Zasady komentowania: bez anonimowych komentarzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sedewakantyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sedewakantyzm. Pokaż wszystkie posty

Czy zasadne jest przyjmowanie święceń warunkowych (sub conditione)? (z aktualizacją)


W związku z działalnością tzw. ruchu oporu (FSSPXR) w Polsce byłem pytany wielokrotnie o opinię. To grono zresztą widocznie pilnie śledzi bloga i nie tylko. 

Najpierw informacje ogólne w skrócie dla tych P. T. Czytelników, którym sprawa jest zupełnie obca. 

Otóż chodzi o grupę, której duchowym przywódcą jest były członek FSSPX czyli Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X, biskup Richard Williamson, który w sierpniu 2022 r. udzielił - według podanej po czasie informacji - sakry biskupiej Polakowi, Michałowi Stobnickiemu, a wcześniej, w 2017 r. udzielił był temuż święceń prezbiteratu. O przyjęciu przez tegoż niższych święceń nic nie wiadomo. Wszystko wskazuje na to, że ów nie odbył formacji seminaryjnej wymaganej od Soboru Trydenckiego przez prawo kanoniczne, ani nawet nie ukończył jakichkolwiek studiów teologicznych. Wiadomo tylko, że bp Michał Stobnicki ukończył studia prawnicze oraz pracował do niedawna jako prawnik, prowadząc od 2018 r. - czyli już po przyjęciu święceń prezbiteratu - własną kancelarię:



O ile zarabianie na życie w świeckim zawodzie, jeśli jest konieczne i tylko w koniecznym zakresie, można by pod tym warunkami usprawiedliwić moralnie i teologicznie, o tyle brak formacji seminaryjnej oraz brak jakichkolwiek studiów teologicznych jest nie do pogodzenia z zasadami Kościoła nawet w sytuacji nadzwyczajnej, z jaką mamy do czynienia obecnie. Tym samym oczywiste jest, że bp Williamson zadziałał wbrew nie tylko prawu kanonicznemu (zarówno przed- jak i posoborowemu), lecz także w sprzeczności z odwiecznymi zasadami Kościoła co do udzielania sakramentu święceń. Wprawdzie obowiązek przejścia przez conajmniej 4-letnią (przynajmniej tyle trwają studia teologii) formację w seminarium duchownym przed udzieleniem święceń wyższych jest wiążący dopiero od Soboru Trydenckiego, jednak zawsze obowiązywały kryteria solidnego przygotowania duchowego, teologicznego i praktycznego do przyjęcia święceń pod nadzorem biskupa miejsca, nawet jeśli odbywało się to na poziomie parafii, czyli we wspólnocie starszych duchownych. 

Równocześnie, tzn. w ostatnich około dwóch latach, kilku starszych już wyświęconych w Novus Ordo duchownych (salezjanie x. Jacek Bałemba, x. Dariusz Kowalczyk, oraz misjonarz św. Wincentego a Paulo x. Włodzimierz Małota) przyjęło tzw. święcenia sub conditione (czyli warunkowe) z rąk czy to bpa Williamsona czy też bpa Stobnickiego (szczegóły nie są podawane, jest tylko ogólna informacja podana przez tego ostatniego). Jak należy te fakty ocenić? 

Znamienne jest, że nikt z tych osób nie podał uzasadnienia tych kroków, czyli zarówno udzielenia święceń Michałowi Stobnickiemu wbrew wszelkim zasadom Kościoła, jak też kilku kapłanom wyświęconym już niegdyś w Novus Ordo. Mówi się jedynie ogólnie i mgliście o zaradzeniu niepewności. Z czego ta niepewność wynika i na czym polega, nie jest podawane. Czy wynika z sakramentalnej nieważności zreformowanej sakry biskupiej, czyli z tego, że biskupi Novus Ordo nie są sakramentalnie ważnymi biskupami, czy raczej z braku intencji w udzielaniu przez nich święceń, mimo że są ważnie wyświęconymi biskupami? Są to istotne pytania. W każdym razie sieje się w ten sposób niepewność wśród wiernych, a równocześnie buduje się własną rangę dzięki zapewnieniu sobie - jak twierdzą - niewątpliwych sakramentalnie święceń prezbiteratu i w przypadku M. Stobnickiego także episkopatu. 

