściowo święty, a to akurat w tym, co jest nowością, zwłaszcza w tzw. ekumenizmie, wolności religijnej, poluzowaniu w nauczaniu moralności itp. itd. Co odważniejsi przyznają wprost, że to jeszcze nie jest doskonała "świętość", dopóki katolicyzm nie został doszczętnie przemieniony w ich wyobrażenia, które sprowadzają się do roli jednej z wielu równoważnych religij, bez jakiejkolwiek pretensji do prawdziwości. Tym samym albo o boskim pochodzeniu Kościoła - co jest podstawą i korzeniem jego świętości - nie może być mowy, albo przypisuje się Bogu bluźnierczo chcenie wielości religij (jak to chociażby wprost w papierze podpisanym przez Bergoglio wraz z jednym z nauczycieli islamskich), czyli zaprzeczanie sobie i oszukiwanie ludzi. Tak samo bluźniercza co do świętości Kościoła jest - mniej czy bardziej uświadomiona - mentalność, jakoby w Kościele mogła istnieć sprzeczność między wcześniejszym nauczaniem a obecnym (a nawet przyszłym). To także jest jeden z kluczowych punktów spornych między władzami rzymskimi a FSSPX. Benedykt XVI usiłował temu zaradzić przez swoją słynną "hermeneutykę ciągłości", w przekonaniu, że nauczanie Vaticanum II (i późniejsze) da się pogodzić ze wcześniejszym nauczaniem Kościoła. To napotkało na - zwykle pośredni - sprzeciw ze strony zarówno modernistów okupujących stanowiska watykańskie, stolice biskupie, kurie i wydziały teologiczne, jak też ze strony przywódców FSSPX, i doprowadziło do fiaska rozmów, które miały prowadzić do uregulowania sytuacji kanonicznej tego ostatniego. Tym niemniej także tutaj nie ma płaszczyzny porozumienia, skoro dla tych pierwszych świętością (przynajmniej najwyższą, choć jedynie tymczasową) jest Vaticanum II, które natomiast przez drugich jest uważane za zdradę Tradycji i źródło wszelkiego obecnego zła w Kościele. 

Trzecie znamię Kościoła może się wydawać najkorzystniejsze dla modernistów, zwłaszcza gdy rozumie się katolickość tak, jak oni ją ujmują. Pierwotnie w języku Kościoła - poświadczonym przez Ojców Kościoła - katolickość była przeciwieństwem pluralizmu religijnego. Kościół - jako pierwszy w historii ludzkości - uważał siebie za religię przeznaczoną i chcianą przez Boga dla wszystkich ludów, dla całej ludzkości. W tle jest tutaj exkluzywizm żydowski, a także relatywizm pogański, który ma korzenie w politeiźmie. Skoro Bóg jest jeden, to wszyscy ludzie są wezwani do poznania Go, a Kościół ma obowiązek iść do wszystkich ludów, żeby im głosić tego jednego prawdziwego Boga. Moderniści zrobili z tego odwrotność, czyli usiłują przerobić Kościół na relatywistyczną religię subiektywizmu i tym samym pozbawioną prawdy, choćby nawet w zalążku. Stąd się bierze pęd na ekumaniactwo, prowadzący do coraz absurdalniejszych excesów słownych i w gestach, czego jesteśmy świadkami od 60 lat. Innymi słowy: jeśli ktoś oddziela katolickość od misyjności, czyli głoszenia wszystkim Ewangelii Jezusa Chrystusa w celu zgromadzenia ich w jednym Kościele, czyli w jednej społeczności wyznających wiarę katolicką, to tym samym jej zaprzecza i nie może być katolikiem, niezależnie od pozycji, urzędu, czy popularności, nawet jeśli posługuje się tą nazwą. Tutaj nie muszę chyba wykazywać, kto jest bliżej prawdziwego pojęcia katolickości. Zaś dość prosty i oczywistym dowodem jest liturgia. Ona była w Kościele zawsze widzialnym znakiem i zastosowaniem katolickości, w połączeniu z jednością i świętością i apostolskością. Jednolity język liturgii na całym świecie wyraża powszechność Kościoła, jego wolność od lokalnych i narodowych zwyczajów, które nierzadko są wypaczeniami. Nie muszę w tym miejscu wykazywać, że zarówno w łonie katolicyzmu w jednym kraju, jak też zwłaszcza między krajami, istnieją obecnie kolosalne różnice. Wystarczy porównać chociażby to, co się w Niemczech, z tym, co jednak nadal jest standardem w Polsce, aczkolwiek różnice coraz bardziej się zacierają na niekorzyść Polski. To już nie jest katolickość, gdyż sprzeczności są wręcz rażące. Warto jednak zauważyć, że dotyczy to jedynie modernistów, ich struktur. W środowiskach tradycyjnych, i to zarówno indultowych, jak też lefebviańskich i sedewakantystycznych katolickość kwitnie nawet naocznie, i to także w znaczeniu uproszczonym i płytszym jako powszechność. 

Apostolskość Kościoła zwykle wydaje się tajemnicza i zagadkowa. Równocześnie jest ona historycznym korzeniem wszystkich pozostałych znamion. Powszechne jest powiedzenie, że Kościół jest zbudowany na fundamencie Apostołów, co oznacza, że fundamentem Kościoła jest nauczanie oraz działanie Apostołów po Zesłaniu Ducha Świętego. W tym zawarta jest zarówno jedność z Apostołami, a przez nich z samym Jezusem Chrystusem, jak też świętość Kościoła i jego katolickość. Oznacza to, że choćby najdrobniejsze odejście od nauki i praktyki Apostołów, czyli zdrada apostolskości, godzi także w jedność, świętość i katolickość Kościoła. Nie muszę udowadniać, że nauczanie modernistyczne, także to rozpowszechniane z powoływaniem się na Vaticanum II, mniej czy bardziej radykalnie przynajmniej oddala się od tego, czego nauczali Apostołowie, a co zostało przekazane czy to w Piśmie św. czy też w Tradycji Kościoła. Natomiast, póki co, na ile mi wiadomo, nikt nawet w przypływie podniesienia nastroju nie postawił tego zarzutu wobec FSSPX. Także Leon XIV, mimo tak poważnego zarzutu sformułowanego ogólnie, bez żadnych konkretów nie jest widocznie w stanie wskazać, w których kwestiach FSSPX czy też ogólnie katolicy tradycyjni odchodzą od nauczania Apostołów czy są jemu niewierni. Jedynym argumentem jest odrzucanie niektórych elementów w dokumentach Vaticanum II tak, jakby one miały zastąpić Boże Objawienie podawane przez Kościół począwszy od Apostołów na przestrzeni wieków. Zaś odwrotnie można dość łatwo wykazać, iż działania modernistów - także w ramach Vaticanum II i po - nie mają żadnych podstaw w dziedzictwie Apostołów i ich następców na przestrzeni wieków: Apostołowie nic nie mówią o ekumeniźmie, o wolności religijnej, o roli świeckich w Kościele, o święceniu kobiet, o błogosławieniu par cudzołożnych i homosexualnych, ani o tym, że papież czy jakaś powołana przez niego rada ma prawo zakazać liturgii sprawowanej w Kościele od wieków i wprowadzać obrzędy zainspirowane czy nawet wręcz przejęte od heretyków. Kto tu więc odrzuca fundamentalne elementy Kościoła jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego? 

Zobaczymy, jaki będzie rozwój wydarzeń w następnych dniach i tygodniach. Pojawiła się poważna pogłoska, że władze watykańskie rozważają nałożenie kary exkomuniki nie tylko na biskupów FSSPX, lecz także na kapłanów oraz świeckich korzystających z ich posługi. To by pasowało do przypuszczenia, które wyrażałem już od dłuższego czasu w związku z nadzwyczaj (pozornie) życzliwym i hojnym traktowaniem FSSPX przez Franciszka. To nie były gesty autentycznego zrozumienia, życzliwości i uznania, lecz taktyka zmierzająca do wepchnięcia jak największej liczby katolików myślących i wierzących po katolicku w ramiona struktury, którą będzie można dość łatwo i wygodnie exkomunikować. Czas pokaże. 

