Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezuici. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezuici. Pokaż wszystkie posty

Wysyp oszustów: pseudojezuita Jacek Prusak


Moderniści są mistrzami krętactwa i oszukiwania. Potrafią zamotać i wykręcić, żeby wyjść na swoje, przynajmniej we własnym mniemaniu. Dość typowym przykładem jest Jacek Prusak - gwiazda katolewackich i otwarcie antykatolickich przekaziorów. 

Ciekawe, że ostatnio wpadł on na pomysł wypowiedzenia się w nadal gorącej kwestii rzekomej schizmy FSSPX (którego oczywiście nie zamierzam bronić), a to w dość naciąganym nawiązaniu do perykopy Ewangelii (w Novus Ordo) o pszenicy i kąkolu. 

Już w słowach odnoszących się do samej przypowieści dość łatwo dostrzec talent oszusta: podczas gdy w Ewangelii jest wprost powiedziane, że nieprzyjacielem, który sieje chwast jest diabeł (Mt 13,39), to w "ewangelii" Prusaka nie ma wcale wzmianki o diable, a bycie chwastem zależy od człowieka. To dopiero wstęp do właściwego tematu w tym przypadku.

Następnym przykładem jest powiedzenie, że o. Pio z Pietrelciny "nie był wielkim sympatykiem reformy liturgicznej". Prusak zapewne cieszy się, gdy ktoś te jego słowa zrozumiał w ten sposób, że o. Pio był niewielkim sympatykiem reformy liturgii...

Gdy on mówi, że o. Pio ze względu na swój wiek otrzymał "specjalne pozwolenie na odprawianie mszy w języku łacińskim", to albo nie wie, co mówi, albo wie i znowu oszukuje. Jeśli nie wie, że "sobór" (ani "Novus Ordo"), ani ktokolwiek inny nie zakazał celebrowania po łacinie, to jest ignorantem nie znającym podstawowych dokumentów w tej kwestii. A jeśli wie i mimo tego mówi coś takiego, to jest oszustem. 

Następnym kłamstwem jest powiedzenie, jakoby o. Pio sprawował "tę Mszę łacińską" zarówno tyłem jak i przodem do ludzi. Prawda jest taka, iż o. Pio tylko jeden jedyny raz sprawował Mszę św. zreformowaną - było to według Missale Romanum z 1965 r., nie Novus Ordo (które zostało wprowadzone dopiero w 1969 r.) - i to jakby "przodem do ludzi". Była to bodajże jego ostatnia Msza św. przynajmniej publiczna. Faktycznie było to jednak przodem do krzyża znajdującego się na ołtarzu polowym, czyli z całą pewnością nie tyłem do Najświętszego Sakramentu w tabernakulum, co jest istotne. 

Następnie Prusak cytuje z dwóch listów o. Pio z 1913 r., gdzie jest mowa o niegodziwym traktowaniu liturgii przez kapłanów. To mają być według Prusaka dowody na to, że reforma liturgii nie jest zła i że nie jest winna obecnemu stanowi Kościoła -  z mszami w kąpielówkach na pontonie, karnawałowymi itp. itd. Prusak widocznie uważa swoich słuchaczy za debilów, którzy nie potrafią odróżnić ludzkiej słabości i złości, na które całkowicie zaradzić nie jest w stanie żadna liturgia (gdyż liturgia nie usuwa wolnej woli człowieka), od złej liturgii, która sprzyja słabości, złości i ogólnie grzeszności. Ponadto on widocznie usiłuje wmówić swoim słuchaczom, jakoby zapaść Kościoła, która ewidentnie ma miejsce (i której on tutaj nie neguje), nie miała nic wspólnego z "soborem" i następującymi po nim "reformami". To jest kolejne, w tym miejscu główne kłamstwo w wykonaniu tego osobnika. 

Podobnym zabiegiem jest postawienie chochoła w postaci twierdzenia, jakoby "liturgia trydencka" miała w zamyśle jej zwolenników usunąć z tego świata "chwasty" czyli zło. Tutaj kłamstwo jest podwójne. Po pierwsze, nikt z poważnych zwolenników liturgii tradycyjnej nie twierdzi, jakoby powrót do niej miał wybawić świat od zła wszelkiego. Pod tym względem Prusak uderza tylko w swojego chochoła. Perfidia Prusaka polega jednak na tym, że w tym uderzeniu godzi on w istotę zarówno sakramentów jak też Kościoła, mianowicie w ich rolę zbawczą w historii ludzkości. Jeśli - jak sugeruje Prusak - sprawowanie sakramentów optymalnie zgodne z wiarą katolicką nie ma żadnej wartości dla zwalczania zła czyli grzechu, to uderza to nie tylko w tradycyjną liturgię, lecz w sakramenty i ostatecznie w Kościół ustanowiony przez Jezusa Chrystusa dla sprawowania sakramentów. Sprowadzając do kwintesencji: Prusak twierdzi, że trzymanie się czy powrót do liturgii tradycyjnej nie ma żadnego znaczenia dla zbawienia dusz. Co więcej: on twierdzi, że ci, którzy to postulują czy przynajmniej pragną tego dla siebie, są buntownikami. 

Nasuwa się tutaj pytanie: Czyż głównym motywem "reform soborowych" nie był szczytny cel dotarcia do większej rzeszy ludzi oraz zjednoczenia rodzaju ludzkiego w pokoju i dobrobycie? Czy coś z tego zostało osiągnięte? A jeśli nie zostało osiągnięte (co jest oczywiste), to czyż nie należy wyrzucić Novus Ordo do śmietnika historii przynajmniej tak samo jak banda bergogliańska chciałaby wyrzucić liturgię tradycyjną? 

W repertuarze Prusaka nie zabrakło standardowego obecnie "argumentu" o - rzekomym - paraprotestanckim subiektywiźmie "tradycjonalistów", którzy mają czelność zauważać, iż liturgia tradycyjna bardziej odpowiada wierze katolickiej niż Novus Ordo. Ci, którzy wytaczają ten argument, albo nie mają pojęcia, na czym polega protestancki subiektywizm w sprawach wiary, albo mają pojęcie, lecz na doraźny użytek przekręcają i wykręcają dość proste fakty. Otóż wystarczy spojrzeć do elementarza historii Kościoła, by się dowiedzieć, iż herezja protestancka bazuje na osobistym, niezależnym od Tradycji i Magisterium Kościoła interpretowaniu Pisma św. Obecnie natomiast zachodzi problem polegający na sprzeczności między dokumentami "soborowymi" i "posoborowymi" a tradycyjnym nauczaniem Kościoła. Ta sprzeczność dotyczy analogicznie także liturgii. Jeśli ktoś nazywa zauważanie tej sprzeczności "subiektywizmem" czy wręcz "protestantyzmem", to albo nie wie, o czym mówi, albo wie, lecz świadomie oszukuje publiczność na doraźny użytek. 