W sporze co do ważności sakry biskupiej według obrzędu wprowadzonego przez Pawła VI nie jestem w stanie się wypowiedzieć teologicznie, gdyż jeszcze nie zgłębiałem tematu. O ile wiem, ani FSSPX ani bp R. Williamson generalnie nie negują sakramentalnej ważności tego obrzędu. Pozostaje więc kwestia intencji, czyli wątpliwości z powodu możliwego braku właściwej intencji u biskupa Novus Ordo, zakładając sakramentalną ważność formy, czyli modlitwy konsekracyjnej. 

Ta kwestia prowadzi nieuchronnie do sprawy ważności sakry biskupiej przyjętej przez abpa Marcel'a Lefebvre'a, która podnoszona jest przez część biskupów sedewakantystycznych (z których większość wywodzi się z byłych członków jego "bractwa" czyli FSSPX) oraz ich środowiska teologiczne i publicystyczne. Zwracają oni uwagę na fakt, że kardynał Achille Liénart z Lille, od którego Marcel Lefebvre przyjął święcenia zarówno prezbiteratu jak też episkopatu, nie tylko należał do zdeklarowanego skrzydła liberalnego i modernistycznego w episkopacie francuskim, lecz był masonem (więcej tutaj). Ten fakt potwierdził sam abp M. Lefebvre, a także jego duchowi synowie jak x. Szymon Bańka FSSPX (więcej tutaj). 

Nawet jeśli - jak twierdzi x. Sz. Bańka w imieniu FSSPX - współkonsekratorzy sakry udzielanej wspólnie abp M. Lefebvre'owi przez kard. A. Liénart‘a byli w stanie zapewnić prawidłową intencję i tym samym ważność udzielania, to jest problem z ważnością udzielenia przez Liénart'a święceń prezbiteratu, gdyż w tym stopniu święceń nie ma współkonsekratorów, którzy mogliby zapewnić prawidłowość intencji i ważność. Wszak wiadomo, że sakrę biskupią może przyjąć ważnie jedynie ważnie wyświęcony prezbiter. Jeśli Marcel Lefebvre był wątpliwie wyświęcony na prezbitera, to został także wątpliwie wyświęcony na biskupa, nawet jeśli współkonsekratorzy mieli prawidłową intencję. 

Jeśli więc istnieją poważne poszlaki, że kard. Liénart był masonem (o dowody jest bardzo trudno, ich zdobycie jest praktycznie niemożliwe, gdyż członkostwo w masonerii jest przez nią objęte ścisłą tajemnicą, za której złamanie wymierzana jest śmierć skrytobójcza), to także ważność święceń przyjętych przez abpa M. Lefebvre'a i w konsekwencji też udzielanych przez niego należy uznać za wątpliwą bądź przynajmniej moralnie niepewną. Dlatego przyjęcie z tej linii jakichkolwiek święceń sub conditione nie zaradza wątpliwości i niepewności, wbrew temu, co twierdzą wyznawcy FSSPX oraz FSSPXR (czyli "ruchu oporu"). 


Post scriptum 1

W reakcji na niniejszy wpis pojawiło się sporo reakcyj, dość często niemerytorycznych i złośliwych. Pojawiły się też jednak komentarze, próbujące obalić wątpliwości co do ważności linii abpa M. Lefrebvre'a, co widać w komentarzach. Jeden z nich wskazuje na następującą apologię:

https://martyr.pl/zagadnienie-waznosci-swiecen-arcybiskupa-lefebvrea/

Odpowiadam:

Text jest na słabym poziomie, gdyż jest to bardziej perswazja niż rzetelna argumentacja.

Po pierwsze, z tego, że mason może święcić ważnie, nie wynika wcale, że każdy mason święci ważnie.

Po drugie, zupełnie inne są przypadki Talleyrand'a i Lienart'a. Ten pierwszy był widocznie niewierzący i bez powołania, i działał we własnym interesie. Ten drugi natomiast był zagorzałym modernistą, który dążył do wewnętrznego zniszczenia Kościoła. 

Po trzecie, zewnętrzne spełnienie formy nie jest dowodem na spełnienie intencji. Dla oceny intencji konieczne jest uwzględnienie także innych okoliczności, jak zwłaszcza całość działań szafarza. 

Po czwarte, skoro postuluje się przyjmowanie święceń sub conditione dla zaradzenia niepewności czy wątpliwości, to nie należy przyjmować z linii obciążonej jakąkolwiek wątpliwością czy niepewnością, a taką jest linia abpa M. Lefebvre'a. 


