Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Czy Msza św. jest ucztą? Czyli herezja w natarciu



Ostatnio zawrzało nieco w internecie w związku z następującą wypowiedzią (źródło tutaj):

Dokładnie biorąc, została tutaj wypowiedziana herezja, potępiona na Soborze Trydenckim (Sacrosancta Oecumenica, Sessio XXII, canon I):

Czyli:

Gdyby ktoś powiedział, że Msza nie ofiaruje Bogu prawdziwej i właściwej ofiary, albo że tym, co jest ofiarowane, nie jest nic innego jak [tylko] Chrystus dawany nam do spożywania, ten niech będzie wyklęty.

Wyjaśniam: w tym kanonie potępiona jest 

- po pierwsze herezja, według której Msza św. nie jest ofiarą składaną Bogu, czyli uobecnieniem Ofiary Krzyżowej,

- po drugie herezja, według której ofiarny charakter Mszy św. polega tylko na tym, że Chrystus daje się ludziom do spożywania. 

W tym miejscu można pominąć dalsze wypowiedzi Magisterium Kościoła w tej kwestii, gdyż są one właściwie tożsame z treścią tego kanonu. 

Dla tych, którzy uważają, jakoby nauczanie Soboru Trydenckiego było przestarzałe, wskazuję na dokumenty wydane po Vaticanum II.

Pierwszy przykład to tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego wydane przez Pawła VI w roku 1968. Czytamy w nim:


Czyli (źródło tutaj):


Także Katechizm z 1991 r. mówi:


Również Jan Paweł II w swojej encyklice Ecclesia de Eucharistia mówi wyraźnie:


Nie wiem, jakie są intencje podanej na wstępie wypowiedzi bpa Wątroby. Pewne jest, że jest ona sprzeczna z tym, jak Kościół Chrystusowy zawsze rozumiał Mszę św., natomiast odpowiada ona herezji protestanckiej, według której Msza św. jest pamiątką Ostatniej Wieczerzy (krótkie zestawienie tutaj). 

Warto mieć na uwadze: 

Gdy u Doktorów Kościoła czy w dokumentach Magisterium jest mowa o uczcie w odniesieniu do Eucharystii, to chodzi w danym kontekście na pewno o Komunię św., nie o Mszę świętą w jej istocie. Nazwa "Eucharystia" jest ogólnym określeniem sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej, natomiast Msza św. (sancta Missa) to w pełnej nazwie Ofiara Mszy św. (sacrificium Missae), która wskazuje na jej istotę. Owocem tej Ofiary jest Komunia św. i dopiero ona jest ucztą, czyli spożywaniem Ciała i Krwi Pańskiej. Dlatego fałszywe jest nazywanie Mszy św. "ucztą", choć uczta - czyli Komunia św. - jest jej składnikiem. Uwaga: składnikiem niekoniecznym dla ważności sprawowania. Innymi słowy: Msza św. jest sakramentalnie ważna także wtedy, gdy nikt nie przyjmuje Komunii św., co więcej - także wtedy byłaby ważna, gdyby nawet kapłan nie spożywał Komunii św., co oczywiście nie jest dozwolone, ale nie spowodowałoby nieważności Mszy św. 

Tak więc ktoś nazywający Mszę św. "ucztą" albo nie ma pojęcia o podstawach sakramentologii katolickiej, albo jest po prostu heretykiem wyznającym wiarę protestancką, nie katolicką. 

Czy można ofiarować Bogu zmarłe ciało?

 

Ta sytuacja wraz z towarzyszącymi i uzasadniającymi słowami jest pod wieloma względami skandaliczna, niezależnie od powagi chwili jaką jest modlitwa za osobę zmarłą, zwłaszcza obrzęd pogrzebowy. 

Skandaliczność polega już na absurdalności i to nawet zwykłej zdroworozsądkowej: uzasadnienie słowne tego wymyślonego pseudoobrzędu wnoszenia trumny z ciałem jako procesji na ofiarowanie świadczy o elementarnym braku poprawności pojęć i rozumowania według podstawowych prawd wiary katolickiej. Absurdalne jest rzekome ofiarowanie życia przez wnoszenie trumny z martwym ciałem, które akurat jest naocznym wyrazem śmierci i śmiertelności. 

Po drugie, ofiarować można tylko swoje życie, nie czyjeś. Za czyjeś życie można tylko dziękować Pan Bogu, także poniekąd danej osobie. 

Po trzecie, tutaj sugerowana jest rzekoma analogia do darów ofiarnych, czyli chleba i wina, które podczas Mszy św. stają się Ciałem i Krwią Chrystusa, czyli postaciami żywej, realnej Obecności Jezusa Chrystusa. Martwe ciało osoby zmarłem z całą pewnością nie ma nic wspólnego z tymi postaciami, oprócz tego, że za życia przyjmowało Ciało Chrystusa, co jednak wraz ze śmiercią definitywnie się zakończyło. Jeśli dana osoba żyła w łasce uświęcającej, to oczywiście była duchową świątynią Boga, ale nigdy nie była postacią realnej, istotowej Obecności, w którą wierzy Kościół katolicki. I nigdy nie będzie taką postacią, także po chwalebnym zmartwychwstaniu do życia wiecznego w niebie. 