Co więcej: Prusak posługuje się tutaj typowym chwytem fałszywej pokory, co świadczy o tym, że albo nie zna nauczania założyciela zakonu jezuitów w kwestii pokory, albo udaje, że nie zna. Według Prusaka nie wolno twierdzić, że wie się lepiej, konkretnie, że Novus Ordo jest gorsze niż liturgia tradycyjna. On ponadto obwieszcza, iż wzorem tej - fałszywej - pokory jest o. Pio, bo on rzekomo nie twierdził, że wie lepiej (co jest zresztą także kłamstwem, skoro pisał do Pawła VI w sprawie reformy liturgii). Także tutaj pseudojezuita usiłuje odwrócić uwagę od właściwego problemu, którym jest sprzeczność między tym, czego nauczał i co czynił Kościół hierarchiczny przed Vaticanum II, a tym, co jest głoszone i czynione od Vaticanum II. Katolik ma więc problem polegający na tym, komu wierzyć i za kim iść. Kościół "przedsoborowy" nie przestał być Kościołem hierarchicznym, któremu posłuszeństwo nakazywał św. Ignacy z Loyoli. Kościół hierarchiczny nie mógł też zmienić zdania, ponieważ prawda jest niezmienna. Nachalne żądanie od katolików, by nie ważyli się dostrzegać tego problemu, lecz ślepo poddali się wszystkiemu, co idzie z Watykanu i stolic biskupich, jest oszustwem wielowarstwowym, de facto usiłującym sprowadzić katolicyzm do poziomu sekty autorytarnej, gdzie aktualny guru dysponuje prawdą, dobrem i pięknem, nie licząc się z tym, czego nauczali i co czynili jego poprzednicy. W takiej mentalności - którą można nazwać mentalnością trepa - moderniści tresują katolików i jakoś nie ogarniają związku tej tresury z faktem, że w ostatnich dekadach ludzie jako tako myślący masowo odwracają się od Kościoła, a właściwie od nich. 

Prusak próbuje ośmieszyć także typowe zarzuty wobec Novus Ordo jak antropocentryzm. Tutaj również miesza sprawy, sprowadzając kwestię do kierunku celebracji czyli ustawienia celebransa przodem do ludzi, tak jakby Novus Ordo nakazywało takie ustawienie, co jest oczywiście kłamstwem. Prusak lubi stawiać prymitywne i też fałszywe chochoły, żeby bardzo łatwo je obalić. Czyżby rzeczywiście nie zauważył antropocentryzmu w nauczaniu "papieży soborowych" i też w realnym sprawowaniu Novus Ordo, z mszami dla dzieci, dla strażaków, dla harcerzy, dla młodzieży, dla seniorów, karnawałowych, wakacyjnych, górskich, morskich, jeziornych, pielgrzymkowych itp. itd.? Czyżby na prawdę twierdził, że odwrócenie celebransa pośladkami do Najświętszego Sakramentu - by koniecznie mógł patrzeć na ludzi a ludzie na jego mniej czy bardziej sympatyczną facjatę - nie ma nic wspólnego z antropocentryzmem? Za kogo on uważa swoich odbiorców? Za zupełnych bezmózgowców? 

Jak typowy oszust, Prusak usiłuje obalić wartościowanie liturgii przez twierdzenie, że jedynie słowa Konsekracji są objawione i niezmienne, a reszta obrzędu zależy od tego "jak Kościół rozumie ten sakrament i jak go przeżywa". On więc sugeruje, że Novus Ordo wynika z innego rozumienia i przeżywania sakramentu Eucharystii. Jako przykład podaje Ostatnią Wieczerzę w kontraście do liturgii tzw. trydenckiej. W domyśle można dostrzec, że według niego Novus Ordo jest bliższe pierwszej Mszy św. we Wieczerniku, natomiast liturgia tzw. trydencka jest wypaczeniem. No cóż, to jest nic innego jak myślenie protestanckie, tak samo zresztą jak pomysł celebrowania przodem do ludu, który jest wynalazkiem protestanckim wynikającym dokładnie właśnie z nawiązania do Ostatniej Wieczerzy i negacji ofiarnego charakteru. Tym samym Prusak się zdemaskował. I tym samym też pseudopobożne wymachiwanie pokorą i ojcem Pio jawią się jako obłudne chwyty polemiczne, którymi wymachujący usiłuje przykryć swoje heretyckie poglądy. 

Pojawia się też następny obłudny pseudoargument, że tzw. msza trydencka nigdy nie była jedyną formą sprawowania. Tutaj znowu Prusak widocznie ma swoich odbiorców za debili, nie mających pojęcia o innych starożytnych liturgiach, które wszak w żadnym przypadku nie znają chociażby celebrowania przodem do ludu, ani też komunii dołapnej. Trzeba być zupełnym ignorantem i bezmózgowcem, by nie dostrzec, iż to liturgia tzw. trydencka jest o wiele bliższa innym liturgiom starożytnym, podczas gdy Novus Ordo do złudzenia przypomina "nabożeństwa" protestanckie. Kogo Prusak chce okłamać? 

Ten człowiek jest niestety dość typowym przykładem polskiego modernisty: maxymalnie nadęte ego, połączone z przeświadczeniem wszechmocy nad duszami dzięki manipulowaniu faktami i oszukiwaniu odbiorców, przynajmniej podświadomie uznawanych przez siebie za niedorozwiniętych intelektualnie ignorantów. W dodatku ktoś taki oczywiście wymachuje napominaniem do pokory i posłuszeństwa. Jeśli ktoś by się dziwił, że ten system coraz widoczniej zmierza ku zapaści, to niech przestanie się dziwić. 


Czy w protestantach działa Duch Święty czyli kto działa w jezuicie Recławie? (z post scriptum)


O. Remigiusz Recław znany jest nie tylko z działalności „charyzmatycznej“, w ramach której urządza quasi dyskotekowe imprezy w kościele, gdzie młodzi ludzie tańczą na stołach:



Od pewnego czasu udziela także odpowiedzi w internecie (owszem, pod względem medialnym w miłym, sympatycznym stylu), gdzie występuje nie tylko w imieniu swojej grupy „charyzmatycznej“ lecz także jezuitów, co zobowiązuje już do wypowiadania się zgodnie z nauczanem Kościoła, i to zarówno dokumentów Magisterium jak też zwłaszcza nauczania św. Ignacego z Loyoli. Przyjrzyjmy się dla przykładu jednemu z ostatnich wystąpień, które wpisuje się w dyskusję odnośnie działalności M. Zielińskiego, którego o. Recław publicznie popiera. Podaję w skrócie jego zasadnicze tezy, następnie odnosząc się do nich.

1. Duch Św. działa w protestantach i działa z mocą.
Tak o. Recław twierdzi stanowczo. Ponieważ w kontekście mówi o Toronto Blessing, przez „moc“ rozumie zapewne charakterystyczne zjawiska „pentekostalno-charyzmatyczne“ czyli niezrozumiały bełkot, który ma być „darem języków“, zwierzęce ryczenie, histeryczne chichoty, tarzanie się po ziemi, drgawki, rzekome uzdrowienia (nie są znane przypadki zbadane i uznane medycznie). Problem polega na tym, że tego nie twierdzi wprost, choć w kontekście wiadomo, o co chodzi. Nie mówi też, na czym opiera to swoje zdanie. Gdyby powiedział, że na nauczaniu Soboru Watykańskiego II, to by można było łatwo sprawdzić w dokumentach, co sobór faktycznie mówi i do czego odnosi. Wówczas byłoby oczywiste, że o. Recław przez taką wieloznaczność po prostu oszukuje odbiorców.

2. Protestanci karmią się Ciałem i Krwią Pana Jezusa, bo tak uważają i wierzą. To my uważamy, że oni nie przymują Komunii św. Mamy różną teologię, czyli inny punkt widzenia, ale Bóg jest szerszy od naszego wąskiego myślenia.
Tutaj kłamstwo polega również na uproszczeniu, które zmienia istotę sprawy, a także na wmieszaniu ewidentnych fałszerstw.
Po pierwsze, żaden odłam protestancki nie twierdzi, że w postaciach eucharystycznych jest realnie obecny Jezus Chrystus. Dla nich jest to jedynie symbol i najwyżej kwestia wewnętrznego przekonania, nigdy obiektywnej rzeczywistości. Tak więc o. Recław widocznie albo nie zna teologii protestanckiej, albo świadomie kłamie.
Po drugie, realna Obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii nie jest kwestią różnych możliwych podejść teologicznych, lecz objawionej prawdy wiary, czyli Objawienia Bożego poświadczonego w Tradycji i Piśmie św. Mówi o tym jasno całe nauczanie Kościoła, aż po Sobór Watykański II i Katechizm Kościoła Katolickiego. Kto uważa - jak widocznie o. Recław, że protestanckie pojęcie Eucharystii jest równorzędne z pojęciem zawartym w nauczaniu Kościoła, ten albo nie ma pojęcia nawet o prawdach katechizmowych, co jest karygodne u kapłana po studiach teologicznych, albo po prostu kłamie na użytek doraźnej tezy i celu.
Po trzecie, nazwanie prawdy wiary nauczanej przez Kościół „naszym wąskim myśleniem“, może być jedynie bezczelnym przyznaniem się nie tylko do relatywizmu, lecz do niewiary i tym samym odrzucenia prawdziwości nauczania Kościoła o Eucharystii. Innymi słowy: skoro katolicka wiara w Eucharystię jest dla o. Recława tylko „naszym wąskim myśleniem“, a nie prawdą pochodzącą od Boga, to o. Recław albo neguje boskie pochodzenie wiary katolickiej, albo możliwość Bożego Objawienia w ogóle, albo jedno i drugie, i jest tym samym po prostu apostatą negującym fundamentalnie całe nauczanie Kościół z Soborem Watykańskim II włącznie (w tym temacie polecam chociażby konstytucję "Dei Verbum"). 