Co to są fundamentalne elementy Kościoła?


Wypowiedź Leona XIV z 16 VI 2016 uczyniona w ramach cowtorkowego nauczania przechodnio-ulicznego w Castel Gandolfo słusznie wywołała małą sensację, gdyż to są jego pierwsze osobiste słowa w kwestii zaplanowanej na 1 VII lipca 2026 sakry biskupiej w FSSPX. Rzeczywiście wymagają one komentarza, ponieważ są zdumiewające z kilku powodów. Oto one:


W tłumaczeniu własnym:

Pada pytanie, czy będzie schizma w związku z sakrą biskupią w FSSPX: "Zapewne. Wystosowaliśmy zaproszenie. Akurat zastanawiam się, czy wystosować następny apel i powiedzieć: nie róbcie tego! Szukajmy życia we wspólnocie Kościoła. Ale to jest ich wybór. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, co to oznacza, dla nich i dla Kościoła. Oczywiście podziały pośród chrześcijan są zawsze czymś bolesnym. Ale oni odrzucają przyjęcie pewnych fundamentalnych elementów Kościoła, począwszy od różnych punktów Soboru Watykańskiego II. I to jest to. Jeśli dokonują takich wyborów, to mi przykro, ale my musimy iść do przodu."

Oczywiście nie zamierzam bronić tego przedsięwzięcia ze strony FSSPX, jak już się kilkakrotnie wypowiedziałem. Odniosę się do tej spontanicznej wypowiedzi, która ma charakter jedynie prywatny i podlega krytyce jak każda inna wypowiedź każdej innej osoby. 

Najpierw zaproszenie. Do czego? Kiedy? Żeby dyskutować o kwestiach teologicznych, które były już dyskutowane w latach 1987-1988, a następnie praktycznie przez cały pontyfikat Benedykta XVI i kilka lat rządów Franciszka, aż do usunięcia kard. Müller‘a z Kongregacji Nauki Wiary? Przełożony generalny FSSPX, x. D. Pagliarani, miesiącami starał się o audiencję, bez odpowiedzi. Abp Carlo M. Viganó również się starał, w końcu bezskutecznie. Dla pseudobiskupki, dla progejowskiego (i prawdopodobnie geja) apostaty pseudojezuity J. Martin'a, na zabawę ze sportowcami, na odbiór konia z Polski jest czas, a gdy chodzi o dusze niesprawiedliwie potraktowanych duchownych i wiernych świeckich, którzy chcą być dobrymi katolikami, to drzwi są zamknięte i jest milczenie. 





Trzeba było konkretnej zapowiedzi podjęcia sakry, by Leon XIV kilkanaście dni przed wydarzeniem, gdy wszystko już jest gotowe, zastanowić się, czy wystosować osobisty apel. Przecież to jest kpina. Z ludzi i ze siebie. Widać, że osoby na głównych stołkach watykańskich właściwie cieszą się, że będą mogły ogłosić exkomunikę i schizmę, a wszelkie działania w tej sprawie są ściemnianiem. 

Życie we wspólnocie Kościoła: jakie życie w tej wspólnocie jest do zaoferowania? Takie jak zaoferowano Franciszkanom Niepokalanej, kwitnącemu w powołania, młodemu zakonowi, gdzie założyciela i większość członków wyrzucono, a z potulnej reszty zrobiono przybudówkę ekumaniacko-ekologiczną do "synodalności"? 

Podziały wśród chrześcijan: do FSSPX jest już tylko chrześcijańskie, a nie katolickie? To kiedy biskupi FSSPX zostaną przyjęci w Watykanie z takimi honorami jak pseudoarcybiskupka anglikańska? 

O jakie "fundamentalne elementy" chodzi? Od kiedy Vaticanum II jest pierwszym fundamentalnym elementem Kościoła? To Kościół zaczął się od Vaticanum II? Czyżby to jednak nie był jedynie "sobór duszpasterski", który nie chciał niczego z Tradycji odrzucać, a jedynie nauczać tego, czego Kościół zawsze nauczał, choć w "udzisiejszony" (aggiornamento) sposób? 

Iść naprzód? Dokąd? W przepaść niebytu przez zlanie się z agendą ONZ, WHO, łUnii JEWroPEJSkiej itp. itd.? 

No cóż. Wniosek jest najpierw prosty: "magisterium" przechodnio-uliczne na pewno nie służy ani powadze osobistej Leona XIV, ani powadze urzędu, który sprawuje. Podobnie zresztą jak bergogliańskie "magisterium" samolotowe (od królików począwszy, poprzez "kimże ja jestem, żeby osądzać", aż do bełkotów, których treści obecnie chyba już nikt nie pamięta, bez jakiejkolwiek szkody, a raczej z korzyścią dla kondycji intelektualnej i emocjonalnej). 

Daleki jestem od uprawiania apologetyki na rzecz FSSPX. Jednak zawsze staram się bronić każdego, komu dzieje się krzywda. Bardziej oczywistego i jaskrawego odrzucenia fundamentalnych elementów Kościoła, jakie ma miejsce od ponad 60 lat i to w wykonaniu tych, którzy są u najwyższych sterów władzy, nie było w historii wszechświata. I z całą pewnością nie było to w wykonaniu abpa M. Lefebvre'a, mimo niespójności i ułomności niektórych jego wypowiedzi i działań. On przynajmniej starał się być wierny temu, czego Kościół zawsze nauczał i czynił. W przeciwieństwie do wielu purpuratów i wyżej. 

W tym momencie wygląda na to, że Leon XIV nie tylko usiłuje łączyć bergoglianizm z wojtylianizmem, lecz także z montinizmem, czyli z betonowym forsowaniem niebywałej zdrady, która zaczęła się wraz z Vaticanum II, aczkolwiek nawet Montini (Paweł VI) i potem Jan Paweł II mieli na tyle odwagi, by spotkać się z abpem M. Lefebvre'm. Pozostaje mieć nadzieję, że czyny będą rozsądniejsze i sprawiedliwsze niż słowa. Zobaczymy. 


Kto oszukał? Czyli brak zaufania a "teologia" lefebvriańska


W obecnych ostatnich tygodniach przed zapowiedzianą sakrą biskupią w FSSPX pojawiają się nadal komentarze do co tego wydarzenia, także ze strony zwolenników. Do nich należy Dawid Mysior, o którym już była mowa wielokrotnie (por. tutaj, tutaj), a teraz udzielił on na swoim kanale głosu przywódcy sekty (nie całego FSSPX), tytułując go przy tym zresztą wyjątkowo czule, co potwierdza, że cierpi na odmóżdżający komplex dewocyjny: 


Tym niemniej cenne są słowa owego przywódcy, gdyż są demaskujące, mianowicie kłamliwe już nawet co do faktów, choć w zamyśle mają być zapewne obronno-ofensywne. Oto istotny fragment:


W skrócie: 

Arcybiskup M. L. podpisał 5 maja 1988 r. "jakiś protokół", który nie był porozumieniem z Rzymem, i został "wprowadzony w błąd", w domyśle przez Rzym. Następnie abp M. L. "wycofał się z tego protokołu", "powiedział, że rezygnuje z tego", "powiedział, że wycofuje swój podpis".  Powodem było to, że został poproszony przez kardynała Ratzinger'a o wysłanie listu do papieża przepraszającego za wszystkie błędy oraz proszącego o biskupa jako swojego następcę. W tym widział, "że to była pułapka", i od tego momentu był zdecydowany samodzielnie dokonać sakry biskupiej. 