Innymi słowy: 

Ofiarowanie Bogu martwego ciała ludzkiego jest - zwłaszcza w kontekście Mszy św. - bluźnierczym szyderstwem z Ofiary Eucharystycznej, niezależnie od motywów czy intencyj tego pomysłu. Skandalem jest wykorzystywanie pogrzebu własnej matki do promowania poglądów sprzecznych z wiarą katolicką. 

Zmarłe ciało przedstawia bowiem przede wszystkim śmierć, czyli karę za grzech pierworodny. Owszem, ciału zmarłego należy się odpowiedni szacunek przez nabożny pochówek ze względu na to, że było naczyniem duszy nieśmiertelnej i jest przeznaczone do zmartwychwstania. Jednak tylko Pan Bóg wie, czy dla danej osoby będzie to zmartwychwstanie chwalebne, czyli z przejściem do chwały niebiańskiej, czy na wieczne potępienie. Sugerowanie w obrzędzie pogrzebowym jakby pewności co do chwały niebiańskiej dla danej osoby jest szydzeniem z sądu Bożego i Bożego Objawienia, które jasno podaje, tylko sam Bóg sądzi człowieka, nie ludzie. 

Czy wolno w stanie grzechu ciężkiego przystępować do Komunii św.?

 


Odpowiedź jest podana powyżej w kanonie z Kodexu Prawa Kanonicznego z 1983 r. Jednak nie jest ona do końca jasna. 

Wersja oryginalna brzmi:


Tak więc zasadniczo nie wolno przystępować do Komunii św., jeśli ma się świadomość popełnionego grzechu ciężkiego i się nie przystąpiło do spowiedzi sakramentalnej, w której ten grzech został wyznany. 

Wyjątkiem jest istnienie ważkiego powodu (gravis ratio) wraz z brakiem sposobności do spowiedzi sakramentalnej. Wówczas wystarczy wzbudzenie aktu doskonałej skruchy (tzw. żalu doskonałego), który zawiera zamiar wyspowiadania się jak najszybciej to będzie możliwe (quam primum). 

Kluczowe są tutaj pojęcia: ważki powód (gravis ratio) oraz sposobność (opportunitas). 

Ważkim powodem na pewno nie jest ani nawyk przyjmowania Komunii św., ani chęć niewyróżniania się (przez nieprzyjęcie Komunii św.), ani niechęć do okazania, że sumienie wyrzuca popełnienie grzechu ciężkiego itp. Jeśli dla kogoś są to powody, to tkwi głębiej w stanie grzechu i ułudzie niż przez popełnienie jednostkowego grzechu ciężkiego. 

Natomiast ważkim powodem w znaczeniu prawa kanonicznego jest np. sytuacja, gdy kapłan spowiadający nie jest dostępny przez długi okres, natomiast jest możliwość przyjęcia Komunii św. przez diakona czy szafarza świeckiego w razie ciężkiej choroby czy niebezpieczeństwa śmierci. Tym samym nie wystarczy sam brak możliwości wyspowiadania się przed daną Mszą św. Nawyk przyjmowania Komunii św. itp. z całą pewnością NIE JEST poważnym powodem. 

Pojęcie sposobności (opportunitas) jest dość szerokie. Chodzi z całą pewnością o realną możliwość wyspowiadania się, oczywiście także w sensie możliwości moralnej. Na przykład nie jest sposobnością taka sytuacja, gdyby podwładny miał się spowiadać swojemu przełożonemu z ukrytego grzechu, który musiałby pociągać konsekwencje na forum zewnętrznym (np. kradzież własności przełożonego), gdyż narażałoby to tego przełożonego na pokusę zdrady tajemnicy spowiedzi. 

Natomiast z całą pewnością nie jest brakiem sposobności sytuacja, gdy trzeba poczekać kilka godzin czy dni na możliwość wyspowiadania się, oczywiście o ile nie zachodzi poważna choroba czy niebezpieczeństwo śmierci. 

Kto zachęca do przyjmowania Komunii św. bez spełnienia tych warunków, bądź podając je błędnie i fałszywie, staje się współwinny, a nawet głównym winnym popełnienia Komunii św. świętokradzkiej, czyli grzechu cudzego, i przez to sam popełnia grzech ciężki. 

Czy stare modlitewniki uzasadniają ofiarowanie bóstwa? (uzupełnione)

Temat ofiarowania Bóstwa Jezusa Chrystusa w związku z koronką s. Faustyny był już wielokrotnie omawiany na niniejszym blogu (por. tutaj wraz z zawartymi tam linkami). 