3. Ludzie z Toronto Blessing kładą się na grobach, bo tak wyrażają swój szacunek, co wynika z kultury, tak jak z nas czci się rellkwie.
Tutaj znowu jest problem, że albo o. Recław nie wie i nie rozumie, czym jest katolicka cześć do relikwij, albo wie, a jedynie na doraźny użytek kłamie. Po pierwsze bowiem zakłada, jakoby praktyka ludzi z Toronto Blessing oznaczała wyłącznie szacunek dla zmarłych. Po drugie kłamie, jakoby owa praktyka wynikała z kultury (wiadomo przecież, że czegoś takiego nie robią wszyscy Amerykanie czy Kanadyjczycy, czy chociażby jakaś znaczna grupa oprócz ludzi z Toronto Blessing). Po trzecie o. Recław widocznie nie uznaje różnicy między świętymi kanonizowanymi przez Kościół a zmarłymi. Czyżby w ogólnie nie uznawał obecności w niebie i wstawiennictwa świętych? A może uważa, że wszyscy zmarli są w niebie? Niestety brakuje dopowiedzenia. Pewne jest jednak, że zarówno jedno jak też drugie jest sprzeczne z wiarą katolicką, czyli jest herezją.

4. Także protestanci czczą Matkę Bożą. Tylko jakieś „frakcje“ protestantów niszczą obrazy Matki Bożej.
Po pierwsze o. Recław kłamie, mówiąc, jakoby protestanci czcili Matkę Bożą. Kaznodzieje i teologowie protestanccy mówią jedynie o „matce Jezusa“ czy „Maryi“, gdyż z zasady nie uznają i nie wyznają dogmatu o Bożym Macierzyństwie.
Po drugie, owszem, nawet M. Luder napisał jeden traktat o Maryi jako Matce Jezusa Chrystusa (właściwie komentarz do Magnificat), ale potraktował ją wyłącznie jako wzór wiary, czyli podobnie jak innych wierzących, bez uznania jej wyjątkowej godności i świętości w porządku nadprzyrodzonym.
Po trzecie, wzmiankowany przez o. Recława fakt zborów protestanckich z obrazami Matki Bożej świadczy wyłącznie o tym, że są to zrabowane katolikom świątynie i że u protestantów nie ma jedności co do form i praktyki, choć łączy ich odrzucenie katolickich prawd wiary także odnośnie Matki Bożej.

5. Możemy się od protestantów bardzo dużo nauczyć. Czytanie Pisma św. przyszło do nas od protestantów, to że świeccy czytają Pismo św. i że mają je czytać. Tak przez protestantów działa Duch Święty.
Nie wiem, czy o. Recław do końca zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Bo skoro czytanie Pisma św. przez wszystkich na wzór protestancki pochodzi od Ducha Świętego, to oznacza to niechybnie, że Kościół katolicki błądził i był przez całe wieki pozbawiony prowadzenia przez Ducha Świętego przynajmniej w tej sprawie.
Po drugie o. Recław albo nie wie, albo nie chce wiedzieć, że także zachęty do czytania Pisma św. począwszy od Soboru Watykańskiego II zawierają pouczenia i napomnienia do czynienia tego zgodnie z katolickimi regułami hermeneutyki biblijnej, które są gruntownie różne od podejścia protestanckiego, stosowanego właśnie u tzw. charyzmatyków. Tak więc kłamstwo jest tutaj wielorakie. Prawdą jest natomiast, że Kościół nigdy nie zmienił swoich zasad podejścia do Pisma św., przejmując zasady protestanckie, a jedynie dopasował reguły dyscyplinarne, konkretnie: wcześniej był zakaz czytania tłumaczeń na języki narodowe, obecnie wymagana jest kościelna aprobata tłumaczeń.
Po trzecie, także w aspekcie historycznym o. Recław po prostu kłamie. Nigdy nie było w Kościele zakazu czytania Pisma św. przez świeckich. Zawsze i każdemu wolno było czytać Biblię w językach oryginalnych (hebrajskim i greckim) oraz w tłumaczeniu łacińskim Wulgaty. Był jedynie zakaz odnośnie tłumaczeń na języki narodowe, które pochodziły zwykle od heretyków i zawierały wiele fałszerstw (także Biblia M. Ludera zawiera wiele zafałszowań).

6. Powiedzenie, że u protestantów nie ma sakramentów, jest nieprawdą, bo oni mają rytuały i choć nie nazywają tego sakramentem, „to jest to jak sakrament“.
Tutaj o. Recław albo popisuje się wprost nieprawdopodobną niewiedzą odnośnie elementarnych prawd katechizmowych, albo niemal wprost neguje katolicką naukę o sakramentach. Ktokolwiek ma choć bladą znajomość katechizmu katolickiego, ten wie, że sakrament to nie to samo co obrzęd. Pozostaje prosta rada: 1° niech sobie o. Recław poczyta chociażby Katechizm Kościoła Katolickiego w tym temacie, oraz 2° niech zapyta protestantów, co rozumieją przez sakrament. Wówczas się dowie, że są to dwie różne rzeczywistości. Chyba, że już o tym wie, a jedynie okłamuje odbiorców na doraźny użytek.

7. „Czerpmy nawzajem od siebie“, tzn. katolicy od protestantów i odwrotnie.
To jest jedynie pozornie zdanie pojednawcze. Twierdzenie, jakoby Duch Święty prowadził w ten sposób do „pełnej jedności“, jest właściwie bluźnierstwem przeciw Duchowi Świętemu. Oznacza bowiem, jakoby prawdy wiary głoszone uroczyście na soborach powszechnych właśnie dla odrzucenia herezyj - także herezji protestanckiej - nie pochodziły od Ducha Świętego. Takie twierdzenie jest sprzeczne także z nauczaniem Soboru Watykańskiego II, a wynika jedynie z pokrętnych wywodów skrajnych ekumenistów, których poglądy nie mają żadnego poparcia w dokumentach Kościoła.

8. Skoro mamy pełnię Ducha Św., to skąd jest grzech? Dlatego musimy się uczyć od protestantów, „bo Duch Św. uzupełnia w ten sposób“.
Tutaj o. Recław dokonuje kolejnego perfidnego zabiegu: niby odwołuje się do klasycznego pojęcia, ale je przekręca i zafałszowuje właściwą treść. Sobór Watykański II mówi w konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium“ (8), że tylko w Kościele katolickim jest „pełnia prawdy i środków zbawienia“. O. Recław widocznie do tego się odnosi, mówiąc o „pełni Ducha Świętego“. Jest to fałszywe już chociażby z tego powodu, że Ducha Świętego nie można podzielić na części, tym samym Duch Święty jest zawsze Pełnią, a udziela Swoich darów w różny sposób.
Po drugie o. Recław widocznie z rozmysłem unika mówienia zarówno o prawdzie jak też o środkach zbawienia, gdyż wówczas nie mógłby tak łatwo dojść do swoich fałszywych tez i wniosków. Nie mógłby pomieszać kwestii grzeszności ludzi Kościoła z doskonałością Kościoła pod względem prawdy i środków zbawienia. Dlatego dokonuje fałszerstwa już na kluczowym pojęciu. Tym zafałszowanym pojęciem - „pełnia Ducha Świętego“ - posługuje się następnie do sformułowania fałszywego postulatu uczenia się od protestantów. Zaiste diabelska przewrotność!