Nasuwają się pytania: Skoro to był tylko protokół, to co w nim było zaprotokołowane? Na czym polegał błąd, w który abp M. L. został wprowadzony? Pod czym wycofał swój podpis i w jaki sposób? Z czego zrezygnował? Na czym miała polegać owa "pułapka"? Te pytania powinien był zadać Mysior, gdyby miał włączony rozum, a nie swój dewocyjny komplex uwielbienia dla "drogiego księdza Karola". Powinien też dopytać, z jakiej racji diakon Karl Stehlin trafił na misje do Afryki, podczas gdy jego koledzy kursowi otrzymali już święcenia kapłańskie. Ciekawe, czy by się dowiedział, że diakonowi Karl'owi zostały dyscyplinarnie wstrzymane święcenia prezbiteratu i został karnie wysłany jako diakon na misje, gdzie zresztą podczas jego bytności tam miała miejsce afera pedofilska jego współbraci z FSSPX, dopiero po latach ujawniona (więcej tutaj). 

W każdym razie x. Stehlin opisuje wydarzenia w sposób istotnie sprzeczny z innymi źródłami, w tym także ze słowami samego śp. abpa M. Lefebvre'a, które wypowiedział podczas konferencji prasowej dnia 15 czerwca 1988 r., czyli na około dwa tygodnie przed zapowiedzianą sakrą biskupią. 

Oto jego słowa w skrócie (całość jest tutaj): 

Arcybiskup wspomina cios, jaki go spotkał w roku 1976 r., mianowicie jako suspensa. Chce przedstawić kontext swojej decyzji konsekrowania biskupów dnia 30 czerwca 1988 r. Mówi o swojej walce przeciw modernizmowi i przeciw błędom, które mu się wydają nie do pogodzenia z wiarą katolicką, począwszy od soboru, nie tylko od momentu założenia Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X w 1970 r. Swój opór przeciw tym błędom uważa za fundament problemu, w jakim się znalazł. Jako przykłady wymienia: akceptację praw człowieka, prawa cywilne dla każdej religii, zasad świeckości państwa, ekumenizm i stowarzyszenie wszystkich religij (Asyż, Kyoto, wizyty w synagodze, w zborach protestanckich), a wewnątrz Kościoła do kolegialność biskupów, zmiany liturgii, zmiany w katechizacji, zwiększenie uczestniczenia świeckich w sferze religijnej. Uważa to za negację przeszłości Kościoła i wynikające stąd dążenie do zniszczenia Tradycji Kościoła, co odbywa się przez ciągłe prześladowanie tych, którzy chcą pozostać katolikami, jakimi byli przed Vaticanum II. My kontynuujemy to, czego papieże nauczali i co czynili przed Vaticanum II, a sprzeciwiamy się temu, co czynią Jan XXIII, Paweł VI i Jan Paweł II, ponieważ oni zerwali z tym, co czynili poprzedni papieże. Preferujemy Tradycję Kościoła zamiast papieży, którzy się odcięli od swoich poprzedników. Jednak chcieliśmy utrzymać kontakt z Rzymem w nadziei, że kiedyś Tradycja znów znajdzie swoje prawa w Rzymie. 

Oto kluczowy fragment:


Czyli abp M. L. wyjaśnia, że wobec tego, iż Rzym nie pozwolił na powrót do Tradycji, a on już jest w podeszłym wieku, prosił wielokrotnie Rzym o pozwolenie na wyświęcenie swojego następcy, żeby zapewnić swoim seminarzystom święcenia. Dlatego zapowiedział 29 czerwca 1987, że podejmie sakrę biskupią; jeśli Rzym nie odpowie na prośbę, to konsekruje biskupów 25 października jako swoich następców. Wtedy Rzym zareagował listem z 28 lipca, a przedtem odbył spotkanie z kardynałem Ratzinger'em 14 lipca, żeby powiedzieć, iż albo Rzym pozwoli na sakrę, albo on sam podejmie. W liście z 28 lipca kardynał Ratzinger odpowiedział, że najpierw trzeba, by FSSPX zostało uznane przez Kościół, a być może przyzna się prawo do tradycyjnej liturgii, prowadzenia seminariów duchownych, ale najpierw trzeba zrobić wizytację, żeby poznać sytuację w FSSPX. Abp M. L. wahał się, czy podjąć tą propozycję, czy ją odrzucić, gdyż nie miał zupełnie żadnego zaufania do władz rzymskich:


Mówi: byliśmy prześladowani, "nie mieliśmy zaufania, żeby oddać się w ręce Rzymu, który zwalczał Tradycję". Ale jednak postanowiliśmy spróbować wysondować, jakie jest nastawienie Rzymu wobec nas. W tym duchu udałem się do Rzymu i przyjęliśmy wizytację kardynała Gagnon'a. Mówi się, że ta wizytacja była przychylna. Po tej wizytacji zaproponowano nam rozmowy, by sporządzić protokół dla przygotowania porozumienia:


Abp M. L. wysłał do Rzymu swoich przedstawicieli do prowadzenia rozmów (x. Tissier de Mallerais oraz x. Roche). Celem było uregulowanie kwestij doktrynalnych i dyscyplinarnych. To oznaczało zrozumienie ze strony Rzymu, że są trudności doktrynalne. Ponadto nie wymagano od nas uznania tych elementów w dokumentach soborowych, w liturgii i prawie kanonicznym, które nam się wydają nie całkowicie do pogodzenia z Tradycją, czyli pozwolono na dyskutowanie o nich: 


Z powodu takiego satysfakcjonującego porozumienia w kwestiach doktrynalnych abp M. L. podpisał protokół. Pozostały do ustalenia kwestie dyscyplinarne, zwłaszcza kwestia sakry biskupiej oraz "biura" w Rzymie, które miało służyć rozwiązywaniu bieżących problemów (chodzi o komisję tego typu co późniejsza Papieska Komisja "Ecclesia Dei", która regulowała relacje między wspólnotami tradycyjnymi a władzami diecezjalnymi). Siedmiu członków tego grona miało być mianowanych przez papieża, a dwóch delegowanych przez FSSPX. Status miał być taki, że FSSPX miało być wyjęte spod władzy biskupów diecezjalnych (exempcja). Drugie spotkanie w ramach rozmów odbyło się z udziałem kardynała Ratzinger'a i abpa M. L. W ich rezultacie utrwalono na piśmie ustalenia, które zostały przez kardynała Ratzinger'a podpisane 4 maja, a przez abpa M. L. 5 maja 1988 r.:


Abp M. L. wyznaje, że jednak ciągle towarzyszyła mu nieufność i myśl, że wszystko, co "oni" robią, ma prowadzić do tego, żebyśmy zaakceptowali sobór i reformy posoborowe:


Następnie abp M. L, cytuje swoją rozmowę z kardynałem (chyba Ratzinger'em), który go prosił, żeby nie budował Kościoła równoległego:


Odpowiedź abpa M. L. jest znamienna i kluczowa dla zrozumienia jego decyzji co do sakry biskupiej: to nie my budujemy Kościół równoległy, bo my kontynuujemy Kościół taki, jaki był zawsze, lecz wy budujecie równoległy do niego Kościół soborowy, nowy Kościół z nowym katechizmem, z nowym sakramentami, z nową liturgią. 