Post scriptum 2

Tzw. ruch oporu (FSSPXR) w Polsce dzielnie się broni przed moimi (i nie tylko) zarzutami, głównie co do braku formacji seminaryjnej oraz studiów teologicznych Michała Stobnickiego, namaszczonego na przywódcę oporników w Polsce przez wielbiciela Władimira Pucin'a - bpa Richard'a Williamson'a. Otóż "biskup"-opornik Stobnicki twierdzi, że 

- Codex Iuris Canonici z 1917 r. (can. 972) nie nakłada ścisłego obowiązku formacji w seminarium

- pan Stobnicki studia teologii "zgodnie z decyzją J. E. Ks. Bp. Roberta McKenny OP (...), który skorzystał z możliwości przewidzianych przez prawo kanoniczne w kanonie 972 Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 roku, odbywał poza seminarium". 

Jednak "biskup"-opornik Stobnicki ani nikt z jego wyznawców nie odpowiada na następujące istotne pytania:

1. Który to ordynariusz udzielił panu Stobnickiemu wymaganą w tymże kanonie dyspensę od obowiązku przebywania w seminarium podczas studiów teologicznych i z jakiej to poważnej przyczyny?

2. Który to kapłan sprawował nad nim wymaganą w tym kanonie pieczę formacyjną, tzn. u którego kapłana pan Stobnicki odbywał formację duchowną?

3. Kto wystawił panu Stobnickiemu świadectwa ze zdanych egzaminów (o ile one w ogóle istnieją)?

4. Kto przeprowadził scrutinium przed dopuszczeniem go bo święceń (wygląda na to, że nikt)?

5. Kto i kiedy udzielił mu święceń niższych, subdiakonatu i diakonatu? Dlaczego nie zostało to nigdy ogłoszone publicznie, by każdy znający ewentualne przeszkody mógł wnieść sprzeciw (jak tego wymaga prawo)?

Te pytania są istotne i stawianie ich jest niezbędne, gdyż udzielanie sakramentu święceń jest jednym z aktów publicznych Kościoła o najwyższej randze. Chodzi bowiem zarówno o godziwość, ważność i powagę udzielenia ich panu Stobnickiemu, jak też o wiarygodność i prawowierność jego działalności. Póki co, wygląda na to, że formuje się sekta, która skupia w sobie najgorsze znamiona lefebvryzmu, zwodząc i oszukując katolików szukających nieskażonego modernizmem nauczania wiary oraz pewnych co do ważności sakramentów. 

Udzielenie święceń komuś takiemu jak pan Michał Stobnicki świadczy o zupełnym pogubieniu bpa Richard'a Williamson'a, który widocznie gardzi już nawet najbardziej elementarnymi zasadami Kościoła. Gdyby udzielił sakry komuś takiemu jak x. Jacek Bałemba, czy choćby któremuś innemu z tej trójki "sub conditione", to byłoby to choćby szczątkowo zgodne z zasadami Kościoła, gdyż każdy z nich przeszedł formację seminaryjną, ukończył studia teologiczne i wykazał się jakąś działalnością dla Tradycji Kościoła. Jest zupełnie niezrozumiałe, jak oni mogą godzić się na to, że ktoś taki jak pan Stobnicki jest ich quasi przełożonym czy pseudordynariuszem (najwyżej honorowym). Postawienie kogoś takiego nad nimi świadczy o zupełnym braku już nawet wyczucia i choćby śladowego zdrowego rozsądku. Swoją drogą ciekawe, czym pan Stobnicki podbił serce Richard'a Williamson'a. W każdym razie to środowisko okrutnie śmierdzi sekciarstwem. Aż żal bierze, że w coś takiego dali się wmanewrować tacy trzej kapłani. Wygląda na to, że Stobnicki ich skusił święceniami "sub conditione", żeby następnie nimi rządzić. Stąd taka wściekła reakcja na moje uwagi i zastrzeżenia. 


Post scriptum 3

Opornicy gorliwie opluwają moją skromną osobę, zarzucając mi m. in. kłamstwo. Otóż twierdzą, że "kołatałem" do drzwi "ruchu oporu", a temu teraz zaprzeczam. Dowodem rzekomego kłamstwa z mojej strony jest wiadomość wysłana z polecenia człowieka, z którym miałem kontakt na pejsbuku, a który w międzyczasie zupełnie zniknął i nie mogę znaleźć nawet korespondencji z nim na pejsbuku. Oto wiadomość wysłana przeze mnie do Stobnickiego, na którą zresztą nie otrzymałem żadnej odpowiedzi:


Jak widać, to ma dokładnie zero wspólnego z kołataniem do drzwi "ruchu oporu". Ów pan M. S. wyznał mi, że korzysta z posługi Stobnickiego, a wówczas nawet nie było wiadome, że Stobnicki jest rzekomo biskupem. Pan M. S. bardzo miło do mnie pisał, więc uznałem, że chętnie przy okazji poznam duchownego, któremu on ufa. Tyle. Nic więcej. Wtedy nawet nie wiedziałem, że istnieje w Polsce coś takiego jak "ruch oporu". 