9. Nie używajmy określeń w systemie zero-jedynkowym, że to jest dobre a to jest złe, bo to jest śmieszne; tak nie jest, nie ma kogoś tylko dobrego i tylko złego.
Tutaj znowu miesza kwestię grzeszności członków Kościoła z prawdziwością wiary i Kościoła jako takiego. Dokładnie biorąc, o. Recław widocznie neguje świętość Kościoła, o której mówi nie tylko Sobór Watykański II lecz także wyznanie wiary. Tym samym o. Recław określa się jako apostata. Wobec tego faktu jako drugorzędne jawi się odrzucenie - pozorne, kłamliwe - logiki dwuwartościowej. Skoro wypowiada wezwanie „nie używajmy“, to tym samym zakłada różnicę przeciwieństwa między używaniem i nieużywaniem, tym samym właśnie logikę dwuwartościową, którą chciałby równocześnie odrzucić. Tak więc słowa o. Recława są jedynie perswazyjnym bełkotem - widocznie obliczonym na brak elementarnego trzeźwego myślenia u odbiorców - niezależnie od tego, czy on sobie zdaje z tego sprawę czy nie.

Zamiast podsumowania, które by musiało być proste i krótkie, przytoczę dwa fragmenty ze Ćwiczeń Duchowych założyciela zakonu jezuitów, św. Ignacego z Loyoli. Mówią one same za siebie, zwłaszcza w zestawieniu z powyższymi i innymi wypowiedziami o. Recława:



Święty Ignacy, módl się za nami!



Post scriptum

Powyższe uwagi zostały napisane 30 X 2018, czyli około 6,5 roku. Dziś (9 III 2024) dotarła do mnie wieść o skandalu wewnętrznym w łonie zakonu jezuitów z powodu działalności Remigiusza Recława, dokładnie prowadzenia przez niego wspólnoty "Mocni w duchu" (właściwie w demonie). Oto filmik w tej sprawie:


Tym samym znane dopiero obecnie fakty potwierdzają krytykę wyrażoną tutaj wielokrotnie już przed laty (więcej można znaleźć tutaj obok pod etykietą Recław R.). 

Czy katolicy czczą Ałłaha?


Temat pojawia się regularnie na portalu deon.pl, zaś ostatnio został gorliwie podjęty przez o. A. Posackiego, znanego dotychczas w tematyce ezoteryki i okultyzmu. Ten ostatni nawiązuje do swoich doświadczeń w islamskim Kazachstanie, ale powołuje się na treści rzeczonego portalu.




Powierzchownie problem sprowadza się do nauczania odnośnie islamu w dokumentach Vaticanum II, zarówno w deklaracji "Nostra aetate" (3) o stosunku do religij niechrześcijańskich jak też w konstytucji dogmatycznej "Lumen gentium"(16):







Taki jest główny, niby nokautujący argument deonistów itp.: sobór orzekł, więc to jest nauczanie Kościoła i katolik ma się trzymać tego, że wyznaje i czci tego samego Boga co islam. O ile wymaganie tego od katolików w Europie przed 40-50 laty było dość łatwe, gdyż wiedza o islamie ograniczała się do conajwyżej doświadczeń z urlopu w Turcji czy w Egipcie, o tyle obecnie w dobie internetu, gdy także przeciętny człowiek nie jest zdany na to, co mu podadzą gazety, radio i telewizja, nie jest łatwo zamknąć ludziom mózgi na kłódkę powoływaniem się na dokumenty soborowe. Każdy, kto chce, może dowiedzieć się nie tylko o tym, jakim problemem są imigranci muślimscy, lecz także o przyczynach i podłożu problemów. Mimo nachalnej kłamliwej propagandy, jakoby nie miało to nic wspólnego z islamem, coraz więcej ludzi potrafi kojarzyć, szuka powiązań i też musi się zmierzyć z tym, co głoszą źródła typu deon.pl i powielacze, żerujący na niewiedzy teologicznej pospólstwa.


Po pierwsze

Zdania odnośnie islamu w dokumentach Vaticanum II dotyczą dziedziny religioznawczej, nie teologicznej we właściwym sensie, czyli nie dotyczą prawd wiary. Innymi słowy: gdy chodzi o to, czego naucza islam, mamy do czynienia z wiedzą oczywiście na temat islamu, nie w temacie Bożego Objawienia przekazanego w Tradycji Kościoła i Piśmie św. Tym samym jest to wiedza zarówno omylna jak też zupełnie niewiążąca. Wynika to po prostu z przedmiotu: kwestia, czego naucza islam i jaki jest tego stosunek do nauczania Kościoła, nie należy do depozytu wiary i tym samym nie jest przedmiotem nauczania Magisterium Kościoła. Tym samym wypowiedzi w tej sprawie nie mają żadnej rangi magisterialnej, nawet jeśli są zawarte w dokumentach soborowych. Sprawa jest dość dokładnie tego typu jak gdyby sobór nauczał, że ziemia jest płaska, powołując się na miły list jest jednego z papieży do któregoś z uczonych tysiąc lat temu. Otoż biskupi zebrani na soborze nie mają obowiązku znać się na geografii, a jeśli wypowiadają się w temacie kształtu ziemi czy tego, w co wierzą muślimi, to nie tylko przekraczają swoje kompetencje lecz także cel, dla którego zwoływane są sobory. 


Po drugie

Jedynym źródłem, na które powołują się w tej sprawie dokumenty Vaticanum II, jest list papieża św. Grzegorza VII skierowany do króla Maurytanii. Także deoniści powołują się na ten list, niestety w kłamliwy, fałszujący sposób. Dlatego warto się temu listowi bliżej przyjrzeć, aczkolwiek należy pamiętać, że także on nie ma żadnej rangi magisterialnej, gdyż jest skierowany do pojedynczej osoby i ma charakter prywatny, mimo że pochodzi od papieża.



Oto oryginalny text list, opublikowany w standartowym dziele Patrologia Latina tom 148, kolumny 450-452:



Dla ułatwienia Szanownym Czytelnikom podaję sporządzone na szybko własne robocze tłumaczenie:


Grzegorz biskup, sługa sług Bożych, do Anzira, króla Mauretanii w prowincji Sitiph w Afryce, pozdrowienie i Apostolskie błogosławieństwo.
Twoja szlachetność w tym roku przesłała nam list, żebyśmy wyświęcili kapłana Servanda na biskupa według ustroju chrześcijańskiego, co postaraliśmy się uczyć, ponieważ Twoja prośba wydawał się sprawiedliwa i bardzo dobra. Wysyłając zaś nam podarunki, wysłałeś chrześcijan, którzy byli u Was więzieni, z powodu szacunku dla świętego Piotra Księcia Apostołów i z miłości zu nam, i obiecałeś, że także innych uwięzionych odeślesz. Tę dobroć tchnął w Twoje serce Bóg, Stwórca wszystkich, bez którego nie możemy uczynić nic dobrego ani pomyśleć. To On, który oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego (J 1), oświecił Twój umysł w tym zamyśle. Albowiem Bóg wszechmogący, który chce aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i aby nikt nie zginął (1Tm 2), nic innego nie uznaje bardziej w nas, by człowiek - po miłowaniu Jego - miłował człowieka i drugiemu to czynił, co by chciał, żeby jemu czyniono (Mt 7). Tak więc tą miłość my i Wy jesteśmy winni sobie i też innym ludom, którzy wierzymy i wyznajemy jednego Boga, choć w różny sposób, którzy Go, Stwórcę wieków i Rządcę tego świata chwalimy i czcimy. Tak bowiem mówi Apostoł: „On jest naszym pokojem, Ten, który jedno i drugie uczynił jednym“ (Ef 2). Znając przez nas tę łaskę daną Ci od Boga, wielu szlachetnych Rzymian bardzo podziwia i rozgłasza Twoją dobroć i cnoty. Spośród nich oto nasi krewni Alberyk i Cyncjusz, którzy prawie od młodości byli żywieni z nami w pałacu rzymskim, bardzo pragnąc wejść w przyjaźń i miłość Twoją i chętnie Ci służyć tym, w czym się podobało naszym ojcom, ślą do Ciebie swoich ludzi, abyś przez nich zrozumiał, jak uważają Ciebie za roztropnego i szlachetnego i jak chętnie Tobie chcą i potrafią służyć. Polecając ich Twojej wielkoduszności, prosimy, abyś starał się okazać im tę miłość, jaką pragniemy Tobie i wszystkim Twoim okazać, z powodu naszej miłości i z powodu odpłaty za wierność rzeczonych mężów. Zaś Bóg wie, że miłujemy Ciebie jedynie dla czci Boga i że życzymy zdrowia i czci Twojej w życiu doczesnym i przyszłym. A także prosimy sercem ustami o to, by tenże Bóg doprowadził Cię po długim okresie tego życia na łono szczęśliwości świętego Patriarchy Abrahama. 

Istotne punkty są następujące w skrócie:

- Papież wspomina życzliwy stosunek króla, który prosił o ustanowienie katolickiego biskupa na swoim terenie, wysłał papieżowi podarunki oraz uwolnionych chrześcijan, wraz z obietnicą uwolnienia następnych niewolników chrześcijańskich. 

- Papież mówi, że ta życzliwość króla pochodzi od Boga, dokładniej z naturalnego światła, które ma każdy człowiek, a więc nie z islamu.

- To naturalne oświecenie jest podstawą wierzenia i wyznawania "jednego Boga". 

- Papież wyraźnie wskazuje na Objawienie w Jezusie Chrystusie, który daje pokój. 

- Papież zapewnia o swojej modlitwie za króla, by Bóg go doprowadził do wiecznej szczęśliwości, co wcale nie oznacza, jakoby tą drogą był islam. Papież nie mówi ani słowa o islamie. 

Innymi słowy: ten list mógłby być skierowany do każdego innego władcy, który okazał tego typu życzliwość Kościołowi i tym samym wykazał naturalne, rozumowe poznanie istnienia jednego Boga wraz z naturalnym prawem moralnym. W postawie tego króla nie ma nic islamskiego, a wręcz przeciwnie, jego postawa jest wprost sprzeczna z zasadami islamu zawartymi w Kuranie i też w przykładzie życia Mahometa. Nic też nie wskazuje na to, by papież wiedział coś bliższego o islamie i treści Kuranu. Z punktu widzenia historycznego nie jest nawet pewne, czy Kuran w obecnej postaci w ogóle istniał. A jeśli istniał, to tylko po arabsku i nie wolno było go tłumaczyć. Dlatego wczesne źródła chrześcijańskie, jak chociażby św. Jana Damasceński, nie znają nawet pojęcia "islam", lecz mówią o "religii Izmaelitów", Saracenach itd., uważając ich za jedną z herezyj bliskowschodnich. 

Tym samym powoływanie się na ten list w kwestii stosunku między Kościołem i islamem jest poważnym, wręcz skandalicznym, kłamliwym nadużyciem. 

Po trzecie

Twierdzenie, jakobyśmy jako katolicy czcili tego samego Boga co islam, jest sprzeczne z całym dotychczasowym nauczaniem Kościoła. I jest sprzeczne także ze zdrowym rozsądkiem oświeconym prawdami wiary katolickiej. Przykładów w dokumentach papieży i nauczaniu teologów jest mnóstwo. Temat ten wymaga osobnego opracowania. Jako przykład podam modlitwę odmawianą na zlecenie papieży począwszy od Leona XIII (encyklika "Annum sacrum"), a odzwierciedlającą prawdziwe, stałe i niezmienne nauczanie Kościoła w tej kwestii. Chodzi o Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego przepisany do obowiązkowego odmawiania w każde święto Chrystusa Króla, a odnawiany w pierwsze piątki miesiąca. Zawarta jest w nim m. in. prośba: 

"Rex esto eorum omnium, qui in tenebris idololatriae aut Islamismi adhunc versantur, eosque in lumen regnumque tuum vindicare ne renuas."

Tak samo mówi Katechizm Nauki Chrześcijańskiej św. Piusa X:



( http://www.corsiadeiservi.it/public/content/testi%20e%20documenti/Catechismo_PioX.pdf?fbclid=IwAR2a545kHiiL61TxBhRjswWPBtk4VLK8INMQPNMazWoa8cOdG0ZC5PBoKNs )


Słusznie islam jest tutaj zrównany z pogaństwem. Odpowiada to faktom historycznym i religioznawczym. 


Liczne są też inne świadectwa chrześcijan odnośnie islamu, przy czym różny jest zakres wiedzy odnośnie Kuranu i Mahometa. Gdzie jest ta wiedza, zgadza się ona zupełnie ze stanem, który mamy współcześnie:


- Biskup Jan z Nikiu w Egipcie, piszący swoją "Kronikę" pod koniec życia Mahometa, nazywa islam "religią wrogów Boga", "nikczemną doktryną bestii to jest Mahometa", a muślimów nazywa "bałwochwalcami":



http://www.tertullian.org/fathers/nikiu1_intro.htm

- Św. Jan z Damaszku, piszący kilkadziesiąt lat po śmierci Mahometa, nazywa islam "poprzednikiem antychrysta" a Kuran uważa za zbiór "absurdalnych bajek": 

https://www.answering-islam.org/Books/MW/john_d.htm

- Biskup Teodor Abu Qurra, uczeń św. Jana Damasceńskiego, biskup Harran w Mezopotamii, demaskuje Mahometa jako kłamcę a jego naukę jako bezbożną:

http://seminare.pl/pdf/tom33-20-karczewski.pdf

- Apologia Al Kindi (IX - X w.) mówi m. in. wprost, że islam nie jest religią pochodzącą od Abrahama a Mahomet jest zbrodniczym mordercą: 

 https://www.answering-islam.org/Books/Al-Kindi/index.htm

- Św. Piotr Czcigodny, opat słynnego opactwa w Cluny, w swoich dziełach "Przeciw haniebnej sekcie Saracenów" i "Suma całej herezji Saracenów" oraz w liście do św. Bernarda od tłumaczeniu Kuranu, nazywa Mahometa bandytą a islam "ściekiem wszelkich herezyj", "bezbożnym i potępienia godnym nonsensem", "diabelską nauką":

https://en.wikipedia.org/wiki/Peter_the_Venerable

- Także wielu papieży po Grzegorzu VII prowadziło korespondencję z władcami muślimskimi, gdzie nie ma śladu ani uznania prawdziwości islamu, ani nawet równoprawności:

(z: https://books.google.de/books?id=AbWYCgAAQBAJ&hl=de&source=gbs_navlinks_s)

Por. także tego samego autora tutaj i tutaj.

Te przykłady świadczą dobitnie, że po pierwsze historia stosunku papieży i teologów katolickich do islamu jest o wiele bogatsza niż jedno zdanie Grzegorza VII (i to wyjęte z kontextu i wykorzystywane przeciw niemu) i po drugie ten stosunek jest bardzo daleki od twierdzenia, jakoby Kościół wierzył i czcił tego samego Boga co islam.