Następną próbą argumentacji na rzecz koronki s. Faustyny jest wskazanie na dwa modlitewniki, które zawierają pewną modlitwę, obydwa tę samą:




Manuale x. Józefa Schneider'a (drugie wydanie z 1877 roku - poważnie zmienione, a posługujące się fałszywie imprimatur pierwszego wydania z 1868 r.) mogło korzystać ze starszego modlitewnika x. Wiedemann'a (z 1832 r.). Natomiast ten ostatni nie podaje żadnego źródła dla odnośnej modlitwy.

Jest to taka sama modlitwa (u Wiedemann'a):




U x. Schneider'a: 



X. Schneider we wstępie swojego Manuale clericorum mówi ogólnikowo, że modlitwy opatrzone odpustami zaczerpnął z tajemniczej "Collectio Prinzivalliana", przy czym nie podaje, które modlitwy są opatrzone odpustami. 

We wstępie wydania pierwszego (1868 r., źródło tutaj), mówi:




We wstępie wydania drugiego (1877 r.), poważnie zmienionego, mówi to samo:



Z Collectio Prinzivalliana chodzi zapewne o wydany w 1862 r. zbiór dekretów odnośnie odpustów oraz świętych relikwij. Nie są w nim podane żadne modlitwy. Tym samym pochodzenie modlitwy mówiącej o ofiarowaniu Bóstwa Jezusa Chrystusa jest owiane tajemnicą. Być może jej źródłem jest fragment pism o św. Gertrudzie, o którym wypowiedziałem się poprzednio. Może to być źródło w tym znaczeniu, że anonimowy autor Preces Gertrudianae w oparciu o ów fragment opisujący rzekomą modlitwę św. Gertrudy, ułożył modlitwę, która była następnie jej przypisywana i jako taka powielana w modlitewnikach.

Wygląda na to, że autorem tego zabiegu był x. Georg Friedrich Wiedemann. Kim on był? Informacje podane na oficjalnej stronie uniwersytetu w Monachium, gdzie spędził większość życia, są dość skąpe, aczkolwiek znaczące.



Dane wiki nie są istotnie bogatsze, właściwie takie same. Nieco pełniejsze są informacje w niemieckim słowniku biograficznym dostępnym w internecie.

Istnieje też książkowa, prawie stustronicowa biografia x. Wiedemann'a, co jest dość nietypowe dla osoby bez znaczących osiągnięć czy to naukowych czy duszpasterskich. Jego Manuale Precum zostało wznowione w reprincie, co niekoniecznie świadczy o popycie. Inne jego publikacje to podręcznik do liturgii Mszy św. oraz 6-tomowy podręcznik do historii powszechnej. Nie są to więc prace naukowe w znaczeniu pogłębionych badań. Ciekawe jest, że wspomniana biografia została najpierw opublikowana w czasopiśmie "Sion" (czyżby nawiązanie do syjonizmu?) wydawanym przez stowarzyszenie katolików świeckich na czele z właścicielem wydawnictwa o nazwisku Karl Kollmann, o którym brak jest bliższych danych. Było to czasopismo o charakterze popularnym, przeznaczone dla szerokich mas katolików. Ciekawe, że w konkurencji do niego - i to również w Augsburg'u - powstało czasopismo katolickie o podobnym tytule, mianowicie "Neue Sion" ("nowy Syjon"), wyrażające już w tytule eklezjologię katolicką. Jego założyciel i wydawca, filozof Carl Haas, był konwertytą z protestantyzmu i poświęcał wiele miejsca tematyce stosunków katolicko-protestanckich.

Podsumujmy:

1. Pochodzenie modlitwy podanej pierwotnie przez x. Wiedemann'a, następnie przejętej w drugim, zafałszowanym wydaniu Manuale  x. Schneider'a, jest nieznane. Jest więc textem anonimowym.

2. Podczas gdy drugie wydanie Manuale x. Schneider'a mogło się oprzeć na tajemniczym autorytecie x. Wiedemann'a, ten ostatni nie ma żadnego poparcia dla podanej przez siebie modlitwy.

3. X. Wiedemann zarówno w wykształceniu jak też w działalności nie był teologiem systematycznym, lecz jedynie autorem dzieł popularyzatorskich. Tym samym nie miał kompetencji wnikliwego teologa, aczkolwiek miał autorytet wystarczający do zaufania dla jego publikacyj. Ten autorytet wyjaśnia udzielenie imprimatur kościelnego mimo ewidentnie teologicznie wadliwego zdania zawartego w owej modlitwie.

4. Zapewne znamienne jest powiązanie x. Wiedemann'a ze stowarzyszeniem świeckich wydającym czasopismo "Sion" czyli "Syjon". 