Tak więc ponowie okazuje się, że jest to grono mitomanów z tendencją do oszukiwania publiczności. To są objawy poważnej patologii duchowej, być może też psychicznej. 



Post scriptum 4

Pewien mocno oburzony P. T. Czytelnik raczył wysłać następujący komentarz:


Odpowiadam:
W takim razie proszę o dowody na to, że np. Walter Kasper jest masonem i nie ma czy nie miał intencji ważnego udzielania święceń. I proszę zapytać x. Karl'a Stehlin'a, czy w przypadku, gdyby do FSSPX chciał wstąpić ktoś wyświęcony przez Walter'a Kasper'a, to czy FSSPX wymagałoby od niego przyjęcia święceń sub conditione. Otóż znam osoby, którym x. K. Stehlin powiedział, że w takich przypadkach FSSPX udziela święceń sub conditione. To jest co do istoty taka sama sytuacja, tyle że w odniesieniu do ważności święceń udzielanych przez kard. Lienart'a.

Czy katolik musi uznawać papieża?


Autor tego pytania chyba jednak nie rozumie, lecz powtarza quasi magiczne hasła i tezy wyczytanie w literaturze tzw. sedewakantystów. Wyjaśniam:

1. Władza papieska jest ograniczona zarówno co do nauczania jak też co do jurysdykcji. Granice wynikają zarówno z prawd Bożego Objawienia jak też z prawa moralnego zarówno objawionego jak też naturalnego. To właśnie powinien uznawać katolik, gdyż to jest przedmiot wiary katolickiej, i według tych zasad powinien rozumieć i stosować się do tego, co mówi i czyni dany papież. Katolicyzm nie jest sektą papistyczną, tym bardziej nie wojtyliańską, ratzingeriańską, bergogliańską itd., gdzie dany przywódca dowolnie decyduje o tym, co jest dobre, a co złe.

2. Nikt samodzielnie nie jest w stanie prawomocnie osądzić, czy dana osoba jest czy nie jest papieżem. Wyboru papieża dokonuje gremium ustanowione kościelnoprawnie - a nie przez Boże Objawienie - i jest to w historii Kościoła zmienne gremium, czyli obecnie konklawe złożone z kardynałów, którzy nie przekroczyli 80ego roku życia. To oni stwierdzają legalność bądź nielegalność dokonanego wyboru, czyli czy wybrana osoba została legalnie wybrana i tym samym legalnie obejmuje urząd papieski. NIC więcej. Z tego stwierdzenia nie wynika w żaden sposób, że dana osoba nie może przestać być papieżem np. wskutek popadnięcia w herezję czy ujawnienia już wcześniej istniejącej czy zaistniałej heretyckości.

3. Jakby magiczne jest w tym kontekście słowo "uznawać". Nie jest ono we właściwym sensie ani kanoniczne ani teologiczne. Jak już wskazałem, orzekanie co do legalności wyboru i objęcia urzędu należy do kompetencji kardynałów. Na tym orzeczeniu zasadza się przyrzeczenie szacunku i posłuszeństwa składane przez kardynałów zaraz po wyborze na konklawe (tzw. homagium). To jest uroczysty gest, który ma symboliczne znaczenie, ale nie istotne. Istotne dla życia Kościoła jest posłuszeństwo dla nauczania i zarządzeń danej osoby, a tutaj już normalny i nieodzowny jest proces osądu sumienia co do tego, czy można, wolno, należy zgodzić się i postępować według danego nauczania czy zarządzenia. Tutaj właśnie nadrzędną normą dla katolika są prawdy wiary, które są stałe i niezmienne, podczas gdy nauczanie papieży może być przynajmniej w jakiejś mierze zmienne i względne. Stąd wynika podstawowa zasada teologii katolickiej, mająca wprost przełożenie na decyzje i życie każdego katolika (wyrażona w sposób klasyczny przez słynną sentencję św. Wincentego z Lerynu: quod semper, ubique et ab omnibus creditum):

To, co stałe i niezmienne, ma być uznawane i stawiane ponad tym, co zmienne, zwłaszcza ponad tym, co jest nowe. 