Po czwarte

W kwestii wzajemnego stosunku dwóch stron zarówno zdrowy rozsądek jak też zwykła przyzwoitość wymaga, by uwzględnić stanowisko drugiej strony. Akurat wyznawcy dialogizmu międzyreligijnego (a właściwie relatywizmu i apostazji) działają wprost przeciw tej zasadzie. Wmawiają oni bowiem katolikom, jakobyśmy wyznawali tego samego Boga co muślimi, ale przemilczają fakt, że żaden z przedstawicieli islamu, ani w historii ani obecnie czegoś takiego nie mówi i nie jest w stanie powiedzieć. Dla nich chrześcijanie są politeistami i zrównanie ich Ałłaha z Bogiem wyznawanym przez nas jest bluźnierstwem i tym samym najcięższym grzechem. Dlaczego deoniści itp. to przemilczają? Gdzie tu się podziewa ich dialogowość? A może ten cały dialog to zwykła ściema obliczona na odmóżdżenie katolików i zduszenia w zarodku ich oporu wobec islamizacji? 

Na koniec wypada postawić pytanie, jakie były powody takich a nie innych zdań w dokumentach soborowych, skoro nie mają one żadnych podstaw w dotychczasowym nauczaniu Kościoła. Tutaj należy sięgnąć do genezy i zamysłu zarówno Vaticanum II jako całości, jak też poszczególnych dokumentów. Mówiąc w skrócie: jest zupełnie oczywiste, że zamiarem w tym temacie nie było nauczanie prawd wiary. Tym samym można i należy tę sprawę dyskutować otwarcie i bez żadnych ograniczeń. Jedyną granicą jest różnica między prawdą i fałszem. 



Post scriptum I

Podobne uwagi wyraził filozof francuski Alain Besançon:



Post scriptum II

Jeden z dwóch bohaterów tego wpisu staje się coraz wyraźniej apologetą islamu i antykatolikiem:



Szczere wyznanie idola soboro-modernizmu

 


Żyjemy w epoce tyranii turbo-modernizmu, zapoczątkowanej na Vaticanum II. Obecny pontyfikat pierwszego jezuity w historii Kościoła jest - po pewnej peredyszce za rządów Benedykta XVI - nie tylko nawiązaniem do kroków z lat 60-ych i 70-ych XX w., lecz ich konsekwentną radykalizacją. Można bez przesady powiedzieć - na podstawie twardych faktów i świadectw nawet samych odpowiedzialnych - że mamy do czynienia z rewolucją "jezuicką" w tym znaczeniu, że głównymi jej mózgami i duchami byli i są jezuici, aczkolwiek nie wszyscy i nie znaczeniu całego zakonu wielce zasłużonego dla Kościoła na przestrzeni wieków, lecz takich postaci jak Teilhard de Chardin, Karl Rahner, Carlo Maria Martini, a obecnie Jorge Bergoglio w duecie z James Martin'em. 

Dlatego właśnie znamienna jest wypowiedź jednego z uczniów "słynnego" K. Rahner'a, zresztą wykładowcy jezuickiej uczelni Krakowie (więcej tutaj), który cytuje wręcz rozbrajająco szczere słowa swojemu mistrza:

Oto tłumaczenie:

"Moim nauczycielem teologii był Karl Rahner. Sam byłem niegdyś świadkiem następującego zdarzenia. Otóż będąc kiedyś w pomieszczeniu, gdzie znajdowało się 15 tomów jego dzieł, Rahner spojrzał na nie i powiedział: to wszystko to oszustwo."

Mój komentarz: to jest najkrótsze i najlepsze streszczenie dorobku tego "teologa", który był nie tylko jednym z czołowych doradców teologicznych na Vaticanum II (jako peritus kardynała Franz'a König‘a z Wiednia), lecz który wytyczył też linię interpretacji jego dokumentów, decydującą właśnie dzisiaj za rządów jezuity na tronie Piotrowym. 

Oszukiwanie katolików przez "jezuitów" typu K. Rahner wyrażało się także w tym, że przez lata miał kochankę, Luise Rinser (więcej tutaj), którą zresztą początkowo dzielił z innym duchownym, opatem benedyktynów z San Anselmo w Rzymie. Także słynny jezuita Teilhard de Chardin miał kochankę, z którą mieszkał jako "sekretarką". Jeszcze inny jezuita "soborowy", kardynał Jean Daniélou  - aczkolwiek poglądami najbardziej konserwatywny pośród tej bandy - zmarł w mieszkaniu prostytutki, którą regularnie odwiedzał. 

Nie dziwmy się więc obecnej "rewolucji czułości", z rzecznikiem LGBT James'em Martin'em na czele, cieszącym się uznaniem i zupełnie otwartym poparciem w Watykanie. 

To są ludzie, którzy wskazując na swoje wypowiedzi "teologiczne" - pseudopobożne, wielce "miłosierne" - mogliby i powinni by powiedzieć tak samo jak idol K. Rahner: to wszystko to oszustwo. 

Czy można zakazać młodzieży dostępu do liturgii tradycyjnej?

Bywają - ostatnio niestety nierzadko - wypowiedzi duchownych, które świadczą nie tylko o zupełnym oderwaniu od wiary i teologii katolickiej, lecz nawet od zdrowego rozsądku i poczucia rzeczywistości. Dobitnym przykładem jest niedawna wypowiedź jednego ze znanych publicznie jezuitów usańskich, który uraczył świat swoimi marzeniami odnośnie dalszych reform liturgii w duchu Vaticanum II (text dostępny tutaj). Text jest o tyle ciekawy, że autor należy do pokolenia i zakonu, który obecnie dzierży ster władzy w Watykanie, przy czym nie trudno zauważyć, że jest to recydywa mentalności sprzed pół wieku, gdy ci panowie przeżywali swój spóźniony wiekowo młodzieńczy bunt wraz z euforią nowości "soborowych". Osobiście miałem z tą mentalnością dość blisko (i też dość boleśnie) do czynienia podczas studiów seminaryjnych i uniwersyteckich, gdyż jest to pokolenie większości moich wychowawców i profesorów. 

Typowe jest także, iż ów jezuita na swoim profilu fb chwali się takim oto towarzystwem:


Bardziej quasi teologicznie i kościelnie wyznaje oczywiście modny obecnie "Kościół miłosierdzia":


Co to w praktyce oznacza - mianowicie dogłębne zakłamanie i obłudę - staje się wyraziste w jego wypocinach, gdy mówi o liturgii tradycyjnej dokładnie to:


Tak więc dowiadujemy się, że

- Paweł VI wprowadzając Novus Ordo upoważnił biskupów do prześladowania tych, którzy woleli pozostać przy liturgii tradycyjnej,

- Benedykt XVI odebrał biskupom to upoważnienie, przyznając każdemu kapłanowi prawo do celebrowania "Mszy trydenckiej" według upodobania,

- obecnie "jest czas", by przywrócić władzę biskupów nad "liturgią trydencką" w ich diecezjach, czyli praktycznie wydać wiernych swawoli biskupów, bez możliwości dochodzenia swojego prawa u Stolicy Apostolskiej,

- należy jasno postawić sprawę, że liturgia tradycyjna musi zaniknąć,

- można ją dozwolić jedynie dla starszych osób, które "nie rozumieją potrzeby zmiany",

- należy zakazać młodym ludziom uczęszczania na "Mszę trydencką". 