Następnie abp M. L. mówi o momencie krytycznym zerwania rozmów:


Mówi, że podczas rozmów miał odczucie, iż to jest próba doprowadzenia FSSPX do uznania soboru V2. Jednak podpisał protokół porozumienia doktrynalnego, żeby pokazać swoją dobrą wolę. Pozostała kwestia dyscyplinarna w postaci sakry biskupiej. Abp M. L. otrzymał obietnicę, że zasadniczo jest na to zgoda i że ma podać listę trzech kandydatów, spośród których papież wybierze. Gdy zapytał o datę, sugerując 30 czerwca, otrzymał odpowiedź, że to niemożliwe, ponieważ to jest zbyt krótki czas na takie procedury w Rzymie. Zaproponował 15 sierpnia, na co otrzymał odpowiedź, że to wakacje i wtedy nikogo nie ma w Rzymie. Zaproponował 1 listopada, na co otrzymał odpowiedź, że nie można tego obiecać. Tak samo z datą na Boże Narodzenie. To było widocznie podczas rozmów z kardynałem Ratzinger'em. Jego odpowiedzi są o tyle zrozumiałe, że to nie on decydował o procedurze nominacyj biskupich, lecz Kongregacja ds. Biskupów, a ostatecznie papież, a nigdy nie wyznacza się terminu sakry przed nominacją. Wtedy abp M. L. stracił całkowicie zaufanie i napisał list do papieża, w którym zadeklarował, że nie widzi sensu kontynuowania rozmów. Zauważmy: NIE odwołał swojego podpisu pod protokołem dotychczasowych uzgodnień, lecz zerwał rozmowy w dalszych kwestiach, zwłaszcza co do konsekrowania swojego następcy. Następnie abp M. L. przywołuje kilka znanych przykładów na stałe dążenie władz rzymskich do narzucenia wszystkim nowej liturgii: opactwo we Flavigny, opactwo w Fontgombault, seminarium "Mater Ecclesiae" w Rzymie, utworzone dla byłych seminarzystów z Ecône. To są według niego dowody na to, że Rzym chce wszystkich doprowadzić do reform soborowych i dlatego nie ufa w ustalenia zawarte w podpisanym protokole. Szczególnie znaczące są słowa końcowe tego wystąpienia:


Tutaj każde słowo jest ważne: W razie przyznania jego Bractwu statusu kanonicznego abp M. L. nie wyobrażał sobie współpracy ze strukturami Novus Ordo. Wobec jego wycofania się z dalszych rozmów i samodzielnego podjęcia sakry biskupiej spodziewa się ogłoszenia przez Rzym schizmy i dodaje: "Exkomunika przez kogo? Przez Rzym modernistyczny. Przez Rzym, który już nie ma w sposób doskonały wiary katolickiej, który już nie myśli po katolicku, który już nie działa po katolicku." Manifestacjami tego są takie wydarzenia jak spotkanie międzyreligijne w Asyżu (1986 r.), spotkanie w Kyoto, słowa Jana Pawła II w synagogach, ceremonia w kościele rzymskim Santa Maria in Trastevere (1987 r.) - to są wydarzenia skandaliczne i niekatolickie. "Będziemy exkomunikowani przez modernistów, przez ludzi, którzy zostali potępieni przez poprzednich papieży... To nie będzie miało żadnej wartości." I dalej: "Schizma z kim? Z papieżem jako następcą św. Piotra? Nie. Schizma z papieżem modernistą? Tak." I jeszcze: "Osobiście nie mam intencji zrywania z Rzymem. Chcemy trzymać z Rzymem tym, który był zawsze... Kontynuujemy to w naszych seminariach, w kazaniach, w całym naszym życiu, w życiu chrześcijan, którzy idą za nami, jak to było przed Soborem Watykańskim II... Nie chcemy współpracować w niszczeniu Kościoła." Tym niemniej abp M. L. deklaruje na koniec, że przełożony generalny FSSPX, x. Franz Schmidberger, także po dokonaniu sakry biskupiej będzie chciał utrzymywać kontakty z Rzymem. 

Ten opis wydarzeń potwierdza inny świadek owego czasu, mianowicie x. Engelbert Recktenwald, który wówczas był jednym z wykładowców seminarium FSSPX w Zaitzkofen, a z powodu sakry biskupiej 30 czerwca 1988 r. odszedł i wraz z innymi byłymi kapłanami i seminarzystami FSSPX założył Bractwo Kapłańskiej Św. Piotra. Oto jego niedawno zarejestrowane wspomnienia (całość tutaj):


W skrócie: W 1987 r. abp M. L. był tak zbulwersowany wydarzeniami takimi jak spotkanie w Asyżu (jesień 1986 r.), że zapowiedział 29 czerwca podjęcie sakry biskupiej dla zapewnienia swojemu Bractwu biskupa-następcy. Na to zareagował kard. Ratzinger, oferując listownie rozmowy w celu przyznania FSSPX statusu kanonicznego jako wspólnoty na prawie papieskim oraz nieograniczonego stosowania liturgii tradycyjnej. Abp M. L. właściwie nie chciał podjąć oferty. Jednak większość kapłanów FSSPX niemieckojęzycznych opowiadała się za porozumieniem z Rzymem. Także jego rada generalna (do które należeli: x. F. Schmidberger, przełożony generalny, x. B. Tissier de Mallerais, późniejszy biskup, oraz x. J. Bisig, późniejszy przełożony generalny FSSP) popierała dążenie do porozumienia i przekonali abpa M. L., żeby skorzystał z oferty: 


W ramach wizytacji przeprowadzonej przez kardynała E. Gagnon'a w listopadzie 1987 r. prowadzone były rozmowy zarówno ze wszystkimi członkami FSSPX jak też z przedstawicielami wiernych świeckich korzystających z ich posługi. X. Recktenwald odniósł wrażenie, że ze strony wizytatorów nastawienie było życzliwe i że była szczera wola znalezienia dobrego rozwiązania dla FSSPX. W ustaleniach, które były wynikiem wizytacji, władze rzymskie przyznały abpowi M. L. wszystko, o co się przez lata daremnie starał, mianowicie nieograniczone stosowanie liturgii tradycyjnej, uznanie wszystkich placówek oraz seminariów FSSPX. W sprawach doktrynalnych ustalono kompromis polegający na tym, że nie narzucono bezwarunkowego przyjęcia nauczania V2 i po V2, zaś FSSPX miało się zobowiązać do studiowania dokumentów oraz powstrzymania się od polemiki. Takie ustępstwa ze strony Rzymu budziły sprzeciw u niektórych biskupów:


Z drugiej strony, dla abpa M. L. ustępstwa władzy rzymskiej były niewystarczające i po podpisaniu protokołu porozumienia wysuwał dalsze żądania. Niepokój budził u niego zwłaszcza brak ustalenia daty sakry biskupiej oraz zasada, że to Rzym miał wybrać biskupa dla FSSPX, a nie on:


Drugą kwestią sporną był skład komisji, która miała zostać powołana do regulowania trudności w relacja FSSPX z biskupami diecezjalnymi. Władze rzymskie przyznały dwa miejsca w tej komisji członkom FSSPX, natomiast abp M. L. chciał mieć większość, co było oczywiście iluzoryczne, gdyż wtedy komisja byłaby organem FSSPX, a nie watykańskim: 


Trzecim powodem do nieufności był dla abp M. L. fakt, że Rzym nie był zadowolony z jego propozycji trzech kandydatów i prosił o inne propozycje:


Tym niemniej podczas konferencji prasowej 15 czerwca 1988 r. abp M. L. powiedział, że ustalenia zawarte w protokole podpisanym przez niego 5 maja są do przyjęcia. Tak samo w swoim liście z 6 maja (skierowanym chyba do kardynała Ratzinger'a) napisał, że podpisał tej protokół z zadowoleniem, ale jednak podejmie udzielenie sakry biskupiej 30 maja i że będzie to więcej biskupów, nie jeden (jak było ustalone z Rzymem):


Co więcej, przełożony generalny, x. Franz Schmidberger, w wewnętrznym liście do kapłanów FSSPX z dnia 9 maja 1988 r. napisał, że dzięki wstawiennictwu Matki Bożej Fatimskiej udało się osiągnąć porozumienie z Rzymem:


Dopiero na spotkaniu xięży niemieckiego dystryktu dnia 13 czerwca x. Schmidberger poinformował ich, że porozumienie jednak nie jest doskonałe, ponieważ nie doszło do ustalenia daty, oraz liczby i osób kandydatów:


Jak zaznacza x. Recktenwald, na podstawie tego porozumienia powstało i istnieje Bractwo Kapłańskie Św. Piotra oraz inne instytuty tradycyjne utworzone przez - rozwiązaną za rządów bergogliańskich - Papieską Komisję "Ecclesia Dei". W tym znaczeniu Rzym na pewno dotrzymał słowa i nie oszukał. 