"Straszna zemsta" Jakuba Szymańskiego czyli "kilka prostych" (z post scriptum)

 


Niestety muszę się odnieść do następnego występu Jakuba Szymańskiego z megalomańskiego kanaliku na yt (było już tutaj). Uważam to za konieczne nie dlatego, że występ sprowadza się do nienawistnego plucia na moją skromną osobę, lecz dlatego, że są to nadal kłamliwe manipulacje obliczone na naiwność odbiorców. Zresztą Szymański wprost podaje, że chodzi mu o "straszną zemstę", nie o rzeczową dyskusję: 


Jego poziom ukazuje ponadto dość groteskowa groźba przemocy fizycznej, która świadczy o tym, że on widocznie nie bardzo panuje nad tym, co mówi:


Przyznaje się też do "zmęczenia psychicznego" (osobiście myślę, że problem jest poważniejszy):


Sam podaje związek przyczynowo-skutkowy między swoim "wykończeniem" a groźbą ukarania mnie:


Sprawa ma wymiar całkiem przyziemny, ale o tym na końcu. 

Najpierw parę uwag odnośnie rzekomego "rozsmarowania" mnie na ścianie. Ograniczę się do spraw zasadniczych, co powinno wystarczyć. Na prymitywne bluzgi oczywiście nie będę odpowiadał. Każdy sam łatwo może ocenić poziom, gdzie prócz pozorów rzeczowości i zaczepek w stylu nastolatków spod trzepaka właściwie nie ma nic. 

Przede wszystkim polecam zapoznanie się wpierw z moimi wpisami, do których odnosi się Szymański, gdyż on nadal widocznie albo nie zapoznał się z nimi rzetelnie, albo udaje i próbuje odwrócić uwagę swoich odbiorców od argumentów w nich zawartych. 

Pierwszy przykład to sprawa fałszerstwa w tekście koronki. Otóż napisałem wyraźnie (por. tutaj), że na dany moment nie jestem ustalić, kto dokonał fałszerstwa pierwotnego textu koronki - x. Andrasz czy x. Sopoćko. Wydanie textu koronki z 1937 r. nie jest mi znane. Text pokazany przez Szymańskiego jest o tyle ciekawy, że podaje tylko jakiś numer rzekomego "pozwolenia Władzy Duchowej", bez podania, kto i kiedy je wydał:


Natomiast cytowanie przez Szymańskiego fragmentu "Dzienniczka" mówiącego o tym wydaniu nie jest wystarczającym dowodem, ponieważ nie jest znany ówczesny oryginał "Dzienniczka". Ani obecnie rozpowszechniana oficjalna wersja drukowana, ani rękopis znany z lat 1970-ych nie muszą być zgodne z oryginałem, ponieważ brak jest badań naukowych odnośnie jego pochodzenia (ślepe wierzenie w narrację zainteresowanych nie jest racjonalne), i tym samym nie ma dowodu źródłowego, który przecież powinien być ogólnie dostępny przynajmniej w formie elektronicznej. Także Szymański nie pokazuje pierwotnego textu "Dzienniczka". Tym samym według Szymańskiego mamy ślepo wierzyć w autentyczność wersji podawanej obecnie, choć pierwotny text "Dzienniczka" nigdy nie był i nadal nie jest dostępny publicznie, a obecnie istnieją możliwości techniczne ku temu. To jest mentalność typowa dla sekt domagających się ślepej i wręcz irracjonalnej naiwności. 

Zresztą: jeśli wersja podana przez x. Sopoćkę jest autentyczna i pierwotna, to tym gorzej dla fanów s. Faustyny, gdyż wtedy jest oczywiste, że heretycka treść koronki pochodzi od niej i tym samym nie może to być autentyczne objawienie nadprzyrodzone, lecz tylko wymysłem jej fantazji bądź mamieniem szatańskim. 

Na podobnym poziomie jest obszernie i wylewnie omawiana przez niego sprawa rzekomej modlitwy św. Gertrudy. Także w tej kwestii Szymański albo nie doczytał mojego wpisu w tej sprawie (por. tutaj), albo mimo przeczytania działa u niego blokada umysłowa wyłączająca trzeźwe, rzeczowe myślenie. Zresztą pisałem już także o Manuale x. Schneider'a (por. tutaj). Do podanych przeze mnie argumentów Szymański w ogóle się nie odnosi, co świadczy znowu albo o niechlujstwie w przygotowaniu wystąpienia, albo o braku kontrargumentów, albo o oszukiwaniu swoich odbiorców, albo o wszystkim na raz. Po krótce:

Tzw. modlitwa św. Gertrudy wcale nie jest modlitwą św. Gertrudy pod względem źródłowym, gdyż pochodzi jedynie z opisu, którego autorką jest anonimowa zakonnica, przy czym także ów opis nie jest potwierdzony źródłowo jako autentyczny. Jego pierwsze wydanie ma dość dziwny charakter, na co już zwróciłem uwagę w odnośnym wcześniejszym wpisie. Tym samym Szymański okłamuje swoich odbiorców, twierdząc stanowczo, że chodzi o modlitwę św. Gertrudy, choć nie ma na to ŻADNYCH dowodów. Owa modlitwa pochodzi pierwotnie z dziełka pt. Preces Gertrudianae, ANONIMOWEGO i wydanego BEZ IMPRIMATUR, o czym będzie poniżej. 