No cóż. Fałsz prawny, teologiczny i też odnośnie samych faktów jest tutaj na wybitnym poziomie i przypomina dość wyraźnie politykę reżimów komunistycznych wobec katolików i chrześcijan w ogóle. Ten człowiek swoją mentalnością żyje widocznie w rzeczywistości lat 60-ych i 70-ych ubiegłego wieku, gdyż nie przyjmuje do wiadomości, iż obecnie 80-90 % uczęszczających na liturgię tradycyjną to ludzie, którzy zostali wychowani w Novus Ordo oraz ich dzieci, które wzrastały w atmosferze wolności (przynajmniej i głównie teoretycznej) dla tej liturgii zwłaszcza od momentu wydania motuproprio "Summorum pontificum" w 2007 r. Dotyczy to także kapłanów sprawujących tę właśnie liturgię: jest to pokolenie święconych głównie po tym motuproprio i też niewiele starszych, którzy korzystali już z motuproprio "Ecclesia Dei" z 1988 r. 

Nasuwa się więc nieuchronne pytanie, jak x. Reese wyobraża sobie owo niepozwalanie na dostęp do "Mszy trydenckiej". Chce internować księży trydenciarzy? Czy tylko pozbawiać ich kontaktu z wiernymi, skazując na celebrowanie prywatne w ukryciu (co już miało miejsce za Pawła VI i znowu powraca)? Co chce zrobić z młodymi ludźmi, którzy obecnie dzięki internetowi mogą zapoznać się z tą liturgią i uczestniczyć w niej choćby na odległość? Czyż może postuluje cenzurę także w internecie, jeśli tak, to w jaki sposób? Czy zdaje sobie sprawę, iż liturgia tradycyjna jest sprawowana nie tylko w oficjalnych strukturach, lecz także w sieci kościołów i kaplic na całym świecie, począwszy od placówek Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, poprzez "ruch oporu" bpa Williamson'a i sedewakantystów, aż do lokalnych wspólnot i pojedynczych kapłanów? 

Głównym problemem jest jednak widoczny brak świadomości, jakie konsekwencje - przynajmniej psychologiczne - miałaby taka banicja liturgii tradycyjnej z oficjalnych struktur. Otóż świadczyłaby dokładnie o tym, co reprezentuje x. Reese: o nienawiści do Kościoła sprzed Vaticanum II. To by oznaczało opadnięcie masek "reformatorów", czyli ukazałoby prawdę o nich. A jak wiadomo ze słów Pana Jezusa, prawda wyzwala. 

Zaś o zasadniczej mentalności ateistyczno-komunistycznej świadczą następne słowa:

Tak więc x. Reese nie neguje wprawdzie Przeistoczenia chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, gdyż by się zdemaskował. Wystarczy powiedzenie, że jest to mniej ważne niż "przeistoczenie" ludzi w "ciało Chrystusa". Ciekawe jest także zdanie, iż "nie czcimy Jezusa w tym sensie", co już jest właściwie dość wyraźnym przyznaniem się do pośredniej negacji boskości Jezusa Chrystusa, gdyż zabezpieczający dodatek "w tym sensie" właściwie nic nie znaczy, gdyż nie jest powiedziane, czy i w jakim sensie Jezusowi Chrystusowi przysługuje oddawanie czci. Tak więc w całości to zdanie zawiera dość perfidną, podskórną negację zarówno Przeistoczenia jak też boskiej godności Jezusa Chrystusa, skoro Przeistoczenie i eucharystyczna Obecność Jezusa Chrystusa nie są najważniejsze i godne czci należnej Bogu. Mamy więc tutaj wypowiedzianą dość wyraźnie mentalność i motywy autorów, wyznawców i apologetów liturgii Novus Ordo, którym zresztą nie sposób odmówić sukcesu. Nie trzeba być bowiem wnikliwym analitykiem przemian w mentalności katolików w ciągu ostatniego półwiecza by dostrzec, iż nastąpił

- wyraźny, powszechny zanik wiary w eucharystyczną Obecność Jezusa Chrystusa, co jest widoczne w zaniku oznak czci należnej Bogu, zresztą forsowanym przez liturgię Novus Ordo,

- rozpowszechnienie mentalności sekciarskiej, gdzie interes grupy dominuje i przewyższa nie tylko dobro poszczególnych dusz, lecz nawet prawdy wiary i zdrowy rozsądek. 

Tym samym należy tutaj mówić o mentalności ateistyczno-komunistycznej w wersji pseudokatolickiej. 

W każdym razie:

Po pierwsze, jakikolwiek zakaz zarówno sprawowania jak też uczestniczenia w liturgii tradycyjnej byłby nielegalny, gdyż pozbawiony podstaw zarówno prawnych jak też teologicznych. Rozumniejsi pośród modernistów zdają sobie z tego sprawę i dlatego nie zakazują, a jedynie podstępnie i perfidnie szykanują. 

Po drugie, takowy zakaz byłby nieskuteczny i skazany na fiasko. Nawet jeśli by doszło do oficjalnego zakazu czy ograniczenia dostępu do liturgii tradycyjnej, to by to spowodowało wzmocnienie wszelkiego "podziemia", nie tylko poza oficjalnymi strukturami, lecz także w ramach struktur. Tutaj także będzie miało zastosowanie porzekadło: dłużej klasztora niż przeora. Jak wiadomo z historii Kościoła, wraz z nowym pontyfikatem może się w Kościele wiele zmienić, oczywiście także w drugą stronę. Młodzież współczesna jest wprawdzie naiwna, jak zawsze, ma jednak o wiele więcej możliwości szukania i poznawania prawdy, także odnośnie wiary i liturgii katolickiej. Tego jej nie można zabrać, chyba że nastąpi zupełna cenzura internetu także w sprawach kościelnych. Mimo pewnej manipulowalności, która wynika z braku doświadczenia i dojrzałości, wiek młodzieńczy charakteryzuje głównie wrażliwość na prawdę i szczerość, w tym także krytycyzm i odwaga w podważaniu stanu zastanego. Nie trzeba mieć wyjątkowej wiedzy teologicznej, by łatwo dostrzec, iż liturgia tradycyjna jest przejrzysta i prostolinijna w wyrażaniu wiary katolickiej. W niej każdy szczegół trzyma się prawd wiary, w przeciwieństwie do liturgii Novus Ordo, gdzie roi się od niejasności, sprzeczności i absurdów (począwszy od kierunku celebracji, aż do angażowania kobiet do służby ołtarza). 

W sumie dobrze, iż pojawiła się wypowiedź x. Reese'a. Ukazuje ona nerwowe konwulsje mentalności, która przynajmniej podświadomie czuje, że przegrywa, i dlatego właśnie chce sięgać po przemoc zakazów. Z charakterystycznym dla modernizmu zaćmieniem zdrowego rozsądku nie zauważa przy tym własnej groteskowości. 

Jaki jest status objawień w Akita?



Zostałem zapytany, jakie jest stanowisko Kościoła odnośnie objawień w Akita z 1973 r. Nie zajmowałem się nimi bliżej. Dopiero napastliwy text byłego redaktora naczelnego znanego portalu pseudokatolickiego stał się powodem do bliższego przyjrzenia się sprawie: 




Według jezuity:

1. Jest to "kolejne fałszywe objawienie". 

2. Brak imprimatur, ponieważ potwierdzenie przez biskupa miejsca faktyczności opisanych wydarzeń nie jest orzeknięciem o pochodzeniu od Boga. 

3.  Ani Kongregacja Nauki Wiary, ani komisja powołana przez arcybiskupa Tokio (który nie jest ordynariuszem diecezji miejsca wydarzenia) "nie uznała".

4. Treść objawień to "plagiaty z fragmentów z wcześniejszych". 

5. Zapowiedź kary jest sprzeczna z Księgą Rodzaju 8,21 ("Gdy Pan poczuł miłą woń, rzekł do siebie: «Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem"). 