Myślę, że mój komentarz jest zbędny, gdyż wielorako poświadczone fakty w zestawieniu ze słowami x. Karl'a Stehlin'a mówią za siebie. 

Zakończę więc jedynie tak i to z całą odpowiedzialnością za te słowa: x. Karl Stehlin jest notorycznym kłamcą i oszustem. Sapienti sat. 












Czy jest stan wyższej konieczności? (z post scriptum)


Można mówić o wszystkim, byle poważnie, sensownie i zgodnie z prawdą. 

Określenie "stan wyższej konieczności" jest regularnie używane w kontekście zarówno sakry przez śp. abpa M. Lefebvre'a w 1988 r. jak też obecnie. A jest ono słowno-pojęciowym dziwolągiem i nie istnieje w języku Kościoła. 

Kodex Prawa Kanonicznego z 1917 r. mówi po prostu o konieczności, gdyż konieczność nie jest stopniowalna:


Tak samo jest w KPK z 1983 r.:


Różnica polega na tym, że według wcześniejszego Kodexu konieczność usuwa winę jedynie wtedy, gdy chodzi o przepisy prawa czysto kościelnego, czyli nie z prawa naturalnego i Bożego Objawienia (czyli prawd wiary), zaś nowy Kodeks rozszerza, dodając do czynów wewnętrznie złych zgubę dusz, co pozostawia bardzo szerokie pole do interpretacji. 

Sporna jest kwestia, czy udzielenie sakry biskupiej wbrew woli papieża dotyczy jedynie prawa kościelnego czy prawa Bożego w znaczeniu pochodzącej od Boga konstytucji Kościoła, gdzie papież jest najwyższym pasterzem i widzialną głową w zastępstwie Jezusa Chrystusa. Owszem, praktyka co do wpływu papieża na nominacje biskupie zmieniała się w ciągu wieków i przez długie wieki papieże jedynie zatwierdzali wybór dokonany przez lokalne duchowieństwo czy narzucony przez władców świeckich. Jednak o kształcie tej praktyki decydowali papieże (mniej czy bardziej dobrowolnie), a w ostateczności nakładali karę exkomuniki, gdy nie zgadzali się na daną nominację, ku czemu musiały być powody kanoniczne, czyli wynikające z prawa kościelnego. 

Ci, którzy mówią o konieczności dla uzasadnienia słuszności owych sakr biskupich bez mandatu papieskiego, regularnie nie określają tej konieczności, a jedynie wskazują na obecny stan Kościoła, konkretnie na różnego rodzaju skandale, jak ostatnio papier Dykasterii Doktryny Wiary co do tytułów Najświętszej Mariji Panny czy wizyta pani przebranej za arcybiskupkę anglikańską, podejmowaną w Watykanie ze wszelkimi honorami. To są rzeczywiście skandale i można by podawać wiele innych. Pozostaje jednak kwestia, jak one się mają do konieczności w znaczeniu teologiczno-kanonicznym. 

Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X nie precyzuje owego "stanu wyższej konieczności", a jedynie powtarza, że krok, który zamierza, służy dobru Kościoła. Nie wyjaśnia natomiast, jak należy rozumieć konieczność. Pewne jest, że sakra biskupów dla FSSPX jest konieczna dla przetrwania tej wspólnoty oraz ich duszpasterstw. Czy można to utożsamić z przetrwaniem Kościoła? Oczywiście nie, chyba że rozumie się FSSPX jako jedyną ostoję wiary katolickiej, sakramentów katolickich i prawowitej hierarchii katolickiej, a w takiej mentalności tresowani są regularnie jego zwolennicy, co widać szczególnie w Polsce. Oczywiście należy uznać zasługi tej wspólnoty, a także jej założyciela, dla przetrwania zwłaszcza tradycyjnej liturgii rzymskiej. O wiele gorzej jest pod względem doktrynalnym i teologicznym, choć należy docenić szczerą wolę trzymania się ortodoxji katolickiej, co obecnie niestety nie jest regułą zwłaszcza w strukturach Novus Ordo. Należy jednak rozróżnić między koniecznością a pożytecznością. 

O nędzy teologicznej w kręgach FSSPX było mi dane niestety już wielokrotnie pisać. Pisałem też o problemie z ważnością święceń przyjętych przez św. abpa M. Lefebvre'a, tym samym także święceń przez niego udzielanych. Co do prawowitości hierarchicznej także niestety można mieć przynajmniej zastrzeżenia. FSSPX powołuje się na tzw. jurysdykcję nadzwyczajną, co jest o tyle uzasadnione, że w ramach fałszywego miłosierdzizmu bergogliańskiego otrzymali oficjalną jurysdykcję do spowiadania i możliwość ubiegania się o jurysdykcję do sakramentu małżeństwa. Żeby było jasne: z serca życzę im, by wszystkie te wątpliwości i niedostatki zostały usunięte i właśnie dlatego regularnie w razie konieczności staram się korygować bzdety głoszone zwłaszcza bez internetową gwiazdę Sz. B. Tyle jest w mojej mocy. Problem polega na tym, że oni widocznie zupełnie nie zauważają, a chyba nawet nie chcą zauważać tych niedostatków, które są dość istotne zarówno dla ich katolickości jak też dla ich służby Kościołowi, którą regularnie deklarują. 

Odpowiadając w skrócie: 

Stan konieczności usprawiedliwiający działanie wbrew prawu kościelnemu musiałby dotyczyć przynajmniej jednego z istotnych znamion Kościoła, czyli
- nauczania wiary
- ważnego udzielania sakramentów
- jedności hierarchicznej z Następcą św. Piotra i biskupami jemu podległymi. 

FSSPX wskazuje póki co jedynie na mankamenty czy wręcz błędy doktrynalne w dokumentach V2 i w późniejszych. Wskazywanie na skandale nie ma znaczenia prawnego, lecz najwyżej psychologiczne. Natomiast po swojej stronie ma problem z ważnością sakramentów przez siebie udzielanych, a także z realną - a nie tylko deklarowaną - jednością z papieżem, którego oficjalnie czyli formalnie uznają. 

Moim zdaniem konieczność jest, ale inna, mianowicie naprawa wewnątrz FSSPX. Jeśli temu będzie służyć sakra 1 lipca 2026 r., to będzie to główny i właściwy argument na jej korzyść. 

Tymczasem można mówić jedynie o pożytkach większych czy mniejszych działalności FSSPX. O ile gwoli tych pożytków konieczne jest konsekrowanie własnych biskupów, o tyle może to być usprawiedliwione moralnie i teologicznie, być może nawet kanonicznie. 

Jednak także przy tej okazji przedstawiciele FSSPX wykazują dwie brzydkie cechy, niegodne zwłaszcza katolika tradycyjnego:
- pomieszanie myślowe, czyli chaos teologiczny i ogólnie intelektualny, który nie jest ani katolicki, ani tradycyjny,
- zakłamanie, a to już jest nawet problem moralny i duchowy. 