Szymański szczególnie obszernie mówi o Manuale clericorum, rzekomo zawierającym ową modlitwę. Pokazuje przy tym jedynie stronę tytułową oraz imprimatur tej książki:


Jak każdy może sprawdzić (książka jest dostępna tutaj), Manuale zawiera trzy "modlitwy gertrudiańskie" (preces Gertrudianae), przy czym już sama nazwa wskazuje, że nie są to modlitwy św. Gertrudy, lecz pochodzące z tradycji gertrudiańskiej, czyli z modlitw przypisywanych świętej. 

Oto pierwsza modlitwa:



Druga modlitwa:


Trzecia modlitwa:



Jak widać, żadna z tych modlitw nie zawiera nic odnośnie ofiarowania Bóstwa, nawet pośrednio. Trzecia modlitwa mówi jedynie o ofiarowaniu przez Jezusa Chrystusa Jego niepokalanego Serca wraz ze wszystkimi dobrami w nim zawartymi. Jest to więc potwierdzenie, iż Jezus Chrystus ofiarowuje tylko Swoje Człowieczeństwo (gdyż Serce oznacza tutaj właśnie człowieczeństwo). 

Gwoli wyjaśnienia: Owszem, istnieje publikacja pod tytułem Preces Gertrudianae (tutaj wydanie z 1689 r.). Jest to dziełko ANONIMOWE i wydane BEZ imprimatur kościelnego, mimo że wówczas już był obowiązek aprobaty przez władze kościelne:


Już strona tytułowa zdradza fałsz i oszustwo, gdyż podaje, iż są to modlitwy "podyktowane" rzekomo przez samego Chrystusa oraz "objawione przez Ducha Świętego". Już to twierdzenie dyskwalifikuje to pisemko, zwłaszcza wobec faktu, że nie ma imprimatur kościelnego i tym samym zatwierdzenia rzekomych objawień prywatnych. 

Książeczka ta rzeczywiście zawiera modlitwę, o którą chodzi Szymańskiemu: 



Manuale w pierwotnym wydaniu z 1868 r. opatrzonym imprimatur biskupa Ratyzbony, podaje modlitwy na wizytację Najśw. Sakramentu, podczas Mszy św., oraz przed i po Komunii św. Także modlitwy podczas Mszy św. - od strony 323 do 341 - nie zawierają ANI SŁOWA o ofiarowaniu Bóstwa. Wyjątkiem jest strona 338, której brakuje w wydaniu, na które trafiłem (źródło tutaj):


Szymański pierwotnie opiera się na poważnie zmienionym wydaniu z 1877 r., które bezprawnie i fałszersko posługuje się imprimatur udzielonym dla wydania z 1868 r. Dopiero po moim wskazaniu na wydanie z 1868 r. podał miejsce owej modlitwy w tym wydaniu. 

Ta sprawa nie ma jednak wpływu na zasadniczą kwestię, mianowicie na fakt, że owa rzekoma modlitwa św. Gertrudy ukazała się pierwotnie w książce ANONIMOWEJ BEZ IMPRIMATUR (więcej tutaj i tutaj). 

Na koniec jeszcze znamienne fragmenty z jego groźby "rozsmarowania" mnie na ścianie, tym razem raczej płaczliwe:










Tak więc sprawa jest jasna: chodzi o pieniądze. Człowiek naprodukował się filmików o "wielkiej s. Faustynie", co jest oczywiście w modzie, na fali i nadal dość dochodowe. I oczywiście otwiera drzwi do establishmentu kościelnego w Polsce, gdzie "Dzienniczek" obecnie zastępuje już nie tylko katechizm lecz nawet Pismo św. A tu nagle okazuje się, że taki niegdyś spotkany "Dariuszek" śmie podważyć ten biznes, co oczywiście powoduje niemały kłopot, gdyż trzeba się tłumaczyć z wypowiedzianych bzdur, debilnych zachwytów i kłamstw, przy czym biznes już poważnie spadł w ciągu kilku tygodni. Tak więc sytuacja jest groźna finansowo, co pozwala zrozumieć wręcz groteskową agresję. Człowiek po prostu walczy o 2000 zł miesięcznie na swoje utrzymanie, i to zamiast zabrać się za normalną, uczciwą pracę. 

Oby nas Pan Bóg uchował przed takimi "apostołami". 



Post scriptum 1

Napawający optymizmem jest następujący komentarz Szymańskiego pod jego filmikiem na yt:


Zaznaczam: napawa optymizmem, ponieważ przyznaje, że do wielu osób dociera trzeźwa argumentacja. 