Wagi tej zasady są dobrze świadomi moderniści i dlatego właśnie forsowali i forsują wszelkie zmiany właśnie po to, by podważyć nadrzędność i normatywność tego, co obowiązywało zawsze. Innymi słowy: usiłują oni wmówić katolikom przynajmniej pośrednio, że wszystko w Kościele jest zmienne. 

Tutaj są trzy główne wersje zmienności: 
- zmienność indywidualna, czyli poddanie własnemu osądowi, 
- zmienność kolektywna, czyli poddanie osądowi grupowemu czy społecznemu (tzw. duch czasu), oraz 
- zmienność hierarchiczna, czyli zarządzona z góry przez władzę kościelną, zwłaszcza przez papieża czy sobór. 

Każda z tych wersji jest zgubna i błędna, choć zawiera w sobie jakieś ziarno prawdy o Bożym Objawieniu i jego przekazywaniu. Problem polega natomiast na odpowiednim wyważeniu zarówno wzajemnej proporcji jak też stosunku do tego, co niezmienne. 

Podsumowując:

Katolik ma obowiązek uznawania tego, co jest niezmienne w Kościele, także co do swojego miejsca i kompetencji (także w orzekaniu co do osób sprawujących urzędy kościelne). Równocześnie katolik ma prawo, a nawet obowiązek sprzeciwienia się nowościom, choćby nawet były narzucane odgórnie czy przez większość społeczną. Nie przeczy to posłuszeństwu kościelnemu, lecz jest jego wyrazem i realizacją. 

Czy sedewakantyzm jest herezją? (uzupełnione)


Według teologii katolickiej oraz prawa kanonicznego herezją jest odrzucenie choćby jednej z prawd wiary katolickiej.

W kwestii sedewakantyzmu nie jest mi znane żadne orzeczenie władz kościelnych, ani Stolicy Apostolskiej ani władz diecezjalnych. Są jedynie dekrety dotyczące poszczególnych osób, zwłaszcza duchownych, którzy publicznie ogłosili się sedewantystami. Nie ma natomiast dokumentu odnośnie sedewakantyzmu ogólnie. Jest to o tyle zrozumiałe, że jest to zjawisko nowe, gdyż pojawiło się dopiero po Vaticanum II. Zrozumiałe jest też, że władze kościelne preferują przemilczanie i ignorowanie, żeby nie nadawać sprawie rozgłosu. Ponadto jest tyle sporów zarówno pomiędzy sedewakantystami (głównie odnośnie ważności danej linii sakry biskupiej) jak też między nimi a innymi ugrupowaniami wyznającymi Tradycję katolicką, zwłaszcza Bractwem Kapłańskim Św. Piusa X (oraz jego pochodnymi), że polemika z pozycji modernistycznej jest taktycznie właściwie zbędna. Zresztą moderniści musieliby walczyć nie na swoim terenie, gdyż dyskusja w tej kwestii wymaga dobrej znajomości teologii katolickiej, tym bardziej przyjmowania prawdy wiary o nieomylności Kościoła i papiestwa.

Tak więc w odpowiedzi należy samodzielnie stosować ogólne kryteria teologii i kanonistyki katolickiej. Po krótce:

1. Kwestia, kto jest papieżem, względnie czy dana osoba jest papieżem, w sposób oczywisty nie należy do dziedziny prawd wiary katolickiej. Tym samym błędne zdanie w tej kwestii nie jest herezją.

2. Kwestia ta dotyczy jedności hierarchicznej, czyli podległości prawowitej władzy. Sprawa jest o tyle złożona, że nie chodzi o podległość papieżowi generalnie i zasadniczo, lecz o to, czy dana osoba jest papieżem. Dlatego sedewakantyzm jest stanowiskiem schizmatyckim warunkowo, mianowicie wtedy, gdy błędne jest twierdzenie, że nie ma papieża.

3. Sednem problemu jest twierdzenie, że nie ma papieża. Sedewakantyści argumentują

- prawdą wiary o nieomylności Kościoła oraz papieży w nauczaniu ex cathedra, oraz

- sprzecznością między nauczaniem Magisterium Kościoła przed i po Vaticanum II.