Wiem, że zarówno wśród duchownych FSSPX jak też wśród ich wiernych jest sporo ludzi szczerze wierzących po katolicku, czy przynajmniej tego pragnących, szczerze pobożnych i oddanych dla sprawy wiary katolickiej i Kościoła. Problem jest natomiast w doborze głównych postaci, zwłaszcza w Polsce. Jeśli główne postacie zarówno decyzyjne jak też medialne wykazują się wybitną ignorancją nawet w prostych kwestiach teologicznych, tudzież specyficznym zakłamaniem, to niestety rzutuje to nie tylko na całość tej wspólnoty, lecz ma katastrofalne skutki także dla wiernych, którzy poddają się ich prowadzeniu w zaufaniu na prawdziwie katolickie duszpasterstwo. 

Z tego właśnie względu istnieje spore zagrożenie tym, że FSSPX wskutek sakry i z tym związanej formalnej exkomuniki podryfuje coraz bardziej w kierunku sekciarstwa, gdzie nie prawda jest najważniejsza, lecz interes grupowy oraz wola przywódcy. Tego im ani ich wiernym, ani całemu Kościołowi oczywiście nie życzę. 



Post scriptum

Otrzymałem prośbę o doprecyzowanie, czy kanon 1323 punkt 4 ma zastosowanie w przypadku zapowiedzianej sakry biskupiej w FSSPX. Nie jestem kanonistą i nie mam możliwości sprawdzenia w komentarzach do Kodexu. Jednak biorąc pod uwagę kontext słowa "konieczność" (necessitas), mianowicie "ciężki lęk", "przymus", "ważka niedogodność", myślę, że w tym kanonie w tym słowie nie chodzi o czyn typu sakra biskupia. Najbardziej by w tej sprawie pasował "ciężki lęk" (metus gravis), gdyż rzeczywiście zachodzi lęk o przetrwanie FSSPX bez tej sakry. To musi być połączone z przekonaniem, że przetrwanie FSSPX jest niezbędne dla przetrwania Kościoła. To już prowadzi dość prostą drogą do przekonania, że nie ma papieża, skoro nie papież lecz FSSPX ma się troszczyć o przetrwanie Kościoła oraz decydować o tym, co jest ku temu niezbędne. 

Innymi słowy: postawa FSSPX jest psychologicznie zrozumiała i należy docenić szczerą wolę służenia przetrwania Kościoła. Tym niemniej teologicznie i nawet czysto zdroworozsądkowo to się nie klei. Na szczęście nie jestem w pozycji upoważniającej do urzędowego osądzania tego czynu i nie zamierzam sobie tego uzurpować. Mogę jednak powiedzieć, że nawet zakładając, iż ten akt będzie grzeszny (charakter schizmatycki to osobna sprawa), to jednak pod względem teologicznym są obecnie o wiele poważniejsze grzechy przeciw wierze, sakramentom oraz dyscyplinie hierarchicznej, i to powszechnie. Dlatego ani nie pochwalam, ani nie potępiam, a to nie z powodu relatywizmu teologicznego, lecz z wyważenia różnych aspektów i wymiarów sprawy. Powtarzam jeszcze raz: największym zagrożeniem dla jedności i misji Kościoła nie jest sakra w FSSPX, a największym zagrożeniem dla FSSPX nie jest brak nowych biskupów. Idealnie byłoby zarówno dla całego Kościoła jak też dla FSSPX, gdyby FSSPX reprezentowało prawdziwie katolicką, solidną teologię, oraz sprawowało niewątpliwe co do ważności sakramenty. Wtedy kwestia posłuszeństwa oraz jedności kościelnej dałaby się rozwiązać wcześniej czy później (możliwe są różne scenariusze). Jeśli natomiast obydwie strony będą trwały w swoich conajmniej wątpliwych pozycjach - a właściwie nędzach - teologicznych, oraz jedna strona będzie chciała drugiej stronie pokazać swoją wyższość, to nie będzie zbliżenia, lecz gra na wymarcie drugiej strony. 

Jak się zachować w sytuacji - dość prawdopodobnej - gdy dojdzie do ogłoszenia kary exkomuniki czy to odnośnie do samach biskupów FSSPX czy też całego FSSPX? 

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że każda kara kościelna, także ta najsurowsza, którą jest exkomunika, jest naprawcza, czyli jej celem jest poprawa winnego, co się oczywiście wiąże z żalem za czyn i nawróceniem. Tym samym nie będzie to wyrok dożywotni czy wieczny, czego dowodem jest decyzja Benedykta XVI z 2009 r. usuwająca karę ogłoszoną w 1988 r. na dwóch biskupów konsekrujących i czterech konsekrowanych. Ewenementem było, że po zdjęciu kary pozwolono im - wbrew zwyczajowi Stolicy Apostolskiej, czyli nadzwyczaj wspaniałomyślnie - na dalsze sprawowanie funkcyj biskupich i kapłańskich. Wynikało to zapewne ze względów duszpasterskich, a szczytem było posunięcie Franciszka w ramach "roku miłosierdzia" o udzieleniu jurysdykcji, co zresztą jest dziwolągiem kanonicznym, ponieważ formalnie nie zdjęto z kapłanów FSSPX kary suspensy. Tutaj zarówno FSSPX jak też ich wierni powinni dążyć do rychłego uleczenia faktycznego rozłamu, a nie utwierdzać się w postawie niezależności czyli faktycznej schizmy mimo deklarowania jedności. 

Po drugie, należy wziąć pod uwagę, że istnieje zagrożenie mentalności schizmatyckiej, co w historii Kościoła wiązało się chyba zawsze z popadnięciem w błędy teologiczne i herezje. A jest to w przypadku FSSPX o tyle prawdopodobne, że regularnie widać u nich nędzę teologiczną, połączoną z naginanem tradycyjnego nauczania Kościoła - któremu rzekomo chcą być wierni - do swoich potrzeb propagandowych, które mają uzasadnić czy raczej usprawiedliwić ich samodzielność (mówiąc delikatnie) względem oficjalnych struktur kościelnych. Modlitwa za papieża i za biskupa miejsca, oraz wymienianie ich po cichu w kanonie Mszy św. oczywiście nie jest w stanie zastąpić realnego poddania się ich jurysdykcji, skoro FSSPX całkowicie samodzielnie, a nawet wbrew woli biskupów i papieży sprawuje sakramenty (w tym święcenia), naucza, zakłada kaplice, buduje kościoły itd. 

Po trzecie, każdy sam - o ile jest w stanie - powinien zarówno respektować formalny stan prawny czyli ogłoszoną exkomunikę, jak też wyższość prawd wiary katolickiej oraz sakramentów ponad kwestiami dyscyplinarnymi, jak to zawsze było w Kościele. Innymi słowy: jeśli katolik w ramach oficjalnych struktur, czy to tzw. indultowych czy Novus Ordo (choć staje się niestety coraz rzadsze) ma zapewnione autentyczne nauczanie wiary oraz sprawowanie sakramentów według Tradycji Kościoła, to powinien z tego korzystać. Moralnie dozwolone będzie korzystanie z posługi FSSPX tylko wtedy, gdy oficjalne struktury kościelne nie zapewniają nieskażonego błędami nauczania wiary oraz tradycyjnego sprawowania sakramentów. 

Kościół a savoir-vivre


Należy odróżnić między powszechnym głosem Kościoła, czyli tym, co w Kościele się powszechnie głosi i czyni, a nauczaniem Magisterium Kościoła, czyli urzędowymi wypowiedziami hierarchii kościelnej. To drugie zasadniczo odbywa się wtedy, gdy należy rozstrzygnąć jakąś kwestię wiary i obyczajów, czy rozstrzygnąć jakiś spór teologiczny. 