Zaś korekta jest jednak konieczna: koronkę s. Faustyny przestają odmawiać nie tylko "panienki", lecz wszyscy myślący trzeźwo w świetle wiary katolickiej wyznającej współistotowość Jezusa Chrystusa z Bogiem Ojcem. Osobiście znam przeważnie mężczyzn tak myślących, bo przyjmujących dobre argumenty. Deo gratias! 


Post scriptum 2


W reakcji na niniejszy wpis Szymański dopisał pod swoim filmikiem następujący komentarz rzekomo obalający mój dowód odnośnie modlitwy św. Gertrudy i zarzucający mi kłamstwo:


Odpowiadam:

Szymańskiemu widocznie nawet nie chciało się zajrzeć do zalinkowanego przeze mnie wydania Manuale clericorum (tutaj). Ponieważ Szymański nie podał wydania, na którym się opiera, sięgnąłem do wydania z 1868 roku, gdyż to właśnie znalazłem w internecie (mam zapisany ten exemplarz) i na ten rok datowane jest imprimatur, na które Szymański wskazuje:


Strona 316 wygląda w nim tak:

Natomiast modlitwa po elewacji znajduje się na innych stronach i brzmi tak: 




Jak widać, nie ma w tej modlitwie ani śladu ofiarowania Bóstwa, ani pochodzenia tej modlitwy od św. Gertrudy. 

Zajrzyjmy do wydania, na które powołuje się Szymański, pochodzącego z 1877 roku: 


Rzeczywiście na stronie 316 znajduje się zupełnie inna modlitwa, aczkolwiek nie ma ani słowa o tym, że pochodzi ona od św. Gertrudy:


Tak więc: podczas gdy wydanie z 1868 r. w wersji, której znalazłem w góglach (mam ścięgnięty exemplarz), nie zawiera ani śladu ofiarowania Bóstwa, to wydanie z 1877 r. podaje modlitwę, która to ofiarowanie zawiera. Na karcie tytułowej tego drugiego podane jest: Editio altera et emendata czyli "wydanie drugie i poprawione". Akurat ta modlitwa z całą pewnością nie jest poprawą lecz fałszem teologicznym. Jak należy wytłumaczyć ten fakt? 

Z danych biograficznych (dostępne tutaj) wynika, że x. Schneider zmarł w dość młodym wieku 60 lat w roku 1884. 


Teoretycznie mógł więc sam przygotować drugie wydanie, choć mieszkał w Rzymie i zajmował się czymś innym. 

Oczywiście ten fakt nie stanowi ŻADNEGO dowodu na poprawność teologiczną ofiarowania Bóstwa. 

Zaś znamienne jest, że to drugie wydanie widocznie wcale nie zostało sprawdzone przez cenzora, ponieważ posługuje się ono imprimatur z roku 1868 udzielonym dla wydania pierwszego. Oto dowód:



Tym samym wydawca wraz z autorem dopuścili się OSZUSTWA na czytelnikach, skoro sugerują, jakoby drugie wydanie - zawierające inne texty - miało dla nich imprimatur kościelne. To pasuje do oszustwa polegającego na umieszczeniu w Manuale przeznaczonym do formacji kleryków ewidentnie heretyckiej modlitwy pochodzącej pierwotnie z anonimowej i wydanej bez imprimatur kościelnego książeczki. Oto na jakich autorytetach opiera się Szymański...

Czy kapłanem można być tylko w hierarchii?

 


Nie wiem, co dana osoba miała na myśli, ale zacytowania wypowiedź jest przynajmniej nieprecyzyjna. 

Do hierarchii, czyli stanu duchownego, przynależy się wraz z przyjęciem przynajmniej niższych święceń (w Novus Ordo wraz ze święceniami diakonatu). Innymi słowy: każdy ważnie wyświęcony jest członkiem hierarchii Kościoła. To członkostwo trwa pod względem sakramentalnym (w przypadku święceń wyższych począwszy od diakonatu) na zawsze, gdyż ważnie przyjęte święcenia nie mogą zostać wymazane. Możliwy jest natomiast zakaz wykonywania władzy święceń, czyli czynności sakramentalnych, do których wyświęcony ma prawo na podstawie święceń. Ten zakaz może wynikać z kary suspenzy, czy z kary wydalenia ze stanu duchownego. Obydwie kary, jak wszystkie kary w Kościele, mają naturę uzdrawiającą, to znaczy mogą - i powinne - zostać odwołane gdy ustaną przyczyny czyli godziwe powody ich wymierzenia. 

Innymi słowy: można utracić jedynie prawną przynależność do hierarchii, czyli przywiązanie do większości praw i obowiązków wynikających z przynależności do stanu duchownego. Jednak także kapłan wydalony ze stanu duchownego - czyli laizowany - ma prawo a nawet obowiązek udzielenia rozgrzeszenia w sytuacji nadzwyczajnej niebezpieczeństwa śmierci, jeśli w danej sytuacji nie ma kapłana o regularnym statusie. Jest to dowód na to, iż pewien rodzaj (czy stopień) przynależności od hierarchii pozostaje na zawsze. 