Tych, którzy uznają Vaticanum II oraz papieży począwszy od Jana XXIII uważają za heretyków z powodu godzenia się na tę sprzeczność.

Dlatego kluczową kwestią jest wykazanie tej sprzeczności. Zresztą czyni to także Bractwo Św. Piusa X oraz wspólnoty afiliowane i pochodne. Tutaj sedewakantyści zarzucają brak konsekwencji i praktyczne lekceważenie urzędu papieskiego, skoro wytyka się jemu błędy doktrynalne. W tym miejscu stanowisko sedewakantystyczne jest zgodne ze stanowiskiem modernistycznym: wszelkie nauczanie urzędowe powinno zostać bezwzględnie przyjęte.

Sedewakantyzm reprezentuje jednak inne rozwiązanie niż modernizm postulujący bezwzględną uległość dla nowości, mianowicie zanegowanie prawomocności sprawowania urzędu przez hierarchię tzw. (po)soborową. Uzasadnieniem jest popadnięcie w herezję poprzez sprzeczność względem tradycyjnego nauczania i dyscypliny Kościoła.

Oczywiście należy docenić gorliwość w trosce o wierność wierze katolickiej. Tym niemniej tkwi tutaj istotny problem, mianowicie sprawa orzekania o popadnięciu w herezję przez daną osobę, konkretnie przez sprawującego urząd papieski. Takie orzeczenie jest aktem rządzenia czyli wykonywania władzy kościelnej. Według eklezjologii katolickiej podmiotami tej władzy są następcy Apostołów czyli biskupi wraz z papieżem. Wiadomo, że odnośnie popadnięcia kogoś w herezję orzeczenie takie wydaje biskup miejsca, a ostatecznie papież. W historii Kościoła, zwłaszcza w starożytności, czynili to zwykle biskupi należący czy to danej prowincji kościelnej czy zebrani na soborze powszechnym. Nie ma natomiast całkowitej zgodności między teologami odnośnie przypadku popadnięcia papieża w herezję. Jest zgodność co do tego, że także papież popadający w herezję automatycznie traci swój urząd, tzn. przestaje być papieżem, ponieważ herezja powoduje automatyczną exkomunikę czyli wykluczenie z jedności Kościoła Chrystusowego. Ze względu na małe prawdopodobieństwo takiej sytuacji - w historii Kościoła nie było przypadku poważnego podejrzenia popadnięcia papieża w herezję - nie ma skodyfikowanych procedur kanonicznych na taki wypadek. Jednak wystarczą procedury zwykłe, przewidziane dla innych osób i praktykowane stale w Kościele, mianowicie

- postawienie zarzutów,

- danie możliwości obrony, oraz

- wezwanie do odwołania heretyckich poglądów.

Taka jest praktyka Kościoła od wieków, poświadczona stale we wielu przypadkach. Stosowano ją nie tylko na soborach. X. prałat Wilhelm Imkamp, historyk Kościoła i konsultor dykasterij watykańskich, zaprzyjaźniony z wieloma kardynałami i biskupami, wskazał na przykład kardynała Francesco Albizzi'ego, inkwizytora, który wezwał urzędującego papieża Innocentego XI po jego świeckim nazwisku Odescalchi do stawienia się przed Trybunałem Świętego Oficjum. Było to zupełnie normalne i nie napotkało żadnego sprzeciwu.


W swoim dziele De inconstantia (cap. IV, 14-17) powołując się na dotychczasowe opinie teologów uznał za nierozstrzygnięte, czy papież może popaść w herezję:




W tej kwestii nie zaszła istotna zmiana w nauczaniu teologów katolickich, gdyż wchodzi w grę rozróżnienie między urzędowym nauczaniem wiary, zwłaszcza materialnie i formalnie nieomylnym, a wiarą papieża jako osoby prywatnej. Innymi słowy: teologicznie nie jest wykluczone, że papież jako osoba prywatna może popaść w herezję. Jednak orzeczenie tego faktu wraz ze skutkami prawnymi nie leży w gestii każdego, lecz jest zadaniem w kompetencji władzy hierarchicznej.

Tak więc chodzi ostatecznie o właściwe rozumienie oraz respektowanie ustroju Kościoła pochodzącego od Boga. Innymi słowy: jedynie władza kościelna jest kompetentna w sprawie orzekania o herezji wraz ze skutkami prawnymi, co także w przypadku papieża oznacza utratę urzędu. Samowładne orzekanie w takiej sprawie jest uzurpacją i anarchią, której korzeniem jest albo nieznajomość eklezjologii katolickiej (czyli ignorancja) albo jej odrzucanie na podobieństwo protestanckiej negacji hierarchiczności Kościoła.