Takie kwestie jak zachowanie przy stole czy inne zasady bądź konwenanse nie należą ściśle do dziedziny, w której wypowiada się Magisterium Kościoła, a to z tego powodu, że nie ma takiej konieczności. Natomiast obowiązuje tu zasada, że Kościół uznaje, szanuje i promuje wszystko, co jest zgodne ze zdrowym rozsądkiem i zdrowymi zasadami danej kultury i obyczajowością w sensie szerszym. 

Dlatego tutaj wystarczy zdroworozsądkowe podejście każdego katolika. Można i należy posłużyć się dobrymi świeckimi źródłami, czy to niepisanymi, czy książkowymi. 

Obecnie ma niestety miejsce dość powszechne spodlenie obyczajów zarówno w sferze prywatnej i rodzinnej jak też nawet publicznej i to na - pozornie czy realnie - najwyższych szczeblach społeczeństwa. Wynika to z następujących przyczyn:

- zapaść kulturowa spowodowana wymordowaniem polskiej elity intelektualnej i kulturowej w ramach zarówno działań wojennych jak też zbrodni komunistycznych, 

- zastąpienie tych rdzennych elit przez aparat komunistyczny zarówno w sferze państwowej (władza ustawodawcza, wykonawczy, sądownicza, samorządowa) jak też w szeroko rozumianej kulturze (literatura, sztuka różnego rodzaju, aż po publicystykę), 

- zmieszanie i w dużej części zjednoczenie tej pseudoelity komunistycznej z nowobogackimi dorobkiewiczami kapitalistycznymi, gdzie dorobek wynikł nie tyle z rzetelnej pracy i dobrej przedsiębiorczości, co raczej z agresywnej i nierzadko oszukańczej chciwości. 

Innymi słowy: awans finansowo-społeczny dość często bardzo wyrasta poza dość niski poziom intelektualno-kulturowy, choć w zdrowej sytuacji społecznej powinno być raczej odwrotnie. Ma to przełożenie na pseudoliberalne wychowanie dzieci, które je kształtuje na osobowości aspołeczne. Typowym i bardzo częstym przykładem jest to, o czym już niegdyś wspominałem, mianowicie głoście imprezy na wolnym powietrzu, które narzucają swoje dość wątpliwe gusta akustyczne okolicznym mieszkańcom nawet na dalekie odległości. Przy czym matką i wzorem są imprezy wiadomego osobnika w czerwonych okularach od pseudoświątecznego zbierania pieniędzy przez dzieci na mrozie. Tutaj nie trzeba wysublimowanego nauczania Magisterium Kościoła, gdyż wystarczy zdrowy rozsądek i prosta zasada poszanowania dla wolności innych osób, które nie chcą słuchać tego, co komuś innemu może się podoba z jakichś względów (właściwie demonicznych). Tego widocznie nie rozumieją także moderniści pseudokatoliccy, skoro urządzają tego typu imprezy jako niby katolickie, lecz na takiej samej zasadzie braku uszanowania dla wolności tych, którzy nie lubią i nie chcą doznawać tego typu wrażeń akustycznych. 

Odpowiadając w skrócie:

Zasady savoir-vivre obowiązują katolika nie same w sobie, gdyż są w znacznej mierze zmienne i różnorodne zarówno czasowo jak też lokalnie, lecz o tyle, o ile są wyrazem i zastosowaniem zasad zdroworozsądkowych, zwłaszcza poszanowania wolności drugiej osoby czy osób. Oznacza to, że podstawą zasadą savoir-vivre jest nienarzucanie komuś przeżyć czy wrażeń, które godzą czy mogą godzić w jego poczucie wartości dobra, piękna, godności ludzkiej. Wymaga to oczywiście choćby minimalnej zdolności i gotowości do uwzględnienia wrażliwości i odczuć innych osób. Jeśli ktoś nie dysponuje tym minimum, to jest osobowością aspołeczną, której słusznie można i należy unikać, także dla dobra tej osoby, by być może doszła do namysłu nad sobą i zmiany swojej postawy. 


Odmóżdżenie postępuje


W niektórych seminariach duchownych w Polsce - zarówno zakonnych jak też diecezjalnych - pojawiła się moda na sprowadzanie alumnów z dalekich krajów, głównie afrykańskich. O ile mi wiadomo, jest to uregulowane tak, że w zamian za finansowanie ich formacji i studiów w Polsce, mają oni po święceniach przez jakiś czas posługiwać w Polsce. Można się domyślać, że celem jest raczej ich zatrzymanie tutaj. Innymi słowy: traktuje się Polskę jako kraj misyjny zdany na pomoc duchownych pochodzących z bardzo młodych, afrykańskich Kościołów lokalnych, nie zważając na pilne potrzeby personalne w tamtych krajach. Jest to o tyle dziwne, że tutaj, póki co, nie odczuwa się braku księży w tym znaczeniu, by parafie pozostawały bez duszpasterza. Znaczny spadek liczebny jest widoczny na razie tylko w seminariach i zakonach. Niektórzy przełożeni zakonni i biskupi widocznie chcą być przezorni z wyprzedzeniem, nie biorąc przy tym pod uwagę szerszych uwarunkowań oraz implikacyj tego rodzaju posunięcia. 

Najpierw należy wziąć pod uwagę, co taka polityka personalna oznacza dla krajów pochodzenia owych alumnów. Otóż, nawet jeśli tam seminaria są obecnie dość pełne (może się wydawać, że podobnie jak w Polsce w latach 80-ych), to wcale nie oznacza, jakoby stanowiło to nadmiar w porównaniu z potrzebami duszpasterskimi. Tutaj - i ogólnie do Europy i innych krajów zamożnych - przysyłani są oczywiście najzdolniejsi, którzy są w stanie opanować język na tyle dobrze, by w nim studiować, a następnie posługiwać, co oznacza, że strata dla diecezji ich pochodzenia jest nie tylko ilościowa, lecz także, a nawet przede wszystkim jakościowa. Jest wysoce prawdopodobne (jeśli nie wręcz pewne), że biskupi polscy opłacają nie tylko pobyt i studia tych alumnów, lecz ponadto płacą czy wynagradzają w jakiś sposób ich pierwotnym diecezjom za przysłanie ich chłopaków do Polski, czyli tym samym odbywa się jakby handel żywym towarem, co jest wręcz obrzydliwe. 

Z kolei cóż taki proceder oznacza dla polskich diecezyj i struktur zakonnych?

Po pierwsze, przykrywa się w ten sposób - dość prymitywny i nieudolny - właściwe przyczyny braku powołań rodzimych, czyli polskich. Do nich należy nie tylko demografia, czyli konkretnie zapaść demograficzna, która swoją drogą jest także - jeśli przede wszystkim - skutkiem "posoborowej" pseudoetyki małżeńskiej z tzw. naturalnym planowaniem rodziny oraz pomieszaniem ról w małżeństwie i swoistym przejęciem feminizmu nawet do liturgii kościelnej (lektorki, szafarki itp.). Główną przyczyną jest zapaść 

- doktrynalna na wszystkich szczeblach począwszy od katechezy, poprzez homilie, aż po studia teologiczne i listy pasterskiej biskupów,

- duchowa, czyli brak autentycznej, trzeźwej katolickiej pobożności, gdyż jest ona zastępowana czy to wiarą w prywatne objawienia, zresztą zwykle fałszywe, czy też paraprotestantyzmem (pseudocharyzmatyzm) i wszelkiego sekciarstwem (jak kikonizm), 

- a nawet wręcz intelektualna, dotycząca rozumowych podstaw wiary katolickiej, które zostały praktycznie usunięte nawet z formacji seminaryjnej, jako że ze swej natury zagrażają one szalonemu ekumaniactwu, które przez ostatnie dekady urosło także w Polsce do superdogmatu, czego przejawem jest chociażby to, że to biskupi polscy są pionierami "dnia judaizmu" i "dnia islamu". 