Istotne jest: samo niewyznaczenie przez przełożonego zadań duszpasterskich czy miejsca celebracji NIE jest karą w znaczeniu kanonicznym, lecz najwyżej szykaną. Kara kanoniczna musi spełnić pewne warunki określone w Kodexie Prawa Kanonicznego. Przede wszystkim musi być poprzedzona upomnieniem kanonicznym określającym konkretne przestępstwo oraz termin wyznaczony do poprawy. Dopiero po upływie tego terminu i braku poprawy legalne jest wymierzenie kary, czy to w postaci częściowego, czy całkowitego pozbawienia prawa wykonywania władzy święceń (czyli suspenzy), czy nawet wydalenia ze stanu duchownego (to jest zwykle ostateczna kara, choć może nastąpić także kara najsurowsza, czyli exkomunika). 

Brak zachowania tej kanonicznej procedury oznacza, że dana decyzja przełożonego jest nie tylko wysoce niemoralna, lecz także nielegalna, choć oczywiście trudna jest obrona przed nią, jeśli nie ma dokumentu, czyli dekretu wymierzającego, gdyż wtedy brakuje podstawowego dowodu w sprawie. To jest obecnie niestety częsta praktyka, świadcząca o wybitnej perfidii danej osoby czy instytucji. 

Należy też odróżnić między ważnością a godziwością sprawowania sakramentów. 

Sprawowanie sakramentów przez kapłana nie objętego kanonicznymi - czyli wymierzonymi zgodnie z prawem kościelnym - karami jest ważne i godziwe. 

Sprawowanie sakramentów przez kapłana suspendowanego (tym bardziej laizowanego) jest obiektywnie niegodziwe, choć on sam może być przekonany o niegodziwości czy nawet o nielegalności kary. W sakramentach, do których ważnego sprawowania konieczne jest posiadanie jurysdykcji - jak sakrament spowiedzi i małżeństwa, sprawowanie jest zasadniczo nieważne, chyba że zachodzi zasada supplet Ecclesia, czyli uzupełnienie przez Kościół braków prawnych dla dobra dusz. 


Co należy sądzić o "ruchu margaretki"?

 


O założycielce tego ruchu nie znajduję właściwie żadnych informacyj w internecie. 

Sama intencja modlitwy za kapłanów jest na pewno słuszna i dobra. 

Wygląda na to, że są jakieś powiązania z sektą medjugorjańską. Może to być sposób uwiarygodniania się sekty:



Należy trzymać się zadeklarowanego celu "ruchu margaretki", czyli modlitwy za kapłanów, niezależnie od tego ruchu. Zaś jeśli w łonie tego ruchu są jakieś próby sprowadzenia do jakiejkolwiek sekty, wówczas należy zerwać kontakty. Należy zerwać kontakt także wtedy, jeśli kapłan prowadzący jest powiązany z sektą medjugorjańską. 

Lider ks. Bogusław Nagel na pewno promuje sektę blachnicyzmu, co także stanowi poważny problem. Można mieć nadzieję, że czyni to z naiwności, nie ze złej woli. 

Co należy sądzić o działalności Przemysława Janiszewskiego ("Moc w słabości")?

 




Rzeczywiście, również zauważyłem jego wystąpienie (w międzyczasie chyba usunięte), w którym na poważnie twierdził, jakoby Kościół nie wypowiedział się w sprawie rzekomych objawień w Medjugorje i jakoby nie mógł się wypowiedzieć dopóki rzekome objawienia trwają. Jest to oczywiście bezczelne kłamstwo, gdyż jest szereg wypowiedzi biskupa miejsca, które jednoznacznie odrzucają autentyczność owych rzekomych objawień (por. tutaj). Także badanie sprawy przez komisję Konferencji Biskupów Jugosławii z roku 1991 - potwierdzone przez Kongregację Nauki Wiary - doprowadziło do negatywnej oceny (por. tutaj). Badanie przez komisję pod przewodnictwem kard. Ruini'ego podjęte za pontyfikatu Benedykta XVI (od 2010 r.) widocznie także miało wynik negatywny, skoro nie ma werdyktu odwołującego poprzednie orzeczenia biskupa miejsca i Kongregacji Nauki Wiary (por. tutaj). Misja abpa Hoser'a oddelegowanego przez Franciszka ma za przedmiot wyłącznie kwestie duszpasterskie opieki nad pielgrzymami, a nie autentyczność samych rzekomych - a ewidentnie fałszywych - objawień.

Zwróciłem Janiszewskiemu na to uwagę w komentarzu, który został przez niego niezwłocznie wyrzucony. Świadczy to o tym, że ten człowiek z rozmysłem oszukuje swoich odbiorców, co jest typowe dla sekty medjugorjańskiej (por. tutaj).