Oczywiście generalnie nie można negować dobrej woli zwolenników sedewakantyzmu. Docenić należy także nierzadką w takich kręgach znajomość tradycyjnej teologii oraz dokumentów Kościoła. Jednak sama dobra wola nie usprawiedliwia braku respektowania ustroju Kościoła, tudzież braku ufności w Bożą Opatrzność prowadzącą Kościół przez wieki.



Post scriptum 


W pewnej polemice pojawił się zarzut w oparciu o fragment z podręcznika x. Sieniatyckiego (Zarys dogmatyki katolickiej, t. III, s. 223-224). Spójrzmy na to miejsce:


Już pobieżne spojrzenie pozwala zauważyć, że zarzut jest nie na miejscu, gdyż wypowiedź x. Sieniatyckiego raczej potwierdza powiedziane powyżej. Nie chodzi bowiem o zdanie, że dana osoba - Pius XI - jest papieżem, lecz o to, że wybrana prawowicie osoba (w tym wypadku Pius XI) jest papieżem. Innymi słowy: chodzi o wiarę w to, że Prymat Piotrowy, którego trwałe istnienie jest prawdą objawioną, trwa aktualnie w Piusie XI oraz w każdym innym prawowicie wybranym papieżu. Zdanie przeciwne byłoby zaprzeczeniem tego trwania i tym samym byłoby sprzeczne z dogmatem o trwaniu Prymatu Piotrowego. Nie oznacza to jednak, jakoby zdanie o byciu papieżem przez Piusa XI było prawdą objawioną, a tym samym zaprzeczenie mu herezją w sensie właściwym (czyli bezpośrednim zaprzeczeniem prawdy objawionej), gdyż herezja zawsze dotyczy prawdy objawionej. Prawdą obowiązującą we wierze nadprzyrodzonej jest faktyczne trwanie Prymatu Piotrowego w Kościele widzialnym. Ma to oczywiście konsekwencje dla stosunku wobec danego papieża: ten stosunek jest praktycznym zastosowaniem wiary nadprzyrodzonej w dogmat o trwaniu Prymatu Piotrowego. Jednak odrzucenie prawowitego papieża nie jest herezją, lecz grzechem przeciw wierze.

Tak więc cytat z podręcznika x. Sieniatyckiego świadczy na niekorzyść sedewakantystów: odrzucenie przez nich danego papieża jest - w powierzchownym i niesolidnym zastosowaniu tej argumentacji - odrzuceniem wiary nadprzyrodzonej. 

Pozostają jednak kwestie:
- prawowitości wyboru danego papieża, oraz
- braku skuteczności wyboru względnie utraty urzędu wskutek herezji.

Są to istotne dla sprawy kwestie, od których zależy definitywna ocena teologiczna stanowiska sedewakantystycznego.

Ponadto często można spotkać powoływanie się na konstytucję apostolską Cum ex apostolatus papieża Pawła IV z 1559 r. Nie ma w niej potwierdzenia stanowiska sedewakantystycznego, lecz - wręcz przeciwnie - podkreślenie zasady, że papież nie może być sądzony przez kogokolwiek na tym świecie:


Papież nazywa "ważkim i niebezpiecznym" mniemanie, jakoby można było sprzeciwić się papieżowi, jeśli zostanie uznany za odstępcę od wiary. 

Co jest grzechem narażania wiary?



Pytanie zawiera kilka poszczególnych pytań.

1. Należy odróżnić krytykę modernizmu, Vaticanum II i wiary katolickiej. To są oczywiście różne przedmioty krytyki, aczkolwiek w jakiś sposób powiązane ze sobą. Istotne jest, z jakiej pozycji stosowana jest krytyka: czy w obronie wiary katolickiej, czy przeciw niej, i to zarówno subiektywnie jak i obiektywnie. Konkretnie: jeśli ktoś wyznając wszystkie prawdy wiary podane w tradycyjnym katechiźmie na tej podstawie wypowiada się krytycznie o moderniźmie czy Vaticanum II, wówczas zapoznawanie się z takimi wypowiedziami, tudzież ich rozpowszechnianie nie jest i nie może być grzechem.