Nie wiem, w jakim świecie mentalnie ci panowie we fioletach i purpurach na różnych stopniach hierarchii żyją. W każdym razie wszystko wskazuje na to, że nie nauczyli się (o ile w ogóle chcieli się nauczyć) z błędów, które popełniła hierarchia na tzw. Zachodzie już począwszy od końca lat 60-ych ubiegłego wieku. Jako najprostsze przykłady można podać Komunię dołapną, świeckich szafarzy (i ostatnio nawet szafarki), lektorki, żonatych diakonów. Zapewne też dochodzi zaślepione zapatrzenie we wszystko, co pochodzi od modernistów z Rzymu, a co przyklepał "przenajświętszy" Jan Paweł II. Ich wiedza o wierze katolickiej i Kościele ogranicza się regularnie do Vaticanum II i po, gdyż zasadniczo tylko takich ludzi w ostatnich dekadach windowano na kolejce stopnie kariery kościelnej. Gdy teraz zaczynają sprowadzać do polskich seminariów Afrykańczyków, to po pierwsze albo nie wiedzą, albo nie chcą wiedzieć, że Kościół zawsze dążył do tworzenia rodzimej hierarchii, że misjonarze z innych krajów byli zasadniczo traktowani zawsze jako konieczna posługa, tymczasowa do momentu osiągnięcia dojrzałości kościelnej na danym terenie, czego istotnym składnikiem są rodzime powołania. Po drugie, zapełnianie seminariów polskich alumnami z dalekich krajów jest właściwie policzkiem dla katolików w Polsce, jako rzekomo niezdolnych do wydania powołań z polskich rodzin. 

Zaznaczam: Oczywiście nie mam żadnych uprzedzeń, ani zasadniczych zastrzeżeń do Afrykańczyków czy innych ludów i narodowości. Jako były członek międzynarodowego zgromadzenia misyjnego mogę powołać się na swoje dobre doświadczenia. W seminarium międzynarodowym w Austrii generalnie lepiej się dogadywałem i sympatyzowałem ze współbraćmi np. z Indonezji, z Filipin, z Japonii, niż z wieloma Europejczykami czy nawet z niektórymi Polakami. Jeśli teraz ktoś w Polsce myśli, że zaimponuje tutaj komuś księżmi z Afryki, czy też przykładnie ukarze czy przynajmniej upokorzy w ten sposób polskich księży i polskie rodziny, to wykazuje tym samym zupełne odklejenie od rzeczywistości i od myślenia katolickiego. 


Czy procesja Bożego Ciała jest tradycyjna?

 


Ostatnio okazało się, że święto Bożego Ciała - tak silnie związane z religią w Polsce, że nawet komuniści nie odważyli się go skasować - staje się przedmiotem kontrowersji. W samym Rzymie po stuleciach odwołano w tym roku centralną, diecezjalną procesję Bożego Ciała, z pokrętnym, właściwie kłamliwym uzasadnieniem przez chorobę kolana Franciszka, który wszak nigdy dotychczas nie klękał przed Najświętszym Sakramentem, a ostatnimi laty też nie prowadził procesji (choćby jadąc na lawecie z Najświętszym Sakramentem, jak to czynił w ostatnich latach życia Jan Paweł II, zresztą do końca klęcząc mimo sędziwego wieku i schorowania). Pewien skrajnie modernistyczny jezuita w Polsce publicznie zaatakował to święto, co wpisuje się w przygotowywanie gruntu dla dalszej protestantyzacji katolików przez skasowanie najpierw zwyczajowych obchodów, a ostatecznie zapewne także samego święta, które przeszkadza zapędom ekumaniackim. Dlatego warto zwrócić uwagę na kwestie historyczne, doktrynalne, rytualne i zwyczajowe związane z tematem. 

Pominę tutaj historyczne korzenie tego święta, związane ze św. Julianną z Liège, zakonnicą belgijską. Najważniejszych faktów można się łatwo dowiedzieć z internetu. Mniej znana jest historia procesji Bożego Ciała i zwyczajów z nią związanych. Tutaj istniała - i nadal oficjalnie istnieje - znaczna różnorodność zarówno co do obrzędu jak też zwyczajów. 

Procesja Bożego Ciała pierwotnie nie była praktykowana wraz z liturgicznym świętem, wprowadzonym w diecezji Liège w 1246 roku, zaś w roku 1264 w całym Kościele. Procesja pojawiła się dopiero z pewnym opóźnieniem, mianowicie w roku 1277 najpierw w Kolonii i w innych miastach i regionach niemieckojęzycznych. Według historyków liturgii, nawiązywała ona do procesji w tzw. dni krzyżowe z błogosławieństwem pól. W tych procesjach pierwotnie niesiono obrazy i figury świętych, następnie dołączono Najświętszy Sakrament. Wówczas papież Urban IV w swojej bulli zalecił śpiewać podczas tej procesji hymny eucharystyczne autorstwa św. Tomasza z Akwinu. Na jej koniec udzielano błogosławieństwa eucharystycznego. W takiej postaci procesja Bożego Ciała została ujęta w tradycyjnym Rituale Romanum. 

Natomiast w krajach niemieckojęzycznych doszło do rozbudowania procesji przez dodanie czterech stacyj ze śpiewaniem Ewangelii (zapewne z powodów praktycznych, by celebrans miał nieco wytchnienia w przeważnie długiej drodze i to w skwarze dnia). Pierwotnie Ewangelie te nawiązywały oprócz Wielkiego Czwartku do tajemnicy Wcielenia, czyli Bożego Narodzenia. Dopiero w XX w., w ramach pełzającej protestantyzacji forsowanej głównie z Niemiec, zastąpiono te treści Ewangeliami o uczcie i rozmnożeniu chleba. 

Równocześnie rozwijał się folklor związany z procesją. Ponieważ niesienie obrazów i figur było podzielone na stany i cechy, była to sposobność do ich autoprezentacji galowej. Ołtarze stacyjne także były okazją dla twórczości folklorystycznej, która przy braku czujności duszpasterzy mogła przybierać bardziej dziwne formy, zwłaszcza gdy sam duszpasterz nie dysponował ani wystarczającą wiedzą, ani wyczuciem liturgicznym, teologicznym czy choćby estetycznym. 

Jaskrawym przykładem są tutaj dywany z kwiatów przedstawiające symbole święte czy wręcz postaci eucharystyczne i symbole oznaczające samego Jezusa Chrystusa. Nawet jeśli tworzono je z pieczołowitością i kunsztem, to jednak stanowiły one nadużycie i wręcz zaproszenie do bezczeszczenia symboli świętych, mimo nawet szlachetnych intencyj połączonych z bezmyślnością i brakiem wyczucia. Oczywiście nie ma nic złego w tworzeniu obrazów z kwiatów przedstawiających osoby czy symbole święte. Jednak ich miejscem z całą pewnością nie powinna być ziemia, lecz lokalizacja powinna oznaczać szacunek i zapraszać do oddawania czci, nie do deptania. 

Poważnym nadużyciem, sprzecznym z zasadami liturgii katolickiej i znaczeniem procesji eucharystycznej, jest także głoszenie kazań podczas procesji w obecności Najświętszego Sakramentu. Ten fałszywy zwyczaj rozpowszechnił się zwłaszcza w Polsce, co jest haniebnym przykładem stanu wiedzy i wyczucia liturgicznego. 

Niestety nawet w kręgach tradycyjnych katolików często brak jest takiego zdrowego, trzeźwego wyczucia i rozróżnienia. Świadczy to o głęboko sięgającej ruinie duchowej, intelektualnej i estetycznej, której należy się przeciwstawić, by to iście katolickie święto było w każdym szczególe sprawowane z należną starannością i nienagannym pięknem.