Jak działa tzw. bioenergoterapia?

 


Właściwie bioenergoterapia nie jest istnieje ani jako zdefiniowana metoda leczenia, ani nawet jako zdefiniowane pojęcie. Wygląda na to, że to określenie nie ma odpowiedników w innych językach, czyli widocznie zostało wymyślone w Polsce na czyjąś doraźną potrzebę. Wikipedia angielska podaje jedynie pokrewne pojęcie energy medicine, które obejmuje różne metody i szkoły. Podobnie wersja francuskojęzyczna

Nie dziwi więc, że akurat w Polsce - i raczej tylko w Polsce - istnieje "cech energoterapeutów". To towarzystwo skupia "mistrzów energoterapii", przy czym nie wiadomo, kto, jak i za co dał im dyplomy. Oto typowe przykłady członków tego dziwnego i tajemniczego stowarzyszenia:



Oto ja przedstawia siebie sam guru tego towarzystwa:


Podobnie jest przedstawiany przez swoich wyznawców:



On steruje tym towarzystwem także formalnie:


Nie trzeba szczególnej wnikliwości, by dostrzec, że to okrutnie śmierdzi. Bełkoty tego pana dostępne w internecie są wyraźnie skierowane na biznes żerujący na naiwności ludzkiej, i to biznes nie mający nawet pozorów jakiejkolwiek wiedzy naukowej czy choćby zdroworozsądkowej. Już bełkotanie o "ciele fizycznym" i "energetycznym" świadczy o nieznajomości podstawowych pojęć jak ciało, fizyczność, energetyka. Ten człowiek używa pojęć, których ani on, ani nikt inny nie jest w stanie sensownie zdefiniować. Służą więc one stworzeniu jedynie pozorów wiedzy i umiejętności. Do tego pasuje wręcz groteskowa megalomania, pozbawiona nawet resztek przyzwoitości i poważnego traktowania ludzi. Innymi słowy: powierzenie komuś takiemu swojego (czy swoich bliźnich) zdrowia i życia świadczy o skrajnej naiwności (mówiąc oględnie). 

Jak wobec tego można wytłumaczyć działanie takowych "zabiegów" na dziecko?

Wpierw należałoby wyjaśnić, jakiego rodzaju i stopnia były owe problemy dziecka ze wzrokiem. Układ wzrokowy jest bardzo delikatnym narządem, powiązanym ściśle z układem nerwowym, którego działanie kryje nadal wiele tajemnic pod względem naukowym. Szczególnie u dzieci duże znaczenie ma psychosomatyka, czyli powiązanie sfery cielesno-materialnej ze sferą psychiczną. Zresztą większość procesów w organiźmie żywym, szczególnie tak komplexowym jak organizm człowieka, jest dotychczas mało wyjaśnionych albo wcale niewyjaśnionych naukowo. Tę okoliczność wykorzystują właśnie różnej maści szarlatani. U nich oszustwo z reguły powiązane jest z działaniem sił niematerialnych, zarówno psychicznych (emocjonalno-zmysłowych) jak też demonicznych. 

Jeśli np. zaburzenia wzroku owego dziecka miały charakter czy przynajmniej podłoże psychosomatyczne (co jest dość prawdopodobne), to jest zupełnie możliwe, że siły niematerialne mogły mieć wpływ czy nawet spowodować zmianę i polepszenie zdolności wzroku. Pewne jest, że żadne stworzenie - czyli żaden człowiek, ani demon - nie ma możliwości działania cudu, czyli spowodowania skutku wykraczającego poza porządek naturalnych, czyli działanie praw przyrody. 

Działanie demoniczne w przypadku dziecka, o którym mowa w pytaniu, jest potwierdzone przez fakt oddalenia się od prawdziwej religii, o ile oczywiście istnieje związek między tymi faktami. Szatan jest gotów i też w stanie uczynić coś dobrego, jeśli przez to zgubi duszę, czyli odciągnie od Pana Boga. Oczywiście samo poddanie dziecka działaniu "bioenergoterapeuty" nie przesądza o zbawieniu duszy, gdyż człowiek zwłaszcza dorosły ma wolną wolę i tym samym możliwość nawrócenia i powrotu do wiary i przyjaźni z Bogiem, nawet jeśli są trudności czy jakieś duchowe blokady.

W każdym razie stanowczo należy odrzucić działanie "bioenergoterapeutów" i poddawanie się ich "zabiegom". Nie jest istotne, że udają oni niekiedy osoby wierzące, pobożne, czy nawet katolików. Nie przypadkowo ich praktyki są bardzo podobne do działalności tzw. charyzmatyków obiecujących uzdrowienie przez wkładanie rąk itp. Gdzie jest fałsz i zakłamanie, tam na pewno działa szatan, który chce zawładnąć duszami.