2. Tzw. sedewakantyzm dotyczy kwestii, czy dana osoba względnie osoby są (byli) papieżami. Formalnie nie jest to wcale kwestia prawd wiary (czyli pewności dogmatycznej) lecz faktów historycznych (czyli pewności moralnej). Także materialnie nie musi to być kwestia prawd, ponieważ z przesłanek dogmatycznych nie wynika niemożliwość takiego stanu rzeczy w historii Kościoła, a jedynie mniejsze prawdopodobieństwo. Innymi słowy: nie jest kwestią wiary, czy dana osoba jest czy nie jest papieżem. Jest to kwestia prawno-dyscyplinarna, a tego typu kwestie są podrzędne wobec spraw wiary. Także tutaj istotne jest, z jakiej pozycji pod względem wiary ktoś podziela i ewentualnie też głosi stanowisko sedewakantystyczne. Konkretnie: jeśli dana osoba opiera to stanowisko na przesłankach z prawd wiary katolickiej podanych w tradycyjnym katechiźmie, wówczas nie popełnia grzechu materialnie, nawet jeśli formalnie popełnia nieposłuszeństwo wobec osoby, której nie uważa za papieża. Warunkiem niezbędnym jest tutaj wola poddania się w posłuszeństwie osobie, która według obiektywnych kryteriów jest papieżem.

3. Sedewakantyzm odnosi się de facto nie tylko do kwestij prawd wiary i teologii (fides quae), lecz również do osobistego życia wiary (fides qua), i tym samym niesie ze sobą także ładunek emocjonalny, co wynika z wielu przyczyn i ma wielorakie skutki. Należy mieć na uwadze wewnętrzne i ścisłe więzy między cnotami teologalnymi: wiarą, nadzieją i miłością. Konkretnie: brak miłości - oczywiście właściwie rozumianej, czyli nie jako płytkiej ckliwości i pobłażliwości - zawsze wskazuje na problem z wiarą (zarówno fides qua jak też fides quae) i też z nadzieją. Obrona wiary katolickiej zawsze ma na uwadze zbawienie dusz, także błądzących, to znaczy, że nie chce ich potępienia, lecz uratowanie przed nim.

4. Żadne szczere i uczciwe poszukiwanie prawdy, także historycznej, nie jest i nie może być grzechem, nawet jeśli znajomość gorszących czy wręcz skrajnie skandalicznych faktów z historii Kościoła stanowi poważne wyzwanie dla dziecięcej, prostej wiary. Teologia katolicka nie boi się i nie unika takowych wyzwań. Jednak powinna być zawsze uprawiana w duchu duszpasterskim, czyli z troską o zbawienie dusz. To powinno mieć miejsce oczywiście nie w fałszowaniu, negowaniu czy przekręcaniu faktów historycznych, lecz zawsze i tylko w pełnej prawdzie, nawet jeśli jest ona niewygodna czy bolesna. Konkretnie: jeśli ktoś w konfrontacji z wiedzą uczciwie i solidnie podawaną - czy to z pozycji zdecydowanie po stronie prawd wiary katolickiej, czy nie -  zauważa u siebie mentalne czy emocjonalne skutki zagrażające jego wierze i pobożności, wówczas powinien poradzić się swego spowiednika w celu rozeznania, czy w danej sytuacji i momencie zdobywanie takiej wiedzy jest celowe i pożyteczne. Jeśli dana literatura stoi na stanowisku prawd wiary katolickiej, wówczas zwykle nie powinna stanowić poważnego zagrożenia, ale może być i tak, że w danym momencie lepiej jest dla zbawienia duszy poświęcić swój czas i energię na literaturę innego typu i tematu. W rozeznaniu powinien pomóc spowiednik. Zwykle należy wówczas zwrócić się ku źródłom służącym bardziej życiu duchowemu i postępowi w nim, a nie dotyczącym bezpośrednio aktualnych wydarzeń czy polityki kościelnej.

5. Odpowiadając krótko na postawione pytania: Ani poznawanie ani rozpowszechnianie literatury pisanej z pozycji sedewakantystycznej nie jest samo w sobie grzechem, o ile wiadomo, że ta pozycja opiera się na przesłankach z katolickich prawd wiary, a nie na sprzeciwie wobec nich. Może jednak być grzeszne, jeśli zauważa się u siebie czy u innych niebezpieczeństwo odnośnie wiary i lekceważy to niebezpieczeństwo. Dlatego należy szukać porady spowiednika, który powinien pomóc rozeznać celowość poznawania i rozpowszechniania pod względem zbawienia dusz.