6. Fałszywie jest podawana roli Mariji jako powstrzymującej gniew Boży. 

7. Zapowiedź, że jedyną bronią będzie "różaniec i znak mojego Syna", jest fałszywa, bo "to nieprawda". 

8. Zapowiedź, że: "szatan przeniknie do Kościoła w taki sposób, że kardynałowie wystąpią przeciw kardynałom, biskupi przeciw biskupom. Kapłani, którzy mnie czczą będą pogardzani i wystąpią przeciwko nim współbracia" jest "bardzo niebezpieczna", ponieważ "bardzo sprzyja tworzeniu podziałów w Kościele i wystawia tę przestrogę na dowolną interpretację". 


Warto najpierw zapoznać się z tym, co wiadomo o Akita. Zasadnicze informacje odnoście tych objawień można łatwo znaleźć w necie. W skrócie podstawowe powszechnie uznane fakty:




Natomiast niejasności i po części rozbieżności dotyczą stanowiska władz kościelnych:




Ta kwestia wydaje się być wyjaśniona na stronie angielskiego historyka i wydawcy książek w tematyce mariologicznej, Donal Anthony Foley, autora m. in. bardzo solidnej książki o fałszywych objawieniach w Medjugorje: 




Autor wyjaśnia, jak dokładnie kwalifikuje objawienia w Akita, mianowicie jako niepotwierdzone w sensie takim, że mają pewne "słabe" zatwierdzenie w postaci niepotępiającego listu biskupa miejsca, jednak nie jest to jednoznaczne z oficjalnym uznaniem przez Kościół:


Należy mieć na uwadze, że nie oznacza to odrzucenia przez Kościół w sensie orzeczenia o nienadprzyrodzonym pochodzeniu. Takie orzeczenie - dla koniecznej ochrony wiernych przed błędami przeciw wierze i moralności - musiałoby mieć miejsce, gdyby była choćby jedna pewna przesłanka zaprzeczająca pochodzeniu od Boga, jak np. brak wiarygodności osoby wizjonerki (choroba psychiczna czy kłamstwo) czy sprzeczność z Bożym Objawieniem. Mamy więc, dokładnie biorąc, do czynienia jedynie z brakiem oficjalnego uznania nadprzyrodzonego pochodzenia, a nie z orzeczeniem o braku nadprzyrodzonego pochodzenia. Temu nie może zaprzeczyć także o. Piórkowski, choć próbuje orzekać samodzielnie. Tym samym pierwszy jego argument - brak kościelnego uznania w znaczeniu negatywnej oceny - należy uznać za chybiony. 

Można by ten wątek rozwinąć, analizując znane i potwierdzone wypowiedzi przedstawicieli hierarchii. Należy mieć na uwadze, że pośród wszystkich wypowiedzi na temat objawień w Akita dokumentem najwyższej rangi jest list biskupa miejsca:


Nieco więcej tutaj i tutaj.

Biskup Ito widocznie osobiście raczej wierzył w autentyczność objawień, aczkolwiek z jakichś przyczyn nie wydał oficjalnego dekretu ich uznania. Na wydanie takiego dekretu musiałby mieć zgodę Stolicy Apostolskiej i pośrednio także innych biskupów japońskich, gdyż sprawa dotyczy także ich wiernych. Uznanie objawień miałoby poważny wpływ na myślenie i pobożność katolików i też niekatolików głównie w Japonii. Wygląda na to, że sprzeciw miał miejsce ze strony biskupów w Japonii. Powody mogły być różne. Nie są znane żadne zarzuty czy zastrzeżenia doktrynalne ani moralne, ani ze strony innych biskupów czy teologów japońskich, ani z strony Stolicy Apostolskiej. 

Stanowisko ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kardynała Ratzinger'a, jest sprecyzowane tutaj:


Tym samym biskup Ito otrzymał pośrednie poparcie dla swojej linii wobec objawień w Akita. 

Wiadomo natomiast, że ówczesny arcybiskup Tokio, który widocznie sprzeciwiał się uznaniu autentyczności objawień w Akita, miał specyficzne powiązania. Otóż był związany zarówno z jezuitami, którzy pionierami destrukcji katolicyzmu w Japonii, jak też z Niemcami - jako członek paramasońskiej korporacji niemieckiej (źródło tutaj):


Znamienne jest także, że jego herb biskupi nie zawiera zupełnie żadnego symbolu chrześcijańskiego:



Przyjrzyjmy się poszczególnym tezom o. Piórkowskiego.

1. Apodyktyczne orzeknięcie przez niego fałszywości jest groteskowe, skoro mimo długoletnich badań nie ma takiego orzeczenia władz kościelnych pod względem doktrynalnym. Postawa władz kościelnych jest raczej wyczekująca, widocznie także z powodów taktycznych, by nie przyczyniać się do rozwieszczania treści objawień. 

2. Już samo pozwolenie przez biskupa miejsca na rozpowszechnianie treści objawień oraz napisanie listu polecającego jest nawet mocniejszym wyrazem uznania niż urzędowa forma imprimatur, gdyż imprimatur jest jedynie aktem urzędowym, który może wykonać także urzędnik kurii, nie koniecznie biskup miejsca osobiście. 

3. Jak już wyżej wyjaśniłem, brak oficjalnego dekretu uznającego nie oznacza odrzucenia autentyczności i jej nie wyklucza. 

4. To jest także przynajmniej pochopny zarzut. Gwoli przyzwoitości o. Piórkowski musiałby najpierw wykazać dosłowne czy przynajmniej treściowe zapożyczenia. Nie czyni tego. Tym samym popełnia zwykłe oszczerstwo. 

5. Objawienia nie zapowiadają zgładzenia tego typu, co potop opisany w Księdze Rodzaju. Ponadto o. Piórkowski popełnia błąd biblicyzmu, używając jednego fragmentu Pisma św. w oderwaniu od kontextu i całości Bożego Objawienia w jego właściwym znaczeniu. Wszak w Nowym Testamencie zapowiadane są także cierpienia kary Boże. 

6. Co do roli Mariji to należałoby najpierw sprawdzić, czy i na ile książeczka, którą posługuje się o. Piórkowski, podaje autentyczną treść objawień z Akita. Nierzadko się bowiem zdarza, że nadgorliwy wydawca, dla podniesienia sensacyjności książki "ulepsza" ją własnymi dodatkami. 

7. Powiedzenie, że coś jest "nieprawdą", nie zwalnia z obowiązku wykazania nieprawdziwości. Tego o. Piórkowski nie czyni. Jeśli taka zapowiedź znajduje się w objawieniach, to może ona oznaczać, że katolicy zostaną pozbawieni sakramentów. Wówczas pozostanie im de facto tylko modlitwa na różańcu oraz znak krzyża. 

8. Powiedzenie, że coś jest niebezpieczne, jest czymś zupełnie innym niż stwierdzenie nieprawdziwości. Np. powiedzenie komuś, że umrze na nowotwór, może go doprowadzić do depresji czy nawet samobójstwa, nawet jeśli jest to prawdziwa, oparta na prawdziwych przesłankach zapowiedź. 

Fałszywe jest na pewno stawianie jedności i jednomyślności na pierwszym miejscu. Już św. Paweł powiedział, że podziały są nieodzowne (1 Kor 11, 19):



Podsumowując:
Atak o. Piórkowskiego na objawienia w Akita jest kolejnym przykładem niekompetencji teologicznej, zakłamania i manipulacji w wykonaniu prominentnego przedstawiciela jezuitów w Polsce. Zamiast rzetelnego przedstawienia problemu oraz wyrażenia opinii teologicznej w sprawie, mamy niestety do czynienia ponownie z oszukiwaniem odbiorców na doraźny użytek: zwalczania u wiernych trzeźwego myślenia i autentycznej pobożności katolickiej. 



P. S. 

Notabene. Portal, którego szefem był o. Piórkowski, jeszcze 2 lata temu podawał, że objawienia w Akita zostały uznane przez Kościół: 



Cóż. Notoryczny kłamca zaplącze się w swoich kłamstwach wcześniej czy później.